Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin
ikonka komentarza

Wyprawa lądowa

Autor: Josef Hosek twarz męska

grafika opisu

rozwiń




Ona, on i jeszcze jeden: wyłowieni z ciemności przez światła reflektorów meandrujących adagio, raz za razem, na parkingu; dokoła równina rozłożyła swoje skrzydła , gdzieniegdzie pojedyncze drzewa, ich kształty rozmyła już noc. Księżyc i słona bryza powracają do morza, wyjąc na autostradzie, z której właśnie zjechaliśmy, pełni obaw.

     Ciemny, strzelisty ocean nad nami z jasną kropką na czole.

     Przed chwilą, ostro i boleśnie, jak błyskawica, przepłynęła przeze mnie myśl, wspomnienie szelestu kwiatów jej sukni, przemierzającej swój pokój, pomiędzy równikami, na odległej planecie, lata świetlne stąd.

     Minęło kilka dni, może tydzień, kiedy widziałem ją po raz ostatni. Rozstaliśmy się w smutku. Był to smutek opadających wiosennych kwiatów, tych, o których pisał Rihaku, tych, rozkładających się w wazonie na parapecie, tych samych, które do niej dzwigałem, po raz ostatni, z żalem w sercu.

     Ciemny i strzelisty, z jasną kropką i piegami, poprzez które chmury suną równie cicho jak śledzie w oceanie.

     Ona, on i jeszcze jeden, ten najmłodszy, wyprowadzają nas z powrotem na drogę i po kilku chwilach zmierzamy w stronę miasta,

1




za smugami ich świateł.

     Dom wygląda z zewnątrz przyzwoicie: stoi w szeregu z innymi, identycznie wykończonymi. Cała okolica jest zasypana takimi samymi, piętrowymi domkami. Ciężko ucelować we właściwy po kilku głębszych. Jeżeli nie mieszkasz na skraju, z pewnością odwiedzisz sąsiadów i być może załapiesz się na jeszcze ciepłą kartoflankę. Na murze jest tabliczka, w świetle gwiazd i latarni rozszyfrowuje napis: L A U G H T O N R O A D.

     Ładujemy się na górę. Zamieszkamy z kilkoma Estończykami i Anglikiem cierpiącym na schizofrenie.

     Po kilku godzinach snu razem z kumplem jesteśmy już w samochodzie starego Angola z fioletowym nosem, który po nas przyjechał i wiezie do fabryki snów i czekolady. Trajkocze bez przerwy w języku, którego nigdy dotąd nie słyszałem. Myślę, że to dialekt szkockoskandynawski z wyspy Yell . Śmigamy jak skowronki, chyba na północ. Dziewczyny zostały w domu; mają poznać okolice, kupić coś do żarcia- na śniadanie łyknęliśmy po talerzu owsianki, którą zwinęliśmy z naszego byłego mieszkania w Londynie, razem z kijem golfowym, na wypadek Mistrzostw Świata.

     Na miejscu dowiadujemy się, że praca

2




jest przy kalafiorze, mrożonym kalafiorze. Stoimy po obu stronach taśmy, po której płynie zmarzlina i rzecz polega na rozdrabnianiu, jak wyjaśnia jakaś kobieta, na widok której mam przyjacielski półwzwód.. Rześko zabieramy się do sprawy. Prócz nas są Estończycy, których już poznaliśmy, cała trójka nie różniąca się niczym od siebie, nawet ubiorem; cisną z jednakowym grymasem i siłą, rozbryzgując na wszystkie strony. Są też Rosjanie, szczególnie Rosjanka, której piersi chętnie wyskakują zza brudnego fartucha, za każdym razem gdy się pochyla, by dorwać z taśmy kawałek warzywa; jej zloty wisiorek przywodzi na myśl przemyt z minionej epoki oraz wędrówkę ludów- historia ludzkości dynda w mrocznym wąwozie między jej cyckami. Są w końcu Bułgarzy, moi ulubieńcy, mieszkańcy byłej Jugosławii, która przed chwilą dostała krwotoku, i inni, cała słowiańska brać, wszyscy nielegalnie; skazańcy, uciekający przed wyrokami i biedą. Samotne planety, krążące po orbicie, z wiatrem lub bez, niekiedy obumarłe, pozbawione uczuć, automatycznie przemieszczające się z wszechświata we wszechświecie, ze wschodu, na wschód. Sponiewierani,

3




nadzy, upokorzeni, często z dyplomami ukończenia wyższych uczelni, zawieszonymi na ścianach rodzinnych domów, do których nie mają już wstępu. Pokrytych kurzem czasu, już nie z tego świata, jakby przeszłość była fatamorgana. Znajomych twarzy, których nie mają prawa wspominać, w obawie, by nie uruchomić tej całej maszynerii ludzkiego umysłu, mechanizmu powodującego rozpacz i ból. Domów, twarzy, które zmiótł im los, wachlarzem z gęsich piór, odlatujących w lepszy sen. Postaci i miejsc, tak odległych, że przestali w nie wierzyć. W życiu nie przypuszczałem, że na świecie może istnieć takie mnóstwo kalafiora, do tego zamrożonego na kość.

     Po dwunastu godzinach monotonni, podczas której w głowie napisałem ze trzy nowele, w tym dwie to arcydzieła, oraz kilka wierszy, równie dobrych, wracamy do domu, śpiewając i podgwizdując zberezne piosenki. Na miejscu, ledwo co wysiedliśmy z samochodu, kiedy Dave, schizofrenik, o którym już wspomniałem, oznajmił , że mamy się pakować i wynosić. To trochę dziwne, bo jeszcze nie zdążyłem się rozpakować, a do tego jestem zmęczony i głodny i zaraz znowu będzie noc. I nie mam w okolicy zbyt

4




wielu znajomych.

     - Jest was za dużo, robicie hałas.

     Kiedy wieczór ma się ku końcowi, wychodzę z flaszką ze sklepu i oto jestem sam na sam z mgłą. Po przejściu kilku przecznic, trafiam na park: kilka drzew, jakaś ławka, na której wygrawerowano czyjeś nazwisko. To Somerset Maugham spędził na niej noc, w drodze na Haiti. Jestem wśród swoich- wszyscy umrzemy, nierozpoznani.

     "Me królestwo za kieliszek"

     Przeczekam tu chwilę. Jutro posnuję się po mieście. Może przy odrobinie szczęścia zgarnie mnie patrol policji i odeśle do domu. W drodze do pracy widziałem wyrastające wieże kościelne, zamki króla Artura. Rozejrzę się. Spojrzę na to wszystko raz jeszcze, kołując nad miastem, jak jeden z tych samolotów nad Londynem, oczekujących pozwolenia na lądowanie.

5




Wyrazy: Znaki: