Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin
ikonka komentarza

Nosił wilk razy kilka...

Autor: Mroffka twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




Julian otworzył oczy. Przeciągnął się. Pomyślał, że życie jest piękne. Mieć pieniądze, nic nie robić, a właściwie robić tylko to, na co się ma ochotę. W głębi duszy przyznał, że jest zepsuty. Zepsuty przez pieniądze, luksus jaki go otaczał i życie jakie prowadził. Po chwili przyszło otrzeźwienie. Przecież nie będzie sobie psuł dnia takimi myślami. Przeciągnął się jeszcze raz, wstał, poprawił spodenki. Poczuł powiew ciepłego powietrza od morza. Zaletą pobytu na łodzi było to, że pomimo upału zawsze można było liczyć na ciepłą, morską bryzę. Nie była to zwykła łódź tylko luksusowy jacht. Jego jacht. Nowy nabytek. Wstał i skierował się do kuchni. Kawa z rana to było coś czego potrzebował. Po ciszy panującej na pokładzie wywnioskował, że jeszcze wszyscy śpią. Poszedł do kuchni. Stanął na progu. Zobaczył ją. Stała tyłem i go nie widziała. Oparł się o ścianę i w ciszy się jej przyglądał gdy krzątała się i przygotowywała kawę. Ale on myślał już nie o kawie. Ale o niej. Nie mógł uwierzyć, że jeszcze są takie kobiety. Widział wiele pięknych. Pięknych, bogatych, znanych. Sypiał z wieloma z

1




nich. Traktował je instrumentalnie. Nigdy nie zastanawiał się co one czują. Czy darzą go czymś więcej niż on je. Nie interesowało go to. Ważne, żeby jemu było dobrze. Tak było od kiedy pamiętał. Był przystojnym blondynem o niebieskich oczach, zawsze nienagannie ubrany, szarmancki, czarujący. Na imprezach - dusza towarzystwa. A teraz patrzył na dziewczynę piękną, zgrabną, miłą... Niewątpliwie mu się podobała. Nawet bardzo. Było w niej coś co go podniecało. Była inna od tych, które znał do tej pory. Nie próbowała go podrywać, uwodzić. Nie narzucała się, wręcz przeciwnie. Dziwnie się czuł. Z pewnością jego ego poczułoby się lepiej gdyby była bardziej nim zainteresowana. Ale Monika nie była. I to było fascynujące. Patrzył na jej zgrabne nogi, długie czarne włosy, jak się porusza. Nie widziała go więc miał czas by cieszyć oko tym widokiem. Nagle Monika odwróciła się.
- Nie wiedziałam że już wstałeś... - powiedziała zakłopotana, nie wiedząc gdzie utkwić wzrok. Czuła się nieswojo w towarzystwie dzianego kolesia, który nie wiedział co z pieniędzmi robić i był zwyczajnie rozpieszczony. Czuła się gorsza.

2




Pochodziła z ubogiej rodziny. Gdyby nie jej przyjaciółka, będąca narzeczoną Krisa- najlepszego kolegi Juliana, z pewnością jej- zwykłej Moniki - by tu nie było. Jej przyjaciółka wychowała się z nią w przysłowiowej jednej piaskownicy. Potem jej rodzice wyprowadzili się, ojciec trafił z interesem zakładając firmę transportową. Tak jego córka - Sonia, trafiła do najlepszych szkół, wyjechała na staż do Hiszpanii, gdzie na jednym z sympozjów poznała Krisa- bogatego właściciela kancelarii adwokackiej. Kris ją zatrudnił ją jako księgową. Z czasem uczucie rozkwitło i zaręczyli się. Jako piękna blondynka o niebieskich oczach mogła przebierać w mężczyznach. Swego czasu i Julian się w niej podkochiwał, ale gdy wybrała Krisa dał sobie spokój. Sonia zaś wiedziała, że Julian nadaje się do wszystkiego ale nie do stałego związku. A ona miała podejście bardzo praktyczne i kierowała się uczuciem. Pokochała Krisa z wzajemnością. I to było dla niej najważniejsze. Znalazła swoją drugą połówkę. Po przyjeździe do Polski na któreś wakacje spotkała Monikę. Monika co prawda ukończyła też jedną z najlepszych uczelni w kraju,

3




podczas studiów miała stypendium naukowe. Co z tego skoro pracowała jako nauczycielka w przedszkolu i klepała biedę. Była prześliczna. Kiedyś Sonia zrobiła jej kilka zdjęć i wysłała do agencji modelek dla żartu. Ale agencja była bardzo zainteresowana. Niestety, agencja - tak, Monika- nie. Nie widziała dla siebie przyszłości w modelingu. Kiedy siedziały wieczorami i rozmawiały o swoich marzeniach, Monika zawsze marzyła o kochającym mężczyźnie. Którego ona pokocha i który będzie kochał ją równie mocno. Sonia postrzegała to jako idealizm pierwszej wody. Myślała że Monika jest trochę stworzona do innego świata. Że ktoś tak delikatny i wrażliwy nie nadaje się do życia w obecnym. Kiedy Julian zaproponował Krisowi i Soni wspólne wakacje jeżdżąc przez miesiąc po Morzu Tyrreńskim, odwiedzając lokale w Monte Carlo, cumując swym nowo zakupionym jachtem gdzie się da, pomyślała, że jest to idealna okazja by spędzić z przyjaciółką czas w bajkowej scenerii. Na zachętę pokazała Julianowi zdjęcie Moniki, był zachwycony. Tak więc rejs zapowiadał się bajkowo...
- A tak sobie stałem i ci się przyglądałem... - powiedział nie

4




przestając się w nią wpatrywać, co niemiłosiernie ją krępowało
- Zrobić ci kawę?
- Tak, poproszę
Odwróciła się i wyjęła z szafki filiżankę. Julian podszedł i stanął za nią. Czuła jego oddech, jego bliskość. Była tak zestresowana, że filiżanka wypadła jej z ręki zanim zdążyła nalać kawy i z hukiem wylądowała na podłodze.
- Boże, przepraszam, nie wiem jak to się stało.... - rzuciła się do zbierania kawałków z podłogi czując, że krew napływa jej do głowy
- Spokojnie, nic się nie stało, jedna skorupa mniej - schylił się patrząc jej prosto w oczy z pełną świadomością tego jak bardzo jest skrępowana.
- Aaaa... - wyjąkała gdy ostra krawędź porcelany rozcięła jej palec
- Poczekaj - Julian podniósł ją z podłogi, sięgnął do szafki i wyjął apteczkę, a z niej plaster. Wziął jej palec do ust i powoli zlizał krew z rany patrząc jednocześnie jej w oczy z szelmowskim uśmiechem na ustach. Monika była bliska płaczu... Przechodziła katusze. Czuła, że zaraz się rozpłacze. Julian jakby instynktownie wyczuł, że jej wytrzymałość jest na skraju, nakleił plaster
- No, gotowe. To gdzie ta moja kawa? - zaczął

5




się rozglądać jak gdyby nigdy nic. Monika skorzystała z okazji i gdy się tylko odwrócił zobaczył tylko jej rozwiane włosy znikające pod pokładem.
Uśmiechnął się, pozbierał resztki chińskiej porcelany z podłogi i zaparzył kawę. "Ona jest rozbrajająco niewinna" - pomyślał.
- Co robisz? - do kuchni ściągnęła kolejna wielbicielka porannego trunku, Sonia. - Co Monika tak wyleciała jak oparzona? Coś ty jej powiedział? - zapytała
- Ja? Nic.
- Jak nic? To co ona taka zdenerwowana?
- A skąd ja mam wiedzieć? - Julian promiennie się uśmiechnął - Zrobić ci też kawę kochanie?
- Kochanie to nie dla ciebie - Sonia się uśmiechnęła. Była chyba jedyną kobietą, która Julianowi dała kosza - Posłuchaj - spoważniała - Monika jest naprawdę z innego świata niż ty. Nie jest zepsuta przez pieniądze. Jest dobra, czuła i wrażliwa. Czyli zupełnie nie w Twoim guście...
- No wiesz.... - Julian próbował zaprotestować
- Nie przerywaj! - Sonia kontynuowała z miną pokerowego gracza - Kocham ją jak siostrę, jak ją skrzywdzisz to ci oczy wydrapię... - ostatnie słowa wycedziła przez zęby i Julian był w szoku gdyż nigdy jej takiej nie

6




widział - W życiu nie liczą się tylko pieniądze i władza. Liczy się też to jakim człowiekiem jesteś...
- Oczywiście, będę pamiętał... Zastosuję się do zaleceń, zbyt wysoko cenię swoje oczy...
- No, to teraz możesz mi zrobić kawę- Sonia poczuła że sprawę załatwiła nie zdając sobie sprawy, że Julian nie zamierza dotrzymać słowa. Monika mu się podobała. I chciał ją mieć...
Monika nieświadoma rozmowy toczonej na pokładzie siedziała na tarasie z tyłu łodzi i patrzyła w błękit morza ciesząc się pięknem przyrody. Pomyślała że do tej pory było tak super, ale od wczoraj, od kiedy dołączył Julian, jej komfort psychiczny prysnął niczym szczypiorek po uderzeniu pioruna. "Rozwydrzony bogacz" - pomyślała. Wzięła książkę, nałożyła słomkowy kapelusz i zagłębiła się w lekturze. Sonia z kawą wyszła z promiennym uśmiechem
- No cześć kochana, jak tam, wyspałaś się?
- Tak, jasne. - Monika ucieszyła się na widok przyjaciółki
- Co ci ten lowelas powiedział?
- Ten Julian? Nic - Monika usiłowała skłamać ale cienko jej to szło
- Taaa... jasne. Ja wiem jaki on jest. I przestrzegam cię przed nim. Jako

7




człowiek nie jest zły. Pomaga różnym ludziom, którzy proszą o pomoc, hojnie wspiera instytucje charytatywne. Ale ma jedną wadę. To pies na baby. Jak się uprze, nie odpuści.... Potrafi być czarujący, szarmancki. Słowem- taki jakim chciałaby go widzieć kobieta. Ma rzesze wielbicielek. Kobiety traktuje jako zdobycz. Nie daj mu się. Bądź tą jedyną, oprócz mnie, która mu się oprze... - Sonia popatrzyła na przyjaciółkę i głośno się roześmiała
- Boże, co to za rechot - Kris niemrawo wyszedł na pokład - Ale się wyspałem - przeciągnął się - Cześć kochanie - nachylił się i pocałował Sonię w czoło - Jak spałaś?
- Wspaniale, bo z moim księciem - Sonia odwzajemniła czułe spojrzenie jakim obdarzył ją ukochany. Tych dwoje rozumiało się bez słów. Byli dla siebie stworzeni. Monika przyglądała się temu i myślała jak bardzo chciałaby być na miejscu Soni i mieć takiego swojego Krisa.
- O, co czytasz?
-A, to... "Anna Karenina" Tołstoja. Takie romansidło... - uśmiechnęła się, jakby czytanie światowej literatury było grzechem
- No nie takie romansidło. Znana powieść, chociaż smutne zakończenie wielkiej

8




miłości... Doczekała się kilku ekranizacji
- Tak, to prawda...
- Chyba każda kobieta marzy o takim Wrońskim, co?
- Czy ja wiem.... może i tak...
Julian wyszedł do przyjaciół. Uśmiechnął się
- To co Kris, skutery?
- Jasne stary!! - Kris podchwycił temat. Mężczyźni skoczyli na niższy pokład gdzie znajdowały się dwa skutery wodne. Była to ich ulubiona zabawa
- Jak dzieci... - Sonia patrzyła z uśmiechem na szalejących Krisa i Juliana - Wiesz, czasem się boję, że to wszystko pryśnie jak bańka mydlana. Mówi się, że życie człowieka to sinusoida. Raz jest lepiej, raz gorzej. I teraz jak pomyślę, że żyję jak w raju, to się zastanawiam kiedy przyjdzie to gorzej...
- No przestań. Masz wspaniałego mężczyznę, miłość... Ciesz się tym. Tez bym tak chciała. Tak bardzo się cieszę twoim szczęściem.. - Monika była szczera. Tak jakby szczęście Soni było jej własnym...
- Tak sobie myślę, że nawet siostry nie rozumieją się tak dobrze jak my. A jutro będzie super wieczór w Casino Monte Carlo!
- Może ja zostanę na jachcie, a wy idźcie.. - Monika nie była przekonana. Ona i kasyno zupełnie do siebie nie pasowali. Miałaby rozwalać

9




kasę skoro zawsze oglądała każdą złotówkę dwa razy przed wydaniem - Ja nigdy w takim miejscu nie byłam, nie będę się dobrze czuła....
- Zobaczysz, dobrze będzie. Pobawimy się, potańczymy, pójdziemy do jakiegoś klubu... nie wiem, będziemy robić wszystko - Sonia była bardzo podekscytowana - Byłam tam już kiedyś, było zajebiście. Zobaczysz. Ubierzemy cię, wypindrzymy... kochana zrobisz furorę. Nie to co te wymalowane lale po operacjach plastycznych z ustami jakby je komary pogryzły. Ale musisz być bardziej rozmowna, kto wie, może poznasz jakiegoś milionera..- Sonia snuła plany co zrobić by przyjaciółka nie musiała wracać do domu
- No właśnie, ja nie chce do kasyna... - jęknęła Monika
- Chcesz!
- Nie chce!!!
- A właśnie że chcesz, tylko jeszcze nie wiesz że chcesz!!! - Sonia rzuciła w Monikę kapeluszem i głośno się roześmiała
- Która chce ze mną popływać? - Julian ledwo wyhamował skuter - Monika chodź!
- Kiedy ja nie chcę....
- Idź! Korzystaj z życia - Sonia wyrwała jej książkę z ręki - No dalej!
Monika nie chciała ale głupio jej było odmówić. W końcu Sonia w dużej mierze zorganizowała wyjazd z myślą o niej.

10




Niechętnie wstała. Widziała w oczach Juliana satysfakcję.
- Tu masz kapok, nałóż - pomógł jej zapiąć - Jakbyś mi do wody wpadła to się nie utopisz - popatrzył jej głęboko w oczy - Bo żałowałbym bardzo... Dobra, siadaj i trzymaj się mnie
- Tylko proszę cię, nie za szybko. Nigdy nie jeździłam na skuterze - rozejrzała się czy nie ma na nim innych uchwytów i musi się trzymać Juliana. Niestety, stwierdziła, że nic takiego nie ma i Julian stanowił jedyny "uchwyt". Odpalił motor i przyspieszył. Poczuł jak Monika przylgnęła do niego. Poczuł jej dłonie na swojej klatce piersiowej. On nie miał kapoka. Przyspieszył. Uścisk Moniki zacisnął się jeszcze bardziej. Czuł jej twarz na swoich plecach. Wiedział, że się boi. Podniecało go to.
- Zwolnij!!! - Monika krzyczała niemalże do jego ucha - Za szybko!!!
- Co mówisz? Nie rozumiem, mów głośniej! - udawał, że nie rozumie co do niego mówi
- Wolniej!!! Boję się!!! - Monika ryknęła prosto w ucho Juliana
- Och, sorry... - zwolnił gwałtownie - Nie bój się, nic ci się nie stanie
- Chcę na statek... - Monika wypowiedziała te słowa tak cicho spuszczając wzrok, że Julian

11




poczuł wyrzuty sumienia. A przynajmniej tak mu się wydawało. Złapał ją za rękę
- Nie bój się, już wracamy. Ok? - skinęła tylko głową
- I co, podobało ci się? - Sonia zdawała się nie dostrzegać oznak strachu na twarzy Moniki
Reszta dnia upłynęła na zabawach, grach w karty, czytaniu... czyli na błogim nieróbstwie.
Sonia stała przed lustrem oglądając swoje odbicie w błękitnej sukience z francuskiej koronki
- Jak myślisz czy ładnie w niej wyglądam? - zapytała Moniki, która patrzyła z podziwem na przyjaciółkę
- Wyglądasz bosko... jak milion dolarów - Monika się roześmiała
- Cholera, tylko moje ulubione kolczyki zostały na jachcie.... niech to szlag... chyba mi się guzik urwał... musze poszukać nitki, tylko czy w tym bajzlu Juliana gdzieś jest jakaś nić, a o igle nie wspomnę...
Dziewczyny siedziały w wynajętym przez Juliana apartamencie hotelu Hermitage. Korzystał z tego hotelu zawsze kiedy był w pobliżu. Lubił jego klimat. I luksus jaki zapewniał.
- Wyglądasz naprawdę wspaniale... cudnie.... nie mogę się na ciebie napatrzeć - Monika była pełna podziwu
- Tak? To super! - Sonia oderwała oczy od lustra - Dla ciebie tez

12




coś mam - podeszła do szafy i wyciągnęła z niej przepiękną łososiową sukienkę, z delikatnym paseczkiem, poszerzaną u dołu, pięknie odcinaną w pasie.
- Proszę bardzo - podała Monice sukienkę z dumą.
Monika oglądała sukienkę z przejęciem. Rzadko widywała takie piękne. Popatrzyła na metkę i wiedziała, że kreacja była bardzo droga
- Ja mam to nałożyć?
- A co, nie podoba ci się? - Sonia była zwiedziona - Myślałam że ci się spodoba....
- Nie, podoba mi się bardzo ale...
-Ale co? Kolor nie ten? Fason? Co?
- Ona jest.. no jest.... jest po prostu za droga... A jak ją pobrudzę? Albo co...
- Jak ją pobrudzisz, to ją wypiorę.... albo co... Jeszcze jakieś problemy? A jak ją porwiesz to ją zeszyję albo wywalę. A jak ją poplamisz to się kwiatek naszyje i będzie git...
- Jest taka piękna... - Monika z przejęciem oglądała sukienkę. Nigdy takiej nie miała.
- No to masz jeszcze to - Sonia rzuciła jej torebkę - Będziesz miała gdzie włożyć chusteczki na wypadek jak się wzruszysz. Pantofelki tez mam. Stoją w szafie. Wiem że masz ten sam numer co ja i że nie lubisz wysokich. Takie ci kupiłam
- Boże, głupio mi, że ponosisz na mnie

13




takie koszty
Sonia siadła na łóżku koło przyjaciółki, wzięła jej twarz w swoje dłonie i popatrzyła jej głęboko w oczy
- Nie mam tu nikogo bliskiego. Oprócz Krisa i ciebie. Kocham cię jak siostrę. Byłaś dla mnie zawsze wsparciem i podporą. Tobie wypłakiwałam się w rękaw kiedy zrywałam z każdym swoim chłopakiem. To ty odbierałaś telefon w nocy bo ja sie potrzebowałam wygadać. Nie masz nawet pojęcia jak było to dla mnie ważne. Dla ciebie było to czymś naturalnym bo ty już taka dobra jesteś. Ale ludzie tacy nie są. Jak nie mają w tym interesu to ci nie pomogą. Taki świat. Dlatego tak mi cię brakowało. Więc nie miej wyrzutów. Pomyśl, że ja się bardzo cieszę że mogę to dla ciebie zrobić...
Monika poczuła jak łzy napływają jej do oczu i spływają po policzkach
- Dobrze, pójdę do tego cholernego kasyna. W tej sukience i tych butach - uśmiechnęła sie przez łzy.
Dziewczyny przez następne dwie godziny przygotowywały się do wielkiego wyjścia. Kris i Julian siedzieli w pokoju obok mając mniejszy problem z doborem garderoby.
- To co, idziemy "z buta" czy jedziemy? - Kris uchylił drzwi
- Chyba piechotą... Monika

14




obejrzy trochę miasta nocą.. - Sonia nie mogła się zdecydować
- Pewnie, że piechotą - Julian bezpardonowo wszedł do pokoju - Pogoda jest piękna, nie ma sensu auta wlec. A gdzie Monika?
- Monia, chodź, pokaż się - Sonia czekała na wielkie "wejście" przyjaciółki. Wiedziała, że zrobi na chłopakach wrażenie. Drzwi do łazienki powoli się uchyliły. Monika szła niepewnym krokiem, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Wyglądała przepięknie. Jej długie włosy, spięte częściowo z tyłu, delikatnie opadały na ramiona, sięgając niemalże pasa. Nerwowo ściskała torebkę. Nie miała odwagi spojrzeć na Krisa i Juliana. Nie wiedziała dlaczego ale czuła się skrępowana.
- No... powiem ci.... no bajka.... - wybełkotała Sonia - Znajdziemy ci jakiegoś bogatego męża...
- No już, nie zapędzajcie się... - Julian poczuł się sfrustrowany. Wiedział, że Monika wygląda ślicznie i czuł się dowartościowany faktem, że taka piękna kobieta będzie JEMU towarzyszyć. Zawsze był próżny, a otaczanie się i pokazywanie z pięknymi kobietami było wyrazem tej próżności. I ostatnie czego sobie życzył to to, żeby taka kobieta znajdywała sobie

15




"kogoś" w jego obecności. Sam prezentował się równie elegancko. Czarny, elegancki garnitur, biała koszula, czarna mucha, włosy zaczesane na bok. Całość sprawiała, że jawił się niczym model z katalogu dla pań. Kris był jego przeciwieństwem. Brunet z delikatnym zarostem, elegancki, zadbany.
Wyszli z hotelu i skierowali się w kierunku kasyna. Monika patrzyła na światła miasta, jego marinę z wieloma zacumowanymi statkami, kręte drogi i piękne budynki. Co jakiś czas mijały ich samochody jakie widziała pierwszy raz w życiu. Zauważyła jednak kilka znaczków umieszczonych na autach... Ferrari, Porsche, Lamborghini....Zatrzymała się nagle i popatrzyła na światła odbijające się w tafli nocnej wody.
- Ale tu pięknie... Popatrzcie, jak te światła się pięknie odbijają...
- Co? - Julian patrzył na nią jakby nie rozumiał o czym mówi - Co się odbija? Gdzie?
- No światła... w wodzie...
- No... - wszyscy popatrzyli we wskazanym kierunku - No coś się odbija... ale czy ja wiem czy to takie ładne.... - Julianowi widok tak spowszedniał, że nawet do tego nie przywiązywał znaczenia. Nie pamięta nawet kiedy pierwszy raz był w Monte

16




Carlo. Nie bardzo rozumieli jak można się wpatrywać w światła odbijające się w wodzie. Nie widzieli w tym nic ciekawego...
Po krótkim spacerze doszli w okolice kasyna.
- To jest kasyno? - Monika stanęła przed wejściem do okazałego, pięknego budynku z przezroczystym dachem, pod którym stały niektóre z mijających ich samochodów. Nie wiedziała co ma oglądać. Samochody czy budynek. Czuła sie jak w innym świecie. Wydawało jej się, że to sie nie dzieje naprawdę. Budynek kasyna nie był duży. Ale duże wrażenie robiło szklane zadaszenie przy wejściu bogato zdobione żelaznymi okuciami. Po bokach były dwie jakby niewielkie wieże uwieńczone bogato zdobionymi kopułami. Po bokach, na wysokości zadaszenia znajdowały się dwa nieduże balkony - po jednym z każdej strony, a tuż nad zadaszeniem - dwie piękne rzeźby. Całości dopełniały stylizowane lampy wiszące pod zadaszeniem. Monika patrzyła z podziwem i napawała się tym pięknym widokiem. Nie sposób było nie zauważyć luksusowych aut pod kasynem.
- Co, ładny prawda? - Sonia zdawała się podzielać jej gust - Też tak zareagowałam za pierwszym razem - Jak zobaczysz wnętrza to dopiero ci

17




mowę odejmie...
- Idziemy - Julian nie mógł się już doczekać kiedy siądzie przy stole z ruletką
Kiedy weszli do środka Monika zaniemówiła. Nigdy nie widziała tak pięknych wnętrz. Miała wrażenie, że to nie kasyno ale pałac. A ona poczuła się jak księżniczka. Wokół otaczali ją ludzie w eleganckich strojach, kobiety z biżuterią wartą sporo.... Oniemiała. Sonia obserwowała reakcję przyjaciółki i była szczęśliwa, że mogła pokazać Monice to wszystko. Odwróciła się do Krisa i Juliana
- Idźcie dalej, my sobie pochodzimy - chłopaki nie potrzebowali powtórzenia. Poszli w kierunku stołów do gry
- Chodź pokażę ci resztę... - i pociągnęła Monikę za sobą
Weszły do przestronnego holu, którego podłoga wyłożona była płytami z białego marmuru, pośrodku której znajdowało się koło z marmuru czarnego, w które wkomponowany był wizerunek jakby słońca. Motyw czarnego słońca z jasnymi promieniami na podłodze pojawiał się także w następnych pomieszczeniach. Dalej pojawiały się kolumny, wspierające przepięknie zdobiony strop. W następnym pomieszczeniu strop stanowił jedne olbrzymi witraż, poniżej którego znajdował się

18




balkon, z którego można było obserwować co dzieje się poniżej. Barierki były koloru złota. Monika widziała wiele drewnianych, rzeźbionych drzwi. Nie wiedziała dokąd prowadzą. Szła przed siebie podziwiając tak piękne wnętrza.
- Chodź tędy, pokażę ci salę gdzie nasi mężczyźni spędzają czas - Sonia pociągnęła ją za rękę
Weszły do sali, w której stało kilka podłużnych stołów pokrytych zielonym suknem, z wyrysowanymi różnymi liczbami, znakami, tabelami, czego Monika zupełnie nie rozumiała. W niektórych znajdowała się dodatkowo ruletka. Przy każdym siedziało kilku ludzi- zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Wszyscy mięli poważne miny odzwierciedlające całkowitą koncentrację. Monika dostrzegła Juliana siedzącego przy jednym ze stołów. W ręce trzymał karty, przed nim leżały jakieś kolorowe monety. Chyba żetony. Zdawał się nie dostrzegać świata go otaczającego. Monika podeszła bliżej. Zauważył ją ale nie zareagował. Znów popatrzył na stół, potem w swoje karty. Wziął część żetonów i przesunął na środek stołu. Kilku innych graczy zrobiło podobnie. Zobaczyła jak gracze odkrywają karty. Nie widziała

19




jakie karty ma Julian ale zobaczyła że szeroko się uśmiechnął i jego liczba żetonów znacząco się powiększyła. Przy innym stole, z ruletką, siedział Kris i miał równie poważną minę. Sonia stała oparta o jego ramię. Monika cicho podeszła
- O co tu chodzi? - cicho zapytała
- To ruletka - zaczęła Sonia - Widzisz, gracze obstawiają ile chcą zainwestować. Kolor i liczbę. Ten koleś bez marynarki to krupier. On tym zarządza. Musisz postawić dowolną ilość żetonów na jedno z dostępnych na stole pól. Potem krupier kręci kulką w przeciwnym kierunku do obrotu ruletki. I patrzymy gdzie wpadnie kulka. Jeśli numer, który wypadł, jest przypisany do grupy wyników które obstawialiśmy, wygrywamy. Ale jeśli wypadnie zero to przegrywają wszyscy. Ale jeśli wygramy to dostajemy zwrot postawionej kasy plus jakaś wygrana ale nie do końca wiem jak to sie tam oblicza...
- Cicho! - Kris był poirytowany. Sonia pocałowała go i odeszła od stołu. Rozejrzała się i powiedziała do Moniki:
- Ja to ci powiem, że nie wiem co może być ciekawego w takiej grze. Ja bym sie bała wszystko stracić. To raz. A dwa to, że zupełnie nie ogarniam zasad gry. Jeszcze

20




ruletka to jako tako ale poker... Zupełnie nie łapię. Za to nasz Julian... - wskazała go ręką - No mistrzu... popatrz jak mu się oczy błyszczą... jemu to brak adrenaliny... Chodź idziemy czegoś się napić.
Poszły do części barowej. Sonia zamawiała drinki nawet nie patrząc w kartę
- Pina Colada raz i Margarita raz
- Dla ciebie Pina Colada. Dobra jest i podobają mi się te parasolki co je do drinka dają. Swego czasu zbierałam. Pamiętasz jak to kiedyś było... - Sonia wsparła się na dłoniach i zaczęła wspominać dawne czasy patrząc na barmana przygotowującego drinki - Pamiętasz jak bawiłyśmy się na drzewie pod domem i każda miała swoją "bazę" na innej gałęzi?
- No, pamiętam - Monika się roześmiała - Pamiętam też jak spadłaś i złamałaś nogę. A pamiętasz tego Ryśka, w którym się kochałaś? Tego co miał skuter...
- No... człowiek to jednak czasem ma zaćmienia umysłu. Nie wiem co mi się w nim podobało...
- Ja tez nie wiem ale rozpaczałaś po nim około trzech tygodni...
- Tak, bo potem pojawił się Jarek...
- A pamiętasz jak dostałaś pracę i pierwszą wypłatę?
- Tak, to był dzień kiedy pierwszy raz się

21




spiłam. Ale podobno pierwszą wypłatę trzeba przepić, żeby potem zawsze mieć kasę. No jakby na to nie patrzył, w moim przypadku przepowiednia się sprawdziła. Pamiętam też jak chciałaś otworzyć w domu schronisko dla zwierząt, bo znalazłaś ptaszka ze złamanym skrzydełkiem i chciałaś go leczyć...
- Tylko nie przewidziałam, że zeżre go twój kot...
- No tak - Sonia się roześmiała - Bonifacy był łownym kotem. Znosił myszy codziennie do domu i zostawiał na wycieraczce..
- Tak, a moja mama dostawała zawału za każdym razem kiedy je widziała. Ty, a co tam u twojego brata słychać?
- A nic. Ożenił się z tą Kaśką z sąsiedniej wioski. Byli u mnie w zeszłym roku. Wiesz co wolałam żeby przyjechali we dwójkę, bo już wtedy Kaśka była w ciąży i spodziewała się bliźniaków. Czwórki bym nie pomieściła, a nie chciałam wytrzymałości Krisa wystawiać na próbę zanim sam zostanie tatusiem...
- Dziękuję, bardzo.. - kelner podał drinki
- A co on taki biały? - Monia machała rurką w kieliszku oglądając drink.
- No nie rób wiochy. Masz tu biały rum, śmietankę kokosową i sok ananasowy. Spróbuj, pyszny jest...
- No, mniam.... -

22




Monika nie kryła podziwu
- A wiesz co, ja to też bym chciała dwójkę dzieci mieć - Sonia wróciła do tematu - I w sumie tez mogłabym mieć bliźniaki. Raz i po sprawie. Po co się dwa razy męczyć. Jak widziałam koleżanki rzygające codziennie rano, ich rozstępy... no nie wyglądało to zachęcająco...
- Daj spokój Sonia. Pomyśl, że potem masz takie małe coś o co musisz się troszczyć...
- I pieluchy zmieniać...
- No jakieś poświęcenia jednak muszą być..
- Ty pracujesz w przedszkolu to już wprawę masz...
- Uśmiałabyś się co czasem od dziecka można usłyszeć. Jeden mi powiedział "moja miłość do pani nigdy nie ustanie"
- No patrz jak sie chłopak od małego na kobietach zna - Sonia popatrzyła z uznaniem na koleżankę. - A tatusiowie cię nie podrywają?
- Nie, ale moja koleżanka pracuje w przedszkolu w Niemczech i miała takie sytuacje
- Poważnie? - Sonia klepnęła koleżankę po ramieniu - Nie gadaj! Julian jest z pochodzenia Niemcem! Ale ci powiem, nie dziwię się. Niemry to brzydkie są... widziałam wiele i powiem ci Claudia Schiffer to unikat...Zresztą i faceci urodą nie grzeszą. Ale Juliana mama jest Francuzką. A powiedz

23




mi co ty będziesz robić jak do domu wrócisz?
- Nic. Pójdę do pracy jak zawsze - dla Moniki nie było w tym nic dziwnego - A co?
- Może się tu przeprowadź? To znaczy żebyś gdzieś w pobliżu mnie mieszkała. Byśmy się spotykały.... Miałabym z kim poplotkować. Bo wiesz, z Francuzkami to za bardzo nie pogadasz... Takie pitu pitu o dupie Maryni...
- A co ja bym miała robić we Francji?
- No w zawodzie byś pracowała. Język znasz, wykształcenie masz. Praktykę też. Założyłoby się może jakie prywatne przedszkole dla rozwydrzonych bachorów bogaczy a la Julian i byłaby kasa
- Ja i prywatny biznes? No proszę cię. Do tego to ja się zupełnie nie nadaję - Monika nie wyobrażała sobie siebie jako pracodawcy
- Spokojnie, ja bym zarządzała administracją. Ja bym wszystkich za pysk trzymała a ty byś dowodziła na pierwszej linii ognia- czyli dzieci i rodzice. Ja w rozmowie z mamusiami mogłabym nie zdzierżyć...
- Powiem ci, że dobry ten drink - Monika opróżniła kieliszek
- Prawda? - Sonia się ucieszyła, że koleżanka podziela jej gust - Poproszę jeszcze Mojito!
- Oszalałaś, ja się spije!
- Nie spijesz, ja padam dopiero po siódmym, a tu dopiero

24




drugi...
- Ale to ty....
- Dasz radę - Sonia zawyrokowała - A powiedz mi, jakbyś miała pracę czy jakieś zajęcie w innym kraju to byś się przeprowadziła?
- Czemu nie? - odparła Monika skubiąc listek mięty z drinka - Mnie w Polsce w sumie nic nie trzyma... Trochę żal by było rzucić wszystko i ruszyć w nieznane ale czemu nie.. A co, chcesz mi pracy szukać?
- A jakby cię Kris w swojej kancelarii zatrudnił jako asystentkę to co?
- Odpada. Ja asystentką w kancelarii adwokackiej?... No wolne żarty.... - Monika prędzej by się widziała jako sprzedawca w mięsnym niż asystentka adwokata, nawet jeśli byłby on narzeczonym jej najlepszej przyjaciółki - Puściłabym kancelarię z torbami...
- Albo Julian by cię zatrudnił... - Sonia rozpatrywała różne opcje - Zobacz, skoro ja mogłam zostać księgową to i ty możesz zmienić zawód...
- Fakt, przeżyłam szok jak się dowiedziałam że jesteś księgową... Nadajesz się na księgową ale tylko budżetem domowym...
- No widzisz, a tu się okazało że było dobrze.
- Tak dobrze, że szef zapałał miłością....
- No - Sonia uśmiechnęła się na myśl o historii miłości swojej i Krisa - Powiem ci, że

25




rozwijało się to powoli. A to , żeby inni pracownicy się nie zorientowali, a to żeby plotek nie było... On się wtedy spotykał z jakąś inną dziewczyną i chciał to zakończyć... I tak były dymy bo dziewczyna rozpaczała ale potem to już z górki.
- No ale już nie pracujesz?
- No nie. Teraz zatrudnił inną księgową. Ale spoko, jest stara i brzydka. Sama ją wybierałam, więc zagrożenia nie stanowi. Dobra, pij to ci zamówię jeszcze jeden drink, mój ulubiony...
Podczas gdy dziewczynom mijał czas na wspomnieniach, plotkach i planowaniu przyszłości, Julian i Kris pochłonięci byli grą. Kilka godzin wymęczyło ich na tyle, że odeszli od stołów i zaczęli rozglądać się za paniami.
- Jak nic piją - Kris wiedział gdzie szukać Soni
- To napijemy się z nimi - Julian stwierdził że i on ma ochotę na jakieś procenty
Dziewczynom humor wyraźnie dopisywał. Wspomnienia młodych lat wywoływały co rusz salwy śmiechu co nie uszło uwadze innych gości.
- Jezu, co one robią? - Kris był skrępowany zachowaniem Soni, chociaż właśnie to zachowanie mu się bardzo podobało. Ale niekoniecznie w kasynie w Monte Carlo. Uwielbiał jej radość życia,

26




optymizm i to, że zawsze mógł liczyć na jej wsparcie gdyż tylko ona w najgorszej sytuacji umiała znaleźć jakieś plusy - Spiły się. Chodź weźmiemy je i zmienimy lokal na bardziej adekwatny...
- Kochanie co ty robisz? - Kris nachylił sie nad Sonią - Wszyscy na was patrzą...
- Tak? - Sonia ze zdziwioną miną rozejrzała się wokół - Ja nie widzę... A co, nie mają co robić?
Monika siedziała równie zadowolona, tyle że zachowywała się ciszej.
- Ile wypiłyście? - zapytał Monikę w przekonaniu że jest w lepszym stanie. Mylił się
- My? Yyy... Mało.... Ja to chyba pięć.... A Sonia tez coś koło tego...
- Julian weź Monikę, a ja Sonię... Trzeba je stąd zabrać zanim nas wyrzucą...
- Idziemy - Kris złapał Sonię za rękę tonem nie znającym sprzeciwu
- No dobrze już, dobrze. Z tobą kochanie nawet na koniec świata - Sonia diabelsko się uśmiechnęła i podła Krisowi rękę.
- Chodź maleńka... - Julian objął Monikę w pasie i próbował podnieść
- Zostaw! Sama wstanę... - Monika w geście protestu zerwała się z krzesła, zachwiała i tylko przytomnej reakcji Juliana zawdzięcza, że nie skończyła na podłodze - Dobra, mam jakieś

27




zawroty głowy, możesz mi pomóc...Ale żebyś sobie nic nie myślał... Łapy przy sobie..
- Jak mam trzymać łapy przy sobie i jednocześnie cię prowadzić? - zapytał rozbawiony chłopak
- Ano tak... Dobra, tylko w pasie mnie trzymaj.... - Monika po alkoholu była zdecydowanie bardziej odważna i bezpośrednia - Jak ci łapy niżej powędrują to dostaniesz w pysk...
- Tak, tak, oczywiście - Juliana sytuacja wyraźnie bawiła
Wyszli przed budynek. Sonia wisiała rozbawiona na ramieniu Krisa
- O, halo, tu jesteśmy! - machała do Moniki
- Lece kochana, lece! - Monika przyspieszyła
- Wolniej bo polecisz w dosłownym tego słowa znaczeniu! - Julian ratował sytuacje - Kobieto, schody... raz... dwa... idziemy, idziemy, nie potykamy się... - instruował ją - Wysoko nogi, wysoko...
- No już... chciałbyś... Facetom to tylko jedno w głowie...
- Julian, one się spiły... są zwyczajnie pijane... Do hotelu z nimi a nie do klubu bo zostaną alkoholiczkami..
Kris był rozczarowany i zawiedziony. Myślał że dalszy ciąg wieczoru będzie w jakimś klubie, że potańczą, pobawią się... a tu okazało się, że najlepiej bawiły się Monika z Sonią...
- Bierz jedną, ja drugą

28




i wracamy... Jak się przejdą to im może trochę świadomość wróci.
Tak więc Julian był podporą Moniki, Kris - Soni. Droga powrotna do hotelu wydłużyła się znacznie. Panie były nader zainteresowane krajobrazem, przyrodą, autami. Nie omieszkały skomentować każdego luksusowego auta jakie je mijało. Komentarze bywały mało wybredne, pozostawała nadzieja, że dzięki ryczącym silnikom kierowcy nie mięli wątpliwej przyjemności ich zrozumienia. Tak całą czwórka dotarła do apartamentu.
- Cóż panienki, idziemy lulu - Julian pogodził się, że wieczór w towarzystwie Moniki juz się skończył
- Trudno, klub kiedy indziej... - Kris zrezygnowany zaczął namawiać Sonię by się rozebrała i poszła spać
- Stary, nie po to przyjechałem do Monte Carlo by siedzieć w hotelu. Położymy panienki i możemy iść...
- Sorry Julian ale nie pójdę wiedząc, że Sonia jest zalana... Ona jest zdolna do wszystkiego. Zostanę w hotelu.
- Zostaniesz ze mną? Misiu, ty jesteś kochany... - Sonia siedząc na łóżku złapała Krisa za rękę i przytuliła do swojej twarzy - Może i jestem pijana ale wiem że jesteś skarbem i dlatego cię kocham...
- Boże jak

29




słodko, aż mnie zemdliło... - Julianowi obrzydło juz to ich słodzenie sobie - Idę się przebrać i pobawić w miasto..
- Dobra ale weź mi pomóż, trzeba je rozebrać i położyć - Kris nie krył irytacji
- Rozebrać? - Julian zrobił zdziwioną minę - No mówisz i masz!- Jednym ruchem podniósł Monikę i zaczął jej rozpinać sukienkę
- Co robisz! Łapy precz! - Monika zdawała się trzeźwieć - Spokojnie, sama się położę, nikt mi nie musi pomagać - usiadła na łóżku - Sońka! - szarpnęła koleżankę - Otrzeźwiej, spać idziemy! Razem bo ja nie chce z Julianem...
- Nieee?? Dobra, panowie wypad....
Kris popatrzył na Juliana
- Na mnie nie patrz, ja zmieniam lokal. Chcesz pilnować to pilnuj. Ja idę - Julian nie miał oporów przed zostawieniem towarzystwa. Sięgnął po kluczyki od swojego Porsche - To do rana, pa!
Kris został sam z "problemem". Po wielu protestach i równie wielu namowach udało mu się położyć dziewczyny spać, po czym sam udał się na zasłużony odpoczynek.
Pierwsze promienie słońca wpadały przez okno. Monika usłyszała stuknięcie i otworzyła oczy. Zobaczyła, że słońce już dawno wstało. Odwróciła się.

30




Sonia jeszcze spała. Nie bardzo pamiętała wczorajszy wieczór. Jej pamięć była wyjątkowo wybiórcza. "Boże, co ja zrobiłam" - pomyślała - "Mam tylko nadzieję, że się nie zbłaźniłam"... Jej myśli przerwało ciche otwieranie drzwi, w których stanął Julian
- O widzę, że ranny ptaszek wstał - powiedział cicho zdejmując marynarkę i nie chcąc budzić Soni
- Co się stało?... Co było wczoraj?... - Monika poczuła rozrywający jej głowę ból
Julian uśmiechnął się z politowaniem rozpinając koszulę
- Nic. Spiłyście się i tyle. My graliśmy, a wy piłyście. Impreza się skończyła zanim się zaczęła..
- O Boże.... - Monika zakryła dłonią twarz - I co jeszcze?
- No nic. Przyprowadziliśmy was do hotelu, Kris was położył i siedział całą noc. Ja nie miałem tej przyjemności jako że spędziłem czas w innym miejscu
- Jeszcze o czymś powinnam wiedzieć? Czy ja... - popatrzyła pytająco na Juliana
- Co ty? Nie, nie tańczyłaś na stole, nie zrobiłaś striptizu nad czym może i ubolewam, nie zrobiłaś żadnej awantury... Generalnie nie było dramatu, widziałem bardziej pijane dziewczyny
- Jezu, ale mi wstyd...
-

31




Wstyd to kraść... nie ma co histeryzować - Julian zdjął koszulę i otworzył drzwi do sąsiedniego pokoju. Widziała jaki jest umięśniony i opalony. W duchu przyznała, że jest naprawdę bardzo męski i przystojny.
- Ale towarzystwo posnęło... - Julian kręcił głową z niedowierzaniem. Zdjął spodnie i skierował się w stronę łazienki. Monika szybko przycisnęła głowę do poduszki, żeby nie zauważył że mu się przyglądała. Po chwili usłyszała szelest wody.
- Co to? - Sonia podniosła się z łóżka - Kto się tak tłucze?
- Julian bierze prysznic...
- Ty, ile myśmy wczoraj wypiły? - zwróciła się do Moniki
- Nie wiem ale widać że za dużo.. - Monika naciągnęła kołdrę pod szyję. Sonia wstała chwiejnym krokiem, dowlokła się do krzesła, zrzuciła marynarkę Juliana i opadła bez siły
-Jezu głowa mi chyba pęknie... Słabo mi. Nigdy nie wezmę alkoholu do ust...
- Chyba do następnego razu... - zauważyła przytomnie Monika
Dzień minął szybko. Był to jeden z tych "cichych dni", kiedy wszyscy mijali się bez słowa. Z różnych powodów. Kris miał żal, Sonia cierpiała- zarówno z powodu wyrzutów sumienia jak i

32




permanentnego bólu głowy, Monika nie czuła się lepiej. Jedynie Julian tryskał humorem.
- Długo będzie jeszcze panował taki minorowy nastrój? - zapytał popijając sok pomarańczowy na tarasie - Już was znieść nie mogę...Nie ma do kogo gęby otworzyć. Ileż można... Było, minęło. Zaplanujmy jutro jakoś sensownie dzień, niekoniecznie w kasynie ale nie w domu...Jakieś propozycje? - Julian był poirytowany. Jako imprezowicz ciężko znosił siedzenie w domu. Monika czytała, Sonia przeglądała jakieś piśmidła, a on nie miał co ze sobą zrobić.
- A może pojedziemy do Oceanarium? - rzucił od niechcenia - Ja nie byłem, a podobno ładne. Co myślicie?
Sonia odłożyła gazetę
- Czemu nie, mi pasuje. A co tam jeszcze jest?
- No rybki w akwarium, taras widokowy, jakieś szkielety... Ponoć i rekina pogłaskać można. Jest też jaskinia i ogród egzotyczny. To gdzie idziemy?
- To niech najpierw oceanarium będzie - zadecydowała Sonia - Kto jest za?
- Mi wszystko pasuje - Monika nie była wymagająca
- Dobra, to jutro pojedziemy oglądać ryby.... - Kris co prawda przekonany nie był ale też nie miał alternatywy
- Idziemy? No pospiesz się, wzięłaś

33




okulary? - Kris stał na progu i poganiał wszystkich - Bo dojedziemy po południu...
- Spokojnie, przecież to parę minut drogi... - Sonia jak zwykle nigdzie się nie spieszyła
Szybko dojechali pod Oceanarium. Był to pięknie położony budynek, tuz nad wejściem usytuowany był herb rodu Grimaldich. Całości dopełniały delikatne zdobienia i rzeźby. Wyglądało to naprawdę pięknie. Monika napawała się tym widokiem. Jako estetka, doceniała jego piękno. Naprzeciw wejścia, po drugiej stronie ulicy znajdowały się przepiękne stare latarnie. Prawdziwa uroda budynku ukryta była jednak z jego drugiej strony. Wydawał się jakby był częścią skały, na której został zbudowany. Z jego okien można było podziwiać przepiękny widok na Lazurowe Wybrzeże. Monika wchodząc dalej z zapartym tchem podziwiała kolejne eksponaty. Długie gabloty z zakonserwowanymi, wysuszonymi rybami, ptakami, umieszczonymi w wielkich słojach ośmiornicami, rekinami. Jeden z nich miał rozcięty brzuch, z którego wystawały macki ośmiornicy. Doszli do wielkich akwariów , w których pływały ryby różnej barwy i rozmiaru.
- Niewiarygodne, że natura mogła stworzyć coś tak bajecznie

34




pięknego - Monika dotknęła ścian akwarium jakby chciała dotknąć ryb.
- Ty, a to jest rekin tygrysi czy jakoś tak? - zapytała Sonia wskazując palcem sporą rybę pokrytą cętkami
- Nie, to rekin lamparci. Zamieszkuje wody wzdłuż wybrzeża Pacyfiku w Ameryce Północnej. Tak mi się wydaje
- Monia, jaka ty mądra jesteś.... w przedszkolu tego uczysz? - Sonia była pełna podziwu
- No weź... - Monika poczuła się zakłopotana - To nic takiego... - zrobiło jej się głupio więc poszła dalej.
- O, płaszczka, ale duża - usłyszała obok głos Juliana
- A wiesz, że kiedyś był taki naukowiec, Steve Irvin, był przyrodnikiem i prezenterem telewizyjnym. Przybliżał ludziom piękno przyrody, działał na rzecz jej ochrony. I kiedyś jak był na wakacjach w Australii zaatakowała go płaszczka, jej kolec jadowy wbił mu się prosto w serce... - Monika mówiła jakby cytowała encyklopedię
- Naprawdę? No to miał facet pecha... - Julian był naprawdę zainteresowany tym co mówiła
- Ty, patrz, tam facet siedzi - Julian wskazał palcem mężczyznę znajdującego się w jednym z akwariów - Co on robi?
- Według mnie myje akwarium od środka... A gdzie Sonia i

35




Kris? - Monika rozejrzała się wokół w poszukiwaniu przyjaciół
- Spokojnie, nie zgubią się...
Weszli do następnego pomieszczenia, w którym tuż pod sufitem wisiały szkielety dinozaurów. Jeden był naprawdę imponujący
- To chyba jakiś dinozaur... O, a patrz tu na podłodze to chyba szkielet lwa morskiego... bo takie kły... - Julian nie był pewien i szukał tabliczki
- O, a tam są łodzie... - Monika złapała Juliana za rękaw i pociągnęła za sobą - Zobacz, w takich kiedyś tu pływali. Masz pojęcie, oni to ze skór robili... i trzymało się to na wodzie.
- No do mojej łodzi to się nie umywają....
- Pamiętaj jednak, że oni swoje łodzie robili samodzielnie, a ty swoją kupiłeś..
- Drobny szczegół, idziemy dalej... Chodź, coś ci pokażę - tym razem Julian złapał ją za rękę, chciała ją wyrwać ale uścisk był za mocny - Spokojnie - popatrzył jej w oczy -Warto...
Skierowali się do windy i pojechali na ostatnie piętro. Weszli na dach muzeum. Znajdowała się tam restauracja, miejsce zabaw dla dzieci, basen dla żółwi lądowych. Moniki uwagę zwrócił widok rozciągający się z tarasu. Można było podziwiać Monako i Monte Carlo
- Jak

36




tu pięknie... - Monika nie umiała ukryć zachwytu
- Monia!!! - usłyszała głos Soni, odwróciła się - Chodźcie, tu jesteśmy!!
Sonia z Krisem przelecieli po salach z prędkością huraganu, teraz zaś siedzieli pod dachem, w cieniu i delektowali się sokiem ze świeżo wyciskanych owoców.
- No i jak, podobało się? - Kris był ciekawy wrażeń dziewczyny
- No bajka, cudnie tu jest... Dzięki, że mnie tu przywiozłeś...
Julian usiadł w fotelu obok.
- Dobrze, że mają tu miejsce dla dzieci, bo by się zanudziły a rodzicom żyć nie dały... - Sonia wskazała nieduży plac zabaw. Monika popatrzyła we wskazanym kierunku
- No, nie masz pojęcia ile dzieci mają energii. Czasem dorosły odpada, a dziecko dalej biega. One sie nigdy nie męczą...
Dzień zbliżał się ku końcowi. Spędzili miło czas, relaksując się na świeżym powietrzu. Powrót do domu był jego przyjemnym zakończeniem. Sonia wzięła kąpiel, opatuliła się w szlafrok i położyła na tarasie
- Tego mi było potrzeba.... Chodź Monia! Tez ci się należy odrobina luksusu!
- No ja od kilku tygodni to mam nawet nadmiar tego luksusu. Starczy mi chyba na najbliższą dekadę - Monika zajęła

37




sąsiedni leżak. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Wpatrywała się w gałęzie drzew lekko kołysane wiatrem. Zrelaksowała się, poczuła że zmęczenie przejmuje inicjatywę ale się nie broniła. Nie usłyszała kiedy Sonia wstała i poszła do pokoju. Taras opustoszał. Julian zauważył brak Moniki, widział jej bezwładnie opadającą z leżaka rękę, domyślił się, że zasnęła. Wziął koc, podszedł do leżaka i okrył ją delikatnie. Spojrzał na nią. Wyglądała tak rozkosznie. Pogładził dłonią jej włosy. Zawahał się. Jego dłoń dotknęła jej twarzy. Chciał ją pocałować. Czuł się niczym książę budzący Śpiącą Królewnę. Nachylił się nad nią i pocałował. Delikatnie. Żeby jej nie obudzić... Na próżno. Monika powoli otworzyła oczy
- Co ty robisz? - spytała pogrążona jeszcze w półśnie
- Nic. Pocałowałem cię... - Julian nachylił się nad nią i szepnął do ucha - Żałuję, że nie masz mocniejszego snu i już się obudziłaś...
Monika zerwała się na równe nogi, aż pociemniało jej w oczach i podbiegła do pokoju. Była skrępowana bezpośredniością Juliana. Zresztą sytuacji, w których Julian wyraźnie ją

38




adorował było bardzo wiele. Z czasem przyzwyczaiła się do tego, że zabierał ją na rowerowe lub samochodowe przejażdżki, pokazywał lokalne atrakcje kiedy Sonia nie chciała, a Kris był zajęty. On zawsze mógł. Co prawda Monika nie zawsze się zgadzała ale teraz mniej opornie reagowała na jego pomysły. Pomyślała nawet, że na swój sposób jest miły. Przyzwyczaiła się, że czasem bywa zbyt bezpośredni i krępujący. W tej kwestii był jej przeciwieństwem.
Pobyt w Monte Carlo szybko dobiegł końca. Za szybko. Monika co prawda miała jeszcze wakacje ale Kris i Julian musieli się zmobilizować i zająć sprawami zawodowymi. W planach Soni był powrót do ich domu niedaleko miejscowości Valensole w Prowansji, gdzie pola lawendowe mienią się wszystkimi barwami fioletu. Dom, który kupili z Krisem jako przyszłe gniazdko rodzinne. To tu miały się wychowywać ich dzieci, spotykać goście, słowem - miało się toczyć życie towarzyskie. Sonia wydała majątek na jego renowację- dom był stary ale po remoncie tchnęła w niego duszę. Był jej dumą, a i Kris lubił do niego wracać.
- No, ja już spakowana, Kris też - Sonia postawiła przy drzwiach

39




walizkę
- Ja też, Monika - sądząc po tym jak się tłucze- Też.. - Julian oglądał czy czegoś nie zostawił - Przydałby się jakiś większy samochód, a tak musimy jechać dwoma...
- No cóż ja ci poradzę, że akurat nasze są mało pojemne...
Mężczyźni wzięli bagaże, zanieśli je do samochodów. Ustalono, że Monika pojedzie z Julianem a Kris z Sonią
- Dobra, jedziecie za nami - Sonia rzuciła do Moniki - Spokojnie, to niecałe trzy godziny drogi. Ale nie mogę się już doczekać kiedy będę cię oprowadzać po domu...
Sonia chciała jak najszybciej pochwalić się nowym domem. Spędzała w nim każdą wolną chwilę, czuła się tam bardzo dobrze i swojsko. To był dla niej prawdziwy "dom". Nie tylko budynek. Coś więcej, dom, o którym zawsze marzyła. Czym prędzej się zapakowali, Julian wymeldował wszystkich i ruszyli w drogę. W większości trasa przebiegła bliżej lub dalej wybrzeża. Prawie cały czas widać było Morze Liguryjskie. Miało piękny, jaskrawo błękitny kolor, od którego Monika nie mogła oderwać wzroku. Patrząc w kierunku morza, trudno jej było nie spoglądać na Juliana. Przyglądała się dyskretnie jego włosom

40




rozwiewanym przez wiatr, kilkudniowemu zarostowi, opalonej skórze... "Nietrudno się zakochać" - pomyślała. Nagle na jej nodze spoczęła jego ręka
- Podobam ci się? - spytał nie odrywając wzroku od kierownicy - Widzę, że mi się przyglądałaś...
- No co ty.... patrzyłam na morze... - zaczęła się tłumaczyć
- Ale ja bym chciał, żebyś patrzyła na mnie. Ja tam na ciebie patrzę kiedy tylko mogę - uśmiechnął się i spojrzał w jej kierunku
- Co robisz! Patrz na drogę bo się rozbijemy!
- Spokojnie, jestem dobrym kierowcą, pełna profeska... Zobacz, Kris już dawno zniknął nam z widoku to pomyśl jak oni szybko jadą!
Rzeczywiście, od jakiegoś czasu nie widać było auta Krisa. Niewątpliwie miał "cięższą nogę". Jechali tak dłuższy czas w milczeniu. Nagle Julian się odezwał
- Macie jakieś plany z Sonią? Co będziecie robić?
- Ja nie mam planów, biorę co dają! - Monika wybuchła śmiechem - Jakie ja mogę mieć plany? Plan będę miała jak będę do domu wracała
- A chcesz już wracać?
- Czy ja wiem... No trochę tęsknie, ale tu żyję jak w bajce...
Julian się zamyślił
- Wiesz co, ja jutro musze być w Nicei.

41




Pobędę tam kilka dni. Mam kilka spraw. Potem lecę do Paryża... Może pojedziesz ze mną?
- A po co?- Monika nie kryła zdumienia. Julian nie bardzo wiedział jak swoją prośbę umotywować
- No byłoby mi raźniej. A ty zobaczyłabyś trochę Francji. Nicea i Paryż to jedne z najładniejszych miast Francji... a Paryż to miasto zakochanych - popatrzył znacząco na Monikę
- Taaa... jasne... Jak zakochanych to raczej nie ze mną...
- A skąd ty to możesz wiedzieć? Nie jesteś mną...
- No nie jestem... Ale się domyślam.... Nie jestem w twoim guście... Ty chyba lubisz takie dziewczyny bardziej przebojowe... - Monika chciała zmienić temat
- Nieprawda... Co innego zabawa, a co innego głębsze uczucie....
Patrzyła na niego zastanawiając się czy mówi prawdę, czy sobie z niej żartuje. Nie odpowiedziała chcąc zamknąć temat.
- To co, pojedziesz ze mną?
- Nie. Nie pojadę - nie miała co do tego wątpliwości - Nie chcę z tobą jechać. Chcę zostać z Sonią...
Był zaskoczony jej odpowiedzią. Myślał, że się zgodzi, a przynajmniej będzie się dłużej zastanawiała nad odpowiedzią. Czuł się zawiedziony. Dalsza droga minęła nad zachwytami Moniki nad

42




mijającymi ją krajobrazami. Julian się musiał nawet raz zatrzymać po to by mogła wysiąść i narwać sobie lawendy.
Dotarli do celu późnym wieczorem. Niebo szarzało. Dom był dość obszerny ale nie za duży. Szary tynk kontrastował z błękitnymi okiennicami, które sprawiały, że wyglądał bajkowo. Białe futryny okien dopełniały tego widoku. Po obu stronach drzwi stały duże donice z drzewkami oliwnymi. W pobliżu stały też mniejsze z różnymi kolorowymi kwiatkami. Niedaleko rosły duże drzewa dające cień w upalne dni. Sonia weszła do domu i zaczęła otwierać okiennice
- Niestety muszę was zmartwić. Na kolację mrożonki. Najbliższy sklep juz zamknięty - Sonia postawiła sprawę jasno, żeby nikt sie nie spodziewał cudów - Wiem, jestem gospodynią i mam gości ale trudno i darmo...
- Nie szkodzi, ja to tylko jakaś herbata i idę spać... Jestem zmęczona...
- Monia, to chodź, ja ci dom pokażę, żebyś czuła się jak u siebie - złapała Monikę za rękę i zaczęła oprowadzać po domu. Wnętrza były białe, uzupełnione dodatkami i meblami w kolorach bieli, szarości, fioletu. W kuchni stał biały, drewniany stół z taki samymi krzesłami.

43




Na nim obrus w szare paseczki. Meble były drewniane, pomalowane na szaro. Na białych blatach stały różne drobiazgi - kubeczki, talerzyki, słoje z przyprawami. W oknach królowały jasnofioletowe zasłonki.
Weszły do pokoju. Był w barwach bieli i różu. Motyw róż zresztą przewijał się w narzucie na łóżko i firankach
- Monia, tu jest pokój w stylu angielskim. Kris go lubi ale ja nie za bardzo. Dalej jest garderoba, czyli coś niezbędnego dla każdej kobiety. Tam dalej spiżarnia i wejście do garażu. I łazienka. Chciałam dużą, ale ta wyszła średnio. Na górze jest taka wypasiona i wielka. Podwójna wanna, jacuzzi... wiesz, takie bajery. Chodź, zobaczysz swój pokój - i pociągnęła Monikę po schodach do góry - Patrz, tu jest łazienka!
Rzeczywiście, łazienka była imponująca. W łazience również królowała biel. Meble były pomalowane na biało i sztucznie postarzone. Na blacie stały dwie szklane misy - umywalki. Krany miały kształt starych, doskonale dopasowane do reszty. Pod oknem stała wanna. Nie miała obudowy ale metalowe, zdobione nogi, przypominające łapy zwierzęcia. Rzeczywiście łazienka była piękna
- Ogrzewanie podłogowe

44




też tu mam!
- A tu jest twój pokój - Sonia z impetem pchnęła drzwi i wepchnęła Monikę do środka - Podoba ci się?
Monika powoli i uważnie oglądała pokój. Miał wrzosowe ściany. Pod oknem stała biała kanapa z wrzosowymi kanapami. Obok stały białe meble - witryna z książkami, mały stolik na wygiętych nogach, w wazoniku na parapecie stał wazonik z kwiatkiem, który usechł z braku wody. Monika podeszła do okna, z którego rozpościerał sie piękny widok na pola lawendy
- Napatrz się, bo niedługo zbiory... - Sonia zauważyła - Ten pokój ma jedną wadę... Na przeciw jest pokój Juliana. Zawsze tam pomieszkuje kiedy u nas jest. Ale nie martw się, on za parę dni wyjeżdża i będzie spokój...
Obejście domu zajęło trochę czasu, dzięki czemu Kris i Julian zdążyli wnieść bagaże i napić się herbaty. Monika z Sonia zeszły do kuchni.
- Herbatki? - Julian zapytał ale nie czekał na odpowiedź
- Chodźcie do ogrodu z tymi kubkami - Sonia wzięła tace, postawiła na niej kubki i dzbanek i poszła do ogrodu. Trudno to było zresztą nazwać ogrodem. Po otwarciu drzwi widać było tylko trawnik, drzewa... Dom usytuowany był na wzgórzu, z którego

45




rozpościerał się na miasteczko Valonsole. Nie było żadnego ogrodzenia, muru, płotu
- To wszystko twoje?
- Tak, tam aż do tych drzewek - Sonia wskazała drzewa odległe o przeszło sto metrów - Ale wiesz, przynajmniej mam pewność, że mi nikt tu chaty pod nosem nie postawi.
Towarzystwo siedziało na ratanowych kanapach, na których pełno było miękkich poduszek. Wokół świeciły się lampy ogrodowe a na stole świeczki. Monika kołysała się w hamaku rozwieszonym między drzewami. Drzemała...
- Dobra, trzeba iść spać, Kris weź tacę, ja wezmę resztę....
Julian stanął nad Moniką. Chwilę na nią patrzył. Delikatnie położył rękę na jej stopie, popatrzył czy się budzi. Spała. Jego dłoń delikatnie się przesuwała wyżej i wyżej. Dotknął jej dłoni bezwiednie opadającej z hamaka. Stał tak i patrzył na nią. Nachylił się i patrzył. Wziął jej twarz w swoje dłonie, otworzyła powoli oczy
- Co ty robisz? - zapytała zaspana
- Jedź ze mną.... - wyszeptał nie wypuszczając jej twarzy ze swoich rąk - Proszę, jedź ze mną... Jedź ze mną jutro do Marsylii...
- Przestań - zerwała się i odepchnęła jego ręce - Nigdzie nie jadę! -

46




zeskoczyła z hamaka i skierowała się do wejścia. Przystanęła na progu, odwróciła się i rzuciła
- Nie obraź się... Ja po prostu chcę tu z Sonią pobyć... Lubię cię ale to do niej przyjechałam, zrozum... Nie gniewasz się? - uśmiechnęła się
- Oczywiście, że się nie gniewam... Może kiedyś ze mną pojedziesz.... Będę nad tym pracował, a ja się łatwo nie poddaję - pogroził jej palcem. Podobała mu się. Coraz bardziej. Nie wiedział co go bardziej w niej podniecało - to, że była tak mało nim zainteresowana czy to, że była jedną z nielicznych kobiet których nie zdobył.
Pewnego dnia Sonia wstała wcześniej niż zwykle i przygotowała dla wszystkich śniadanie. Była wyraźnie rozpromieniona. Kiedy wszyscy zasiedli do stołu powiedziała:
- Monia, niestety przez tydzień będziesz tu panią domu - nie była jakoś specjalnie przejęta tym faktem - Bo widzisz, pojutrze wypada rocznica naszych zaręczyn i z tej okazji Kris zabiera mnie na tydzień do Paryża - położyła czule dłoń na dłoni Krisa, spojrzała mu w oczy, zerknęła na zaskoczoną Monikę - Ale się nie gniewasz? To tylko tydzień...
- Nie, oczywiście że się nie gniewam -

47




Monika była wzruszona gestem Krisa i tym, że był na tyle szarmancki by wpaść na taki pomysł - Dla mnie pilnowanie waszego domu to jak wakacje...
Po śniadaniu, kiedy Kris pojechał do sklepu dziewczyny rozsiadły się wygodnie pod wielkim dębem zapewniającym cień.
- Wiesz, wczoraj mi powiedział... Zaskoczył mnie bo już zdążył kupić bilety i zarezerwować hotel. Ciekawe co jeszcze w Paryżu dla mnie przygotował?- Sonia nie kryła ekscytacji
- No miło z jego strony. Masz super faceta. Zazdroszczę ci... Nie każdy ma taką inicjatywę...
Sonia wzięła koleżankę za rękę i spojrzała jej w oczy
- Jestem pewna, że kiedyś i ty na takiego trafisz, bo co do tego że zasługujesz nie mam żadnych wątpliwości.
Następny dzień minął w atmosferze "wyjazdowej". Sonia nie mogła się zdecydować jakie kreacje ma ze sobą zabrać. Monika zaś musiała ocenić każdą z nich i być "ciałem doradczym".
- Dobra, gotowe - Sonia z trudem domknęła walizkę - Nie mogę się doczekać... to już jutro...
- Kochanie, czekam, pospiesz się - Kris niecierpliwie czekał przy samochodzie
- Chodź, odprowadzę cię skoro masz pełnić rolę pani domu.. -

48




Monika wzięła koleżankę za rękę.
- Dobra, to wszystko wiesz... Zamykaj tylko okiennice jak będzie burza i nie zostawiaj kocy w ogrodzie kiedy pada... Tam ci zostawiłam cały zamrażalnik żarcia więc nie musisz jeździć do sklepu..
Nachyliła się do Moniki i szepnęła, żeby Kris nie słyszał
-A w kuchni na parapecie zostawiłam ci moją kartę kredytową. Korzystaj. Tu co sobota są wiejskie potupaje w tej stodole, tzn. w tym budynku przypominającym stodołę, co go mijałyśmy. Auto też masz więc się zabaw...
- Sonia, weź nie żartuj...
Nie żartuję, a co ty myślisz, że jak Krisa nie było to ja nie jeździłam? Nie namawiam cię, żebyś mi tu zaraz faceta na chatę sprowadzała albo piła tak jak w Monte Carlo... No to pa kochana!!... - ucałowała przyjaciółkę serdecznie i wsiadła do auta
- Paaa....!!! Pamiętaj, dzwoń codziennie!!!
Monika stała jeszcze przez chwilę machając i patrząc na tumany kurzu unoszące się nad drogą za samochodem. Wróciła do ogrodu, rozłożyła wygodnie na kanapie. Patrzyła na promienie słońca migające w gałęziach drzewa, kołysanych lekkim wiatrem.
- "Szkoda, ze wakacje niedługo się kończą i czas

49




wrócić do domu. Tu jest tak pięknie. Tez chciałabym mieć taki dom". Pomyślała, że niedługo musi kupić bilet na samolot. Za trzy tygodnie musi juz być w pracy. Pomyślała, że czeka ją robienie dekoracji, napisanie jakiegoś planu pracy. No i "jej dzieci". Na myśl o nich się uśmiechnęła. "- Ciekawe czy urośli? Czy się zmienili?". To w końcu ponad dwa miesiące od kiedy się nie widzieli. Z jednej strony stęskniła się za nimi, a z drugiej nie chciała opuszczać tego cudownego miejsca.
Już trzy dni upłynęły od wyjazdu Soni i Krisa. Rozmawiały ze sobą codziennie i może dzięki temu Monice wcale nie doskwierała samotność. Chodziła na długie spacery po okolicy napawając sie pięknymi widokami. Zdążyła nawet nawiązać znajomość ze starszym panem, który codziennie jeździł do pracy rowerem mijając dom Soni i Krisa i był ich najbliższym sąsiadem. Po powrocie do domu postanowiła coś ugotować.
" - Raz na jakiś czas wypadałoby". Pomyślała, że pierogi będą najlepszym pomysłem- "Zrobię dużo i zamrożę. Soni pewnie nie będzie się chciało robić, a tak to i Kris spróbuje polskiej kuchni.

50




Przygotowała wszystkie produkty, sprawnie i szybko zrobiła farsz - "No a teraz mniej przyjemna czynność, czyli zrobienie ciasta" - nie lubiła tego mając w pamięci pierwszy raz. Kiedy nie wyszły jej trzy kolejne porcje ciasta na pierog, zrobiła w końcu naleśniki i krokiety. Rozsypała sprawnie mąkę na stole, wymieszała składniki i zaczęła wyrabiać ciasto. Usłyszała nagle silnik samochodu zatrzymującego się przed domem
- Co do licha? Przecież rano rozmawiałam z Sonią, nie mogli jeszcze wrócić.. - pomyślała. Przez myśl przemknęło jej że może się pokłócili i Sonia wróciła. Uważając by niczego nie pobrudzić rękoma umazanymi ciastem wyjrzała przez okno
- Nie, to nie może być prawda - powiedziała do siebie - Co on tutaj robi? - zastanawiała się patrząc na Juliana wyciągającego z auta torbę. Podeszła do drzwi i po wielkich trudach odsunęła łokciem zasuwkę i nacisnęła klamkę otwierając Julianowi drzwi. Stała w nich z niedbale upiętymi włosami, fartuchem umazanym mąką i rękoma oblepionymi ciastem
- Co ty tu robisz? - zapytała nie próbując nawet kryć zdumienia
- A co, Sonia nic nie mówiła? Gdzie ona jest,

51




przecież wiedziała że przyjadę? - Julian zdecydowanym ruchem odsunął Monikę i wszedł do środka - Sońka! Sonia! Gdzie jesteś?
- Nie ma nikogo. Ja jestem - Monika usiłowała zamknąć drzwi nie brudząc ich ciastem - Sonia i Kris mają rocznicę zaręczyn i pojechali na tydzień do Paryża
- Do Paryża? - Julian był wyraźnie zdziwiony - I cię tu samą zostawili? To niekulturalnie...
Podszedł i zaczął oglądać jej dłonie
- A coś ty się tak umazała? Co robisz?
- Pierogi...
- A tak, coś słyszałem... Nie jadłem... - wszedł do kuchni i zaczął się rozglądać - A co, już są? Chętnie spróbuję...
- Nie ma... trzeba ciasto zrobić...
- A to nie przeszkadzaj sobie, pójdę się rozpakować...
Wyszedł zanim zdążyła coś powiedzieć. Podeszła do stołu i zaczęła wałkować ciasto i wykrawać kółeczka. Julian kręcił się po domu wnosząc i rozkładając rzeczy. Co rusz wchodził niosąc, a to laptop, a to pokrowce z garniturami. Przez ten czas Monika zdążyła zrobić kilkadziesiąt pierogów, nastawiła wodę w garnku robiąc sobie przerwę gdyż odczuwała wyraźnie skutek stania przez dłuższy czas w jednej pozycji. Opadła na krzesło
- I

52




co, już są? - Julian zajrzał do kuchni przeglądając garnki
- A gotuje się woda? - Monice nie chciało się wstawać. Zajrzał pod pokrywkę
- No gotuje...
- To możesz wsiąść i wrzucać pierogi ostrożnie po jednym do garnka - Monika była pewna że odmówi
- Dobra, mówisz - masz! - i zabrał się z entuzjazmem do wrzucania pierogów - Jasna cholera! Poparzyłem się! Wrzątkiem się ochlapałem!
- To musisz to robić ostrożnie - Monika nie mogła powstrzymać śmiechu - Pojedynczo, a nie hurtem...
Po jeszcze kilku oparzonych julianowych palcach, na stole stała duża miska wypełniona po brzegi pysznymi pierogami
- No to teraz zasłużona konsumpcja - Julian wyjął z komody dwa talerze - To twój - jeden postawił przed Moniką - A to mój - nie czekając nie czekając sięgnął do miski i nałożył sobie kilka - Jezu, jakie to dobre! - zanim zjadł to co miał, dołożył drugie tyle - A jak zjemy to zrobisz jeszcze? - dopytywał zajadając się pierogami
- Zrobię. Nawet inne ci zrobię - rozbawił ją widok Juliana pochłaniającego pierogi jeden za drugim
- A z czego jeszcze? - dopytywał
- No są jeszcze ruskie, z serem, mogą być z owocami, właściwie ze

53




wszystkim... z grzybami też...
- Ruskie? To znaczy że wymyślili je Rosjanie? To są te ich bliny?
- Taa... nawet koło ruskich nie stały
Doszła do wniosku, że pierogi musiały się jej wyjątkowo udać skoro mu tak smakowały.
- To naprawdę Sonia ci nic nie powiedziała? No, że wyjeżdżają... - zapytała Monika
- Nic. Mówili, żebym wpadł jak będę w pobliżu to jestem. Przyjechałem na kilka dni, bo jadę do Nicei. Pomyślałem , że wpadnę. To może pojadę jak masz się źle czuć...
Wiedział, że taki szantaż emocjonalny zawsze świetnie działał na kobiety. Miał go zresztą opanowanego do perfekcji. Do tego "mina spaniela" i osiągał cel.
- Ależ nie przeszkadzasz mi... Zostań ile chcesz, nie ma problemu.. - stanowczo zaprzeczyła, chociaż uszczęśliwiona nie była - Może zadzwonię do Soni i powiem, żeby wcześniej przyjechali bo może byś chciał się z nimi zobaczyć
- Nie! - zaprotestował gwałtownie, zreflektował sie nieco i dodał juz spokojnym tonem - Nie ma co im przeszkadzać. Jak chcą pobyć razem, to niech nie zaprzątają sobie głowy czym innym... Za parę dni wyjadę. Nie ma sensu do nich dzwonić i im mówić, że

54




jestem...
Pomyślała, że w sumie ma rację. Wizja tylko kilkudniowego pobytu nie była przerażająca, więc postanowiła, że jakoś przeboleje obecność Juliana.
Po południu wybrała się na spacer
- Poczekaj! - usłyszała za sobą głos Juliana - Idę z tobą
Nie miała wyboru. Szli tak razem dłuższą chwilę. Nagle Monika dostrzegła starszego mężczyznę
- Dzień dobry madmoiselle Monique!
- Dzień dobry monsieur Lemaire - pomachała starszemu panu z uśmiechem
- Widzę, że nawiązałaś nowe znajomości. Ten stary to gdzieś tu niedaleko mieszka...
- Dlaczego tak lekceważąco o nim mówisz? - zapytała nawet na niego nie patrząc - Przecież i ty kiedyś będziesz stary. Kiedyś i on był młody. Walczył w partyzantce francuskiej podczas wojny. Zasłużył na szacunek...
Julian poczuł się jak idiota. Miała rację. Nigdy nie myślał o starych ludziach tymi kategoriami. Było mu wstyd , a rzadko doznawał tego uczucia. Jej prostolinijność i wiara w dobro tego świata była porażająca. Żadnego wyrachowania, perfidii. Nie chciał też przyznawać jej racji. Jego duma mu na to nie pozwalała.
- O, zobacz, ławeczka. Siądziemy na chwilę? - zapytał
- Czemu

55




nie... - przysiedli na starej, zbitej niedbale ze starych desek, ławeczce pod rozłożystym platanem, którego olbrzymie gałęzie niemal dotykały ziemi. Chwile patrzyli w niknące pomiędzy wzgórzami domki wyglądające jakby były z klocków. Słońce zaczynało zachodzić i pomarańczowe barwy otulały otoczenie. Położył rękę na jej dłoni. Chciała ją wyrwać ale był silniejszy. Popatrzył jej w oczy
- Czemu mnie tak unikasz? Ty mnie nie lubisz... Dlaczego? Nie zrobiłem ci nic złego, a mimo to traktujesz mnie jak trędowatego...
- Nieprawda! - wierzyła w to co mówiła - Nigdy ci czegoś takiego nie powiedziałam...
Podniósł jej dłoń do ust, ucałował
- A powiedz mi, mogłabyś się zakochać w kimś takim jak ja? - sam nie wiedział czemu o to zapytał
- A czemu o to pytasz? - nie chciała udzielić odpowiedzi bo po prostu nie wiedziała - Nie wiem... Nigdy nikogo takiego nie znałam. Tak jak i ciebie nie znam....
- To przynajmniej chciej mnie poznać...
- No przecież siedzimy, rozmawiamy...
- Nie o tym mówię.. - popatrzył jej głęboko w oczy
- A o czym? - rozmowa ją krępowała i najchętniej by uciekła
- Chciałabym, żebyś czuła do mnie coś

56




więcej... Lubienie mi nie wystarcza...
Monika wyrwała rękę z uścisku Juliana
- Trudno, póki co będzie musiało.... - zerwała się i pobiegła w stronę domu
Ukrył twarz w dłoniach
- Panie boże, natchnij mnie cierpliwością bo uduszę te babę... - pomyślał - Jak nie zmięknie to przysięgam, albo uduszę albo się powieszę...
Żeby ochłonąć postanowił jeszcze pospacerować po okolicy.
Monika wróciła do domu, posprzątała po obiedzie, wzięła książkę, poszła do swojego pokoju, siadła na szerokim parapecie, zapaliła lampkę i pogrążyła się w lekturze. Co jakiś czas zerkała na światła wokół domu. Juliana jeszcze nie było. Trochę się martwiła. Słońce zaszło, zapadł zmrok. W oddali widać było małe ogniki świateł miasteczka. Poczuła zmęczenie. Postanowiła położyć się wcześniej. Wzięła piżamę i poszła do łazienki. Kąpiel to było coś na co w tej chwili miała ochotę.
Julianowi spacer nie poprawił humoru. Zmarkotniał. Wszedł cicho do domu. Usłyszał szelest wody na piętrze. Zaparzył herbatę i usiadł po ciemku w kuchni. Pogrążył się w myślach. W ich centrum była nieświadoma niczego Monika. Siedział tak i

57




nie miał ochoty iść spać. Zdjął koszulę, wieczór był naprawdę ciepły. Słyszał jak Monika wyszła z łazienki. Chwile potem drzwi do jej pokoju się zamknęły. Siedział tak wpatrując się w okno. Nawet nie zauważył jak minęły dwie godziny. Znużenie dało o sobie wreszcie znać. Wszedł powoli na piętro. Uchylił drzwi pokoju Moniki, stanął na progu. Łuna światła padającego z korytarza oświetliła jej twarz. Myślał, że się obudzi. Zauważył, że lubi patrzeć jak śpi. Zastanawiał się czy nie wejść do pokoju. Powstrzymał się jednak. Zamknął z powrotem drzwi i poszedł spać.
Ranek powitał go promieniami słońca przebijającymi się przez szyfonowe zasłonki. Usłyszał jakąś rozmowę. Podszedł do drzwi i nadstawił uszu. Słyszał tylko strzępy rozmowy telefonicznej Moniki:
- Tak, rozumiem... Oczywiście, nic się nie stało... Nie, nie ma problemu, czasem tak bywa.. Do widzenia.
Potem zapadła cisza. Usłyszał jak otworzyła drzwi i powoli zeszła na dół. Wystraszył się, że może rozmawiała z Sonią i powiedziała jej, że przyjechał. Wiedział, że nie był uczciwy zarówno wobec Moniki jak i Soni i Krisa. Zastanawiał się

58




przez chwilę co zrobi jeśli to prawda. Opracował plan i zszedł do salonu. Siedziała na kanapie wpatrując się w podłogę. Kiedy go zobaczyła ukryła twarz w dłoniach i już wiedział, że coś musiało sie wydarzyć.
- Stało się coś? - zapytał - Jesteś jakaś smutna...
Nie odpowiedziała
- Nie mam pracy... - odparła po chwili. Jej głos był niemal niesłyszalny - Zostałam zwolniona. Nie mam gdzie pracować od września...
- No to super! Dłużej tutaj zostaniesz! - Julian nawet nie pomyślał o tym co mówi
Popatrzyła na niego. Nawet nie chciało jej się tego komentować. Po jej spojrzeniu dotarło do niego jaką głupotę chlapnął
- Nie, no głupio to zabrzmiało.. Nie o to mi chodzi... No nie jest to dobrze ale nie martw się, jakoś to będzie... - nie bardzo wiedział jak to odkręcić i co powiedzieć
Nie słuchała go. Wstała i pobiegła do pokoju. Przekręciła klucz. Nie chciała żeby Julian ją pocieszał. Przez głowę przebiegało jej mnóstwo myśli. Z czego będzie żyć? Oszczędności wystarczą może na dwa miesiące, a potem? Kredytu nie dostanie, a chwilówka to samobójstwo... Opłaty za wynajem mieszkania. Dużo nie jest bo to kawalerka,

59




ale zawsze... Co prawda zapłacone jest za wrzesień ale co dalej? Zrobiło jej się gorąco... Usiadła przy oknie i rozpłakała się. Opadła na poduszkę, ukryła w niej twarz, żeby nie słyszał jak płacze. Zawalił się cały stabilny świat jaki sobie zbudowała. Dlaczego ona? Pewnie dlatego, że jest najmłodsza zarówno wiekiem jak i stażem. Co teraz zrobi? Przecież skoro cięli etaty w jej przedszkolu to w innych tak samo będzie. I co teraz? Siedzieć Soni na głowie czy wracać i szukać jak najszybciej pracy? Nie wiedziała co powinna zrobić...
Julian cicho wszedł do góry, stanął pod jej drzwiami. Słyszał jak płakała. Już miał zapukać ale się powstrzymał... - Może lepiej jak się wypłacze i sobie wszystko przemyśli? - pomyślał i dał sobie spokój. Zresztą wiedział, że ostatnią cechą jego charakteru była empatia więc jako pocieszyciel zupełnie się nie sprawdzał.
W tym dniu mijali się niemalże bez słów. Monika zadzwoniła do Soni. Nie powiedziała o utracie pracy. Wysłuchała wiadomości jak to świetnie się bawi z Krisem, jaki piękny dostała pierścionek, jak codziennie chodzą na spacery po Polach Elizejskich i jakie

60




wspaniałe zakupy zrobiła. Zupełnie nie mogła się na tym skoncentrować.
Na drugi dzień juz od rana siedziała przy komputerze wysyłając swoje CV do różnych miejsc. Już nie patrzyła czy jest to praca nauczycielki czy recepcjonistki w hotelu. Nie miała większego wyboru. Dumy do garnka nie włoży. Przeglądała oferty biur pośrednictwa pracy w nadziei, że gdzieś będzie praca właśnie dla niej.
Julian podlał kwiaty na tarasie. Wszedł i zaparzył herbatę.
- Co robisz?
- Szukam pracy, wysyłam CV... może gdzieś mnie zatrudnią....
Postawił przed nią kubek.
- Daj, pokaż co tam masz. Może coś poprawię w twoim CV - wziął laptop i zaczął przeglądać dokument - Tu musisz skrócić ten opis. Krótko i zwięźle. Tylko hasłami. Zwracaj uwagę na swoje umiejętności wykraczające poza wymagania... No wiesz, coś na co zwróci uwagę twój przyszły pracodawca i pomyśli że inni tego nie mają, a ty tak... Tu musisz pogrubić czcionkę, warto to wyróżnić... - pokazywał jej błędy i nanosił poprawki. Był bardzo rzeczowy i zaangażowany więc mu nie przeszkadzała
- Zrobię ci śniadanie - położyła mu rękę na ramieniu i podeszła do kuchenki -

61




Będzie jajecznica...
Julian nadal zagłębiony był w lekturze. Popatrzył na dane personalne. Zauważył, że Monika za kilka dni będzie miała urodziny. Nie wiedział gdzie konkretnie mieszka, tylko miasto - Kraków. Pomyślał, że zrobienie jej urodzin będzie świetnym pomysłem na poprawę humoru.
Monika postawiła przed nim talerz i uśmiechnęła się
- Dziękuję, że chcesz mi pomóc ale obawiam się, że to przegrana sprawa na odległość... Jedz.
- Nie możesz tak do tego podchodzić. Musisz wierzyć, że znajdziesz pracę. Jeśli będziesz...
Nie zdążył dokończyć, bo zadzwonił telefon. Monika odebrała
- No cześć Sonia. Wszystko w porządku... Nie, tu jest ładna pogoda... Tak, chodzę na spacery... nie, na dyskotece nie byłam. To nie dla mnie... - zapadła dłuższa chwila ciszy - W porządku. Nie ma sprawy... Kilka dni w tą czy tamtą nie robi różnicy. Bawcie się dobrze... Nie, nie jestem smutna, no co ty, zdaje ci się... To pa... - odłożyła słuchawkę i jakby posmutniała
- Sonia z Krisem przedłużyli swój pobyt w Paryżu... wrócą o kilka dni później niż mięli w planach...
- "Super!!!" - Julian był zachwycony ale zrobił

62




smętną minę - Trudno, jakoś sobie poradzimy..
Dzień minął pod hasłem: "Co zrobić by znaleźć pracę?". Przejrzane zostały setki stron związanych z pisaniem listów motywacyjnych, CV oraz prezentacji przed szefem, w których to Julian wcielał się w rolę szefa, a Monika starała się jak najlepiej zaprezentować w myśl hasła "praktyka czyni mistrza". To wszystko pozwoliło jej tez na nie myślenie o utracie pracy i nie dołowanie się. Wieczorem zaplanowali grill. Słońce chyliło się powoli ku zachodowi. W ogrodzie Julian zapalił lampiony i lampki oliwne. Chciał stworzyć nastrój, który pozwoliłby Monice chociaż na chwilę zapomnieć o troskach. Stał przy grillu obracając kawałki mięsa i warzyw, by opiekły się równomiernie. Monika przyniosła tacę z talerzykami i napojem miętowo - limonowym, który sama zrobiła. Rozłożyła obrus, poprawiła poduszki. Czuła wdzięczność dla Juliana za pracowity dzień. Pomyślała, że jest miły. Patrzyła jak stoi przy grillu, jego nagi tors, rozwiane włosy. Pomyślała, że jest naprawdę przystojny. Czuła się zrelaksowana mimo tego, co się dzisiaj wydarzyło. Pomyślała, że swoje

63




póki co wypłakała i nic to nie zmieni jeśli będzie siedzieć i ryczeć. Wiedziała, że takie zachowanie to najprostsza droga do depresji, a tego chciała uniknąć. Julian popatrzył na nią i czule się uśmiechnął
- Wiesz, w tym świetle jesteś jeszcze piękniejsza....
- Ale mi tu bajki opowiadasz... Jakbyś był kimś z wioski zabitej dechami to bym ci uwierzyła... Ale tobie po prostu nie wierzę...
Nałożył jej na talerz kilka kawałków cukinii, papryki i karkówki, którą dzisiaj przywiózł z miasta specjalnie na ta okazję
- Pamiętasz jak ci mówiłem, że mnie nie lubisz... Masz na to dowód. Jesteś do mnie uprzedzona...
- Nieprawda! - zaprotestowała - Tak ci się tylko wydaje...
Położył upieczone mięso i sobie na talerz, położył nowe i usiadł na przeciw niej.
- Wiem, masz mnie za rozwydrzonego playboya...
- Ale...
- Nie przerywaj - powiedział zdecydowanym tonem - Ja czasem też na siebie tak patrzę. Ale nawet gdybym taki był to myślisz, że nie chcę się zakochać? Znaleźć kobietę, dla której to wszystko rzucę...
Patrzyła na niego w osłupieniu. Prędzej by się spodziewała, że piekło zamarznie, niż usłyszy takie coś od niego
-

64




Ja też jestem człowiekiem, też chcę kochać... - popatrzył na nią - Rozumiesz co mam na myśli?
- Noo... - wydukała chociaż do końca nie była pewna jak to odebrać
- Jedz zanim wystygnie, zaraz dołożę ci jeszcze.... Mam coś jeszcze - wstał i poszedł do domu. Wrócił z butelką wina i kieliszkami
- Wiem, gdzie Sońka ma piwniczkę - uśmiechnął się - I wiem, które są na specjalne okazje, a taka właśnie nastała
- Daj spokój, może oni by nie chcieli żebyśmy to ruszali...
- A tam zaraz nie chcieli... - usiadł i objął ją ramieniem - Ja myślę, że okazja właśnie jest. Nie uciekasz ode mnie i mamy pierwszy taki wspólny wieczór... - otworzył sprawnie wino i nalał do kieliszków. Wzięła łyk, poczuła jak przyjemne ciepło rozchodzi się po jej ciele. Odprężyła się, oparła o poduszkę i zamknęła oczy.
- Jak mi dobrze... Nie mam pracy, a mimo to czuję się dobrze.... Bardzo dobrze przyrządziłeś mięso i warzywa... Możesz zakładać restaurację... - uśmiechnęła się
- Zatrudniłbym cię jako kelnerkę i nie miałabyś problemu z pracą....
Siedzieli tak rozmawiając o tym co by chcieli robić, jakie są ich marzenia, co lubią.

65




Poczuli nić porozumienia. Monika zobaczyła w Julianie innego człowieka - jego bardziej ludzką stronę. "Chyba myliłam się w jego ocenie" - pomyślała. W pewnej chwili Julian nieoczekiwanie nachylił się i namiętnie ją pocałował. O dziwo, nie broniła się. Była nieco zakłopotana. Nie wiedziała, czy sprawił to nastrój, czy wino ale nie protestowała. Nawet jej się podobało. Na niego podziałało to zachęcająco. Następny pocałunek był jeszcze dłuższy i jeszcze bardziej namiętny. Jego dłonie buszowały w jej długich włosach, zdjął z nich klamerkę bo lubił kiedy otulały jej twarz. Wyglądała tak kobieco i tak go podniecała... Od wina szumiało mu w głowie. Włożył jej rękę pod koszulkę, poczuł jakie ma kształtne piersi. Jęknął z podniecenia. Jego ręka powędrowała w kierunku zapięcia stanika.
- Słabo mi... - wydukała. Spojrzał na nią. "Było juz tak blisko.." - pomyślał
- Jakoś mi gorąco i słabo, przepraszam.... - Monika leżała bezwładnie na miękkich poduszkach - Chyba pójdę spać....
- W porządku, idź. Ja to pozbieram....
- Pozbierasz? - Monika popatrzyła na niego wzrokiem dziękującym - Miło

66




z twojej strony...
Nie miał wyboru, pozbierał wszystko ze stołu, zgasił grilla. Monika poszła na górę, wzięła prysznic i zamknęła drzwi swojego pokoju. Julian jeszcze jakiś czas kręcił się po domu. Wszedł na piętro. Stał chwile przed drzwiami pokoju Moniki. Otworzył je. Nie chciał, żeby ten wieczór się tak skończył. Chciał więcej. Nie chciał się zadowolić tym co dostał...
Wszedł do jej pokoju, stanął przy łóżku. Ściągnął koszulkę i usiadł. Pogłaskał ją po głowie. Otworzyła oczy ale tym razem nie zerwała się, nie wyrzuciła go. Leżała i patrzyła. Czekała na to co zrobi. Nachylił się i ją pocałował. Nie broniła się. Położył się obok niej. Delikatnie i powoli rozpinał kolejne guziki jej piżamy jedną ręką, drugą trzymał obie jej dłonie powyżej głowy. Jego uścisk był na tyle mocny, że nie potrafiła się z niego uwolnić. Patrzyła niepewnym wzrokiem w jego błękitne oczy. Bała się
- Nie... - wyszeptała
- Nie chcesz tego? - zapytał zawiedziony. On bardzo chciał ale z jakiegoś powodu zależało mu by i ona tego chciała - Jeśli nie chcesz, nie zrobimy tego.. - powiedział wbrew samemu sobie. Nie

67




rozumiał dlaczego ale tak właśnie czuł. Chciał tego, pragnął jej ale nie chciał brać jej siłą...
- To nie o to chodzi... - spuściła wzrok nie mogąc znieść jego spojrzenia - Bo ja... ja jeszcze nigdy..
- Nie mów, że nigdy nie spałaś z facetem - roześmiał się rozbawiony
- Nie....
To jedno krótkie słowo wywołało u niego szok. W jednej chwili odjęło mu mowę, wybełkotał tylko z niedowierzaniem
- Nigdy nie uprawiałaś seksu??? - nie bardzo wiedział co powiedzieć. Nie potrafił znaleźć odpowiednich słów
- Wiedziałam, że to będzie wstyd - skorzystała z momentu szoku Juliana, wyrwała się i uciekła do łazienki. Julian potrzebował chwili by ogarnąć to co się wydarzyło. Miała 25 lat i on nie rozumiał jak kobieta w tym wieku mogła się uchować. I to jeszcze kobieta z jej wyglądem anioła... Otrząsnął się. Wstał, podszedł do drzwi łazienki, złapał za klamkę. Były zamknięte. Słyszał, że płacze. Było mu głupio. Zachował się jak świnia.
- Proszę, otwórz...
- Nie... nic z tego nie będzie... - szlochała
- Otwórz, przepraszam.. głupio wyszło... otwórz... - prosił. Już nie chodziło o sex ale chciał ją jakoś

68




pocieszyć. Nie chciał być powodem jej smutku, a juz tym bardziej łez. Oparł głowę o futrynę - No otwórz...
Usłyszał jak kluczyk w zamku powoli się obraca. Uchylił drzwi. Siedziała zapłakana na brzegu wanny, ocierając chusteczką łzy - Chodź, przytul się do mnie - objął ją czule ramieniem i przytulił - Przepraszam ale chyba nigdy nie byłem z kobietą, która... no wiesz. Zaskoczyłaś mnie - wziął jej twarz w swoje dłonie, popatrzył jej w oczy - Uwierz mi, każdy mężczyzna chce być tym pierwszym w życiu kobiety. Nie ma nic piękniejszego...
- Naprawdę? - spytała nieufnie - Nie jesteś zawiedziony?
- Chyba żartujesz - nachylił się do jej ucha - To jak już sobie wyjaśniliśmy tą kwestię to może wrócimy do chwili w której skończyliśmy? - odezwał się w nim prawdziwy Julian. Wziął ją na ręce i zaniósł do łóżka. Leżała na plecach, a jej długie włosy oplatały twarz, ramiona. Wpatrywał się w nią przez dłuższą chwilę jakby chciał zapamiętać ten widok i móc odtwarzać go w swojej pamięci. Pocałował ją namiętnie, jego dłoń rozpinała kolejno guziki jej piżamy. Czuł jak jej miarowy oddech przyspiesza. Jego

69




dłoń, do tej pory spoczywająca na policzku zaczęła przesuwać się niżej. Zatrzymał się chwilę by odsunąć piżamę i móc popatrzeć na jej nagie piersi. Zaczął je delikatnie masować, patrzył jak zamyka oczy. Jego dłoń przesuwała się niżej i niżej aż osiągnęła cel. Zaczął zsuwać spodenki jej piżamy. Kiedy się ich pozbył delikatnie rozsunął jej nogi. Zawstydzona odwróciła głowę. Jego dłoń znalazła się między jej udami. Poczuł, że sprawia mu przyjemność zaspokajanie jej. Nie czuł potrzeby bycia najważniejszym. Chciał by ona była zadowolona. Słyszał jak oddycha coraz szybciej. Zagryzała wargi żeby nie krzyczeć. Zsunął slipki i powoli położył się między jej nogami. Oparł się na łokciach otaczając dłońmi jej głowę. Starał się być delikatny. Powoli jego biodra wciskały się między jej nogami
- Aaaa... - jęknęła głośniej - Boli....
- Dobrze, zrobię to wolniej.... - wyszeptał i zwolnił. Czuł, że jest podniecony do granic wytrzymałości i próbował nad tym zapanować - Boże, nie wytrzymam... - pomyślał ale nie chciał skończyć przed czasem, skończyć przed nią. Monika czuła, że jej oddech jest

70




coraz szybszy, to już nawet nie był oddech ale ciche jęki. Jej dłonie coraz mocniej zaciskały się na plecach Juliana. W pewnym momencie usłyszał jęk głośniejszy niż wszystkie, jej paznokcie wbiły się w jego plecy, a ciało zesztywniało. To był ten moment, kiedy już i on nie musiał się ograniczać. Przyspieszył i chwilę później i on na chwilę zastygł w bezruchu, a twarz opadła w jej miękkie włosy
- To było wspaniałe... - wyszeptał i podniósł wzrok na Monikę, jakby szukając potwierdzenia. Uśmiechnęła się tylko. Wydawało im się, że wszystko trwało chwilę, podczas gdy zaczynało świtać. Zmęczenie dało o sobie znać. Zasnęli.
Monika obudziła się pierwsza. Julian spał jak dziecko. Patrzyła na niego. Wyglądał tak spokojnie. Jakby przeczuwając o czym myśli, powoli otwierał oczy...
- Już nie śpisz? - zapytał z czułym uśmiechem i objął ją
- Nie - odpowiedziała i dyskretnie, jakby ze wstydem, naciągnęła kołdrę pod szyję. Jakby zdawała się nie pamiętać tego, co wydarzyło się ostatniej nocy.
- To co, wspólny prysznic? Pokiwała tylko głową i razem pobiegli do łazienki. Julian odkręcił wodę i patrzył jak jej

71




włosy stają się mokre, a woda spływa po ciele. Wzięła gąbkę. Stanął za nią oszołomiony. Czuł że ma erekcję. Jego ręce spoczęły na jej piersiach. Przylgnął do niej. Była jakby zdziwiona, nie spodziewała się tego. Przycisnął ją mocniej do ściany. Zaczął całować szyję, a jego ręka powędrowała pomiędzy jej uda. Przyciągnął ją do siebie, a jego biodra mocno przylgnęły do jej pośladów. Usłyszał jej ciche jęknięcie. Nie był w stanie się powstrzymać. Jego ruchy były szybsze i szybsze. Tym razem skończył nie oglądając się na nią. Nie potrafił nad sobą zapanować. Po wszystkim jak gdyby nigdy nic umył się, owinął ręcznikiem
- Kochanie, pójdę się ubrać - rzucił z czarującym uśmiechem. Monika zdawała się być nieco zaskoczona. Ale pomyślała, że widać taki jest. Że może to jest normalne i poświęciła się błogiemu relaksowi podczas gdy ciepła woda otulała jej ciało. Po obiedzie poszli razem na spacer. Złapał ją za rękę
- Kiedyś wyrwałabyś rękę - powiedział i się uśmiechnął
- No pewnie tak... Ale kiedyś byłeś inny...
Szli tak w ciszy. Zobaczyli przejeżdżającego rowerem Lemaire'a
- Dzień

72




dobry monsieur Lemaire! - tym razem Julian pierwszy zauważył sąsiada i mu pomachał...
- Ja cię nie poznaję....
- Wiesz, przemyślałem co mi powiedziałaś. Miałaś rację... Byłem wredny ale chcę się zmienić...
Monika patrzyła na niego z niedowierzaniem. Pamiętała jaki był w Monte Carlo, na łodzi. Teraz był przeciwieństwem tamtego Juliana. Czy był uczciwy? Nie była do tego przekonana... Ale przecież każdy może się zmienić.
Wieczorem, jak zwykle, usiadła na łóżku w swoim pokoju, wzięła książkę i zagłębiła się w literaturze. Usłyszała pukanie
- No wejdź... - wiedziała, że nie ma się co spodziewać kogoś innego niż Julian. Otworzył drzwi, oparł się o futrynę i powiedział
- Wiesz co... bo ja tak sobie pomyślałem... Może chciałabyś... Wiesz, bo te łóżka w naszych pokojach są takie nieduże... Jednoosobówki... - popatrzył na nią czekając co powie
- No i?
- No wiesz, tam na końcu korytarza jest sypialnia...
- No i? - starała się zachować powagę bo wiedziała do czego Julian zmierza
- To może byśmy dzisiaj sie tam przenieśli? Zimno coś było ostatniej nocy.... Nie zmarzłaś?
Fakt, trochę się ochłodziło ale

73




do marznięcia jeszcze trochę brakowało. Zamknęła książkę, uśmiechnęła się rozbrajająco
- No nie wiem... Muszę się zastanowić...
- No przestań... Ja sam już nie zasnę... Będę myślał tylko o tobie i że jesteś w pokoju obok... To zakrawa na znęcanie się...
Wszedł do pokoju i usiadł obok niej. Juz miał ją pocałować ale zasłoniła sie książką wobec czego złożył namiętny pocałunek na okładce. Popatrzył
- O, "Duma i uprzedzenie"... no proszę cię.... wolałbym, żeby to było "Pięćdziesiąt twarzy Greya"... Tak wieczorem jak znalazł...
- Niestety mój drogi, nie czytam takich książek...
- A ja jak juz czytam to tylko takie
- No czemu mnie to nie dziwi - roześmiała się zza okładki.
- Dobra, to ja pójdę i pochowam rzeczy z ogrodu a ty się zastanów. Oczywiście zastanawiaj się tak długo, aż dojdziesz do wniosku, że faktycznie te wyrka to Sonia za małe kupiła - uśmiechnął się i wyszedł. Monika zamknęła książkę i popatrzyła w okno. Bawiła się dobrze z Julianem, wysłała kilkadziesiąt CV ale nikt nie odpisał. Niedługo wróci Sonia. A może to z Julianem to coś więcej? Juz nie był jej

74




obojętny. Juz nie był kimś, kogo się obawiała. Już nie był taki natarczywy i bezczelny. Może taki jest naprawdę, a wtedy udawał? Uświadomiła sobie, że przez ostatni tydzień bardzo się do siebie zbliżyli. A może to Sonia specjalnie zaaranżowała ich spotkanie, żeby ona mogła go poznać właśnie z tej strony. Tak. Chyba tak właśnie było - Monika uznała to za pewnik i uśmiechnęła sie do siebie - Ta Sonia to jest jednak kochana... Swata mnie z Julianem. Zna go dobrze to pewnie wie, że nie jest taki jak ten Julian z Monte Carlo. A skoro on jest taki kochany dla niej to pewnie też mu na niej zależy. Uśmiechnęła sie do siebie. " - Tak, dzisiaj nie będę spała na tym wąskim łóżku" - postanowiła.
Leżała w wannie juz od pół godziny. Spoglądała na swoje stopy wyłaniające się z piany. Wiedziała, że Julian jest w sypialni i na nią czeka. Nie bardzo wiedziała jak ma tam wejść. Tak oficjalnie. Nie było w tym juz przypadku. Trochę jej był głupio. Nigdy tak nie robiła. Zdmuchnęła porcję piany z dłoni. Nagle usłyszała pukanie. Zanim cokolwiek powiedziała, drzwi do łazienki otwarły się. Julian stanął na progu, chwilę

75




jej się przyglądał
- Wejdź, bo zimno leci... - miała dobre chęci ale zabrzmiało to bardzo dwuznacznie. Wszedł, zamknął drzwi, usiadł na brzegu wanny. Chwilę na nią patrzył. Wziął gąbkę i zaczął myć jej stopy. Nie była w stanie się ruszyć. Gąbka zaczęła wędrować wyżej, aż zniknęła pod wodą wraz z jego dłonią. Nie przerywał. Popatrzył na jej twarz gdy gąbka wypłynęła na powierzchnię ale jego dłoń nadal była pod wodą.
- Aaa.... - jęknęła. Widziała tylko jego poruszające się równomiernie ramię. Rozplotła nogi, a jej dłonie zacisnęły sie na brzegach wanny. Odchyliła głowę do tyłu i zamknęła oczy. Było jej trochę wstyd. Klęknął przy wannie, ale nie przestawał. Nachylił się i zapytał szeptem:
- Dobrze ci?
Oczywiście, że było dobrze ale nie potrafiła sie głośno do tego przyznać. Milczała ale wiedział. Widział jak jej oddech przyspiesza. Nagle przestał. Otworzyła zdziwiona oczy
- Nie mogę pozwolić żeby stało się to teraz... Przygotowałem sypialnię... - powiedział namiętnym głosem i czule ją ucałował - Czekam skarbie na ciebie... - zniknął za drzwiami tak nagle jak sie pojawił. Widziała jak

76




odchodzi, jak sie porusza. Wiedziała, że ten widok złamie każdą kobietę. Wyszła z wanny, owinęła się szlafrokiem, popatrzyła w lustro. - I co teraz? - rozmyślała - Naprawdę mu na mnie zależy? Czy mnie kocha? Chyba tak skoro jest tak czuły. Przecież gdyby tak nie było, po pierwszym razie przestałby się starać... - w swych przypuszczeniach była naiwna jak dziecko. Wyszła z łazienki, szła boso długim korytarzem oświetlanym tylko przez niewielkie lampki umieszczone na ścianie. Uchyliła drzwi. Leżał na łóżku. Stanęła w progu, jakby czekając na to co zrobi. Wstał, podszedł do niej powoli. Wyglądał jakby był w amoku. Zdawał się nie dostrzegać niczego poza nią. Nagle rozwiązał szlafrok, złapał ją i podniósł do góry, oparł mocno o ścianę. W tej pozycji musiała opleść go nogami. Czuła jak zsuwa spodenki i wpatruje się w jej twarz. Zrobił to i docisnął ją jeszcze bardziej do ściany
- Ach... - jęknęła - Powoli... - oparła głowę o jego ramię i wbiła paznokcie w jego plecy - Wolniej...
- Drugi raz będzie wolniej... - i nie czekając na jej reakcję podniósł ją jeszcze wyżej. Rytmicznie i miarowo jej ciało to

77




unosiło sie, to opadało. Rytm ten był coraz szybszy i szybszy. Słyszała jego szybki oddech przy swoim uchu. Czuła jego ciepło. W pewnym momencie przycisnął ją tak mocno, że ledwo mogła oddychać i zamarł w bezruchu na krótką chwilę. Postawił ją wreszcie na ziemi, przytulił mocno. Poczuła jak coś ciepłego spływa po jej nodze. Przeraziła się. Pomyślała, że ani razu się nie zabezpieczyła. A co jeśli zajdzie w ciążę? Jak mogła być tak bezmyślna.. Odsunęła go i spojrzała przerażonym wzrokiem.
- Co się stało? - spytał zdyszany i otarł pot z czoła - Zrobiłem coś nie tak?
- Niee.... ty nie... nic, nic, wszystko jest w porządku... - usiłowała zapanować nad emocjami
- Chodź - pociągnął ją na łóżko
- Czekaj... - próbowała go powstrzymać ale bez skutku
- Nie ma na co czekać - położył ją na plecach, sprawnie rozsunął ręką nogi, położył się między nimi. Zaczął ją całować. Jego pocałunki sięgnęły piersi, potem brzucha... Padały coraz niżej i niżej.
- O Jezu... - wyszeptała, kiedy jego usta znalazły się pomiędzy jej udami - Nie przestawaj... - powiedziała bezwiednie. Nie zamierzał. Dłoń zastąpiła

78




usta. Nie przestawał. Położył się obok i patrzył. Patrzył jak sprawia, że jej oddech jest coraz szybszy, słuchał jak zmienia się w jęk, patrzył na jej zaciśnięte na pościeli dłonie. W pewnym momencie krzyknęła, uniosła się, a jej dłonie zacisnęły się na jego ramieniu znajdującym się między jej nogami. Opadła na poduszkę. Jej oddech był nadal przyspieszony. Potrzebowała dłuższej chwili by dojść do siebie. Leżał obok czule sie do niej uśmiechając.
- Chodź, przytul sie do mnie - objął ją i przysunął do siebie. Wtuliła sie w niego. Czuła się taka spokojna i bezpieczna. Szybko zasnęła.
Otworzyła oczy ale Juliana nie było. Nie zmartwiła się. Ubrała szlafrok i zeszła na dół. Julian stał przy kuchence. Odwrócił sie gdy ją usłyszał. W ręku trzymał patelnię. Ubrany był tylko w spodenki i fartuch. Pomyślała, że wygląda śmiesznie
- Fajny strój.. - powiedziała biorąc jabłko i siadając przy stole
- Nie jedz jabłka! Na śniadanie jest jajecznica - była w szoku. Julian przygotował jej śniadanie. Prędzej by się spodziewała ataku kosmitów, niż czegoś takiego. Odłożyła jabłko
Rozłożył jajecznicę na dwa

79




talerzyki, udekorował każdy nieudolnie szczypiorkiem
- Ja wiem, że to nie jest Hilton ale się starałem
- Doceniam to, naprawdę - wyznała szczerze
Po śniadaniu, kiedy zbierał talerze powiedział
- Wiesz, dzisiaj mam parę spraw do załatwienia w mieście, także kilka godzin mnie nie będzie
- Tak? - była nieco zawiedziona - No nie ma sprawy, nigdzie nie ucieknę...
- No ja myślę - uśmiechnął się i udał na piętro.
Dzień minął jej na błogim nieróbstwie. Czytała, spacerowała. Leżała w hamaku i rozmyślała. Słyszała jak wrócił. Od razu znalazł ją w ogrodzie.
- No i jak ci minął dzień? Co robiłaś? - zapytał
- A nic - zdjęła kapelusz z twarzy i uśmiechnęła się promiennie - Czekałam na ciebie
- Chodź do mnie - poprosił - Usiądź tu - posłusznie wykonała polecenie i usiadła na krześle - Zamknij oczy.
- Ale po co?
- No zamknij! - niecierpliwił się. Posłusznie zamknęła chociaż nie wiedziała po co. Poczuła coś chłodnego na szyi. Usłyszała jego szept - Wszystkiego najlepszego skarbie. Masz dzisiaj urodziny...
Otworzyła zdumiona oczy. Rzeczywiście, przypomniała sobie jaka jest data. Miała urodziny i całkiem o tym

80




zapomniała. Dotknęła szyi. Popatrzyła i zrobiło jej sie gorąco. Zobaczyła piękny, złoty naszyjnik z dużym zielonym oczkiem średnicy jakiegoś centymetra i mnóstwem białych, mniejszych.
- Szmaragd i diamenty - powiedział - Szału nie robi ale mam nadzieję, że ci się spodoba...
Siedziała tak i go dotykała nie wierząc w to co się dzieje. Zdjęła naszyjnik i zaczęła go oglądać. Był naprawdę piękny i delikatny.
- Przykro mi Julian, nie mogę tego przyjąć - podała mu naszyjnik - On jest za drogi. Nie mogę przyjąć takiego prezentu...
- Co ty mówisz?? - Julian był poirytowany - Nie podoba ci się? Nie lubisz zielonego?
Nie mógł pojąć, że nie chce go przyjąć. Kobiety zawsze chętnie przyjmowały takie prezenty od niego. Specjalnie wybrał z katalogu taki model i zamówił. Specjalnie pojechał do miasta. Nigdy nie spotkał się z odmową. A tu masz...
- Nie! Nie o to chodzi! Jest za drogi...
- A skąd wiesz ile kosztował??!! - krzyknął, wyrwał jej naszyjnik z ręki i cisnął nim w trawę - - Nie, to nie!! - odwrócił sie i poszedł do domu trzaskając drzwiami. Posiedziała jeszcze jakiś czas na hamaku dając mu czas, żeby ochłonął.

81




Podniosła naszyjnik, oglądała go i podziwiała. Był imponujący. Nawet nie miałaby do czego go założyć. Weszła do domu. Julian chodził niczym wulkan. Trzaskał drzwiami, nie odzywał się. Jak chłopiec, któremu zabrano cukierka. Wieczorem nadal panowała cisza nie do zniesienia. Poszedł wziąć prysznic. Nagle zadzwoniła jego komórka. Usłyszał i krzyknął
- Czy możesz odebrać? Czekam na ważny telefon. - odebrała. W słuchawce odezwał się dźwięczny damski glos
- Czy mogę rozmawiać z Julianem? - powiedziała stanowczo
- Niestety, nie może teraz podejść. Czy coś przekazać?
- Hmm... no chciałam mu coś ważnego powiedzieć.... - Janette w lot pojęła sytuacje i nie mogła nie skorzystać z okazji zasiania niepewności w umyśle Moniki, mimo, że jej nie znała - Pewnie jakby wiedział, że to ja dzwonię to by odebrał - roześmiała się
- No, możliwe... - Monika nie umiała być wyrachowana - Czy coś przekazać? - zapytała powtórnie
- A jak ty kochaniutka masz na imię? Bo nie dosłyszałam... Julia, Anna czy inaczej? Bo juz nie nadążam.. - perfidia Janette osiągnęła apogeum - Dobra, tak czy siak powiedz mu tylko, że dzwoniła Janette...

82




Będzie wiedział. Pa, złociutka! - Janette rzuciła słuchawką nie czekając nawet na odpowiedź Moniki
- Kto dzwonił? - Julian wyszedł z łazienki prawie nagi, wycierając się ręcznikiem. Popatrzyła na niego i zrobiło jej się przykro
- Janette..... dzwoniła Janette...
- Super, czekałem na jej telefon.... wreszcie zadzwoniła... - Julian wyraźnie sie ucieszył - Muszę oddzwonić - złapał za telefon.
- Nie będę ci przeszkadzała - powiedziała ale nawet nie usłyszał zajęty wybieraniem numeru. Monika wyszła do ogrodu, położyła się na hamaku, pomyślała o Soni - że juz się za nią stęskniła i nie może się jej doczekać. Julian nie wyszedł do ogrodu. Był obrażony. Zupełnie tego nie rozumiała. Dorosły facet a zachowuje sie jak dziecko z przedszkola. Weszła do domu i udała się do swojego pokoju. Nie miała ochoty na rozmowę. Usłyszała stukanie w pokoju Juliana. Zajrzała przez uchylone drzwi. Pakował się. Wyraźnie miał dobry humor. Po telefonie od Janette - pomyślała. Kim jest Janette? - rozmyślała. Pchnęła drzwi i zapytała
- Co ty robisz?
- Jutro wyjeżdżam - odpowiedział nie przerywając pakowania - Mam ważne sprawy, udało mi

83




się coś o co zabiegałem od dawna - nie krył zadowolenia
- Cieszę się - odparła bez przekonania i wyszła. Tą noc każde spędziło w swoim pokoju. Siedziała na łóżku patrząc na bladą poświatę księżyca. Popatrzyła na książkę ale nawet na to nie miała ochoty. Po twarzy spłynęły jej dwie łzy. Pomyślała, że nie chce, żeby wyjeżdżał. Chce żeby został. Może jak mu to powie, to zostanie? - wierzyła naiwnie. "Tak, jutro mu powiem. I wtedy zostanie..."
Następnego dnia juz od rana krzątała się w kuchni. Przygotowała uroczyste śniadanie. Była pewna, że wszystko ułoży się po jej myśli. Julian zszedł później niż zwykle. Był jednak ubrany. W koszulę, krawat... Zrozumiała, że wizja jego pozostania oddala się. Nie traciła jeszcze nadziei.
- To dla mnie?
- Tak, siadaj i jedz...
- To jest pyszne! Będzie z ciebie kiedyś dobra żona... - myślał że jest zabawny - Dziękuję ci. No to będę się zbierać... - wstał, wziął torbę i zaniósł ją do samochodu. Wrócił po pokrowce z garniturami
- Musisz jechać? - zapytała w geście rozpaczy - Nie możesz tu zostać dłużej?... Ze mną...
Juz miał wyjść ale na te słowa

84




zamarł. Uprzytomnił sobie, że bardzo się w ta znajomość zaangażowała. Poczuł wyrzuty sumienia. Nie chciał, żeby miała złudzenia. Wrócił. Położył marynarkę na krześle. Wziął jej twarz w swoje dłonie, spojrzał w oczy.
- Kochanie, nie chciałbym ci sprawić przykrości, ale fakt że poszliśmy ze sobą kilka razy do łóżka nie znaczy, że zaraz będziemy się żenić...
Na chwilę odebrało jej mowę. Nie wierzyła w to, co słyszała...
- Nie, no oczywiście, że nie.... jasne, że nie... no coś ty... - bełkotała siląc sie na uśmiech.
- To dobrze, że to rozumiesz - ulżyło mu, ucałował ją czule w czoło - To pa! - rzucił na odchodne, wziął z krzesła marynarkę i wyszedł.
Usiadła na krześle, postawiła przed sobą filiżankę kawy, którą dla niego zrobiła. Siedziała tak chwilę w milczeniu analizując to co sie przed chwilą stało. Ukryła twarz w dłoniach, westchnęła
- Boże, jaka ja byłam głupia...
Julian jechał mając przed oczami cały czas jej piękne, orzechowe oczy. - A może nie powinienem jej tak mówić? Może to było podłe? - rozmyślał - No ale przecież nie zamierzam się wiązać. Jestem na to za młody...Mam

85




dopiero trzydzieści lat... A może warto byłoby o tym pomyśleć- złapał się na tym, że pierwszy raz w życiu uznał taka opcję za możliwą - A może właśnie dla niej? Może ona by chciała? Może o tym myślała a on, szuja, uciął to w ten sposób?... - źle się z tym czuł ale wiedział, że czasu nie cofnie.
Monika przez cały następny dzień nie mogła sobie znaleźć miejsca. Po południu, jak zwykle, poszła na spacer. Idąc drogą usłyszała jakiś stukot. To stary Lemaire jechał swoim rowerem pamiętającym czasy inwazji w Normandii.
- Dzień dobry madmoiselle Monique!
- Dzień dobry monsieur Lemaire! - na jego widok zawsze się uśmiechała
- A co pani dzisiaj tak sama? - zsiadł z roweru - A gdzie pani przyjaciel? Dzisiaj nie miał ochoty na spacer?
- Nie, musiał wyjechać.... miał ważne sprawy.... - odpowiedziała
Przyglądał jej sie chwilę. Pokiwał głową
- A pani o nim myśli...
- Nie, no myślę jak dojechał... Wie pan, różne rzeczy sie trafiają pod drodze... Nigdy nic nie wiadomo... - nie wiedziała jak odgadł o czym myśli
- Wie pani, coś pani powiem. Kiedyś, kiedy byłem w ruchu oporu i złapali mnie Niemcy myślałem, że to juz

86




koniec, że mnie rozstrzelają. Ale nie. Trafiłem do więzienia. Siedząc tam dowiedziałem się, że moja żona i córki zginęły podczas bombardowania. Mój świat się zawalił.... Kiedy wojna się skończyła i wyszedłem z więzienia nie chciałem żyć. Nie miałem do czego wracać. Moje dwie córki zginęły, żona też. To po co ja będę żył?
- Czemu mi pan to wszystko opowiada?
- Bo widzi pani, człowiek jest i silny i słaby jednocześnie. Byłem na tyle słaby, że odechciało mi się żyć, i na tyle silny, żeby sobie nie odebrać życia. Wróciłem do Valensole. Mojego domu nie było... Pozostały ruiny. Zacząłem je przeglądać w nadziei, że ocalały jakieś pamiątki, zdjęcia... cokolwiek. I nagle usłyszałem jak ktoś za mną woła: Tato! Tato!... Odwróciłem się... i wie pani kogo zobaczyłem?
- Córki?
- Tak. Moje córki... Moje ukochane córki.... Okazało się, że podczas bombardowania zgubiły dokumenty uciekając, ktoś je znalazł i doszedł do wniosku, że zginęły pod ruinami bunkra, w którym się ukrywały... A one żyły...
- I co się z nimi stało?
- Nic. Mieszkają w sąsiednim miasteczku. Założyły rodziny, mają dzieci... -

87




popatrzył na Monikę uważnie - Chcę pani uświadomić, że nie zawsze jest tak jak nam sie wydaje i że nie można niczego przyjmować za pewnik. Czasem się człowiekowi wydaje, że to koniec świata, że sięgnął dna rozpaczy... Ale czasem to rozpacz, którą sami sobie stwarzamy, a rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej... Do widzenia... - uchylił lekko kapelusza, wsiadł na rower i pojechał dalej. Monika jeszcze długo stała na drodze analizując to co powiedział. Trochę jej to poprawiło humor. Wróciła do domu i wzięła się za sprzątanie. Niedługo wrócą Sonia i Kris. Zrobiła porządek w ogrodzie, ugotowała obiad - "Pewnie będą głodni po powrocie - pomyślała - Zrobię i ciasto..". Czas szybko zleciał, zapadł zmrok. Usiadła jak zwykle na parapecie w swoim pokoju. Myślała co jutro Soni powie. Co powie gdy Sonia zapyta o Juliana. Zazdrościła przyjaciółce, że jest taka szczęśliwa, podczas gdy jej wydawało się, że to co ma to szczęście, a okazało się wielką pomyłką. Powoli docierało do niej, że wierzyła w ułudę, że "druga twarz Juliana" była zwykłą grą pozorów. Myślała, jak wyrafinowanej manipulacji

88




była obiektem. Czuła, że jest jej niesamowicie smutno. Bolało ją to, że otworzyła przed nim swoją duszę, podarowała serce, a on to wszystko zdeptał. Bez zastanowienia, bez żalu. Nie kochał jej. Nie liczył się z jej uczuciami. Była dla niego nikim. Zabawką, którą się można pobawić, a potem cisnąć w kąt. Tak się właśnie czuła. Jak zabawka, która obrzydła i którą wyrzucono. Takie myśli pochłonęły cały wieczór. Była tak zmęczona, że od razu usnęła.
Ranek powitał ją pięknym promieniami słońca. Zerwała się z łóżka, bo dokładnie nie wiedziała kiedy Sonia wróci. Wiedziała że dzisiaj. Szybko się umyła, ubrała, zeszła do kuchni i nastawiła wodę. Nagle usłyszała samochód zatrzymujący się pod domem. Wybiegła by zobaczyć kto przyjechał. Na jej twarzy pojawił się szczery uśmiech
- Sonia!!!!!!! - krzyknęła i rzuciła się koleżance na szyję. Sonia nie pozostała jej dłużna
- Monia, jak ja się za tobą stęskniłam!!! Tyle ci musze opowiedzieć!!!! Tyle się wydarzyło... - podczas gdy koleżanki oddawały się spontanicznemu i nader ekspresyjnemu powitaniu, Kris wnosił sterty bagaży z samochodu do domu. Było ich

89




zdecydowanie więcej niż przed wyjazdem.
- Boże, jakie to dobre - Kris nie mógł sie najeść - Co to za potrawa?
- Rolada wołowa nadziewana marchewką - uśmiechnęła się Monika - Cieszę się, że wam smakuje
- No Monia, pyszne...
Po południu, kiedy Kris pochłonięty był pracą, dziewczyny wyszły do ogrodu. Sonia wzięła łyk soku pomarańczowego i powiedziała
- Przepraszam, że cię tak długo tu samą zostawiłam. Miałam wyrzuty sumienia, że zaprosiłam koleżankę a potem zabrałam dupę w trok i pojechałam... jak chamka. Powiedz, że się nie gniewasz.. - powiedziała z błagalnym wzrokiem. Monika spojrzała na nią ze zdziwioną miną
- Ale ja nie byłam sama...
Soni zabłysnęły oczy
- No nie gadaj...Faceta sobie sprowadziłaś? Kto to? Powiedz. Jak z miasteczka to może znam...A fajny chociaż? Jak się nazywa?
Monika chwilę milczała
- Julian tu był.
Sonia była wyraźnie zaskoczona
- Jak to "był"? Kiedy był?
- Nooo... przyjechał niedługo po waszym wyjeździe. Chyba dwa dni potem. Powiedział, że o wszystkim wiecie, że przyjeżdża i żeby wam nie mówić, bo pewnie macie inne zajęcia...
- Nic nie wiedziałam. Ani ja ani Kris...Nie

90




wiedzieliśmy, że przyjedzie...A po co on tu przyjechał?
- Tak bez powodu przyjechał chyba....Nie mówił po co... Powiedział, że wpadł na parę dni żeby odpocząć...
- No to w sumie nie byłaś sama...A grzeczny był chociaż?
- Nie, no miły był...
Sonia widziała, że coś jest nie tak. Monika nie wykazywała specjalnego entuzjazmu z wizyty Juliana.
- Był miły i... ?- zaczęła
- No i... przespaliśmy się że sobą.. - Monika ze wstydem spuściła wzrok
- Wiedziałam! - Sonia walnęła pięścią w stół - Wiedziałam, że nie odpuści! A tak mi obiecał, co za gnój...Tak go prosiłam... Niech ja go tylko w swoje ręce dostanę! - popatrzyła na Monikę - Jak mogłaś być tak lekkomyślna, skoro cię tak przestrzegałam! - powiedziała z wyrzutem
Monika się rozpłakała. Soni zrobiło się jej żal, przytuliła przyjaciółkę
- No chodź malutka, przepraszam, że na ciebie nakrzyczałam. To nie twoja wina. On manipulować kobietami umie perfekcyjnie. On mnie jeszcze popamięta. Co, wyjechał bo sie bał? Kiedy wyjechał?
- Przedwczoraj....
- No poszłaś z nim do łóżka i co dalej? Bo miny jakoś specjalnie szczęśliwej nie masz...No więc?
- To była

91




pomyłka. Wiem, że źle postąpiłam....
Sonia westchnęła
- Cały Julian. Nie wiem czy cię to pocieszy ale nie ty pierwsza i pewnie nie ostatnia...Ta łajza nigdy się nie zmieni. Jemu tak juz chyba zostanie...Wszystko co się rusza i na drzewo nie ucieka...Sorry... bez urazy Monia...Ale jak mogłaś tak stracić głowę...Chciałabym doczekać chwili, kiedy znajdzie się kobieta która mu tym samym odpłaci... i to za wszystkie inne też...Żeby go tak potraktowała jak on te dziewczyny traktuje...
- Sonia... jest jeszcze coś...
Sonia popatrzyła z przerażeniem na przyjaciółkę
- Boże, co jeszcze..... Bo się juz boję...
- Nic takiego. Straciłam pracę. Mogłabyś mnie jutro zawieźć na lotnisko w Marsylii? Kupiłam bilet. Muszę wracać i szukać pracy. Wysłałam kilkadziesiąt CV ale na razie nikt się nie odezwał
- Boże, Monia tak mi przykro - Sonia była wyraźnie przejęta - Może zostaniesz tu i tu czegoś poszukasz? - zapytała z nadzieją
- Nie, to nie dla mnie. Nie umiałabym się tu odnaleźć. Muszę wracać.
- Dobrze, skoro taka jest twoja decyzja... Ale pamiętaj, zawsze będzie tu miejsce dla ciebie. Możesz przyjechać kiedy chcesz...
-

92




Dziękuję.
Po kolacji Monika poszła do pokoju i zaczęła się pakować. Robiła to niechętnie. Tak jej tu było dobrze. Zabierze stąd i złe i dobre wspomnienia. Tych dobrych było zdecydowanie więcej. Musi teraz skoncentrować się na szukaniu pracy. To jest teraz najważniejsze myślała. Do pokoju weszła Sonia
- Mogę?
- Tak, wejdź
Sonia usiadła obok niej na kanapie
- Chciałabym cię o coś zapytać... Czy ty.... Ale jak nie chcesz to nie odpowiadaj... Czy ty go kochasz?
Monika siedziała chwilę nic nie mówiąc, jakby chciała pozbierać myśli
- Myślę że tak... I to jest najgorsze...
Sonia ją przytuliła.
- Dobrze, że on o tym nie wie. Nie damy mu tej satysfakcji. Pójdę już... Dobranoc, idź spać. Musisz być jutro wyspana...
Na lotnisku długo się nie mogły pożegnać.
- Dzwoń codziennie, będziemy za tobą tęsknili.. Trzymam kciuki za znalezienie pracy ale pamiętaj - w Valensole jest miejsce dla ciebie
- Wiem, wiem. Będę dzwonić. Poradzę sobie. Trzymajcie się...
Lot nie był długi. Monika siedziała i patrzyła w okna na chmury wyglądające jak cukrowa wata. Myślała o Julianie. Nadal nie mogła zrozumieć jak mógł tak postąpić. Zawsze

93




wierzyła, że do łóżka pójdzie z kimś kogo będzie kochała i kto będzie kochał ją. Pokochała go. Wierzyła, że on ją też. Jeśli nawet nie kochał to mu na niej zależało. Prawda jednak okazała się inna.
Kraków powitał ją deszczem. Z trudem dotarła do domu. Usiadła przy stole. Westchnęła i zaczęła się rozpakowywać. Gdy skończyła otworzyła komputer. Sprawdziła pocztę. Zaczęła usuwać zbędne reklamy. Tyle tego się nazbierało. Szukała jakiejś odpowiedzi z miejsc, do których złożyła podania. Gdyby miała pracę to w tej chwili nie siedziałaby w domu. Rok szkolny się juz zaczął. Nie znalazła żadnej odpowiedzi. Westchnęła. Ubrała się
- Muszę zrobić jakieś zakupy bo w lodówce tylko szron... - pomyślała.
W Valensole minął już przeszło tydzień od wyjazdu Moniki. Sonia często o niej rozmyślała
- Wiesz co Kris - zagadnęła któregoś poranka - Tak się cieszę, że ty jesteś taki dobry. Że ciebie mam - przytuliła się do niego - Nie przeżyłabym gdybyś był taki jak Julian...
- Soniu, kochanie, on naprawdę nie jest aż tak zły... - Kris mimo wszystko lubił Juliana, był jego przyjacielem
- Nie broń go! - Sonia

94




prawie krzyknęła - Widziałeś co on nawyprawiał! Okłamał nas wszystkich. Ciebie, swojego przyjaciela - też. I to dlaczego? Dlatego by postawić na swoim i zaciągnąć Monikę do łóżka. Przyznasz, że to bardzo przyziemne pobudki..
- No tak, ale w sumie nie wiemy czy na pewno nic do niej nie czuje.. - Kris rozpaczliwie próbował ratować resztki szacunku Soni dla Juliana chociaż obawiał się, że to przegrana sprawa. Zadzwonił telefon. Odebrał Kris.
- Tak, słucham... - Spojrzał na Sonię
- Monika? - zapytała
- Nie... - Kris zamilkł w pół słowa - Julian... chce przyjechać....
Sonia spojrzała w okno
- A niech przyjeżdża jak chce.. Nie będę mu zabraniać. Mój dom jest dla wszystkich otwarty
- Julian, możesz przyjechać. Kiedy będziesz?.. Ok, będziemy czekać - Krisowi wyraźnie ulżyło. Spodziewał się jakiegoś ataku wściekłości ze strony Soni, wyrwania słuchawki i wylania wiadra pomyj na Juliana.
- I co powiedział? - zapytała
- Nie uwierzysz, był przeszczęśliwy.. On się ciebie chyba boi...
Przez najbliższe dni Sonia tłumaczyła sobie, że nie może stracić nerwów kiedy przyjedzie. Dzień przed przyjazdem Juliana poszła na spacer.

95




Postanowiła się zrelaksować. Podczas spaceru spotkała swojego sąsiada - Lemaire'a.
- No panie Lemaire, pan to ma zdrowie na tym swoim rowerze! - roześmiała się - Kupiłby pan sobie rower górski to by było łatwiej po tych górkach. Że też panu się jeszcze chce. Ja to tylko po płaskim jeżdżę. Zasapałabym się.
- Witam pani Soniu! Dawno pani nie widziałem...
- A bo my byliśmy z Krisem w Paryżu. Wie pan, mieliśmy rocznicę zaręczyn i zrobił mi niespodziankę... Jest taki romantyczny... - powiedziała z dumą
- Tak wiem. Pani Monique i jej przyjaciel pilnowali domu...
- Panie Lemaire, a niech mi pan powie, często ich pan widywał?
- No ją to często, jego rzadziej. Ale to na początku. Potem zazwyczaj razem wszędzie chodzili...
- A co tam jeszcze w miasteczku słychać? - zapytała zmieniając temat - Dawno nie byłam...
- Nic wesołego. Pani pamięta tego Frossarda, co miał winnicę?
- No pamiętam. Ostatnio coś chorował...
- Zmarł. Kilka dni temu...
- O matko, a był taki sympatyczny.... Co się stało? Jak do tego doszło? - nie kryła zdziwienia
- Stary był... Wie pani, w tym wieku to już człowiek ma pełno chorób... Zawał. Juz trzeci. I

96




okazało się, że ostatni.
- I co teraz będzie? Kto się winnicą zajmie?
- On dzieci miał. Syna i córkę... To chyba oni to teraz przejmą. Albo tu się przeprowadzą albo sprzedadzą. Zawsze im sie trochę grosza przyda.
- No to faktycznie niewesoło... Szkoda człowieka. Patrz pan, czasem takie gnoje po świecie chodzą i nic ich nie rusza, a tu dobry człowiek i taka tragedia.. No nic, muszę iść. Do widzenia. Jak pan będzie w pobliżu to zapraszam na kawę - uśmiechnęła się i poszła w kierunku domu.
- Do widzenia pani Soniu!
Na drugi dzień przyjechał Julian. Niepewnie wszedł do domu, jakby się czegoś obawiał
- Dzień dobry, kochani! - był wyjątkowo miły - Wpadłem tak na kilka dni. Udało mi się pozyskać tanio kilka luksusowych loftów. Zarobię na nich sporo. Ostatnio dobrze mi idzie...
Rozejrzał się - Zimno trochę, niedługo jesień...
- Ano... pewnie wolałbyś Monte Carlo? - roześmiał się Kris
- No... to były czasy... Ciepło, skutery...
- Monika... - dodała Sonia nie mogąc sobie tej złośliwości darować. Julian usiłował być wesoły
- No właśnie, a co u niej?
- Nic. Żyje... Nic ciekawego...
- Dobra to ja się pójdę rozpakować.

97




Może zrobimy jakiegoś grilla wieczorem? Przywiozłem pyszne mięso. Mogę sam przygotować....
Sonia nie odezwała się. Wstała, zasunęła powoli krzesło.
- A róbcie sobie panowie co chcecie... Ja muszę odpocząć.... - i poszła na górę. Pomyślała, że jakoś ścierpi Juliana przez te kilka dni. Ostatnio miała tyle emocji, nerwów, stresu, euforii, że chciała odpocząć psychicznie. Obiecała sobie, że odpuści i nie będzie się nakręcała. Wczoraj rozmawiała z Moniką. Nadal nie ma pracy. Chodzi od jednej do drugiej szkoły, od jednego do drugiego przedszkola. Zeszła już chyba wszystkie. Niektóre kilka razy... Sonia już miała dość tego wszystkiego. Potrzebowała spokoju....
Przez ostatnie kilka dni relacje Sonia - Julian nie były co prawda wzorowe, ale można określić jej mianem poprawnych. Sonia nie poruszała tematu Moniki, Julian również go omijał, chociaż był ciekawy co u niej słychać, jak sie czuje, czy go pamięta i myśli jeszcze o nim?
Któregoś dnia Julian zszedł do kuchni, gdzie Sonia siedziała przy filiżance kawy wpatrując się w niknące za horyzontem czubki drzew. Sięgnął po dzbanek, nalał i sobie, popatrzył na Sonię i

98




powiedział:
- Wiesz co mam do ciebie taka nietypową prośbę... - silił się na naturalność - Może zaprosiłabyś Monikę do siebie, będzie jej miło...
- Tak myślisz? - Sonia nawet na niego nie spojrzała
- Jasne, niech się dziewczyna rozerwie, tak dobrze się latem bawiła... - Julian był przekonany, że uda mu się załatwić sprawę. Nie zauważył, że twarz Soni się zmieniła.
- Dobrze się bawiła? A kiedy? Przed tym jak ją zaciągnąłeś do łóżka czy potem? - kamienny wzrok Soni zatrzymał się na Julianie... Zbladł. Nie było sensu dalej brnąć w kłamstwo
- Więc wiesz...
- Wiem
- Od niej?
- Nie kurwa, ptaszki mi wyćwierkały!!! - wrzasnęła - A tak cię prosiłam!. Prosiłam i tłumaczyłam... - Sonia nie kryła złości, frustracji, smutku. Nie wytrzymała. Wszystkie te uczucia buzowały w niej juz od czasu wyjazdu Moniki - Co ty sobie wyobrażasz? Że zadzwonię, bo ty tak chcesz, powiem "Monia przyjeżdżaj, Julian się stęsknił"? Nie, nie zadzwonię. Mam tez nadzieję, że szybko o tobie zapomni. Że nie będzie sobie głowy tobą zaprzątała i że szybko znajdzie jakiegoś wartościowego chłopaka, który będzie uczciwy i będzie

99




dla niej kimś na kogo ta dziewczyna zasługuje. Powiem ci jedno, jakbym mogła to bym ci ten wypacykowany pysk obiła... Zejdź mi najlepiej z oczu. A jeszcze lepiej zrobisz jak się spakujesz i stąd wyjedziesz. Nie mogę na ciebie patrzeć Julian. Jesteś zwyczajną świnią. Resztki mojego szacunku względem twojej osoby prysły... Precz z mojego domu!
Julian stał jak wryty. Odebrało mu mowę. Jeszcze nikt nigdy go tak nie potraktował. A już na pewno kobieta. Otrząsnął się i wycedził przez zęby
- Masz rację, mój dalszy pobyt tu jest bezcelowy. Tym bardziej, że gospodyni domu...
- Pakuj się i won!!! - Sonia nie zamierzała słuchać co miał do powiedzenia - Mam powtórzyć czy trafisz do drzwi?!
Julian z wściekłością cisnął filiżanką o podłogę, odwrócił się, w drzwiach minął Krisa, który usłyszał tylko koniec rozmowy. Nie bardzo wiedział czego był świadkiem. W jego mniemaniu wykraczało to poza definicję awantury..
W pokoju na górze Julian niedbale wrzucał rzeczy do walizki. "Niech to szlag trafi, co za suka..." - pomyślał nadal nie dostrzegając swojej winy w kłótni z Sonią -" To się Kris jeszcze zdziwi jak po ślubie

100




przejrzy na oczy..."
- Co za tandetna walizka! - wrzasnął nie mogąc jej domknąć z powodu niedbale wrzuconych ubrań. Docisnął ale bez rezultatu -Niech to szlag jasny trafi!! - złapał za walizkę i rzucił nią tak skutecznie, że zawartość została rozrzucona po całym pokoju. Siadł na łóżko, ukrył twarz w dłoniach. Potrzebował ochłonąć. Siedział tak dłuższą chwilę. Zaczął panować nad emocjami. Wstał i zaczął zbierać porozrzucane ubrania i składać je do walizki, która tym razem domknęła się bez przeszkód. Spakował laptop, dokumenty. Rozejrzał się ostatni raz po pokoju. Zamknął drzwi i zszedł na dół. Nie chciał juz nawet wchodzić do kuchni i żegnać się z Sonią.
- Do widzenia, Kris - pożegnał się z przyjacielem, który odprowadził go bez słów do drzwi
- Niepotrzebne to było, Julian....
- Wiem...
Julian wsiadł do auta i ruszył z piskiem opon. Kris pożegnał przyjaciela i wrócił do kuchni. Usiadł na przeciw Soni
- Powiedziałaś mu?
- Powiedziałam mu tylko, że wiem. I nic poza tym...
- Może powinnaś powiedzieć wszystko skoro już prawda wyszła na jaw...
- Nie. Ostatnie czego Monice potrzeba to taki lowelas.

101




Jak myślisz co on by z tą wiedzą zrobił?
Kris nic nie odpowiedział. Wiedział, że miała rację.
- Co za franca! Jak mogła! - myślał Julian przyciskając pedał gazu swojego Porsche - Zupełnie schamiała na tej wiosce! - nie mógł znieść tego że został wyrzucony. Wpadł jak burza do domu. Rzucił walizkę i opadł na fotel. - Nie chce zaprosić Moniki, to nie! Sam sobie poradzi!
Przez następne kilka dni Julian był zajęty sprawami zawodowymi. Trochę sie tego nazbierało i już nie mógł niektórych rzeczy odkładać w nieskończoność. Siedział w biurze i przeglądał dokumenty. Wyciągnął się leniwie w fotelu i odwrócił do okna. Był już wrzesień ale tu ciągłe temperatura przekraczała 20 stopni. - Piękna pogoda - pomyślał. Nagle wyraz jego twarzy zmienił się, jakby o czymś sobie przypomniał. Odwrócił się ku biurku. Przez chwilę siedział i nerwowo stukał długopisem wpatrując się jednocześnie w telefon. W końcu złapał go i wybrał numer
- Halo, Kris?.. No cześć, tu Julian.. Słuchaj mam pytanie..Tylko nie mów nic Sońce!.. Czy ty wiesz gdzie mieszka Monika?... Tak, to że Kraków to ja też wiem
- Czekaj, Sonia gdzieś ma

102




zapisany adres bo ja nie pamiętam... - Kris usiłował sobie przypomnieć w którym notesie to będzie, jako że Sonia miała ich kilka - na wypadek gdyby się któryś zgubił
- Kto dzwoni? - Julian w tle usłyszał jej wesoły głos
- A nikt... wiesz, to z pracy....
- O matko, weekend się zbliża i głowę zawracają... - głos Soni niknął w oddali
- Dobra, poszła, masz kawałek kartki to pisz zanim wróci...
Miał juz adres Moniki. Postanowił, że zrobi jej niespodziankę.- Mam nadzieję, że się ucieszy - postanowił. Jutro rano wyleci, w Krakowie wynajmie jakieś auto i jeszcze jutro się spotka z Moniką. Na tą myśl jego krew zaczęła szybciej krążyć. Był podekscytowany.
- Janette! - zawołał. Dziewczyna po chwili weszła do pokoju -Słucham...
- Pamiętasz, jakieś półtora roku temu dzwonił do nas facet... w sprawie tych apartamentów i biur w Marsylii? Pamiętasz jego nazwisko?
- Ten z Polski? No kojarzę... Chyba Marek, zaraz sprawdzę nazwisko...A co?
- Zadzwoń do niego... Albo nie, znajdź mi numer, sam zadzwonię... - w głowie Juliana dojrzewał plan działania. Już po chwili trzymał słuchawkę w ręku
- Witam, panie Marku. Tu Julian...

103




Dzwonię z Marsylii... O to cieszę się bardzo, że mnie pan pamięta.!.. Tak, tak, wtedy rozmawialiśmy o tych apartamentach. Jest pan nimi nadal zainteresowany?... To dobrze. Myślę, że się dogadamy... Był z siebie zadowolony. Udało mu się upiec dwie pieczeni przy jednym ogniu. Załatwi sprzedaż apartamentów i zobaczy się z Moniką. Po powrocie do domu zabrał się za pakowanie. Wziął tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Wieczorem, siedząc w fotelu i popijając swoje ulubione wino... Zawsze lubił Rieslinga. Czuł się zrelaksowany. Postanowił wziąć prysznic i wcześniej się położyć. Rano musi wstać. Poszedł do łazienki i wszedł pod prysznic. Nie wiedział czy to planowana podróż i wizja spotkania Moniki czy przypadek sprawiły, że wróciły wspomnienia z Valensole. Stojąc pod prysznicem przypomniał sobie jak z nią brał prysznic. Jak dotykał jej aksamitnej skóry... czuł jej zapach.. Przypomniał sobie jaka była ciepła... Wydawało mu się, że to ten moment. Dotknął szklanych drzwi kabiny jakby w nadziei, że zmienią się w jej skórę. Ich chłód szybko go otrzeźwił
- Boże, to obsesja.. pomyślał i otrząsnął się. Wyszedł, wytarł się,

104




spojrzał w lustro - Julian, jesteś świnią.. - powiedział do swojego odbicia w lustrze.
Kraków powitał go chłodem i deszczową pogodą. Szybko pojechał taksówką do hotelu, a stamtąd do wypożyczalni luksusowych samochodów. Długo oglądał, aż wybrał sportową wersję czarnego mercedesa
- O, to coś dla mnie - pomyślał i załatwił formalności - Teraz muszę coś zjeść...
Po wizycie w jednej z krakowskich restauracji na Starówce, zajął się ustawianiem nawigacji GPS. W końcu bez tego nie znajdzie adresu Moniki. Nie wiedział czy będzie w domu. Co prawda był wczesny poranek ale zawsze mogła gdzieś wyjść. Nie chciał dzwonić i ryzykować, że go nie wpuści. Uważał, że bez zapowiedzi prędzej się z nim spotka. Nie bardzo wiedział czego może się spodziewać. Nie miał pojęcia jakich uczuć i rozterek doznała po jego wyjeździe z Valensole. Mając w pamięci rozmowę z Sonią, która zakończyła się karczemną awanturą, mógł się spodziewać właściwie wszystkiego. Po prawie godzinnym jeżdżeniu po osiedlu dojechał pod wskazany blok. Sprawdził jeszcze raz. Wszystko się zgadzało. Rozejrzał się
- Boże, co za blokowisko... - pomyślał

105




- Jak kartonowe pudełka.. - widok bloków mieszkalnych sprawiał, że odczuwał klaustrofobię. Znalazł klatkę Moniki, wystukał numer na domofonie. Po kilku sygnałach odezwał się jej dźwięczny głos
- Tak, słucham... - milczał przez chwilę - Słucham... - powtórzyła
- No cześć - powiedział siląc się na naturalność - To ja, Julian. Przyjechałem służbowo do Krakowa to pomyślałem, że wpadnę. Wpuścisz mnie?
W domofonie zapanowała grobowa cisza. Po chwili usłyszał dźwięk otwieranych drzwi. Z duszą na ramieniu wchodził po schodach. Stanął przed drzwiami i cicho zapukał. Monika otworzyła.
- Wejdź - powiedziała i szerzej otworzyła drzwi - Chodź do pokoju..Napijesz się czegoś?
- Tak, poproszę herbaty... - powiedział , a ona wyszła do kuchni
Wszedł i usiadł na kanapie. Dyskretnie rozejrzał się po mieszkaniu. Było małe ale czyste i schludne. Wszystko pięknie poukładane. Na półkach stały rzędy książek. Popatrzył na tytuły - "Metodyka wychowania w przedszkolu", "Historia wychowania", "Janusz Korczak - przyjaciel dzieci", "Trudne emocje u dzieci"... ach, zapomniał, przecież pracowała

106




kiedyś w przedszkolu.. Na biurku stał otwarty laptop. Rozejrzał się, wstał i zajrzał. Zobaczył, że przeglądała strony baz danych pracodawców. Zobaczył otwarte okienko z artykułem i tytuł "Syndrom Piotrusia Pana". "Nawet w domu czyta bajki" - pomyślał. Rozejrzał się jeszcze raz. W oknie wisiały koronkowe zasłonki, a na parapecie kwitły kolorowe fiołki. Stare meble były starannie wypolerowane.
- Boże, jak tu można mieszkać... - zastanawiał się - Straszna klitka...
Weszła niosąc tacę z herbatą i jakimiś ciastkami. Postawiła na stoliku nakrytym bielusieńką koronkową serwetą. Nalała do porcelanowej filiżanki i mu podała. Usiłowała to ukryć ale zauważył, że trzęsą jej się ręce.
- To co cię do mnie sprowadza? - uśmiechnęła się
- A wiesz, przyjechałem załatwić jedną transakcję i pomyślałem, że przy okazji cię odwiedzę. Może otworzę tu oddział swojej firmy...
- To miło z twojej strony...
- A co u ciebie? Znalazłaś pracę?
- Nie. Niestety jeszcze nie. Byłam na kilku rozmowach ale nic z tego nie wyszło. Czekam na odpowiedź z kilku innych.
- Przykro mi... Myślałem, że uda ci się szybko coś

107




znaleźć...
- To nie takie proste... Teraz jeszcze zwalniają z przedszkoli... - zauważył, że rozmowa wyraźnie się nie kleiła. Przysunął się do niej, włożył swoją dłoń w jej włosy i spróbował pocałować. Powstrzymała go stanowczym gestem.
- Co ty robisz? - zapytała zdziwiona
- Chciałem cię pocałować... Przecież ty też tego chcesz.... - starał się ją do tego przekonać. Zdjęła jego dłoń ze swojej szyi i powiedziała
- Myślę Julian, że powinieneś już iść... - odparła spokojnie
- Naprawdę chcesz żebym wyszedł? - nie wierzył że to powiedziała
- Tak...
- Dobrze, skoro nalegasz... - wstał, poprawił marynarkę - To juz sobie idę... - usłyszała nutę ironii w jego głosie - Jakby co to jeszcze przez dwa dni będę w hotelu.. - nie zdążył dokończyć bo mu przerwała
- Do widzenia Julian...
Doszli do drzwi. Otworzyła. Juz wyszedł za próg, kiedy złapała go za rękę. Odwrócił się. Spojrzała w jego oczy. Przez moment wspomnienia wróciły. Wzięła jego twarz w swoje dłonie i namiętnie pocałowała. Trwało to kilka sekund. Chwilę później zamknęła gwałtownie drzwi, usłyszał dźwięk przekręcanego klucza. Zszedł

108




powoli. Wsiadł do auta, przy którym zdążyło się zgromadzić kilku chłopaków wyrażających podziw dla jego wyglądu. Nawet nie zwrócił na to uwagi. Wrócił do hotelu. Cały wieczór patrzył w telefon zastanawiając się czy zadzwonić do niej, żeby jeszcze raz usłyszeć jej głos. Liczył, że może ona zadzwoni. Nie zadzwoniła. On też.
Monice także nie było łatwo. Wspominała pobyt w Prowansji jako bajkę, która rzadko się trafia. Poukładała sobie już wszystko w głowie. Starała się zejść na ziemię i skoncentrować się jeszcze bardziej na poszukiwaniu pracy. Jeśli jej nie znajdzie to nie będzie miała za co uregulować rachunków w przyszłym miesiącu. Ta myśl napawała ja przerażeniem. Nie miała od kogo pożyczyć a kobieta od której wynajmowała kawalerkę sentymentów nie będzie miała.
Julian po załatwieniu sprawy w Polsce wrócił do Marsylii. Sprzedał kilka apartamentów w Marsylii za niższą cenę żeby zobaczyć się z Moniką. I co? I nic. Janette zauważyła, że jej szef jest ostatnio rozkojarzony, jakby nieobecny. Już nie była natarczywa i nie podrywała go. Od kilku dni miała chłopaka i jeszcze nie minął stan euforii

109




jaki towarzyszy ludziom na tym etapie rozwoju znajomości. Julian także to zauważył
- Janette, czy coś się stało kiedy mnie nie było? - zapytał ze szczerym uśmiechem
- Nie.. a co? - zapytała udając zdziwienie
- Janette, ja cię znam za dobrze, żeby nie zauważyć zmian w twoim zachowaniu - roześmiał się - Chyba pojawił się ktoś...
Spuściła wzrok zalotnie się uśmiechając
- Pan to wszystko zauważy. Bo wie pan, tam parę ulic dalej jest pizzeria... No i właścicielem jest jeden Włoch... - urwała
- No i co? - Julian uśmiechnął się pytająco
- No i spotykam się z jego synem. Ma na imię Oliwer.. Prawda, że pięknie? - od razu rzucał się w oczy jej entuzjazm i błysk w oczach kiedy o nim opowiadała - Ma takie piękne niebieskie oczy - rozmarzyła się i popatrzyła na Juliana - Niech się pan nie obrazi ale ładniejsze od pana.. I ciemne włosy... No jest po prostu boski...
Juliana ten opis rozbawił. Opanował swój śmiech i rzekł
- To ja się bardzo cieszę Janette, że jesteś taka szczęśliwa i naprawdę wam kibicuję i trzymam kciuki..
Janette spojrzała na niego rozmarzona
- Niech się pan nie martwi. Pan tez kiedyś znajdzie takiego Oliwera w

110




żeńskiej wersji... Wierzę, wręcz jestem przekonana, że będzie to wyjątkowa kobieta...
- Dziękuję, Janette.. - uśmiechnął się i od razu pomyślał o Monice.
Od wyjazdu Juliana minął jakiś tydzień. Nie kontaktował się z Moniką więcej. Dni mijały jeden za drugim wypełnione z bieganiem po zakładach pracy. Nie ograniczała się do edukacji. Próbowała w hotelach czy restauracjach. Niestety, jak pracodawca zobaczył że ma studia, patrzył na nią podejrzliwie i zazwyczaj spełzało to na niczym. Któregoś dnia obudziła się wcześnie rano. Nie chciało jej się nawet wstać z łóżka. Wzięła notesik. Zaczęła go przeglądać i skreślać miejsca, w których już była. Nagle zadzwonił telefon. Odebrała
- Dzień dobry czy ja rozmawiam z panią Moniką? - usłyszała ciepły głos kobiecy.
- Tak...
- Miło mi, ja dzwonię z Przedszkola Prywatnego "Bajka Samograjka". Pani u nas składała podanie o pracę...
Na to jedno słowo Monika oprzytomniała w ułamku sekundy, zerwała się na równe nogi, jakby rozmówczyni miała widzieć jak wygląda
- Tak, tak. To ja. Tak, składałam...
- To ja chciałabym panią zaprosić do nas na rozmowę. Czy

111




pasuje pani pojutrze, na godzinę 10.00?
- Tak oczywiście, będę na pewno! - mało nie krzyknęła ze szczęścia
- To do zobaczenia w czwartek - pani miło się pożegnała
- Do zobaczenia! - Monika starała sie zachować spokój, jednak gdy tylko skończyła rozmowę podrzuciła poduszkę pod sam sufit i wrzasnęła
- Yes!!!! Mam pracę!!!!!
Monika była tak podekscytowana, że ie wiedziała co ze sobą zrobić. Przygotowała wszystkie dokumenty, dyplomy i świadectwa ukończenia kursów. - No, wreszcie się wszystko ułoży.." - mówiła do siebie w myślach - I już się nie będę musiała denerwować". W czwartek od rana szykowała się na rozmowę. Przygotowała elegancki żakiet, torebkę, buty. Spojrzała w lustro - schludnie i elegancko. "- No to do dzieła - powiedział do siebie w duchu i poszła na autobus. Rozmowa przegięła w bardzo miłej i serdecznej atmosferze
- A niech mi pani powie, z jaką grupą wiekową pani się najlepiej pracuje?" - zapytała dyrektor przedszkola
- Najlepiej to chyba z takimi pięciolatkami... - zaczęła ale zaraz pomyślała że może mają inną grupę i pomyślą, że się nie nadaje - Ale świetnie się dogaduję

112




z dziećmi w każdym wieku - dodała pospiesznie. Dyrektorka w skupieniu oglądała dokumenty Moniki
- Pani Moniko - powiedziała wreszcie - Myślę, że będzie pani dobra nauczycielką. Powiem szczerze, że mi ulżyło, bo mamy akurat grupę pięciolatków, którzy mają tylko jedną nauczycielkę. Myślę także, że ma pani potencjał, który warto wykorzystać. Proszę iść ze mną, poznam panią z pani współpracownicą Joasią. Będziecie razem prowadziły grupę - to mówiąc wzięła Monikę za rękę i zaprowadziła na piętro. Na drzwiach namalowana była wielka postać tygryska z Kubusia Puchatka. - To pani sala. Grupa Tygrysków i proszę mi wierzyć, czasem mam wrażenie, że to prawda...
- Takie gryzące? - zapytała Monika z uśmiechem
- Nie. Takie brykające - roześmiała się dyrektorka i otworzyła drzwi
- Dzień dobry dzieci - powiedziała
- Dzień dobry! - odpowiedziały chórem
- To jest pani Monika - przedstawiła Monikę - Będzie waszą nową nauczycielką. Teraz będziecie mięli dwie - panią Joasię i panią Monikę...
Dzieci siedziały w milczeniu i patrzyły na Monikę
- Dzień dobry, mam na imię Monika... - zaczęła niepewnie
- To pani Joasiu

113




proszę panią Monikę zapoznać z grupą. Ja juz pójdę. To do zobaczenia za parę dni. Od października pracuje pani u nas - dyrektorka uśmiechnęła się serdecznie i wyszła z sali
- Pani pracowała już w przedszkolu? - zapytała Joasia
- Tak. Krótko ale pracowałam. Miałam też cztero i pięciolatki. Chyba najlepszy wiek...
- To się zdziwisz jakie my tu ziółka mamy. Była nauczycielka, która tu pracowała ale wiesz, dostała pracę w państwowym to nas opuściła. W sumie wcale jej się nie dziwię. Kasa większa. Tyle że i roboty więcej. Tu u nas spokojnie jest. To od przyszłego tygodnia już będziesz.
- Mam coś przygotować, przynieść w poniedziałek? - Monika była bardzo przejęta i tryskała entuzjazmem
- Nie... zaopatrz się najwyżej na początek w opakowanie melisy... Na początku się przyda.
- To ja już pójdę. Nie będę przeszkadzać... - Monika widziała, że trwały zajęcia
- Ok to do zobaczenia w poniedziałek - Joasia pożegnała się i wróciła do zajęć, a Monika szczęśliwa wyszła z przedszkola. - Jakoś trzeba to uczcić - pomyślała i wybrała się do najbliższej ciastkarni na kawę i pyszne lody.
Weszła do ulubionej ciastkarni.

114




Była taka wyciszona i spokojna. Wreszcie zaczynało się coś układać. Negatywne emocje opadały. Zamówiła lody owocowe i kawę. Czekając wpatrywała się w wielkie okna oddzielające ją od gwarnej ulicy. Obserwowała ludzi chodzących w tą i z powrotem. Zastanawiała się dokąd idą, kim są...
- Proszę, to pani kawa i lody, smacznego - kelnerka podała lody i kawę z miłym uśmiechem na twarzy
- Dziękuję. - Monika już miała sięgnąć po lody kiedy poczuła, że jest jej niedobrze. Zapach kawy był zbyt intensywny - Jezu, jeszcze nie zaczęłam jeść a chyba nie skończę... Tyle nerwówo i stresu, że teraz kiedy już trudny czas się skończył to ciężko do normalności wrócić.. W rezultacie zjadła tylko trochę lodów i poszła do domu.
Te kilka dni minęły jej błyskawicznie. W pracy zjawiła się pół godziny przed czasem. Niepewnym krokiem weszła do sali i przywitała się z dziećmi. Były żywe i uśmiechnięte. Ucieszyły się na jej widok. Joasia poszła do domu. Monika została z dziećmi sama
- No to chodźcie do mnie, usiądźcie na dywanie... Musimy się przecież poznać - powiedziała z rozbrajającym uśmiechem. Dzieci szybko i z

115




chęcią usiadły wokół niej.
- Teraz chciałabym poznać wasze imiona, słoneczka moje... Niech każdy się przedstawi i coś o sobie powie...
- Ja jestem Igor, mam pięć lat i jestem już duży bo jeżdżę na rowerze na dwóch kółkach tylko...
- A ja jestem Zosia...
Dzieci kolejno opowiadały Monice o sobie. Czuła, że nawiązała z nimi nić porozumienia. Była zadowolona i radosna. Dawno tego nie czuła...
Tymczasem Sonia i Kris wracali wspomnieniami do wydarzeń ostatnich miesięcy siedząc w ogrodzie i popijając lemoniadę.
- Popatrz, jak to życie się czasami plecie... - zaczęła Sonia i spojrzała na Krisa - Kto by przypuszczał, że tak się to skończy...
- Co takiego kochanie?
- No te wakacje... Że Julian okaże się taką gnidą...
- Znasz go... Zawsze taki był...
Sonia nalała sobie lemoniady
- To teraz się jeszcze dowiedziałam, że jego słowo można między bajki włożyć....
- A ja bym o czym innym chciał skarbie porozmawiać - Kris zmienił temat
- O czym
- Ano o tym o czym rozmawialiśmy w Paryżu...
Sonia zamyśliła się. Nagle na jej twarzy pojawił się uśmiech
- O ślubie?
- Tak kochanie. Chyba, że zmieniłaś zdanie i nie zamierzasz za

116




mnie wyjść
Sonia rzuciła mu się na szyję
- Kotku a gdzie ja znajdę drugi taki skarb jak ty??? Wyjdę za ciebie, nawet teraz, zaraz... kiedy tylko chcesz....
- Kochanie więc ja mam taką propozycję. Jako że cię znam, czasem nawet wydaje mi się że lepiej niż ty sama siebie, proponuję przyszłe wakacje. Do tego czasu znajdziesz odpowiednią kreację, sporządzisz listę gości, wybierzesz miejsce uroczystości.. Oczywiście chciałbym w tych tematach tez mieć coś do powiedzenia
Sonia była szczęśliwa ale wizja prawie roku do ślubu podziałało trochę jak kubeł zimnej wody.
- Dla ciebie wszystko - dodała nie dając po sobie tego poznać.
- No i druhny musisz sobie chyba jakieś znaleźć, a ja świadków...
- No ja to na razie mam tylko Monikę... Nie wiem kto jeszcze... No może Janette od Juliana z pracy. Wiesz, ta co jest jego sekretarką. Taka wygadana ale lubię ją...
- Nie chciałbym żeby to źle zabrzmiało, ale moim świadkiem będzie Julian... pamiętasz o tym? Zaplanowałem czas na przyszły rok, żeby wam dać czas na zakopanie toporu wojennego...
Nie mogła zaoponować. Kris był złotym człowiekiem ale również rzeczowym i konkretnym. Dawał jej

117




wolną rękę co do wszystkich szczegółów, ale były sprawy w których nie podejmował nawet dyskusji. To był właśnie jeden z takich tematów... Sonia się poddała.
- Dobrze, niech będzie Julian. Postaram się jakoś to wszystko załagodzić i obiecuję, że gnoja nie zabiję jak tu przyjedzie - usłyszała westchnienie ulgi ze strony Krisa więc zaraz dodała - Chociaż mu się należy...
Julian od powrotu z Polski rzuciła się w wir pracy, co od razu przyniosło efekty. Sprzedawał, kupował, inwestował. Udało mu się zarobić sporo pieniędzy. Dawno nie był u Soni i Krisa. Do Moniki dzwonił parę razy, nawet nagrał się na sekretarkę, ale nie oddzwoniła. Podczas ostatniej wizyty w Polsce, kiedy sprzedał apartamenty w Marsylii tutejszemu inwestorowi, założył w Krakowie filię swojej firmy. Doszedł do wniosku, że jest tu potencjał i postanowił, że spróbuje coś tu rozwinąć. Czasem bywał w Polsce. Chodził pod blok Moniki ale nie starczyło mu odwagi by wejść. Podczas jednego z takich pobytów znów pojechał pod blok Moniki. Zadzwonił ale nikt nie odebrał. Dochodziło południe ale było chłodno i wietrznie. Stał pod domofonem i dzwonił
-

118




Cholera, właśnie wtedy kiedy zdecydowałem się zadzwonić to nie odbiera... - pomyślał. Zauważył że ktoś za nim stoi. Automatycznie się odsunął. Kobieta stojąca za nim zauważyła pod jaki numer dzwoni.
- Pani Moniki nie ma o tej porze w domu...
- A skąd pani wie? - zapytał zdziwiony
- Bo pracuje. Pan myśli, że w przedszkolu to się popołudniami pracuje? - zapytała. Pomyślał, że nie należy do najmilszych osób ale przemógł się i zapytał z udawaną sympatią
- A wie pani w jakim przedszkolu?
- Tam na Kaliskiej chyba, przedszkole nazywa się "Bajka Samograjka"...
- Dziękuje pani bardzo, jest pani bardzo miła - był tak zadowolony z uzyskanych informacji, że w przypływie dobrego humoru ucałował kobietę i pobiegł do samochodu
Monika w pracy radziła sobie bardzo dobrze. Dzieci ją bardzo polubiły. Rodzice też byli pełni podziwu dla jej zapału i serca jakie okazywała ich dzieciom. Praca stała się dla niej przyjemnością. Z radością do niej chodziła. Czasem myślała o Julianie. Kilka razy dzwonił ale nie odebrała. Bo po co? To już nie miało sensu. Chciała o nim zapomnieć ale nie mogła. Nawet rzucenie się w wir pracy nie

119




pozwoliło wymazać ze wspomnień i duszy przeżytych z nim chwil. Wieczorami, kiedy kładła się spać wracały one ze szczególną mocą. Przypominała sobie chwile w Monte Carlo - jego jacht, wizytę w kasynie, spacer wąskimi uliczkami Monaco. Dotyk jego dłoni na swojej skórze. Jego zapach, perfumy.... Czuła ciepło jego dłoni, kiedy ją dotykał...
Któregoś poranka, jak codziennie, siedziała czekając aż wszystkie dzieci przyjdą, nagle usłyszała głos Jasia
- Proszę pani, niech pani zobaczy jaki fajny samochód...
Monika spojrzała w kierunku Jasia siedzącego z nosem przyklejonym do szyby
- Jaki pan? - Monika odsunęła firankę. Pod przedszkolem stał Julian oparty o swoje Porsche, które wzbudziło taki zachwyt dziecka.
- Boże, co on tu robi?? - odebrało jej mowę - Po co przyjechał? Do niej? Ale dlaczego do pracy?
- Bo wie pani, mój tata handluje samochodami, to ja się na ładnych znam - zawyrokował tonem eksperta
Monika zasunęła firanki. Nie chciała ani go widzieć, a już tym bardziej z nim rozmawiać. Ale była bardzo zaskoczona.
- Wracamy do zajęć... Zapraszam, potańczymy i pośpiewamy trochę... Pamiętacie piosenkę, której się ostatnio

120




uczyliśmy? Przypomnimy sobie piosenkę o jeżyku... - włączyła odtwarzacz i z głośników popłynęły pierwsze takty piosenki
Julian stał pod przedszkolem i zastanawiał się, co mógłby zrobić, żeby zechciała z nim porozmawiać. Czuł, że zimno październikowego dnia daje o sobie znać. Nie przewidział tego, że Polska to nie południowa Francja i jego kurtka z pewnością nie jest wystarczająca.
- Jezu, jak zimno... - pomyślał - Ale niech nie myśli, że odpuszczę - zirytowany popatrzył w okno w nadziei, że zobaczy w nim twarz Moniki. Działał w myśl zasady "Koniec języka za przewodnika" więc wiedział, która sala jest jej. Nie zobaczył jej jednak w oknie.
Zdecydowanym ruchem otworzył tylne drzwi samochodu
- Raz kozie śmierć - pomyślał i wyciągnął z auta wielki bukiet czerwonych róż i wszedł do przedszkola. Poprosił jedną z pań o zawołanie Moniki. Wiedział, że jego wygląd, kwiaty i samochód zrobiły na paniach wrażenie i był święcie przekonany, że i na Monikę podziała. Zbiegła po schodach - uśmiechnięta, witająca każde dziecko po drodze. Kiedy go zobaczyła, od razu spoważniała.
- Co ty tu robisz?
-

121




Przyjechałem do ciebie... Chciałem porozmawiać.. Proszę, te kwiaty są dla ciebie...
Wzięła je. Stała przez chwilę jakby usiłując pozbierać myśli. Nagle się ocknęła
- Nie chcę ich - oddała mu je zdecydowanym ruchem - Nie chcę kwiatów ani nic od ciebie. Nie chcę cię widzieć. Wyjedź stąd i daj mi spokój. Tracisz czas...
Mimo, że chciała to ukryć zobaczył, że jej oczy się zaszkliły. Odwróciła się i pobiegła do swojej sali.
Stał osłupiały i nie wiedział co ze sobą zrobić. Wokół panował gwar przedszkola, co chwila mijali go rodzice przyprowadzający swoje dzieci. Wszyscy mu się przyglądali. Rozejrzał się. Zobaczył starszą kobietę w fartuchu. Najwyraźniej tu pracowała. Podszedł do niej.
- To dla pani, proszę - wręczył jej bukiet po czym wyszedł, wsiadł do auta i przekręcił kluczyk
- Nie, to nie! - ruszył z piskiem opon
Jechał pogrążony w myślach, nawet nie zauważył kiedy znacząco przekroczył dozwoloną prędkość. Oprzytomniał na dźwięk radiowozu policyjnego jadącego za nim na sygnale
- Cholera, jeszcze to... - pomyślał i zjechał na pobocze - Diabli nadali tych krawężników...
Otworzył szybę i zanim

122




jeszcze policjant zdążył się odezwać, zapytał:
- Czego?
Policjant przez chwilę wydawał się być zaskoczony taką bezczelnością ale szybko się zreflektował, zasalutował i rzekł
- Aspirant Jerzy Kowalski, Komenda Ruchu Drogowego, poproszę dokumenty do kontroli...
Julian beznamiętnie, nawet na niego nie patrząc podał policjantowi. Ten popatrzył na niego, potem na auto.
- Powodem zatrzymania jest przekroczenie przez pana dopuszczalnej prędkości w tym terenie o 40 km. Proszę wyłączyć silnik i zapraszam do nas do radiowozu...
- Panie, pisz pan ten mandat bo nie chce mi się z auta wysiadać... Piździ tu u was jak cholera... Ile mam zapłacić? - Julian sięgnął po portfel. Policjant spojrzał na niego z kamienną twarzą
- Proszę wyłączyć silnik i zapraszam do radiowozu.. - powtórzył wolniej tonem nie znoszącym sprzeciwu...
Julian z niechęcią zrobił to o co go poprosił, włączył awaryjne i poszedł do radiowozu.
- Proszę, tu jest nagranie, jechaliśmy za panem przez dłuższy czas... - policjant włączył odtwarzanie - Tu również przejechał pan na czerwonym świetle...
Julian popatrzył na nagranie
- No i? Fajny samochód, co? Wam to się

123




naprawdę nudzi... Nie widzicie jakie to auto? Nie to co te wasze konserwy. Zarżnę silnik jak będę jeździł tyle ile wy tu w przepisach macie.
Policjant wypisujący mandat powiedział
- Skoro pana samochód jest za szybki to może czas pomyśleć o zamianie na taką konserwę i nie będzie pan miał problemu z drogówką?
Julian zrozumiał ironię i poczuł się urażony
- Te, chłoptaś, na tej swojej policyjnej pensji to się takiego auta do emerytury nie dorobisz...
- Pan, jak widzę nie ma problemu z pieniędzmi, więc może jak uda się pan na komendę za obrazę policjanta to będziemy sobie mogli dłużej podyskutować o zarobkach - siedzący obok drugi policjant z widocznym dłuższym stażem jak widać spotykał juz ludzi pokroju Juliana - I nie wieje u nas, i nawet herbaty można się napić... To co, reflektuje pan?
- Nie, dziękuję ale nie skorzystam.... - wizja nocy "na dołku" była mało zachęcająca i Julian musiał trzymać język za zębami - Dziękuję, mandat jak najszybciej ureguluję. Coś jeszcze?
- Nie, z naszej strony to wszystko..
- To do widzenia - rzekł policjant
- Mam nadzieję, że nie... - Julian z ulgą wsiadł do auta. Jechał o

124




wiele wolniej nie chcąc znowu spotkać kogoś z drogówki. Nadal uważał, że policjant to zawód dla nieudaczników...
Monika stała przy oknie i co rusz machała jakiemuś dziecku idącemu do domu. Minął ponad tydzień od kiedy ostatni raz widziała Juliana. Nie odezwał się. Nie dzwonił. Myślała czasem o nim. We wspomnieniach wracały chwile z kasyna... wizyta w oceanarium... wieczorne spacery przy blasku księżyca, rześki klimat Prowansji i zapach lawendy. Ale pamiętała też rozmowę w domu Soni i Krisa. Wtedy, kiedy poczuła się upokorzona jak nigdy wcześniej. Było jej wstyd na same wspomnienie tej rozmowy
- Do widzenia pani Monisiu! - z zadumy wyrwały ją słowa Zosi - Niech się pani nie martwi, ten pan na pewno jeszcze przyjedzie!
- Jaki pan?
- No ten od tego ładnego samochodu. Ten co kiedyś kwiaty przyniósł. Ja widziałam bo były takie ładne. Mój tatuś tez kiedyś mamusi takie dał ale to było jak się pokłócili... i ona płakała ale kiedy dostała kwiatki to się cieszyła... więc może on znowu kwiatki przyniesie?
Monikę nawet ten wywód Zosi rozbawił. Dla dziecka wszystko było takie proste
- Nie Zosiu, myślę że ten pan juz kwiatów

125




nie przyniesie.. - uśmiechnęła się czule do dziewczynki - Do widzenia...
- A to jest pani chłopak? - zapytał Igor nie odrywając wzroku od kolejki, którą się bawił - Ożeni się pani z nim? Ja bym się ożenił...
- Nie Igorku, nie ożenię się z tym panem...
- A czemu? A ma pani dzieci? - chłopiec nie ustawał w drążeniu tematu
- Nie, nie mam...
- A chciałaby pani?
- No, myślę że kiedyś będę miała dzieci. I mam nadzieję, że będą takie słodkie jak wy.... - Monika zaczęła porządkować biurko
- Dobrze będą miały te pani dzieci... Bo my to panią kochamy, no a te dzieci będą z panią cały czas, a nie tylko w przedszkolu...
Uśmiechnęła się czule do dziecka i przytuliła je. Były takie słodkie. Rozejrzała się po sali. "Ale bałagan pozostawiali" - pomyślała i zaczęła porządkować zabawki, wrzucać klocki do swoich pudełek. Nagle zakręciło jej się w głowie i poczuła że jest jej słabo. Usiadła na krześle. Ostatnio często miewała zawroty głowy i mdłości. "Mój żołądek chyba coś szwankuje" - myślała. - "Muszę zrobić badania i wziąć się za siebie..." - postanowiła.
Sonia siedziała

126




przed komputerem i przeglądała oferty salonów sukien ślubnych. Zastanawiała się jaką kreację powinna zamówić. Co prawda do ewentualnego ślubu jeszcze jakieś siedem miesięcy ale lepiej wszystko wcześniej załatwić. Sporządziła także wstępną listę gości. Kiedyś jej się wydawało, że jakby przyszło jej wychodzić za mąż to trudno by znaleźć salę, która ich pomieści. Teraz zaś stwierdziła, że woli kameralne przyjęcie. Tylko najbliżsi i rodzina. I że chce to zrobić we własnym domu. Kochała ten dom i chciała go wszystkim pokazać. Co innego przygotowanie domu do ślubu. Postanowiła, że musi być dużo roślin, kwiatów, kolorowo. Długi stół w ogrodzie... "Boże, a jak będzie padać??" - pomyślała ale zaraz doszła do wniosku, że zrobi się namiot w kolorze bieli udekorowany białym materiałem. - "Oni tam mają te swoje namiociki ślubne to będzie jak znalazł"...Nie wiedziała czy zdecydować się na zespół muzyczny czy DJ-a. Czy Kris powinien mieć frak czy garnitur? No i czym do ślubu?
Julian był obrażony na Monikę po tym jak go potraktowała w pracy. Jako, że bywał w Polsce często o niej myślał. -

127




Skoro nie chce mnie widzieć to nie będę o to zabiegał - tłumaczył sobie. Podczas któregoś pobytu poszedł na krakowską starówkę trochę się rozgrzać, jako że pogoda była paskudna, a nie miał ochoty siedzieć w pokoju hotelowym. Przed kawiarnią widział rząd karet gotowych przewieźć turystów po zakamarkach miasta. Pięknie ozdobione konie były zaprzężone w karety, których nie powstydziłby się król. Bardzo mu się one podobały. Był pełen podziwu dla kunsztu ich autorów. Zamówił kawę i kawałek tortu bezowego z malinami. Uwielbiał go. Siedział i delektował się ciastem, kiedy nagle zauważył przechodzącą niedaleko dziewczynę. Miała długie, ciemne włosy.
- Monika.. - powiedział cicho i wybiegł na ulicę. Dogonił dziewczynę, złapał za rękę. Odwróciła się. Spojrzał na nią - Bardzo panią przepraszam, z kimś panią pomyliłem... Jeszcze raz przepraszam.. - wrócił do kawiarni. Czuł na sobie spojrzenia innych gości. Poczuł się nieswojo i wyszedł z lokalu.
- To zakrawa na obsesję - myślał jadąc do hotelu - Jeszcze mi się coś takiego nie przytrafiło. Trzeba to jakoś załatwić bo oszaleje... Postanowił, że musi się

128




z Moniką spotkać jeszcze raz. Ostatni raz. Jeśli i tym razem go odtrąci to zakończy tą znajomość. Może jednak się wystraszy jego ultimatum i zmieni zdanie? Na to liczył...
Monika właśnie zbierała się do pracy. Ubrała sukienkę, którą znalazła w szafie
- Zapomniałam o niej a tak ją lubię... - pomyślała i próbowała założyć - Co jest... - zauważyła, że nie może dopiąć zamka - Przytyłam. Kurcze, muszę się za siebie wziąć... Jakiś fitness by się przydał bo jak tak dalej pójdzie to w nic się nie zmieszczę. Przymierzyła jeszcze kilka opcji ubioru. Skończyło się na legginsach i bluzce bawełnianej. - Przynajmniej to się nadaje.. - pomyślała i popatrzyła w lustro - No to od jutra szlaban na gary i kłódka na lodówkę..
W pracy rozmawiały z Joasią i planowały program artystyczny dla rodziców w wykonaniu dzieci.
- Zobacz, ta piosenka się nada - powiedziała Joasia - O Mikołaju i sankach... Jest jeszcze ta piosenka z dzwoneczkami. Damy im dzwoneczki to sobie podzwonią... A ciastka pieczemy? Niech dekorują i do domu zabiorą...
- A może zrobimy jakieś jasełka? Jaś jest idealny do roli Józefa, a Zosia do roli Maryi.- Masz

129




rację! Dobry pomysł! - zapaliła się Joasia
- To postanowione. Trzeba tylko popracować nad strojami i dekoracjami. Ja już wycięłam anioły, zobacz... - Monika schyliła się do szuflady by wyjąć postaci ale zachwiała się i opadła na krzesło
- Oj coś ty mi kochaniutka ostatnio słabo wyglądasz... - Joasia spojrzała na nią podejrzliwie - Kawy już ze mną nie pijesz, ciastka też nie ruszysz... Niedobrze ci też coś często... Czy ty aby w ciąży nie jesteś?
- Ja w ciąży? - roześmiała się Monika - Ciekawe z kim... Widziałaś mnie tu z jakimś facetem?
- Ja tam nie widziałam...
- No właśnie
- Ale dzieci widziały, a i pani Krysia dostała bukiet czerwonych róż od jakiegoś przystojniaka w srebrnym Porsche... - Joasia spojrzała na Monikę z uśmiechem - Więc ty mi tu bajek nie opowiadaj. Jesteś pewna, że nie jesteś w ciąży?
Monika przez chwile zwątpiła. Spanikowała. Nigdy o ciąży nawet nie pomyślała, a teraz uświadomiła sobie, że jest to realne. Nie wiedziała co ma Joasi odpowiedzieć. Pracowała dopiero drugi miesiąc. Ciąża w tym wypadku byłaby czymś najgorszym. Prywatne przedszkole to bardziej zakład pracy a nie placówka

130




oświatowa a ciężarnych się z zakładów pozbywają bo nie ma komu robić... Te myśli w kilka sekund przebiegły jej przez głowę. Joasia zauważyła że Monika ma niepewny wyraz twarzy i powiedziała z poważną miną
- Tu zaraz jest apteka. Jak chcesz pójdę ci kupić test ciążowy....
Monika pomyślała że to dobry pomysł. Nie ma co się stresować. Lepiej wiedzieć od razu. Była przekonana że mimo wszystko test nie wykaże ciąży.
- Kup mi dwa różne... żeby mieć pewność, tu masz pieniądze - poprosiła Joasię i dała jej pieniądze.
Już po pół godzinie siedziała w przedszkolnej toalecie z testami w ręku.
- Tylko trzy minuty... - patrzyła na małe, podłużne przedmioty przypominające większe długopisy. Chwile przeglądała ulotkę. Zrobiła co zalecano, usiadła, popatrzyła na zegarek. Utkwiła wzrok na suficie.
- A co jeśli będę w ciąży? Czy powiedzieć o tym Julianowi? Czy jest sens? - trzy minuty minęły błyskawicznie. Ze strachem spojrzała na testy. Nie było wątpliwości. Na obu z nich pojawiły się dwa wyraźne paski. Była w ciąży. Z Julianem...To już trzeci miesiąc...
Tymczasem niczego nieświadomy Julian kończył swoją

131




wizytę w Polsce. Spakował się, wymeldował z hotelu. Pojechał pod jej pracę. Jeśli zechce z nim rozmawiać zabierze ją do restauracji. Jeśli nie, trudno, rozstaną się... Czekał cierpliwie na przeciw wejścia, aż skończy pracę. Wreszcie ujrzał jak wychodzi z budynku, powiedziała coś jeszcze do dziecka wsiadającego z mamą do auta, pomachała mu. Gdy tylko wyszła z terenu przedszkola, podbiegł do niej i złapał za rękę
- Poczekaj...
Odwróciła się zdziwiona i zbladła
- Co ty tu robisz? Czego chcesz?
- Porozmawiać... Chciałem porozmawiać... Zapraszam cię na kawę.. - chciał by zabrzmiało to naturalnie
- Julian, ja nie mam teraz czasu, spieszę się. Mam kilka spraw do załatwienia... - niecierpliwiła się - Mów szybko...
Spoważniał, wziął głęboki oddech
- Dobrze, skoro nie chcesz w restauracji to zapytam teraz... Czy naprawdę chcesz, żebym już do ciebie nie przyjeżdżał? Żebym nie przychodził do pracy i pod blok? Czy naprawdę chcesz żeby nasza znajomość się zakończyła? Zastanów się i odpowiedz mi teraz... Jeśli powiesz, że tak, wyjadę i nigdy więcej cię nie odwiedzę i nie zadzwonię. Będziesz miała ode mnie spokój. Czy

132




tego naprawdę chcesz?
Monika zamarła. Nie wiedziała co powinna powiedzieć. Nie była przygotowana na taki obrót spraw. Co teraz? Gdyby nie była w ciąży kazałaby mu odejść. Ale była. Czy powinna mu powiedzieć? Czy ucieszyłby się? Czy byłby dla niej wsparciem?
- Julian co ty mówisz... nie szantażuj mnie... - grała na zwłokę
- Ja nie szantażuję, ja pytam... - naciskał - Powinnaś zauważyć, że cię lubię, nawet więcej niż lubię, jesteś mi bliska... a traktujesz mnie jakbym był seryjnym mordercą...
- "Kocham cię" - pomyślała - Powiedz "kocham cię" - patrzyła na niego w nadziei, że te słowa usłyszy. Niestety, nie padły..
- Monika... powiedz... Pamiętam jak było u Soni... - grał na jej emocjach, złapał ją za rękę - Nie wierzę że nie chcesz mnie juz znać... Nie wierzę, że o tym wszystkim zapomniałaś..
Monika nagle jakby oprzytomniała
- Nie Julian. Nie zapomniałam. Ale to już nie ma sensu. Nie chcę już utrzymywać z tobą kontaktu... Jesteśmy z dwóch różnych światów. Nie jesteśmy w stanie się zrozumieć... Żegnaj...- odwróciła się i poszła w swoją stronę. Nie widział, że płakała.
-

133




Dlaczego mnie tak potraktowała? - zastanawiał się jadąc samochodem - Chciałem być szczery ale nie mogłem kiedy mnie tak olała... Chciałem jej powiedzieć że się w niej zakochałem ale nie dała mi szansy.. - myślał - Bo to chyba jest zakochanie...Szkoda, że nie odwzajemnia moich uczuć..
Któregoś dnia Monika została wezwana do gabinetu dyrektorki
- Dzień dobry, pani dyrektor, pani mnie wzywała - uchyliła delikatnie drzwi do gabinetu
- Tak pani Moniko, proszę wejść - ton głosu był bardzo oficjalny. Monika zaczęła się zastanawiać czego mogła od niej chcieć, czy coś się wydarzyło? Coś zrobiła źle? - Pani Moniko, dotarły do mnie wiadomości, że jest pani w ciąży. Czy to prawda?
Monika zamarła. Nie wiedziała co ma teraz powiedzieć. Nie umiała kłamać
- Tak pani dyrektor, jestem w ciąży.. - odpowiedział cicho spuszczając wzrok. Dyrektorka chwilę myślała po czym powiedziała
- Pani Moniko, nie będę ukrywała, że jest to dla mnie problem. Zatrudniłam panią w październiku, a po miesiącu jest pani w ciąży i pewnie niedługo pójdzie na zwolnienie lekarskie...
- Nie, nie pójdę na zwolnienie - Monika błyskawicznie odpowiedziała

134




- Będę pracowała. Do rozwiązania jeszcze dużo czasu, nie wezmę zwolnienia...
- Nie chciałabym narażać zdrowia pani i pani dziecka...
- Nie, to dla mnie nie jest żaden problem! Zobaczy pani, będę pracowała... - Monika bała się zwolnienia. Tak jakby to mogło się odbyć z dnia na dzień. Nie do końca zdawała sobie sprawę z ochrony kobiet w ciąży.
- Dobrze, niech pani wraca do swoich obowiązków... I proszę się oszczędzać...
Monika wyszła z gabinetu i odetchnęła z ulgą. - "Pewnie Joasia powiedziała - domyśliła się - Ale może to i lepiej, bo sama nie wiem czy bym była się w stanie przyznać..."
Julian wrócił do Marsylii. Nie dzwonił do Soni i Krisa bo nadal czuł się urażony. Rzucił się w wir pracy. Jako, że niemożliwe było spędzenie czasu z przyjaciółmi, zadzwonił do jednego ze swoich kolegów
- No witaj Louis, co tam u ciebie słychać?... Tak, wiem, długo się nie odzywałem, miałem trochę zajęć... Wiesz w rozjazdach... Tak, tak, imprezy też były... - roześmiał się - To może się spotkamy? Tak, mogę przyjechać do ciebie, do Chamonix... Święta?... No jeszcze nie wiem.. A ty co robisz?... Uuu... to spora

135




impreza się kroi, wiedziałeś kiedy się urodzić... Dobra, to święta będą na biało u ciebie... Dobra, dobra, wezmę narty... No to cześć!
Julian odłożył telefon. - Super - pomyślał - To mam gdzie spędzić święta. Dawno nie jeździłem na nartach i prawdziwej zimy nie widziałem. Chamonix jest takie piękne zimą...
Jak postanowił, tak zrobił. Czas do wyjazdu szybko mijał i juz po połowie grudnia, Julian zaczął przygotowywać się do wyjazdu. Siedział w biurze i przeglądał strony z nartami.
- Muszę kupić jakieś nowe - myślał, gdy do pokoju weszła Janette.
- Dzień dobry szefie, mam tu najważniejsze sprawy - zaczęła podawać kolejno dokumenty - O, widzę że na narty się pan wybiera - zerknęła na monitor komputera - Ja tam na narty bym nie chciała. Zimno, a poza tym Oliwer mówi, że można łatwo się przeziębić... My na święta idziemy do jego rodziców. Wie pan, zaprosili mnie, a jego mama chyba mnie polubiła...
- Janette, ciebie nie można nie lubić - Julian uśmiechnął się życzliwie - Cieszę się że potencjalna kandydatka na teściową cię lubi, bo z tym to wiesz, różnie bywa...
- Pan doskonale wie, że ja potrafię być

136




miła. Nawet uczę sie gotować. Robię już pyszne cannelloni..
- Nooo... Janette, to szacun....! - Julian był pełen nieukrywanego uznania.
Janette dumna z pochwały szefa, zabrała podpisane dokumenty i wyszła z gabinetu. Julian siedział jeszcze jakiś czas w fotelu. Czuł się samotny. Był typem człowieka rozrywkowego, zawsze otoczonego wieloma ludźmi, lubiącego się bawić. Prowadził beztroskie życie playboya. Przez lata jego styl życia się nie zmienił. Teraz pokłócił się z Sonią więc jechać do Valensole nie mógł, Monika zakończyła znajomość, a to ona ostatnio zaprzątała jego myśli. Teraz poczuł jakby spadł z niego jakiś ciężar. Inna sprawa, że nie do końca się z tego cieszył. Popatrzył w okno. Robiło się coraz chłodniej. Nie lubił takiej pogody.
Monika obudziła się nim słońce zaczęło wschodzić. Dzisiaj nie musiała się spieszyć. Wzięła wolne. Ubrała się. Poczuła że ma mdłości. Ostatnio jej najlepszym przyjacielem stała się łazienka. Nudności, huśtawki nastrojów, były nie do zniesienia. W przychodni siedziała pod gabinetem z zaciśniętymi dłońmi. Patrzyła na wchodzące i wychodzące z gabinetu pacjentki.

137




Często były ze swoimi partnerami. Cieszyli się, śmiali. Ona była sama. Przy niej nie było nikogo. Zupełnie nikogo. Czuła się strasznie samotna i opuszczona. Świadomość, że już nigdy nie zobaczy Juliana była bardzo bolesna. Kochała go. Kochała bardzo. Ale jej strach przed odrzuceniem był tak silny że wołała się wyrzec tej miłości niż dać szansę Julianowi. Czasami żałowała swojej decyzji. Gdyby tak nie postąpiła to może co jakiś czas by go widywała? Ale z drugiej strony czy nie byłoby większym cierpieniem wychowywanie jego dziecka a widywanie go na przykład z inną kobietą? Nie, jednak chyba dokonała dobrego wyboru...
- Proszę... - z zadumy wyrwał ją glos lekarki
- Dzień dobry, pani doktor jestem w ciąży. Prawdopodobnie trzeci miesiąc...
- Była pani juz u ginekologa?
- Ogólnie tak, ale z ciążą nie...
- To zapraszam, zrobimy sobie USG
Monika chwiejnym krokiem poszła do pomieszczenia obok i rozebrała się. Rozpoczęło się badanie. W pewnym momencie lekarka uśmiechnęła się i odwróciła do Moniki ekran komputera
- Proszę tu spojrzeć, widzi pani ten ruszający się punkt?
- Tak...
- To pani dziecko... Jakiś dziesiąty

138




tydzień. Proszę poczekać, podgłośnie, to usłyszy pani jak bije jego serduszko..
Monika wsłuchiwała się w miarowe odgłosy z głośnika. Słyszała bicie serca swojego dziecka. Na chwilę zapomniała o wszystkim co ją otacza. Po policzkach płynęły jej łzy. Tak strasznie żałowała, że Juliana nie ma teraz przy niej i że nie może tego usłyszeć.
- Wszystko rozwija się książkowo. Proszę na siebie uważać. Teraz jest was dwoje.. - lekarka uśmiechnęła się życzliwie.
Po wyjściu z przychodni Monika chodziła ulicami słysząc w uszach bicie serca swojego dziecka. Zatrzymała się przed witryną sklepową z artykułami dziecięcymi. Uśmiechnęła się i weszła
- Dzień dobry
- Dzień dobry - ekspedientka miło ją powitała
- Szukam śpioszków dziecięcych. Takich najmniejszych. Zaraz po urodzeniu żeby były dobre..
- Już podaję - i ekspedientka jednym ruchem ściągnęła z półki kilka sztuk. Były takie maleńkie, jak dla lalek. Monika pierwszy raz tak małe ubranka widziała. Nigdy nie przypuszczała, że dzieci mogą być aż tak małe.
- Te różowe się wielu rodzicom podobają ale jak nie wiadomo czy chłopczyk czy dziewczynka to mamy takie

139




uniwersalne, z misiem - to mówiąc pokazała Monice śliczne białe śpioszki z szarym misiem, na którym była naszyta łatka, trzymającym wielki balon w kształcie serca z napisem "Kocham cię".
- Tak , poproszę te z misiem. Są takie śliczne... I poproszę jeszcze te buciki z kotkami - Monika była szczęśliwa. Dokonała pierwszych zakupów dla dziecka... W domu długo je oglądała. Zrobiła przemeblowanie w szafie wydzielając jedną półkę na ubranka dla dziecka. Z dumą położyła tam śpioszki z misiem i buciki. Zrobiła sobie herbatę, o kawie mogła już zapomnieć. Teraz musi o siebie dbać i dobrze się odżywiać. Wzięła telefon do ręki. Chwile się zastanawiała. Wybrała numer
- Sonia?
- Monia, kochana!!! Co u ciebie?? - Sonia nie kryła radości
- Soniu, muszę ci coś powiedzieć...
- Coś złego? - głos Soni zamarł
- Nie, coś dobrego - Monika ściszyła głos jakby bała się że ktoś usłyszy - Jestem w ciąży... Dziesiąty tydzień...
Po drugiej stronie zapanowała cisza
- Sonia... jesteś tam? - powtórzyła Monika
- Tak, tak... jestem... Boże ale mnie zaskoczyłaś... Jesteś pewna?
- Tak, byłam dzisiaj u ginekologa. Słyszałam

140




jak bije serduszko. Serduszko mojego dziecka...
Sonia najwyraźniej nie do końca podzielała euforię przyjaciółki. Spytała rzeczowo
- To dziecko Juliana jak się domyślam?
- Nie, to moje dziecko. To dziecko nie ma ojca...
- Wiesz, Julian jaki jest, taki jest. Nie będę go bronić ale może powinien wiedzieć...
- Nie! Nie chcę żeby wiedział, proszę nie mów mu...
- Dobrze, dobrze nie powiem. Masz moje słowo.. Ale ci powiem, ścięło mnie z nóg.. Kiedy się dowiedziałaś?
- Jakiś tydzień temu. Zrobiłam dwa testy ciążowe dla pewności...
- Matko... to trzeba się jakoś przygotować na powiększenie rodziny...
- Jakiej rodziny? To moje dziecko.. - Monika była zdziwiona słowami Soni
- Tam, twoje... twoje, twoje ale będzie mieć też ciocię i wujka... to jak rodzina, chyba nie zaprzeczysz?
- A nie, oczywiście że ciocia i wujek to rzecz święta! - roześmiała się Monika
- Słuchaj, to ty bierz wolne, zwalniaj się z roboty i przyjeżdżaj do nas. Zostaniesz do rozwiązania...
- No co ty. Tyle czasu szukałam pracy i miałabym ją teraz zostawić? Dam radę. Dzieci są takie kochane...
- Ale ty musisz pamiętać przede wszystkim o swoim dziecku. Dobrze,

141




skoro nie chcesz przyjechać i zostać u nas to niech będzie końskim targiem, przyjeżdżasz na święta i zostajesz do Nowego Roku...
- A nie będzie Juliana?
- Nie. Mamy z Julianem ciche dni. Poza tym jedzie ze znajomymi w Alpy Szwajcarskie na święta i Nowy Rok. Tak więc święty spokój...
- Dobrze. Obiecuję przyjechać na święta.... To pa kochana, chyba się wcześniej położę.
- To pa, matko Polko... - Sonia odłożyła słuchawkę i poszła do pokoju gdzie Kris oglądał mecz
- Nie uwierzysz - powiedziała stając między Krisem a telewizorem
- No kotku, Liga Mistrzów....
- Monika jest w ciąży... Z tą łajzą Julianem...
- Gadasz... - Krisowi odebrało na chwilę mowę - Ale numer...Kiedy to się stało?
- Jak byliśmy w Paryżu... U nas... Zmanipulował ją jak to on potrafi, zrobił maślane oczy, pogadał kilka czułych słówek do ucha... Wiesz zresztą jaki potrafi być czarujący w stosunku do kobiet. Casanova odpada w przedbiegach.
- Tak kochanie, widziałem. Nawet kilka razy z tobą tego próbował...
- Widać jestem jedyną odporną na jego wdzięki.. - to mówiąc Sonia otworzyła zabytkowy rzeźbiony kredens i wyjęła z niego butelkę wina i dwa

142




kieliszki - No to wujek, napij się z ciotką...

     Chamonix w grudniu wyglądało bajkowo. Piękne domki przypominały jakieś bajkowe budowle. Często zdobione rzeźbionymi ornamentami. Miasto było czyste i schludne. Wszędzie można było spotkać narciarzy. Urokliwe restauracje i kawiarnie kusiły turystów. Julian jadąc podziwiał mijające go pejzaże. Śnieg tu wydawał mu się bielszy niż w innych rejonach. Miasteczko wydawało się takie małe wśród otaczających je olbrzymich gór, będących jakby strażnikiem jego spokoju. Dachy domków pokrywała gruba warstwa białego puchu niczym pierzynka. Wszędzie wisiały sznury kolorowych lampek wieszczące zbliżające się Boże Narodzenie. Kiedy Julian przybył do miasta było juz ciemno. Miasto było jednak pełne świateł, których łuna oświetlała góry. Nad drogą co jakiś czas wisiały wielkie białe płatki śniegu otoczone lampkami. Na wielu balkonach ustawione były drzewka bogato wystrojone w lampkami i bombkami. Na niektórych dodatkowo ustawiono renifery. Wokół panował gwar i szum. Julian jednak przejechał przez miasto nie zatrzymując się nigdzie. Wjechał ośnieżoną drogą na jeden ze stoków. Stał

143




na nim piękny pensjonat. Był rozłożysty ale nie wysoki. Miał spadzisty dach pokryty grubą warstwą śniegu. Był zrobiony z surowego drewna. Od frontu znajdowało się zadaszone wejście ze sporym przedsionkiem. Julian jeszcze raz sprawdził adres. Zgadzał się. Zaparkował samochód - Dobrze że wypożyczyłem terenówkę - pomyślał. Wszedł do środka. Pośrodku obszernego holu stała wielka choinka przyozdobiona setkami bombek i mieniąca się barwami kolorowych lampek. Na szczycie miała wielką, złota gwiazdę. Powitała go młoda kobieta
- Dzień dobry, w czym mogę panu pomóc?
- Dzień, dobry, miałem u państwa rezerwację...
- Oczywiście, proszę powiedzieć, na jakie nazwisko?
Julian podał swoje dane. Miał pokój numer 3.
- To ładny pokój. Proszę za mną, pokażę panu.
Julian poszedł za dziewczyną na piętro. Otworzyła i pokazała pokój. Był w typowym górskim stylu - surowym ale ciepłym. Wszystko było w drewnie.
- To proszę się rozgościć, tu jest klucz - powiedziała dziewczyna, podała Julianowi klucz i wyszła. Rozejrzał się po pokoju jeszcze raz. Łóżko było szerokie i wygodne. Obok stała drewniana szafka. Na ścianie nad

144




łóżkiem wisiały nowoczesne kinkiety. Zdjął kurtkę i opadł na wielki, skórzany fotel. Popatrzył za okno. Widział jedynie ośnieżone gałęzie rosnących obok świerków.
- No to po bagaże... - pomyślał i zszedł ponownie na dół.
- Julian!!! - usłyszał nagle radosny okrzyk - To ty? Kopę lat!!
Odwrócił się. To był jego kolega ze studiów, Dawid. Obecnie biznesmen, właściciel sieci tanich hosteli w Niemczech. Serdecznie się uściskali
- Kiedy przyjechałeś? Bo ja wczoraj. Jeszcze kilka osób przyjechało - nachylił się do Juliana i powiedział ciszej - I dziewczyny też są...
Julian się roześmiał
- No ty tylko o jednym!!
- A co się dziwisz, w końcu jesteśmy stanu wolnego! To idź, rozpakuj się, potem poznam cię z resztą...
Julian zaniósł bagaże do pokoju. Pomyślał że weźmie chociaż szybki prysznic jako że droga go zmęczyła. Ściany łazienki pokryte były chropowatymi kaflami przypominającymi kawałki szarego marmuru, niestety, jak się okazało nie było prysznica ale obszerna wanna obudowana - jak wszystko - drewnem. Zlew stanowiła biała szklana misa przymocowana do drewnianego blatu. Miała swój urok. Napuścił wody do

145




wanny, rozłożył się wygodnie i zamknął oczy. Przed oczami stanął mu obraz z Valensole. Kiedy widział Monikę w wannie. Kiedy miał ochotę wyciągnąć ją z tej wanny i wziąć nawet siłą. Pamiętał, że z trudem się pohamował. Wiedział, że nigdy by mu tego nie wybaczyła, a tego nie chciał. Z zamyślenia wyrwało go głośne pukanie do drzwi
- Julian!!! No ile na ciebie trzeba czekać?! - rozpoznał rozbawiony głos Dawida.
- Zaraz zejdę!!! - krzyknął - Daj mi się wykąpać!
Na parterze znajdował się wielki salon, w którym królował adekwatny wielkością kominek, w którym paliły się solidne kawałki drewna. Pośrodku stał nieduży drewniany stół wokół którego ustawionych było kilka foteli oraz wielki, skórzany narożnik z wieloma czerwonymi poduszkami. W belach stropowych znajdowały się halogeny. Wszystko to sprawiało, że czuło sie ciepły, domowy klimat. Na kanapie siedziały trzy dziewczyny śmiejąc się i oglądając cos na monitorze tabletu. Kilku mężczyzna rozmawiało koło kominka z lampkami wina w dłoni.
- No witam państwa! - powiedział Julian szczerze się uśmiechając. Wszyscy spojrzeli w jego kierunku.
- No wreszcie

146




jesteś! - Dawid odstawił kieliszek, wziął Juliana za rękę - Kochani, to jest Julian, opowiadałem wam o nim
- Ciekawe co opowiadałeś - roześmiał sie Julian - Bo jeśli prawdę, to te panie z pewnością na mnie nawet nie spojrzą
Dawid popatrzył na dziewczyny, a potem na Juliana - Ty nie pamiętasz mojej siostry Laury?
Rzeczywiście, Julian jej nie poznał. Ostatnio kiedy ją widział miała może z 16 lat. Teraz miała 21 - A to jej dwie koleżanki - Sara i Nina. Julian spojrzał na dziewczyny. Nina była szczupłą blondynką z zalotnym uśmiechem. Sara zaś miała bladą cerę, zielone oczy i burzę rudych loków. Dawid spojrzał na Juliana i dodał ciszej
- To od razu ci powiem, że Laura spotyka się z Timem, tym typkiem przy kominku, a Nina z Nico. To ten blondyn na kanapie. Więc jeśli coś to tylko Sara wolna... Chociaż nie wiem jakim cudem
- Ty jesteś normalna świnia! - Julian głośno sie roześmiał
- Życie, stary, życie...To poznajcie się - to mówiąc przedstawił Julianowi przyjaciół - To jest Tim, instruktor narciarski i właściciel tego przybytku. Noah i Nico to bracia, mają firmę transportową. Nina to dziewczyna Nico. I Sara, pani prawnik z

147




Berna. Julian spojrzał na nią.
- To ja dla takiej pani prawnik chętnie złamię prawo - uśmiechnął się
- Świetnie, bo ja się specjalizuję w niegrzecznych chłopcach - Sara nie wydawała się zaskoczona
- No, to napijmy sie za spotkanie! - Tim podszedł do kredensu i wyjął kilka butelek wina i kieliszki.
Wieczór minął w radosnej atmosferze. Każdy z młodych ludzi oderwało się od swoich codziennych zajęć i miało okazję trochę się wyszaleć w gronie znajomych. Wieczór przedłużył się prawie do północy. Julian, podobnie ja reszta towarzystwa, był w stanie wskazującym na spożycie zbyt dużej ilości alkoholu. Przyglądał się Sarze, jak poruszała się w obcisłych legginsach i przykrótkim sweterku. Poczuł, że krew mu zaczyna szybciej krążyć. Zadawał się to zauważać, jako że i ona dość często spoglądała w jego stronę
- Chyba powinienem iść spać - pomyślał - Bo mogę zrobić coś czego będę żałował... - wstał, lekko się zachwiał - Ja muszę iść, padam na pysk... Sorry, ale jak mam jutro wstać...
- No weź nie żartuj... - Dawid był rozczarowany - Godzina jeszcze młoda, jutro do pracy nie musisz...
Ale Julian nie

148




dał się namówić. Był bardzo zmęczony drogą. Poszedł do pokoju i padł na łóżko. - Jezu, jaki jestem zmęczony.. - z trudem zdjął spodnie i sweter.
- No cóż, to nam się chłopak wykruszył... - na dole Dawid nie krył żalu - Ale jutro idziemy na narty. Dawid wyciągnął mapę - Patrzcie, to która trasa i zjazd? - wszyscy zagłębili się w lekturze
- To może Les Grands Montets? Świetna trasa, super wyciąg a jeszcze piękniejsza panorama... Mnie możecie wierzyć.. - Tim był bardzo przekonujący
- Tak, mi pasuje - odpowiedziała Laura
- Nam też.... -odparła reszta. Tak więc ustalono przebieg następnego dnia. Całe towarzystwo szybko rozeszło się spać w poczuciu dobrze spełnionej misji.
- O, Julian zostawił portfel, chyba mu z kieszeni wypadł.. - zauważył Nico - Kto mu weźmie?
- Ja mogę - zaoferowała Sara - Mam pokój obok...
- No dobra, to weź mu zanieś jak będziesz szła do pokoju...
Sara poszła na górę jako ostatnia. Siedziała przy kominku i czekała, aż wszyscy pójdą.
- Idziesz? - zapytała Nina
- Nie, jeszcze sobie posiedzę.. - Sara nalała sobie wina i rozsiadła się wygodnie w fotelu. Przez chwilę patrzyła w ogień kominka,

149




jakby o czymś intensywnie myślała. Gdy zorientowała się, że jest sama, wstała, wzięła portfel i poszła na górę. Stanęła pod drzwiami Juliana. Zapukała. Nikt nie odpowiedział. Zapukała jeszcze raz. Nic. Złapała za klamkę. Okazało się że drzwi były otwarte. Rozejrzała się po korytarzu i cicho weszła do pokoju. Julian leżał na łóżku. Łuna księżyca oświetlała jego włosy opadające na twarz. Sara cicho usiadła na łóżku. Chwile patrzyła. Powoli wyciągnęła dłoń, na chwilę się zatrzymała, jakby zawahała. Dotknęła jego włosów. "-Są takie miękkie" - pomyślała. Delikatnie przesunęła swoją dłoń w dół, po jego nagich plecach. Nagle Julian poruszył się. Sara zerwała się z łóżka, stanęła jakby sparaliżowana. Szybko położyła portfel na stoliku i wyszła.
Sonia siedziała w salonie i rozpakowywała wielkie torby, jako że dopiero wróciła z zakupów w Marsylii.
- Zobacz Kris, czy te śpioszki nie są piękne? Rozpakują ta huśtawkę, chcę zobaczyć jak wygląda...
- Kotku, ale po co teraz? Masz tu rysunek na opakowaniu...
- Rozpakuj. Musimy wiedzieć, że jest bezpieczna.
- Skarbie ale czy nie uważasz

150




że to trochę za wcześnie? W sensie że Monika jest dopiero w czwartym miesiącu a ty juz urządzasz w naszym ogrodzie plac zabaw...
-Kirs, jak możesz!? Wiesz przez co ona przechodzi? Przez Juliana! Jedyny pożytek w tym wszystkim, że będziemy mieć takiego małego ludzika... Kris, a kiedy my będziemy mięli swoje? - Sonia się rozmarzyła - Chciałbyś dziewczynkę czy chłopca?
- Soniu, ale czy nie powinien się najpierw odbyć ślub?
- Niekoniecznie.. ja tam ślubu nie muszę mieć... Wiesz, nie miałabym żadnych wyrzutów sumienia jakbym była w ciąży przed ślubem... A zobacz, te buciki takie malutkie... Były takie kolorowe, że nie mogłam się oprzeć
- Tylko jak ona to potem zapakuje i weźmie do Polski?
- Oj tam, najwyżej zostaną u nas, a potem Monika przyjedzie z dzieckiem do nas i przez jakiś czas tu pobędzie...
- Tak? A co zrobisz jak przyjedzie Julian? Wiesz, że on potrafi przyjechać bez zapowiedzi...
- No to co. Wezmę się jeszcze bardziej z nim pokłócę i tyle - Sonia nie widziała problemu w sposobie pozbycia się Juliana - Wiesz Kris, będę chciała ją namówić żeby została na dłużej. Czasem jak rozmawiamy to mówi mi, że źle ciąże

151




znosi, że wiecznie wymioty, ból brzucha i mdłości. Nie chciałabym, żeby się przepracowywała... Ona się boi, że prace straci...
- Jasna cholera - Kris był zirytowany - Że też możliwe jest, żeby kobieta w ciąży musiała się bać zwolnienia... Kobiety w ciąży powinny siedzieć w domu i czekać na urodzenie dziecka! Pokaż mi ten becik, co on ma tam naszyte? Pampersy kupiłaś? - Kris zaczął angażować się w przygotowania do narodzin.
Monika siedziała na podłodze pakując ostatnie drobiazgi do walizki. Ledwo ją domknęła. To w końcu ponad dwa tygodnie. Wzięła wszystkie potrzebne rzeczy.
- Co jeszcze? - myślała - Ciepłe buty... - popatrzyła na te, które miała - Jezu, ale stare... Wstyd straszny... Trudno, nie mam innych. Kurtka tez nie pierwszej młodości. Nałożyła ją - Jasna cholera, nie dopina się! - naciągnęła kurtkę do granic możliwości - Dobra, zapięła się....
Tak przygotowana do podróży zjawiła się na lotnisku. Miała jeszcze czas. Czekała w hali odlotów podziwiając samoloty znajdujące się za dużymi oknami. - Lecę znowu do innego świata - pomyślała - Do kochanej Soni - uśmiechnęła się do siebie. Nagle poczuła

152




ból brzucha. Zrobiło jej się czarno przed oczami. Musiała usiąść - Jezu, coraz częściej mi się to zdarza... Ale to nic, dla dziecka warto... Będę w nim miała cząstkę Juliana...
Natomiast Julian wraz z przyjaciółmi juz od kilka dni spędzał czas na śnieżnych szaleństwach.
- Uważaj, uważaj!!! - krzyczał łapiąc zjeżdżającą na nartach Laurę, która dopiero stawiała pierwsze kroki w tym sporcie - Dawaj, złapię cię!!
- Aaaa...!!!! - Laura wpadła w ramiona Juliana jak w koło ratunkowe
- No, to w zasadzie możemy iść na wyciąg - zaproponował Tim - Laura, popatrz , tak musisz ustawiać narty... - zaczął udzielać Laurze wskazówek
- Świetnie jeździsz na nartach, po prostu mistrzostwo... - Sara wyrosła tuż za plecami Juliana jak zjawa
- A, dziękuję... Ty też nie najgorzej sobie radzisz...
- To chodźmy na wyciąg... - szepnęła Julianowi do ucha - Nie musimy na nich czekać..
Julian pomyślał że ma rację. Wyczuł w jej glosie namiętność i ogień. Wyglądała na kobietę, która wie czego chce i dąży do zdobycia tego. A najwyraźniej chciała Juliana. Poszli na wyciąg nie oglądając się na przyjaciół. Kiedy wsiedli do gondoli

153




wyciągu poczuł na swoim udzie dłoń Sary. Czuł się nieco zmieszany. Spojrzała mu w oczy
- Wiesz, ja się na wyciągu trochę boję... Tak tu wysoko... - nie bardzo wiedział czy naprawdę była taka wystraszona czy szukała pretekstu. Bez względu na powód, zaczęło mu się to podobać. Nie mógł się powstrzymać. Włożył dłoń w jej rude loki
- To już się nie musisz bać.. - szepnął, przyciągnął ją zdecydowanym ruchem i namiętnie pocałował. Był to pocałunek jakże inny od tych, którymi obsypywał Monikę. W tym było pożądanie. Tylko pożądanie. Ale się nie broniła. Wręcz przeciwnie, odniósł wrażenie, że jej się to podoba. Zjazd z góry był wspaniały. Wokół rozpościerał sie przepiękny widok na pobliskie góry, przypominający kartkę pocztową. Niebo było jaskrawo błękitne. Trasa świetnie przygotowana. Julian zręcznie przymocował narty i zaczął zjazd. Tuż za nim była Sara. Zjeżdżali dość szybko. Julian był świetnym narciarzem i radził sobie wyśmienicie. Zjazd trwał dosyć długo. Co jakiś czas sprawdzał czy Sara jest za nim. - Jakoś daje radę ale szału nie robi.. - pomyślał. Kiedy trasa zbliżała się ku

154




końcowi usłyszał jej krzyk
- Julian, pomóż mi! - odwrócił się. Sara leżała i kurczowo trzymała się za kostkę. Na jej twarzy malował się ból.
- Co się stało? - dojechał do niej
- Chyba zwichnęłam kostkę... Jakoś mi tak narta uciekła...
Rozejrzał się. Trzeba ją było jakoś stąd zabrać i zawieźć do lekarza albo do domu. Wziął telefon - Halo? Dawid? Słuchaj, Sara skręciła kostkę, nie czekajcie na nas. Ja ją zawiozę do lekarza a potem do domu.. - Dasz radę wstać i oprzeć się o mnie? - zwrócił się do Sary
- Myślę że tak... - powoli wstała i oparła się o Juliana, który ją objął by się nie przewróciła. Przed oczami stanął mu obraz Moniki wyprowadzanej z kasyna w Monte Carlo. Na samą myśl się uśmiechnął.
- Co cię śmieszy? Moja kontuzja?
- Ależ nie, absolutnie! To idziemy do domu...
Kiedy przyjechali do ośrodka zaczynało się ściemniać. Sara całą drogę trajkotała o tym jak żałuje że nie mogła więcej pojeździć, jakiego to ma pecha i co teraz zrobi? Kiedy Julian posadził ja koło kominka zaproponowała
- Usiądź przy mnie...
Przysunął fotel i usiadł
- Miałaś trochę przeżyć dzisiaj. Dobrze, że się

155




to nie wydarzyło pierwszego dnia, to zdążyłaś sobie trochę poszusować...
Sara pogładziła go czule po włosach, włożyła dłoń w jego długą grzywkę i powiedziała
- Cóż ja bym bez ciebie zrobiła? Może przygotujesz jakiegoś grzańca to się ogrzejemy?
Julian długo nie dał się prosić jako że sam miał ochotę czegoś sie napić.
- Monia!!!! - Sonia rzuciła się przyjaciółce na szyję - Kochana moja, jak podróż? Bardzo się zmęczyłaś? Pewnie tak... Chodź, Kris tu blisko zaparkował. Czeka w aucie bo na zakazie zaparkował, w razie czego ma mówić że mu słabo... Skarbie ty mój.. - pogłaskała brzuch Moniki i dodała - No cześć maluszku, pozdrowienia od cioci Soni...
Całą drogę dziewczyny spędziły na rozmowach o dziecku i zdrowiu Moniki. Sonia była bardzo ciekawa czy Monika czuje ruchy dziecka, co pomyślała jak się dowiedziała itp. Nagle zapytała
- A powiedz mi, co zamierzasz w kwestii Juliana jak juz się dziecko urodzi? Czy naprawdę nigdy zamierzasz mu powiedzieć? Nie żebym cię namawiała ale Monia... To jego dziecko... Powinien wiedzieć...
- Nie! Nie jestem mu potrzebna ani ja, ani dziecko. Nie chcę, żeby mnie oskarżył o

156




to, że chcę od niego wyłudzić pieniądze albo cokolwiek
- No wiesz, Julian łajza jest ale czegoś takiego by nie zrobił...
- Nie i koniec...
Droga minęła dość szybko. Było juz ciemno kiedy przyjechali. Kris rozpakował bagaże z samochodu, Sonia zrobiła kolację. Kiedy Monika poszła na górę odpocząć po kolacji odezwał się
- Soniu, czy ty widziałaś jak ona wygląda? Nie żebym się czepiał ale Monika wygląda jak żebrak...
- Tak, wiem. Też to zauważyłam - odparła smutno Sonia - Kurtka ledwo się dopięła. Pewnie ściska jej brzuch. Szalik pozaciągany, chyba po dziadku. Połatane spodnie i zużyte buty, w dodatku cienkie. Ona po prostu klepie biedę... Tylko co ja mam zrobić? Wiesz, że pieniędzy ode mnie nie weźmie... Szlag mnie po prostu trafia. Ona siedzi i klepie biedę będąc w ciąży z Julianem, a ten gnój bzyka panienki w Chamonix..
- No tego akurat nie wiemy - Kris próbował ratować wizerunek przyjaciela. Sonia spojrzała na narzeczonego
- No proszę cię... Chyba sam w to nie wierzysz
Miała rację. Nie wierzył.
W Chamonix trwały przygotowania do Sylwestra i powitania Nowego Roku. Juz od rana trwały przygotowania do imprezy

157




sylwestrowej.
- To Julian jedź po jakiś alkohol. Trzeba jakoś uczcić ten Nowy Rok, co by był lepszy od poprzedniego...
- Tim, a tylko alkohol? Nic więcej z miasta nie trzeba?
- Nie, kup jakiś dobry koniak, wódkę.... Nie wiem, co tam jeszcze będzie dobrego. Bo ja szampana mam, trzymam od jakiegoś czasu właśnie na ta imprezę. Drogi i dobry...
Julian przemierzał miasto oglądając przygotowania do Nowego Roku. W centrum miasta powoli gromadzili się ludzie. Co jakiś czas słychać było pojedyncze fajerwerki. Widział całujących się młodych ludzi, uśmiechnął się do siebie na ten widok. Zakupił szybko alkohol i wrócił do pensjonatu. Panował w nim gwar i szum. Sara, Laura i Nina nakrywały do stołu otoczonego solidnymi krzesłami obitymi czerwona skórą.
- Mam tez przygotowane fajerwerki, chodź Noah, pomożesz mi je umocować na tarasie. O północy się tylko odpali - Tim jako gospodarz czuł się odpowiedzialny za zapewnienie gościom atrakcji. Przygotowania skończyły się późnym popołudniem
- NO, to teraz się trzeba do imprezy przygotować - Dawid popatrzył na siebie - Ten strój jest bardziej roboczy niż sylwestrowy
- No fakt, wypadałoby

158




się przebrać, szczególnie my... - Laura wypowiedziała się w imieniu żeńskiej części towarzystwa.
- No to idziemy - Nico spojrzał na zegarek - My panowie, za godzinę na dole, paniom, jak sądzę zejdzie więcej.
Wszyscy poszli do swoich pokojów dobrać garderobę adekwatną o imprezy. Julian przygotował koszulę i spodnie
- Elegancko ale nie biurowo...- by zadowolony z wyboru. Zszedł na dół. Na kanapie siedzieli już Tim, Dawid, Nico i Noah pogrążeni w pogawędce. Julian zagadnął
- O czym rozmawiacie?
- A o dziewczynach. Wiesz, trzeba wykorzystać czas póki ich nie ma - roześmiał się Tim
- No i do jakich wniosków doszliście?
- Ty się nie pytaj, tylko powiedz czemu ty do tej pory sam jesteś? Bo że kandydatek brak to nie uwierzę... - zagadnął Dawid
Ja? - pytanie było dla Juliana kłopotliwe - Wiesz, chyba jeszcze na tą swoją nie trafiłem... Ale wszystko przede mną...
- Jednak, jak sądzę, w celibacie nie żyjesz? - Dawid z rozbawieniem drążył temat
- Kto żyje w celibacie? - zapytała Sara, która właśnie zeszła na dół i usłyszała tylko koniec rozmowy - Jakiś się z was jeszcze uchował?
- Nie, ale trzeba Juliana wyswatać... - Dawid

159




pogrążał Juliana.
- Mnie nie trzeba swatać, ja sobie sam poradzę - bronił się. Sara spojrzała na niego i uśmiechnęła się uwodzicielsko
- Taki przystojniak i sam? To chyba masz spore wymagania w stosunku do kandydatek?
Julian odzyskiwał pewność siebie, spojrzał na nią
- Kto wie, kto wie... Jak będziesz zainteresowana to mogę ci o tych wymaganiach więcej opowiedzieć - dodał szeptem, a głośniej dodał - A jak tam twoja kostka?
- A dziękuję, już lepiej, jak widzisz mogę chodzić... chociaż tańczyć niekoniecznie...
Młodzi ludzie bawili się wyśmienicie. Około północy Tim zawołał
- No to ubierajcie się i na balkon! Przygotowałem fajerwerki! Trochę postrzelamy! - wszyscy złapali co mięli pod ręką i wybiegli na ośnieżony balkon. Do jego barierek przymocowane były uchwyty fajerwerków. Zaczęli odliczać
- 5...4....3....2...1..... Mamy Nowy Rok!!!! - krzyknął Tim i zaczął odpalać petardy - Najlepszego w tym Nowym Roku!!! - wszyscy zaczęli składać sobie życzenia. Huk wystrzałów roznosił się wokół ośrodka niczym w studni. Wydawało się że jest głośniejszy niż gdziekolwiek indziej. Po wystrzeleniu wszystkich weszli do

160




pomieszczenia.
- No, to trzeba za ten nadchodzący rok wypić - Tim otworzył szampana - A potem potańczymy...
Tańce i impreza trwały prawie do rana. Zaczynało już świtać. Julian resztakmi sił dotarł do pokoju. Już nie miał siły się rozbierać. Opadł na łóżko. Zasnął. Obudził się, kiedy jeszcze było ciemno. W blasku księżyca dostrzegł rude włosy Sary.
- Co ty tutaj robisz? - zapytał ospałym tonem
- Boję się spać sama... Za daleko mam do swojego pokoju... Podobasz mi się...Wybierz sobie jakiś pretekst - to mówiąc zaczęła go całować jednocześnie rozpinając guziki koszuli. Usiłował pozbierać myśli. Spojrzał jak jednym ruchem zdjęła sukienkę. Popatrzył na jej jędrne piersi ukryte w czarnym, koronkowym staniku. Położył na nich dłonie
- Zdejmij to... - wyszeptał
Zdjęła stanik i usiadła na nim. Teraz mógł bez przeszkód pieścić jej nagie piersi. Poczuł, że jej pragnie. Pragnie zaspokoić swoje pożądanie. Poczuł jak krew w jego żyłach zaczęła szybciej krążyć. Zerwał się i jednym ruchem znalazł się za nią. Położył jej dłonie na oparciu łóżka. Zdjął koszulę, położył ręce na jej ramionach. Chwilę

161




cieszył się dotykiem jej ciała. Zsunął ręce niżej i zdjął jej majtki. Czuł narastające podniecenie. Odwróciła głowę i spojrzała na niego z uśmiechem
- No dalej skarbie... - wyszeptała
Julianowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Masował chwile jej nagie pośladki. Rozpiął rozporek. Już po chwili poczuła jak mocno do niej przywarł. Czuła jego rytmiczne ruchy. Były coraz szybsze i coraz silniejsze. Musiała mocno zaprzeć się o poręcz, żeby jej nie przewrócił. Złapał ją za włosy i pociągnął do siebie. Wydała cichy jęk rozkoszy mieszanej z bólem.
- O tak... jeszcze...
Na Juliana te słowa podziałały jak narkotyk. Nagle złapał ją, przycisnął do siebie. Czuła, że skończył. Odwróciła się, spojrzała na niego i opadła na łóżko.
- Nie kładź się! - rozkazał - Klęknij! - posłusznie wykonała polecenie klękając tyłem do oparcia łóżka. Położył na nim jej dłonie. Rozsunął jej nogi. Patrzyła na Juliana czując jak jego palce wędrują coraz wyżej po wewnętrznej stronie jej uda.
- Julian... - wyszeptała i odchyliła głowę do tyłu. Chciała opaść na łóżko ale ją złapał
- Ręce na oparcie! -

162




powiedział karcąco - O tak, maleńka... - pochwalił. Czuła jak jedną ręką gładził jej piersi, a drugą, znajdującą się pomiędzy jej nogami, poruszał rytmicznie i miarowo
- Aaaa... Mocniej! - prawie krzyknęła i tym razem Julian zastosował się do polecenia. W pewnej chwili krzyknęła i mocno się w niego wtuliła..;
Obydwoje padli na łóżko. Było jeszcze ciemno kiedy zasnęli. Pierwszy obudził się Julian, Sara jeszcze spasła. Pękała mu głowa. Nie do końca pamiętał wydarzenia zeszłej nocy. Zdawał sobie sprawę że uprawiał sex z Sarą. Cicho wstał i poszedł do łazienki. Napuścił wody do wanny
- Tego mi było trzeba.. - zrelaksował się i zamknął oczy leżąc w ciepłej wodzie. Starał się nie myśleć o niczym ale było mu trudno. Myślał o Monice. O tym co wydarzyło się w domu Soni, o tym, że nie powinien się tak z nimi kłócić. To w końcu jego najbliżsi przyjaciele. Kiedy tak rozpatrywał różne opcje załagodzenia sytuacji z Sonią i Krisem, drzwi łazienki delikatnie się uchyliły i stanęła w nich Sara. Naga i bezwstydna. Popatrzył na nią i przyznał w myślach, że ma piękne ciało. Długie, rude włosy tylko dodawały

163




jej uroku. Popatrzyła na niego i zapytała
- Mogę? - najwyraźniej miała ochotę na wspólną kąpiel
- Ależ oczywiście - uśmiechnął się nie do końca wiedząc czy chce, czy nie.
Weszła do wanny.
- Trochę tu mało miejsca... - zaczęła - Nie zmieszczę się koło ciebie - popatrzyła na niego i uśmiechnęła się tajemniczo - Więc muszę usiąść na tobie - powiedziała i delikatnie, powoli opadła na biodra Juliana. Czuł że ma erekcję. Ona niewątpliwie też to poczuła. Jej biodra ruszały się to w przód, to w tył. Czuł, że traci panowanie nad swoim ciałem. Położył dłonie na jej biodrach. Jego ręce sprawiły, że jej ruchy stawały się jeszcze szybsze. W pewnym momencie przycisnął jej biodra do swojego ciała mocniej, zamknął oczy i wyszeptał
- Monika...
Po chwili uświadomił sobie jak mogła odebrać to co powiedział - Przepraszam, nie wiem czemu to powiedziałam... - zdawał sobie sprawę co mogła czuć kobieta w takiej sytuacji. O dziwo, Sara nie był zła. Wyszła z wanny jak gdyby nigdy nic, owinęła się w ręcznik, spojrzała na niego, uśmiechnęła sie i powiedziała
- Spokojnie, dla mnie to też tylko sex... - i wyszła z

164




łazienki. Siedział tak jeszcze przez chwilę analizując to co się stało. Doszedł do wniosku, że nastrój prysł. Czuł się też źle, bo kobieta potraktowała go tak instrumentalnie.
- No nic, trzeba się zwijać... Może odwiedzę Sonię i Krisa... Przeproszę....
Kiedy Julian pogrążony był w myślach, Sara ubierała się po wspólnej kąpieli. Nagle telefon Juliana zadzwonił. Spojrzała w kierunku drzwi łazienki. Nie usłyszał. Zadzwonił jeszcze raz. Na wyświetlaczu pojawił się kontakt "Sonia". Sara chwilę się zastanawiała wreszcie uśmiechnęła się i odebrała
- Halo? Kto mówi? - powiedziała. Po drugiej stronie zapadło milczenie...
Zbliżała się Wigilia. Monika z Sonią krzątały się w kuchni. Kris rozkładał sztućce. Na stole, na śnieżnobiałym obrusie, leżały białe talerze bogato zdobione złotymi ornamentami. Ulubiona miśnieńska porcelana SOni. Piękne, srebrne sztućce leżały koło talerzy. Obok każdego nakrycia stały różnej wielkości grawerowane, kryształowe kieliszki. Pośrodku stołu stała podłużna drewniana misa będąca stroikiem. Były tam czerwone i granatowe bombki, ozdobione niedużymi gałązkami

165




świerku, niewysokie grube świeczki oświetlały okolice stroika. Gdzieniegdzie widać było wiązanie ze srebrnej wstążki.
- Kris chodź i pomóż nosić wszystko na stół. W kuchni czekały tradycyjne wigilijne potrawy polskie. Był karp, pierogi, uszka, barszcz...
- Zobacz Monisiu, zrobiłam jeszcze łososia pieczonego w sosie śmietanowym..
- Tak ale ja za dużo nie zjem... wiesz... Nie służy mi to...
- Kotku - Sonia złapała przyjaciółkę za rękę - Zjesz tyle ile możesz i ile będziesz w stanie.
Sonia weszła do pokoju
- A postawiłeś dodatkowe nakrycie dla zbłąkanego podróżnego? - rozglądała się
- No nie żartuj, Julian już nie przyjedzie! - roześmiał się ale zaraz pojął nietakt - Przepraszam...
Wreszcie wszyscy zasiedli do uroczystej kolacji. Panowała ciepła, rodzinna atmosfera.
W radio leciały kolędy, palił się ogień w kominku, który był udekorowany świerkowymi girlandami. Wszędzie roznosił się zapach potraw i igliwia. Sonia będąca estetką powiesiła również lampki wokół domu i na drzewach w ogrodzie. Po kolacji poprosiła Monikę
- Czy mogłabyś mi kochana przynieść z kuchni trochę soku... No patrz właśnie się

166




skończył...
- Tak, już idę...- kiedy tylko Monika wyszła Sonia powiedziała do Krisa
- Teraz, szybko!!
Po chwili Monika wróciła i zobaczyła wielkie i mniejsze pudła wokół choinki. Wiedziała co to jest
- Monia, popatrz tylko chwilę cię nie było a odwiedził nas Mikołaj!! - Sonia była szczęśliwa. Monika podeszła do stołu, postawiła dzbanek z sokiem, usiadła na krześle i się rozpłakała
- Monia... no co ty... - Sonia położyła jej dłoń na ramieniu - To dla ciebie i dziecka... Nie gniewaj się...
- Ja się nie gniewam... Ja dla was nic nie mam... - szlochała - Ja nie miałam za co kupić... Tak mi wstyd...
- Czyś ty dziewczyno oszalała - Kris był poruszony - Nam nie trzeba prezentów. Prezentem dla nas jest to, że przyjechałaś... A dla mnie szczególnie, moja narzeczona rzadko kiedy jest tak szczęśliwa...
- Ale to nie tak powinno być... Dlaczego ja mam takie życie i zawsze pod górkę? - otarła łzy - Dlaczego moje dziecko nie ma ojca? Co ja komu zrobiłam... - Monikę dopadło przygnębienie. Pomimo bliskości przyjaciół czuła się samotna. Podeszła do prezentów i zaczęła odpakowywać. Sonia siadła koło niej, na podłodze, pomagała

167




w rozpakowywaniu i ciekawa była reakcji Moniki
- Boże, jakie to śliczne... - Monika oglądała piękną pościel w zajączki - No cudo... Ta kurteczka jest bajkowa.... Czapeczki są takie maleńkie, ale po co od razu pięć? - Monika oniemiała
- A zobacz - Sonia podniosła kilka par dziecięcych bucików - Każda para innego koloru ale fason ten sam. Strasznie mi się podobały. Jak urodzisz to kupię łóżeczko.... Wiesz, będzie jak nas będziesz odwiedzać...
- A te spodenki w pajacyki to wybierałem ja! - dodał z dumą Kris
Tak mijały święta Bożego Narodzenia w Valensole. Śnieg, który spadł tuż przed świętami sprawił, że była to iście bajkowa sceneria. Drzewa w ogrodzie Soni pokrywała warstwa śniegu. Pola lawendy zostały przykryte śniegiem i wyglądały jak śniegowe kopce kretów. Monika lubiła siedzieć w swoim pokoju i podziwiać krajobrazy. Czuła się taka wyciszona i spokojna. W takiej atmosferze minął czas do powitania Nowego Roku. Kiedy wybiła północ Sonia wzięła szampana i kieliszki
- No to słuchajcie, trzeba się napić za ten Nowy Rok! Wierzę, że będzie przełomowy, że Monika zacznie nowy rozdział swego życia, będzie matką, a

168




ja ciocią! I za to pijemy!! - to mówiąc otworzyła butelkę i nalała Krisowi i Monice
- Może ja nie powinnam...
- Monia, tyle możesz, nikomu nie zaszkodzisz! Niech się mały tez napije!!!
- To za ten Nowy Rok!!! - Kris wzniósł toast. Tuż po północy Monika poszła na górę. Poczuła się zmęczona. Kris i Sonia na dole oglądali jeszcze telewizję i rozmawiali. Szybko zasnęła. Rano wstała jako pierwsza. W domu panowała cisza. Monika usiadła na łóżku i wpatrywała się w poranne słońce. Myślała o Julianie.
- Może powinnam mu jednak powiedzieć o ciąży? Może jednak źle go oceniam... - zastanawiała się - Nie chciałabym wejść w nowy rok z takim ciężarem na sercu.. - chwilę myślała. Spojrzała na leżący obok telefon - Nie, ze swojego nie zadzwonię... - zeszła cichutko na dół, podeszła do telefonu. Rozejrzała się, jakby chciała popełnić zbrodnię. Podniosła słuchawkę, znalazła numer Juliana. Zadzwoniła. Po chwili w słuchawce odezwał się miękki kobiecy głos
- Halo? Kto mówi? - głos Sary brzmiał wyjątkowo czule...
Zamarła. Tego się nie spodziewała. Stała tak chwilę nie mogąc wydobyć słowa. W końcu z rezygnacją

169




odłożyła słuchawkę.
- A więc jednak....
Julian nie miał pojęcia o telefonie od Moniki. Kilka dni po powitaniu Nowego Roku, pakował sie i szykował do powrotu do Marsylii. Chciał tez odwiedzić rodziców w Bawarii. Cały czas zastanawiał się czy jechać też do Valensole. Nie chciał rozpoczynać roku od nieporozumień z najbliższymi przyjaciółmi. Tymczasem w Valensole Monika, Sonia i Kris spędzali czas korzystając z uroków zimowej scenerii Prowansji. Sonia zakupiła nawet sanki, którymi woził je Kris. W pobliżu znajdowało się niewielkie wzniesienie, które idealnie nadawało sie na zjeżdżalnię
- No dalej Kris! Szybciej! - krzyczała Sonia siedząc na sankach i popędzając chłopaka
- Kotku, ja jestem twoim narzeczonym, a nie koniem! - bronił się
- No jeszcze trochę... ostatni zjazd z Monią... a potem do domu.. no proszę..
- Dobra, niech będzie. Ostatni ...
Po całodziennej zabawie wszyscy skierowali się do domu. Nagle Sonia dostrzegła zbliżający się samochód. Zaczęła mu się przyglądać. Po chwili powiedziała
- O matko boska... to Julian!
Monika najpierw zbladła, a potem rzuciła się biegiem do domu
- Jezu, miało go nie być! - Sonia

170




nie wiedziała co robić - Kris zrób coś, nie pozwól mu wejść do domu!
Weszła do domu i krzyknęła
- Monika, na górę! - przyjaciółka i tak już tam była, zamknęła się w swoim pokoju. Ze swojego okna miała świetny widok na podjazd przed domem. Widziała jak Julian wysiada z samochodu.
- Witam was... - powiedział wchodząc do domu
- Co się stało że przyjechałeś? - Sonia starała się zachować spokój - Myślałam że się obraziłeś...Wejdź bo zimno...
- Tak ale pomyślałem że jesteśmy przyjaciółmi i nie powinno tak być. Chciałem przeprosić...
Julian zajrzał do salonu
- Widzę, że upiekłaś moje ulubione ciasto! - bezceremonialnie wszedł do pokoju i wziął ze stołu kawałek. Sonia prawie za nim wbiegła. Julian dostrzegł to. Spojrzał na przyjaciół
- Coś tu jest nie tak - pomyślał. Nagle usłyszał stuknięcie, jakby przekręcanie klucza w zamku
- Gości macie? - zapytał
- Nie, nie mamy. Sami jesteśmy.. - Sonia usiłowała kłamać ale kiepsko jej to wychodziło - Nikogo nie ma...
Julian spojrzał do góry potem na Krisa, który tylko spuścił wzrok
- Nieprawda! Kłamiesz! - krzyknął - Kto tu jest? Monika?!
- Nie! Tylko my! A poza

171




tym to co cię to obchodzi!?
- Monika... - szepnął i odłożył ciasto - Ona tu jest.....
Sonia wiedziała że przekonywanie go nie ma sensu. Zastąpiła mu drogę na górę
- Nawet nie próbuj! Ona nie chce cię widzieć! - wycedziła przez zęby
Julian spojrzał na nią ze wściekłością
- Nie powstrzymasz mnie... odsuń się! - krzyknął
- Julian nie przeginaj! - Sonia nie zamierzała ustąpić - Chciałeś sie pogodzić..
- Nie odpuszczę... Chcę tylko porozmawiać... To aż tak dużo?
- Ona nie chce z tobą rozmawiać...
- Skąd wiesz?! - Julianowi puściły nerwy - Zresztą nie ciebie pytam! - złapał ręce Soni, oderwał od poręczy i wbiegł na schody. Złapał za klamkę do pokoju Moniki. Drzwi były zamknięte
- Otwórz! - krzyknął ale za drzwiami panowała głucha cisza - No otwieraj! - krzyknął jeszcze głośniej - Monika, czy ja o aż tak wiele proszę? - wyszeptał i osunął się po ścianie - Czemu ty mną tak pomiatasz? - siedział tak chwilę w milczeniu. Wszystkiemu przyglądali się Sonia i Kris gotowi interweniować gdyby Julian chciał posunąć się w swoich poczynaniach jeszcze dalej. Spojrzał na nich z wyrzutem i powiedział
- Spokojnie, nie

172




będę wyłamywał drzwi... Niech robi co chce... - wstał zrezygnowany, jeszcze raz spojrzał na drzwi, zszedł po schodach mijając zdumionych przyjaciół. Stanął na chwilę, spojrzał na Sonię - A ciebie przepraszam... - to mówiąc wyszedł z domu, wsiadł do auta i odjechał. Monika widziała jego rezygnację gdy wyszedł na zewnątrz. Było jej przykro ale nie mogła pozwolić by dowiedział się o ciąży, a tego nie byłaby w stanie ukryć. Zupełnie straciła dobry humor. Do tego ostatnio coraz częściej doskwierały jej huśtawki nastroju. Ciężko jej z tym było gdyż, pomimo wielu życiowych przeszkód, była osobą pogodną i wesołą
- Musisz już jechać? Zostań jeszcze... - Sonia była niepocieszona patrząc na Monikę domykającą ledwo walizkę
- Soniu muszę. I tak długo u was siedziałam. Poza tym już za kilka dni do pracy. Lepiej będzie jak już pojadę
- Dobrze, niech ci będzie. Jutro zawieziemy cię na lotnisko...
Monika po przekroczeniu progu mieszkania opadła na kanapę.
- Boże, ale jestem zmęczona.. - pomyślała - Muszę się dziś wcześnie położyć spać... Za dwa dni do pracy...
- Mam nadzieję że nie będziesz przeszkadzać? -

173




pogładziła się po brzuchu i uśmiechnęła
Julian w zamyśleniu przemierzał zaśnieżone pola w drodze z Valensole do Marsylii. Zrobiło mu się przykro. Poczuł jak z oczu płyną mu łzy. Próbował sam sobie tłumaczyć, że przecież to tylko dziewczyna, jedna z wielu.... Że przecież wokół są inne...Ale nie, ona była inna. I ta "inność" właśnie była taka fascynująca. Ta uczciwość i niewinność. Teraz jednak zaczął w to wątpić. Przecież gdyby była taka uczciwa to by z nim porozmawiała. Co by na tym traciła? Przespali się ze sobą kilka razy. Sam usiłował sobie wybić Monikę z głowy. Chciał przestać o niej myśleć. Chciał myśleć o czymkolwiek innym ale nie o niej. Jechał droga którą kiedyś przemierzał w drodze z Monako do Valensole. I ona z nim jechała. Pamiętał jak bardzo cieszyła się ze wszystkich szczegółów krajobrazu, do których on przywykł, nawet ich nie dostrzegał. A ona była zauroczona. Umiała znaleźć pozytywy we wszystkim. Dla niej świat był piękny, fascynujący, wspaniały. Gdyby jej bliżej nie znał pomyślałby że takie myślenie cechuje tylko osoby po narkotykach. Ale ona była materialna i

174




rzeczywista. Co się więc takiego stało że nie porozmawiała z nim? Najwidoczniej chciała poważnego związku... No ale przecież on - młody, utalentowany biznesmen, nie będzie się pakował w małżeństwo. A może jednak warto by już o tym pomyśleć? Z zamyślenia wyrwał go klakson ciężarówki jadącej z przeciwka, na której pas ruchu wjechał.
- Boże, ja się przez nią zabije... Muszę się czymś zająć....
Julian jeszcze kilka dni spędził w domu. Wrócił do pracy. W sekretariacie juz od rano krzątała się Janette. Siedziała i przeglądała pocztę firmową.
- Szefie, ma pan sporo wiadomości... I tak sobie myślę, że hmm... nie wiem komu pan tego maila podawał ale wyglądają na prywatne... - Janette spojrzała na niego czerwieniąc się - Myślę, że powinien pan osobiście te wiadomości przejrzeć...
Julian osłupiał.
- Komu do cholery ja tego maila podawałem? - nie mógł sobie przypomnieć
- Już sprawdzam.. - wszedł do gabinetu i włączył laptop, zaczął sprawdzać wiadomości - O boże... Kurwa, jakim cudem... - Julian bladł coraz bardziej oglądając zdjęcia z Chamonix. Widnieli na nich znajomi, zdjęcia były z imprez suto

175




zakrapianych alkoholem. Od razu było widać, że osoby ze zdjęć trzeźwe - delikatnie mówiąc - nie były. Nagle pobladł jeszcze bardziej... Na kilku ostatnich zdjęciach była Sara. Naga....Z nim. Zakrył dłońmi twarz i krzyknął
- Janette!! - dziewczyna wbiegła do gabinetu z trudem zachowując powagę - Co się stało?
- Janette... - powiedział spokojnie zaczynając panować nad sytuacją - Widziałaś wszystkie zdjęcia?
- A chce pan usłyszeć prawdę czy wersję oficjalną? - spytała ale zaraz dodała - No przepraszam... wszystkie...
Ukrył twarz w dłoniach. - Kurwa, rozdawałem wizytówki.... - przypomniał sobie
- Dobrze Janette, jak widzisz miałem udanego sylwestra - powiedział poważnie - Mam nadzieję że ty również...
- No też miałam udanego ale takimi zdjęciami nie mogę się pochwalić - roześmiała się - Ale wie pan jak to jest, Oliwera rodzice tradycyjni więc kolacja, szampan i za bardzo nie poszaleje człowiek... Ale potem poszliśmy do mnie i wtedy to już była impreza!!!!
- No więc kochana Janette, sylwester był, Nowy Rok też, a teraz Oliwer i imprezy idą w odstawkę a, my bierzemy się do pracy. Pogoń mi tam tych gamoni, żeby

176




przygotowali oferty wolnych apartamentów i mieszkań w Szwajcarii... Może ja coś tam kupię?
Tak więc Julian chcąc zapomnieć o wydarzeniach ostatnich tygodni rzucił się w wir pracy. Starał się nie myśleć o Soni, Krisie, Monice, Chamonix i Sarze. Chciał się odciąć od tego chociaż na chwilę. Miał wrażenie że ostatnie pół roku było dla niego niczym kolejka górska. Doświadczył tyle emocji, że na najbliższy rok mu starczy. Wieczorami oglądał filmy nie wymagające wysiłku intelektualnego, brał tabletki nasenne, bo źle sypiał...Ale czuł, że ta aktywność daje mu zapomnienie. Tak chciał zapomnieć o Monice...
- Kochani moi, spokój!! Proszę o ciszę! - Monika przekrzykiwała rozrabiające dzieci - Teraz sobie pokolorujemy obrazki dopóki nie przyjdzie pani Joasia, zapraszam do stolików - Monika rozdała dzieciom obrazki i kredki
- A proszę pani kiedy pani będzie miała dzidziusia?- zapytał Tomek. Monika uśmiechnęła się czule i pogładziła chłopca po głowie
- Już za cztery miesiące...
- A będzie chłopczyk? - dopytywało dziecko
- Nie wiem.... To będzie niespodzianka...
- A moja mamusia tez ma w brzuszku braciszka. I ja się nim będę

177




zajmowała jak sie urodzi - powiedziała Zosia - Będę się z nim dzieliła zabawkami...
Monice zrobiło się duszno. Podeszła do okna i otworzyła je - Słabo mi... coraz częściej... - pomyślała - Mam już dość....Czuję się taka zmęczona....
- Dzień dobry dzieci! - w sali rozległ się głos Joasi - Cześć Monia...
- Cześć... Dobrze że już jesteś bo coś mi dzisiaj słabo...
- Monika, ja tam nie wiem, ale ty coraz bledsza, słabsza.... to normalne nie jest... zrób badania... nie wiem jakie... Zobacz że coraz częściej ci słabo, gorąco, płaczesz po kątach... Dziewczyno zanim urodzisz to się wykończysz...
Sonia siedziała w salonie grzejąc stopy przy kominku i oglądając katalogi z sukniami ślubnymi. Nie mogła się zdecydować.
- Kochanie, wiesz co wymyśliłam - zwróciła się do Krisa - Że ślub będzie latem, więc postawimy w ogrodzie jakiś niewielki namiot... wiesz będzie ozdobiony szyfonem, kwiatami i takimi innymi duperelami... I tak nawet nad menu się zastanawiałam... I wpadłam na pomysł, że zakupimy wino. Znaczy więcej wina niż wódki. Bo jak się towarzystwo popije to będzie koniec zabawy. A winem się wolniej spiją. I

178




wymyśliłam, że to wino zakupimy z tej pobliskiej winnicy. Wiesz, z tej Frossarda, czy jak mu tam było... Tego co niedawno zmarł. Teraz winnicę przejęły jego dzieci - syn i córka. To niech sobie dorobią. Co myślisz?
- Uważam kotku że to świetny pomysł... Szkoda tego dziadka... był taki sympatyczny...
- Wiem...Lemaire mi o nim opowiadał... Poczciwy człowiek....Wiesz, że w 1944r. znajdował się w desancie francuskich żołnierzy z polskiego okrętu "MS Batory", który został oddany do dyspozycji aliantów? Lemaire mi mówił...
- Poważnie? Tego nie wiedziałem... - odparł z zaciekawieniem Kris. Nagle zadzwonił telefon. Sonia sięgnęła po słuchawkę.
- Monia? - zapytała rozentuzjazmowana - No co tam kochana u ciebie?... Nie płacz... Co się stało?... Acha, nic się złego nie stało?... Czyli że tylko doła masz... Ano z tym złym samopoczuciem to do lekarza... Nie wkurzaj mnie! Rzuć to w cholerę! Możesz! Tu przyjedziesz... Dobrze, nie będę cię na siłę ciągnąć... ja cię tylko namawiam.... Wie, masz rację, mi łatwo mówić... Kurwa, Monia, za dwa tygodnie jestem w Krakowie! Nie, mam w dupie twoje zdanie! Zostanę do maja! Pitu pitu

179




tra la la... już ja wiem jak to ty się dobrze czujesz więc mi bajek nie opowiadaj! Wiem, że mieszkanie małe ale hotele mają większe... Tak Moniu, przyjeżdżam... Nie, już mnie od tego pomysłu nie odwiedziesz... No to pa słoneczko... Ciocia Sonia za jakieś dwa tygodnie przyjedzie! Buźka! - Sonia z uśmiechem odłożyła słuchawkę i powiedziała czule do Krisa - Kotku, zdaje mi się że przez kilka miesięcy będziesz słomianym wdowcem..
- Wdowcem? Jeszcze mężem nie zostałem, a ty mnie wdowcem robisz... Naprawdę chcesz na tyle jechać?
- Tak. Ja wiem, że ona mi nawet połowy nie mówi tego co się dzieje, bo wie że bym się martwiła. Dlatego ja juz umiem czytać między wierszami... Jeszcze muszę parę spraw załatwić, przygotować ci zamrażarkę, żebyś gotować nie musiał... Akurat spokojnie to zrobię i za dwa tygodnie polecę. Tam sobie wynajmę jakiś samochód i będzie dobrze. A skarbie - tu popatrzyła czule w oczy Krisa - Przelejesz mi na konto trochę pieniędzy.... No w sensie że więcej bo musze hotel i auto opłacić... - wiedziała że taki ton i "oczy spaniela" zawsze na Krisa działają
- Boże, to tragedia... Ja ci nie umiem

180




niczego odmówić.... Puścisz mnie z torbami...
Sonia zmęczona, weszła do pokoju hotelowego. - Jutro pojadę do Moniki, wynajmę auto... Póki co, padam na pysk... - pomyślała i poszła do łazienki.
Dwa tygodnie minęły bardzo szybko i Sonia zawitała do Krakowa. Chciała zrobić Monice niespodziankę więc nie powiadomiła jej o dokładnej dacie przyjazdu. Poszła, wypożyczyła auto i pojechała do Moniki pod przedszkole. Zauważyła jej postać w oknie. Pomyślała, że poczeka. Minęła godzina i przyjaciółka wyszła z pracy. Sonia zaparkowała po drugiej stronie ulicy, wysiadła i już miała krzyknąć na koleżankę ale stanęła i chwilę się jej przyglądała. Była zima. Śnieg. Mróz. A Monika w cienkim płaszczu i półbutach. Sonia poczuła jak napływają jej do oczu łzy. Wytarła je pospiesznie
- Monika!!! - zawołała - To ja! Chodź kochana, tu jestem! - zaczęła machać. Monika dostrzegła ją i przebiegła pomiędzy samochodami. dziewczyny padły sobie w ramiona. Sonia spojrzała na jej brzuch
- Urósł....
- Tak, jest większy a mi coraz ciężej...
- Wiesz co, musisz jeszcze przecierpieć... jedziemy na zakupy!
- Przestań.... nie żartuj...
-

181




Jedziemy! Wsiadaj!
Sonia czuła się szczęśliwa kupując Monice odzież i obuwie. Ta z kolei czuła się zażenowana. Kiedy przyjechały do mieszkania Moniki jeszcze raz wszystko oglądały
- Popatrz, w tym zielonym sweterku będziesz wyglądała cudnie. A ta sukienka to do dziewiątego miesiąca ci starczy bo popatrz, tu się ją reguluje. A te kozaczki przymierz! Na ciebie są super... No laska...
- Ale to chyba po porodzie.. bo szpilki odpadają....
- Dobrze, a teraz zrobimy porządek w szafie - to mówiąc Sonia podeszłą do szafy i zaczęła z niej wyrzucać wszystkie ubrania...
Sonia codziennie spotykała się z przyjaciółką. Spędzały większość czasu razem. Sonia pomagała w gotowaniu, sprzątaniu, zakupach. Monika coraz gorzej znosiła ciążę. Sonia to widziała ale już nie miała cierpliwości by mówić o zwolnieniu lekarskim i rzuceniu pracy. Monika konsekwentnie odmawiała nawet dyskusji na temat odejścia z pracy. Kris niemalże codziennie wydzwaniał do narzeczonej zdając jej relację z wydarzeń w Valensole. Kiedyś nawet wpadł Julian ale powiedział mu że Sonia pojechała do miasta. Uwierzył. Julian zresztą odciął się zupełnie od życia

182




towarzyskiego. Stał się pracoholikiem. Obracał dużymi pieniędzmi, jeździł po świecie, jednak były to wyjazdy służbowe, z których nie czerpał korzyści ani komfortu. Tak mijały miesiące....
Monika od rana nie czuła się dobrze. Było jej słabo i ciężko jej się było poruszać. Myślała nawet o tym by wziąć wolne ale Joasia miała jakiś ślub w rodzinie i musiała wyjechać na kilka dni. Nie mogła więc i ona wziąć wolnego. Przeprowadziła zajęcia z dziećmi. Rozrabiały strasznie, pomyślała, że spróbuje spożytkować ich energię w jakiś sensowny sposób.
- Kochani, pośpiewamy i poskaczemy trochę. Pamiętacie piosenkę o choineczkach?
Włączyła odtwarzacz. Z głośników popłynęły pierwsze słowa piosenki
- "Wiosna radosna, hop sa sa, hop sa sa..."
Kiedy piosenka się skończyła Monika z trudem podeszła do biurka i oparła się o krzesło. Ból stawał się coraz silniejszy. Zrobiło jej się czarno przed oczami. Złapała się za brzuch i osunęła na podłogę. Rozejrzała się, w pobliżu stała Zosia i wpatrywała się w nią z zainteresowaniem
- Proszę pani, co się pani stało?
Monika złapała Zosię za rękę.

183




Wyszeptała
- Zosiu, zawołaj panią dyrektor albo panią Krysię... Szybko...
Dziewczynka wybiegła i pobiegła do gabinetu dyrektorki.
- "Boże, ja chyba rodzę - pomyślała Monika - Jezu, to za wcześnie.. Wody mi odeszły... - Sięgnęła do torebki i wyjęła telefon. Chciała zadzwonić po pogotowie. Jednak nie była w stanie wybrać numeru. Kurczowo zacisnęła dłoń, jakby chciała się złapać telefonu niczym tratwy ratunkowej. Do sali przybiegła dyrektorka
- O Matko Boska... - krzyknęła - Monika, dziewczyno, ciebie ratować trzeba...! - wybiegała na korytarz i krzyknęła z całych sił - Dzwońcie po pogotowie!!!
Monika pomyślała, że dyrektorka panikuje. W końcu to poród. Popatrzyła na spódnicę spodziewając się mokrej plamy. Zobaczyła jednak wielką kałużę krwi. To było ostatnie co widziała. Zemdlała. Kiedy się ocknęła zorientowała się, że jest w karetce. Wokół niej znajdowali się ratownicy ubrani na czerwono..
- Co mi się... Jestem w ciąży....
- Tak, wiemy. Spokojnie, jesteśmy w drodze do szpitala...
W tle usłyszała sygnał karetki. Spojrzała, w jej dłoni nadal tkwił telefon.
- Muszę zadzwonić...
- Proszę pani, nie

184




teraz...
- Ja muszę... - jednak nie była w stanie wybrać numeru. Popatrzyła na siedzącego najbliżej mężczyznę - Bardzo proszę.. - podała mu telefon - Tam jest numer... Sonia... Proszę... - mężczyzna nie miał sumienia jej odmówić. Znalazł numer Soni, wybrał i podał Monice słuchawkę.
Sonia usłyszała dzwonek telefonu i zobaczyła numer Moniki. Od razu oprzytomniała i odebrała:
- Tak Monisiu? Jesteś już po pracy?
- Sonia... - w słuchawce odezwał się ledwo słyszalny głos Moniki - Wody mi odeszły... Jadę do szpitala... Przyjedź...
- Juz kochana. Daj mi chwilkę. Zaraz tam będę!! - Sonia rzuciła telefon, zerwała się, nigdy się tak szybko nie ubrała i pierwszy raz w życiu wyszła z domu bez makijażu. Wsiadła szybko do auta i ruszyła z piskiem opon
- Jedź kurwa!!! Co się rozglądasz!!! - darła się już stojąc na pierwszej krzyżówce, jako że przejechanie przez centrum miasta stanowiło spore wyzwanie - Kto ci pindo dał prawo jazdy!!!?? Nie machaj mi łapą bo do ciebie wyjdę!
Ostatnie sto metrów pokonała przez szpitalny trawnik omijając kilka aut oczekujących na wjazd na parking. Wpadła jak burza na oddział położniczy.

185




Przejrzała wszystkie sale ale Moniki nie znalazła.
"- Co jest, do cholery? - pomyślała - Przecież chyba jej na pediatrii nie położyli?". Weszła do dyżurki pielęgniarek
- Proszę pani, ja szukam mojej koleżanki, niedawno ją przywieźli. Zaczęła rodzić...
- No jak nie ma jej tutaj to niech pani sprawdzi na patologii ciąży...
- Patologii ciąży??
- Tak, to jest piętro niżej... po prawej stronie... będzie napisane nad wejściem.
Sonia nie pamięta jak pokonała schody. Doszła do drzwi, nad którymi widniał napis. Brzmiał tak złowieszczo. Nie chciała chodzić po salach. Zwyczajnie się bała. Poszukała gabinetu lekarza, zapukała i nie czekając na zaproszenie, weszła do środka
- Dzień dobry panie doktorze. Ja szukam mojej koleżanki. Niedawno ją przywieźli. Prosiła, żebym przyjechała. Nazywa się Monika....
- Acha, taka drobna brunetka? - przerwał jej lekarz - A pani jest kimś z rodziny?
- Nie, ona nikogo tu nie ma. Jestem jak rodzina. Proszę mówić...
Lekarz patrzył chwilę na Sonię, jakby się zastanawiając czy powinien.
- Pani przyjaciółka poroniła. Niestety, mimo naszych starań dziecka nie udało się uratować. Ledwo ją

186




odratowaliśmy. Jest po operacji... Ale proszę się nie martwić. Może mieć jeszcze dzieci...
Sonia stała jak oniemiała. Powoli opadła na krzesło. Zaczęły do niej docierać słowa lekarza. Popatrzyła na niego i cicho powiedziała
- Co mi pan tu kurwa pierdoli? Jak to "nie udało sie uratować"?? Nawet ja wiem, że dziecko w siódmym miesiącu może żyć poza organizmem matki...
- Ja pani mówię, że zrobiliśmy naprawdę wszystko. Doszło do przedwczesnego odklejenia łożyska... Nie mięliśmy szans...
- Czy ona wie?
- Nie, jeszcze się nie wybudziła z narkozy
- Boże, jak ja mam jej to teraz powiedzieć?
- Jeśli pani chce to my możemy to zrobić...
- Nie, nie trzeba... Poradzę sobie.. Do widzenia...
Sonia wyszła, osunęła się po ścianie i rozpłakała.
- Czy pani jest słabo? Coś się stało? - zapytała przechodząca obok pielęgniarka
- Nie, nie, wszystko w porządku... A może wie pani... Może mi pani powiedzieć gdzie leży ta pacjentka co ją niedawno przywieźli? Ta co poroniła...
- A, ta...sala numer 6... tak mi tej dziewczyny szkoda... to juz siódmy miesiąc chyba był... - pielęgniarka była wyraźnie poruszona. Sonia wstała, powoli

187




doszła do drzwi wskazanych przez pielęgniarkę. Lekko je pchnęła. Zobaczyła leżącą na łóżku Monikę. Bladość jej twarzy zlewała się z bielą pościeli. Sonia przysunęła krzesło, usiadła, ukryła twarz w dłoniach i znów się rozpłakała . "Boże, co ja mam jej teraz powiedzieć? Jak? Po co tyle pracowała? Powinna leżeć. Czemu jej na to pozwoliłam? To moja wina. Co teraz będzie?" - myślała. Jedyny plus, że Julian o niczym nie wie....
Monika nieprzytomnie poruszyła głową. Sonia szybko wytarła oczy. Nie mogła widzieć, że płakała. Monika rozejrzała się ospale po sali i zatrzymała wzrok na Soni
- Co, dziecko się pospieszyło... - delikatnie się uśmiechnęła - Chłopak czy dziewczynka? Chcę je zobaczyć. Ciekawe do kogo jest podobne? Kiedy mi je przyniosą?
Sonia nic nie odpowiedziała bo nie bardzo wiedziała, co w takiej sytuacji będzie odpowiednie.
- Kochana, nie masz pojęcia jak szybko tu dojechałam! - odparła dając sobie jeszcze trochę czasu na ułożenie wszystkiego w głowie - Jak nic rekord prędkości!
Monice uśmiech zniknął z twarzy.
- Sonia, gdzie jest moje dziecko? - zapytała powtórnie, ale ton jej głosu

188




był juz zupełnie inny. Sonia siedziała jeszcze chwilę wpatrując się tępo w podłogę.. Nie była w stanie popatrzeć na przyjaciółkę
- Nie ma dziecka - powiedziała - Poroniłaś - popatrzyła na Monikę - Ale nie martw się, lekarz powiedział, że możesz mieć dzieci, jeszcze będziesz miała dużo dzieci, młoda jesteś i silna. Znajdziesz lepszego ojca dla nich niż Julian... - wyrzucała z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego
- Jak to nie ma?! Co ty mówisz??!! Gdzie jest moje dziecko?! Oddajcie mi dziecko!! - Monika złapała Sonię za sweter i usiłowała wstać. Ból był jednak tak duży, że bezwładnie opadła na poduszkę. Chciała zapłakać ale i płacz sprawiał jej ból. Utkwiła wzrok w suficie, a z oczu zaczęły jej płynąć łzy. Jedna za drugą. Sonia zrozumiała, że do przyjaciółki dotarło to co się stało.
Julian siedział w swoim biurze i wpatrywał sie w okno. Na drzewach pojawiły się pierwsze liście, zielona trawa zaczęła pokrywać szare do tej pory place. Wiosna w pełnej krasie ale nie potrafił się tym cieszyć. Był zamyślony. Tęsknił za Moniką. Nie było dnia by o niej nie myślał. Postanowił, że skoro nie

189




chce go widzieć to widocznie idąc z nim do łóżka nic do niego nie czuła. Poczuł się oszukany. Usłyszał pukanie do drzwi.
- Proszę..
Do pokoju weszła Janette
- Szefie, tu mam te zdjęcia domów o które pan prosił. Jeśli pan zadecyduje to wyśle je do klientów zgodnie z ustaleniami...
Popatrzył na nią. Janette była niezastąpiona w sprawach służbowych.
- Coś pan taki ostatnio smutny chodzi... - podeszła do niego, stanęła za jego plecami. Położyła dłonie na jego ramionach i zaczęła je masować - Zrobię panu masaż to się pan trochę zrelaksuje i odpręży...
- Nic z tego nie będzie Janette. Nie dostaniesz teraz urlopu... - odparł beznamiętnie nie odrywając wzroku od okna. Jej dłonie zamarły. Odwrócił się do niej - Myślę, że powinnaś wrócić do swoich obowiązków - popatrzyła na niego zawiedziona i skierowała się w stronę drzwi
- Pan to jest... a ja tu siedzę cały czas... - żaliła się próbując wziąć Juliana na litość
- Właśnie dlatego kiedy wyjeżdżam nie mogę biura zostawić pod inną opieką niż twoja... Po prostu za dobra jesteś Janette... Acha i jeszcze jedno - dodał - Pojutrze wyjeżdżam na kilka dni.

190




Przygotuj tylko najważniejsze sprawy. Reszta może poczekać. Będę pod telefonem..
- Tak, oczywiście - wyszła i zamknęła za sobą drzwi. Wziął telefon do ręki
- No cześć stary! Będę niedługo w pobliżu to wpadnę...Tak, mam trochę mniej pracy - skłamał, bo akurat miał jej coraz więcej - To postanowiłem, że was odwiedzę. No to na razie. Będę za jakieś dwa dni...
Odłożył słuchawkę, uśmiechnął się do siebie. "Trochę się rozerwę, tego mi trzeba..." - pomyślał
Kris wyjrzał przez okno. Pod dom zajechało auto Juliana. Jego przyjazdy znienacka stały sie juz taką rutyną, że wrócił do swojego zajęcia. Właśnie otwierał kolejne opakowanie zupy w proszku. Julian wpadł do domu jak do siebie
- Cześć, jak tu u was już pięknie. Nie to co pochmurna Szwajcaria. Co ty robisz? Gdzie Sonia?
- Obiad sobie robię - odparł zalewając proszek wrzątkiem. Julian z obrzydzeniem zajrzał do kubka
- Jesz to świństwo? Sama chemia, strzelisz w kalendarz, a w najlepszym razie się rozchorujesz. Co, Sońka zastrajkowała i przeszedłeś na własną kuchnię? - zapytał rozbawiony. Kris odstawił kubek, spojrzał z powagą na Juliana
- Rozgość

191




się, a jak się rozpakujesz, to przyjdź - Kris nie tryskał entuzjazmem i wydawał się poirytowany - Może będę tego żałował ale cię kurwa, ktoś w końcu musi uświadomić bo ja juz mam tego dość... Idź się rozpakuj...
Julian rzadko widywał Krisa w takim stanie. Poszedł po rzeczy i z grobową ciszą przenosił je do pokoju. Zszedł do kuchni, usiadł przy stole gdzie Kris usiłował jeść coś, co miało być pomidorową, a wyglądało jak wodnisty ketchup
- No to słucham. A tak w ogóle gdzie Sońka?
- Soni nie ma. Jakby była to bym tego świństwa nie wpierdalał. A wpierdalam poniekąd przez ciebie...
- Przeze mnie? Chyba jaja sobie robisz! Co ja mam z tym wspólnego, że cię Sońka zostawiła? Rzuciła cię czy jak?
- Sonia jest w Polsce. Juz ponad miesiąc. U Moniki...
- No i? Chciało jej się? Tak się stęskniła?
- Pojechała jej pomóc. Monika jest w ciąży...
- W ciąży? O, to widzę że poznała kogoś - powiedział siląc się na naturalność podczas gdy naprawdę poczuł się dotknięty.
- Siódmy miesiąc... Mówi ci to coś idioto? Nadążasz? - Krisowi wyraźnie kończyła sie cierpliwość.
- Siódmy? - Julian zaczął kalkulować - To

192




znaczy, że jeszcze wtedy... to jakoś wrzesień musiał być...
- No... dobrze kombinujesz... Jakieś wnioski?
Julian wyprostował się na krześle. Zaczęło do niego wszystko docierać. Nie umiał wykrztusić z siebie słowa. Tysiące myśli kłębiło sie w jego głowie.
- To ja będę ojcem... - wybełkotał ledwo słyszalnym głosem. Kiedyś taka informacja wywołałaby u niego przerażenie. O dziwo, pomyślał, że wreszcie będzie miał dom...
- Tak, więc wypadałoby, żebyś się w końcu ogarnął. Skończyłeś trzydziestkę, nie jesteś już gówniarzem Julian... Pamiętaj w kwestii ojcostwa - nie ten ojcem, kto zrobił ale kto wychował. Nie pozwól by twoje dziecko wychowywał jakiś inny facet. Pomyśl o tym, wyciągnij wnioski... - Kris wziął kubek i wyszedł do ogrodu. Julian siedział w milczeniu przy stole usiłując pozbierać myśli. Monika jest w ciąży, on będzie ojcem. Sonia pojechała jej pomagać. W czym kurwa? Siódmy miesiąc? To co, urodziło sie już, czy jak? I jest tam juz miesiąc?
Zerwał sie i wybiegł do ogrodu, gdzie Kris właśnie wylewał zupę pod drzewo.
- Jakie paskudztwo! Nie da się tego jeść! Ogórkowa była lepsza...
Julian

193




doskoczył do niego, złapał za ramiona, potrząsnął
- Czy dziecko się już urodziło?! Chłopiec czy dziewczynka?! W czym Sońka jej tam pomaga?! - trzepał Krisem jak wypchaną lalką.
- Odczep się! - Kris energicznym ruchem odepchnął przyjaciela - Nie urodziło się! Nie wiem czy chłopiec, czy dziewczynka, czy bliźniaki! Wiem tylko, że Monika bardzo źle znosi ciąże, a nie chce przerwać pracy bo sie boi, że ją zwolnią. Sonia ją prosiła i tłumaczyła, żeby do nas przyjechała i tu urodziła ale nie chciała bo się bała, że ciebie tu spotka! Powiedziała, że nie chce żebyś wiedział bo masz swoje życie i nie ma w nim miejsca dla niej i dziecka! Bała się, że będziesz ją namawiał na aborcję, a sama jak się dowiedziała to był to juz trzeci miesiąc...!!!
- Aborcji???!!! - Julian nie wierzył w to co usłyszał - To ona mnie naprawdę uważa za skurwysyna...
- No sam przyznasz, że ma podstawy. Sorry stary, ale chyba nikt nie widzi w tobie dobrego kandydata na ojca i głowę rodziny. Popatrz na siebie. Jak ty żyjesz? Z kwiatka na kwiatek. Z iloma spałeś od kiedy Monika wyjechała? Możesz powiedzieć z czystym sumieniem, że ją kochałeś

194




kiedy szedłeś z nią do łóżka? - Kris nie czekał na odpowiedź tylko kontynuował - Nie masz domu, ciągle w hotelach, nigdzie miejsca nie umiesz zagrzać. Czasem odnoszę wrażenie, że nasz dom jest również twoim. Przyjeżdżasz kiedy chcesz, jak do siebie i nawet ani razu nie spytałeś czy my z Sonią nie mamy innych planów, czy nie chcemy gdzieś wyjechać? A zapewniam cię, że były takie sytuacje. A co zrobiłeś kiedy wyjechaliśmy do Paryża? Łgałeś jak pies wciskając Monice kit, że o twoim przyjeździe wiemy.
Z każdym kolejnym słowem Kris miał coraz mniej cierpliwości. Julian widział, że narasta w nim gniew. Na zakończenie Kris spojrzał na niego i powiedział:
- Mimo to jestem twoim przyjacielem i zależy mi byś i ty miał szanse na szczęście. Czy ją wykorzystasz to już twoja sprawa. Z pewnością dostanie mi się za to, że ci powiedziałem. Ale trudno. Przeżyję to jakoś. Przemyśl to dobrze. Decyzji, jakie teraz podejmiesz nie da się cofnąć...
Po tej trudnej dla obu rozmowie siedzieli przez dłuższy czas w zupełnej ciszy. Każdy z nich myślał o czym innym.
- Muszę do niej pojechać! - ożywił się - Teraz będę stał pod oknem

195




i śpiewał serenady jeśli ze mną nie porozmawia - cieszył się. Pomyślał jak kiedyś był u kolegi, który miał syna. Widział, jak chodził z małym na ryby, jak razem budowali zamki z piasku i bawili się kolejką. I podobało mu się to. Teraz i on tak będzie mógł zrobić. A jak będzie dziewczynka? Z pewnością będzie tak piękna jak jej matka. Wolałby, żeby była podobna do niej, a nie do niego. Kurcze, będzie chodził an występy do szkoły, a z czasem pilnował czy nie kręcą się przy niej jacyś chłopacy.. Będzie pilnował, żeby nie poznała takiego jak on... Zrobiło mu sie smutno bo uświadomił sobie, jak bardzo nie nadaje sie na partnera dla kobiety.
- Wiesz co - zaczął Julian patrząc w dal - Ja się będę zbierał...
- Przecież dopiero przyjechałeś... - zdziwił sie Kris
- Załatwię parę spraw i pojadę do Polski.... - Kris popatrzył na niego i sie uśmiechnął
- Dobra decyzja...Poczekaj, coś ci pokażę. Kris wszedł do domu i wrócił trzymając w ręku ramkę ze zdjęciem.
- Popatrz
Julian spojrzał. Na zdjęciu zobaczył Monikę w widocznej ciąży. Stała w zielonej sukience w kolorowe kropki trzymając rękę na brzuchu i

196




uśmiechając się do obiektywu. Na dole widniał odręczny napis "Z pozdrowieniami dla rodziców chrzestnych - od nas obojga...". Była taka promienna i radosna.
- Dasz mi to zdjęcie? - zapytał
- Co ty stary, Sonia by mnie zabiła. To dla niej niemalże jak relikwia. Ta ramka stoi na jej stoliku przy łóżku, zaraz koło mojej...
- A powiedz mi jeszcze jedno... Czy wtedy... Zimą... Czy ona...
- Nie chciała, żebyś widział, że jest w ciąży... Prawdopodobnie tylko dlatego z tobą nie porozmawiała, bo ukryć tego by się już nie dało....
Julian wstał i z powrotem zapakował wszystko do auta. Pojechał. Wiedział, że musi jeszcze załatwić najważniejsze sprawy służbowe. Planował dłuższy pobyt w Polsce. Przynajmniej kilka miesięcy. Całą drogę do Marsylii przebył układając plan pobytu w Polsce. Był szczęśliwy. Wierzył, że teraz się wszystko ułoży. Będzie dziecko więc na pewno z nim porozmawia. On jej wszystko wytłumaczy... Będzie dobrze....
Kris siedział w ogrodzie i rozmyślał nad tym co się wydarzyło poprzedniego dnia. Wreszcie Julian stanął na wysokości zadania. Wreszcie dorósł i dojrzał. Teraz będzie szczęśliwy z

197




Moniką, tak jak on z Sonią. Zazdrościł mu, że pierwszy zostanie ojcem, chociaż nic na to nie wskazywało... Wykręcił numer Soni bo juz od kilku dni się nie odzywała i nie odbierała od niego telefonów - Pewnie latają po sklepach i wykupują wszystko ze sklepów dla niemowląt - uśmiechnął się do siebie
- Cześć kochanie - powiedział gdy w słuchawce usłyszał głos Soni
- Cześć... - jej głos był smutny i cichy
- No co tam u was słychać?
- Nic..
- No jak to nic? A nie uwierzysz, kto tu wczoraj był. Julian przyjechał. Wiesz, pomyślałem, że trzeba wreszcie oczyścić sytuację. Powiedziałem mu, że Monika jest w ciąży i będzie ojcem. Nawet nie wiesz jak się ucieszył! Posiedział chyba z godzinę, a potem pojechał. Powiedział, że jedzie do Marsylii załatwić najpotrzebniejsze sprawy, a potem do Polski. Więc kochanie, chyba nam się najpierw chrzciny kroją.. Pewnie będziesz matką chrzestną... - Kris mówił to z takim entuzjazmem, że nie była w stanie mu przerwać. Kiedy skończył zapanowała cisza
- Sonia, jesteś tam?
- Jestem... Boże, Kris, coś ty najlepszego zrobił... Nie mogłeś zrobić nic gorszego... Po co ty mu to

198




mówiłeś....? Jezu, co teraz będzie.... Powiedz mu, żeby tu nie przyjeżdżał...
- Czemu?! - Kris nie mógł zrozumieć dlaczego Sonia broni tego Julianowi, poczuł się w obowiązku ująć za nim skoro zmądrzał - Ja wiem, że wielokrotnie cię wnerwiał, ale chyba ma prawo zobaczyć swoje dziecko i się wytłumaczyć.. Wie gdzie mieszkasz, w którym hotelu się zatrzymałaś...
- Ty nic nie rozumiesz... Monika wczoraj poroniła... Nie ma do czego jechać... Rozumiesz?
- O Boże.... - Krisowi odjęło mowę - A on się tak cieszył...
Julian siedział w swoim apartamencie i wpatrywał się w ogień tańczący w kominku. Wziął telefon do ręki i wybrał numer
- Halo, tato? No, to ja... Chciałem was odwiedzić. Mam wam coś ważnego do powiedzenia. Nie... nie jestem chory i nic mi nie dolega. To nic złego... Będę jutro lub pojutrze. To do widzenia, ucałują mamę...
Uważał że bycie ojcem to duża zmiana w jego życiu więc i rodzice powinni wiedzieć że zostaną dziadkami. Wybrał jeszcze jeden numer
- Janette przepraszam, że dzwonię tak późno. Jutro wyjeżdżam do Niemiec na kilka dni. Do rodziców. W razie czego jestem pod telefonem. Wszystkie spotkania

199




umawiaj na przyszły tydzień. Do widzenia... - uśmiechnął się do siebie - I pozdrowienia dla Oliwera
Poszedł spać wcześniej niż zwykle. Chciał wyruszyć rano by zdążyć wieczorem być u rodziców. Postanowił jechać autem aby mieć więcej czasu na przemyślenia.
Rodzice Juliana mieszkali w jednej z urokliwych miejscowości Bawarii. Wokół rozpościerał się widok na okoliczne góry i lasy, słychać było górskie strumyki. Zwracały uwagę piękne krajobrazy i zadbane domostwa. Julian zatrzymał się pod jednym z domów. Był biały, miał kamienną podmurówkę i brązowe okiennice, tak typowe dla tego regionu. Wokół budziła się ospale wiosna. Na drzewach zaczynały się zielenić pierwsze pąki. We wspomnieniach często tu wracał. Dom kojarzył mu się z pysznym ciastem pieczonym przez mamę, spotkaniami ze znajomymi, beztroską młodego życia. Potem studia w Paryżu, pierwsza praca, ambitne plany na przyszłość i determinacja w ich realizacji. To ojciec wpoił mu te zasady. Mawiał : "Synu, jeśli do czegoś dążysz, jeśli na czymś ci zależy - rób wszystko by osiągnąć cel. Bo pamiętaj - możliwe jest wszystko ale musisz być cierpliwy i

200




wytrzymały. Musisz wytrwać nawet wtedy kiedy wydaje ci się że sprawa jest przegrana". I tej zasady się trzymał. Pamiętał jak zainwestował pieniądze od ojca i wszystko stracił. Dostał nauczkę. Następne jego inwestycje były zawsze przemyślane. Tak zaczął wypracowywać sobie pozycję, którą miał obecnie. Osiągnął sukces zawodowy i pieniądze o których inni mogą tylko marzyć. Miał jednak świadomość że go to zepsuło. Stał się mnie wrażliwy, gruboskórny, nad czym bardzo ubolewała jego matka, z pochodzenia Francuzka. Rozejrzał się wokół jeszcze raz. Zapukał
- Wejdź Julian! Kochanie Julian przyjechał! - ojciec bardzo się ucieszył na widok syna. Do końca liczył się z tym, że może odwołać wizytę z byle powodu - Wejdź, rozbieraj się, pewnie jesteś głodny...
- Spokojnie, nie jestem głodny, zatrzymałem się po drodze na stacji i zjadłem obiad..
- Synku, jak się cieszę, że cię widzę - matka czule go pocałowała. - Mama - pomyślał - Teraz Monika też będzie mamą a on ojcem... - Za rzadko do nas dzwonisz... tak za tobą tęsknimy...
- Dobrze, zaniosę rzeczy do swojego pokoju - wziął torbę i poszedł na górę.

201




Rozejrzał się po swoim pokoju. Jego wystrój się nie zmienił. Rodzice chcieli by mógł wracać do pokoju, który sam urządził
- Boże co za bezguście... - rozejrzał się po pstrokato pomalowanych ścianach i czerwonych meblach - Gdzie było moje poczucie estetyki.. Wziął prysznic i odświeżył się po podróży.
- Julian, mama zrobiła na kolację golonkę w piwie, tak jak lubisz! - zawołał z dołu tato
- Super, dzięki..! - już dawno przestał lubić tą potrawę ale jego matka potrafiła ją tak dobrze przyprawić, że nie chciał jej sprawić przykrości.
Zszedł i zasiedli wszyscy do stołu. Golonka była rzeczywiście pyszna ale on odwykł od jedzenia takich tłustych potraw. Odłożył sztućce i powiedział poważnym tonem
- Mamo, tato chciałem wam o czymś powiedzieć...
Rodzice spojrzeli na niego z troską
- Czy coś złego się stało? - zaczęła mama
- Nie, absolutnie nic złego - uśmiechnął się - Chciałem wam tylko powiedzieć, że zostaniecie dziadkami. Ja będę ojcem...
W pokoju zapanowała grobowa cisza. Rodzice spojrzeli po sobie jakby zastanawiając się kto się pierwszy powinien odezwać
- Będziesz ojcem... - tato odezwał się pierwszy

202




- No... to cieszę się bardzo... To nas zaskoczyłeś.. - nie krył zdziwienia - A powiedz... A kiedy to nastąpi?
- Gdzieś tak w maju, tato.. Dokładnie nie wiem...
Matka spojrzała na Juliana
- Synu, ale jeśli poród jest w maju to już niedługo. I ty jako przyszły ojciec nie znasz dokładnej daty? - mama była wyraźnie zaskoczona - Lekarz wam nie mówił?
- No właśnie, a powiedz nam coś o matce dziecka. Kim jest, czy ją znamy...?
- Nie tato. Nie znacie. Ma na imię Monika. Jest Polką, mieszka i pracuje w Polsce, w Krakowie. Jest nauczycielką w przedszkolu....
Ojciec chwilę siedział i myślał. W końcu powiedział
- Julian powiedz mi coś. Czy ja dobrze zrozumiałem - pracuje w przedszkolu, tak?
- No tak... a co?
- Jest gdzieś w jakimś siódmym miesiącu... Powiedz mi synu dlaczego matka twojego dziecka, będąc w tak zaawansowanej ciąży musi pracować? Dlaczego ty siedzisz w Marsylii, a ona w Polsce, do tego pracując? Dlaczego jej na to pozwalasz? Czemu nie jesteś przy niej?
Julian się zamyślił. Dostrzegł jak to wyglądało z ich perspektywy. Nie bardzo wiedział co powinien w tej sytuacji powiedzieć i jak się zachować.
- To skomplikowane -

203




powiedział - Ona nie wie, że wiem o ciąży...
- To skąd się dowiedziałeś jeśli nie od niej... - zapytała matka
- Kris mi powiedział
- A co Kris ma z tym wspólnego - ojciec wyraźnie był oburzony
- To koleżanka Soni. Razem byliśmy w wakacje w Monte Carlo. Nie będę się zagłębiał w szczegóły ale po wakacjach wyjechała, a kiedy się dowiedziała, że jest w ciąży nie powiedziała mi. Powiedziała Soni i Krisowi, a on mi... Dowiedziałem się o tym niedawno
Matka pokiwała głową
- Jeśli ci nie powiedziała, synu, to znaczy że miała swoje powody...
Julian wiedział że tak było ale nie zamierzał pogrążać się w oczach własnych rodziców
- Pójdę ukroić ciasta - mama wstała od stołu i poszła do kuchni
- A jak tam interesy? - ojciec zmienił temat
- A powiem ci, wyjątkowo dobrze... - Julian odetchnął z ulgą i zaczął opowiadać ojcu o ostatnich inwestycjach.
Wieczorem Julian położył się wcześniej spać. Był zmęczony i szybko zasnął. Obudził się w nocy, było mu gorąco. Podszedł do okna i je otworzył. Powiew chłodnego powietrza trochę go orzeźwił. Spojrzał na przepiękne gwiazdy zdobiące nocne niebo i księżyc

204




przypominający naleśnik. - Pełnia - pomyślał. Zszedł cicho na dół do kuchni żeby się napić. Zobaczył, że w salonie świeci się światło. Zajrzał. Jego mama siedziała w fotelu przy kominku. Wpatrywała się gdzieś w dal. Coś trzymała w rękach. Podszedł cicho i położył jej rękę na ramieniu
- Mamo...
- A, to ty. Czemu nie śpisz? Pewnie przez ten księżyc....
- Nie, chciałem się napić... Co masz? - zapytał i zerknął na to co trzymała w dłoni
- Album. Album ze zdjęciami kiedy byłeś mały... Usiądź ze mną..
Przysunął drugi fotel.
- Widzisz synku, tu mam zdjęcia kiedy byłeś mały - otwarła album - Byłeś dla nas najważniejszy. Oboje z ojcem daliśmy ci wszystko. Byliśmy dla ciebie zawsze wsparciem i podporą. Kochaliśmy i kochamy cię najbardziej na świecie i dzisiaj też zrobilibyśmy dla ciebie wszystko...
- Wiem mamo...
- Więc pomyśl synu, że jeśli z jakichś powodów nie będziesz z matką swojego dziecka, pozbawisz je tego co sam miałeś... Nie wiem dlaczego tak dziewczyna tak zrobiła ale domyślam się że coś musiało się wydarzyć.
Julian spuścił wzrok. Czuł się postawiony pod ścianą
- Dobrze mamo... Powiem ci.

205




Ale proszę nie mów ojcu....
- Nie powiem...
I Julian pokrótce opowiedział całą historię znajomości z Moniką. Nie zagłębiał się w szczegóły gdyż było to już ponad jego siły. Nie starał się jednak wybielać. Kiedy skończył mama zakryła dłonią twarz i powiedziała
- Nie tak cię wychowałam... Ja się jej nie dziwię... Co teraz zamierzasz?
- Kocham ją mamo... Zajęło mi trochę czasu uświadomienie sobie tego. Jadę pojutrze do Polski. Powiem jej wszystko. Będę błagał o przebaczenie.... Mam nadzieję, że mi przebaczy...
- Ja też skarbie - mama popatrzyła na niego czule i pogładziła po twarzy - A potem przywieź ją do nas... Chcemy ją poznać....
Tej nocy Julian juz nie zasnął.

     Przyjechał do Polski we wspaniałym nastroju. Postanowił od razu poszukać jakiegoś sklepu z zabawkami. W końcu jako przyszły tata musi się zaopatrzyć w zabawki dla dziecka. Nie wiedział czy będzie chłopak czy dziewczynka ale nie miało to dla niego większego znaczenia. Znalazł w końcu wielki sklep z zabawkami. Myślał tylko o tym co powie Monice kiedy się z nią zobaczy. Wyobrażał sobie jak rzuci mu się w ramiona a on weźmie ją na ręce. Marzył

206




jak romantyczne będą to chwile. Czuł, że serce bije mu mocniej na tą myśl. Czuł, że to ta jedyna... Wiedział, że to Monika jest kobietą, którą kocha i z którą chce spędzić resztę życia. Najchętniej już zabrałby ją do kościoła i się ożenił.
Długo oglądał wszystkie zabawki. Bawił się samochodzikami, oglądał klocki, ściskał wszystkie maskotki żeby sprawdzić czy są odpowiednio miękkie. Nie wiedział co wybrać. Najchętniej kupiłby wszystko...Podszedł do regałów i zaczął ściągać zabawki. Skierował się w końcu do kasy
- To wszystko pana? - zapytała ekspedientka - To będzie samochodzik, helikopter... ta lalka też? Acha, to ciężarówka i zestaw pacynek?
- Tak,.. i dorzuci pani tego wielkiego misia.
Kasjerka oglądała zabawki, uśmiechnęła się i zapytała
- Co, bliźniaki?
- Bliźniaki? - Julian nie zrozumiał
- No samochody dla chłopca, a lalki dla dziewczynki...
- Aaaa... , a nie jeszcze nie wiem... Za dwa miesiące dopiero ale lepiej być zabezpieczonym - Julian szeroko się uśmiechnął i wyjął pieniądze - Reszty nie trzeba - rzucił odchodząc i zostawiając całkiem spory napiwek. Ledwo zapakował wszystko do

207




samochodu. No to teraz do hotelu.
Pod hotelem z trudem pozbierał wszystkie bagaże. Skierował się do recepcji i zapytał o numer pokoju Soni. Raźnym krokiem przemierzał korytarz podekscytowany tym, że juz niedługo zobaczy Monikę. Myślał jak ją będzie tulił i całował... Wszystko będzie dobrze... Stanął pod drzwiami pokoju Soni.
Sonia leżała na łóżku. Miała chwile odpoczynku. Zaraz pojedzie do Moniki, do szpitala. Potem spróbuje oddać wózek i zabawki do sklepu. Poszuka paragonów, to może i ubranka uda się oddać. Została ze wszystkim sama ale wiedziała, że musi stanąć na wysokości zadania. Usłyszała pukanie do drzwi. Wstała niechętnie i otworzyła. W drzwiach stał Julian. Radosny i uśmiechnięty. Pod pachą trzymał wielkiego misia z różową kokardą, a z torby wystawała jakaś lalka i kawałek samochodu. Otworzyła szerzej drzwi.
- Wejdź... - spodziewała się go. Wiedziała że się zjawi. Usiadła na łóżku, Julian na przeciw niej.
- No i co? Chłopak czy dziewczynka? - zapytał podekscytowany - Kupiłem lalkę i auto, wiesz muszę rozpatrywać różne opcje. A miś to taki uniwersalny jest. Będzie sobie dzieciak mógł na nim

208




spać... A ty jakoś się widzę specjalnie nie cieszysz... Spodziewałem się większego entuzjazmu od przyszłej matki chrzestnej...O, a patrz, mam też coś dla Moniki - sięgnął do torby, wyjął podłużne pudełeczko zdobione złotymi ornamentami, otworzył je. W środku leżała piękna złota bransoletka z rubinami
- Myślisz, że jej się spodoba? Jak tak to dokupię jej jeszcze naszyjnik..
Utkwiła w nim wzrok. Chwilę się zastanawiała jak mu to powiedzieć. Postanowiła go zniechęcić do wizji bycia ojcem, pomyślała, że wtedy przynajmniej on będzie mniej cierpiał
- Po co ci dziecko? Przecież ty nie chcesz dziecka... Nie nadajesz się na ojca.. Nie będziesz mógł nigdzie wyjeżdżać, żadnych rejsów łodzią czy kasyna w Monte Carlo.. Tak naprawdę nie chcesz tego dziecka...
Wyprostował się na krześle i powiedział lekceważącym tonem
- A skąd ty to możesz wiedzieć? Nie jesteś mną i nie wiesz czego chcę...
- Znam cię lepiej niż myślisz... Nie chcesz być ojcem... - jej ton brzmiał jak błaganie, a nie teoria, niemal płakała.
Pojął, że coś jest nie tak... Nie tak jak powinno. Spodziewał się okrzyków radości, planów... a tu nic.
-

209




Czy ty chcesz mi o czymś powiedzieć? - jego twarz spoważniała, wyprostował się na krześle
- Nie ma dziecka. Monika poroniła. Nie będziesz ojcem.. Przykro mi.. - już nie płakała. Przez te kilka dni już swoje wypłakała. Ukrył twarz w dłoniach. Siedział tak przez chwilę. Usłyszała, że płacze. Pierwszy raz w życiu widziała jego łzy. Julian nigdy nie płakał. Inni płakali przez Juliana ale on nigdy. Patrzyła na niego obojętnym wzrokiem.
- Dlaczego?... Jak do tego doszło?... Co się stało?... Kiedy?... - spojrzał na nią czerwonymi od płaczu oczami
Podeszła do okna, patrzyła na deszcz spływający po szybach
- Znowu pada. Tu wiecznie pada i pada. Cholerny deszcz... Dlaczego? Bo zapiedalała i nie dała się namówić na siedzenie w domu. Nie chciała ode mnie pieniędzy, a bała się że nie będzie miała z czego żyć. Miała umowę na czas określony i bała się, że ją zwolnią jak od razu pójdzie na zwolnienie. Do szpitala zabrali ją z pracy. Kilka dni temu... Jeszcze coś chcesz wiedzieć? Pytaj teraz bo nie będę ci w stanie tego mówić po raz drugi...
- Gdzie ona teraz jest?
- W szpitalu. Wychodzi pojutrze...
- A co ty tu robisz?
-

210




Kwiatki, kurwa, podlewam... - odpowiedziała z ironią - Pytanie godne ciebie! Muszę wszystko oddać do sklepu. Wózek przyjmą. Na szczęście trzymałam paragony jakby coś się zepsuło. Łóżeczko trzeba rozmontować i też oddać... Muszę wynająć auto bo do mojego się nie zmieści. Nie wiem co zrobię z ubrankami i zabawkami... Po prostu nie wiem... Nie zdążę oddać...Może do jakiegoś przytułku zawiozę. Nie chcę, żeby to widziała po powrocie do domu... Jezu, ja już nie mogę... Ja już kurwa rady nie daję... - rozpłakała się
Usiadł na łóżku i objął ją ramieniem. Chwile tak siedzieli, każde z osobna przechodząc swój ból. Tak się cieszył. Już planował co jej powie. Rozpatrywał wizytę u jubilera i zakup pierścionka... A teraz siedział i nie wiedział co zrobić...
- Nie martw się. Pomogę ci. Zaraz pójdę i zapytam o pokój.. Będzie ci raźniej. Pojedziemy do szpitala potem?
- Tak, pojedziemy, chociaż nie wiem czy w obecnej sytuacji twoja wizyta jest najlepszym pomysłem ale już gorzej chyba być nie może....
Droga do szpitala minęła w całkowitej ciszy. Nikt nic nie mówił. Wszystko zostało powiedziane. Julian pokonywał

211




szpitalny korytarz na chwiejnych nogach. Bał się, że nie będzie w stanie wejść do sali i spojrzeć jej w oczy. Tak bardzo ją zawiódł. Kupił w kwieciarni wielki bukiet róż. Doszli pod drzwi sali, w której leżała Monika. Stanął
- Sonia, nie mogę... Ja tam nie wejdę... Daj jej te kwiaty.... To ponad moje siły...
Sonia popatrzyła na niego bez cienia współczucia
- Chociaż raz zachowaj się jak facet Julian... Jak facet, a nie fiut złamany... - zauważyła, że zaczęła ostatnio częściej przeklinać. Otworzyła drzwi i weszła do sali. Widział jak siadała przy jednym z łóżek. Dostrzegł Monikę. Była taka blada i smutna. Nigdy jej takiej nie widział. Wziął głęboki wdech i pchnął drzwi. Podszedł do łóżka
- Dzień dobry skarbie... - powiedział niemal niesłyszalnym tonem
Monika popatrzyła na niego bez jakichkolwiek emocji.
- Co ty tutaj robisz?
- Przyjechałem do ciebie... Wiem o wszystkim.... - mówił drżącym głosem, bliski płaczu
- To dobrze, że wiesz... - Monika lekko się uśmiechnęła - To nie musisz się martwić... Nie ma dziecka, wiesz... Nie ma... Było i nie ma.... - Julian odrętwiały słuchał tego co mówi, Sonia

212




patrzyła zdezorientowana to na jedno, to na drugie
- Proszę, te kwiaty są dla ciebie... - nie wiedział zupełnie co jeszcze zrobić
- Nie chcę kwiatów.... Daj je pielęgniarkom albo...
- Albo co skarbie?
- Albo tym, które urodziły zdrowe dzieci...
Sonia ukryła twarz w dłoniach. Julian podszedł i usiadł na brzegu łóżka, wziął jej dłoń w swoje ręce
- Tak mi przykro... Nie wiedziałem, że jesteś.... że byłaś....
- Jezu, Julian... - Sonia z irytacją odwróciła wzrok
- Nie wiedziałem, że będziemy mieli dziecko...
- Nie Julian... - przerwała mu Monika - Nie "my" ale ja.. To było moje dziecko... Tylko moje... Ty się nie musisz martwić. Już nie musisz. Jesteś wolny... Wracaj do Szwajcarii, Monte Carlo, Francji czy gdzie tam jeszcze chcesz... - odwróciła twarz do okna - A mnie zostaw w spokoju.
- Ale ja nie chcę cię zostawiać. Chcę być z tobą. Wiesz o tym... Chcę być tam gdzie i ty będziesz....
- Chyba żartujesz... - Monika wyrwała dłoń z jego rąk - Ja cię nie kocham, Julian... Ja już nikogo nie kocham.. Ja już nie umiem kochać... Rozumiesz?
- Kochanie, nie podejmuj teraz decyzji... Wyjdziesz ze szpitala i zobaczymy... -

213




słowa że go już nie kocha ukłuły go w serce najboleśniej. Chciał wierzyć, że to nieprawda.
- Tak Monisiu.. wyjedziesz do nas, do Prowansji... - wtórowała Sonia
- Nie! - zaprotestowała - Nie chcę nigdzie jechać... - odwróciła twarz ku oknu - Zostawcie mnie wszyscy w spokoju...
Sonia i Julian widzieli, że nic tu po nich. Kiedy wyszli Julian się rozpłakał
- Jezu, ja nigdy nie myślałem, że to może tak wyglądać... Nigdy o tym nie myślałem... Boże, jak mi strasznie jej żal.... Oddałbym wszystko, żeby cofnąć czas... Czemu tak szybko odpuściłem? Jezu Chryste, dlaczego to ją właśnie spotkało???!!!
Sonia stała i bez jakichkolwiek emocji patrzyła na Juliana. Wiedziała, że musi być silna za nich oboje
- Chodź Julian - objęła go ramieniem - Mamy jutro dużo pracy. Zobaczysz, wyjdzie z tego...Będzie dobrze...
Julian długo nie mógł zasnąć tej nocy. Leżąc w łóżku usiłował sobie to wszystko w głowie poukładać. Zrozumieć, gdzie popełnił błąd. Co zrobić, by ratować to, co jeszcze zostało. Postanowił, że teraz tak łatwo się nie podda. Uświadomił sobie, jak bardzo ją kocha. Świadomość, że ukochana kobieta tak cierpi i

214




że on w tym cierpieniu ma swój spory udział była bardzo bolesna. Postanowił, że jutro pojedzie do szpitala i z nią porozmawia. Miał nadzieję, że poczuje się juz lepiej. - Tak, to najlepszy pomysł w tej sytuacji.. - pomyślał nim sen chociaż na chwilę zakończył jego rozpacz.
Na drugi dzień juz od samego rana Sonia z Julianem robili listę spraw do załatwienia
- Dobra, to ty pojedziesz oddać wózek i zabawki. Tyle ile się uda. Potem rozkręcisz łóżeczko... Zadzwoń po większą taksówkę bo do tej twojej popierdółki też się nie zmieści. Od razu widać że sportowe Porsche dla rodziny się nie nadaje.. Ja pojadę oddać ubranka i do kobiety, od której Monika wynajmuje mieszkanie. Zapłacę jej, żeby nie pyskowała. Straszna zołza, wiesz...Nie wiem jak Monika sie dogadywał z tą starą francą..
- To to mieszkanie nie jest Moniki? - zdziwił się
- A za co miałaby je niby kupić? - odparła Sonia - Ty widzę zupełnie nie wiesz ile tu zarabia nauczyciel stażysta.... - rozejrzała się po pokoju - Co, kawalerka to nie to co twoje 150 metrów w Marsylii, co?
To prawda, jego apartament w centrum Marsylii urządzony był luksusowo. Zatrudnił do

215




wykończenia najlepszych dekoratorów i specjalistów. Nie żałował na materiały. Dzięki temu miał najpiękniejszy apartament w mieście. Jedyną wadą było to, że tak rzadko w nim bywał. Zawsze gdzieś w rozjazdach, tułaczka po hotelach. Wyjazdy służbowe i nie tylko...
- Dobrze, jak rozkręcę łóżeczko i je oddam to pojadę do szpitala...
Sonia spojrzała na niego badawczo
- Ty jesteś pewny że chcesz tam sam jechać?
- Tak. Jestem pewny. Jutro ją odbiorę ze szpitala.
Sonia już nie miała siły protestować.
- Razem ją odbierzemy.
Julian oddał wózek i część zabawek do sklepu. Przyjęli. Resztę rozdał dzieciom na oddziale pediatrycznym. Wszedł do sali gdzie leżała Monika. Postanowił, że będzie twardy. Że musi być jej wsparciem i teraz nie jego uczucia są najważniejsze.
- Dzień dobry kochanie...
Siedziała na łóżku przy którym stał wieszak z kroplówką. Spojrzała na niego i odwróciła twarz do okna.
- Dzień dobry...
- Co to za kroplówka? Czemu ci ją dali?
Popatrzyła na niego zdziwiona. Widział jaka jest blada.
- Mówią, że jestem za słaba, żeby wyjść. Że jak mój stan się nie poprawi to mnie tu dłużej zatrzymają..

216




ale mnie to jest już wszystko jedno...
Usiadł koło niej, wziął ją za rękę. O dziwo, nie wyrwała jej. Może była zbyt słaba? Nie ważne.
- Kotku, jutro po ciebie przyjedziemy z Sonią. Załatwi się tu najważniejsze formalności i wylatujemy do Prowansji. Do Soni. Chciała coś powiedzieć, ale zaprotestował
- Ja wiem jak ci ciężko. Wiem, że jest to najgorsze co cię w życiu spotkało ale musisz.. - wziął jej twarz w swoje dłonie, popatrzył jej w oczy -Musisz być silna.. My ci pomożemy. Ja ci pomogę przez to przejść. Kocham cię i razem przez to przebrniemy. Damy radę. Skarbie, wiem że cię na to stać. Damy radę... Nigdy cię już nie opuszczę... Rozumiesz? - mówił to z takim przejęciem i taka wiarą, że zamilkła. Popatrzyła na niego jakby szukając potwierdzenia jego słów. Po czym powiedziała
- Sonia też mnie odbierze?
- Tak kotku. Będziemy tu jutro oboje - powiedział i przytulił jej głowę do swojej piersi - Będziemy...

     Sonia postawiła wszystko na jedną kartę. Postanowiła, że w obecnej sytuacji trzeba podjąć decyzję za Monikę i zrobić to co dla niej będzie najlepsze. Spotkała się z właścicielką mieszkania
- Proszę

217




pani, tu są pieniądze za najbliższe dwa miesiące. Pani Monika rezygnuje z wynajmu bo wyjeżdża z kraju.... - Sonia chciała załatwić sprawę jak najszybciej - Myślę że do końca tygodnia zabierzemy jej rzeczy i zwolnimy mieszkanie. Dam pani znać i oddam klucze..
- Proszę pani, ja z panią nie będę rozmawiała! Ja tylko z panią Moniką mogę o tym rozmawiać - kobieta była wyjątkowo irytująca
- Ale pani wie co sie wydarzyło... wie pani co zaszło... - Sonia usiłowała się z nią porozumieć
- Wiem, ale takie jest życie, takie rzeczy się zdarzają - kobieta wydawała się być zupełnie nieczuła na tragedię Moniki - Cóż ja na to poradzę...
- Chcę z panią to załatwić polubownie i bez konfliktów... - Sonia wydawała się tracić cierpliwość
- A co mnie pani tu straszy! - oburzyła się kobieta - Patrzcie, przyjechała taka nie wiadomo skąd i myśli że jej wszystko wolno!
Sonia tego już nie wytrzymała. Starała się ale kobieta wystawiła jej cierpliwość na zbyt dużą próbę
- Bierz te pieniądze stara cholero!! Bo jak mnie jeszcze bardziej wkurwisz to wezmę prawnika i cię z torbami puszczę za te lewe wynajmy! Co ty sobie małpo

218




wyobrażasz?!
- Ale... - kobieta była w szoku
- Żadne kurwa "ale"!! Ty krowo nigdy takiej tragedii nie zaznałaś pewnie, to guzik wiesz przez co ta dziewczyna przechodzi! Żadnej empatii, zrozumienia!! Jak można być takim podłym człowiekiem!?
- Ale proszę pani... Ja się oczywiście zgadzam... Proszę nie krzyczeć. Oczywiście, nie ma problemu... Kiedy panie zabierzecie rzeczy proszę dać znać, ja przyjadę po klucze.. Proszę się nie denerwować...
Sonia uspokoiła się, uśmiechnęła i spokojnie powiedziała
- Cieszę się, że się porozumiałyśmy. Tak więc do końca tygodnia dostanie pani klucze.
"Co za wredne babsko..." - pomyślała opuszczając mieszkanie kobiety.
Wieczorem Julian i Sonia jedli kolację w hotelowej restauracji. Nastrój nie był wesoły. Julian dziubał widelcem w swojej sałatce krewetkowej. Sonia wpatrywała się w szklankę z sokiem pomarańczowym
- Julian - odezwała się - Ty weźmiesz Monikę. Ja w swój samochód zapakuję walizki. Nie wiem jak długo zejdzie droga i czy się gdzieś nie zatrzymamy..
- Ja mam propozycję... - powiedział - Może zatrzymamy się na kilka dni u moich rodziców? Po drodze do Polski

219




byłem u nich i powiedziałem o Monice i dziecku... Chcieli ją poznać... A poza tym odpoczniemy....
Sonia zamyśliła się.
- Wiesz co, ja nie wiem czy to jest najlepszy pomysł...Jej nie trzeba teraz jeżdżenia po ludziach... Ona potrzebuje spokoju i ciszy...Poprosiłam Krisa, żeby pochował u nas w domu wszystkie rzeczy dla dziecka. Kupiliśmy ich sporo... Kto by się takiej tragedii spodziewał....Nie wyobrażam sobie przez co ona przechodzi. Zobacz, ja mam Krisa, ty masz... no właściwie ty też nikogo nie masz, oprócz rodziców, ale akurat tobie tego nie potrzeba... A ona sama.
- Dlaczego uważasz że ja nie potrzebuje nikogo?
- Julian... - Sonia spojrzała na niego z rezygnacją - Znam cię chyba lepiej niż ty sam siebie..
W duchu przyznał jej rację
- Ja już pójdę spać, jestem wykończona.. Pozbyliśmy się wszystkiego co kojarzyło się z dzieckiem. Jutro ją odbierzemy. Mam pokój dwuosobowy to pobędzie ze mną. Spakowałam jej rzeczy w kartony, pojedziesz jutro moim autem i je zabierzesz. Dużo tego nie jest. Stare ciuchy i szpargały wywaliłam. Niewiele tego zostało... Ze trzy kartony. Zabierze się to do Valensole....
- Dobrze, ja też będę się

220




zbierał...
Sonia poszła do swojego pokoju. Julian został sam. Pogrążył się w myślach.
- Co teraz? Pojedziemy do Valensole... Do pracy na razie nie wrócę. Zresztą zawsze mogę dojechać gdyby się coś wydarzyło. A może zabrać Monikę do Marsylii? Nie... chyba jednak lepiej niech zostanie z Sonią... Spróbuję namówić Sonię do wyjazdu do moich rodziców.
Wstał i udał się do swojego pokoju. Już miał otworzyć drzwi gdy nagle się zatrzymał. Oparł głowę o drzwi. Chwilę myślał, po czym odwrócił się i wszedł do windy. Na parkingu odnalazł swój samochód. Ruszył z piskiem opon. Mimo, że było juz ciemno, pojechał do szpitala. Przemierzał szpitalny korytarz, na którym panowała zupełna cisza. Czasem tylko ktoś przemknął cicho. Zupełnie jakby tu nie było ludzi. Wszedł do dyżurki pielęgniarek.
- Dzień dobry, ja przyszedłem do pani Moniki... - powiedział cicho
Pielęgniarka spojrzała na niego uważnie
- Ale proszę pana, jest noc...Wizyty się skończyły.... Nie może pan przebywać na oddziale...
- Ja wiem.. - zaczął - Ale proszę mnie zrozumieć... To było moje dziecko. Ja jej dawno nie widziałem. Ja nie wiedziałem... Ja wiem,

221




że mi nie wolno ale proszę... Niech mnie pani wpuści, będę cicho... - miał łzy w oczach
Pielęgniarka wyjrzała na korytarz, odwróciła się do niego i powiedziała
- Dobrze, ale musi być pan cicho... I niech wizyta będzie krótka..
- Dziękuję pani bardzo..
Wszedł do sali. Monika spała. Przysunął krzesło i usiadł koło jej łóżka. Patrzył na jej twarz oświetlaną przez księżyc którego blask wpadał przez wielkie okno. Pogładził jej włosy. Wziął rękę w swoje dłonie, przyłożył do twarzy. Zamknął oczy z których spłynęły łzy. Oparł głowę o łóżko szpitalne. Nagle poczuł na swojej głowie jej dłoń. Szybko podniósł wzrok
- Najdroższa... Monisiu kochana... Jestem tu...
Spojrzała na niego swoimi wielkimi orzechowymi oczami
- Przepraszam.. - wyszeptała
- Za co ty mnie skarbie przepraszasz? To ja powinienem ciebie przepraszać...
- Zabiłam nasze dziecko... To moja wina... Zabiłam je....
- Skarbie, to nie twoja wina. To niczyja wina...
- To moja wina... - popatrzyła w okno i powiedziała - Nie chcę już żyć...
- Jezu, co ty mówisz? Nie możesz... Nie wolno ci tak myśleć... Jesteś dla nas taka ważna, tak cię kochamy... Sonia,

222




ja i Kris...
- Wtedy... - powiedziała nagle - Wtedy, w Valensole... Kiedy byłeś... Kiedy chciałeś rozmawiać... Ja nie otworzyłam bo nie chciałam żebyś dowiedział się o ciąży.. Ja widziałam jak odjeżdżałeś... Gdybym wtedy.... To kara boska...
- Jaka kara? Co ty opowiadasz? - wziął jej twarz w swoje dłonie - Posłuchaj skarbie, jutro cię odbierzemy... Zostaniemy jeszcze dwa dni i pojedziemy do Valensole..
- Ale ja nie chcę.. - zaczęła
- Przykro mi kotku ale tutaj sama nie zostaniesz. Bez ciebie ani ja, ani Sonia stąd nie wyjedziemy i wiesz o tym. Robimy to dla twojego dobra bo cię kochamy....
Popatrzyła na niego i nic nie odpowiedziała. Siedzieli tak w milczeniu - on oparty głową o łóżko, ona patrząca gdzieś w dal... Kiedy zasnęła wrócił do hotelu i położył się spać.
- Muszę być silny... Jezu, daj mi siłę bo oszaleję... - zdążył tylko pomyśleć nim zasnął.
Na drugi dzień, juz od rana, Sonia i Julian szykowali się do odebrania Moniki ze szpitala.
- Wezmę jej ten sweterek i spodnie. Płaszcz też, bo coś chłodno... Weź te brązowe pantofle... Co jeszcze - Sonia rozejrzała się po pokoju - Dobra, to chyba tyle...Jedziemy?

223




- popatrzyła na Juliana
- Tak.. ja jestem gotowy... - Julian był niewyspany i półprzytomny. Obudził się w nocy, śniła mu się Monika. Do rana nie spał. Wsiedli do samochodu i pojechali. W szpitalu poszli najpierw do gabinetu lekarskiego po wypis. lekarz się ucieszył, że ich widzi. Chciał z nimi porozmawiać
- Proszę państwa - zaczął - Pani Monika dzisiaj wychodzi ale chciałem wam o czymś powiedzieć. Wczoraj była u nas pani psycholog, rozmawiała z nią. Była to długa rozmowa. Powiedziała, że pani Monika przechodzi depresję po utracie dziecka. Jej potrzebne jest teraz wsparcie, opieka. Dobrze by było gdyby poszła na jakąś terapię, bo obawiam się, że bez tego się nie obejdzie - lekarz popatrzył na oboje znacząco - I dobrze by było... Lepiej by było gdyby nie zostawała sama...
Sonia zamarła
- Co nam pan chce powiedzieć? Że Monika myśli o samobójstwie? Że chce się zabić?
- Proszę pani - powiedział lekarz - Gdybym nie miał praktyki w tym temacie, gdybym takich przypadków nie widział, to bym państwu o tym nie mówił... To jest dla każdej kobiety wielka trauma - popatrzył na Juliana - Panu, jako ojcu dziecka, również bardzo

224




współczuję... Proszę, tu jest wypis i dokumenty... - podał Soni dokumenty
- Dziękuję...
Po wyjściu z gabinetu Sonia oparła się o ścianę
- Jeszcze i to... - powiedziała - Mogliśmy się tego spodziewać... Trzeba jak najszybciej stąd wyjechać... Dziś albo jutro jeszcze zawiozę ją do pracy żeby się zwolniła. Nic tu po niej... - popatrzyła na Juliana - Rozmawiałeś z rodzicami? Możemy się u nich zatrzymać?
- No nie.... bo nie wiedziałem....
- To dzwoń. Przyjedziemy do nich... Ja z Moniką w jednym pokoju...
- Dobrze, potem zadzwonię. Chodźmy do Moniki...
Siedziała na łóżku wpatrując się w okno. Kiedy ich zobaczyła zapytała
- Wychodzę? Zabierzecie mnie?
- Tak skarbie, zabieramy cię stąd.. - Sonia pogładziła przyjaciółkę po twarzy - Tu masz ubranie. Ubierz się kotku... Jedziemy do hotelu....
- Ale ja mam mieszkanie.. do jakiego hotelu?
- Nie Monisiu. Do mieszkania nie wrócisz. Jutro albo pojutrze jedziemy do Valensole. Nie zostaniesz tu...
- Ale...
- Nie skarbie, nie ma żadnego "ale". Teraz oboje, ja i Julian będziemy się tobą opiekować. To wszystko minie. Zapomnisz.... Jeszcze będziesz szczęśliwa. Ubierz się

225




skarbie...- Sonia podała Monice reklamówkę z ubraniami. Wzięła i zaczęła się ubierać. Nie czuła się skrępowana obecnością Juliana. Widział jak schudła. Widział jaki trud sprawia jej każdy ruch. Była taka słaba. Patrzył na nią i myślał o tym jak cierpi. Sam tez cierpiał ale wiedział że w porównaniu z tym co przechodzi Monika to nic. Wiedział, że przy niej nie może pokazać słabości.
- Chodź kochana, idziemy do samochodu. Odebraliśmy już dokumenty
Kiedy wsiedli do auta, Monika z Julianem siedzieli z tyłu. Objął ją ramieniem, przytulił i czule pocałował w czoło. Nie protestowała. Zdawała sie poddać wszystkiemu. Zgadzała się już na wszystko. Już jej nie zależało...
Kiedy przyjechali do hotelu, Sonia zaprowadziła ją do pokoju i położyła spać. Wyszła do drugiego pokoju i powiedziała do Juliana
- Dzwoniłeś do rodziców?
- Jeszcze nie..
- To dzwoń. Jutro wyjeżdżamy, choćby się waliło i paliło... Mi już to miasto obrzydło... Ja też chce stąd wyjechać bo popadnę w paranoję... Dzwoń!
Julian poszedł zadzwonić do swojego pokoju. Nie chciał by ktokolwiek był świadkiem tej rozmowy, która z pewnością łatwa nie

226




będzie. Wybrał numer
- Tato.... - powiedział łamiącym się głosem - Tato, ja przyjadę..
- Wspaniale - odezwał się ojciec - Ale czemu masz jakiś taki głos.. Coś się stało?
- Tato, przyjadę z Moniką i Sonią..
- Z tą dziewczyną? Matką twojego dziecka?
- Tak... Ale to rozmowa nie na telefon... Coś się stało... Jak przyjedziemy to powiem, tylko błagam o jedno... Nie pytajcie jej o nic... O nic... Tylko o to proszę... Powiedz mamie...
- Dobrze, nie spytamy...
Julian rozłączył się i rozpłakał. Dużo go kosztowała ta rozmowa. Monika przespała pół dnia. Sonia nie wiedziała co mogłaby zrobić, żeby zająć czymś przyjaciółkę. Zabrała ją więc na spacer wokół Kopca Krakusa. Spacerowały tak już od dłuższego czasu. Co jakiś czas Monika się zatrzymywała żeby odpocząć. Sonia chciała, żeby się trochę zmęczyła i szybciej zasnęła.
- Sonia..
- Tak Monisiu?
- Julian pewnie też cierpi?
Sonia podeszła do niej, wzięła za rękę, spojrzała w oczy
- Pewnie tak... ale nie myśl teraz o tym... Myśl o sobie. Musisz dojść do siebie... Wiesz, jutro jedziemy...
- Tak wiem, do Valensole..
- No tak Monia ale... No do Valensole ale to długa

227




droga... Zrobimy sobie przystanek... Tak na dwa dni...
Monika popatrzyła na nią badawczo
- W hotelu? Jakimś hotelu?
- No nie do końca...Nie w hotelu...
- A gdzie?
- Pojedziemy... Pojedziemy do rodziców Juliana.. U nich się zatrzymamy...
- Nie! Ja nie chcę do jego rodziców! - z oczu popłynęły jej łzy - Będą mnie obwiniać, że im wnuka zabiłam... Ja nie chce....
- Skarbie - Sonia przytuliła jej głowę - Nikt cię nie obwinia i nie będzie obwiniał... To nie twoja wina... Oni cię pokochają...
- Ale ja...
- Zobaczysz, będzie dobrze... Julian cię kocha, teraz chyba nie masz już wątpliwości...
- Nie mam ale to niczego nie zmienia między nami.. I tak nie mogę z nim być...
- Ale dlaczego? Przecież go kochasz..
Monika spojrzała Soni w oczy
- Soniu, on nie może żyć z morderczynią swojego dziecka... Jemu się zdaje, że mnie kocha...On nie może mnie kochać... Nie powinien...
Sonia nic nie powiedział, przytuliła mocno przyjaciółkę. Zdawała się pojmować sens słów lekarza. Zaczynała pojmować skalę problemu...
Na drugi dzień rano Sonia wstała pierwsza, zniosła bagaże do samochodu. Poszła do Juliana, poprosiła by zawiózł Monikę do

228




pracy by zaniosła wypowiedzenie i zabrała dokumenty i podała adres kontaktowy w Valensole. Poprosiła go by dopilnował, żeby nie rozmawiała z dziećmi. Wiedziała, że w obecnej sytuacji to jej nie służy. Monika otworzyła oczy, rozejrzała się po pokoju. Przez chwilę zastanawiała się gdzie jest. Popatrzyła w okno. Wiedziała że dzisiaj pojedzie do pracy. Do dzieci.
- Kotku już nie śpisz? - Sonia weszła do pokoju - Zjesz śniadanie i pojedziesz z Julianem do pracy... Chodź, zrobiłam ci herbatkę z melisy - czule się uśmiechnęła
Julian i Monika jechali szarymi ulicami Krakowa. Monika wpatrywała się w mijane krajobrazy. Zdawała się być nieobecna. Stojąc na światłach Julian spojrzał na nią, wziął ją za rękę. Delikatnie ją wysunęła. Nie nalegał. Kiedy podjechali pod przedszkole, Monika wysiadła z auta
- Nie, ty zostań. Pójdę sama... - weszła do budynku. Julian czekał kwadrans w aucie, ale przypomniał sobie co mówiła Sonia- Monika nie powinna widzieć dzieci. Wysiadł z auta i wbiegł po schodach. Na korytarzu, przed drzwiami do sali dziecięcej stała Monika. Nie widziała go. Juz miała złapać za klamkę i otworzyć drzwi
- Monika!

229




- odwróciła się - Chodź, jedziemy... - złapał ją za rękę zanim otworzyła drzwi. Niemalże siłą wyciągnął z przedszkola. Był nieustępliwy. Wsadził ją do samochodu i pojechali do hotelu. Nic nie mówił całą drogę. Panowała całkowita cisza. W hotelu Sonia wymeldowywała wszystkich, załatwiała formalności. Chciała by od razu ruszyli w drogę. Julian podjechał tylko pod hotel. Chwilę czekali na Sonię, po czym ruszyli w daleką drogę do Bawarii. Była długa i męcząca. Po wielu godzinach jazdy, kiedyś się już ściemniało, podjechali pod dom rodziców Juliana.
Monika powoli wysiadła z auta i oglądała okazały budynek. Stał i patrzył na nią. Czekał co powie. Z domu wyszła matka Juliana. Od razu rozpoznała w Monice dziewczynę, o której opowiadał. Spostrzegła, że nie jest w ciąży. Było to dla niej sporym zaskoczeniem. Nie chciała dopuścić do siebie myśli, że stało się coś złego.
- Witajcie kochani, witaj synku...
- Dzień dobry mamo, poznaj, to jest Monika..
Monika podała jej rękę
- Dzień dobry pani...
- Witaj dziecko... wejdźcie... dzień dobry Soniu...
- Witam pani Regino...
Wszyscy weszli do domu, gdzie czekał ojciec

230




Juliana.
- Poznaj kochanie Monikę, przyjaciółkę Juliana... - powiedziała mama zanim jej mąż zdążył coś powiedzieć.
- Pójdę przynieść bagaże - Julian chciał wyjść z domu. Popatrzył porozumiewawczo na ojca
- Julian poczekaj, pomogę ci... - ojciec pojął w lot zamiar i obaj wyszli z domu. Julian oparł się o ścianę i powiedział
- Poczekaj, musimy porozmawiać - powiedział
- Co się stało? Widzę, że coś jest nie tak...
- Tak tato, masz rację. Jak widzisz - Julian spuścił wzrok - Monika nie jest w ciąży. Już nie jest.... Resztę możesz sobie dopowiedzieć.. To się stało jakieś dwa tygodnie temu... Przedwczesne odklejenie łożyska... W szpitalu nie zdołali uratować dziecka... Ją ledwo odratowali... I tyle...
Ojciec spojrzał na syna ze współczuciem. Objął go i przytulił
- Tak mi przykro synu... Tak bardzo ci współczuję.. Tak bardzo wam współczuję...
- Wiem tato. Jest mi cholernie ciężko, tym bardziej że nie mogę przy niej rozpaczać, bo muszę być dla niej wsparciem... Ale jest mi ciężko.. Nie wiem jak to mamie powiedzieć...
- Tak jak mi. Prosto i konkretnie..
Julian z ojcem wnieśli bagaże do domu. Monika, Sonia i mama

231




Juliana siedziały w pokoju. Mama Juliana i Sonia o czymś rozmawiały, Monika siedziała nie bardzo wiedząc co tu robi. Podszedł, ucałował Monikę w czoło i powiedział
- Jeśli będziesz chciała się położyć powiedz, zaprowadzę cię do pokoju. Będziecie z Sonią razem, dobrze?
- Tak, dobrze, to ja może pójdę się położyć... Przepraszam ale trochę jestem zmęczona...
- No to chodź, -wziął ją za rękę i zaprowadził na piętro do pokoju. Schody były szerokie i przestronne w nowoczesnym stylu. Barierki, mimo że drewniane, sprawiały wrażenie delikatnych. Pokój był przestronny i obszerny. Znajdowały sie w nim dwa wygodne łóżka. Ściany pomalowane były na biało, w oknach wisiały koronkowe firanki. Pod ścianą stał duży drewniany kredens z malowanymi ręcznie elementami. Na ścianie wisiał obraz. Monika podeszła bliżej, spojrzała
- To ja, kiedy miałem jakieś 15 lat... - powiedział. Tylko się uśmiechnęła - A tu masz łazienkę - powiedział i otworzył boczne drzwi.
- A ty gdzie masz pokój? Na przeciw? - zapytała
- Nie, ja mam pokój obok...Ten z szarotką na drzwiach....
Podeszła do okna. Lekko pchnęła okiennice
- Piękny widok...

232




- powiedziała. Stanął za nią. Położył jej dłonie na ramionach, przytulił. Próbował pocałować ale zaprotestowała
- Przestań... - oswobodziła się z jego ramion
- To ja już pójdę... Jeśli coś ci będzie trzeba... Czegoś zechcesz...
- Tak, wiem. Powiem...Idź już...
Julian zamknął za sobą drzwi i zszedł do rodziców i Soni. Siedzieli w ciszy. Opadł na kanapę obok Soni. Zamknął oczy
- Powiedziałaś? - zapytał ją
- Nie... Powiedziałam twojej mamie tylko, że stało się coś złego i że to ty powiesz...
- No powiedzcie że mi w końcu..
- Monika poroniła w siódmym miesiącu. Dziecka nie udało się uratować. Z pracy ją do szpitala zabrali. Wyprowadziła się z Polski, jedziemy do Valensole, do Soni. Tam się zatrzyma. Lekarz powiedział, że nie powinna zostawać sama, że powinien cały czas ktoś z nią być.. - Julian powiedział wszystko na raz bo bał się, że nie będzie w stanie opowiadać tego ponownie. Matka ukryła twarz w dłoniach i zapłakała
- Boże, jak ja jej współczuję... Synku, tak mi przykro.... To straszna tragedia...
- Wiem, mamo. My z Sonią swoje już wypłakaliśmy... Musieliśmy oddać do sklepów wózek,

233




łóżeczko, zabawki... część rozdaliśmy bo nie było czasu na rozwożenie ich po sklepach... Spakowaliśmy jej rzeczy... Raptem trzy kartony... - Julian zamknął oczy i oparł głowę o oparcie kanapy - Mam nadzieję, że teraz będzie lepiej bo chyba limit złych wydarzeń już wykorzystałem... Ona się obwinia za śmierć dziecka. Jest przekonana, że to jej wina bo chodziła do pracy. Mówi, że zabiła swoje dziecko...
- Matko Boska, ją trzeba leczyć...Musisz jej pomóc... - mama spojrzała na Juliana
- Wiem. W Marsylii jest dobry psycholog. Sprzedałem kiedyś okazyjnie dom jego córce. Pomoże Monice...
Matka Juliana westchnęła, pogładziła syna po głowie.
- Pójdę zrobić jakąś kolację... Monika nie zejdzie?
- Nie, położyła się spać...
Wszyscy podczas kolacji byli mało rozmowni. Wokół panowała ciężka atmosfera. Jakby nie wiedzieli co powiedzieć. Zmęczenie dało o sobie znać, zarówno Sonia jak i Julian szybko poszli na górę. Byli zmęczeni. Rodzice zostali w salonie. Chwile siedzieli w ciszy. Nagle mama powiedziała
- Pamiętasz?
- Tak, pamiętam... - odpowiedział
- Wiem co ona czuje, domyślam się, przez co przechodzi Julian...
Monika

234




obudziła się w środku nocy. Sonia spała. Wokół panowała ciemność. Cicho wstała i poszła do łazienki. Spojrzała w lustro, odkręciła kran, nabrała wody w dłonie i zanurzyła w niej twarz. Usłyszała, że na dole ktoś jest. Cicho uchyliła drzwi. Pomyślała, że pewnie Julian też nie może spać. Cicho zeszła na dół. Ujrzała matkę Juliana. Już miała zawrócić w nadziei, że jej nie zauważyła
- Zejdź dziecko... - usłyszała i już nie mogła się wycofać. Zeszła
- Przepraszam, nie chciałam przeszkadzać.. - mama Juliana porządkowała naczynia w kredensie. Odwiesiła ściereczkę, którą je przecierała. Spojrzała na Monikę.
- Chodź, zrobimy sobie herbaty... - nastawiła czajnik - Widzę, że ty też nie możesz spać.. Może być jaśminowa?
- Tak... tak, oczywiście...
Wrzuciła torebki do kubków, zalała wodą, nakryła pokrywką. Wzięła kubki
- Chodź ze mną...
Monika posłusznie poszła z nią do salonu
- Usiądź sobie, proszę, twoja herbata... - mama wzięła leżący obok miękki koc i nakryła ją - Okryj się, tu jest chłodno. My jesteśmy do tego przyzwyczajeni ale nie każdy tak lubi... - powiedziała i usiadła obok, w

235




fotelu - Wiem co się stało, Julian nam powiedział. Wiem jak wygląda wasza znajomość
Monika nic nie odpowiedziała, spuściła tylko wzrok
- Powiem ci coś, ale proszę, żeby to zostało tylko między nami dwoma, dobrze?
- Tak, oczywiście... - Monika nie miała pojęcia co chciała jej powiedzieć
- Widzisz, mamy tylko jednego syna, Juliana. Kochamy go nad życie. Jest dla nas wszystkim. Ale to przypadek zrządził, że nie ma rodzeństwa. Straszny przypadek. Kiedy Julian miał 5 lat dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Drugi miesiąc. Powiedziałam mężowi. Byliśmy tak szczęśliwi. Ale chcieliśmy Julianowi powiedzieć za jakiś czas. Wszystko było dobrze do momentu, kiedy zachorowałam. Zwykłe przeziębienie rozwinęło się do poważnej choroby. Poroniłam.... Julian nigdy się o tym nie dowiedział. Nie chciałam, żeby wiedział. Ale powiem ci, że był to traumatyczny okres mojego życia. Miałam jednak wsparcie w moim mężu, ojcu Juliana. Jego miłość spowodowała, że było mi lżej. Wspierał mnie. Ja wiem, że sytuacja nie jest taka sama, wiem jak jest z tobą i Julianem. Wiem też, że mój syn prowadził do tej pory życie, które było dla nas

236




utrapieniem. Owszem, byliśmy dumni z sukcesów jakie osiągał, ale smuciło nas że prowadzi tak rozrywkowy styl życia, a do nas przyjeżdżał zawsze z inną dziewczyną. Ale znam mojego syna na tyle długo, by zobaczyć, że z tobą sprawa wygląda inaczej. I jeśli jakaś kobieta tak go zmieniła, to musi być wyjątkową osobą. Tym bardziej jest mi przykro i boli mnie gdy przechodzi taką traumę jaka kiedyś była i moim udziałem... - to mówiąc ujęła dłoń Moniki, która nie była w stanie wypowiedzieć słowa - Nie wiem co zamierzasz. Nie wiem jak będzie dalej ale proszę... Nie wykreślaj go ze swojego życia. On cię kocha. Wiem to. Daj temu związkowi szansę...Nie chcę od ciebie deklaracji. Obiecaj mi chociaż, że nad tym pomyślisz...
- Obiecuję... - Monika czuła sie przyparta do ściany - Obiecuję, że przemyślę wszystko.. Pójdę już spać, dobranoc...
- Dobranoc...
Monika wstała i poszła do pokoju. Juz miała wejść ale zatrzymała się. Kłębiły się w jej głowie słowa matki Juliana. Podeszła do drzwi pokoju z namalowaną małą szarotką. Popatrzyła na kwiatek. Złapała za klamkę i lekko uchyliła drzwi. Julian spał. Cicho weszła do

237




środka. Chwile na niego patrzyła. Położyła dłoń na jego włosach, zatopiła w nich palce. Klęknęła koło łóżka i patrzyła na jego twarz. Twarz mężczyzny, którego kiedyś tak bardzo kochała. Który tak ją zranił, a mimo to go kochała. On kochał ją, więc dlaczego to życie się tak poplątało, że nie są razem? Dlaczego wyrosła między nimi taka ściana, że ich miłość nie może jej przebić... Miała poczucie winy w związku ze śmiercią dziecka. Jej dłoń zsunęła się z głowy po jego nagich plecach. Przypominała sobie ten dotyk. Przypominała sobie chwile z Valensole. Nagle się poruszył. Szybko zabrała dłoń. Leżał teraz na wznak. Położyła dłoń na jego nagim torsie. Nagle silny wiatr z hukiem otworzył okno, rozwiewając firanki. Odruchowo podbiegła do okna i je zamknęła.
- Kto tu jest? - Julian się obudził i niemalże krzyknął gdyż zaspany nie rozpoznał Moniki. Była tez ostatnią osobą której by się spodziewał. Podbiegła do łóżka, położyła mu palec na ustach
- Ciiii... to ja.. - wyszeptała
- Najdroższa ty moja...
- Ja... Ja już pójdę... Śpij...
- Nie...- złapał ją za rękę - Zostań...

238




Proszę....
Zastygła nieruchomo, zastanawiała się co zrobić. Targało nią tyle uczuć, że nie wiedziała które wezmą górę. Miała poczucie winy, że zabiła jego dziecko, ale kochała go. Potrzebowała bliskości. Jego bliskości. Chciała, żeby ją ktoś przytulił. Usiadła na łóżku. Złapał ją i mocno przytulił, jakby się bał, że ucieknie
- Najdroższa... Jedyna... Monisiu kochana... Skarbie najmilszy....
- Ciii... - położyła mu dłoń na ustach - Nic już nie mów... - przytuliła się do niego. Okrył ją kołdrą i położył obok. Leżeli tak oboje, wtuleni w siebie. Bez słów, bez wyznań, bez żalu. Ta bliskość dawała o wiele więcej. Przytulił ją do siebie jeszcze bardziej, pocałował w czoło
- Śpij skarbie, śpij....
W jego ramionach szybko zasnęła. Pierwszy raz od dawna w takim spokoju. Julian nie spał. Nie chciał spać. Chciał sie nacieszyć widokiem jej w swoich ramionach. Długo wpatrywał się w jej twarz, wsłuchiwał w miarowy oddech. Chciał sie tą chwilą nacieszyć, tak jakby sie obawiał, że jak zaśnie to ktoś mu ją wykradnie.
Sonia powoli otworzyła oczy, odwróciła twarz w stronę łóżka przyjaciółki
-

239




Monia... - popatrzyła i z niedowierzaniem dostrzegła, że Moniki nie ma. Zerwała się z łóżka i zbiegła na dół. Zastała tam tylko rodziców Juliana.
- O matko święta... - wyszeptała i przerażona podbiegła do góry
- Julian! Wstawaj! Monika... - wbiegła bezceremonialnie do jego pokoju i zamilkła. Zobaczyła obraz, który ją poruszył i uszczęśliwił. Julian leżał, już nie spał ale z głową opartą na jego piersi spała Monika. Odwrócił twarz w kierunku Soni
- Czego się drzesz, obudzisz ją!
- O matko... - uśmiechnęła sie ale zaraz spoważniała - Ale powiedz, że ona tu dobrowolnie...
- Świnia jesteś.... Oczywiście że dobrowolnie!
- Dobra, to śpijcie sobie gołąbeczki - uśmiechnęła się i cicho zamknęła drzwi. Była taka szczęśliwa że w piżamie zbiegła na dół, gdzie mama Juliana szykowała śniadanie. Podeszła do niej, pocałowała w policzek i powiedziała
- Pani Regino, dobrze będzie. Ja pani to mówię. Pani wstawi wodę, musimy się za to napić...
Julian leżał i wpatrywał się w sufit. Cieszył się, że wreszcie się do niego zbliżyła, że przestała go odtrącać. Myślał co zrobi jak przyjadą do Valensole.

240




Postanowił przez jakiś czas zamieszkać u Soni i Krisa, żeby być codziennie blisko niej. Będzie ją woził do psychologa do Marsylii. Poruszyła się, spojrzał
- Kochanie moje, wstałaś już? Jak spałaś?
Przez chwile jakby nie wiedziała gdzie się znajduje. Rozejrzała się po pokoju. Jej wzrok zatrzymał się na Julianie.
- Ty się pewnie przeze mnie nie wyspałeś...
- Skarbie, odpocząłem tak jak nigdy... To, że tu byłaś jest błogosławieństwem... - podniósł się, nie potrafił nad sobą zapanować, wziął jej twarz w swoje dłonie i namiętnie ją pocałował - Przepraszam ale tak za tobą tęsknię, tęsknię za twoją obecnością, za twoim ciałem, za całą tobą...
O dziwo odwzajemniła jego pocałunek. Zachęciło go to. Nachylił się nad nią i zaczął rozpinać guziki jej piżamy. Dotknął jej piersi
- Monika... - majaczył niczym w amoku - Boże, jak ja cię pragnę.. - włożył dłoń w jej spodnie od piżamy
- Aaa.... - jęknęła cicho - Julian ale jeszcze nie teraz... Boli mnie...
Popatrzył na nią. Był zawiedziony ale nie dał tego po sobie poznać
- Dobrze skarbie, tego nie zrobimy ale możemy zrobić coś innego... - to mówiąc

241




zaczął całować jej szyję, piersi, brzuch. Jego usta sięgały coraz niżej i niżej. Kiedy osiągnął swój cel usłyszał jak jej oddech przyspiesza, a nogi kurczowo się zaciskają.
Sonia wypiła z rodzicami Juliana kawę i wracała do pokoju by się wykąpać i ubrać. Kiedy weszła na piętro usłyszała ciche jęki dochodzące z pokoju Juliana. Podeszła i przyłożyła ucho do drzwi. Po tym co usłyszała domyśliła się, co się tam dzieje
- Mam nadzieję, że to za obopólną zgodą bo inaczej zabiję dziada... - pomyślała i poszła do pokoju
Zbliżało się południe kiedy Julian zszedł do rodziców. Sonia siedziała w salonie z rodzicami Juliana i o czymś rozmawiali. Kiedy pojawił się w drzwiach, w koszulce i spodenkach, ze zmierzwionymi włosami, popatrzyli się na niego, a mama uśmiechnęła się znacząco.
- Dzień dobry synku, chcesz śniadanie? Są tosty.... Może... Może Monice zaniesiesz?
- Tak, to dobry pomysł... Zrobię tosty...
Sam przygotował tacę i tosty, nalał sok pomarańczowy do szklanki, rozejrzał się, zobaczył małe różyczki w wazoniku na stole, wziął jedną i położył na tacy. Skierował się w stronę schodów ale rzucił

242




jeszcze
- Nie uwzględniajcie nas w swoich planach na dzisiaj....
Monika siedziała na łóżku z podkulonymi pod brodą kolanami. Była uśmiechnięta i pogodna na tyle na ile to możliwe. Nie wiedziała co ma teraz zrobić. Głupio jej było tak zwyczajnie zejść na dół w sytuacji gdy wszyscy wiedzieli lub domyślali się co się wydarzyło. Nagle drzwi się otworzyły i ukazał się w nich Julian z tacą
- Kochanie, śniadanie do łóżka...
- To dla mnie? - zapytała zdziwiona
- Tak, dla mojego skarba - odpowiedział i postawił tacę na łóżku - Mam dla ciebie propozycję. Zabiorę cię dzisiaj na spacer. Pokażę ci okolice. Miejsca, w których spędzałem czas jako dziecko.
- Czy... czy twoi rodzice i Sonia wiedzą, że tu spędziłam noc?
- Tak, wiedzą. Ale to nie ma znaczenia. Nie musisz się czuć skrępowana. Jesteśmy dorośli..
Monika zjadła śniadanie i poszła do swojego pokoju się ubrać. Widziała z okna jak mama Juliana pokazuje Soni kwitnące w ogrodzie wiosenne kwiaty. Uśmiechnęła się do siebie. Zdawało jej się, że to co się teraz dzieje wokół to coś innego, nierzeczywistego, jakieś inne życie, nie jej. Że prawdziwe życie toczy się

243




wokół tragedii, która stała się jej udziałem. Nie potrafiła o tym zapomnieć i nie potrafiła o tym z nikim rozmawiać. Nie mogła się przemóc i wyrzucić z siebie całego bólu i rozpaczy, jaką skrywała jej dusza. Być może dlatego uśpiło to skutecznie czujność Soni i Juliana. Chcieli wierzyć, że czuje się lepiej, że będzie się starała odzyskać równowagę psychiczną i spokój wewnętrzny.
- To co, pójdziemy? - Julian zajrzał do pokoju
- Tak... tak, oczywiście, tylko się ubiorę... - odparła
- To ja czekam na dole
Została sama. Poszła do łazienki się ubrać. Julian zszedł do rodziców i Soni.
- Pójdziemy na spacer. Myślę, że jej to dobrze zrobi... Teraz w lesie kwitną już kwiaty.. Pochodzimy, zapomni, albo chociaż trochę przestanie o tym myśleć...
- Dobry pomysł. Zabierz ją nad jezioro albo nad strumień. Tam jest najładniej - doradziła mama.
- Dzień dobry Monia - Sonia zauważyła nadchodzącą przyjaciółkę
- Napijesz się kawy moja droga? - spytała mama Juliana
- Tak, poproszę....- nie umknęło jej uwadze jak wszyscy jej nadskakują i jak się z nią obchodzą. Nikt się nią nigdy tak nie przejmował. Zawsze radziła

244




sobie sama. Usiadła przy stole, wzięła kubek w dłonie
- Ja... - zaczęła niepewnie - Ja chciałam powiedzieć... Chciałam podziękować. Jesteście państwo dla mnie tacy mili. Chociaż... Chociaż jestem winna śmierci państwa wnuka....
- Ale... - Sonia usiłowała jej przerwać
- Ja wiem, Ja sobie tego nigdy nie wybaczę.. A wy mi nic nie powiecie...
Matka Juliana wzięła ją za rękę
- Dziecko, ty sobie tego nie wyrzucaj. Skup się na przyszłości. Jesteś młoda, przed tobą całe życie. To od ciebie zależy jak je poukładasz... A my cię będziemy zawsze wspierać...
- To co, idziemy? - Julian wszedł do domu - Byłem juz żeby sprawdzić pogodę. Jest super, słońce wyszło.
- Tak, już idę - Monika wzięła ostatni łyka kawy i wyszli. Spacer pośród leśnych pagórków, drzew przeplatanych górskimi strumieniami niczym wstążkami, był wspaniały. Wokół rozpościerały się łąki porośnięte różnokolorowymi krokusami, przebiśniegami. W pobliżu strumyków kwitły kępy kaczeńców. Widać było też górskie stokrotki, sasanki w różnych kolorach, śnieżyczki i szafirki. Wszystko to sprawiało, że pomimo wczesnej wiosny łąki przypominały

245




kolorowe dywany.
- Chodź, coś ci pokażę - Julian złapał ją za rękę. Szli przez chwilę, naglę wskazał coś palcem. Popatrzyła w tym kierunku
- Patrz, to są szarotki... Pod ścisłą ochroną...
Rzeczywiście, pomiędzy drzewami dostrzegła kilka niewielkich białych kwiatuszków
- Są śliczne, tak jak ty... - schylił się by je dla niej zerwać ale go powstrzymała
- Zostaw... niech rosną... Tu wyglądają najładniej..
Górskie strumyki były krystalicznie czyste, a ich szmer był kojący. Przysiedli na powalonym drzewie nad jednym ze strumieni. Objął ją czule ramieniem i pocałował w czoło. Siedzieli tak w milczeniu wpatrując się gdzieś w dal. W pewnym momencie odwróciła się, włożyła ręce pod jego kurtkę i mocno się w niego wtuliła. Odwzajemnił czułość
- Najdroższa ty moja... - powiedział.
Chodząc po bezdrożach bawarskich wzniesień, nie zauważyli nawet że zaczęło się ściemniać. Zapadł wzrok kiedy wrócili do domu.
- No wreszcie! My się tu już denerwowaliśmy! - Sonia nie kryła oburzenia - Ciemno już dawno się zrobiło, a żadne z was telefonu nie wzięło. Musimy się wcześniej położyć, bo jutro ponad dziesięć godzin

246




jazdy...
Na drugi dzień od wczesnego rana trwały przygotowania do wyjazdu. Julian nosił bagaże do samochodów, Sonia sprawdzała czy wszystko wzięli. Julian przygotował dla Moniki koc i poduszkę by było jej wygodnie podczas podróży.
- Dziękujemy za gościnę, miło było się znowu spotkać - Sonia serdecznie ucałowała rodziców Juliana
- Do widzenia mamo, do zobaczenia tato, zadzwonię jak dojedziemy - to mówiąc Julian wsiadł do auta. Monika wyszła przed dom
- Ja naprawdę bardzo dziękuję za wszystko... -skierowała swoje słowa do rodziców Juliana. Mama wzięła ją za rękę, spojrzała w oczy i powiedziała
- Pamiętaj dziecko co ci powiedziałam. Bądź silna, a na pewno wszystko się ułoży. I proszę cię jeszcze raz. Nie przekreślaj Juliana, on tak cię kocha...
Monika nie bardzo wiedziała co powiedzieć. Objęła kobietę serdecznie i powiedziała
- Do widzenia państwu..
Droga była długa ale z uwagi na dobre drogi, niezbyt męcząca. Poza tym możliwości obu aut- Soni i Juliana - pozwalały na pokonanie jej w optymalnym czasie. Monika zasnęła. Julian co jakiś czas spoglądał na nią sprawdzając czy śpi. Kiedy dojechali do Valensole było

247




już ciemno. Kris czekał na nich już przed domem
- No wreszcie... Jak ja was długo nie widziałem.. Skarbie mój! - gorąco ucałował Sonię - Jak ja się za tobą stęskniłem!
Sonia rzuciła się narzeczonemu na szyję
- Niedługo zapomniałabym jak wyglądasz...
Weszli do domu. Panował w nim wyjątkowy porządek
- No kotku, jestem pod wrażeniem - Sonia nie kryła zaskoczenia - Z podłogi można jeść... No błysk...
- Dobra, ty daj coś jeść bo jestem głodny.. - Julian myślał o bardziej przyziemnych sprawach - Jestem głodny jak wilk. Monia, a ty? Zjesz coś?
- Nie, ja dziękuję. Najwyżej jakaś herbata...
- Dobra juz zaparzam, a wy się rozpakujcie - Monika i Julian poszli na górę rozpakować swoje bagaże
- Monia, weź mi kosmetyczkę na górę jak możesz? Rzuć gdzieś tam w sypialni...
- Daj - Monika wzięła niewielki kuferek i poszła do sypialni przyjaciółki.
- No tu się Kris jednak nie przyłożył - pomyślała Monika gdy rozejrzała się po panującym wokół bałaganie. Nagle jej wzrok zatrzymał się na stoliku nocnym Soni. Kuferek wypadł z rąk rozsypując zawartość na dywanie. Podeszła, wzięła do ręki stojącą tam ramkę ze zdjęciem.

248




Była na tym zdjęciu. W ciąży. Pamiętała jak je podpisywała specjalnie dla Soni i Krisa "Pozdrowienia od nas obojga". Usiadła na łóżku, chwile wpatrywała się w zdjęcie, po czym głośno zapłakała. Nie starała się ukrywać swojego bólu. Po prostu czuła potrzebę wykrzyczenia i wypłakania się. W tym momencie. Sonia i Kris spojrzeli po sobie z przerażeniem
- Zdjęcie... - wyszeptała Sonia - Kurwa, schowałeś zdjęcie...?
- Nie... - Kris w lot pojął co się stało. Jednocześnie zerwali się i pobiegli na górę. Wpadli do sypialni gdzie Julian siedział i tulił do piersi płaczącą Monikę, usiłując jednocześnie wyrwać jej z rąk zdjęcie. Jej dłonie kurczowo się zacisnęły na ramce. Nie chciała jej oddać
- Daj mi to, proszę - negocjował próbując jej to zabrać
- Nie! Nie zabieraj mi tego! Proszę! - płakała - Tylko to mi zostało....
Julian nie słuchał. Wyszarpnął w końcu ramkę z jej dłoni. Zauważył, że podczas szarpaniny szkło w ramce pękło i się wykruszyło. Wszystko działo się w ułamku sekundy. Sonia i Kris stali jakby przyrośli do podłogi. Kawałki szkła rozsypały się po podłodze. Monika spojrzała na

249




Juliana. Pojął w mig jej zamiar ale spóźnił sie o ułamek sekundy. Monika złapała podłużny kawałek szkła, odskoczyła od niego, bez zastanowienia przyłożyła do swojego nadgarstka, zamknęła oczy i z całej siły przeciągnęła szkłem po przegubie dłoni. Z rany trysnęła krew. Wszystko działo sie w tak krótkim czasie że Sonia i Kris nie zdołali zareagować.
- Co ty robisz?! - Julian rzucił się do Moniki i wyrwał jej szkło z ręki, samemu się kalecząc - Oszalałaś?! - doznał szoku, czuł, że i jemu nerwy puściły. Złapał skaleczoną rękę Moniki, mocno ścisnął tuż przed raną, podniósł wysoko i niemal siłą zaciągnął do łazienki po drodze krzycząc - Sońka, dawaj bandaże i plastry!
- Tak, tak... Już lecę - Sonia nie wiedziała co robi. Przeglądając apteczkę wyrzuciła wszystko z szafki, trzęsły jej się ręce i nie potrafiła zebrać myśli. Julian w łazience nawet nie chciał spojrzeć na Monikę, która się juz uspokoiła ale nadal z oczu leciały jej łzy. Nic nie mówił. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Coś w nim pękło. Sonia wbiegła niosąc bandaże. Sprawnie wytarł przemytą ranę. Mocno obandażował.

250




Popatrzył na nią bez współczucia i powiedział
- Gotowe - jego głos brzmiał lodowato. - A teraz posłuchaj - złapał ją za zabandażowaną rękę i powiedział - Co ty sobie myślisz, że tylko ty cierpisz?! Że ja uczuć do cholery nie mam?! Że ja też tego nie przeżywam?! Ja też jestem człowiekiem! Może i skurwielem w twoich oczach ale człowiekiem. Nie potworem! Robię co mogę, staram się ale ty zdajesz się tego nie zauważać! Ja już też nie mam siły! Ja...
- Dosyć Julian! - Sonia zakończyła jego monolog - Wystarczająco dużo juz powiedziałeś. Idź stąd, ja się nią zajmę... Zejdźcie na dół i zróbcie sobie kolację....
Julian skierował się do drzwi. Obejrzał się na Monikę raz jeszcze ale nic nie powiedział. Kiedy zostały same Sonia powiedziała
- Boże, Monika co ty chciałaś zrobić? - usiadła na brzegu wanny, ukryła twarz w dłoniach i rozpłakała się - Czyś ty dziewczyno oszalała? Ja bym tego chyba nie przeżyła - spojrzała na przyjaciółkę, otarła oczy i powiedziała poważnie - Musisz się leczyć. Ciebie trzeba skierować do psychologa
- Nie chcę...
- Przykro mi ale musisz. Nie widzę innego wyjścia. Jesteś rozsądna.

251




Wiesz, że w tej sytuacji jest to najlepszym rozwiązaniem - Monika wiedziała, że Sonia ma rację. Ona sama, jako pedagog dobrze znała tą tematykę. Sonia podeszła i przytuliła ją - Julian załatwi ci psychologa w Marsylii. Będziesz tam jeździła. Monika juz nie oponowała. Ochłonęła.
- Przepraszam... - wyszeptała
- Ciiii... - Sonia ją przytuliła. Siedziały tak obie, jakby chcąc sobie nawzajem dać wsparcie i otuchę.
Tymczasem Julian nerwowo chodził po kuchni w tą i z powrotem. Na jego twarzy malowało się zdenerwowanie, napięcie, złość. Wszystko stanowiło istny tygiel. Kris tylko patrzył kiedy wybuchnie
- Ja juz kurwa nie mogę! - Julian uderzył pięścią w stół - Przecież się staram! Kocham ją ale to zaczyna mnie przerastać! - usiadł przy stole, ukrył twarz w dłoniach, ciężko westchnął. Kris położył dłoń na jego ramieniu
- Wytrzymaj jeszcze... to się skończy niedługo... Będzie lepiej...
- Nie Kris. Nie będzie lepiej. Widzisz co się dzieje. Jeszcze jeden taki numer i się poddam... - twarz Juliana nie wyrażała żadnych emocji. Widać, że swoje słowa traktował wyjątkowo poważnie. Kris nic juz nie odpowiedział.
- Śpij -

252




Sonia przykryła Monikę kołdrą - Zaraz przyniosę ci jakieś leki nasenne. Obiecaj...
- Nie Soniu, nic sobie nie zrobię. Nie wiem dlaczego tak postąpiłam.. Naprawdę nie wiem ale kiedy zobaczyłam to zdjęcie, wspomnienia wróciły. Ta pustka, poczucie winy i straty... Ja sobie z tym nie daję rady... Ja się w nocy budzę bo mi się śni, że moje dziecko pyta czemu je zabiłam.
- Jezu...
- I śni mi się, że nie wiem co odpowiedzieć. Budzę się nocami i płaczę w poduszkę. Mam wyrzuty sumienia wobec Juliana. Nie chcę żeby poczucie winy zatrzymywało go przy mnie. Kocham go ale jednocześnie nie mogę na niego patrzeć. Kiedy tylko na niego spoglądam przypominam sobie co nas łączyło i co było tego efektem. Da się kogoś kochać i jednocześnie chcieć być daleko od tej osoby?
- Nie wiem Monika... Po prostu nie wiem... - Sonia czuła się bezradna. Zeszła na dół, wzięła z szafki leki nasenne i zaniosła przyjaciółce - Weź dwie. Nie zaszkodzą ale się wyśpisz - podała tabletki - Teraz idź spać. Dobranoc - zgasiła światło w pokoju i zamknęła drzwi. Monika po tabletkach szybko zasnęła
Cała trójka siedziała w salonie na dole. Nikt nie był w

253




stanie nic powiedzieć po tym co się stało. Sonia podeszła do kredensu, otwarła go, wzięła butelkę wina i trzy kieliszki. Chwile się wahała. Odstawiła wino i sięgnęła po koniak.
- Musimy się napić czegoś mocniejszego - zadecydowała - Może nam ulży... - to mówiąc nalała wszystkim - Julian, jutro zadzwoń do tego psychologa i umów ją jak najszybciej
- A jak nie będzie chciała iść? - Julian rozpatrywał wszystkie możliwości
- Będzie. Moja w tym głowa. Pójdzie, nie martw się...
Wyjątkowo smutny był Kris
- Zapomniałem schować to zdjęcie... Zapomniałem...
- Daj spokój Kris... Tego nie mogłeś przewidzieć.. - Sonia czule przytuliła narzeczonego.
Rano Julian wstał jako pierwszy. Był małomówny. Od rana prowadził rozmowy telefoniczne. Wypił tylko kawę. Kiedy Sonia zeszła na dół powiedział
- Dzwoniłem do lekarza, pojutrze ją zawiozę. Teraz jadę do Marsylii. Nie wiem kiedy wrócę... Może dzisiaj, może jutro... Nie wiem. Mam kilka spraw
- Julian - Sonia złapała go za rękę - Mnie nie musisz oszukiwać. Nie odtrącaj jej. Daj jej jeszcze czas... Proszę
- Ja ją odtrącam? - zapytał z wyrzutem - Ja?! Chyba żartujesz! Robie

254




wszystko, żeby dać jej wsparcie i otoczyć opieką, a ona co? Najlepiej i najłatwiej się zabić! - spojrzeli na schody. Monika stała i słuchała. Nic nie odpowiedziała. Julian spojrzał na nią, wziął marynarkę i wyszedł bez słowa.
Dni mijały bardzo szybko. Julian woził Monikę dwa razy w tygodniu do psychologa. Wszystko szło ku lepszemu, przynajmniej takie wrażenie można było odnieść. Monika częściej się uśmiechała, była bardziej rozmowna. Widać było jak wiele daje jej terapia. Niestety, kiedy stan zdrowia Moniki się poprawiał, Julian stał się bardziej zamknięty w sobie i oziębły. Nie potrafił juz okazywać jej takiej czułości. Nie mógł jej zapomnieć, że chciała się zabić. Że o nim nie pomyślała. Odbierał to jako zdeptanie jego uczuć. Uważał, że nie myślała o nich kiedy wzięła szkło do ręki. Był rozgoryczony i miał do niej żal. Zbliżał się maj. Temperatura była coraz wyższa. Dni stały się dłuższe, słońce częściej świeciło. Monika lubiła spacerować po okolicy. Oglądała znane miejsca. Patrzyła jak pąki na drzewach zaczynają się rozwijać i wychodzą z nich jaskrawozielone listki. Lubiła patrzeć

255




na kwitnące pierwsze kwiatki. Podczas jednego ze spacerów przysiadła na ławce pod wielkim platanem. Patrzyła na okoliczne wzgórza i pagórki. Wystawiła twarz ku słońcu. Siedziała chwile gdy nagle usłyszała rozmowę. Spojrzała. Zobaczyła Lemaire'a, który prowadził rower, a towarzyszył mu młody mężczyzna. Wysoki, z ciemnymi, lekko kręconymi włosami. Szli w jej kierunku
- Dzień dobry madmoiselle Monique! - Lemaire przywitał ją
- Dzień dobry panie Lemaire, co słychać? Jak ja pana dawno nie widziałam - ucieszyła się
- A to jest Armand Frossard - przedstawił mężczyznę
- Miło mi, Monika
Mężczyzna spojrzał na nią i uśmiechnął się serdecznie
- Miło mi panią poznać...
- Armand jest synem właściciela winnicy, który niedawno zmarł
- Tak mi przykro... - Monika szczerze mu współczuła
- Tak, jest nam ciężko. Mi i siostrze.
- Co się stanie teraz z winnicą? - zapytała z troską
- Nic. Dalej będzie produkowała wino. Myśleliśmy o jej sprzedaży ale w końcu doszliśmy do wniosku, że ojciec by chciał żeby została w naszych rękach... Włożył w nią całe swoje serce. Sprzedaż nie byłaby uczciwa.
- Z pewnością.. - uśmiechnęła

256




się - Muszę juz iść, na mnie pora - odwróciła się i poszła w kierunku domu - Do widzenia..
- Do widzenia, madmoiselle Monique - odpowiedział
- Piękna dziewczyna, prawda? - Lemaire zauważył jak Armand z uwagą odprowadza ją wzrokiem - Szalenie miła i sympatyczna
- Mieszka tu? - wydawał się zainteresowany
- Tak, u tych państwa na wzgórzu. Soni i Krisa. Tez bardzo mili ludzie..
Armand chwilę patrzył za Moniką znikającą za wzgórzem
- Idziemy? - zagadnął Lemaire
- Tak, tak... juz idę... - słowa starca wyrwały Armanda z zamyślenia.
Julian coraz więcej czasu spędzał poza Valensole. Pomijając dni, kiedy woził Monikę do Marsylii, coraz częściej jeździł tam sam. Rzucił się w wir pracy, starał się nadrobić zaległości
- Janette - rzekł pewnego popołudnia, siedząc w swoim biurze i czekając na telefon od Moniki, która zakończy spotkanie u psychologa - Czy mogłabyś mi znaleźć jakieś ciekawe oferty z biur podróży? Myślę o jakimś ciepłym i spokojnym miejscu. Może Maroko..
- A dla ilu osób? Tylko dla pana?
- Nie, dla dwóch... Albo... Nie, dla jednej. Tylko dla jednej - powiedział a w myślach dodał - I tak by ze mną nie

257




pojechała...
Nagle drzwi sekretariatu uchyliły się i stanęła w nich Monika
- Dzień dobry - uśmiechnęła się do Janette - Szukam pana Juliana
- A kim pani jest? Kogo mam zapowiedzieć?
- Monika... Proszę mu powiedzieć, że przyszła Monika
Janette zajrzała do gabinetu Juliana
- Szefie, przyszła pani Monika..
Julian zerwał się na równe nogi, podbiegł do drzwi
- Monisiu, ty tutaj? Miałaś zadzwonić, to bym po ciebie przyjechał..
- Ale po co? Przecież to niedaleko to się przeszłam...
- Janette! - Julian krzyknął do dziewczyny- Zrób nam dwie kawy!
- Janette? - Monika spojrzała na dziewczynę - Bardzo ładne imię...- Monika pamiętała, że swego czasu po jej telefonie Julian opuścił Valensole zostawiając ją. Janette wyszła i zostawiła ich samych. Monika podeszła do wielkiego okna znajdującego się za fotelem Juliana.
- Masz stąd piękny widok...
- Tak, to prawda - stanął za nią - Lubię się wpatrywać w ten widok. Chociaż pejzaże w Valensole są piękniejsze - oparł dłonie na jej ramionach - Jak dzisiaj było?
- Dobrze. Dużo mi te spotkania dają, dziękuję że mi pomogłeś...
- Dobrze skarbie. Pomagam nam obojgu, nie tylko tobie... -

258




przytulił ja ale miał poczucie, że to co ich do tej pory łączyło zdawało się być już czymś innym. Nie było to juz gorące uczucie. Julian nadal ją kochał ale była to już inna miłość. Poraniona tragedią, rozpaczą, przejściami. Było to uczucie ulegające cały czas przemianom. Postanowił dać ich związkowi więcej czasu. Chciał by wróciła do równowagi. Doszedł do wniosku że i jemu to dobrze zrobi.
- A Janette... - Monika nie wiedziała jak zapytać o sekretarkę
- Co, Janette? - zapytał - Powiedziała ci coś? Jest moja sekretarką od kilku lat.. Czasem jest dziwna ale w pracy niezastąpiona...
- Bardzo ładna dziewczyna...
Do pokoju weszła Janette z kawą
- Droga Janette, Monika stwierdziła, że jesteś bardzo ładna. A jak ona to mówi to musi być komplement - uśmiechnął się serdecznie do sekretarki
- Tak?- Janette była zaskoczona ale było jej też miło - Bardzo dziękuję...
Jakiś czas chodzili po mieście oglądając piękne krajobrazy o skały o które rozbijały się fale. Wracali do Valensole, kiedy w pewnym momencie Julian powiedział
- Jutro i pojutrze zostanę w Marsylii. Mam spotkanie służbowe. Nie chce się tłuc po nocy. Za

259




dwa dni do was przyjadę
- Oczywiście, rozumiem. Jakoś sobie bez ciebie poradzimy - uśmiechnęła się i położyła swoją dłoń na jego. Podniósł ją i czule ucałował
- Pamiętaj, że cię kocham... - dodał
Kiedy dojechali Sonia i Kris czekali na nich z obiadem.
- Przygotowałam pyszną pieczeń z grilla, siadajcie bo pewnie jesteście głodni. My już jedliśmy...
Wieczorem wszyscy rozsiedli się w salonie, każde zajęte było czymś innym. Sonia z Moniką oglądały jakiś serial, Kris zagłębiony był w opasłych tomach zawierających wiedze prawnicza.
- Boże, Sonia, latasz po tych kanałach jak wiatr po pustym sklepie... - Krisa denerwowały co rusz zmieniane programy - Wybierz coś wreszcie, żeby chociaż jeden program w całości obejrzeć
- No patrz, kilkaset kanałów a taka szmira... - Sonia nie zaniechała szukania czegoś ciekawego
Monia zasnęła z głową na kolanach Juliana. Delikatnie ją zsunął i położył na poduszkę. Wstał i podszedł znudzony do witryny książkowej Soni.
- Ciekawe czy masz coś sensownego do czytania - zaczął przeglądać - O, widzę że masz też albumy ze zdjęciami! - na jednym widniał napis "Monte Carlo"
-

260




To z zeszłego lata? - zapytał
- Tak, z tego wspaniałego lata...
Wyjął album, usiadł w fotelu i zaczął oglądać. Nagle jego wzrok zatrzymał się na jednym ze zdjęć. Wyjął je z albumu, pokazał Soni i zapytał
- Możesz mi dać to zdjęcie?
- Tak, weź sobie - popatrzyła z rezygnacją
Na zdjęciu byłą Monika, w pięknej łososiowej sukience. Tuż przed wyjściem do kasyna. Na jej twarzy malowała się ta niewinność, która była wtedy jej udziałem.
- Co, postawisz sobie na biurku? - zażartowała Sonia
- Tak. Dokładnie tak zamierzam zrobić...
Następnego ranka Julian wyjechał do Marsylii. Sonia z Moniką piły kawę w ogrodzie. Robiło się coraz cieplej więc nie chciały siedzieć w domu. Kris dołączył do nich w ogrodzie
- Kotku, lecę na trzy dni do Paryża. Mam tam spotkanie z klientem - powiedział
- Tak? No szkoda... Trudno. Jakoś sobie poradzimy bez naszych mężczyzn - Sonia uśmiechnęła się czule do narzeczonego - Spędzimy kilka dni na babskich plotkach bo ani ciebie ani Juliana nie będzie...A kiedy wylatujesz?
- Jutro rano jadę do Marsylii, a stamtąd do Paryża
- Dobrze, wieczorem pomogę ci się spakować. Sprawdzę czy wszystko

261




wziąłeś...
Kris poszedł do domu, dziewczyny zostały same.
- No to kochana, jutro jedziemy do miasteczka. Jakieś zakupy trzeba zrobić, żeby mieć na kilka dni spokój. Wiesz, zapasy nam się kończą..
- Fajnie, dawno nie byłam w miasteczku... W sumie nie pamiętam kiedy... A jest takie urocze.
Na drugi dzień, kiedy tylko Kris zniknął za horyzontem, Sonia złapała torebkę i kluczyki do auta
- No to skarbie, ładuj się do auta!
- Już? Poczekaj tylko wezmę sweter... - Monika nie nadążała za przyjaciółką która niemal siłą wsadziła ją do auta i ruszyła z piskiem opon
- A drzwi chociaż zamknęłaś- zapytała Monika
- Wiesz co... Powiem ci, że nie wiem.. - Soni na chwilę z twarzy znikł uśmiech ale zaraz dodała - Ale co tam, na takie zadupie nikt nie przylezie. Swoją drogą chyba kupię psa. Takiego wielkiego, więc będzie obszczekiwał gospodarkę..
Miasteczko położone było na wzniesieniu. Znajdowało się w nim mnóstwo małych domków, położonych niemal jeden na drugim. Uroku dodawały kręte, ciche uliczki. Latem, wokół rozciągały się wielkie fioletowe pola lawendy. Miasteczko stanowiło wtedy wyspę na oceanie fioletowego koloru.

262




Dziewczyny spacerowały wśród wielkich kasztanowców podziwiając krajobraz. Słoneczna pogoda zachęcała do pieszych wycieczek.
- Chodź, tu jest taki super sklep z różnymi wytworami lokalnymi. Wiesz, takie ekologiczne duperele typu dżemy, soki, pasty, sery... I powiem ci, bardzo smaczne. Kupimy coś, bo w lodówce hula wiatr. - weszły do sklepiku. Nad wejściem wisiał zielonkawy szyld z napisem "Domowe przetwory". W środku stał drewniany okrągły stolik, przykryty wyhaftowaną ręcznie serwetą. Haft przedstawiał gałązki lawendy. Na stoliku stał dzbanuszek i filiżanki. Z dzbanuszka unosiła się woń świeżo zaparzonej herbaty. Wokół stolika stały dwa drewniane krzesełka. Prawie wszystkie ściany wypełnione były regałami, na których stały różne przetwory. Były tez słoje, w których znajdowały sie konfitury, soki i inne przetwory których można było spróbować przed kupnem. Ogólnie panowała tu ciepła, rodzinna atmosfera.
- Dzień dobry pani Claire!
- Dzień dobry pani Soniu! Co słychać?
- Zabrakło nam pani pysznych przetworów. Musimy się zaopatrzyć na dłużej - Sonia stanęła w kolejce. Przed nią stało kilka osób. Monika

263




chodziła i oglądała słoiczki.
- Soniu, zobacz, tu jest dżem z winogron. Bardzo go lubię, weźmiemy?
- Jasne, dawaj kilka słoików!
- Dzień dobry madmoiselle Monique.. - na te słowa Monika gwałtownie odwróciła się od regałów
- Dzień dobry... - rozpoznała Armanda, młodego właściciela winiarni. Monika była nieco zmieszana. Sonia popatrzyła na Armanda, którego nie znała. Przyjaciółka to zauważyła - Soniu, to jest pan Armand Frossard, właściciel winiarni... Tej, z której chcesz kupić wino na ślub...
- Miło mi - Armand skierował te słowa pod adresem Soni, która była pod jego wrażeniem
- No mi jeszcze bardziej - powiedziała - Sonia, miło pana poznać. Miałam się do pana wybrać.
Akurat przyszła kolej na zakupy Soni. Zaczęła dyskutować z właścicielką i wybierać produkty. W tym czasie Armand podszedł do stolika, nalał do filiżanki herbaty i podał ją Monice
- Napije się pani ze mną? - zapytał
- Ja... No nie wiem, bo my się spieszymy.... Chyba nie zdążymy - jawnie usiłowała go zbyć.
- O, Monia pijesz herbatę? - Sonia skończyła pakować zakupy do wiklinowego koszyka - Jak chcesz to zostań, ja podjadę jeszcze zatankować

264




auto i po ciebie przyjadę
- Nie, ja pojadę...
- Proszę zostać, ta herbata jest naprawdę pyszna - Armand się nie poddawał
- Zostań i wynegocjuj mi niską cenę - uśmiechnęła się Sonia - Będę za parę minut. Do widzenia pani Claire! - to mówiąc szybko zniknęła za drzwiami sklepu. Monika została z Armandem. Fakt, że był to sklep wcale nie ułatwiał sprawy. Co chwile ktoś wychodził i przychodził ze sklepu. Usiadła przy stoliku, Armand podał jej filiżankę.
- Pani koleżanka wychodzi za mąż?
- Tak, planuje latem ślub i chciała zakupić wino na wesele. Pomyślała, że od pana kupi...
- To może kiedyś się panie wybierzecie do winiarni, żeby zobaczyć i spróbować win i wybrać te, które będą odpowiednie? Może będę mógł coś doradzić?
- Oczywiście, powiem jej. Myślę, że to dobry pomysł...
- Może jutro?
- Zapytam ją, ale chyba będzie pasowało. O której mogłybyśmy przyjechać?
- Będę w winnicy od rana, więc możecie przyjechać kiedy chcecie. Będzie to dla mnie i siostry prawdziwa przyjemność - uśmiechnął się serdecznie - Proszę pić, herbata stygnie...
Sonia zajrzała do sklepu
- Już jestem. Idziesz?
- Tak Soniu, juz...

265




- dopiła ostatni łyk herbaty - Do widzenia panu - rzuciła odchodząc
- Do widzenia paniom... - Armand patrzył jak wsiadają do auta i odjeżdżają
- Ty, ale przystojny jest, co? - Sonia analizowała wygląd Armanda
- No jest, taki sobie...
- Weź nie lej mi tu wody, bo aż w butach chlupie... Normalnie ulepszona wersja młodego Hugh Granta. I te falujące włosy. No jest na czym oko zawiesić...
- Sońka, ty masz narzeczonego!
- Moja droga, to że jestem na diecie nie znaczy że nie mogę menu pooglądać - roześmiała się Sonia
Wieczorem, kiedy siedziały przed telewizorem grzejąc się przy kominku. Sonia w pewnym momencie powiedziała
- Wiesz co, ślub miał być w czerwcu. Ale przełożę na sierpień...
- Przeze mnie, prawda? - spytała Monika
- Nie... Dobra, tak, przez ciebie. Chcę żeby dla ciebie tez to była dobra zabawa. Chciałam, żebyś i ty cieszyła się moim szczęściem. Aczkolwiek żyjemy z Krisem juz tyle czasu razem, że pewnie ślub niewiele zmieni. Ale będę miała możliwość ubrania pięknej ślubnej sukni.
- A masz już jakąś wybraną?
- Mam pomysł jak powinna wyglądać. Chciałabym żeby była... - dzwonek telefonu przerwał rozmowę. Monika

266




podniosła słuchawkę
- Słucham...A to ty... Co słychać? .. Nie, nie nudzimy się...Byłyśmy dzisiaj na zakupach w miasteczku. Kris poleciał do Paryża... Dobrze, nie ma sprawy... - odłożyła słuchawkę i powiedziała do Soni
- Julian pobędzie w Marsylii dwa dni dłużej
- No i gitara! Więcej spokoju. - Sonia nie była zawiedziona - To jutro pojedziemy do winnicy - spojrzała na Monikę - A powiedz, myślisz o nim jak go nie ma?
Monika chwilę myślała i odpowiedziała
- Myślę..
Armand wrócił do winnicy. Jego siostra stała na drabinie i ustawiała butelki wina na półkach w sklepie znajdującym się przy winnicy. Miała 22 lata, była wysoką i ładną szatynką o zielonych oczach. Na widok brata uśmiechnęła się
- Armand, wróciłeś? I co tam w mieście słychać? Zrobiłeś jakieś zakupy?
- Tak, Nadine. Kupiłem to co chciałaś. Wiesz, na dniach przyjadą do nas goście. Pamiętasz ten dom, który ci się tak bardzo podobał? Ten na wzgórzu, za miasteczkiem?
- No pamiętam. Piękny jest... A co?
- Wiesz, mieszkanka tego domu planuje ślub i przyjedzie do nas kupić wino na tą imprezę. Przyjedzie z koleżanką. Może z kimś jeszcze, nie wiem, może z

267




narzeczonym ale nieważne..
- A to nie w pobliżu tego domu widziałeś tą dziewczynę, która ci się spodobała? Wtedy, kiedy byłeś na spacerze z Lemaire'm?
- Tak. To ona. Ma na imię Monika...
- No to się cieszę. Wykorzystaj okazję - Marie zeszła z drabiny i pomachała bratu palcem przed nosem - Póki się nadarza. Sprawdź czy wolna, a jak tak to się nie zastanawiaj....
W gabinecie Juliana rozległ się dzwonek telefonu. Odebrał
- Tak, słucham?
- Witaj... - odezwał się kobiecy głos. Rozpoznał od razu głos Sary
- No witam - odpowiedział lekko speszony - Co się stało, że dzwonisz? Skąd masz mój numer?
- Zapomniałeś jak mi dałeś wizytówkę? Chyba aż tak pijany nie byłeś? - rzeczywiście. Nie był. Rozdawał je na lewo i prawo - Dzwonię do ciebie, bo szukam jakiegoś domku w twoich okolicach. Wiesz, Szwajcaria to nie Prowansja... Cieplej i chciałabym mieć domek na wypady weekendowe. Może mi coś zaproponujesz?
- Yyyy... - Juliana zamurowało. Ostatnie czego by chciał to Sara mieszkająca gdzieś w pobliżu, niczym wyrzut sumienia - No musiałbym poszukać... Wyślę ci kilka ofert, może którąś wybierzesz..
- A tak poza tym co u ciebie? -

268




zapytała
- A wiesz, praca, praca... i nic poza tym
- Nie wierzę. Żadnych przyjemności poza pracą? - drążyła temat
- No wyobraź sobie, że nie. Mam teraz trochę pracy. Muszę kończyć. Wyślę ci kilka propozycji i dasz znać
- Ok. W porządku. To pa kotku...
- Pa....
Odłożył słuchawkę. Chwilę myślał, w końcu zawołał
- Janette! - sekretarka od razu zjawiła się w gabinecie
- Słucham?
- Janette, mamy jakieś domki w okolicy, których nikt nie chce kupić? Jakieś za drogie lub w byle jakiej lokalizacji? I byle dalej od Valensole?
- No coś tam mamy... A kogo pan tak nie lubi?
- Nieważne. Poszukaj mi tu kilka takich ofert
- Dobrze, już idę...
Julian opadł na fotel. - Może zrezygnuje? - pomyślał
Tymczasem w Valensole Sonia i Monika szykowały się na wyjazd do winiarni.
- Wzięłaś te ulotki? - zapytała Sonia
- Te, które mówią co na jaką imprezę i do czego? Wzięłam.. Coś jeszcze?
- Dawaj, to wszystko. To jedziemy. Martwi mnie tylko jedno, jak zaczniemy konsumować to czy do domu wrócimy. Bo wiesz, jak zabłądzimy to na tym zadupiu i tych polach to znajdą nas dopiero jesienią - Sonia najwidoczniej zamierzała oceniać smaki napojów
-

269




Dobrze, to ja będę prowadziła
- O nie moja droga, ty mi musisz doradzać więc tez pijesz. Miejmy nadzieję, że nie doprowadzimy się do takiego stanu jak w Monte Carlo. Wsiadaj, jedziemy!
Droga prowadziła przez zielone o tej porze pola Prowansji. Wokół rozciągały się pola lawendy, a im bliżej winnicy- pola winorośli. Panował tu wiejski, spokojny klimat małego miasteczka, w którym życie toczy się jakby w zwolnionym tempie, z dala od miejskiego zgiełku. Nie było tu też wielu turystów, co zapewniało spokój mieszkańcom.

     
dalsze losy bohaterów w części drugiej :)

270




Wyrazy: Znaki: