Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Biały Puchaty Króliczek (całość)ikonka kopiowania

Autor: Asmodeusz twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




Ludzie śmierdzą.

     Ta myśl zawitała w umyśle Białego Puchatego Króliczka, gdy po raz pierwszy miał styczność z tymi istotami. Pamiętał ten dzień jak przez mgłę, ale całym swym serduszkiem czuł, że to wspomnienie nie należy do najprzyjemniejszych. No i smród, tego nie dało się wymazać z pamięci, zwłaszcza, że każdego dnia, istota rasy homo-sapiens przypominała o tym fakcie swoją obecnością. Ludzka woń stanowczo różniła się od fetoru jaki króliczek znał z czasów, gdy żył szczęśliwie na zielonej Łące, wśród innych królików, był to mdlący i duszący zapach, z jakim się jeszcze nigdy nie spotkał.

     Nieufnie przyglądał się szklanym ścianom, wytaczające jasne granice nowej “łąki”, wyścielanej trocinami, które chłonęły odchody i mocz. Inne króliki zdawały się całkowicie nie przejmować faktem, że zostały zamknięte w miejscu, gdzie miały dozowane paskudne jedzenie i musiały robić pod siebie. Na ich pyszczkach malowała się słodka niewiedza, skropiona tępotą, a nade wszystko Biały Puchaty Króliczek miał wrażenie, że ich głowy w środku również są wypełnione trocinami.

     Tylko jeden z mieszkańców

1




szklanego więzienia, zdawał się mieć między uszami coś więcej niż komunikaty “jeść” i “spać”. Sędziwy, stary królik o brązowym umaszczeniu i gdzieniegdzie łysiejącym futerkiem, pewnego razu stanął przed Króliczkiem, przechylił głowę na bok i spojrzał na niego czarnym okiem, z którego w jednej chwili wylało się tyle współczucia i zrozumienia, jakiego nie oddadzą żadne słowa. Nie powiedział nic i pokicał dalej. Króliczek na zawsze zapamiętał wzrok Sędziwego Królika, który zdawał się znać jakąś “wyższą prawdę”, tak bolesną i nieodwracalną, że nie dało się jej wypowiedzieć na głos.

     Po tym zdarzeniu Króliczek wpadł w dekadencki nastrój, przewidując na każdym kroku rychłą śmierć lub koniec świata. Dosłownie w każdej drewnianej wiórze upatrywał nieszczęścia.

     Jeszcze niedawno kicał wśród gęstej, zielonej trawy z zaprzyjaźnionymi uszatymi. Słońce głaskało przyjemnie ich puchate grzbiety, a do ich uszu nie docierał żaden podejrzany dźwięk. Serce Króliczka wypełniał żal i tęsknota. Wypełniało go wrażenie, że nigdy nie poczuje pod łapkami tętniącej życiem ziemi.

     Los okazał się

2




jednak łaskawszy niż Króliczek się spodziewał. Przyszła na niego pora, a para zimnych i nieczułych dłoni chwyciła go pod boki. Nie zważała na szarpaninę i walkę zwierzątka, po czym bezdusznie umieściła w kartonowym pudełku. Przez jego drobne otwory  Biały Puchaty Króliczek widział tylko oddalające się miejsca, o których istnieniu nie miał pojęcia.

     Stanął na pierwszym stopniu, na schodach, których celu nie znał. Nim przekroczył próg nowego domu, miał same najgorsze scenariusze w głowie, a serce wybijało rytm wyjątkowo mrocznej pieśni, która lada moment miała się skończyć i rzucić Króliczka w ciemną otchłań. Ale później nie narzekał.  Wciąż nie była to trawa, wciąż robił pod siebie, wciąż wydzielano mu jedzenie – z drobną zmianą, bo dostawał prawdziwe i świeże warzywa, pokrojone w talarki lub kostkę.

     Dziewczynka opiekowała się nim troskliwie, spędzała z nim całe dnie, a zwierzątko poczuło się znowu szczęśliwe. Tym bardziej, że mała ludzka istotka pozwoliła mu wyjść z grobowego nastroju, który dotknął go w bezimiennym miejscu. Znowu czuł, że komuś leży na sercu jego dobro i go kochano.

3




 

     Zdarzało się, że wychodził ze swojego drucianego domku, by pokicać na zupełnie nowym rodzaju “trawy”. Średnio przyjemnej w dotyku, ale czystej. Dziewczynka stawiała wokół niego krąg lalek, przedstawiała mu je.

     Nigdy nie próbował uciec. Wierzył, że będzie w tym miejscu szczęśliwy. Nawet jeśli łapki dziecka były często spocone i klejące, to przyjemnie głaskały jego futerko.
Każdego ranka, dziewczynka stawała przed komodą z klatką Króliczka, by powiedzieć mu: “dzień dobry” i każdego wieczoru żegnała się z nim, mówiąc: “dobranoc” i za każdym razem wkładała maleńką rączkę do klatki, by pogłaskać grzbiet zwierzątka.

     Z czasem dziewczynka odwiedzała Króliczka coraz rzadziej. Na początku tego nie dostrzegał, dopóki nie zobaczył, że mała istotka przychodziła i tylko przyglądała mu się przez stalowe kraty. Skąd mógł wiedzieć, że jego puchate futerko robi jej krzywdę. Dla niej był gotów się go wyrzec. Na co komu imię, gdy nie ma się miłości?

     Jednak rodzice dziewczynki tego nie rozumieli.  Postanowili przenieść go w nowe — lepsze miejsce — jak go zapewniano, choć nigdy później nie dano mu się

4




rozkoszować słodyczą niewinnej, dziecięcej miłości.

     Trafił do szkoły, do sali biologicznej, gdzie dzieci, co przerwę przychodziły, by dotknąć jego milutkie futerko. Wpierw było to dość sympatyczne uczucie, ale gdy powtarzało się co czterdzieści pięć minut, po osiem razy dziennie, pięć dni w tygodniu, to Króliczek miał dość. Gdy tylko rozbrzmiewał dzwonek, wciskał się w najdalszy róg klatki i, nerwowo marszcząc nosek, starał się przeczekać. Na nic się to zdało, gdyż dzieci otwierały drzwiczki i nie miały problemu z dostaniem się klejącymi i brudnymi łapkami do mięciutkiego i śnieżnobiałego futerka Białego Puchatego Króliczka. To już przestało się mu podobać.

     Zwierzątko czuło jak w środku się wszystko skręca i nie potrafiło opanować drżenia. Po raz pierwszy spotkał się ze Strachem, nie jakąś poślednią obawą, ale okropnym przerażeniem, które za cel obrało sobie zamrożenie Króliczka od środka i wytarmoszenie jego puszystego futerka.

     Znajomość ze Strachem nie układała się najlepiej. Biały Puchaty Króliczek coraz bardziej miał mu za złe, że odejmuje mu jedzenie z ust i nie pozwala po nocach spać, aż w

5




końcu sprowadził na niego chorobę.

     Nauczycielka spostrzegłszy, że z ich klasowym pupilkiem dzieje się coś złego, zdecydowała, że weźmie zwierzątko do siebie do domu.

     Opiekowała się nim czule. Na rękach zaniosła do łazienki i posadziła w lodowatej umywalce, z której Biały Puchaty Króliczek miał widok na lustro. Spojrzał w nie i… spoglądał na niego inny Królik! To nie był ten sam Biały Puchaty Króliczek.

     Zwierzątko otrząsnęło się z dotychczasowej nostalgii i ospałości. Widok swojego własnego odbicia, jako szkaradnego, poplamionego różnymi substancjami, atramentem i farbkami, sprawiło, że Króliczek stracił jedno ze swoich imion.

     — Puchaty Króliczek — powiedział gorzko o krok od ataku histerii.

     Czy ktokolwiek widział płaczącego królika? Nie mógł rozpaczać przy kobiecie. Nauczycielka nalała dla niego miseczkę wody, dodała odrobinę płynu dla psów i delikatnie umieściła w niej spłoszone zwierzątko.

     Króliczek wierzgnął rozchlapując wodę dookoła. Nigdy w życiu nie widział tyle wody, do tego ta piana... Przecież jego futerko było już wystarczająco w opłakanym stanie.  Kobieta się zaśmiała i chwyciła

6




jego tylne łapki, by bezpiecznie umieścić w misce.

     Skulił się, chcąc nagle się skurczyć i zniknąć. Siedział sztywno, udając, że go tutaj wcale nie ma i skrywając w swoim małym i przerażonym serduszku nadzieję, że kobieta zostawi go w spokoju. Ale nauczycielka miała swój cel i zaczęła mięciutką gąbeczką wycierać jego futerko. Nagle podniósł głowę zaskoczony i wyprostował uszy. Czy mu się zdawało, czy właśnie ten człowiek próbował pomóc mu odzyskać imię?

     Pozwolił dokładnie się umyć i wytrzeć, lecz gdy znów spojrzał w lustro, zrozumiał, że nic nie zmyje plamy. Pomimo wszelkich starań tej dobrej kobiety, wciąż pozostawał tylko Puchatym Króliczkiem.

     Wcale nie uważał, że to próżne z jego strony. Obawiał się pospolitości. Dla ludzi norma, jest po prostu normą. Dla królika norma, jest równoznaczna z utratą tożsamości. Nawet człowiek byłby przygnębiony faktem, że ktoś odebrał mu imię, jego imię. Co się stanie, gdy zostanie całkowicie bezimienny?

     Strach po raz kolejny zawitał nocą, ale wyjątkowo krótko, by nie pojawić się na długo potem. Jakby chciał przybyć i poinformować Puchatego Króliczka o

7




wyjeździe na wakacje. Zwierzątko wreszcie mogło odetchnąć pełną piersią i rozkoszować się cudowną i chrupką marchewką podawaną przez nową opiekunkę. Ah… co to był za cudowny smak! Twarde, ale jędrne warzywo, rozpadające się na maleńkie kawałeczki pod wpływem nacisku króliczych siekaczy. Potem orzeźwiający i słodki smak rozdrobnionych marchewkowych granulek i lekka goryczka towarzysząca zjadaniu środka korzenia.

     Pomimo cudownego i kleistego szczęścia, którego zaznał w domu nauczycielki, to wciąż czuł niepokój. Dopiero stawiał pierwsze kroki w prawdziwym życiu, które już nauczyło go swoich kaprysów.  Pomimo że Strach nie pojawiał się od wielu dni, to serce zwierzątka przepełnione było niepokojem i oczekiwaniem aż on wróci. Króliczkowi zdawało się, że wiedział to równie dobrze jak Sędziwy Królik, którego poznał w sklepie zoologicznym, a jego współczujące spojrzenie przychodziło co noc, jakby ostrzegając, by nie stracić czujności.

     Nauczycielka podniosła klatkę ze zwierzątkiem i postawiła ją na okrągłym stoliku w salonie między zielonymi fotelami. Na jednym z nich siedział człowiek, którego fetoru

8




Puchaty Króliczek jeszcze nie znał.

     — Oto on — zaanonsowała Nauczycielka i wskazała ręką na klatkę.

     Króliczek od razu wyczuł kłopoty. Nie przepadał za zmianami, zwłaszcza że różnie się kończyły.

     Mężczyzna oparł łokcie o kolana, by spojrzeć na struchlałe zwierzątko. Po czym otworzył klatkę. Króliczek na moment przestał oddychać, gdy Obcy chwycił go za skórę na grzbiecie i usadowił na kolanach. Puchaty nie ruszał się, tylko nerwowo poruszał noskiem, cały się zjeżył i tylko czekał na odpowiednią okazję, by czmychnąć.

     Nowy człowiek, nie zamierzał zrobić mu krzywdy. Zaczął głaskać Puchatego Króliczka po jego miękkim futerku wielką i szorstką w dotyku dłonią. Zwierzątko czuło neutralny stosunek do tej czynności: nie potrafił jej określić jako przyjemnej lub nieprzyjemnej. Wciąż gotów do ucieczki, ale myśl o niej przestała być tak natarczywa.

     — Postaram się znaleźć mu dobry dom — powiedział Obcy i odłożył Króliczka do jego klatki.

     Króliczek podskoczył kilka razy, rozsypując trociny naokoło. Już zapomniał jaka w dotyku jest prawdziwa trawa. Jednym okiem spoglądał na Nauczycielkę i Obcego.

9




Prowadzili przez kwadrans nieciekawą dla Króliczka rozmowę i mężczyzna zaczął wkładać płaszcz.

     Nauczycielka znowu podniosła klatkę. Puchaty odetchnął z ulgą, lecz zrazu zmienił zdanie, gdy Nauczycielka podała druciany pokoik Króliczka Obcemu. Pożegnała się z mężczyzną w drzwiach i pomachała zwierzątku na pożegnanie.

     — Czekaj! Gdzie idziemy? Znowu w “Lepsze Miejsce”?— zawołał Króliczek, ale Nauczycielka już zamknęła drzwi, a Obcy zaczął właśnie schodzić po schodach, niemiłosiernie trzęsąc klatką.

     Zwierzątku żal byłoby zwrócić być może ostatnią prawdziwą marchewkę i z trudem utrzymywał ją w żołądku. Odetchnąć mógł dopiero, gdy Obcy posadził go na przednim siedzeniu, obok miejsca kierowcy.

     Króliczek przyglądał mu się oskarżycielskim spojrzeniem.

     — Dlaczego mnie stamtąd zabrałeś? Po co jestem ci potrzebny? Gdzie jedziesz? Zawracaj! Ja chcę wrócić do domu! — wołał Króliczek, ale mężczyzna zdawał się go ignorować.

     Obcy uruchomił maszynę, która zamruczała niecierpliwie, gotowa do pędu. Króliczek uderzył grzbietem o ścianę klatki, po raz kolejny będąc skonsternowany. Tak jak nie

10




przepadał za nowościami i nie pokazywały się długo na horyzoncie, tak wtedy pojawiły się chmarą.

     Ogromna maszyna poruszała się gładko, niemal jak sama Ziemia, w taki sposób, że Króliczek ledwo odczuwał jej ruch, chyba że Obcy hamował lub skręcał.

     Nieoczekiwanie mruczenie silnika rozdarł zdecydowanie zbyt głośny i irytujący dźwięk, zbliżony do dzwonka w szkole. Puchaty wierzgnął na drugi koniec klaki omal jej nie przewracając i tak jak miał w zwyczaju, będąc w sali biologicznej, wcisnął się w najdalszy róg klatki.

     — Halo? — Mężczyzna podniósł przedmiot, który wydał z siebie tę okropną melodyjkę. — Tak, już wracam. Powiedz Amelii, że mam dla niej niespodziankę… Co?

     Obcy nie dowiedział się już o co chodziło. W oddali dobiegał odgłos bardzo głośnego ryku innego samochodu. Obcy odrzucił telefon i szarpnął za kierownicę starając się ominąć przeszkodę. Potem krzyknął głośno i zasłonił obiema rękami głowę.

     Wszystko działo się tak błyskawicznie, że Króliczek nie był w stanie wszystkiego zarejestrować. Niewidzialna siła rzuciła jego klatką do przodu i obsypała stłuczonym szkłem. Samochód

11




wywrócił się na bok. Gaśnica leżąca nieopodal wygniotła klatkę omal nie miażdżąc zwierzątka wewnątrz niej. Gdy okropny huk i krzyk ludzi ucichł, zwierzątko postanowiło sprawdzić, co się stało.

     Przecisnął się między wygiętymi prętami klatki  i spojrzał na Obcego. Leżał z głową pokrytą świeżą krwią, opartą bezładnie na kierownicy. Nie ruszał się.

     Wtedy wrócił Strach, miał ze sobą nową przyjaciółkę — Śmierć — odzianą w żałobną czerń i z twarzą zakrytą białą woalką. Przytknęła palec odziany w koronkową rękawiczkę do ust, nakazując, by Króliczek nic nie mówił. Ten cofnął się do tyłu i spadł z klatki. Uderzył grzbietem w stertę szkła, odwrócił się jak poparzony na cztery łapy. Znalazł się w potrzasku między Śmiercią, a ostrymi zakończeniami wygiętej blachy i potłuczonych szyb. W powietrzu unosił się zapach krzepnącej krwi, który skutecznie zakamuflował ludzki fetor.

     — To wszystko nie ważne — powiedziała do niego i wskazała wpierw na ciało Obcego, a potem na Króliczka, by następnie wzruszyć obojętnie ramionami.

     Puchaty Króliczek poczuł się urażony. Zachowywała się z

12




nieznośną ignorancją i obojętnością. Przecież cenił swoje życie znacznie bardziej niż życie człowieka, którego widział po raz pierwszy (i ostatni) na oczy. Wydawało mu się, że to jakaś kompletna niedorzeczność, by ktokolwiek przejmował się ludzkim życiem. Przecież było ich setki razy więcej, mieli ogromną siłę i moc niszczycielską. Zachowywali się niczym złe duchy stworzone, by gnębić i zabijać wszystko, co dobre i piękne na tym świecie, jak można porównywać kogoś takiego do porządnego królika?

     Śmierć przychodziła w milczeniu, w idealnej ciszy dokonywała zbiorów. Nie przynosiła ze sobą jęku potępionych, krzyku umierających i szlochu bliskich — jak zawsze ją sobie wyobrażał. Obecność Strachu jednak zaskoczyła Króliczka jeszcze bardziej. Jest towarzyszem każdej istoty ludzkiej, nawet po wizycie kostuchy. Był to Strach o wyjątkowym obliczu, nieznanym.

     W chwilach, gdy świat wydawał się Króliczkowi znany i monotonny, Los płatał mu kolejnego figla, jakby chciał mu udowodnić jak Puchaty mało wie. Za każdym razem, gdy sytuacja wyglądała na najgorszą z możliwych Los pokazywał mu, że stać go na

13




więcej.

     Jedyne, co można ludziom oddać, to fakt, że potrafią się solidaryzować. Wyglądają jakby żyli w stadzie, choć każdy chce przekazać innym osobnikom swą odrębność i wyjątkowość stając się przez to również częścią tego schematu. Wspierać się potrafią tylko w obliczu Śmierci i Strachu, toteż zajęli się ciałem Obcego. Podnieśli samochód do normalnej pozycji. Zabrali Króliczka.

     Ogarniało go głupie wrażenie, że jest tylko kukiełką wrzuconą do rzeki i całkowicie zdaną na kaprysy nurtu. Jakże byłoby być Panem Królikiem Losu. Ale Króliczek już wiedział jaki ten los jest i że nie da się z nim dogadać, a co dopiero go opanować. Niezrozumiała dotychczas była dla niego niezwykła moc ludzi, którzy podbili cały świat i jeszcze dalej, lecz w pamięci zwierzątka pojawił się nowy obraz o bardzo gęstej fakturze, ostrych liniach i różnych odcieniach czerwieni.

     Ludzie nie są nieśmiertelni, pomyślał Króliczek oddając się pokornie w ich ręce, niczym pozbawiony nadziei skazaniec. Pozwalał się przenosić z miejsca na miejsce, z rąk do rąk. Coraz dalej i głębiej, gdzieś na ludzkim terytorium i nawet ich fetor

14




skutecznie dominował nad świeżym powietrzem. Gatunek dążący do ekspansji w każdej sferze życia.

     Pośród królików, które Puchaty znał istniało wierzenie, czy może raczej legenda, opowiadająca o końcu drogi przebytej ze Śmiercią. Według tych historii Śmierć także miała swój cel i nie zbierała dusz w charakterze wątpliwej kolekcji. Prowadziła do miejsca, gdzie ani ona, ani Strach nie mieli prawa wstępu. Rodzina Puchatego Króliczka wierzyła w takie miejsce, gdzie wszystko jest jasne i przyjazne, a kończyna słodsza i soczystsza niż kiedykolwiek.

     Króliczkowi nawet w chwili, gdy widział namacalną i ponurą posturę Kostuchy, nie potrafił uwierzyć, że Śmierć prowadzi do czegoś więcej niż... Śmierci. Inaczej nie istniałby Strach, a życie nie byłoby aż takie ważne.

     Większość Królików wierzy przede wszystkim w życie i Śmierć. Te “bóstwa”, gdyby ktoś usiłował to sobie przetłumaczyć na ludzki rozum, nie miały imion. Króliki nie czuły potrzeby zbawienia, nie szukały Mesjasza, nie modliły się wznosząc błagalnie oczy ku niebu — i tak są zbyt szeroko rozstawione. Króliki szanowały życie i oddawały mu cześć na

15




swój własny sposób. Mnożyły się niczym grzyby po deszczu, a i nie słyszano, by jakiś uszaty zabił drugiego, uszatego brata.

     Nastała ciemność, a ciało Puchatego Króliczka było przewalane z jednej strony na drugą, jakby jakaś niewidzialna siła miotała ciałem przestraszonego zwierzątka, po ciemnej próżni.

     Przecież nie mógł umrzeć. Inaczej ta historia, by się tu kończyła, a w tym miejscu znalazłaby się jakaś osobliwa puenta. Życie Króliczka nie mogło się skończyć bez puenty!

     Nie przypominał sobie, by umarł. Przecież coś takiego, by pamiętał. Z drugiej strony, narodzin też nie pamiętał.

     Rozłożył bezwiednie ciało w wyjątkowo szorstkiej “próżni” i z poddańczą postawą, pozwolił sobą miotać.

     I nastała światłość. Tak jasna, że słońce mogłoby się schować. Wszystkie opowieści z dzieciństwa wróciły z niespokojną nutą, a Puchaty Króliczek znalazł się, rzeczywiście, w idealnie białym i aż za dobrze oświetlonym miejscu.

     Przetarł łapkami główkę, która nagle okropnie go rozbolała od blasku białych lamp. Skulił uszy i wciąż przecierał piekące oczy.

     To nie mogło być miejsce, o którym

16




mówili rodzice. Za bardzo go to wszystko drażniło, za bardzo się bał, a do tego: byli tu ludzie. Jeden z nich podniósł Króliczka, chwytając ubraną w gumową rękawicę dłonią pod brzuch zwierzęcia i zadomowił go w jednym ze szklanych mieszkań w ogromnym szklanym bloku. Wiele królików sąsiadowało Puchatemu, ale żaden nic nie mówił. Nawet jeśli, to i tak nie byłoby ich słychać przez grube, szklane mury. Gdyby nie dziurki z nawiewem powietrza, to wszystkie mogłyby się podusić, jak owady zamknięte w słoiku.

     Zaciekawiony podszedł do przedniej szyby, z które służyło mu za zamknięty balkon, z którego mógł obserwować otoczenie.

     Ludzie ubierali się dziwnie, jakby bali się brudu i dlatego nosili się na biało. Widocznie też poczuli, że bardzo nieciekawie pachną i nosili maski zasłaniające nos i usta. Króliczek zaskoczony faktem, że w tym miejscu nie ma zapachu, a jeśli już to pojawiał się bardzo rzadko, najczęściej w formie bardzo nieudolnej wersji zapachu kwiatów lub miodu. Miejsce bez kolorów, dźwięków i zapachów — podsumował po cichu, jak prawdziwy Królik-Obserwator.

     Wbrew pozorom Króliczek patrzył na otaczającą

17




go przestrzeń i poruszających się po niej ludzi z pewnym politowaniem, a nawet sympatią. Wyobrażał sobie, że znalazł się w jakimś Warsztacie Niespełnionych Marzeń. Naukowcy spędzali całe dnie w nim, tylko po to, by znaleźć przepis na wieczność: wieczną młodość, wieczne zdrowie, wieczne życie, wieczne piękno…

     Szukali czegoś, co w rozumieniu przeciętnego królika nie miało prawa istnieć. Według Puchatego Króliczka szukali czegoś pięknego i cudownie patrzyło się na nich, gdy tak marzyli na jawie o cudownych miksturach. Częściowo uważał ich za szaleńców. Czas przeznaczony na życie, spędzali myśląc o Śmierci.

     
Wszystko się zmieniło, gdy w pewnym momencie postanowili wcielić Puchatego Króliczka w swój szaleńczy plan oszukania czasu. Raz dziennie, wyciągali Króliczka z jego szklanego lokum, stawiali na zimnym, stalowym blacie i w wyjątkowo nieprzyjemny sposób “wgłaskiwali” różne substancje w jego futerko. Żadna rewolucja na skórze Króliczka nie miała miejsca. Nie stał się ani młodszy, ani starszy, nie zrobił się zielony i wciąż nie potrafił latać. Mimo to, ludzkie dłonie zaciskały się w stalowym uścisku

18




na ciałku Króliczka dokładnie raz dziennie.

     Każdy dzień był taki sam, a Puchaty powoli wpadał w nieśmiertelny krąg czasu, który toczył się powoli i leniwie, jak posmarowana masłem wskazówka zegara. Wciąż nic ciekawego się nie wydarzyło, a mimo to żarliwie wcierano w niego kolejne kremy i pachnidła.

     Trudno zauważyć jakąkolwiek zmianę, jeżeli wkrada się ona w porządek dnia codziennego, by zdać potężny cios prosto w serce i umysł swojej ofiary. Jak młoda kobieta, która ciągle zabiegana, w pewnym momencie się zatrzymuje, patrzy w lustro i widzi, że już ma czterdzieści lat.

     Monotonność bezlitośnie kradła życiowy czas Króliczka, równocześnie otwierając drzwi kolejnemu spustoszeniu, które miało pogruchotać i tak złamane serduszko Króliczka.  

     Za bardzo użalał się nad głupiutkimi ludźmi i zapomniał o swoim beznadziejnym położeniu.

     Zegar się roztrzaskał, a nużące wskazówki odbiły się z chrzęstem od podłogi, a nim Puchaty Króliczek zdążył usłyszeć ich zdecydowany upadek, wylądował na pokrytej brudnym śniegiem ulicy, w jakimś paskudnym zaułku.

     Hałas, zapach i minusowa temperatura podziałały na

19




Króliczka jak wyjątkowo silne krople trzeźwiące, które ktoś zamiast dać do powąchania, postanowił wlać Króliczkowi prosto do nosa.

     Całe jego ciałko zaczęło wibrować i zdumiony przyznał sam przed sobą, że jest mu wyjątkowo zimno.

     To nie była przecież pierwsza zima jaką przeżył, bo aż druga. Pamiętał jak z licznym rodzeństwem ganiał pośród nieskazitelnie czystych wydm. Wtedy nie czuł takiego mrozu.

     Rozejrzał się wokół i zdegustowany zlustrował leżące obok zamarznięte błoto. W takim śniegu nie kicałby się za nic w świecie. W niczym nie przypominał tamtego niebiańskiego puchu.

     Nigdy dotąd nie miał okazji pobyć na prawdziwej, ruchliwej ulicy. Jego pierwsze wrażenie nie było pozytywne. Dotychczas wierzył, że nawet ludzie mają w sobie coś z królików. Wszystko co tworzyli, a moc twórczą mieli ogromną, szarzało, blakło i wtapiało się w tło innych upadłych idei. Po co im było zmieniać perfekcyjną biel śniegu, zieleń trawy, czy błękit nieba?

     Króliczek niczego nie mógł być pewny, jeśli chodzi o ludzki gatunek.

     Zdecydował się zabrać swój puchaty ogonek, gdzie indziej i przypadkowo zerknął na swoje

20




odbicie w tafli paskudnego, zamarzniętego błota i  zamarł w bezruchu.  

     Mróz dobrał się do jego łysych placków na futerku: wcześniej puchatym, jeszcze przedtem białym. Porastała go wyjątkowo sztywna i nieprzyjemna w dotyku szczecina, przez którą wydawało się, że ma jeszcze mniej futra niż w rzeczywistości. Obrócił się całkowicie bokiem do kałuży, by odkryć kolejne ubytki.

     Jak mógł tego wcześniej nie zauważyć?

     Czas cierpliwie dobierał się do jego futerka, zachęcony różnymi specyfikami wytwarzanymi w laboratorium i urządził sobie pole uprawne na grzbiecie zwierzątka. Cierpliwie siał i podlewał, by to Króliczek zebrał plony i tym samym przelał czarę goryczy.

     Tym razem też nie płakał, choć był sam i nie musiał się obawiać o to, co ktoś sobie pomyśli. W jego głowie powstał chaos, a żadna myśl nie była go w stanie na tyle zasmucić, by z jego gardzieli wydał się choć jeden żałosny jęk. Nic nie chciało wskoczyć na swoje miejsce. Stał dłuższą chwilę w tym samym miejscu, jakby nagle zapomniał kicać. Zerkał co jakiś czas w taflę lodu, by upewnić się, że wciąż ma uszy, które upoważniały go do

21




noszenia ostatniego imienia: Króliczek.

     Poruszył nieznacznie noskiem, sprawdzając, czy widzi własne odbicie, a nie portret innego, wyjątkowo żałosnego, królika.  Wyglądał jakby zamarzł i dopiero po dłuższej chwili odzyskiwał czucie i zdolność ruchu. Brakowało mu motywacji do działania, a nie było przy nim nikogo, kto nadałby na nowo nadzieję  jak wtedy Nauczycielka.

     Nie istniała Królicza Policja, do której Króliczek mógł się zgłosić w sprawie podwójnej kradzieży imion, lecz gdyby istniała, to bez dwóch zdań oskarżyłby o popełnioną zbrodnię Los lub ludzką rasę.

     Trudno jest nienawidzić tyle miliardów osobników, więc raczej wolał skupiać negatywne myśli na jednej postaci wyimaginowanego władcy wszelkich nieszczęść w uniwersum.

     W chwili, w której w sercu Króliczka zaczęły pojawiać się wyjątkowo negatywne uczucia i tak mroczne myśli w umyśle, Los postanowił sprezentować mu coś miłego, jakby przepraszając za wszystkie krzywdy.

     Gdy Króliczek sądził, że sięgnął dna i zgubił się w gęstej sieci zatłoczonych uliczek. Zakładał, że prawdopodobnie umrze z głodu lub pewnego razu mróz przymknie jego

22




zmęczone powieki, a rano już ich nie otworzy.

     Zawędrował w jedną z zaśmieconych uliczek. W prawdzie obawiał się, że może natknąć się na jakieś dzikie zwierzęta. Nieprzychylnym okiem spoglądał w ogromną stertę śmieci, jakby zaczaił się tam niedźwiedź. Znalazł względnie suche i mniej śmierdzące schronienie w pudełku po żelazku, które leżało zapomniane i wciśnięte między dwa zielone kubły.

     Króliczek skulił się w najdalszym rogu pudełka, jak to zwykł czynić, gdy bardzo się czegoś bał. Gdy czuł za sobą róg, jakieś oparcie, było mu odrobinę lepiej, choć taka czynność nigdy nie przynosiła pożądanego efektu.

     Zaczął intensywnie myśleć nad rzeczami, nad którymi króliki zazwyczaj się nie zastanawiają. Obawiał się Śmierci, choć z drugiej strony czuł, że życie nie ma mu zbyt wiele do zaoferowania, a jedynie odbiera mu wszystko, co posiada. Pomalutku i cierpliwie dobiera się do jego skóry i wyrywa z niej kawałeczek. Króliczek martwił się, że pewnego dnia po prostu przestanie istnieć.

     Żałował, że kiedykolwiek narzekał. Nie czuł się przecież aż tak źle w szkole, czy sklepie zoologicznym. W jego

23




głowie wspomnienia tych miejsc zmieniły barwy z szarych na kolorowe, a myślał o nich z ukłuciem nostalgii.

     Rozpamiętywał, co działo się jeszcze wcześniej. Nim trafił do sklepu. Pamiętał zieleń trawy, soczystą kończynę, ciepłe słońce i inne króliki... W większości jego bracia i siostry. W tych kliszach brakowało pewnych elementów. Jakby wyleciały mu zupełnie z głowy. Czegoś okropnie mu brakowało, ale nie wiedział czego. Ze zdumieniem musiał przyznać sam przed sobą, że już nie pamięta jak wyglądała jego mama. Łezka zakręciła się w oku Króliczka. Jeszcze nigdy zagubienie i samotność nie dokuczały mu tak jak w tamtej chwili.

     Wtedy, w świetle latarń, które przezierało się między kontenerami i padało u stóp kartonu po żelazku, pojawił się futrzasty cień. Wyjątkowo długi i niespokojny, lekko drżący.

     Króliczek spojrzał na przykrytą cieniem sylwetkę zwierzęcia. Dwa jasne płomyki spozierały na uszatego. Nie wyglądały na przyjazne. Tuż obok niego wił się niczym prawdziwa żmija ogon. Cienki i ostro zakończony. Długie wąsiska pokrywał szron.

     Rozległ się hałas. Zwierze spojrzało ku jego źródła

24




obracając się profilem do Króliczka i ukazując pociągły pysk i okrągłe uszy. Dodatkowo stało na dwóch łapach jak człowiek.

     Nagle dziwne stworzenie zanurkowało wprost do pudełka Króliczka rozpychając się obok niego. Ogromny i wyraźnie zdeformowany kot dopadł do szczeliny między kubłami i zaczął drapać o ich ściany, jęcząc i skrzecząc nieprzyjemnie. Króliczek wraz z nowym towarzyszem momentalnie wcisnęli się w tylną ścianę pudełka po żelazku, drżąc częściowo z zimna, a częściowo ze strachu. Pazury kociska, zostawiały po sobie chaotyczne i krótkie rysy na powierzchni plastikowych pojemników. Jeszcze chwilę, wzburzone zwierzę próbowało sięgnąć ukryte w cieniu stworzenia, po czym równie nagle jak się pojawiło, tak znikło.

     Szczur rozejrzał się uważnie i obrócił płonące ślepia w kierunku uszatego.

     l Chodź, wiem skąd wziąć jedzenie — powiedział nieprzyjemnym głosem, ale w jego tonie nie dało się wyczuć wrogości.

     Króliczek otrzymał komunikat, by podążyć za podejrzanym znajomym, i nie pochodził on z mózgu, czy serduszka, ale z burczącego żołądka, który ostrzegał, że jeśli zostanie sam na

25




mrozie, to będzie musiał zjeść własny domek.

     Kicał żywo, by zmusić pulsującą w jego żyłach krew, do ogrzania przemarzniętego ciała. Przez jego łapki przechodził kujący ból, jakby nie skakał po oblodzonym chodniku, a dywanie z ostrych szpileczek. Wpatrywał się uparcie w koniuszek łysego ogona Szczura. Nigdy nie spotkał równie odpychającego stworzenia.

     Szczur się zatrzymał, jakby usłyszał, co Króliczek o nim myśli. Stał na krawężniku i wpatrywał się w metalową kratę na jezdni. Tuż za nią rozlewała się gęsta ciemność. Gryzoń podskoczył wysoko do góry i zanurkował między szczeblami owej kraty. Zniknął w mroku.

     Króliczek czuł, że mu opadają łapki. Podążał taki kawał, by pozostać na lodzie. I to dosłownie! Nawet nie wiedział jak wrócić do pudełka po żelazku.

     Gdy już miał odejść, usłyszał piskliwy głosik wzmocniony echem, dochodzący z przestrzeni za kratami.

     — Wskakuj!

     Króliczek stanął na kratach, nie bardzo wiedząc jak wyjaśnić Szczurowi, że jest za duży, by przecisnąć się między jej szczeblami, gdy dostrzegł większy otwór tuż pod podłużnym blokiem krawężnika.

     Wcisnął głowę,

26




czuł przewiew i nieprzyjemny zapach wilgoci i stęchlizny. Nie do końca przekonany, czy chce znaleźć się na dole, wymusił na sobie ostatnie kicnięcie, którym tym samym zepchnął się w ciemną otchłań.

     Upadł boleśnie na jedno z podwyższeń wbudowanych w ścianę kanału.

     — W dół! — pokierował go Szczur.

     Króliczek wzdrygnął się na myśl o kolejnym upadku. Ugiął łapy i starał się jakoś ułagodzić upadek. Wylądował niczym rasowy kot, lecz łapki boleśnie plasnęły o betonowe podłoże i piekły jak zdarte strupy.

     Na dole panował jeszcze większy mrok i smród, niż sobie to wyobrażał. Nie widział kompletnie nic. Przez chwilę miał wrażenie, że powoli traci węch. Światło latarni, które wpadało przez zakratowany otwór, odbijało się nieśmiałym blaskiem w czarnej i leniwej rzeczce płynącej pod Miastem.

     — Widzisz coś, mój kicający druhu? — Do uszu Króliczka dotarł znajomy pisk.

     — Obawiam się, że nie — przyznał Króliczek, nie wiedząc, w którą stronę powinien mówić.

     Przez chwilę zapadła cisza, przerywana pojedynczymi kroplami topniejącego śniegu na powierzchni i wpadającego do ścieku.

     — Daj

27




sobie czas, przyzwyczaisz się — zapiszczał głosik, znacznie bliżej niż wcześniej.

     Króliczek postawił uszy na sztorc i starał się wyłapać każdy dźwięk. Słyszał dreptanie bosych łapek po wilgotnym podłożu i przeszedł go dreszcz.

     Szczur znalazł się tuż przy nim i położył lodowatą i mokrą łapkę na jego barku. Całą wolą, którą w sobie chował, Króliczek starał się nie wzdrygnąć się ani nie strzepać tej łapki. Szczur mógłby się zezłościć i zrobić mu coś złego, na przykład zostawić w ciemnym kanale.

     — Nie bój się, to tylko legenda, że jakoby żyją tu krokodyle. — Szczur starał się go pocieszyć i zgadywał, co trapi jego nowego towarzysza.

     Króliczkowi cisnęło się na pyszczek pytanie, ale gardło znowu zawiązało się w supeł.

     JAKTOKROKODYLE?! Krzyczał w środku. Nawet nie wiedział jak taki kro-ko-dyl wygląda ani skąd jego dziwne imię. Kroko-dyl. Skoko-dyl. Dylo-krok… Nazwa nie sugerowała mu zbyt wiele. Wyobrażał sobie ogromne łyse stworzenie z długimi odnóżami pająka i długim ogonem, najeżonym kolcami.

     — Idziemy — zdecydował za Króliczka Szczur.

     Popchnął go w kierunku stalowej

28




kraty, częściowo zanurzonej w wodzie. Bez problemu przecisnęli się między jej szczeblami i ruszyli dalej. Od czasu do czasu spotykali świetlistą plamę, która padała przez kolejne okratowane włazy, wprost do ścieku, jakby i ona miała wymieszać się z czarną wodą.

     Wędrując przez śmierdzący i podziemny labirynt, Króliczek stracił rachubę czasu, a pojedyncze otwory świetlne nie dawały mu żadnych wskazówek odnośnie pory dnia. Szczur również nie wyglądał na zbyt rozmownego. Dreptał na dwóch łapach, tuż obok niego, przednie kończyny splótł ze sobą drobnymi paluszkami. Jego stopy wydawały mokry i plaszczący dźwięk, który był dla Króliczka jak ogromny i obleśny owad na płaszczyku schludnej damy.

     Po pewnym czasie oczy Króliczka zaczęły więcej dostrzegać. Poruszali się po idealnie gładkim i okrągłym tunelu, który od czasu do czasu rozdzielał się czasem na dwa, a czasem nawet na pięć różnych odnóg. Tu i ówdzie powstawiano w jego krzywe ściany zakratowane otwory. Czasem dostrzegał po drugiej stronie kilka poziomych szczebli, które prowadziły do zamkniętego włazu. Zdarzało się, że mijała ich pielgrzymka innych

29




szczurów, lecz nikt poza Króliczkiem nie przywiązywał do tego zbyt wielkiej wagi.

     W pewnym momencie Szczur wskoczył na pobliską rurę, która poziomo przylegała do ścian tunelu. Pomógł Króliczkowi się na nią wdrapać. Mimo koszmarnego otoczenia, uszaty musiał przyznać, że w kanałach było znacznie cieplej niż na powierzchni, a jego łapki odzyskały czucie, co znacznie ułatwiło wspinaczkę.

     Szli po plastikowej rurze, która pięła się coraz wyżej i wyżej, a gdyby nie opasające ją plastikowe obręcze, prawdopodobnie Króliczek nie podołałby takiej wspinaczce. Znaleźli się tuż przy sklepieniu kanału i ostrożnie poruszali się nad czarną rzeczką, po niby-moście.

     Biały Szczur — Króliczek nie wierzył, że można być tak białym, żyjąc w kanałach — wskoczył na rurę, po której się przemieszczali i przemknął obok nich, niczym duch, Króliczek stracił równowagę. Złapał się pazurkami i plastikowa rurę, która zatrzeszczała złowrogo. Niezwykły most charakteryzowała wyjątkowo śliska, do tego wilgotna, powierzchnia i gdyby nie pomoc nowego kompana, Króliczek skończyłby jako kisiel, rozbijając się o płyciznę ścieku.

30




Szczur użył całej swojej siły, by pomóc Króliczkowi znowu stanąć pewnie na rurze. Obaj usiedli na niej i wpatrywali się w leniwie płynący ściek. Wątła pierś Szczura falowała łapczywie łapiąc oddech. Spojrzał na Króliczka i się roześmiał.

     — Nikt nie ustalił kierunku ruchu, dotąd nie było tu królików — powiedział rozbawiony i podniósł się, by ruszyć w dalszą podróż: — Już niedaleko.

     Żywszym krokiem przeszli na drugą stronę ścieku. Szczur odsunął kratę w jednym z otworów w ścianie i nakazał podążać za sobą. Obrócił się tylko raz, by spojrzeć, czy Króliczek mieści się.

     Droga przez wąską rurę była prosta, Chociaż nie dało się dostrzec już kompletnie niczego, to Króliczek nie miał wątpliwości, w którą stronę iść.

     — Ostrożnie — ostrzegł słaby głosik Szczura, który znacznie wyprzedził Króliczka.

     Usłyszał jeszcze szczęk metalu i nastała głucha cisza. Króliczek oddychał głośno i zatrzymał się w środku drogi. Zaczął się dusić. Nie widział ścian, ale je czuł, jakby się zwężały i ściskały go, by utknął pod ziemią na zawsze. A może i gorzej! Wycisną ostatnie soki z

31




niego!

     Zaczął żywiej szurać łapkami, licząc, że zdąży nim ściany się ze sobą zetkną, Im rozpaczliwiej uciekał, tym bardziej plątały mu się kończyny. W końcu zrezygnowany i bliski płaczu czołgał się, sunął brzuchem po gładkim podłożu. Jego uszy leżały płasko na jego grzbiecie, a łapki powoli odmawiały posłuszeństwa.

     Obrócił głowę, by móc spojrzeć przed siebie, lecz końca drogi nie było widać. Do tego coś dotykało jego grzbietu. Zimna dłoń, wyjątkowo nieprzyjemna. Jego ciałko zaczęło drżeć. Łzy kapały po wąsikach. To “coś” bezkarnie się rozłożyło na jego trzęsącym się grzbiecie i oparło na jego głowie. Króliczek opadł z sił. Nie potrafił się obrócić, by chociaż spojrzeć co, to jest.

     WIO! Króliczku! — usłyszał w swojej głowie znajomy głos.

     O nie! — Pomyślał. Znał ten głos aż za dobrze. Podobno wszystkie króliki i zające słyszą ten głos znacznie częściej i głośniej niż ktokolwiek inny na Ziemi.

     Strach usiadł wygodnie na jego grzbiecie i zaczął go poganiać niewidzialnym batem.

     No dalej! Zaraz przyjdzie tu Dylo-krok! Czy jakoś tak. Szybciej, ściany się zbliżają,

32




musimy uciekać! — darł się Strach.

     W jego bredniach Króliczek odnalazł odrobinę sensu i zerwał się na równe łapki i jak, gdyby popędzany rozgrzanym żelazem wyskoczył z rury, uderzając głową o kratę i odrzucając ją w górę. Nie natrafił na grunt pod łapkami i spadł. Leciał dłuższą chwilę, a wędrujące po gęstej sieci rur szczury, rozbiegały się w obawie, że zostaną zmiażdżone. Króliczek uderzył brzuchem o jedną z takich rur i zaczął się jej kurczowo trzymać, wszystkimi czterema łapkami. Poruszał się tylko w rytm przyspieszonego i urwanego oddechu.

     — Mówiłem ci, byś uważał — powiedział Szczur stając tuż przed nim.

     Króliczek poczuł się spokojniejszy.

     — Cieszę się, że cię widzę — przyznał, a stojące nieopodal szczury pomogły mu wstać.

     Znaleźli się w delcie ścieku. Rury wiły się niczym dzikie pnącza lub węże nad ich głowami. Wkoło były tysiące jak nie miliony szczurów. Część stacjonowała sobie w szczelinach tunelu, inne w szybach wentylacyjnych, lub w górnych partiach kanału, w przestrzeni między ścianą, a większymi rurami.

     To miejsce tętniło życiem niczym najprawdziwsze

33




serce podziemi, połączone licznymi żyłami i większymi tętnicami, stanowiło również stolicę Szczurzego Imperium. Króliczek nigdy nie zdawał sobie sprawy, że w jednym miejscu może zebrać się aż tylu przedstawicieli jednego gatunku — za wyjątkiem ludzi, oczywiście.

     Mieszkańcy podziemnego miasta żywo przyglądali się Króliczkowi, a nieliczni z takim zapałem, jakby wpuszczono do ich siedziby, co najmniej wilka (którego Króliczek uważał za najgroźniejsze stworzenie na świecie). Jednak nikt nie okazywał mu niechęci, a tym bardziej wrogości, chociaż znacznie różnił się od nich, to należeli do tej samej rodziny gryzoni.

     Króliczkowi zrobiło się wstyd, że brzydził się Szczura. Możliwe, że trafił jako pierwszy nie-szczur do Podziemnego Miasta. Nowy znajomy obdarzył go ogromnym zaufaniem, ocalił go wielokrotnie od rychłej śmierci.

     Szczur podążał wytyczoną przez siebie trasą i nie zawahał się ani przez chwilę. Dokładnie znał tu każde kolanko, każdą zatęchłą i obrośniętą grzybem dziurę. Wskoczył na jedną z rur, ściśle przylegającą do ściany i następnie do jednej z otwartych dziur.

     Kilka szczurów pomogło

34




Króliczkowi dostać się do otwartej rury, a jego nowy przyjaciel wciągnął go do środka. Smród był nie do zniesienia, jakby coś zdechło we wnętrzu tej rury. Dodatkowo rura biegła prosto w górę, co zmuszało, co wspinaczki. Króliczek wspierał łapki na poprzecznych zaspawach i obręczach. W pewnym momencie, Szczur skręcił w poziomą odnogę i wciągnął tam również Króliczka, by ten mógł odrobinę odpocząć.

     — Jesteśmy prawie na powierzchni. Wytrzymaj! — pokrzepiał go Szczur.

     Króliczek rozluźnił się i starał się wepchnąć jak najwięcej śmierdzącego powietrza w palące płuca. Gdyby miał cokolwiek w brzuszku, pewnie właśnie, by się tego pozbywał.

     Szczur zauważył, jak Króliczek próbuje ukryć odruch wymiotny.

     — Parszywa dziura, prawda? — zagaił ostrożnie gryzoń.

     Uszaty nie był pewien, co odpowiedzieć. Bywał w gorszych miejscach, ale dotąd nie doświadczył tak drażniących warunków.

     — Raczej ta rura — powiedział Króliczek.

     — Wolałbyś nie wiedzieć, co przez nią przepływa — rzucił Szczur z lekkim uśmiechem.

     Króliczek nie mógł się nie zgodzić. Wolał jednak zmienić temat:

     — Dokąd

35




idziemy?

     — Jeść. Wyjdziemy niedaleko restauracji. Nie uwierzyłbyś, ile jedzenia ludzie wyrzucają — opowiadał Szczur. — Lepiej chodźmy, zanim coś napłynie do ścieku.

     Ruszył pierwszy tak, by Króliczek mógł go widzieć, a przynajmniej koniuszek dżdżownicowatego ogona, który nie wydawał mu się już taki paskudny jak wcześniej.

     Przyspieszyli. Króliczek zużywał całe pokłady energii, jakie mu pozostały, tłumacząc sam sobie, że musi się stąd wydostać albo umrze ze smrodu. Brał głębokie wdechy i wstrzymywał powietrze na tak długo jak się tylko dało.

     Znowu natrafili na poziom, lecz tym razem Szczur nie zatrzymał się na odpoczynek, tylko ruszył przed siebie. Króliczek nie zostawał w tyle, miał doskonałą motywację, by się stąd wydostać. Gryzoń przesunął kolejną kratę, całą splątaną włosami i resztkami jedzenia. Skręcili w prawo, później w lewo i biegli po mocno poskręcanych rurach, aż natrafili na okrągły zawór, poznaczony regularnymi dziurami. Szczur stanął na dwóch łapkach i starał się przesunąć klapę, która ledwo drgnęła.

     Króliczek postanowił wkroczyć do akcji. Wyprostował się na tylnich

36




łapkach, a przednimi podważył klapę. Szczur szybko się przemknął przez wolną szczelinę i od góry zepchnął klapę na bok. Przesunął ją jeszcze trochę, by Króliczek się zmieścił i pomógł, mu wejść na górę.

     Zwierzątka odetchnęły świeżym powietrzem i cieszyły się promieniami popołudniowego słońca. W Króliczka wstąpiły nowe siły, gdy poczuł jedzenie. Szczur wskoczył na opartą o kontener deskę i wskoczył do kubła.

     Jeszcze nie dawno, Króliczek wybrałby śmierć głodową zamiast wziąć do pyszczka cokolwiek ze śmietnika.

     Szczur, wybrał dla niego lekko oklapły liść sałaty, brązowiejący na koniuszkach oraz połowicznie zgniecionego i przymrożonego pomidora. Króliczek nie spodziewał się, że jedzenie wyrzucone przez ludzi może smakować lepiej niż świeżutka i pokrojona w talarki marchewka, którą chrupał w domu nauczycielki. Nawet woda z kałuży smakowała lepiej niż jakakolwiek inna woda, choć cuchnęła paskudnie.

     Już zabierał się za pałaszowanie wyjątkowo smutnego pomidora, lecz się zatrzymał niemal dotykając długimi i lśniącymi siekaczami pomarszczonej skórki owocu.
— Czy ludzie nie będą źli

37




na nas? — upewniał się Króliczek, przez chwilę czuł się jak niecny złodziejaszek.

     Szczur tylko machnął łapką. U jego stóp leżała pokaźnych rozmiarów pieczarka, przyprószona pleśnią z jednej strony kapelusza.

     — Nie lubią patrzeć jak jemy, ale to wszystko nie jest im potrzebne — powiedział Szczur tym swoim piskliwym głosikiem, wziął kęs wciąż jędrnego grzybka i dodał wypchanym pyszczkiem: — Ludzie biorą więcej niż jest im potrzebne, a i tak nie lubią się dzielić.

     Uszatemu nie pozostało nic innego jak wzruszyć łapkami i rozkoszować się niebiańskim smakiem, jakże długo oczekiwanego posiłku. Jego brzuszek dopraszał się o więcej i więcej, aż w końcu Króliczek postanowił osobiście zanurkować w stercie śmieci. Razem ze Szczurem “pływali” pośród odpadków, wyszukując coraz to nowsze skarby.

     Nawet, gdy czuli się syci, wciąż pochłaniali kolejne porcje jedzenia, obawiając się, że nieprędko przyjdzie im ponownie napełnić brzuchy. Króliczek czuł przyjemne ciepło w pełnym brzuszku. Położył się na grzbiecie i oparł plecy o mur. Szczur usadowił się obok niego i założył przednie łapki na pękatym

38




brzuszku.

     Obaj czuli się wyjątkowo szczęśliwi. Nawet uszaty, nie mógł sobie przypomnieć, by kiedykolwiek przeżył coś równie niesamowitego, a przecież to zwykły posiłek, w dodatku nie najlepszej jakości. Podzielił się tą myślą ze Szczurem, który tylko zadarł nos ku coraz ciemniejszemu niebu.

     — Nie wiem, przyjacielu — wyznał Szczur, wpatrzony w srebrzysty glob, który wyłaniał się spośród złotych, różowych i granatowych chmurek ułożonych w długie wałki na liliowym niebie.

     Słońce ukrywało się coraz głębiej. Zapadała noc, a wraz z jej nadejściem, na jej czarnym firmamencie rozbłyskiwały kolejne srebrzyste gwiazdki — jedne jaśniejsze, a inne bardziej nieśmiałe, niektóre ukrywały się za chmurkami.

     — Kiedy mieszkałem na Łące, niebo dziurawiło tysiąc razy więcej gwiazd. Co się z nimi stało? — zapytał Króliczek.
Szczur po raz kolejny wzruszył ramionami.

     — Może też nie przepadają za tym miejscem i wolą być gdzie indziej? — odpowiedział pytaniem Szczur, nie do końca przekonany.

     Księżyc wciąż wisiał na niebie, niczym srebrna tarcza, chronił zasypiające Miasto przed mrocznym obliczem

39




nocy.

     Szczur wpatrywał się rozmarzony w świetlisty glob, a Króliczkowi zdawało się, że jego nowy przyjaciel wędruje daleko, daleko stąd.  Nie chciał mu przerywać tej niesamowitej podróży, by umilić sobie czas, zaczął szukać Gwiezdnego Królika. Na Łące było go widać, a gdy podczas swawoli zdarzało mu się odbiec za daleko, odnajdywał drogę do rodzinnej norki kierując się w kierunku prawego ucha Gwiezdnego Królika. Gdyby on, pewnie rozszarpałyby go kuny albo wilki.

     Sam widok gwiazdozbioru, gdy budził się w ciemną i ponurą noc, wstrząśnięty koszmarem i poruszony smutkiem czy samotnością, wychylał pyszczek z norki, by spojrzeć na Gwiezdnego Królika i poczuć się bezpieczniej. Zawsze czuwał. Zawsze. W Ludzkim Mieście, nad którym wisiała gęsta kurtyna ich własnych demonów i cieni, gdzie nawet blask Psiej Gwiazdy, do której śpiewały wilki, za którą podążały lisy, wydawał się być mdły, lodowy i obojętny, majestatyczny, króliczy gwiazdozbiór ginął w chmurze niespełnionych marzeń, ukryty pod zasłoną dymu i smrodu, a jego świetliste oko nie docierało do miejsca, w którym Króliczek przebywał obecnie.

     Trudno

40




cieszyć się zamglonym słońcem, które każdego dnia walczyło o odrobinę przestrzeni między burymi skrzydłami gołębi i kłębiącego się dymu. No chyba, że właśnie wychodzi się po kilkunastu godzinach wędrówki po ciemnych i zapomnianych przez wszystkich kanałach, o których istnieniu, w mniemaniu Króliczka, wiedziały tylko szczury.

     Ponad nimi przesunął się cień. Pierzasty i postrzępiony, niczym czarne płótno rzucone na wiatr. Poruszał się z gracją i niewypowiedzianą finezją, a czernią swych piór zasłaniał jedyne gwiazdy, które ośmieliły się przedrzeć przez gęstą powłokę otaczającą Miasto. Ptak swym umaszczeniem wtapiał się w tło nocnego nieba. Leciał bezszelestnie, unosząc się na lekkim zefirku, który sunął po labiryncie krętych uliczek i zwartych budynków.

     Z jakiegoś powodu owe majestatyczne zwierzę, doprowadziło Szczura do stanu około epileptycznego. Gryzoń poderwał się możliwie jak najszybciej, na ile pozwalał mu ociężały z przeżarcia brzuch i szybkim szarpnięciem zimnej łapki, dał Króliczkowi znać, by uczynił to samo, nim zanurkował pod kontenerem.

     Króliczek się nie zmieścił. Fiknął kilka

41




razy, nim pogodził się ze swoim gabarytem. Czuł, że panika Szczura wyraźnie mu się udzieliła, a pierzasty cień, ledwo zauważalnie przymierzał się do lądowania, prezentując ostre pazury, które zalśniły w sztucznym świetle latarni. Resztkami zdrowego rozsądku, uszaty zmusił łapki do kicania, wskoczył między kartony, rozsypując je naokoło. W jego żołądku wszystko się mieszało i skręcało, powodując kujący ból. O króliczy skok uniknął ataku ostrych pazurów drapieżnego ptaka. Uderzył bokiem o brudny mur przylegającego budynku i rozpychając kopkę przymarzniętych i mokrych liści, czmychnął za ogromny śmietnik.

     Ptaszysko zatoczyło kilka okręgów w ciemnym zaułku, prezentując parę potężnych skrzydeł, którymi bez problemu mogłoby objąć średniej grubości pień. Po chwili oczekiwania, znużone wzniosło się ponad najwyższe kominy i zniknął w przestworzach. Króliczek wolał odczekać jeszcze chwilę, starając się przejrzeć ewentualny podstęp. Starał się uspokoić galopujące serce, jakby miało ono zdradzić jego kryjówkę.

     Ochłonął nieco z nadmiaru emocji, gdy ujrzał smukłą sylwetkę przyjaciela, który wyszedł

42




na środek ślepej uliczki i rozglądał się za nim.

     — W porządku?  — zapytał od razu Szczur, gdy tylko ujrzał znajomą postać.

     Króliczek skinął i odruchowo zadarł głowę ku niebu, nie bardzo wiedząc, czego powinien na nim szukać. Pierwszy raz widział takie stworzenie. Przypominał upiora, ledwo widocznego i niepozornego, lecz o wyjątkowo ostrych szponach i szybkich ruchach.

     Zrobiło mu się niedobrze. Ociężały żołądek wyraził zdecydowaną dezaprobatę dla tak gwałtownych ruchów.

     — Zejdźmy z widoku — powiedział Szczur i skierował się w kierunku wejścia do kanału.

     Króliczek zatrzymał się. Nie popełni drugi raz tego samego błędu. O nie! Nie wróci do tej upiornej sieci śmierdzących i ciemnych tuneli. Szczur zniknął gdzieś za kartonami. Lekko wzburzony uszaty postanowił okazać swoje niezadowolenie i nadąsany poszedł za Szczurem.

     Gryzoń właśnie ustawiał pionowo karton, tak, by obaj się mogli w nim zmieścić, a równocześnie, by osłonić się przed widokiem z góry. Szczur wsparł opadające skrzydło na patyku, by nie zasłaniało im widoku na niebo.

     — Zawsze chciałem być ptakiem — wyznał Szczur,

43




zadzierając różowiutki nosek ku niebu. — Wzniósłbym się wprost do Ptasiego Miasta, na Księżycu.

     Króliczek podkulił uszy, mocno poruszony chwilą, zaczął wyobrażać sobie, jak może wyglądać takie miasto i czy Księżyc nie jest za mały, by pomieścić tyle ptaków na swojej powierzchni. Wyobraził sobie niedużą kulę pokrytą, ruchliwymi i różnokolorowymi, ptakami.

     — Naprawdę ptaki mieszkają na Księżycu? — zapytał Króliczek z nutą niedowierzania.

     Szczur parsknął śmiechem.

     — To gdzie miałyby swój dom? Na chmurach nie da się utrzymać, a Słońce, to kula ognia. Muszą mieszkać na Księżycu — rzekł przekonany Szczur. — Tak, chciałbym zobaczyć to miejsce…

     Wszystko, co się wznosi musi kiedyś opaść, a czasem nawet spaść. Króliczek nie był pewien, czy i on chciałby latać na Księżyc. Co, jeśli znajdzie się na nim zbyt wiele ptaków i srebrzysta kula spadnie? Wolał zostać królikiem, nawet takim bezimiennym, niż narazić się na zbędne ryzyko. Nie chciał wypowiadać swoich wątpliwości na głos, bo po co?

     — Skąd się wziąłeś przy Laboratorium, Króliczku? — zapytał nagle Szczur.

     Trudno powiedzieć,

44




co on tam robił. Wiedział, że przenieśli go ludzie. Wyrzucili go na ulicę, ale wcześniej bezlitośnie wykorzystali. Skąd się tam wziął?

     — Chyba z jego wnętrza… — odpowiedział bardziej sam sobie niż Szczurowi i zmarszczył nosek.

     Szczur westchnął tęskno i odwrócił wzrok od nieboskłonu. Oparł się o róg karton i zaciekawiony przyglądał się Króliczkowi.

     — Też kiedyś tam byłem. Tak biało, że myślałem, że nie żyję. Nie liczyłem dni, nie pilnowałem godzin, a czas uciekał mi jak przez palce. Należałem do grupy naukowców! — opowiadał przejęty Szczur, a Króliczek omal się nie zachłysnął.

     Ot taki Szczur. Ni to człowiek, ni to Królik, a po prostu szczur, pracował jako naukowiec. Już chciał zapytać, co on tam robił, lecz Szczur go uprzedził.

     — Wpuszczali mnie do labiryntu. Sprawdzali, czy odnajdę wyjście. Wymyślali niestworzone kombinacje, przy których oni sami prawdopodobnie tracili rachubę, a ja zawsze znajdowałem drogę wyjścia… — wspominał z uśmiechem na pyszczku.

     Szczur się zamyślił, a jego twarz tężała, jak woda pod wpływem mrozu. Poruszył wąsikami.

     — Pozbyli się mnie, gdy

45




przestałem być potrzebny. Wyrzucili na ulice jak nadmiar jedzenia. Bez wyjaśnień ani pożegnania. A przecież… lubiłem ich. Byli dla mnie dobrzy. Jeden z nich, chodził bardzo zabawnie, jakby omijał niewidzialne drzewa. Jego czerwoną sierść widziałem z daleka. Przynosił mi zawsze pokaźny kawałek dorodnego sera… Nic mi nie powiedział, a tak mu ufałem. — Pociągnął nosem.

     — Przykro mi… — Króliczek próbował go pocieszyć.

     — A teraz? — Szczur nie zwracał nawet na niego uwagi, patrzył nieobecnym wzrokiem, gdzieś w przeciwną ścianę kartonu. — Teraz się brzydzą mnie. Gdziekolwiek się pojawię uciekają z krzykiem: “To Szczur! Jaki paskudny!”. Rozbiegają się na wszystkie strony, jakbym był w wielkości dużego psa i miał przynajmniej dwie głowy. A widziałeś te trutki? Są całe sklepy z przyrządami do mordowania szczurów.

     Króliczek poczuł jak ciarki przemaszerowały po jego grzbiecie. Nie wiedział, że ludzie są do tego zdolni.
— Nie chciałem urodzić się szczurem, mieć szczurzą mamę, szczurzego tatę i rodzeństwo… Czemu nie urodziłem się ptakiem albo chociaż… królikiem! — skomlał.

     Uszatemu nigdy nie

46




przyszło na myśl, że ktoś chciałby być królikiem. Owszem, należeli do zwierzątek uroczych i żył szczęśliwie na Łące. Jednak wszystko ma swoje wady. Z własnego doświadczenia wiedział, że nie umiał poradzić sobie w mieście i większość z jego gatunku kiwa się między bezdenną głupotą a słodką niewiedzą. Pamiętał dobrze zachowanie innych uszatych w sklepie zoologicznym. Kicały w trocinach nasączonych moczem, nie raz potrafiły zanieczyścić wodę, z której piły, a mimo to wyglądały na całkiem szczęśliwe.

     Zastanawiało go, co się stało z jego znajomymi z tamtych czasów. Wyobrażał sobie, że są w równie beznadziejnej sytuacji, co on. Nawet odnosił wrażenie, że za bardzo się od nich nie różnił. Przecież on też nie zdawał sobie sprawy, że Los bywa aż tak okrutny ani z istnienia tylu stworzeń i miejsc, których nie spotkałby nawet w najbardziej fantastycznych wizjach.

     Nieprzyjemne wrażenie, że należał do grona równie głupiutkich króliczków, sprawiło, że się skrzywił.

     Szczur przyglądał mu się uważnie, jakby nie mógł się zdecydować czy grymas Króliczka powinien potraktować osobiście, czy raczej

47




zignorować.

     — Króliki nie są aż tak bystre jak szczury — zauważył ostrożnie Króliczek, przerywając rozważania Szczura. — W la-bo-ra-to-rium traktowano nas raczej jak… kamienie. Zimne, martwe i głupie kamienie, które nacierali i spryskiwali dziwnymi maziami. Gdyby nie ty, nie rozmawialibyśmy teraz. Nawet nie wiem, czego powinienem się obawiać. Zgubiłbym się w kanałach. Nadal bym umierał z głodu, bo nawet nie wiedziałem o istnieniu takiego miejsca… W ogóle mało wiem…

     — Czasem lepiej nie wiedzieć — powiedział Szczur, uśmiechając się pokrzepiająco.

     Wszystko zrobiło się zagmatwane i nieczytelne. Dopiero co Króliczek skrytykował w myślach głupotę, by usłyszeć z ust Szczura, że nie jest ona taka zła. A przecież Szczur wyglądał na takiego, co wie sporo.

     Już gryzoń układał się do snu, zawinął się w szary kłębek i podkulił różowy ogonek, gdy Króliczek nie wytrzymał:

     — Dlaczego?

     Szare zwierzątko zawahało się na moment. W pierwszej chwili Szczur nie wiedział o co Króliczkowi może chodzić.

     — Niektórych taka wiedza mogłaby… zabić. To brzydkie słowo. Ty radzisz sobie nie najgorzej, Króliczku,

48




dlatego cię lubię. — Szczur mówił ospale, coraz ciszej, by ostatnie zdanie wypowiedzieć niemal szeptem, na koniec ziewnął przeciągle i nim Króliczek zdążył zadać kolejne pytanie, Szczur już sympatycznie pochrapywał w kącie pudełka.

     Według niego wcale sobie nie radził. Stracił niemal wszystko.

     Położył głowę na łapkach i opuścił uszy tak, by spływały po jego bokach. Uniósł oczy do góry, by zerknąć na kawałek nieba, którego nie zasłaniała kartonowa markiza. Nadal nie wyobrażał sobie, by na Księżycu mogło się zmieścić tyle ptaków, ile szczurów w kanałach.

     Czy nie byłoby ich widać z dołu? A może są to tylko ptaki o białych piórach… Na przykład łabędzie albo gęsi. — Próbował sobie to wytłumaczyć. Skoro Szczur powiedział, że mieszkają tam ptaki, to musiało tak być. Przecież Szczur nie bez powodu został wybrany na naukowca…

     Zdawało mu się, że widzi klucze różnokolorowych ptaków, zmierzających w kierunku srebrnego globu. Ich pióra mieniły się tysiącem iskier, a długie ogony falowały na wietrze. Wespół z innymi ptakami tworzyły tęczę. Zagubioną i samotną wstęgę kolorów, pośród

49




mroków nocy, do której współczująco migotały gwiazdy.

     Chmury usunęły się w cień, rozgonione wiatrem spod majestatycznych skrzydeł. Ptaki sunęły po niebie wolno i niespiesznie, jakby chciały zaprezentować swoje piękno przed szaraczkami z powierzchni Ziemi. Ich zachowanie przypominało spacer po swych licznych i niezmierzonych włościach. Wyraźnie dawały do zrozumienia, że posiadają świat na własność, a problemy maluczkich ich nie dotyczą. Bo one lecą na Księżyc…

     Mdłe promienie wścibskiego słońca padały przez szpary w przemokniętym kartonie. Króliczek zacisnął powieki, jeszcze nie miał zamiaru wstawać. Otworzył jedno oko, by upewnić się, że wszystko w porządku. Szczur gdzieś zniknął.

     Niechętnie podniósł się z wygrzanego przez siebie kącika. Po wydarzeniach ostatniej nocy, głównie po ataku ptaka-widmo, zmobilizował się do szybkiego działania. Ostrożnie wysunął nos z pudełka i szorując bokiem o kontener przemknął na jego skraj. Nieśmiało wyjrzał zza rogu. Pusto. Odkicał kawałek, by mieć lepszy obraz na kosze na śmieci.

     Wciąż nie mógł znaleźć nowo nabytego przyjaciela. Króliczek poważnie się

50




zmartwił. Ruszył w kierunku ulicy, która huczała od zgiełku. Skrycie liczył, że nie będzie musiał tam szukać Szczura. Do jego uszu dotarł szmer. Odwrócił się prędko, by rzucić okiem na kontenery. Ktoś szperał w nich.

     Króliczek spiął wszystkie mięśnie gotów zanurkować za kubły na śmieci. Dla pewności skrył się przy murze. Coś szamotało się w stercie śmieci. Króliczek wstrzymał oddech.

     Tajemniczy przybysz wyprostował się, a uszaty czuł, że serce na moment się zatrzymało. Czarne ptaszysko przycupnęło na pokrywie śmietnika i coś zawzięcie skubało. Gdy tylko ptak schylił się, by ponownie rozerwać coś na kawałki, Króliczek czmychnął ile sił w łapach za kontenery, uderzając bokiem o jeden z nich, na którym przycupnął kruk.

     Ptak zaciekawiony nagłą aktywnością śmietnika, sfrunął na ziemię. Poskakał na czarnych łapkach uzbrojonych w ostre pazury i rozglądał się na boki. Zmieścił się w szczelinie między kubłami. Króliczek czuł, że zbliża się jego koniec. Kruk zbliżał się do kryjówki Króliczka. Uszaty już widział jego czarny dziób wychylający się zza rogu.

     Przestraszone zwierzątko

51




szarpnęło się mocno i nagle, jakby kierowany odruchem. Lekko popchnął kubeł, a jego klapa się zamknęła z trzaskiem. Kruk się spłoszył i prędko wyfrunął ze ślepej uliczki. Zostawił po sobie kilka samotnych, czarnych piór, utraconych w wyniku pośpiechu.

     Wtedy spod kosza na śmieci, wychynęła się głowa Szczura. Spojrzał na przyjaciela z wdzięcznością.

     — Gdy spałeś, poczułem się głodny i wykradłem się z naszej kryjówki, a wtedy zjawił się kruk… nie miałem jak cię ostrzec, przepraszam — opowiadał Szczur, z taką prędkością, jakby się ścigał.

     — Dobrze, że nic ci nie jest. Martwiłem się — przyznał Króliczek, dając Szczurowi do zrozumienia, że nic się nie stało.

     Gryzoń odetchnął z ulgą. Wesołymi podskokami pobiegł po swoim pomoście, który prowadził wprost do kopalni skarbów. Rozsmakowali się  w tym miejscu i mogliby zostać tam na zawsze, ale…

     — Ludzie nas nie lubią… Przynajmniej mnie. Niebezpiecznie jest za długo przebywać w tym samym miejscu — rzucił luźną sugestie Szczur pochrupując kawałek chleba.

     Sierść na karku Króliczka stanęła dęba.

     — Nie chcę wracać do kanałów —

52




ostrzegł.

     Szczur otworzył pyszczek, by skontrować, lecz Króliczek odkicał w inne miejsce, wyraźnie czymś zainteresowany. Gryzoń dojadł miększy środek, a skórkę kromki wyrzucił i podążył za zwierzątkiem.

     Uszaty patrzył na kilka różowych strzępków, wymieszanych z innymi odpadkami. Nie pachniały zbyt przyjemnie, ale widocznie dość, by zwabić sporą rodzinę much.

     — Co to jest? — zapytał Króliczek, przekrzywiając głowę. Zdawało mu się, że gdzieś już coś takiego widział, że wygląda podobnie do czegoś mu znanego…

     Szczur zrównał się z nim i wyraźnie się zmieszał. Przetarł łapkami całą głoe od uszu po koniuszek nosa, strzepując okruszki z długich wąsików.

     — To? Nic ważnego. — Starał się wyminąć niewygodne pytanie.

     — Powiedz mi — zażądał zdecydowanie Króliczek.

     Szczur miętosił w łapkach koniec ogonka i wyraźnie zachodził w głowę, jakby to wytłumaczyć. Zmarszczył się, jakby zaraz miał wybuchnąć gniewem, lecz, jak za sprawą magicznej różdżki, jego pyszczek złagodniał i powiedział:

     — Nie wiem.

     Króliczek mu nie uwierzył. Musiał zaakceptować, że o niektórych rzeczach nie

53




powinien wiedzieć.

     

     Jego towarzysz już go oczekiwał. Uszaty nie wyobrażał sobie, by zanurkować ponownie w ciemność ścieków. Buntowniczo przycupnął na przymrożonym chodniku i bezczelnie patrzył na Szczura, jakby chciał powiedzieć:

     Nigdzie nie idę.

     Zwariowałeś, nie możemy zostać — Zdawało się, że Szczur odpowiedział mu telepatycznie, a tylko spojrzał na uszatego pobłażliwie i przechylił głowę.

     Króliczek w niezmienionej pozycji odpowiedział w niemej dyskusji:

     Założymy się?

     Gryzoń uniósł brew: Jesteś pewien, że tego chcesz?

     — Nie wrócę do ścieku — oznajmił na głos.

     Szczur rozłożył łapki.

     — Ale zostać tutaj też nie możesz…

     — W kanałach żyją szczury, a ty przecież nie chcesz nim być. Chodź ze mną, poszukamy Łąki, tam będziesz, kim tylko zechcesz — przerwał mu żarliwie Króliczek. — Tam jest trawa taka soczysta i zielona, a o tej porze roku śnieg bardziej puszysty i biały niż gdziekolwiek indziej!

     Wyraz pyszczka Szczura zmienił się na pobłażliwy. Założył łapki na piersi i spojrzał na przyjaciela z lekkim uśmiechem.

     — Każdemu się wydaje, że kica się wyżej w miejscu, w

54




którym nas nie ma — skwitował delikatnie i ciepło tak, że nawet jego piskliwy i drażniący głos nie zdołał zniszczyć efektu.

     Nie usłyszał odpowiedzi. Uszaty czuł się nieco zbity z tropu. Mieszkał tam, pamiętał to miejsce jak przez gęstą burzową chmurę, ale serce pamiętało. Ono nigdy nie potrafiło zapomnieć rytmu, które wybijało przez czystą radość i beztroskę.

     — Wiem, że to miejsce jest. Jestem tego pewien — powiedział ze śmiertelną powagą, a Szczur wydał się zaskoczony.

     Przez chwilę nic nie mówił. Króliczek widział jak bije się z myślami, zaciska łapki, porusza nerwowo różowiutkim noskiem, a ogon uderzał w betonowe podłoże, jakby poganiał sam siebie z podjęciem decyzji.

     — Wiesz, gdzie jest ta cała Łąka? — upewniał się, wciąż zachowując dystans do całej koncepcji poszukiwania miejsca, które wydawało się króliczym snem.

     Króliczek podkicał w stronę przyjaciela.

     — Wiem tylko, że daleko od Miasta. Naszym największym problemem będzie je opuścić, a potem już z górki na Łąkę. Poznam drogę, na pewno — obiecywał uszaty, a w jego głosie dało się wychwycić błagalną nutę.

     Szczur

55




westchnął.

     — Zgoda — rzekł poddając się, lecz po chwili uniósł palec do góry i dodał stanowczo: — Ale później znajdziemy drogę na Księżyc, dobrze?

     — Tak! — wykrzyknął uradowany Króliczek i wyskoczył w powietrze najwyżej jak potrafił, potem przekicał dookoła Szczura i wyparował w kierunku ulicy, wołając: — W drogę!

     
Wyruszyli w swą, wielką w zamiarze, a krótką w rzeczywistości, podróż. Trafili na skwer, gdzie rosło kilka drzew, a śnieg dość biały, nie bardziej niż zachmurzone niebo, lecz zawsze bielszy niż ten na chodniku. Między nagimi drzewami leniwie rozciągała się rzadka, popołudniowa mgła, otulając skwerek przyjemną i senną aurą.

     Miejsce, choć z początku wyjątkowo sympatycznie okazało się nie bez skazy. Trudno kicać po śniegu pokrytego odchodami ulubieńców człowieka. Króliczek patrzył na okolicę z pewnym obrzydzeniem, a Szczur wdrapał się na ławkę, by ocenić całokształt parku.

     — Psy się poddały, lecz koty wciąż walczą — usłyszeli skrzekliwy głos, a na oparciu ławki wylądował potężny i czarny jak węgiel ptak.

     Wtedy Króliczek zdołał spojrzeć prosto w ozdobione

56




złocistą obwódką oko ptaka-widmo, który nawiedził ich w nocy i nastraszył kilka godzin temu. Ktoś postukał Króliczka w łopatkę, a ten podskoczył jak oparzony i ujrzał znajomą twarz młodzieńca otoczoną siwymi lokami.

     Strach — pomyślał Króliczek.

     W rzeczy samej — odezwał się w głowie Króliczka głos Strachu.

     — Co tutaj robią tu dwa gryzonie? Czy nie obawiają się, że coś znacznie większego upoluje ich na śniadanie? Czy nie zdają sobie sprawy z tego, jak bardzo się odznaczają na białym śniegu? — Kruk przerwał rozmowę odbywającą się w głowie uszatego i zachłannie przyglądał się swojemu znalezisku.

     Uszaty odnosił wrażenie, że ptaszysko upatrzyło sobie ich już dawno na posiłek i niełatwo przyjdzie im przekonać Kruka do zmiany zamiarów.

     — Jesteśmy przejazdem — odparł bez namysłu Szczur.

     — A dokąd “jedziecie”? — dopytywał ptak.

     Na Łąkę — powiedział tym razem Króliczek, a Szczur zganił go wzrokiem.

     Kruk załopotał skrzydłami, rozwiewając opadły na szczeblach ławki śnieg i omal nie strącając z niej także Szczura.

     — Znałem kiedyś pewnego lisa, nazywał się Rudy Lis. To była

57




dziwna znajomość. Szukał miejsca o nazwie Las, opowiadał, że jest to tuż za Łąką — opowiadał majestatycznym tonem i zabawnym głosem Kruk.

     Przyjaciele spojrzeli po sobie.

     — Co to za Lis? — spytał Króliczek, czując, że radość rozsadzi mu serduszko.

     — Lubię opowiadać tę historię, choć jest bardzo smutna — mądrzył się Kruk, wyglądało, jakby zupełnie zapomniał o tym, że chciał ich zjeść. — Ludzie zakładają farmy. Ta jedna była farmą lisów. Ludzie pozwalali im się rozmnażać, karmili, leczyli, bawili się z nimi, a później zabierali. Rudy Lis z początku widział we mnie obiad. Gdy tylko pojawiałem się w pobliżu, rzucał się w szalony pościg, skakał, warczał i wspinał się.

     Pewnego dnia przestał to robić. Leżał pod takim konarem i patrzył na mnie. Sądziłem, że jest może chory. Odwiedzałem go codziennie i nigdy nie próbował mnie złapać. Wciąż siedział pod swoim drzewem i na mnie patrzył.

     W końcu nie wytrzymałem. Przysiadłem na konarze i zbliżyłem się do Rudego Lisa i spytałem, czemu już mnie nie goni.

     “Oszczędzam siły”, odparł.

     “Siły? Na co?”, spytałem zdziwiony.

     Rudy

58




podniósł głowę i pyskiem wskazał na otwarte okno. Zaskoczony nagłą nostalgią bardzo żywiołowego Lisa, zajrzałem ukradkiem do wnętrza drewnianej chaty. To co zobaczyłem, wstrząsnęło mną do głębi i gdybym miał futro nie pióra, to zjeżyły, by mi się włosy od karku po sam ogon. Sterty… nie… góry! Góry lisich futer leżały na podłodze wielkiego pomieszczenia. Przy drewnianym stole stał mężczyzna, który czesał futro obdarte z jakiegoś nieszczęśnika, spryskiwał jakimś specyfikiem i wieszał mu na szyi metkę z ceną. Nawet futro z pyska zdjęli!

     W życiu nie widziałem czegoś równie wstrząsającego. Przez chwilę wyobraziłem sobie człowieka na miejscu tego lisa. Czy też inni ludzie nosiliby go jak szalik? Kładli na kominku lub przybijali do ściany? Przecież twarz tego człowieka mogła być całkiem ładna. Dlaczego lisy? Rzędy haków zapełniono futerkami niewinnych psowatych, a niezdolne do wesołego merdania kity poruszały się smętnie w rytm wiatru nawiewającego z otwartego okna.

     Spojrzałem na smutnego kolegę, a przed oczami stanęła mi scena, w której widziałem krucze skóry pokryte czarnymi, onyksowymi piórami, które

59




wiszą na hakach jak mięso u rzeźnika i czekają na nabywcę. Spytałem, więc Rudego czy mogę coś dla niego zrobić. Odwrócił się do mnie ogonem i poszedł przed siebie. Podążyłem za nim. Dotarliśmy do zakratowanego ogrodzenia. Lis chwycił w pysk czerwono-żółty jesienny krzak i minimalnie go przesunął, bym mógł zobaczyć podkop.

     “Gdy nadejdzie zima, nie pozostanie po nas nic. Farma jest zamykana, więc muszą do wiosny sprzedać cały towar”, powiedział do mnie, “Dziś garbują ostatnie skóry, znowu czeka nas łapanka. Ruszamy dzisiaj w nocy, gdy ludzie pójdą spać”.

     “Jak mogę się przydać?”, ponowiłem pytanie.

     “Będziesz naszą czujką. Gdy ktoś będzie tutaj szedł, zakraczesz krótko trzy razy i raz przeciągle, zgadzasz się, kolego?”, zapytał przenikliwie patrząc na mnie wielkimi brązowymi oczami. Miałem wrócić tam o zmierzchu i filować na dachu.

     — I co było dalej? — wyrwało się bardzo przejętemu Szczurowi, który dotychczas słuchał Kruka z ogromnym zaangażowaniem.

     — Spokojnie, gryzoniu — zganił go Kruk, prężąc dumnie pierś i kontynuował opowieść: — Usiadłem na szczycie budynku i patrzyłem

60




na przebieg Wielkiej Ucieczki. Lisy, wychowane i urodzone za kratami przemykały do świata bez granic, szukając wolności, której nigdy nie znali. Zastanawiało mnie dlaczego, gdy usłyszałem okropny hałas, który rozległ się po podwórzu. Nie trzeba było długo czekać, gdy w jednym z okien pojawiło się światło. Dałem więc znak przyjaciołom.

     “Kra, kra, kra, kraaaa!” — zademonstrował Kruk, a stado gołębi, stacjonujące w pobliżu, poderwało się z ziemi i odleciało w popłochu. — Chwilę odczekałem i ponowiłem alarm. Z domu wyszedł człowiek, ubrany w piżamę, a w ręku miał strzelbę…

     — Co to “strzelba”? — przerwał Krukowi Króliczek.

     — Strzelba, to stalowy wąż plujący śmiertelnymi i metalowymi kamieniami — wyjaśnił Kruk z pewnym politowaniem i opowiadał dalej: — Nie mogłem stać na tym dachu jak jakiś głupi gołąb, więc poleciałem za zbiegami. Człowiek najwyraźniej zauważył uciekające lisy, których kity iskrzyły się w blasku księżyca, wystając ponad niski trawnik. Człowiek okazał się znacznie szybszy niż, żyjące w niewoli i nie przyzwyczajone do tak intensywnego biegu lisy i szybko zaczął je

61




doganiać, grzmiąc ostrzegawczo ze swojej strzelby.

     Nagle Rudy Lis zrobił coś czego ani ja, ani pozostałe lisy nie zapomnimy nigdy. Zatrzymał się. Gwałtownie odwrócił i zaczaił w trawie, a gdy człowiek był wystarczająco blisko, rzucił się na niego. Lisią szczękę zacisnął na jego szyi i trzymał tak długo, dopóki ten nie przestał wpierw wrzeszczeć, później się ruszać.

     Wydawało się, że zwycięstwo jest blisko, lecz pojawił się drugi człowiek. Strzelba wyrzygała kulkę z taką prędkością, że przeszyła głowę Rudego na wylot. Bohaterski Lis poległ obok zwyciężonego człowieka.

     Następnego dnia widziałem jego skórę wiszącą na jednym z haków. Poznałem ją po dziurze w czole, a futro przeceniono z powodu owej dziury — Kruk na wspomnienie marnego końca przyjaciela, rozpłakał się.

     — Co z pozostałymi lisami? — dopytywał Szczur.

     Kruk wzruszył skrzydłami i otarł kilka łez.

     — Chciałbym wierzyć, że znajdują się w szczęśliwej krainie Lasu — przyznał Kruk.

     Króliczek się nie odzywał. Opowieść Kruka sprawiła, że poczuł się bardzo, ale to bardzo źle. Bohaterski Rudy Lis, okrucieństwo ludzi, ich

62




niesamowita moc uśmiercania. Czuł się tak samo, jak w chwili, gdy bohater mówi, że gorzej być nie może i nagle zaczyna padać deszcz. Lis miał siłę i zęby. Króliczek nie rzuci się na krtań człowieka, nawet nie byłby w stanie go poważnie podrapać.

     — Wiesz dokąd zmierzały lisy? — zapytał rzeczowo Szczur.

     Kruk zbliżył niebezpiecznie swój ostry dziób do Szczura. Gryzoń miał wrażenie, że ptaszysko go niedosłyszało i ponowił swoje pytanie, nieco głośniej.

     — Tak, oczywiście — powiedział pełnym godności tonem i dodał: —  Wystarczy opuścić Miasto…

     Tyle to już wiedzieli, ale Kruk odleciał nim zdążyli zadać pytanie. Przynajmniej obszedł się smakiem.

     Szczur wpadł w wisielczy nastrój. Siedzieli na ławeczce w parku i myśleli sobie razem, rozkoszując się naparstkiem, jakże rzadko spotykanej i cennej ciszy.

     — Szczurze? — odezwał się cichutko Króliczek. — Moje życie i tak jest niewiele warte. Chciałbym odszukać Łąkę, nawet gdybym miał je stracić, ale nie musisz iść ze mną.

     Szczur spojrzał na uszatego, nie wiedząc co powiedzieć. Po chwili otrząsnął się i zdecydowanie pokręcił głową.

     —

63




Teraz to my jesteśmy szajką uciekinierów. Nie wiemy, ilu bohaterów będzie miała nasza opowieść, ale chcę wziąć w niej udział — powiedział zdecydowanie Szczur i zeskoczył w zaspę śniegu, zanurzając się w niej do połowy. — Poza tym… — starał się wygramolić z lodowatej dziury. — Obiecałeś mi wyprawę na Księżyc, tak łatwo się nie wymigasz.

     Na pyszczku Króliczka pojawił się po raz pierwszy od bardzo dawna, wesoły i szczery uśmiech. Podążył w ślad za gryzoniem.

     — Krukowi łatwo powiedzieć, by wyjść z Miasta, gdy on ma skrzydła, a my błądzimy po labiryncie uliczek i budynków — zaczął marudzić Króliczek.

     — Akurat w chodzeniu po labiryntach jestem najlepszy! — Szczur dumnie wypiął pierś i wyprzedził Króliczka: — Poczekaj tu. Aby znaleźć właściwą drogę należy pokręcić się tu i ówdzie. Samemu pójdzie mi znacznie szybciej. Wrócę nim zrobi się ciemno!

     Króliczek niechętnie przystał na propozycję Szczura. Od kiedy go poznał nie lubił przebywać w samotności. Starał się cieszyć z każdej chwili, którą mógł spędzić u boku przyjaciela.

     Blaszane potwory szalały na drogach otaczających

64




park. Myśl, że któraś z metalowych bestii, migocących zimnym połyskiem szarego słońca, miałaby się rzucić na Szczura i go pożreć nie pozwalała Króliczkowi nawet na chwilę relaksu. Przycupnął przy konarze drzewa i starał się wtopić w biel śniegu. Kiedyś zrobiłby to bez problemu, lecz w tamtej chwili przypominał najżałośniejszą kopkę śniegu w całym parku i doskonale  tym wiedział.

     Śnieg z godziny na godziny robił się bielszy, kontrastując z niebem, które raz za razem ciemniało. Zimą słońce się rozleniwia i kładzie się spać szybciej. Króliczek nie mógł tego wiedzieć, bo nie był Królikiem Astronomem. Zaczął się niepokoić o swojego przyjaciela, który długo nie wracał.

     Uszaty korzystając z faktu, że park opustoszał wraz z nadejściem chłodnego wieczoru, wykicał ze swojej kryjówki, licząc, że może dzięki temu Szczur zdoła go zauważyć.

     Mróz stał się bardziej nieprzyjazny niż w biały dzień i szczypał podłużne uszy Króliczka. Kicał, by się rozgrzać i przy okazji się nie nudzić. Po jakimś czasie wydawało mu się, że wyskakał już każdy zakamarek parku.

     Znalazł się na krawędzi. Dokładniej

65




na krawężniku. Blaszane bestie spały w swoich garażach, a ulice, wciąż pełne błota, były puste.

     Króliczek przyglądał się błotnym wydmom na nowo zamrożonego śniegu, zmieszanego z ulicznym błotem i kurzem. Zaniepokoił go widok bardzo długiej dżdżownicy wystającej z jednej z lodowych czap.  

     Króliczek oddychał szybko, a z jego zmarszczonego noska ulatywała para jak z małego pociągu. Poruszył niespokojnie wąsami i nasłuchiwał, czy nie zbliża się jakieś zagrożenie. Przez chwilę czuł się jak przyczajony tygrys, choć wciąż był tylko Króliczkiem stojącym nieruchomo na krawężniku.

     Wreszcie zdecydował się wtargnąć na terytorium samochodów. Kicał, ile sił w łapach, ślizgając się na brudnym lodzie i nie raz tracąc równowagę. Ledwo zdołał wykręcić, by znaleźć się bliżej dżdżownicy, a nie odjechać jak popchnięty krążek na drugi koniec wątpliwego lodowiska.

     Przednią łapką szturchnął szpiczaście zakończonego robaczka. Nie poruszył się. Spróbował znów. I nic. Lekko pociągnął w swoją stronę upartą dżdżownicę, lecz ona ani drgnęła, jakby utknęła w lodowej bryle. Króliczek zaczął drapać ze

66




wszystkich sił w zamarzniętym błocie. Im głębiej kopał, tym więcej widział czerwieni zamiast burego brązu.

     — Och! — jęknął Strach, który nie wiadomo kiedy znalazł się tuż przy zdruzgotanym zwierzątku. — Wygląda na to, że znów zostaliśmy tylko ty i ja.

     Króliczkowi łzy napłynęły do oczu. Nie chciał żyć w towarzystwie Strachu. Miał przyjaciela. Niestety tylko “miał”. Sądząc po miejscu, w którym przyszło mu znaleźć Szczura, dochodził do wniosku, że gryzoń nawet nie przeszedł ulicy. Umarł szybko, boleśnie i samotnie. Króliczek czekał na niego cały dzień, kiedy Szczur poległ na samym jego początku.

     — Nie chcę tego! — wykrzyknął z całej swej króliczej siły, a obłok pary, który wydobył się wraz z jego krzykiem powędrował ku czarnemu niebu.

     Strach wzruszył kościstymi ramionami.

     — Nie masz na to wpływu — skwitował.

     — Byłeś przy tym?! — wrzeszczał oskarżycielsko Króliczek, starając się utrzymać równowagę na śliskim podłożu, cały się telepał.

     Strach spojrzał na niego z ogromnym współczuciem.

     Nie zdążyłem, Króliczku.

     W uszatym wszystko się gotowało. Nie spodziewał

67




się, że tak głęboki smutek może przerodzić się w żądzę mordu. Krew pulsowała w nim gorąca od gniewu, a wzrok przyćmiła wirująca burza czarno-czerwonych kropek. Zaczepiając się pazurkami i balansując całym ciałem, przeskoczył na drugą stronę ulicy zostawiając ciało Szczura w lodowym sarkofagu.

     Łzy spływały ciurkiem po policzkach i wąsikach.

     Co… co się z nim teraz stanie? — wydukał Króliczek.

     Odpowiedziała mu głucha cisza. Obrócił się zirytowany i gotów nakrzyczeć znów na Strach, że nie odpowiada, lecz nikogo za nim nie było. W rzeczywistości pozostał sam. Nie chciał być w centrum zainteresowania dopiero po śmierci. Nie chciał, by mówili nad jego biednym ciałem: “to był dobry królik”. Wolałby usłyszeć na własne przemarznięte uszy…

     Co się stało z twoim przyjacielem? — usłyszał znajomy głos, który przerwał mu, pełen zażaleń wewnętrzny, monolog.

     Kruk wisiał na lampie jak cień albo czarna chorągiew, a jego pióra lekko falowały pod podmuchem mroźnego zefirku.

     Opuścił mnie — rzekł gorzko.

     Nonsens, bzdura, kłamstwo i nieprawda — wyrecytował Kruk. — Byłeś dla niego ważny i

68




pozostałeś do końca. Wiesz o tym, ale wstyd ci przyznać przed samym sobą, że nie było cię przy nim, gdy wchodził na ulicę pełną rozpędzonych samochodów.

     — Czego chcesz? Nie możesz krakać ludziom przy oknach? — warknął odważnie Króliczek.
Kruk zarechotał jak prawdziwa żaba i odparł: — Może później. Pamiętasz moją opowieść o lisach?

     Wymyśloną? — odparł bezczelnie uszaty, nie potrafił myśleć o niczym innym jak o utracie Szczura.

     Czarnoskrzydłe ptaszysko sfrunęło jak porzucona chusta na ziemię tuż przed Króliczkiem, którego nagle opuściła odwaga. Już miał przepraszać, ale zaczął się tak telepać, że nie był w stanie wykrztusić z siebie ani słowa.

     Wszystko to szczera prawda! — zanegował Kruk. — Pamiętaj, że w wielkiej ucieczce lisów, był jeden poległy bohater. Teraz jest nim Szczur. Zapamiętam jego imię i będę opowiadać o jego bohaterstwie każdemu kogo spotkam.

     Zapewnienia Kruka wcale nie poprawiły Króliczkowi humoru. Stracił najważniejszą część swojego życia. Wolałby przestać być Króliczkiem niż stracić przyjaciela.

     Pomóż mi! — powiedział zdecydowanie Króliczek.

     Kruk

69




przechylił lekko głowę, przyglądając się z zaciekawieniem zuchwałemu marchewkożercy.

     Chcę dostać się na Łąkę — kontynuował Króliczek. — Wiem, że wiesz, gdzie to jest.

     Kruk przytaknął na znak, że wie. Przez kilka sekund wpatrywali się w siebie. Ptak z dostojnym i pełnym wyższości spojrzeniem, a Króliczek z wzrokiem pełnym determinacji i zawziętości, jakby przez samo patrzenie miał wytresować Kruka.

     Zgoda — skwitował Kruk i uniósł się w powietrze.

     Kilka razy pomachał wielkimi skrzydłami, rozwiewając luźne kawałki przemarzniętego śniegu i niemal głaszcząc lotkami chodnik, chwycił grzbiet Króliczka w ostre szpony, które boleśnie, ale pewnie, wbiły się w jego skórę.

     Unosił się na kruczych skrzydłach wtopionych w głęboką czerń nocnego nieba. Ktoś, kto spojrzałby na niego w tej chwili widziałby tylko jasnego umaszczenia królika szybującego niespiesznie ponad dachami szarych bloków. Ale nie widział go nikt. Po opustoszałych ulicach wędrowały tylko, odbijające się w zamarzniętych kałużach, światła latarń.

     Jego umysł nie zmącony był strachem. Czuł się prawdziwie wolny i z zapartym tchem

70




obserwował pogrążone w śnie Miasto. Zdawało się, że marzył o tym od dawna — o oderwaniu się od przyziemności i uniesienia ponad chmurę ludzkiego odoru i smogu.

     Kruk wzniósł się wyżej, ponad wiszące nad miastem chmury, mieszankę dymu fabrycznego i pyłu ulicznego. Wtedy Króliczek spoglądał w niczym nieprzesłoniętą i w pełnej okazałości twarz księżyca. Kilka łez spłynęło na ziemię, a resztę Króliczek wytarł przednią łapką.

     — Szczur byłby taki szczęśliwy, mogąc cię ujrzeć — wyszeptał do księżyca tak cichutko, jakby powierzał mu największą tajemnicę.

     To prawda. Jego przyjaciel nie należał do najładniejszych. Króliczek przekonał się, że pomimo swej brzydoty Szczur potrafił pięknie marzyć. Wszystkie pragnienia Szczura spełniły, by się podczas tego lotu.

     Króliczek obserwował srebrzyste oblicze nocnego słońca, a ono odbijało się w jednym, zeszklonym oku poruszonego zwierzątka. Zastanawiał się, czy Szczur stał się ptakiem i może jest gdzieś tam na tajemniczym globie i spogląda w czarne niebo...

     Skóra na grzbiecie Króliczka mogła lada moment się rozerwać boleśnie i tym samym sprowadzić

71




Króliczka jeszcze boleśniej na ziemię, ale uszaty zdawał się tym nie przejmować. Nie liczyło się w tej chwili tylko nic.  Wędrował nocą na niewidzialnych gołym okiem skrzydłach ponad smutnym światem, a wzniósł się tak wysoko jak jeszcze żaden inny królik. Nie dziwiło go już wcale, że Szczur pragnął zostać ptakiem.

     Latający Króliczek, pierwszy tego imienia, przymierzał się… a właściwie niosący go Kruk, przymierzał się do lądowania.

     Gdy ptak wypuszczał Króliczka z uścisku, jedna z łapek wczepiła się za mocno w skórę uszatego. Kruk stanął na jednej nodze i starał się możliwie jak najmniej boleśnie odczepić się od grzbietu zwierzątka. Bure futerko Króliczka zabarwiło się od jego własnej krwi, która natychmiast zaczęła krzepnąć w sztywną skorupę i przymarzać.

     Znaleźli się na szosie, która przecinała starannie zaorane, ale przykryte śniegiem pole.

     — Gdzie jesteśmy? — zapytał Króliczek, zwijając się w kulkę, by zachować przy sobie ciepło.

     — Jeżeli będziesz podążał prosto, wzdłuż tej drogi, to dotrzesz na Łąkę — powiedział Kruk.

     Króliczek nieufnie spojrzał na horyzont, lecz nie

72




widział końca tej drogi.

     — Jeżeli ruszysz teraz, to rano powinieneś być na miejscu. Ale nie zbaczaj z drogi, bo się zgubisz. To są takie śmieszne łąki ludzi, na których robią sobie jedzenie. Gdy cię złapią na swoim terenie, to najpewniej cię zabiją — ostrzegł Kruk.

     Uszaty spojrzał jednym okiem na Kruka.

     — Dziękuję, przyjacielu i przepraszam, że nazwałem cię kłamcą — rzekł skruszony.

     Kruk machnął skrzydłem, jakby chciał zdmuchnąć niemiłe wspomnienie i bez ckliwych pożegnać, mądrości i dobrych porad, po prostu odleciał. Uniósł się w przestworza, gdzie Króliczek mógłby spędzić całe życie.

     Zbaczanie z drogi nie wchodziło w grę. Króliczek stał się jeszcze bardziej zdeterminowany po śmierci Szczura. Nie pogodził się ze stratą przyjaciela, ale miał dziwne przeczucie, że odnalezienie Łąki w jakiś sposób zmniejszy jego ból, jakby umówił się ze Szczurem na spotkanie w tym miejscu.  Chociaż rozum wiedział, że odzyskanie przyjaciela jest niemożliwe, to serce przepełniała jakaś dziwna nadzieja.

     Dopiero głód podsunął zwierzątku głupi pomysł, by poszukać resztek ze zbiorów pod stertą śniegu.

73






     Przecież tam nic nie było. Nie mogli mieć do Króliczka żalu, że podkrada im jedzenie, czy niszczy uprawy. Czuł lekką obawę, że może się zgubić, ale szczerze zwątpił, by o tej porze roku, ktokolwiek pilnował pustego pola.

     W taki sposób Pierwszy Latający Królik trafił do kolejnego ludzkiego miejsca, a gdy tylko przekroczył jego próg, wiedział, że będzie to najgorsze ze wszystkich.

     Gdyby tylko posłuchał Kruka i nie zbliżał się do siedliska ludzkiego, wtedy żadna para brutalnych dłoni nie chwyciłaby go jak wiązankę gałązek, nie wrzuciła do worka z innymi królikami, które zbytnio rozkicały się na polu i nie zostałby wrzucony do metalowej i ciasnej klatki, w której było co najmniej o dziesięć królików za dużo.

     Zwierzątka wchodziły jedno na drugie, by znaleźć sobie trochę miejsca, a Króliczka wcisnęły w kratkę w drzwiczkach, skąd mógł obserwować miejsce w którym się znalazł.

     Ich klatka znajdowała się przy burej ścianie wielkiej hali, którą przecinało kilka rzędów zagród z blaszanych rur i podzielonych na jeszcze mniejsze boksy. Część była już pusta.

     Zwierzęta przebywające w tym osobliwym magazynie

74




były ogromnie poruszone. Krowa, jako jedyna poznaczona ciemnobrązowymi łatami i dyndającym srebrnym kołem przebitym przez przegrodę nosową, rytmicznie uderzała bokiem o metalowe pręty, wprawiając w drganie cały rząd boksów, a przy tym wyła potępieńczo, niczym rasowy i wyjątkowo skrzywdzony wilk.

     — Muuuuuuu! — wydarła się znowu, a Króliczek poczuł ten smutny ryk w trzewiach.

     Inne króliki, dzielące z nim klatkę, przestały się wiercić i odwróciły się w stronę hałasującego zwierzęcia.

     Krowa trzepnęła wielkim łbem odganiając natrętne muchy. Nieobecnym spojrzeniem zlustrowała wieżyczki z klatek na drób i króliki, zamuczała raz jeszcze, jakby wołając o pomoc. Zacisnęła mocno powieki, z których popłynęło kilka łez. Nieprzerwanie obijała prawy bok o konstrukcję zagrody, a druga jałówka, już czarno-biała, zdawała się nie widzieć i nie słyszeć kompletnie niczego. Gdyby nie fakt, że mrugała, to wyglądałaby jak sztuczna.

     — Można przywyknąć — zapewniał Pan Świnia, który znajdował się najbliżej klatki królików.

     Grzbiet tłustego i różowego zwierzątka znaczyły krótkie, ale podłużne blizny, jakby

75




ktoś smagał Świnię biczem. Na uchu nosił zawieszoną żółtą plakietkę.

     — Co jej się stało? — zapytał Króliczek, równocześnie się zastanawiając, do jakiego okropnego miejsca trafił.

     Cały drżał i chyba jeszcze nigdy się tak nie bał, jak w tamtej chwili, lecz po strachu nie było ani śladu. Rozglądał się w poszukiwaniu starego druha, gdy Pan Świnia chrumknął głośno i zaczął mówić:

     — W zeszłym roku powiła syna. Zabrano go i oskórowano. Widziała go raptem jeden dzień. Do tej pory opłakuje stratę — powiedział głęboki i schrypniętym głosem.

     Króliczek posłał Krowie spojrzenie pełne współczucia, gdy ta po raz kolejny głośno zamuczała.

     Tuż za miotającą się Krową, a dokładniej pod ścianą, Króliczek dostrzegł cień znacznie ciemniejszy od innych, smukła i pociągła sylwetka kogoś, kto stał oparty ze skrzyżowanymi ramionami.

     — Też ją widzisz? — zapytał Świnia, kierując ryjek w stronę tajemniczej postaci.

     Uszaty zamrugał. Nigdy nie spotkał się jeszcze z tym, by ktokolwiek widział to, co i on.

     — Myślałem, że zwariowałem… — wyznał.

     Świnia chrumknął.

     — Wszyscy to

76




widzimy. Tu się kończy podróż każdego z nas — wtrąciła Kura, która ciskała się w klatce tuż obok.

     Zwykła brązowa kwoka z czerwonym grzebyczkiem, lecz, gdy się bliżej przyjrzeć można zauważyć, że nie posiadała jednego skrzydełka. Obracała niespokojnie głowę, a gdy dostrzegła, że Króliczek przygląda się wystającemu kikutowi, powiedziała:

     — Różne rzeczy dzieją się w klatkach na fermie jaj.

     Króliczek spuścił głowę nieco zawstydzony, że się tak niegrzecznie gapił, na co Świnia wybuchł śmiechem. Jego zachowanie nie dość, że wprowadziło uszatego w jeszcze większe zażenowanie, to zaczęło irytować. Świnia, to jednak świnia i nic tego nie zmieni.

     — Wyglądasz jakbyś nie wiedział, co się dzieje wokół ciebie — powiedziała Kura, całkowicie ignorując sarkastycznego Świnię.

     Uszaty potarł łapką nosek, udając, że coś go swędzi, a równocześnie pokręcił przecząco głową. Przez kurzy dziób przebiegł delikatny uśmiech, taki na jaki pozwalała faktura dzioba. Jej oko posłało mu wiele wyrozumiałości, a dodatkowo błysnęło w nim coś znajomego. Króliczek znów zamrugał. Zachowywał się, jakby

77




chciał się obudzić. Podobny błysk widział w oczach Świni, ale nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy widział go ostatnio.

     — Jesteśmy w takim trochę… Szczęśliwym Domu — podjął Pan Świnia.

     Króliczek zmarszczył się wyraźnie nie rozumiejąc, co “szczęśliwego” może być w tak paskudnym miejscu, gdzie wokół widzi tylko przerażenie, krzywdę, a ich rozmowę raz po raz przerywa wściekle mucząca Krowa.

     — Świnia jest trochę sarkastyczny. — Kura wywróciła oczami.

     — Co z nami będzie? — pisnął brązowy królik za Króliczkiem.

     Wtedy Króliczek zobaczył w oczach Świni wszystko to, co widział w oczach pewnego Sędziwego Królika w sklepie zoologicznym. Tamten moment wydawał się tak okrutnie odległy, a równocześnie tak żywy, jakby owy Królik stał tuż przed nim. Latający Króliczek nie słuchał jąkającego się Świni i próbującą opanować jego nieskładną wypowiedź Kury. Doskonale wiedział, co chcą powiedzieć.

     — Zjedzą nas — wykrztusił w końcu Świnia, a drobne kropelki potu zalały jego ryjek.

     Tutaj rzeczywiście miała się skończyć podróż wszystkich — hurtowo.

     Nigdy nie spodziewał się, że

78




człowiek może zobaczyć w nim coś do skonsumowania. Nie mieściło się w jego głowie, że ludzka rasa jest zdolna do zjedzenia dwa razy większego zwierzęcia jak Krowa.

     Wspominał opowieści mamy, o wilkach, które całą watahą potrafiły zaatakować kilkakrotnie większego od siebie niedźwiedzia i osiągały sukces.

     Przez metalowe drzwi umieszczone za zagrodami świń, wkroczyło dwoje mężczyzn. Jeden niósł worek, a drugi ciągnął za sobą metalowy wózek z maszyną oplątaną kablami.

     Podeszli bardzo blisko Króliczka. Mógł spojrzeć im prosto w oczy, posyłając najgroźniejsze spojrzenie na jakie było go stać, lecz oni nie zwracali na niego uwagi.

     Otworzyli jedną z klatek z kurami. Jeden wypychał drób z wnętrza okratowanego pudła tak, aby ptaki nie uciekły, a drugi trzymał worek.

     Króliczkowi serce wywróciło bolesnego fikołka, gdy widział nowo poznaną koleżankę, która wraz z innymi kurami w kompletnym chaosie i chmurze z piór lądowała w płóciennym worku. Po wszystkim jeden z mężczyzn potrząsnął workiem, by zwierzęta w nim ułożyły się w pożądanej pozycji, a drugi zaczął coś robić przy maszynie. Wyciągnął długą

79




blaszaną rurę, której koniec wetknął do worka. Nacisnął jeszcze jeden przycisk, a do worka zaczął wlatywać trujący gaz. Wszyscy słyszeli jak kury stają się coraz cichsze, aż milkną całkowicie. Nawet Krowia mama zamilkła w tym momencie i stała prosto przyglądając się zbrodni, która odbywała się na ich oczach. Odrzucili wór pełen martwych ptaków i zabrali się za opróżnianie drugiej klatki, z której mieszkańcami zrobili dokładnie to samo.

     Gdy opróżnili cztery takie klatki, zabrali worki ze zwłokami kur i wynieśli je za blaszane drzwi.

     Króliczek był w takim szoku, że nie potrafił zebrać myśli, a głosy wzburzonych zwierzęta, które zaczęły głośno rozmawiać, docierały do niego jak zza bardzo grubej szyby w szklanych blokach laboratoryjnych.

     — Jedzą ich aż tyle? — zapytał jakiś królik.

     — To i tak mały zakład — powiedział Świnia ze smutnym uśmiechem.

     Nie potrafili uwierzyć, że można zabijać przy świadkach, bez najmniejszych wrzutów sumienia i bez poszanowania dla śmierci.

     — Po co to robią? — zapytał Króliczek, patrząc prosto na Świnie, wyraźnie sugerując innym, że tylko od pulchnego

80




stworzenia, chce otrzymać odpowiedź.

     Świnia poczuł się nieco skrępowany.

     — Bo zdychają — odezwała się nieoczekiwanie, płacząca dotychczas, Krowa — A jak ludzie umierają, to muszą zabić wokół siebie wszystko, co żywe. Biorą więcej niż potrzebują, by ukryć swoją porażkę, lecz nie starają się niczego zmienić. To gatunek zbiorowych samobójców, którzy zdychają z wrzaskiem na ustach.

     Po tych słowach zapadła cisza, a Krowa powróciła do uderzania bokiem o barierkę. Trzeszczenie metalowego ogrodzenia niosło się echem po halli. Brzdęk, brzdęk, brzdęk. Króliczek nigdy nie słyszał równie irytującego dźwięku, który był nieznośnie powolny w porównaniu z dudnieniem jego małego serduszka, które wypełniało jego uszy.

     Następnego dnia przyszli po świnie. Po kolei wkładali wieprzom w odbyt i w ryjek elektrody i przepuszczali przez ich tłuste ciała prąd, powodując szybką śmierć. Nie do końca wiadomo, czy całkowicie bezbolesną. Niejednokrotnie zdarzało się, że trzeba było przepuścić prąd raz jeszcze, bo porażone zwierze przeżyło.

     Wstrzymał oddech, gdy podeszli do Pana Świni. Ten posłał Króliczkowi

81




przelotne spojrzenie, krótkie pożegnanie, a chwilę później jego ryjek wykrzywił grymas szoku w wyniku porażenia… a może też i bólu.

     Gdy tylko uporali się całym stadem z ciężkimi świniami, króliki dostały jeść. Suchą karmę i wodę. Króliczek nie pamiętał, kiedy ostatnio miał coś w ustach. Chyba ostatnim posiłek skonsumował ze Szczurem, lecz mając przed oczami kolejną scenę morderstwa, stracił ochotę na spożywanie czegokolwiek.

     Po krowy przyszli rano. Skuli je łańcuchami i przewiązali oczy, by po kolei wyprowadzić je za metalowe drzwi. Najtrudniej przyszło im starcie z brązowo-białą Krową, która walczyła zacięcie jak lwica, stawała dęba jak mustang i warczała jak niedźwiedź. Przywiązali ją do blaszanych prętów, ktoś przyniósł wielki młot i potężnym uderzeniem rozbił jej czaszkę. Mózg rozbryzgał się na wszystkie strony. Krowa zasłużyła na wyjątkową śmierć po takiej walce, lecz oni mieli do pomocy stal i przewagę liczebną. Była jak niedźwiedzica zaatakowana przez watahę wilków, lecz nawet one grały według uczciwych  zasad ustalonych przez samą matkę naturę.

     — Kiedy przyjdą po nas? —

82




zapytał jeden z królików.

     Króliczek wiedział, że nazajutrz. O świcie. Zawsze tak przychodzili, lecz nie chciał tego mówić na głos.

     W chwili, gdy wiedział, że umrze na pewno, a ciemna sylwetka pod ścianą, to Śmierć, którą już oglądał nie raz, a która zawsze była dwa kroki za nim, dochodził do ostatecznego wniosku, który miał podsumować wszystkie dotychczasowe odkrycia. Choć widział wiele, przeżył bardzo wiele, a wiedział jeszcze więcej, to umrze jako głupi królik: bez imienia, przyszłości, nawet szansy na pozostanie Króliczkiem Panem Własnego Losu. Nie będzie mu dane nawet walczyć o swoje życie, a taką szansę dawały nawet wilki. Ludzie — gatunek stworzony do ekspansji — nie potrafiąc opanować życia, wstrzymać lub cofnąć czasu, nauczyli się kontrolować Śmierć. Zabijanie przychodzi łatwo.

     W jego klatce cuchnęło Strachem, choć nie widział hultaja od bardzo dawna i przez chwilę nawet myślał, że nie ma prawa wstępu do rzeźni, to czuł, że gdzieś tam jest, ale sam za bardzo się boi.

     Nagle sam stał się Sędziwym Królikiem. Jako jedyny nie panikował. Wiedział coś więcej. Wiedział, że to bez sensu.

83




Poddał się. Spoglądał z tym samym współczuciem i sympatią, które wylały się z czarnego ślepia Sędziwego Królika.

     Cieszył się, że Szczur zmarł szybko. Bezboleśnie i bez Strachu. Cieszył się, że jego przyjaciel nie musiał widzieć tego, co on widział.

     Wieczorem wprowadzono kolejne zwierzęta: drób i bydło. Wszystkie przestraszone, spoglądały z nadzieją na króliki, które mogły im opowiedzieć niejedno o tym miejscu, ale żadnemu nie przechodziły te słowa przez gardło.

     Los odkrył swoje karty, a z rana przyszli po króliki.

     Jeden z mężczyzn otwierał klatkę kluczykiem, gdy Króliczek doznał olśnienia. Jego życie przestało mieć cel, a inne młodsze i ładniejsze króliki truchlały ze strachu, gdy jeden z pracowników ubojni zbliżył twarz do ich klatki.

     Króliczek nasłuchiwał, kiedy zamek wyda z siebie charakterystyczny szczęk, by szarpnąć się mocno i otworzyć klatkę na oścież, korzystając z tego, że od dawna nadmiar królików wciskał go w jej kratę. Uszaty narów wylał się puchatą rzeką po ubojni. Każdy kicał ile sił w łapkach, by zanurkować między dziurami w pustakach, na których opierały się ubogie i

84




szare mury rzeźni.

     Zadowolony Króliczek spoglądał na swoje dzieło z niekrytą dumą. Część nieszczęśników wpadła do płóciennego wora, a on razem z nimi. Nie miał już siły uciekać — chory, głodny i zmęczony.  Zdążył rzucić okiem na ruchome uszate morze, które rozlewało się szybciej od światła, a potem widział tylko ciemność i słyszał tylko syczenie. Odkręcili gaz...

85




Wyrazy: Znaki: