Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Obecnie w pracowni:
ikonka utworu

Komentarze do:
Zapomniane (ver1.1 poprawiona)

25.01.2019
Wreszcie po długim, długim czasie zabrałam się za czytanie i postanowiłam skomentować. Znam już trochę Twój styl, sposób pisania i uniwersum, a przede wszystkim bohaterów (Mike <3). Mam nadzieję, że to opowiadanie będzie równie dobre jak poprzednie.

cytat- Mistrz powiedzieć w końcu po co być ten spacer? - zapytała zniecierpliwiona orczyca.

Jak zwykle Twój początek jest dobry. Czasami wrzucasz czytelnika w sam środek akcji, a tutaj jest łagodnie, ale interesująco. Gdyby opowiadanie zaczęło się ledwie zdanie dalej, mielibyśmy opis przyrody i byłoby to zniechęcające, a tak, od razu coś się dzieje. Na dodatek już na wstępie trochę charakteryzujesz bohaterkę (bohaterów), bo orki to rasa dosyć osobliwa.

cytat- A teraz - zaczął znowu – Wakta'Da opowiedziała mi o tym jak poradziłaś sobie z tym zmiennokształtnym technomagiem, tym co zamieniał się w zielonego wielkoluda jak się denerwował.

O, czyżby Hulk? :).

cytat- Panie, na prawdę odradzam jakiekolwiek naciski (...).

KUBA, JA CIĘ CHYBA ZASTRZELĘ. (Ty już wiesz, co jest nie tak w powyższym zdaniu.)

cytatDopóki istnieją w tej krainie przejawy starych zwyczajów i minionych dekad, ta nigdy się nie ugnie przed nowym porządkiem. Zawsze będzie się opierać.

O, jaki fajny pomysł. Wioska o jakże znamiennej nazwie Zapomniane, gdzie zachowały się dawne tradycje. To one kształtują mieszkańców, ich system wartości, postrzeganie świata i pozwalają opierać się tym, którzy chcą ich “przestawiać”. Ładne.

Zauważyłam jeden szczegół, który mi przypadł do gustu. Chodzi o system miar i wag. W opowieściach fantastycznych jest z tym pewien problem, bo jeśli autor stosuje standardowe systemy, pisze o odległościach w kilometrach, w o masie w kilogramach, pojawia się jakiś zgrzyt, wywołuje to u czytelnika grymas zniechęcenia - “nawet nie chciało mu się wymyślić czegoś oryginalnego, a ponoć to inne uniwersum!”. Z drugiej strony, jeśli autor wzniesie się na wyżyny kreatywności i wymyśli coś własnego, znowu jest zgrzyt wywołany tym razem dezorientacją: “kurde, a ile to jest na litry i czy jak bohater wypił tyle, ile wypił i padł pod stół, to miał słabą głowę czy wręcz przeciwnie?”. Ty to załatwiłeś tak prosto, że to aż nieprawdopodobne, że mało osób na to wpada. Wystarczy napisać, że bohater jest w wieku “około 25 ludzkich lat”. I już. Wiadomo, że to nie jest człowiek i zgodnie z jego rasą liczy się to inaczej, ale bez szczegółów, bo na co one komu? Ogólna informacja odnosząca się do czegoś znanego to wszystko, czego potrzeba do wysnucia jakichś wniosków.

Już od początku zauważyłam zmianę w opisach (w porównaniu do opowiadania o Aiselu, gdzie trochę popłynąłeś i było aż zbyt barwnie i bogato) i bardzo mi ona odpowiada. Przypomniały mi się opisy z opowiadań, które czytałam przed Aiselem i tam one prezentowały się właśnie tak - były dynamiczne, nieprzegadane i nieudziwnione. Te też takie są, z czego się cieszę. Dzięki temu akcja toczy się wartko.

cytatKapitan, nie do końca wiedząc jak się zachować, postanowił, że najlepiej będzie wzorować się na zachowaniu przewodnika, który jako jedyny nie przejawiał żadnych większych oznak przerażenia czy nawet zwyczajnego dyskomfortu.
Rzeczony troll wyjechał do przodu i zsiadł z konia.
Nie, jednak wzorowanie się na nim wcale nie jest takim dobry pomysłem – szybko zmienił zdanie krasnolud.

Wielokrotnie Ci już powtarzałam, że bardzo odpowiada mi Twoje poczucie humoru - bo warunkiem, że nie wplatasz w tekst dziwnych porównań o śmierci gotującej kisiel :). Tutaj jest on subtelny, akurat taki, żeby się uśmiechnąć i czytać dalej bez zgrzytów. No i troll tak bardzo odważny <3.

cytatTroll odezwał się językiem nieznanym ani kapitanowi, ani Valfowi An Darvu, ani nikomu z całej reszty zbrojnej kawalkady.
Nieznajoma zmarszczyła brwi. Odpowiedziała coś gniewnie, chyba tym samym dialektem. Gwałtownie wymachiwała rękoma.
W końcu, ostentacyjnie odwróciła się na pięcie.
Pomimo tego, przewodnik nie przestawał mówić.
Zajęło to chwilę, ale orczyca w końcu pokręciła z dezaprobatą głową i ponownie spojrzała na trolla. Uniosła dłoń ponad głowę i zakręciła nią kilka razy, rysując w powietrzu niewidzialne okręgi.
Drzewa zaszumiały. Po chwili, szumienie ustało.

Może to moje wrażenie, ale ten tekst, w przeciwieństwie do poprzednich, zdaje mi się strasznie “rozstrzelony”. Dużo tu Enterów, chyba trochę za dużo. W powyższym fragmencie zrobiłabym co najwyżej 2-3 akapity. Nowy akapit powinien stanowić nową myśl, nowy wątek i jak teraz czytam, to mam wrażenie, jakby historię opowiadało mi dziecko, takie, które jeszcze za dobrze nie czyta i się “zacina”. (Bardzo podobny problem dostrzegłam pod koniec tekstu, tam, gdzie Dedai walczy z golemem.)

cytatNa przeciwko nich stała grupka osób.

Ty masz jakiś fetysz wyrazów zaczytających się od “na-”, bo ciągle Ci się palec na spację obsuwa tam, gdzie nie trzeba :). “Naprzeciwko” piszemy razem.

Podoba mi się to, co kawalkada zastała w wiosce - masę mieszkańców, wśród których dało się wyróżnić rozmaite “odmiany” (jak to się nazywa w odniesieniu do humanoidów?). Ogry, w zależności od pochodzenia, odznaczali się innych kolorem skóry, inną budową, bujniejszym owłosieniem albo jego brakiem. Bardzo to fajne, bo zazwyczaj kiedy autor pisze o “elfach”, to są to po prostu “elfy” - długie, szpiczaste uszy, smukła sylwetka, duże oczy itd. Rzadko kto pomyśli o tym, że można by wyróżnić podtypy i wśród ludzi też nie ma podziału tylko na rasy, ale również Azjaci z poszczególnych części kontynentu różnią się od siebie (nawet jeśli Europejczycy to niespecjalnie dostrzegają). Jak zawsze doceniam taką dbałość o szczegóły.

Zapomniane jest ciekawe ze względu nie tylko na tę różnorodność mieszkańców (elfy, krasnoludy, gnomy, niziołki i masa orków z różnych zakątków świata), ale przede wszystkim przez to, że oni ze sobą bez problemu koegzystują i chyba żyją ze sobą w zgodzie, przy czym - takie odnoszę wrażenie - żadna z ras niespecjalnie się asymiluje z innymi, zachowują swoją odrębność. Czyli jednak się da (ten tekst powinno się podsunąć pani Merkel i tym wszystkim uchodźcom, który przybywając na zachód, chcą wszystkich “nawracać” - przynajmniej ich liczny odsetek).

cytatZ resztą – roześmiał się (...).

cytat- Z resztą, tamten sędzia jest już o głowę niższy.

Jakubie, błagam…

cytat- Do prawdy? - znowu przerwał Valf an Darvu.

Nie wierzę :D. Ty to robisz specjalnie, tak?

cytatWiem, że zapewniacie schronienie zbiegom. Mówi się też, że kultywujecie tu nielegalne sztuki magiczne. Co jeszcze, hodowle nielegalnych używek? A może – zrobił pauzę – nielegalne gildie?

To jest bardzo ciekawy fragment. Mamy tu do czynienia ze zjawiskiem, które w obecnym świecie jest dość powszechne. Kiedy ktoś wykazuje się wspaniałomyślnością i pomaga innym bezinteresownie, od razu doszukujemy się ukrytych intencji. Udostępnia azyl uchodźcom? Na bank chce z nich uczynić tanią siłę roboczą. Wspiera ubogich? Pewno czerpie z tego jakieś zyski Przykłady można mnożyć. Trochę to smutne, że w dzisiejszych czasach nie jest się w stanie zaufać drugiemu człowiekowi na tyle, żeby przyjąć po prostu, że ma dobre serce, bez udziwniania.

cytatCo ty na to, staruszku, na pewno wyjdziesz nam na przeciw?

Teoria o fetyszu wyrazów z “na-” na początku wydaje się potwierdzać ;).

Prosiłeś w opisie o ewentualne porównanie z innymi utworami, więc pozwolę sobie uczynić zestawienie stylów. Ostatnio czytałam Aisela i tym razem uważam, że styl jest o wiele lepszy. Mniej męczący, wartki i znowu dostrzegam balans między ilością didaskaliów, dialogów i opisów. Bardzo przyjemnie się to czyta.

cytat- Zaraz Ci pokażę! - Gnom, cały podekscytowany, wyrwał podarek z rąk orczycy. Przekręcił śrubę przyczepioną do puszki, a urządzenie rozbrzmiało przyjemną melodią. Wielkoucha postać zaczęła się obracać.
- Super! - ucieszyła się Dedai i natychmiast wyściskała gnoma. - To być zaklęcie? Urok? A może, w środku igły kłuć mały demon, a on musieć grać muzyka? - Roześmiała się szczerze, choć złowrogo.
- To nie czary! - dumnie sprzeciwił się Nito. – To czysta technika! Proste mechanizmy, ale połączone sprawiają, że... – Muzyka przestała grać, a gnom ponownie nakręcił pozytywkę. - Sprawiają, że gra muzyka!
- Fantastyczność!
- Wiem! - ekscytowali się oboje.

O, jaki uroczy pomysł :). W pozytywkach faktycznie jest coś magicznego, podobnie jak w szklanych kulach. Zauważyłeś, że pozytywki bardzo często są wykorzystywane w literaturze i filmach jako motyw horrorów? Nie wiem, co one mają w sobie takiego osobliwego, ale sugestia Dedai co do “demonicznego” charakteru nie są wzięte znikąd.

cytat- Ja... Ja przywieść ci coś z dom! Ja obiecać!
- Nie musisz! Na prawdę.
- Nie! - odpowiedziała stanowczo orczyca, nie zostawiając najmniejszego pola do sprzeciwu.
- No... Dobrze... Jak chcesz. Ale nie musisz!

O, a co to takie “urwane”? Mogłeś w jakikolwiek sposób zakończyć tę rozmowę, zwłaszcza że niżej mamy trzy gwiazdki i kolejny fragment. Choćby jakimś niezobowiązującym zdaniem: “Rozmówca bąknął jeszcze pod nosem coś o tym, że nie znosi pożegnań i wycofał się. Zamknął za sobą cicho drzwi, a Dedai została sama, za jedyną towarzyszkę mając niewielką, grającą cały czas pozytywkę.”

cytat- Niby możemy surowo karać każdego kto o tym wspomni, ale moim zdaniem rządy terroru nie są najefektywniejszą metodą sprawowania władzy. Nie sądzi pan?

Cóż, zależy, co mamy na myśli, mówiąc o “efektywności”... Jeśli chodzi o zwiększenie produktu krajowego brutto lub zmniejszenie przestępczości, nie ma tak źle. Może nawet lepiej niż w przypadku demokracji, która jest rządami większości, a większość, jak niestety wiadomo, stanowią idioci (jak to szło? Demokracja jest beznadziejnym ustrojem, ale nie wymyślono jeszcze nic lepszego!)… Oczywiście nie popieram totalitaryzmu rodem z Korei Pn., jednak uważam, że tutaj bohater miał raczej na myśli inny aspekt - że tyrania jest nieludzka, beznamiętna, niszczy mieszkańców psychicznie.

Elfia intryga dotycząca “pozbawienia kilku istot głów” jest bardzo interesująca i jestem ciekawa, co z tego wyniknie. Jak zawsze w takich przypadkach cios jest wymierzony w najbardziej zasłużonego członka społeczności, odznaczającego się największym poważaniem. Wiadomo, że jak Strażnik zginie, nikt go nie zastąpi, a spokój posypie się jak domek z kart i nici z tej “harmonicznie ze sobą egzystującej różnorodności”... Wiesz, co mi się podoba w Twoich tekstach? Że zawsze znajdzie się w nich ktoś, kto jest bardzo charyzmatyczny, ktoś, kto wydaje się odpowiednią osobą na odpowiednim miejscu i na kim są w stanie podążać tłumy. W dzisiejszym świecie mało jest takich osób i tym bardziej fajnie, że chociaż tutaj można o nich poczytać. Przy czym Twoi “charyzmatyczni” są pozytywni - bo taki Hitler, dla przykładu, też potrafił przekonać do siebie rzesze.

cytatWakta'Da pędziła przez las, pędziła ile tylko jej rumak miał sił w nogach. Obawiała się, że to mogło nie wystarczyć.
Zwierzę, pomimo panującej w lesie nocnej ciemności, w jakiś cudowny sposób omijało wszelkie drzewa i korzenie, nawet nie zwalniając.
Orczyca wiedziała, że jest już niedaleko. Wiedziała, że może uda jej się zdążyć.
I wtedy gwałtownie zatrzymała konia, równie szybko wciągając go w pobliskie chaszcze.
Ktoś tam stał, ktoś stał na samym skraju lasu, na tle rozgwieżdżonego nieba rozciągającego się nad halą.

cytatPoruszała się cicho jak kot, jak wprawiony w łowach kocur. Jak bezszelestna śmierć na czterech łapach.

Hm, ten fragment nie podoba mi się. Nie odpowiada mi stylistyka. Powtarzające się wyrazy (“pędziła przez las, pędziła co koń wyskoczył”, “wiedziała, że jest niedaleko, wiedziała, że nie zdąży”) niepotrzebnie spowalniają akcję. Wiem, jaki był zamysł - akcja toczy się z punktu widzenia orczycy i to jest jakiś środek ją charakteryzujący. Okej, jednak mimo wszystko w takich scenach akcji wolałabym mieć tylko akcję, a niekoniecznie charakterystykę bohaterów.

cytatBłyskawicznym ruchem dobyła strzałę i wypuściła w kierunku nieznajomego. Ledwie strzała zdążyła wzbić się w powietrze, orczyca odrzuciła łuk i sięgnęła ręką do pasa. Pochwyciła w garść jakiś proszek i cisnęła nim prosto pod swoje nogi.
W powietrze wzbił się kłąb dymu, materializując się po chwili w błyszczącego jak szkło, zielonego kota. Gdy tylko kocur opadł na przygniatany przez orczycę drut, ta wyskoczyła do góry, robiąc salto. Jej rumak już nadbiegał!
Wszystko to działo się niewiarygodnie szybko. Strzała dopiero co zdążyła minąć młodego elfa, który, nadal się nie odwracając, jakimś cudem zrobił unik.

Bardzo dobry fragment. Właśnie takie sceny akcji chcę czytać. W ciekawy sposób ogrzyca wydostała się z pułapki - a wydawało się, że jest całkowicie bezbronna. Dała radę dziewucha! Korzystanie z magicznych artefaktów w przypadku tej konkretnej rasy zapewne nie jest czymś oczywistym (a na pewno nie oczekiwanym), więc tym bardziej elf mógł być zdezorientowany. Zaskoczenie przeciwnika pierwszym krokiem do sukcesu.

cytatCoś huknęło.
Orczyca straciła oddech. Poczuła wstrząs. Następnym co poczuła była twarda ziemia, uderzenie. Szum w uszach.
Zwierzę, nie zwracając na nią uwagi, popędziło dalej. Kurczyło się na tle miasteczka, w miarę tego jak się oddalało.
Powrócił jej słuch. Właściwie wszystko stało się jakieś nadzwyczaj głośne. Usłyszała kroki. Dudniły niczym dzwony.
Dopiero po chwili poczuła ból. Prawdopodobnie złamała nogę, ale... coś było nie tak z jej brzuchem. Pomacała po nim ręką, był mokry, lepki. W końcu natrafiła na dziurę wielkości śliwki. Zobaczyła krew.
Powoli, wszystko ciemniało. Ostatni raz spojrzała na rozciągające się w oddali Zapomniane i zamknęła oczy.
Pomyślała o Dedai. Poczuła zimno.
Znowu huknęło.

Kiedy komentowałam “Nie ma tych dobrych stron”, tam pod koniec też była scena z Johannem, który został ranny i była tak samo dobra (tamta na dodatek była zabawna, ale nie wszędzie można wcisnąć żarciki). W jeszcze wcześniejszych tekstach o Mike’u też pojawiały się podobne motywy, kiedy bohater stawał w obliczu wielkiego zagrożenia i całość sprawiała wrażenie, jakby to były jego ostatnie chwile. Zmierzam do tego, że uważam, iż masz talent do takich scen. Zawsze są one bardzo emocjonalne, nieprzegadane, nawet często oszczędne w słowach i przez to, paradoksalnie, niezwykle wymowne. Czyta się je szybko, nie są przesycone niepotrzebną przemocą, nie epatujesz obrzydliwymi obrazami. Nie są Ci potrzebne, bo masz wystarczająco umiejętności, żeby przykuć uwagę czytelnika bez takich tanich zagrywek. Fajnie, fajnie.

Często prosisz na początku, żeby czytelnik zwrócił uwagę na liczbę wątków, zrozumiałość, relacje bohaterów, czy wydarzenia nie są zbyt skomplikowane itp. W tym przypadku wydaje mi się, że bohaterom poświęcasz nie za dużo uwagi. Na przykładzie Wakta’Da: może to moje wrażenie, ale nie zdążyłam się do niej przywiązać, zanim została zamordowana. A jest to fajna postać, z potencjałem. Byłam pewna, że gdy rozstawały się z Dedai w wiosce i każda szła w swoją stronę z zadaniem wyznaczonym przez Strażnika, dostanie większą rolę i zagości w opowieści w większym stopniu. Trochę się zawiodłam. Tutaj wydaje mi się, że bohaterów używasz bardziej jako narzędzi do opowiedzenia historii i “nie pielęgnujesz ich”. Nie są “wymuskani”, “dopieszczeni”, bo ważniejsze jest to, co się dzieje, relacje polityczne, intrygi itd. Nie ma w tym nic złego, ale osobiście polubiłam wynurzenia Mike’a i nawet Aisela, które świetnie budowały te postaci nawet kosztem spowolnienia akcji.

cytatWartownicy byli już pod samymi drzwiami i nagle zatrzymali się.
Krasnolud starał się uciszać swój galopujący oddech, każda kolejna sekunda tylko potęgowała stres.
Zagrzmiało. Na zewnątrz rozpadało się na dobre.
Niecierpliwił się. Serce waliło mu jak młot, jak połączone ze sobą dziesięć krasnoludzkich młotów, a oni nadal tam stali i nadal nie wchodzili. Nadal rozmawiali. Pogłos niezrozumiałej rozmowy stawał się nie do zniesienia.
Deszcz dudnił odbijając się od drewnianego dachu.
Na brodę mojej matki zaraz sam do was pójdę - klął w myślach, zagryzając zęby.
Ktoś w końcu nacisnął na klamkę.
Nieskończoną sekundę później drzwi otworzyły się.

Tutaj na przykład takie “przestrzelenie” Enterami jest uzasadnione i jak najbardziej na miejscu. Budujesz dramaturgię, a już wstawki o pogodzie, pojedyncze zdania, to majstersztyk - aura jakby “dopasowywała się” do odczuć bohatera.

cytatUsłyszał ciche puknięcie i świst wyrzucanego przez ładunek drutu. Coś upadło na podłogę. Właściwie kilka rzeczy, fragmentów, dwójki bezlitośnie pociętych osób.
To była paskudna pułapka, ale jedyna, która działała tak cicho i niezawodnie. Po wyzwoleniu mechanizmu ładunek wyrzucał w powietrze nici cieniutkiego, specjalnie zaklętego drutu, który brutalnie przecinał wszystko dookoła. Zazwyczaj pozostawiał po ofierze jedynie krwawą miazgę porozrzucanego dookoła mięsa.

Ło, to jest mocne. Brutalne i naturalistyczne. Nie wiem, czy bardziej odpowiada mi Twoje “łagodne” oblicze śmierci czy coś takiego - na pewno tutaj jest to uzasadnione rozwiązanie, szybko, cicho, bez świadków. Jest misja do wykonania, cel do zlikwidowania, droga do oczyszczenia - wszystko poszło zgodnie z planem. No i sama pułapka pomysłowa. W tym miejscu znowu zabawię się w skojarzenia (czymże byłby mój komentarz bez słynnego “skojarzyło mi się…”): jest taki horror, “Cube”. Kilkoro nieznanych sobie ludzi zostaje zamkniętych w dziwnym sześcianie podzielonym w środku na pokoje naszpikowane wymyślnymi, śmiertelnymi pułapkami. Jest też sequel, “Cube 2: Hypercube”. To już jest wyższa szkoła jazdy, bo w grę wchodzi czwarty wymiar, jakieś dziwne, niewytłumaczalne zjawiska typu uciekanie przed własną wersją z przyszłości… Nieistotne. W każdym razie w tym drugim filmie jest taka scena, że w jednym z pomieszczeń umieszczona jest pułapka działająca na podobnej zasadzie. Obracający się w powietrzu, napędzany, wydawałoby się, magią, romb, który “namnaża się” i powiększa, cały czas wirując jak oszalały. Gdy jest tak wielki, że obejmuje niemal cały pokój, okazuje się, że jest zbudowany z ostrzy, które siekają wszystko, co zostanie “wkręcone” w mechanizm. Strasznie makabryczne, ale, kurcze, efektowne i trzeba przyznać, że dobrze się to ogląda. (Tak chyba mogła powiedzieć tylko osoba o tendencjach psychopatycznych, obawiam się - lepiej uciekaj ;).) Twój opis czyta się równie dobrze, bo jest, cóż, baaardzo obrazowy. Może lekko przegięty dla kogoś, kogo przyzwyczaiłeś do “łagodnego” podejścia do tematu, ale w sumie u Ciebie czegoś podobnego jest na tyle mało, że można to wybaczyć. (Poza tym niektórzy lubią makabrę.)

Mam trochę problem z tym opowiadaniem. Fragmenty, w których realizuje się zamiar zabicia Strażnika, są bardzo dobrze napisane, obrazowe, z dobrą dynamiką, o idealnej długości (krótkie kawałki tekstu nie pozwalają się znudzić, a całość przypomina bardziej migawki z filmu niż pełnoprawne sceny, co wpływa dobrze na odbiór), ale… no właśnie. Wg mnie w całym opowiadaniu panuje nieco chaos. W Aiselu narzekałam, że niektóre wydarzenia są skomplikowane i nie wiadomo, co wynika z czego, bo smoczyca po prostu o historii swojej rasy opowiedziała w skrócie i chyba nie nadążyłam. Tutaj nie nadążam za bardzo za tymi postaciami. Jest ich sporo, kolejne sceny to kolejni bohaterowie, trochę jest tych, którzy chcą upadku Zapomnianego i śmierci starego orka, trochę tych, którzy wprost przeciwnie, chcą bronić miasta i muszę się mocno skupić, żeby stwierdzić, którzy których akurat wyrzynają (i czy mam kibicować czy wprost przeciwnie :D). Trochę na zasadzie żony oglądającej mecz: “A którzy są nasi”... Dobra, wiem, nie świadczy to najlepiej o mojej umiejętności czytania ze zrozumieniem, ale myślę, że różnorodność bohaterów (każdy to inna rasa!) utrudnia zadanie.

cytatPeleryna krasnoluda sprawiała wrażenie czarnej, ale światło świec ujawniało, że tak naprawdę miała nieco inny kolor. Owszem, bardzo ciemny, ale był to raczej szalenie ciemny odcień czerwieni, złowróżbnie mroczne bordo. W niektórych krainach nazywany też ciemnym buraczkowym.

Ale mi się zachciało śmiać :D. Wybacz, odebrałam to powyższe w ten sposób: “Jakiś kolo zmierza ku mnie z zamiarem skrócenia mnie o głowę. Myślę, że najodpowiedniejsze będzie snucie refleksji o kolorze jego peleryny i o tym, jak w innych krainach określa się ten odcień”. Widzisz, o co mi chodzi? Takie trochę nieprzystające do okoliczności :D.

cytatWypluł grudę krwi zmieszaną z kilkoma zębami.

Gdyby jego krew była w formie grud, to obawiam się, że nie potrzebowałby żadnego golema, żeby kopnąć w kalendarz… Krew to ciecz, więc powinien nią “parskać” albo powinna mu “cieknąć po brodzie”, cokolwiek. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, by pluł zębami.

cytat- Ładunek wybuchowy! - wrzasnął z trwogą gnom.
Strażnik miał ułamek sekundy na reakcję. Musiał wybierać.

Zaleciało atakiem terrorystycznym na podobieństwo Al-Kaidy… Całkiem nieźle to wyszło. Znowu zakończona scena w idealnym momencie, nagromadzenie emocji przy niewielkich nakładach. I znów mi się przypomniał Mike, kiedy w którymś z pierwszych czytanych przeze mnie tekstów miał do wyboru - ostrzec swojego mistrza, na którego czaiła się bestia i zakłócić pole magicznego teleportu, co mogło być tragiczne w skutkach albo zadbać o własne bezpieczeństwo i być może mieć na sumieniu drugą osobę. Takie dylematy zawsze są trudne i bardzo dobrze “wchodzą” czytelnikowi.

cytatNito wygrzebywał się z pod resztek zezłomowanego golema.

”Spod”. Wiesz co? Polecam Ci lekturę do poduszki - dowolna strona z regułami dotyczącymi pisowni razem lub oddzielnie ;).

Opis pożaru Zapomnianego jest bardzo mocny, dobry, obrazowy. Podobają mi się te króciutkie urywki przedzielane gwiazdkami, dając “przerwę na oddech”. Jazda bez trzymanki. Świetna rzecz. W ogóle w tym tekście opisy są bardzo dobre, na pewno lepsze niż w Aiselu. Bohaterowie nieco bardziej chaotyczni i chyba za mało im poświęcono uwagi, bo w momencie, gdy akcja się zagęszcza, ciężko się zorientować, co, gdzie, kto, z kim i na kogo. Styl jak zwykle dobry, płynny, bogaty (z tą lekturą do poduszki nie żartowałam).

cytatPrzejechała rozhisteryzowanym wzrokiem dookoła.

Nie jestem pewna, czy wzrok może być rozhisteryzowany. Sięgnęłam po słownik w poszukiwaniu podpowiedzi i zważywszy, że definicja brzmi: “taki, który wpadł w histerię”, domyślam się, że nie bardzo jedno do drugiego pasuje. Wpada w histerię człowiek, a nie jego wzrok, ucho czy ręka. Wzrok może być chyba spanikowany.

cytat- Żartujesz?! - parsknął gnom. - Nie ma mowy, że cię teraz zostawię! Poza tym... Mam kilka pomysłów, które siedziały mi w głowie od dawna, a z tym nowym wzrokiem… Muszę je wypróbować!

Te charakterystyczne zakończenia to już niemal Twój symbol rozpoznawczy. Znowu mamy puszczenie oka do czytelnika, lekkie zabarwienie humorystyczne (mimo że okoliczności nie nastrajają do żartów), co jak zawsze bardzo dobrze Ci wychodzi. Dodatkowo zabieg, który u Ciebie polubiłam: tekst mógłby się kończyć w zacytowanym miejscu, ale jeszcze nie, jeszcze musisz dodać coś, co jasno wskazuje, że to nie koniec i świat dalej trwa. I że będą kolejne przygody.

cytat- Wasza wysokość, mówię prawdę – zapierał się, dygocząc. - Ona zabiła wszystkich. Nawet więźniów.
- Ona?!
- Tak, wasza wysokość, orczyca. Część więźniów się do niej przyłączyła, pozostałych, tych którzy nie chcieli, zabiła.
- Ta „ona”… – Cesarz z wyraźną pogardą zmarszczył się jeszcze bardziej - To jakiś dowódca? A może jakaś księżniczka?! Jaką armią dysponuje, że zdobyła taką twierdzę?
- Wasza wysokość... Podobno było ich dwoje.

No i ostateczny koniec, również bardzo dobry. Żądza zemsty to wielka siła, jak widać na załączonym obrazku.
W ramach podsumowania napiszę może odczucia dotyczące samego pomysłu. Niestety ten tekst nie porwał mnie tak jak poprzednie. Pokazanie tragicznego losu Zapomnianego jest ciekawe, ale, kurczę, jakoś mnie to nie przekonało. Nie czytałam z takim zainteresowaniem jak poprzednie utwory. Chyba po prostu w tamtych fabuła bardziej mnie zainteresowała. Przygody Mike’a wśród wężoludzi, Aisel i jego spotkanie ze smoczycą, wyprawa z Kreatorem do miasta w środku Puszczy - to wszystko było jakieś takie bardziej zajmujące. Nie mogę powiedzieć, że to opowiadanie mnie znudziło, ale też nie miałam tak, że nie mogłam się od niego oderwać, a poprzednio tak było. Mimo to uważam, że poziom trzymasz, jak zwykle podoba mi się, w jaki sposób “zazębiasz” różne teksty i że można zawsze liczyć na coś więcej w kolejnych tekstach :). No i na koniec pochwalę tytuł, zaskakujący, bo chyba nikt by się nie spodziewał, że jest on nazwą miasteczka, gdzie dzieje się akcja.
Za “Konwent” zabiorę się wkrótce.
Pozdrawiam ciepło (bo zimno na dworze),
Magdalena Lipniak

P.S. Zresztą, naprawdę, spod, naprzeciwko, doprawdy. Zadanie na wieczór: przepisać sto razy i kartkę powiesić na lodówce :)).
Od: Pióroman Magdalena Lipniak
twarz żeńska
25.01.2019
Hej,
na list już odpowiedziałem więc pora odpowiedzieć na komentarz.

"KUBA, JA CIĘ CHYBA ZASTRZELĘ" - No wiem, wiem, naprawdę na to zasłużyłem, nawet nie spodziewałem się, że tyle tego się tam zaplątało. Ale na prawdę staram się to poprawiać :D

"... zdaje mi się strasznie “rozstrzelony” - tak jak na każdą uwagę, na to również na pewno zwrócę.. uwagę? Wybacz powtórzenie.

"Ostatnio czytałam Aisela" - a jak z tym tłumaczeniem itp? wiesz, ten moment gdzie gadali i gadali i Oganj "robiła wykład" itp.

"...pozytywki bardzo często są wykorzystywane w literaturze i filmach jako motyw horrorów.." - to chyba tak jak z dziećmi albo klaunami(przynajmniej zanim były tak popularne). Właśnie takie rzeczy, które podświadomie działają na nasze instynkty (np macierzyński, albo w wypadku pozytywki, instynkt wyrobiony w dzieciństwie, spokój itp) kiedy się odwróci w drugą stronę (np żeby były straszne) zapewniają największy kontrast. Tak na szybko wydaje mi się, że dlatego.

"... mogłeś w jakikolwiek sposób zakończyć tę rozmowę" - zerknę. Ale powód jest chyba taki, że zwykłem się za dużo rozpisywać i staram się minimalizować to moje rozpisywanie. Przez co powstają właśnie takie sytuacje. Nie jestem pewny co o tej konkretnej myśleć, będę musiał sprawdzić : )

"m, ten fragment nie podoba mi się. Nie odpowiada mi stylistyka. Powtarzające się wyrazy" - :| No powód pewnie taki jak powyżej. Trzeba będzie jeszcze zerknąć i popracować nad tym.

"W tym przypadku wydaje mi się, że bohaterom poświęcasz nie za dużo uwagi (...)" - To jest bardzo ciekawy punkt komentarza. W sensie, cały komentarz jest mega ciekawy, ale na tej uwadze chciałbym się zatrzymać, bo dotyczy czegoś do czego sam mam wątpliwość.
Ogólnie, opowiadanie(czy jakakolwiek historia) zazwyczaj idzie do przodu w związku z postacią albo w związku z fabułą(wątkiem itp). Tutaj, już po napisaniu, wydaje mi się, że osią nie jest ani żadna postać, ani nawet fabuła, ale samo zapomniane(tudzież fabuła wokół niego, ale rozumiesz o co mi chodzi). Nie chciałem się skupiać na postaciach - i tu największa wątpliwość czy warto było je potraktować tak przedmiotowo - bo to opowiadanie nie do końca miało o nich opowiadać. Może o Dedai, tak, ale nie jako o postaci samej w sobie.
Ogólnie, zarówno Aisel jak i Zapomniane chyba miały pełnić trochę funkcje uzupełniające. Owszem, wprowadzają do świata itp itd, ale docelowo Aisel podsumowuje i wyjaśnia przyczyny różnych zajść, które mają zajść i Zapomniane w sumie tak samo. Chciałem troszeczkę, chociaż odrobinę naświetlić tę zmianę Dedai, głównie po to żeby bardziej było zrozumiałe to, że zapamiętali ją jako inną i teraz nie do końca wiadomo czego się po niej spodziewać, a i sama sytuacja się przez to skomplikuje.
Wydaje mi się, że te wszystkie opowiadania (a Aisel i Zapomniane zwłaszcza) to trochę takie moje rozstawianie pionków, którymi mogę poruszyć i których potrzebuje. Pytanie czy warto i czy ma to sens. Poza tym też każde opowiadanie miało być różne pod wieloma aspektami, właśnie po to żebym wyczuł co jest dobre, a co nie. Nie próbuję tu bronić tego co robię, ale wyjaśniam co byś mogła mnie zjechać albo chociaż podyskutować co myślisz : )
Edit: Jeszcze co do postaci. Właśnie przez to skomplikowanie, które można było już poczuć w Aiselu nie chciałem za bardzo skupiać się na postaciach, co by jeszcze bardziej tego nie komplikować czytelnikowi. Nie przywiązuje się wiec przejdą mimochodem a nie będą zajmować zasoby umysłowe, jak może np Tigo, do którego może zamierzam powrócić itp.
To jak ze strzelbą, którą jako autor zawieszasz na ścianie. Jak ją zawieszasz to tylko po to żeby później czy wcześniej wystrzeliła. Ja niestety niezbyt stosuje się chyba do tej zasady, ale na prawdę nie chce przeginać, stąd też postacie tutaj nie są pogłębiane specjalnie. ( w założeniu, że opowiadania zachowują jaką taką ciągłość fabularną, ale to dopiero po konwent 1 i 2 będzie można oceniać)
"Na przykładzie Wakta’Da..." - wiem, absolutnie rozumiem. Po prostu nie chciałem też przy każdej możliwej okazji kliszowo czytelnika traktować. Po prostu takie zabiegi są tak oklepane (żeby się z nią związać, a potem się jej pozbyć) i popularne, że pozwoliłem sobie nie sięgać po to. No a na pewno nie za każdym razem.

"A jest to fajna postać, z potencjałem" - wiem, ale za dużo jest takich żeby się każdą zajmować. :D A tak poza tym, wydaje mi się, że dysonans powstaje przez to, że nie ma wyraźnego ośrodka perspektywy narracyjnej, np bohatera, tzn którego losy śledzić. Najprędzej byłoby to samo Zapomniane i tak jak wspomniałem, nie jestem pewny czy to dobrze.

"Trochę na zasadzie żony oglądającej mecz: “A którzy są nasi”" - ogólnie, nie jestem pewny czy to najlepszy pomysł, ale docelowo (choć na razie jedynie śladowo) właśnie z takim zamiarem chciałbym pisać. Nie chcę mieć obiektywnych "naszych". Owszem, może jakoś tak mniej więcej miałoby się to kręcić (przynajmniej na razie) np. wokół czarodziejów, Mikego i spółki itp, ale kiedy zmieni się perspektywa, druga strona również ma swoje motywy i komuś mogą jednak pasować bardziej.

"Ale mi się zachciało śmiać :D" - :D Czy to już jest jak kisiel czy może zostać? :|

"z tą lekturą do poduszki nie żartowałam" - ... :|

Co do podsumowania, ogólnie samo Zapomniane i Aisela poprawiało mi się mega trudno, chyba właśnie dlatego, że mam odczucia podobne do Twoich. Jednak są tam właśnie dlatego żeby wypełnić, dookreślić pewne luki (tak mi się wydaje). Jednocześnie robiąc też kilka innych rzeczy, ale docelowo raczej nadać temu troszeczkę więcej sensu. Ogólnie, samo universum, które funkcjonuje w tych opowiadaniach jest całkiem rozległe i ja osobiście nie jestem fanem takich mało prawdopodobnych zbiegów okoliczności, że występuję bohater, który zbiegiem okoliczności jest akurat tym, którego gdzieś tam potrzebuje w innym miejscu, a do tego zna jeszcze tamtego z poprzedniego opowiadania itp. Może to błąd, ale właśnie przez takie podejście rozciąga mi się to i rozłazi, przynajmniej do momentu aż nie porozkładam sobie tych figurek odpowiednio na planszy, w czym właśnie Zapomniane i Aisel mają pomagać. Czy warto i czy dobrze jest to wykonane, nie wiem.
Ale jakoś tak jak w wolnej chwili poprawiałem inne teksty, nawet "konwent 1 " to robiło mi się to dużo łatwiej, bo tam fabuła po prostu płynęła dalej, gdy tutaj... No jakoś służyła czemuś innemu :|
Od: Autor Fortune
twarz męska
25.01.2019
Ja Cię kręcę... W powyższym komentarzu każde " na prawdę" nie jest celowe, obiecuję. Co za masakra.. : )
Od: Autor Fortune
twarz męska
28.01.2019
Hej, hej!
Odsiewanie ludzi na podstawie poczucia humoru jest bardzo efektywne, aczkolwiek efektowne często też, bo ktoś się może “efektownie” obrazić ;). Ale racja, że jeśli trafi się na kogoś, kogo śmieszą podobne żarty, to jest duża szansa, że będzie się dało z tą osobą porozumieć też w innych kwestiach.

Przejrzałam jeszcze raz rzeczony fragment Aisela. Nie wczytywałam się już dokładnie, ale na pierwszy rzut oka mogę powiedzieć, że na pewno tekst jest płynniejszy, mniej monotonny. Wcześniej miałam trochę wrażenie, że miałeś już wtedy dość i pisałeś trochę na zasadzie “skończyć to, skończyć”, a tutaj jest to bardziej dopracowane.



“Ogólnie, zarówno Aisel jak i Zapomniane chyba miały pełnić trochę funkcje uzupełniające. Owszem, wprowadzają do świata itp itd, ale docelowo Aisel podsumowuje i wyjaśnia przyczyny różnych zajść, które mają zajść i Zapomniane w sumie tak samo.”
Twoja odpowiedź jest ciekawa i z przyjemnością się do niej odniosę. Powiem Ci, że pisząc ten komentarz przeczuwałam, że postaci w tym tekście nie są najważniejsze i właśnie na historii miasta chciałeś się skupić. Pomyślałam jednak, że, kurczę, trudno jest to zrobić bez bohaterów, bo historia miasta jest poniekąd ich historią - historią mieszkańców. Mam na myśli, że katastrofę Titanica też dałoby się opowiedzieć “bezpłciowo”. Był statek, płynął, góra lodowa i zatonięcie. Masa ludzi, którzy utonęli… No właśnie. My nie mamy “mamy”, tylko mamy DiCaprio i Winslet, postaci z krwi i kości, parę kochanków. Można pomyśleć, po diabła ich perypetie, szczegóły z ich życia, wzloty, upadki, ich miłość, skoro film jest o katastrofie statku? No tak, ale ta katastrofa jest tak przerażająca dla widza DLATEGO ŻE poznał on Jacka i Rose i polubił ich, a oni wzięli i zginęli. Bo co go obchodzi setka nieznanych pasażerów? Umarli to umarli, na czorta drążyć temat?
Inny przykład: wybuch Wezuwiusza. Jest film “Pompeje”, w którym chodzi przecież o pokazanie katastrofy naturalnej! Wulkan pierdutnął, to jest coś spektakularnego! Tylko co dostajemy? Historię nieszczęśliwej miłości dwojga ludzi, którzy pod koniec już-już są razem, już ma być wszystko super i różowo, a tu bach i zabija ich lawa, dym i popiół. Dzięki temu katastrofa ekologiczna staje się też ludzką tragedią i, cóż, odbiorcę to jakkolwiek obchodzi - w przeciwieństwie do sytuacji, gdy w historii żaden bohater nie był na tyle “ważny”, by “przez niego” opowiedzieć historię miasta.

“Ogólnie, opowiadanie(czy jakakolwiek historia) zazwyczaj idzie do przodu w związku z postacią albo w związku z fabułą(wątkiem itp). Tutaj, już po napisaniu, wydaje mi się, że osią nie jest ani żadna postać, ani nawet fabuła, ale samo zapomniane(tudzież fabuła wokół niego, ale rozumiesz o co mi chodzi). Nie chciałem się skupiać na postaciach - i tu największa wątpliwość czy warto było je potraktować tak przedmiotowo - bo to opowiadanie nie do końca miało o nich opowiadać.”
Ja to rozumiem, naprawdę. Rozumiem jednak nie jest równoznaczne z “aprobuję”, bo wg mnie nie jest to dobre rozwiązanie - jednak jak każdy człowiek mam jakąś swoją wrażliwość, gust, pewne rzeczy mnie nudzą, a inne fascynują itd. Uwielbiam budować relacje z bohaterami i cieszę się, kiedy poznaję ich życie - ale są czytelnicy, którzy np. ubóstwiają styl dokumentalny i wkurza ich “zbaczanie z tematu” (skoro autor chciał pokazać upadek miasta, to po diabła gada mi o jakichś romansach czy kłótniach bohaterów? nie chcę tego czytać, do rzeczy!). Tu niestety nie ma dobrej rady, chyba potrzebny jest złoty środek (który jest jak Atlantyda, każdy słyszał, nikt nie znalazł :P). Osobiście odebrałam ten tekst na zasadzie eksperymentu, całkiem udanego. Jeśli nie podobał mi się tak jak inne, to właśnie dlatego że do czegoś innego przywykłam i brakowało mi emocji, które pojawiłyby się, gdyby np. Dedai poświęcono więcej miejsca. Tak, żeby jej przywiązanie do miasta i ból po ujrzeniu tego, co z niego zostało, stały się “uniwersalnymi” emocjami wszystkich mieszkańców, którzy stracili w pożarze bliskich/majątki itd.


“Wydaje mi się, że te wszystkie opowiadania (a Aisel i Zapomniane zwłaszcza) to trochę takie moje rozstawianie pionków, którymi mogę poruszyć i których potrzebuje. Pytanie czy warto i czy ma to sens. Poza tym też każde opowiadanie miało być różne pod wieloma aspektami, właśnie po to żebym wyczuł co jest dobre, a co nie. Nie próbuję tu bronić tego co robię, ale wyjaśniam co byś mogła mnie zjechać albo chociaż podyskutować co myślisz : )”
Po pierwsze: oczywiście, że ma to sens! Im więcej masz takich “pionków”, tym większe pole manewru i bardziej rozbudowany świat. To, że rozwijasz uniwersum w czasie i przestrzeni jest jednym z najmocniejszych punktów tej twórczości!
Po drugie: różnorodność opowiadań, to, że miały się charakteryzować innymi cechami, jest również bardzo dobrze pomyślane i absolutnie nie podchodziłabym do tego na zasadzie: “Co jest dobre, a co nie”. Na pewno będziesz wiedział, jakie pomysły, styl, koncepcje “żrą” bardziej, są popularniejsze, co się bardziej podoba - bo absolutnie się nie zgadzam, że np. część z Dedai jest zła, a z Aiselem jest fajna, bo ma fajne postaci, a w Mike’u są ciekawe przygody itd. Owszem, w każdym tekście jest coś innego, na co można zwrócić uwagę i z przyjemnością się to czyta, jak się ma świadomość, że autor zrobił to celowo i świadomie, a nie “tak mu wyszło”.

I jeszcze o Aiselu - napisałeś, że tam w sumie również “użyłeś” bohaterów do opowiedzenia historii, wykorzystałeś ich bardziej jako narzędzia niż jako osoby. Owszem, też to zauważyłam, ale mimo wszystko tam dałeś czytelnikowi szansę na przywiązanie się i do Aisela, i do Pana Drzewo (do tej pory nie rozumiem, jak mogłam nie zorientować się, że on się przemienił w krzaczora w tej jaskini!), i do Pani Smok. W Dedai za bardzo nie ma do kogo, bo nikt nie staje się na tyle “bliski”, by jego strata (pożar miasta) wpłynęła na odbiór całej tragedii.


“Nie chcę mieć obiektywnych >>naszych<<. Owszem, może jakoś tak mniej więcej miałoby się to kręcić (przynajmniej na razie) np. wokół czarodziejów, Mikego i spółki itp, ale kiedy zmieni się perspektywa, druga strona również ma swoje motywy i komuś mogą jednak pasować bardziej.”
O, ciekawe podejście. W sumie, jeśli tworzysz” obiektywne historie, w których bohater nie jest aż tak istotny” w taki sposób, w jaki to robisz (czyli dając czytelnikowi realną szansę na poznanie postaci), to jak dla mnie możesz sobie pisać nawet reportaże o rozmnażaniu się kumaków.



“Czy to już jest jak kisiel czy może zostać? :|”
Biedaku, ten kisiel będzie Cię teraz prześladował :D. Kisielu nic nie pobije, nie przejmuj się. Aczkolwiek ograniczyłabym się jedynie do stwierdzenia, że chodziło o ciemnoczerwony kolor, bordowy czy coś, bo analiza odcienia (purpura królewska, ćwikła z chrzanem czy jeszcze jakiś inny ton) byłaby okej, ale nie w takich okolicznościach.


“Ogólnie, samo universum, które funkcjonuje w tych opowiadaniach jest całkiem rozległe i ja osobiście nie jestem fanem takich mało prawdopodobnych zbiegów okoliczności, że występuję bohater, który zbiegiem okoliczności jest akurat tym, którego gdzieś tam potrzebuje w innym miejscu, a do tego zna jeszcze tamtego z poprzedniego opowiadania itp. Może to błąd, ale właśnie przez takie podejście rozciąga mi się to i rozłazi, przynajmniej do momentu aż nie porozkładam sobie tych figurek odpowiednio na planszy, w czym właśnie Zapomniane i Aisel mają pomagać. Czy warto i czy dobrze jest to wykonane, nie wiem.”
Właśnie dlatego dobrze, że stawiasz tych “pionków” coraz więcej. Robisz powiązania między poszczególnymi częściami historii. To, że czytelnik może się czasem pogubić, to nie jest problem - on nie zna całego uniwersum, więc może być zszokowany, że nagle w opowiadaniu X okazuje się, że postać A z opowiadania Y zna postać B… Ale Ty jako autor, przyznaję, musisz dobrze to ogarniać, bo jak Tobie się pomerda, to będzie kiepsko i wyjdą kwiatki.

Pozdrawiam serdecznie! Następny niech będzie “Konwent”.
Magdalena Lipiak

P.S. Już się chyba przyzwyczaiłam do tych Twoich “na prawdę” i “z resztą”. Wytworzyła mi się naturalna odporność :D.
Od: Pióroman Magdalena Lipniak
twarz żeńska