Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin
ikonka komentarza

Nosił wilk razy kilka... - część II

Autor: Mroffka twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




Dojechały do bramy winnicy. Była otwarta, tak jakby w oczekiwaniu na ich przyjazd. Brama miała kształt łuku, wykonana była z luźno ociosanych kamieni w typowym prowansalskim stylu. Do domu prowadziła długa droga pośród pól winorośli. Na jej końcu, za daleka widać było wyrastający spośród zielonych drzew, dom. Był koloru łososiowego, na kamiennej podmurówce. Wysokie okna miały kształt łuku. Na piętrze widać było rozległy taras z widokiem na okolicę. Przed domem był piękny niewielki ogródek z równo przystrzyżonymi żywopłotami, pomiędzy którymi rosły kępy kolorowych kwiatów, piwonii, słoneczników, róż. Wejście na taras znajdowało się również od frontu. Schody prowadziły z dwóch stron wejścia, pomiędzy którymi były solidne, drewniane drzwi prowadzące do piwnicy. Niedaleko domu stał inny budynek. Było to miejsce imprez i spotkań, podczas których można było zapoznać się z historią winiarni, Prowansji, Valensole, a także spróbować lokalnych wyrobów. W dalszej części budynku znajdowały się także chłodnie z wielkimi cysternami.
Dziewczyny wysiadły z samochodu i podziwiały ogród i dom
- Patrz Monia, ten dom jest

1




taki ładny. Mniejszy niż mój, ale ogródek robi wrażenie. Tak tu przyjemnie - Sonia nie ustawała w zachwytach
- Rzeczywiście, naprawdę tu ładnie..
- Dzień dobry paniom! - zobaczyły Armanda zbiegającego ku nim - Cieszę się, że zdecydowały się panie mnie odwiedzić - powiedział - Zapraszam na razie może do domu, na herbatę. Będzie mi pani mogła powiedzieć do czego chciałaby pani wino, a ja coś zaproponuję - zwrócił się do Soni
- No oczywiście... skoro pan tak zaprasza, to nie wypada odmówić - Sonia była pod wrażeniem tego młodego chłopaka.
Armand do tej pory wykładał na uniwersytecie w Nicei. Kiedy zmarł jego ojciec, rzucił pracę i zdecydował się przenieść do Valensole i przejąć winnicę. Miał 28 lat, był inteligentnym i wykształconym człowiekiem. Kochał piękno tutejszych krajobrazów, był bardzo związany z tym regionem. Winnicę prowadzili wspólnie z siostrą, która po śmierci ojca nie byłaby się w stanie zająć tym sama. Armand nigdy nie żałował swojej decyzji. Uważał, że Nicea to piękne miasto ale zgiełk, rzesze turystów i komercja zabijają jego duszę. Uwielbiał długie spacery pomiędzy polami

2




Valensole.
Monika i Sonia weszły na taras i skierowały się w stronę otwartych szeroko drzwi. Monika się odwróciła w stronę ogrodu
- Ma pan tu naprawdę piękny widok. Tak tu spokojnie i cicho... Po prostu raj...
Podszedł do niej, spojrzał w tym samym kierunku i powiedział
- Ma pani rację... Dlatego kocham to miejsce...
Weszli do domu. Był to duży, jasny pokój, w którym znajdował się fortepian, meble w stylu wiktoriańskim. W jednym rogu stał spory okrągły stół nakryty koronkową serwetą. Na stole stał wazon z ogromnym bukietem różowych piwonii
- Jejku, jakie piękne! Prawdziwe? - Monika doszła do wazonu i skubnęła płatek, żeby upewnić się że kwiaty nie są sztuczne
- Najprawdziwsze! - usłyszała kobiecy głos, odwróciła się i zobaczyła młodą dziewczynę, z dwoma warkoczami, w jasnej sukience
- To moja siostra, Nadine, a to panie Monika i Sonia, o których ci opowiadałem
- O tak, wiele słyszałam. Bardzo mi się podoba pani dom - skierowała swoje słowa do Soni - Jest taki piękny, większy od naszego. Ale ma pani wokół tyle drzew, że wygląda jak lasek
- Dziękuję, miło mi to słyszeć. Ale mam prośbę, nie mówmy sobie

3




"pani", "pan", tylko po imieniu.
Wszystkim ta propozycja bardzo przypadła do gustu. Nadine wniosła na srebrnej tacy dzbanek z herbatą, obok były filiżanki i srebrna cukierniczka.
- Zaraz przyniosę ciasto, upiekłam dzisiaj rano - powiedziała z uśmiechem. Widać było, że w tym domu dopracowany jest każdy szczegół. Gospodarze zaś dbali o detale. Sonia i Monika, przyzwyczajone bardziej do bałaganu i czegoś co się nazywa "artystyczny nieład" były pod wrażeniem tego, że można tak dbać o dom. Kiedy Armand wyszedł Sonia powiedziała
- Normalnie szok... Tu jest tak pięknie. Jak pomyśle o tym burdelu u mnie...
- Zapraszam do stołu - Nadine położyła na stole paterę z ciastem drożdżowym, obok konfitury - Podobno lubi pani konfitury z winogron - skierowała swoje słowa do Moniki- Proszę, lepszych pani w okolicy nie znajdzie...
- Skąd pani... skąd wiesz, że lubię konfitury z winogron? - spytała zaskoczona Monika
- Mój brat mi powiedział - uśmiechnęła się - Słyszał co pani mówił w sklepie u pani Claire
- A tak, rzeczywiście tak było - Monika przypomniała sobie sytuację i roześmiała się.
Armand wszedł do

4




pokoju niosąc katalogi.
- Proszę, tu jest nasza oferta - podłą Soni ulotkę - Proszę obejrzeć, może będzie pani chciała jakieś specjalne opakowanie. Ślub to jednak nie wiejskie urodziny...Radziłbym podawać wino równo z konkretną potrawą. Ważna jest też zawartość alkoholu. Woli pani mocniejsze czy słabsze? - zapytał
- Yyyy..... ja nie wiem... - Sonia nie bardzo wiedziała co odpowiedzieć - Nigdy nie patrzyłam ile wino, które piję ma procent. Ale tez nie chciałabym żeby mi się towarzystwo popiło za wcześnie
- To może napijmy się herbaty, a potem pokażę paniom winnicę?
- O tak, bardzo chętnie!
Po herbacie wszyscy wybrali się na spacer po winnicy. Dziewczyny oglądały pola winorośli otaczające zabudowania. Zeszli do piwnicy, w której znajdowało się wiele beczek. Każda miała wytłoczone jakieś napisy, które niewiele mówiły laikowi. Dalej stały regały z butelkami. Było ich tak dużo, że sięgały sufitu.
- Tu mam wina posegregowane ze względu na rodzaj winorośli, z których je zrobiono - Armand wskazał butelki - Lubię mieć porządek, zawsze potem jest łatwiej
Dalej przeszli do pomieszczenia, w którym znajdowały się duże

5




metalowe silosy z małymi kranikami.
- Lubię i tradycję i nowoczesność - roześmiał się - Teraz zapraszam na degustację
- O to to! - Sonia była zachwycona
- Proszę, ja panią zaprowadzę - Nadine zajęta było rozmową z Sonią, co wykorzystał Armand by zamienić parę słów tylko z Moniką
- Podoba się pani Francja?
- Tak, bardzo. Jestem z pochodzenia Polką, u nas jest chłodniejszy klimat niż tu, w Prowansji
- Polka? To jest pani w odwiedzinach u koleżanki czy to jakiś dłuższy pobyt?
- Na razie nie wiem - to był dla Moniki trudny temat - Zobaczę. Trudno powiedzieć
Armand wyczuł, że nie chce o tym mówić więc zmienił temat
- A kiedy przyjaciółka planuje wesele?
- Chyba w sierpniu. Albo na przełomie lipca i sierpnia. Jakoś tak
- To chyba będzie pani druhną? - uśmiechnął się
- O tak, juz mi to zapowiedziała. Nigdy nie byłam więc będę miała okazję
- Z pewnością będzie pani najpiękniejszą druhną
Monika czuła że zrobiła się purpurowa. Nigdy nie umiała radzić sobie z komplementami.
- Chodźmy, zanim Sonia przesadzi z degustacją - zaproponowała i bez oglądania się na Armanda skierowała się w stronę domu.
Sonia z Nadine

6




bawiły się w najlepsze. Sonia zdążyła już spróbować kilku gatunków, a każdy z nich smakował jej bardziej od poprzedniego.
- O, ten był dobry - wskazała kieliszek - Ten też niezły. Nie wiem który wybrać. A jak najpierw podadzą na obiad na przykład wołowinę... To które będzie lepsze?
- Polecam dobre, czerwone wino, do steku idealne - odezwał się Armand - A jak drób to jakieś delikatne, białe wino. No, a jak przyjdzie deser to najlepiej wino owocowe.. To co przewiduje menu?
- Nooo... ja jeszcze nie wiem... Nie zastanawiałam się - Sonia uświadomiła sobie jak wiele rzeczy jest do ustalenia przed tak ważną imprezą i że sakramentalne "tak" to drobiazg.
Resztę popołudnia wszyscy spędzili w ogrodzie na spacerze i rozmowach, przeplatanych zwiedzaniem kolejnych pomieszczeń. Przyszła pora na powrót do domu, kiedy Sonia stwierdziła, że jest po spożyciu alkoholu
- Monia, ty musisz prowadzić, ja jestem nietrzeźwa - uśmiechnęła się do przyjaciółki i podała jej kluczyki od samochodu
- Sonia, ale ja nie mogę - Monika wzięła kluczyki - To za daleko, ja się zgubię
- Nie zgubisz się, ja ci będę mówiła gdzie masz jechać!
-

7




Jesteś pewna? Na pewno trafimy?
- No proszę cię, ja bym miała zapomnieć drogi do domu? - Sonia była rozbawiona
- Jeśli to problem, to mogę panie odwieźć, a przy okazji odbierzecie samochód - Armand zaoferował pomoc
- Nie, nie trzeba! - zaoponowała Monika - Jakoś damy sobie radę....
Wsiadły do auta i odjechały. Armand patrzył za znikającym a oddali autem. Nagle usłyszał głos Nadine
- Bardzo miłe dziewczyny. Miałeś rację, Monika jest naprawdę piękna
Uśmiechnął się
- Wiem. Bardzo mi się podoba, siostrzyczko - objął ją ramieniem - Myślisz, że mam szansę?
- Jak nie ty to ja nie wiem kto - roześmiała się - Chodź do domu...
Tymczasem Monika i Sonia krążyły po okolicy. Co prawda do domu miały kilkanaście kilometrów ale jeździły już prawie godzinę. Monika zaczynała się obawiać, czy Sonia rzeczywiście pamięta drogę
- Tędy? Gdzie mam skręcić? - dopytywała Monika
- No tu - Sonia wskazała kierunek - Czekaj! Nie, to chyba powinno być w prawo... Kurwa, nie wiem...
- Jak nie wiesz? Nie pamiętasz? Mówiłaś że wiesz?
- No mówiłam i co z tego?! Teraz nie mówię... Nie wiem... Chyba się zgubiłyśmy...
- Nie żartuj.. - Monika

8




powoli wpadała w panikę - Niedługo zacznie się ściemniać i co wtedy? Nie ma tu oświetlonych latarniami autostrad. Co teraz?
- Nie wiem. Zatrzymaj się, musimy pomyśleć - Monika zjechała na pobocze, oparła głowę o kierownicę
- Soniu, pomyśl. Gdzieś musiałyśmy pojechać źle. Inaczej już dawno byłybyśmy w domu. Pomyślmy co możemy zrobić. Kto nam może pomóc?
Sonia w duchu liczyła na to, że Monika tak pomyśli. Nie chciała się głośno przyznać, że zapomniała drogi. Niestety nie było w pobliżu ani Krisa, ani Juliana, ani nikogo kto mógłby im pomóc. Nagle doznała olśnienia
- Wiem kto nam pomoże! - zawołała - Armand!
- Chyba żartujesz? - Monika niedowierzała - Chcesz go tu ściągnąć? Nawet nie wiemy jak nas może zlokalizować
Sonia rozejrzała się po okolicy
- O, Matka Boska! - krzyknęła
- Nie, nie uwierzę, że jesteś aż tak pijana, żeby widzieć matkę boską... - powiedziała Monika - Nie udawaj, ziemia do Soni...
- Nie pleć głupot! Zobacz, tu jest figurka Matki Boskiej! Będzie jako lokalizator! Dzwonimy do tego przystojniaka!
- Ja nie mam numeru
- Ale ja mam! - złapała garść ulotek, które dostała od Nadine - Masz,

9




czytaj, bo ja niedowidzę - podała Monice foldery - Tam gdzieś musi być numer do niego albo do winnicy! Dzwoń!
- Ja? - zapytała zdziwiona Monika
- No ty. A co? - Sonia nie kryła zdziwienia - Taki sympatyczny i wygląda na wolnego - po chwili dodała - Jakby to słyszał Julian, to bym juz nie żyła...
Monika wzięła niepewnie foldery. Rzeczywiście był tam numer Armanda. Wybrała go
- Halo? Tu Monika... Byłyśmy dzisiaj... No i mamy problem, zgubiłyśmy drogę...No nie wiemy właśnie gdzie jesteśmy ale tu stoi obok figurka matki boskiej. Pierwszy raz ją widzimy więc nie wiemy gdzie jechać... Wiesz gdzie to jest?... Dobrze, będziemy czekać.. - wyłączyła telefon i powiedziała - Za jakieś pół godziny będzie...
Sonia z ulgą oparła się wygodnie o siedzenie i powiedziała
- No, to czekamy. Ale przyznaj, miło spędziłyśmy wieczór? Tak to byśmy pewnie siedziały w ogrodzie albo paplały o głupotach. Musimy ich częściej odwiedzać. Jak nie będzie Krisa i Juliana to będziemy miały gdzie jechać. Myślisz , że wypadłoby ich zaprosić do nas?
- Myślę, że nie jest to zły pomysł. Możesz zaprosić, pewnie będzie im miło...
Sonia spojrzała na

10




Monikę
- Ale powiedz, jest szarmancki i taki dżentelmen, co?
- No jest, kulturalny młody człowiek
- Jezu, jak to zabrzmiało... - oburzyła się Sonia - "młody człowiek"... Weź nazwij rzeczy po imieniu. Po prostu szarpałby jak Reksio szynkę!
- Sońka! Co ty gadasz?! Zachowuj się! - Monika był zniesmaczona - Tylko nic takiego przy nim nie powiedz!
- Oj tam... Ty, a on nam dał jakieś butelki wina do samochodu?
Monika spojrzała na nią badawczo i powiedziała
- Nawet nie próbuj....
- Ale dlaczego?
- Nie będziesz piła w takiej sytuacji. Nie wiemy gdzie jesteśmy...
- No ale nasz rycerz na białym koniu jest już w drodze
- A pomyślałaś co będzie kiedy na przykład koniowi tego rycerza braknie paliwa? Albo kiedy kopytko złapie gumę? To czeka nas tu noc! A jak tu gdzieś są jakieś wilki albo co?
Sonia spoważniała
- Myślisz, że są? A co by jadły? Winogrona? Bo owiec nie widziałam...
- Nie wiem, może odmiana owocożernych... Ja się boję i nie chcę tu nocy spędzić..
Nagle usłyszały silnik samochodu. Odwróciły się. Nadjechał jeep Armanda. Zatrzymał swoje auto obok.
- Już jestem. Wszystko w porządku? - w jego glosie wyczuć można było

11




szczerą troskę
- Tak ale nie wiemy gdzie jechać. Wszystkie drogi tak samo wyglądają i musiałyśmy gdzieś się pomylić - powiedziała Monika
- Spokojnie, to nie problem. Ja znam drogę. Jedźcie za mną i zaprowadzę was do domu, dobrze?
- Tak, proszę. Bo inaczej nie wiem co będzie. Dobrze, że miałyśmy te foldery bo nie wiem co byśmy zrobiły
- Oj tam, ktoś w końcu by tędy kiedyś przejeżdżał! Przecież jak jest droga to i auto się czasem pojawi - Sonia nie miała problemu z odpowiednim uzasadnieniem budowy dróg
Armand wsiadł do auta i ruszył. Monika jechała tuż za nim. Po jakiejś pół godzinie dojechali do drogi prowadzącej prosto do domu Soni. Armand zatrzymał auto. Monika również się zatrzymała. Wyszedł z auta, podszedł do Moniki, wskazał palcem kierunek
- Tą drogą dojedziecie już prosto do domu - uśmiechnął się
Sonia, która zaczynała zasypiać obudziła się i zawołała
- Absolutnie! Zapraszamy do nas! Nie możesz odmówić!
Monika spojrzała wymownie na nią
- Ale Soniu... - zaczęła
- Nie "Soniuj" mi tu - powiedziała i wychyliła się w kierunku Armanda - A ty jedź z nami, zapraszam na kolację!
Tak więc Armand nie

12




miał wyboru, pojechał z nimi do domu. Monika z daleka zauważyła, że w domu pali się światło - Sońka! Ktoś u ciebie jest!
- Kto?! - Sonia od razu otrzeźwiała - Gdzie ?!
- Światło się pali
- Kris? On by zadzwonił wcześniej...
- Nie - powiedziała po chwili Monika - Julian przyjechał, widzę jego auto
Julian skrócił swój pobyt w Marsylii, bo zatęsknił za Moniką i nie chciał siedzieć bezczynnie sam. Postanowił zrobić Monice niespodziankę.
Tak więc pod dom zajechały auta Soni i Armanda. Julian, który wrócił kilka godzin wcześniej wyszedł przed dom by je przywitać. Jednak uśmiech zniknął z jego twarzy gdy tylko zobaczył Armanda wysiadającego z samochodu
- Julian, kiedy przyjechałeś? - Sonia nie kryła zaskoczenia - Poznaj, to jest Armand Frossard, właściciel pobliskiej winiarni, w której chcę kupić wino na wesele
- Miło mi, Julian
- Armand..
- No więc część oficjalną mamy za sobą, zapraszam do domu - Sonia dziarskim krokiem pomaszerowała, jak na gospodynie przystało, pierwsza. Julian stał chwilę, poczekał aż wejdą do środka - Nie podobasz mi się, koleś... - pomyślał
Sonia od razu nastawiła wodę na herbatę. Wyjęła

13




ciastka z kredensu. Rozejrzała się
- Julian, tu było ciasto? Gdzie jest? - zapytała
- No było. Zjadłem. Dobre było - Julian nie zamierzał się szczegółowo tłumaczyć - Ale spokojnie, są jeszcze krakersy - podszedł do Moniki i pocałował ją w policzek z pełną świadomością, że Armand na to patrzy - Stęskniłem się za tobą... - powiedział i jak gdyby nigdy nic poszedł do salonu.
- Siadaj Armand, nie zwracaj na niego uwagi. Julian to taki przyjaciel domu. Właściwie to on tu niemalże mieszka. Jak widzisz prowadzę dom otwarty..
Armand uśmiechnął się ale był to zupełnie inny uśmiech niż ten, który towarzyszył mu podczas pobytu Soni i Moniki w winnicy.
- Tak, właśnie widzę. Ale to dobrze zawsze mieć przyjaciół wokół
- No widzisz, bo on to bardziej jest przyjacielem mojego męża niż moim.... Taka męska przyjaźń z młodości - popatrzyła na Monikę - Tak samo jak my z Monią
- No niestety ja nie mam takich przyjaźni. Mam znajomych ale aż takiej zażyłości między nami nie ma. Poza tym są daleko. Moim najbliższym przyjacielem jest Nadine. To ja będę już jechał...
- No ale zaparzyłam herbatę... - Sonia była zawiedziona -

14




Nie wypijesz?
- Nie, mam jeszcze trochę pracy. W winnicy zawsze jest co robić. Nie chcę jechać po ciemku..
- No skoro tak, to jeszcze raz dziękuję za pomoc.
- Dziękujemy bardzo. Gdyby nie ty, nie wiem co byśmy zrobiły. Pozostałoby pewnie dzwonić po policję... - dodała Monika
- Jestem pewny, że i beze mnie byście sobie poradziły - uśmiechnął się serdecznie i spojrzał na zegarek - To ja sie zbieram, dobranoc
- Dobranoc - Sonia odprowadziła go do wejścia
Sara siedziała w pokoju hotelowym. Wczoraj przyleciała do Marsylii. Planowała spotkanie z Julianem. Nie wiedziała czy się zgodzi, dlatego postanowiła go odwiedzić bez uprzedzenia. Dawid mówił jej co prawda, że może go nie zastać bo częściej przebywa w Valensole u swoich przyjaciół, niż w Marsylii. Miała jednak nadzieję, że jednak uda jej się go zastać w biurze. Wstała i podeszła do lustra. Spojrzała. Była piękną kobietą. Wiedziała, że podoba się mężczyznom. Pomyślała o Julianie. Podobał jej się. Postanowiła go zdobyć. Nie interesowało jej czy ma kogoś czy nie. Nie pierwszy raz by rozbiła związek. Nigdy jej z tego powodu nie było przykro. Skoro związek się rozpadał

15




i mężczyzna odchodził do niej, widać uczucie nie było na tyle silne by taki kryzys przetrwać. Nie miała skrupułów. A Julian ją podniecał. Pamiętała sex z nim. Pamiętała kiedy w chwili uniesienia wyszeptał imię innej kobiety.
- Kim, do cholery, jest Monika? - pomyślała - Zresztą to nie ma znaczenia. Dzisiaj jest, jutro może jej nie być - dodała i uśmiechnęła się do swojego odbicia. Ubrała obcisłą, czerwoną sukienkę, która doskonale podkreślała jej zgrabną figurę. Poprawiła fryzurę.
- No, to Julian spodziewaj się mnie - powiedziała i wyszła z pokoju. Wyszła przed hotel. Popatrzyła na adres na wizytówce Juliana. Wsiadła do auta i skierowała się w stronę biura agencji Juliana.
Był to okazały budynek położony niedaleko morza. Z okien widać było jego błękit. W budynku siedzibę miało kilka instytucji, w tym agencja nieruchomości Juliana. Spojrzała.
- Piękny szyld - uśmiechnęła się i weszła do środka.
Znalazła drzwi biura. Weszła do środka. Rozejrzała się. Spostrzegła Janette
- Dzień dobry, szukam Juliana
- Szefa nie ma. Może ja będę mogła pomóc - odparła miło Janette
-Ty? - Sara lekceważąco spojrzała na

16




Janette - Acha, jesteś sekretarką?
- Jestem asystentką - powiedziała dobitnie Janette, akcentując szczególnie ostatnie słowo
-Taaa..... To gdzie on jest? - zapytała i weszła bezceremonialnie do gabinetu Juliana nim Janette zdążyła jej przeszkodzić
- Pani nie może tu wchodzić! - krzyknęła i wbiegła za nią
Sara spojrzała na nią, roześmiała się i powiedziała
- Spokojnie mała, nic mu nie ukradnę - to mówiąc podeszła do biurka, na którym stała ramka ze zdjęciem Moniki. Wzięła ją do rąk i chwile patrzyła na zdjęcie - A to kto?
- Narzeczona pana Juliana - odparła Janette z nutą satysfakcji
- Od dawna jest jego narzeczoną?
- A od roku, bo co?
- Od roku powiadasz, skarbie... To znaczy, że kiedy szedł ze mną do łóżka to miał narzeczoną... - odstawiła ramkę na biurko, popatrzyła na Janette - To ja tej pannie współczuję... Cóż, to gdzie on jest?
- W Valensole, u przyjaciół... z narzeczoną... I nie życzy sobie żeby mu przeszkadzać
- Tak? - Sara była niezrażona - A to nie szkodzi, i tak go odwiedzę... - to mówiąc wyszła z gabinetu tak szybko jak się w nim zjawiła - Pa, mała.... - rzuciła na odchodne
Janette chwile stała

17




jak osłupiała. Nikt jej tak nie potraktował. Dobre relacje między paniami były już niemożliwe. Takim sposobem Sara stała się dla Janette wrogiem numer jeden. Złapała za słuchawkę, wybrała numer Juliana
- Szefie?! To ja... Ruda do pana jedzie!
- Jaka ruda? Co ty bredzisz Janette? - Julian zwątpił w stan psychiczny swojej sekretarki. Przez moment pomyślał, że może coś jej ten Oliwer podrzucił
- No ta ruda.. No wie pan... - nie wiedziała jak to dyplomatycznie ubrać w słowa
- No mówże! Jaka ruda?!
- No ta z Chamonix.. No wie pan, ta ze zdjęć... Pan wie, że ja je widziałam... No i to ona...
- Jezu... - Julian pobladł - Ona jedzie do Valensole? Jakim cudem? Skąd miała adres?! Od ciebie?!
- No nie... No ona przyjechała dzisiaj.. - Janette wiła się jak piskorz - I ja jej powiedziałam, że pana nie ma bo jest pan u przyjaciół... No powiedziałam tylko, że w Valensole...
- Co powiedziała?
- Że w takim razie pana odwiedzi... Ale ja panu dam radę, niech pan na jej powitanie wyśle panią Sonię. Ona sobie z nią szybko poradzi, bo jak znam pana i pana przyjaciół to ona jedyna...
- Jasna cholera, Janette po co klepałaś gdzie jestem?! Czemu nie

18




trzymałaś gęby na kłódkę?!
- O, ja przepraszam... tylko nie "gęby" - Janette poczuła się urażona - No ale to nie wszystko...
- Jezu, co jeszcze...
- Bo ona, znaczy ruda małpa... Ona zobaczyła na pana biurku zdjęcie pani Moniki...
- No i?
- No i spytała kto to jest, więc jej powiedziałam, że pana narzeczona...
- No i? Mów wreszcie bo mnie zaraz jasny szlag trafi!
- I zapytała od kiedy jesteście zaręczeni, to ja jej powiedziałam że od roku, a ona na to...
- Janette, zabije cię jak mi szybciej tego nie będziesz opowiadać....
- No a ona powiedziała, cytuję "To znaczy, że był zaręczony kiedy ze mną w Chamonix szedł do łóżka, współczuję tej jego narzeczonej"...
- Uduszę.... - Julian czuł jak krew pulsuje mu w żyłach
- Tak, ma pan rację! - Janette przytaknęła - Ruda tylko do uduszenia się kwalifikuje!
- Janette... - wysyczał - Ja ciebie uduszę...
Julian odłożył słuchawkę. Gorączkowo myślał co zrobić. Jak zapobiec przyjazdowi Sary do Valensole? Czy będzie znała adres? Przecież nie będzie każdego pytać. No ale skoro powiedziała że przyjedzie to widocznie ten adres ma. - Kurwa, od kogo? -zastanawiał się

19




- Kto jej go dał? Kto go znał? - chwilę się zastanawiał po czym powiedział do siebie - Dawid. Dawid jej podał adres. Zna i mnie, i Krisa - opadł z rezygnacją na krzesło - I co dalej? - jego umysł pracował ze zdwojoną siłą. Ukrył twarz w dłoniach by zebrać myśli.
- O czym myślisz? - poczuł na sobie delikatną dłoń Moniki, która przyszła z ogrodu - Wyglądasz na zatroskanego. Coś się stało?
- Nie kotku. Wszystko w porządku. Nic się nie stało - uśmiechnął się - Chodź, przytul się do mnie - powiedział i przyciągnął Monikę do siebie - Nic się nie stało...
Sara jechała wśród przepięknych krajobrazów Prowansji. Zbliżało się lato, było coraz cieplej. Słońce świeciło tu mocniej niż w Szwajcarii. Lazur morza uspokajał. Zastanawiała się co powie Julianowi, kiedy go zobaczy? Co on powie? Bo z pewnością będzie zaskoczony.
- Pewnie ta jego głupiutka sekretareczka wszystko już wypaplała - pomyślała ale wcale ją ten fakt nie zmartwił - Nie takim problemom stawiałam czoła - uśmiechnęła się
Dotarła do miasteczka. Zapytała pierwszą z brzegu osobę o drogę. Jako, że Valensole to małe miasteczko, więc wszyscy

20




doskonale wiedzieli gdzie jest dom Soni i Krisa. Wsiadła do auta i pojechała. Z oddali, na wzgórzu zobaczyła obszerny dom otoczony zielenią. Gdzieniegdzie pomiędzy drzewami widać było girlandy róż pnących różnego koloru, otaczających dom. Dojechała do celu. Rozejrzała się wokół
- Naprawdę tu ładnie - pomyślała. Podeszła do drzwi i zapukała. Julian był w ogrodzie z Sonią. Chciał być tym, który otworzy Sarze drzwi, gdyż wydawało mu się, że będzie to najbezpieczniejsze. Niestety, akurat kiedy był z drugiej strony domu, stało się to, co budziło jego obawy. Monika weszła akurat do domu gdy usłyszała pukanie. Otworzyła. Sara od razu rozpoznała w niej rzekomą narzeczoną Juliana. Chwile jej się przyglądała
- Dzień dobry, szukam Juliana
- Dzień dobry, proszę wejść, zaraz go zawołam - odwróciła się i skierowała do ogrodu - Julian, ktoś do ciebie...
Julian pobladł. Odgadł, że jego plan padł. Wiedział, że to Sara. Starał się zachowywać normalnie ale było mu ciężko udawać.
- Tak? Kto?
- Jakaś kobieta. Czeka w domu - Monika niczego nie podejrzewała
Wstał i poszedł porozmawiać z Sarą. Odwrócił się. Zauważył, że

21




Monika została z Sonią w ogrodzie. Odetchnął z ulgą
- Czego chcesz? - zapytał arogancko - I co ty tu robisz?
- Nie cieszysz się? - uśmiechnęła się prowokacyjnie - Nie bój się, nie przyjechałam tu robić ci problemów
- Nie jesteś w stanie...
- Wiem, wiem - przerwała mu - To twoja narzeczona - wskazała gestem Monikę - Ale coś wierność to nie jest twoja mocna strona
- Spytam jeszcze raz, czego chcesz? Wysłałem ci oferty domów. Jeśli coś ci odpowiada mogłaś zostawić wiadomość telefoniczną, mailową lub po prostu u Janette. Nie musiałaś przyjeżdżać
- Oczywiście że nie musiałam ale chciałam. Musze przyznać że ta twoja... narzeczona jest naprawdę ładna. Znaczy, że masz dobry gust - uśmiechnęła się - Dobrze, chciałam powiedzieć, że jeden z tych domów mi pasuje.
- Dobrze, omówimy to jak wrócę do Marsylii. Gdzie się zatrzymałaś? - nie zamierzał przedłużać jej pobytu
- W niewielkim hotelu... - zaczęła
- No to pojutrze będę w mieście. Teraz żegnam
Do domu weszła Sonia
- O, Julian mamy gości? - zapytała z zaciekawieniem - Może zaprosisz panią na kawę do ogrodu? Sonia jestem - wyciągnęła rękę do Sary
- To

22




naprawdę piękne miejsce. Ale nie chcę przeszkadzać...
- Ależ to żaden problem, zapraszam do ogrodu
- Pani już jedzie Soniu. Była przejazdem bo zamierza kupić w okolicy Marsylii dom.
- Ależ aż tak bardzo mi się nie spieszy - Sara promiennie uśmiechnęła się do Soni i poszła z nią do ogrodu. Julian był wściekły. Gdyby mógł wywlekłby Sarę własnoręcznie i wyrzucił z domu. Ale to nie jego dom, a gdyby czegoś takiego spróbował Sonia z pewnością wywaliłaby jego. Na nic jego starania.
- Teraz muszę zmniejszyć tylko rozmiar szkód jakie ona wyrządzi - pomyślał - Lepiej mieć pod kontrolą to co będzie się działo - dodał i niechętnie dołączył do pań w ogrodzie
Sara i Sonia wydawały się znać od dawna. Bardzo dobrze się rozumiały. Sara chwaliła idealny gust pani domu, zachwycała się ogrodem i jego wyposażeniem, rozpływała się nad pięknem okolicy. Próżność Soni była zaspokojona. Bardzo lubiła słuchać komplementów, tym bardziej, że rzeczywiście były uzasadnione, a jej gospodarstwo znane było w okolicy ze swego uroku.
- Naprawdę chce pani coś tu kupić? - zapytała Sonia - Powiem pani, że naprawdę opłaca się i

23




warto. Tu jest po prostu pięknie
- No właśnie widziałam, kiedy tu jechałam. Przepiękne miejsce. Co prawda mogłam sprawę załatwić u Juliana w biurze ale przyjazd tu dał mi okazję do podziwiania uroków tutejszego krajobrazu
- Powiem pani, że my kupiliśmy dom kilka lat temu i nigdy nie żałowaliśmy swojej decyzji
- To mieszka pani tu z mężem? - zapytała Sara chcąc wybadać sytuację
- Nie, jeszcze nie mężem, ale juz w sierpniu to się zmieni - roześmiała się Sonia - Po tylu wspólnych latach czas zalegalizować związek. Druhna już jest - wskazała na Monikę - A Julian będzie wspierał mojego przyszłego męża
- Tak? - Sara znacząco popatrzyła na sfrustrowaną minę Juliana - To pewnie będzie piękna uroczystość
- Mam taką nadzieję. Ale wie pani jak to jest, niby jak się robi u siebie to jest łatwiej ale jak się za to zabrałam to okazało się, że ledwo się wyrobię na sierpień. Gdyby nie Monika, to mogłabym nie zdążyć. Ostatnio zamówiliśmy wino z pobliskiej winnicy. Doszłam do wniosku, że będzie lepsze w tutejszym klimacie niż mocniejszy alkohol. Bo pić to Polacy umieją, ale nie tutejsi. A większość to jednak będzie stąd.

24




Do tego przyjaciele Krisa z Paryża
- To pani narzeczony pracuje w Paryżu?
- Tak, ma tam oddział swojej kancelarii adwokackiej. Ale bardzo często jest w domu. Aczkolwiek ja nigdy sama nie jestem. Od jakiegoś czasu Monika u mnie mieszka, a Julian jest tu niemalże stałym mieszkańcem
- Naprawdę? - Sara spojrzała na Juliana - To będę wiedziała gdzie go szukać w razie czego
Monika przysłuchiwała się tej rozmowie. Sara nie budziła jej zaufania.
- Może jestem uprzedzona do ludzi? - zastanawiała się - W końcu mało teraz wychodzę...
- A pani nie myślała by tu coś kupić? - Sara zwróciła się do Moniki. Pytanie Sary wyrwało ją z zamyślenia
- Ja.... Ja nie myślałam o tym... Nie wiem... - Monika nie bardzo wiedziała co powiedzieć
- Monika nie musi tu niczego kupować. Nie ma takiej potrzeby - Julian pomógł wybrnąć z sytuacji
- A, zapomniałam - powiedziała Sara - Pewnie narzeczony szuka czegoś specjalnego? - popatrzyła znacząco na Juliana, a jej słowa go pogrążyły
- Narzeczony? - Sonia osłupiała, spojrzała na Sarę, potem na Juliana - Ale Julian nie jest narzeczonym Moniki - odparła nie kryjąc zdziwienia - Skąd ten pomysł?
Julian czuł,

25




że zaraz wybuchnie. Jego nerwy wystawione były na ciężką próbę
- Co robić? Co robić? - myślał gorączkowo ale żaden pomysł nie przychodził mu do głowy.
- Dlaczego sądzi pani, że Julian jest moim narzeczonym? - swojego zdziwienia nie kryła również Monika
- A tak mi się wydawało.. - Sara w duchu przyznała, że sama może więcej stracić na drążeniu tematu - Pewnie coś źle zrozumiałam, przepraszam was za ten nietakt...
- Nic sie nie stało - Sonia ze śmiechem spojrzała na Juliana - Chociaż pewnie chciałbyś, co? - zapytała
- To już moja sprawa czego bym chciał - burknął od niechcenia - Nie musze się z niczego tłumaczyć..
- Jezu Julian, wyluzuj - Sonia zdawała się być zdziwiona jego zachowaniem - Jakbyś był kobietą pomyślałabym, że masz okres
- Czego się czepiasz?! O co ci chodzi?! - frustracja i złość Juliana skupiły się na Soni, jako, że nie mógł wyładować się na Sarze - Nie macie innych tematów?! - nie wytrzymał, było mu już wszystko jedno, wstał i poszedł do domu trzaskając drzwiami
- Nie trzaskaj drzwiami! - wrzasnęła Sonia - Weź sobie coś na uspokojenie! - Przepraszam panią za jego zachowanie, zwykle taki

26




nie jest, proszę się nie zniechęcać, jako sprzedawca nieruchomości jest bardzo dobry - widziała w Sarze tylko potencjalną klientkę i nie chciała by Julian stracił okazję zarobku.
- Tak, oczywiście, rozumiem. Chyba na mnie już pora. Jest pani bardzo miła. Dziękuję za gościnę, do widzenia - powiedziała do Soni - A panią przepraszam za mój błąd - uśmiechnęła sie serdecznie do Moniki, która nic nie odpowiedziała. Sonia wstała by ją odprowadzić ale Sara ją powstrzymała - Proszę sobie nie robić kłopotu, sama trafię do drzwi
- Tak? To do widzenia. Może będzie pani kiedyś daleką sąsiadką
- Kto wie - Sara rozpatrywała już taką możliwość. Skierowała się do domu. Wychodząc poczuła jak ktoś mocno złapał ją za ramię. Odwróciła się i ujrzała wściekłą twarz Juliana. Wysyczał przez zaciśnięte zęby
- Jeśli jeszcze raz się tu pojawisz, przysięgam, wywalę cie własnoręcznie. Jeśli jeszcze raz zbliżysz sie do Moniki...
- Tak, pewnie mnie zabijesz - odparła niezrażona
- Nie chciej tego sprawdzić - odpowiedział i zwolnił uścisk. Patrzył za znikającym za wzgórzem samochodem Sary. Kiedy stracił go zupełnie z pola

27




widzenia, odetchnął z ulgą.
- Bardzo sympatyczna kobieta, nie wiem czego ty byłeś taki niemiły.... - Sonia wniosła tacę w filiżankami i postawiła na stole - Ja cię tu zachwalam jako sprzedawcę, a ty sobie sam wystawiasz złą opinię. To nieracjonalne...
- A prosił cię ktoś o to? Ja sobie świetnie sam dam radę. Lepiej znam swoich klientów - pewność siebie Juliana zaczęła powstawać z gruzów.
- Dzisiaj strach się do ciebie odezwać - Sonia zaczęła porządkować naczynia w kuchni. Julian wyszedł do ogrodu i usiadł na kanapie koło Moniki. Przytulił ją, pocałował i powiedział
- Co za durna baba, nie wiem skąd jej takie rzeczy do łba przyszły - powiedział.
- Jadę do miasteczka. Cos ktoś chce? A może ktoś chce jechać ze mną? Nie mamy chleba już, a i cukier na wykończeniu - Sonia wychyliła tylko głowę do ogrodu - Ktoś zainteresowany?
- Ja nie chcę, może Julian - Monika nie chciała nigdzie jechać, zamierzała poczytać w ogrodzie
- Nie, ja tez nigdzie nie jadę. Jedź sama. Najwyżej możesz mi jakieś piwo kupić...
-Jak nie, to nie! - powiedziała i zniknęła w domu
Gdy tylko opadł kurz po samochodzie Soni, Julian przysunął się

28




do Moniki, delikatnie włożył rękę w jej gęste włosy, odsłonił szyję i zaczął ją po niej całować. Zamknęła oczy, oparła głowę na poduszce
- Julian, co ty robisz? - zapytała cicho
- Tęsknię za tobą... - wyszeptał - Po ludzku, tęsknię.... Pozwól mi... - prosił. Już obie jego dłonie zagłębiły się w jej włosach niczym w wodzie, całował jej twarz, usta...
- Julian... - wyszeptała, ale się nie broniła - Ktoś nas zobaczy...
- A co mnie to obchodzi? - powiedział - Niech patrzy i zazdrości - jego dłoń wędrowała coraz wyżej po jej nodze, wsuwając się powoli pod spódnicę. Jęknęła cicho. Rozpiął kilka guzików bluzki, która odsłoniła nagie ramiona. W pewnym momencie podniósł Monikę i położył na stojącym obok stole ogrodowym. Próbowała protestować
- Julian, ludzie nas zobaczą... - ale zdawało się, że nie słyszy jej słów. Gwałtownym ruchem zsunął bluzkę jeszcze niżej odsłaniając piersi. Chwile patrzył, po czym uniósł spódnicę. Zręcznie znalazł się pomiędzy jej udami. Nachylił się i zaczął całować jej piersi, jednocześnie rozpinając rozporek. Na chwilę podniósł twarz. Spojrzał na nią z

29




miłością.
- Boże, jak ja cię kocham - wyszeptał. Uniosła się na rękach chcąc sięgnąć jego ust. Wyczuł jej zamiar, nachylił się, przytrzymał jej głowę i namiętnie pocałował - Będę delikatny skarbie...
- Aaaa... - jęknęła cicho i odchyliła głowę do tyłu, jej długie włosy opadły na stół. Przytrzymał ją, jego ruchy były miarowe i jednostajne i coraz szybsze
- Monika... Monika... - szeptał
- Jezu, ktoś nas zobaczy... - powiedziała cicho
Przyciągnął ją do siebie mocniej i powiedział
- Nie wzywaj Boga, chcę żebyś mówiła moje imię, nie boga... No powiedz to... - napierał na nią coraz mocniej - Powiedz.. - stół poruszał się coraz szybciej
- Puść mnie! - spróbowała się wyrwać ale był silniejszy
- Nie mogę... Nie teraz....
- Julian! - krzyknęła - Puść mnie!
- Jeszcze chwilę skarbie... jeszcze chwilę... - nie był w stanie jej wypuścić z rąk. Bała się, że stół w końcu się przewróci
- Boli mnie, puść mnie, boli, miałeś być delikatny! - teraz już była to niemal szarpanina ale on zdawał się niczego nie czuć - Puszczaj! - był jednak silniejszy
- Monika!!! - krzyknął i docisnął ją do stołu, że

30




ledwo mogła złapać oddech. Jego głowa opadła na jej piersi. Popatrzył. Odwróciła twarz, z oczu płynęły jej łzy
- Skarbie, przepraszam... - wyszeptał - Przepraszam...
Nic nie odpowiedziała. Gdy tylko uwolniła się z jego uścisku, zeskoczyła ze stołu, popatrzyła na niego i z całej siły uderzyła w twarz, po czym pobiegła do domu. Chciał ją powstrzymać ale nie zdążył. Usłyszał nagle jak samochód Soni parkuje pod domem.
- Jestem, zdążyłam tuż przed zamknięciem sklepu - weszła niosąc zakupy - Mam dla was newsa! - spojrzała na Juliana. Po jego twarzy widziała, że coś się stało. Rozejrzała się, jej wzrok znowu spoczął na Julianie
- Co tu sie wydarzyło? - zapytała badawczo
- Co się miało wydarzyć? Nic się nie wydarzyło.. - usiłował ją zbyć. Popatrzyła na niego jeszcze raz
- Mam nadzieję - powiedział i poszła do kuchni zanieść zakupy. Gdy tylko zniknęła mu z oczu, pobiegł szybko na górę do pokoju Moniki. Zapomniała zamknąć drzwi. Wszedł cicho. Siedziała na parapecie wpatrując sie w okno. Nawet na niego nie spojrzała
- Przepraszam skarbie... Nie tak to miało wyglądać.... Zachowałem się jak...
- Daj spokój,

31




Julian - przerwała mu nawet nie odwracając głowy od okna - Ja wiem, że to kara. Nie możesz mi darować.
Opadł na łóżko obok. Przez chwilę wpatrywał się w sufit. Po chwili powiedział
- A może masz i rację, że do siebie nie pasujemy...Może to i prawda... Tyle, że ja nie mogę bez ciebie żyć. Jesteś dla mnie jak powietrze, jak narkotyk. Może i nie jest nam pisane być razem. Nie wiem już, co w twoim sercu jest. Nawet nie próbuję odgadnąć, bo nie jestem w stanie. Ale odkąd cię poznałem moje życie się zmieniło. Wywróciło do góry nogami. Pewnie by mnie tu nie było, gdybym cię nie poznał. Może teraz byłbym z inną w Monte Carlo? Nie wiem. Ale wiem, że nie żałuję. Czasem chciałbym umieć wymazać twój obraz ze swej pamięci. Wiesz mi, wielokrotnie próbowałem, ale nie wyszło. Żebym tak mógł, jak nie mogę. Wiem, że to co było przed chwilą... - głos mu się łamał - Wiem, że to był niemal gwałt. Podle się z tym czuję, bo chodzi o ciebie, a nie o inną. Nie będę cię pytał czy mam wyjechać bo i ja wiem, i ty, że nie wyjadę. Nie opuszczę cię, Monika. Wybij to sobie z głowy - spojrzał na nią - Nie wyjadę. Zawsze będę

32




przy tobie - wstał i wyszedł z pokoju. Nic nie odpowiedziała. Nawet na niego nie spojrzała. Zszedł na dół, gdzie Sonia krzątała się po domu. Gdy tylko go zobaczyła podetkała mu pod nos jakąś ulotkę
- Patrz co mam! - zajrzał na kartkę. Było to zaproszenie na imprezę
- "Lato w Valensole" - przeczytał na głos - I co to jest? - spytał niechętnie
- Jak to co? No doczytaj! - Sonia była bardzo podekscytowana - Będzie wiejska potupaja! Przy muzykach lokalnych, z winem, tańcami! Idziemy!
- A weź ty mi głowy nie zawracaj - odpowiedział beznamiętnie i oddał jej ulotkę. Popatrzyła na niego zdziwiona
- Jak nie to nie... My pójdziemy. Jutro wraca Kris. A ty możesz siedzieć w Marsylii albo w domu. najwyżej weźmiemy tego Armanda z siostrą....
Zatrzymał się. Odwrócił.
- Ty chcesz Monikę z nim swatać? - zapytał
- No co ty? Jakie swatać... Ale przecież możemy się tam wybrać razem...
- Nie! Nie możecie! - taki pomysł wyprowadził go z równowagi - Nawet nie próbuj!
Sonia stała zszokowana taką reakcją ale szybko doszła do siebie, uśmiechnęła sie i powiedziała
- Ty to sobie możesz zabraniać wiesz czego? - zapytała z nutą

33




złośliwości - Najwyżej wyjścia Janette na przerwę obiadową. Nie chcesz? Nie idź! A to czy my pójdziemy to już nasza sprawa.
Nie słuchał jej. Wyszedł z domu i wsiadł do auta. Ruszył z piskiem opon. Po jego wyjeździe Sonia wychyliła się na schody i krzyknęła
- Monia, chodź! Mam coś dla ciebie!
Na drugi dzień, tuż po przyjeździe Krisa, Sonia z ekscytacją zachwalała mu uroki wiejskich dyskotek.
- No bo skarbie, kiedy myśmy ostatnio byli gdzieś potańczyć? A tu okazja! - zachwalała - Pójdziemy prawda?
- Jasne, pójdziemy - Kris uznał, że to świetny pomysł - A o której? Dzisiaj to jest?
- Tak, około osiemnastej. Weźmiemy Monikę i Juliana jak zechce...
- Gdzie mnie chcecie wziąć? - zapytał schodząc z góry i słysząc tylko ostatnie kilka słów
- Na dyskotekę. Potańczymy, pobawimy się. Co prawda nie jest to klub w Monte Carlo ale jak się nie ma co się lubi..
- A, to... - Julian nie okazał entuzjazmu - Ty też chcesz tam iść? Myślałem, że tylko Sońka ma takie durne pomysły...
- A ja uważam, że to świetny plan. I chętnie pójdę. Ale ty nie musisz, chociaż pewnie z tobą byłoby mi raźniej. Bo inaczej będę musiał dwie

34




panny obtańcować - Kris nie był jakoś specjalnie zasmucony tym faktem.
Julian popatrzył na przyjaciela. Czuł sie przyparty do muru.
- Dobrze, też pójdę, skoro to dla was takie ważne - odburknął
- Nie takie ważne, nie przeceniaj się - Sonia nie mogła sobie darować małej uszczypliwości.
Wieczorem trwały przygotowania do imprezy.
- Może być taka sukienka? A te buty będą pasowały? - Sonia nie mogła się zdecydować - Czy wziąć te czarne na obcasie?
- Kochanie, weź takie, które będą wygodne i będziesz mogła ze mną potańczyć, a nie tylko podpierać ściany...
Julian ubrany był w granatowe dżinsy i białą koszulkę. Na to koszula dżinsowa z podwiniętymi rękawami. Sonia spojrzała na niego
- Powiem ci Julian, że wyglądasz super
- Tak? To dobrze...
- Te dżinsy świetnie pasują do tej zielonej sukienki Moniki...
Julian nie widział jakoś specjalnie powiązania granatowych dżinsów do zielonej sukienki, ale skoro Sonia tak mówiła, to pewnie miała rację. Relacje między nim i Moniką były napięte, ale nie na tyle, by nie mogli razem pójść na zabawę. Wsiedli do samochodu i pojechali. Zatrzymali się pod budynkiem na skraju miasteczka,

35




niedaleko rzeki, będącym kiedyś budynkiem gospodarczym, a obecnie miejscem spotkań towarzyskich w miasteczku. Rokrocznie, na początku czerwca odbywała sie tu zabawa otwierająca oficjalnie sezon wakacyjny. Zawsze towarzyszył temu występ lokalnych zespołów i DJ-ów wykonujących najbardziej znane hity muzyki disco. Utwory świetnie nadające się do zabawy i tańca. Konsumpcja urozmaicona była wytworami lokalnymi. Często okoliczni mieszkańcy przynosili własne wyroby i częstowali nimi gości. Sonia uwielbiała tą imprezę. Uważała, że jest o wiele lepsza niż niejedna dyskoteka w wielkim mieście. Nigdy i nigdzie się tak nie wytańczyła jak podczas pierwszej takiej imprezy, tuż po wprowadzeniu się do Valensole. Była to dla niej nowość. Kris musiał w przyspieszonym tempie nabrać wprawy wybornego tancerza, by jej dorównać. Już z dala słychać było, że impreza się zaczęła.
- Chodźcie! - Sonia niemal wbiegła do środka - Teraz musimy znaleźć wolny stolik - rozejrzała się i mina jej zrzedła - Nie ma wolnych... Lipa... - nagle dostrzegła starego Lemaire'a. Od razu się ucieszyła - Chodźcie, pan Lemaire siedzi sam, a ma duży stolik! -

36




pociągnęła Krisa za sobą - Dobry wieczór, możemy się dosiąść, bo nie ma nigdzie stolika? - zapytała bezpardonowo
- Ależ oczywiście! Będzie mi miło! - ucieszył się. Sonia rozejrzała się wokół
- Sporo ludzi przyszło. Zapowiada się świetna zabawa.. - muzycy zaczęli grac - Julian, zamów nam cos, chodź Kris! - Sonia nie zamierzała marnować czasu i wyciągnęła Krisa na parkiet. Julian patrzył jak tańczyli, roześmiani, wyluzowani i szczęśliwi. Poczuł ukłucie w sercu. Spojrzał na Monikę. Również patrzyła na tańczących. Dyskretnie położył swoją dłoń na jej, spojrzała na niego
- Zatańczymy? - zapytał nieśmiało. Uśmiechnęła sie delikatnie
- Zatańczymy...
Julianowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Chwycił ją za rękę i pobiegli na parkiet. Muzyka była idealna. Hity lat osiemdziesiątych sprawiały, że nogi same tańczyły. Wszystkich dosłownie rozpierała energia. Wydawało się, że kumulowała się ona przez cały rok i wreszcie znalazła upust. Nie czuli zmęczenia, godziny mijały jak minuty.
- Jezu, jak super! - Sonia opadła na krzesło - Panie Lemaire, ja już padam... - roześmiała się - Jak będzie jakaś

37




wolna piosenka to muszę z panem zatańczyć!
- Z przyjemnością pani Soniu! Będzie to dla mnie prawdziwy zaszczyt
- Kotku, przynieś coś do picia - poprosiła Krisa - Jestem taka spragniona...
Po chwili również Monika i Julian zrobili sobie przerwę
- No nie mów, że nie dajesz rady?! - Julian był w swoim żywiole - Dawaj, Sońka! Następny taniec ze mną! Zobaczymy kto odpadnie pierwszy! - śmiał się
- Nie masz szans! - przekrzykiwała muzykę i innych gości - Ja już mam praktykę! Nie podołasz!
- Akurat! Patrz jak my z Moniką wywijamy! Nas nie pobijecie! - licytował się.
Sonia spojrzała na drzwi
- O, zobacz Monia, Armand z siostrą przyszli - to mówiąc wskazała wchodzących palcem - Trochę późno - spojrzała na zegarek - Dwudziesta druga dochodzi...
Dobry humor Juliana prysł niczym bańka mydlana. Skrzywił się i powiedział
- Jak go zaprosisz do naszego stolika, to jadę do domu!
- Nie bój się, nie zaproszę! - roześmiała się - Bo mi tu zejdziesz na zawał...
Armand i Nadine zauważyli ich od razu. Podeszli się przywitać
- Dobry wieczór państwu - powiedział Armand i spojrzał na salę - Przyszło mnóstwo ludzi, impreza sie udała...
- Tak, to

38




prawda - odparła Sonia - Ledwo znaleźliśmy stolik. Gdyby nie pan Lemaire, pewnie musielibyśmy się zadowolić miejscem stojącym
Armand zauważył lodowate spojrzenie Juliana. Nie chciał psuć atmosfery więc wziął Nadine i poszli dalej. Akurat zwolnił się stolik obok. Dosiedli sie do innych. Wszyscy wrócili do zabawy. Po kilku następnych piosenkach Julian i Monika wrócili by chwilę odpocząć.
- Pójdę skarbie po coś do picia - odezwał się - Panie Lemaire, pan też się z nami chyba napije jakiegoś wina? - Julian czuł do niego coraz większą sympatię
- No, nie odmówię...
Monika usiadła, Julian skierował sie do baru. Była taka uśmiechnięta i radosna. Dawno tak nie promieniała. I było to zauważalne. Nie umknęło to uwadze siedzącego przy następnym stoliku Armanda. DJ zapowiedział następny utwór - jeden z największych światowych hitów muzyki francuskiej - Et si tu n'existais pas. Armand wstał i pewnym krokiem podszedł do stolika Moniki. Ukłonił sie i zapytał
- Wyświadczy mi pani ten zaszczyt i zatańczy ze mną? - wyciągnął ku niej rękę. Oniemiała. Nie spodziewała sie tego. Nie do takiej piosenki.
- Niech pani idzie, zanim

39




przestaną grać - uśmiechnął się Lemaire. Monika się wahała. Spojrzała w oczy Armanda. Był taki pewny siebie. Podała mu dłoń - Zatańczę...
Julian z uśmiechem wziął szklanki w dłoń i skierował się do stolika. Zauważył nieobecność Moniki. Pomyślał, że poszła do toalety albo odetchnąć na dwór. Usiadł, podał Lemaire'owi szklankę
- A gdzie Monika? - zapytał z uśmiechem
Lemaire skinął głową
- Tam... - Julian podążył wzrokiem we wskazanym kierunku i zamarł. Zobaczył Monikę w objęciach Armanda. Promieniała. Widział, jak na nią patrzy. Widział, jak się do niej uśmiecha, a ona odwzajemnia ten uśmiech. Widział jak obraca się w tańcu, a jej długie włosy oplatają się wokół jego szyi. Zacisnął dłoń na szklance. Nie mógł od nich oderwać wzroku. Armand idealnie prowadził ją w tańcu. Wiedział, że sam tak nie potrafi. Lemaire spojrzał na Juliana, w lot pojął uczucia młodego mężczyzny
- Panie Julianie - odezwał się po chwili - To tylko taniec... Nic więcej...Tylko taniec...
Julian zachował kamienną twarz. Nic nie powiedział. Patrzył tak jeszcze chwilę. Po czym wstał, poszedł do baru
- Poproszę koniak...

40




Najlepiej podwójny... - poprosił ale to nie ukoiło jego nerwów. Spojrzał jeszcze raz w kierunku Moniki i Armanda. Nie wytrzymał, wstał i wyszedł. Wsiadł do samochodu i odjechał. Zostawił przyjaciół, jako że dysponowali tylko jednym samochodem - Juliana Porsche. Jeździł bez celu po okolicy. W końcu pojechał do miasteczka. Zobaczył otwartą małą kawiarenkę. Zatrzymał auto. Wszedł do środka. Rozejrzał się.
- Jaki ma pani alkohol? - zapytał barmankę
- Różne mamy. Może wino?
- Nie, nie wino. Ma pani coś mocniejszego?
- Koniak?
- Tak, poproszę - dziewczyna nalała - Podwójną proszę nalać... - rozejrzał się wokół. Znalazł pusty stolik na zewnątrz. Wziął kieliszek i usiadł przy stoliku. Chwilę wpatrywał się w urokliwe domki i kręte uliczki. Patrzył na stojącą nieopodal fontannę. Dziesiątki myśli przebiegały przez jego głowę. W myślach przeklinał dzień, w którym poznał Monikę. Miał świadomość, że relacje z nią zmierzają ku przepaści. Wypił zawartość kieliszka na raz. Kiwnął na barmankę - Jeszcze raz to samo! - przyniosła kieliszek i zapytała niepewnie
- To pana auto? - wskazała Porsche Juliana wiedząc

41




doskonale, że należy do niego - Jeśli pan będzie wracał autem, to może nie powinien pan pić?
Popatrzył na nią
- To nie pani sprawa - odburknął. Spędził tam ponad godzinę na piciu alkoholu i rozmyślaniu. Zauważył, że dziewczyna zamyka kawiarenkę. Pomyślał, że nic tu po nim. Chwiejnym krokiem skierował się do samochodu. Z trudem trafił w stacyjkę kluczykiem. Barmanka widząc to dobiegła do auta
- Niech pan nie jedzie. To niebezpieczne...
- Proszę zająć się swoimi sprawami. Nic mi nie będzie - odparł i wcisnął pedał gazu. Skierował się w kręte uliczki pomiędzy polami winorośli i lawendy. Było juz ciemno. Jedynie reflektory samochodu oświetlały drogę. Nie czuł niebezpieczeństwa. Miał wyrzuty sumienia z powodu tego, co zrobił Monice. Był jednocześnie na nią zły. Zły za to, że stała się jego obsesją. Prze oczyma miał obraz Moniki w objęciach Armanda. Jej uśmiech. Czuł smutek, bo nie pamiętał kiedy się tak do niego uśmiechała. Chyba ostatnio kiedy Sonia z Krisem byli w Paryżu. Jechał coraz szybciej. Ledwo trzymał się drogi na zakrętach. Jego wzburzenie było coraz większe, co przekładało się na szybkość jazdy.

42




W pewnym momencie zauważył w ciemności ostry zakręt.
- Jezus Maria! - zdążył tylko krzyknąć, zanim jego auto z hukiem wbiło się w pobliskie drzewo.
- No i co? Dalej nie odbiera? - Sonia chodziła w tą i z powrotem - Gdzie on do cholery pojechał? - Sonia, Kris i Monika stali pod dyskoteką i na próżno próbowali się skontaktować z Julianem - Ale jaką trzeba być świnią, żeby przyjaciół zostawić, zabrać dupę w trok i pojechać! - była wyraźnie zła
- Kotku, ale może coś się stało? - Kris wierzył w przyjaciela
- Ale dlaczego pojechał? Co się mogło stać? - Monika nie mogła pojąć postępowania Juliana - Jak wrócimy?
- Nie wiem... - Kris czuł się bezsilny - Może nas ktoś odwiezie? Nie wiem... Nie mam pomysłu...
Z dyskoteki wyszedł Lemaire
- A gdzie pan Julian? - zapytał
- No właśnie nie wiemy... - powiedziała Sonia - Pojechał bez nas. Nie wiem jak wrócimy... Ale zapłaci mi za to...
- Ale ja wiem kiedy on wyszedł - powiedział Lemaire - Widziałem go.
- Kiedy? Gdzie? - zapytała Monika. Lemaire spojrzał na nią z niedowierzaniem
- On wyszedł wtedy, kiedy pani tańczyła z młodym Frossardem. To on poszedł do baru, coś wypił i

43




wyszedł. Był wzburzony... Jak każdy zazdrosny mężczyzna.. On o panią to bardzo jest zazdrosny...
Sonia i Kris spojrzeli po sobie. Monika pobladła
- Jak to.... Jest pan pewien? - niedowierzała w to co słyszała - Na pewno wtedy?
- Tak. Siedział koło mnie. Widziałem jak na was patrzył. Wie pani, ja to myślę, że go to zabolało...Nie mógł od pani wzroku oderwać... Widać było, że jest zdenerwowany...
- Niemożliwe... - Monika popatrzyła z przerażeniem na Sonię - On wsiadł za kierownicę w takim stanie....Boże, a jak mu się coś stanie? Ja sobie tego nie wybaczę...
- Oj tam zaraz stanie - Sonia próbowała bagatelizować sytuacje mimo, że sama była kłębkiem nerwów - Nic mu nie będzie. Pewnie wrócił do domu i po naszym powrocie zrobi awanturę.
Monika ukryła twarz w dłoniach. Przez chwilę zastanawiała się co robić. Gdzie mógł być? Z dyskoteki wyszedł Armand. Od razu zobaczył, że coś się stało. Podszedł do grupy stojących osób
- Stało się coś? - zapytał
- Tak... - powiedziała Monika - Julian zniknął... Nie wiemy gdzie jest - nie chciała mówić tego, co im powiedział Lemaire - Nie mamy jak wrócić do domu...
- Podwiozę was

44




- zaproponował - Ja nie piłem alkoholu
- Super! Inaczej pewnie czekalibyśmy do zamknięcia i na zlitowanie pańskie... - Sonia wyraźnie się ucieszyła. Monika jednak nadal była niespokojna. Wsiedli do jeepa Armanda. Monika siadła obok kierowcy. Jechali tak kilkanaście minut, kiedy w świetle reflektorów, na zakręcie, ujrzeli tył samochodu Juliana
- Boże! - krzyknęła Monika - To auto Juliana!
Armand gwałtownie wcisnął pedał hamulca. Ledwo się zatrzymał Monika wyskoczyła i podbiegła do samochodu. Armand dogonił ją zanim złapała za klamkę
- Poczekaj! - zawołał
- Zostaw mnie! Jego trzeba ratować! Puść mnie! - wyrywała się
Odwrócił się do Soni i Krisa
- Dzwońcie po karetkę! - krzyknął, spojrzał Monice w oczy i powiedział
- On może mieć uszkodzony kręgosłup. Nie możesz go ruszać. Rozumiesz? Nie możesz...
Zamarła. Rzeczywiście, o tym nie pomyślała. Dobiegła do auta i zamarła. Julian leżał oparty głową o kierownicę. Nie miał zapiętych pasów. Był nieprzytomny. Z nosa i ust ciekła mu krew. Armand doszedł do samochodu, otworzył drzwi i wziął Juliana za nadgarstek
- Żyje, jest puls - powiedział, zdjął marynarkę i

45




nakrył mu kark.
- Dajcie koc z auta i jak macie cokolwiek ciepłego. Trzeba go okryć!
Sonia błyskawicznie zdjęła szal, którym była okryta i podała go Armandowi. Monika zdjęła sweterek i także mu podała. Armand otulił Juliana szczelnie.
- Więcej zrobić nie możemy... Musimy czekać - wyprostował się.
- Julian!!! - krzyknęła histerycznie Monika. Jej krzyk zmroził krew w żyłach Soni i Krisa. Sonia podbiegła do niej
- Monika, uspokój się - próbowała objąć przyjaciółkę
- Nie! - odepchnęła ją gwałtownie, doskoczyła do drzwi. Klęknęła przy samochodzie
- Julian!! Powiedz coś do mnie! Nie zostawiaj mnie! Nie umieraj!! Nie opuszczaj mnie!! - ukryła twarz w dłoniach. Wiedziała, że Armand ma rację. Nie mogła go ruszać.
Sonia stała jak słup obok i nie wiedziała co powiedzieć. Kris wezwał już pogotowie. Armand patrzył na to wszystko. Czuł, że jego nadzieje nie mają szans się ziścić. Wiedział, że to już przegrana sprawa. Widział jak patrzyła na Juliana. Było mu smutno. Nagle z dala dał się słyszeć dźwięk sygnału karetki.
- Gdzie oni są, no szybciej... - Monika wypatrywała pomocy
Ratownicy medyczni szybko wysiedli z

46




karetki wynosząc nosze. Towarzyszący im lekarz obejrzał Juliana.
- Kołnierz! - krzyknął i zajął się badaniem Juliana
- Będzie żył? - dopytywała Monika chcąc usłyszeć potwierdzenie ale lekarz zdawał się nią nie przejmować. Sprawnie założył Julianowi kołnierz zabezpieczający kręgi szyjne
- Szybko! Do karetki! - ratownicy sprawnie umieścili Juliana na noszach
- Gdzie go zabieracie? - zapytała Monika - Do Valensole?
- Nie proszę pani. W Valensole nie ma szpitala. Jest w Riez. Ale stamtąd zabierze go helikopter ratowniczy. My więcej nie zrobimy. Nie mamy warunków. To poważny wypadek
- Co pan mówi? Jakie Riez? - Monika nawet nie wiedziała gdzie to jest
- Spokojnie Monia, to jakieś kilkanaście kilometrów od Valensole, pojedziemy tam - Sonia objęła przyjaciółkę
- Pojedziemy? - powtórzyła z płaczem - Czym? Nie mamy auta! - spojrzała na wchodzących do karetki ratowników, pobiegła do nich i błagalnym tonem powiedziała
- Mogę jechać z wami? Weźcie mnie... Błagam...
- Niestety proszę pani. Nie ma takiej możliwości - lekarz zdecydowanym ruchem chciał zamknąć drzwi ale go powstrzymała
- Gdzie go zabieracie z Riez?
- Do Marsylii -

47




odpowiedział lekarz i zatrzasnął drzwi. Karetka energicznie ruszyła, a jej dźwięk rozchodził się po okolicy. Monika bezradnie spojrzała na Sonię i Krisa
- I co teraz? - zapytała nerwowo - Jak się tam dostaniemy? Co zrobimy? Nie mamy czym nawet wrócić do domu - załamała bezradnie ręce - Jak pojadę do Marsylii? - poczuła sie taka bezsilna
- Ja cię zawiozę - powiedział nagle Armand. Wiele go to kosztowało, ale wiedział, że tak właśnie powinien postąpić - Wsiadajcie, jedziemy do Marsylii..
Sonia i Monika wskoczyły błyskawicznie do auta
- A ty?- zapytała Krisa
- Jedźcie - powiedział - Ja poczekam na pomoc drogową...
Armand ruszył z piskiem opon i skierował się na drogę do Marsylii. Wiedział, że droga jest daleka i łatwa nie będzie. Mijała w kompletnej ciszy. Nikt z nich nie potrafił się odezwać. Każde myślało o czym innym. Monice najtrudniej było zebrać myśli
- Szybciej... Jedźmy szybciej...
- Monisiu, musimy jechać przede wszystkim bezpiecznie - Sonia wzięła dłoń przyjaciółki w swoje dłonie - Armand jedzie szybko. Nie można szybciej...
- A jeżeli... A jeżeli się spóźnimy i on... - zapytała przerażona
- Monika

48




przestań! - Sonia też byłą bliska obłędu - Nie umrze! Tego się trzymajmy!
Jechali tak ponad godzinę. Nagle Armand powiedział
- Dojeżdżamy do Marsylii. Wiem, gdzie jest szpital. Będziemy tam za kilkanaście minut...
Monika z Sonią wbiegły na oddział ratunkowy. Rozejrzały się i dostrzegły coś w rodzaju recepcji. Podbiegły
- Proszę pani, tu przywieziono mojego... - Monika nie wiedziała co powiedzieć
- Narzeczonego tej pani, a mojego brata - skłamała Sonia - Nie wiemy co się z nim stało. On z wypadku w Valensole. Szukamy go...
- Jest w sali zabiegowej... Tam - wskazała kierunek - Ale teraz chyba jeszcze jest przy nim lekarz...
Pobiegły we wskazanym kierunku. Monika odsunęła zasłonę. Zamarła. Zobaczyła kilku lekarzy i pielęgniarek wokół leżącego na łóżku Juliana. Nadal był nieprzytomny. Teraz do jego klatki piersiowej przyklejone były jakieś czujniki, prawdopodobnie kontrolujące funkcje życiowe. Z jego ust wystawała rurka podłączona do pompy. Domyśliły się, że nie oddycha samodzielnie. Monika powoli podeszła bliżej. Sonia nie chciała. Bała się. Bała się śmierci i tego, że Julian rzeczywiście może nie przeżyć. Nie

49




chciała tego widzieć. Monika patrzyła jak stojący obok monitor pokazuje bicie jego serca. Obok stały jeszcze dwa inne monitory. Był to przerażający widok.
- Czy on... - zaczęła niepewnie
- Kim pani jest? - zapytał nerwowo stojący obok lekarz
- Narzeczoną... jestem narzeczoną... - skłamała
- Żyje. Ale najbliższa doba będzie decydująca - powiedział i zdjął zakrwawione rękawiczki - Pani narzeczony.... - powiedział powoli - Ma uraz kręgosłupa...
Te słowa ją dobiły. Dla niego wózek to wyrok. Wiedziała, że po takim ciosie człowiek jego pokroju się nie podniesie. Pielęgniarka sprawdziła jeszcze raz aparaturę i wyszła. Monika podeszła do łóżka, wzięła go za rękę. Była bezwładna. Nachyliła się nad nim
- Julian... - wyszeptała - Otwórz oczy... Popatrz na mnie... - mówiła, chociaż wiedziała, że to się nie stanie. Sonia siedziała w poczekalni, a łzy ciekły jej po policzkach.
- Ja pierdole.. - pomyślała - Boże, jak sprawisz, że Julian przeżyje to się nawrócę i nawet wezmę ślub kościelny.... Tylko niech to się już skończy i niech oni ze sobą będą, bo dłużej takiej huśtawki nie zniosę.
Monika patrzyła na

50




bladą twarz Juliana. Stała tak chwilę, pogrążona w myślach, gdy nagle z zadumy wyrwał ją ostry dźwięk urządzenia nadzorującego pracę serca. Popatrzyła. Wykres przedstawiał linię ciągłą. Wiedziała, co to oznacza. Była przerażona. Nie była w stanie się ruszyć. Jej wzrok utkwił w urządzeniu jakby chciał zmienić jego wynik. Do pomieszczenia wbiegł lekarz i dwie pielęgniarki. Odsunęli ją gwałtownym ruchem. Wycofała się w kąt, widziała tylko jak lekarz bierze w dłoń dwa uchwyty urządzenia do reanimacji. Wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie. Widziała jak pielęgniarka pokrywa spody uchwytów żelem, a lekarz przykłada je do klatki piersiowej Juliana. Usłyszała tylko jego słowa
- Strzelamy! - i ciało Juliana wyprężyło się nienaturalnie. Linia pozostawała nadal niewzruszona
- Jeszcze raz, uwaga, strzelamy! - powiedział lekarz. Jego głos był coraz bardziej nerwowy. Druga próba również niczego nie zmieniła. Monika osunęła się po ścianie
- Jeśli mnie kochasz... - pomyślała - Jeśli mnie jeszcze kochasz, wróć do mnie... Nie odchodź... Nie zostawiaj mnie samej... Ja nie chcę żyć bez ciebie.. Nie opuszczaj mnie...

51





Nagle usłyszała lekarza
- Jeszcze raz, strzelamy! - po chwili lekarz dodał - Mamy go... - linia na monitorze pokazała, że serce Juliana bije.
Gdy tylko lekarz i pielęgniarki wyszli, podeszła do łóżka. Spojrzała na Juliana. Bała się patrzeć na monitory. Był taki blady. Odwróciła się i wyszła na korytarz. Sonia czekała niedaleko recepcji. Miała zamknięte oczy, a głowę opartą o ścianę.
- Będzie żył. Był reanimowany. Jego serce stanęło... Ale do mnie wrócił - powiedziała i usiadła przy Soni. Ta jednak pozostała nieruchoma.
- Trzeba zadzwonić do jego rodziców. Zadzwonię też po Krisa, żeby przyjechał. I tak nic tu po nas..
- Ja zostanę. Nigdzie się stąd nie ruszę - odpowiedziała Monika, dla której było to oczywiste
- Sama? I co, będziesz mieszkała w szpitalu? I tak mu teraz nic nie pomożesz..
- Nieważne. Muszę tu zostać. Czy gdyby chodziło o Krisa, poszłabyś do domu? - spojrzała wymownie na Sonię. Na taki argument nie miała odpowiedzi. Sonia wzięła do ręki telefon, wybrała numer
- Halo? Kris, jesteśmy w szpitalu. Julian jest nadal nieprzytomny. Tak, przyjedź po mnie. Nie, tylko po mnie. Acha, mam prośbę. Tam w

52




szufladzie, w kredensie, są klucze od apartamentu Juliana. Te, które nam kiedyś dał na wszelki wypadek. Myślę, że właśnie nadszedł ten "wszelki wypadek". Tak, czekamy..
Popatrzyła na Monikę
- Skoro chcesz tu zostać, to zamieszkasz w mieszkaniu Juliana. Auta, póki co, nie masz ale przywiozę ci moje. Muszę zrobić jeszcze jedno.. - znowu sięgnęła po telefon
- Dzień dobry, pani Regino, mówi Sonia. Dzwonię, żeby pani powiedzieć... Żeby pani wiedziała... Julian miał wypadek. Proszę się nie denerwować, jest w szpitalu pod fachową opieką. Jego życiu nic nie zagraża. Nie, nie może teraz podejść bo jest na badaniach. Dzwonię, bo myślę, że chciałaby pani wiedzieć. Nie, proszę do niego nie dzwonić. Nie ma telefonu więc i tak by nie odebrał. Myślę jednak, że powinna pani tu przyjechać.. Tak, czekamy. Odbierzemy panią z lotniska. Jutro? Dobrze, będziemy... Ja i Monika...Tak, ona też tu jest...- zakończyła rozmowę.
- Przecież jest nieprzytomny. Czemu jej nie powiedziałaś? - zapytała Monika
- A ty byś chciała o takim czymś być powiadomiona telefonicznie? Niech myśli, że się tylko niegroźnie połamał...
Za oknem

53




wstał już nowy dzień. Siedziały tak w poczekalni. W ciszy i milczeniu. Monika od czasu do czasu zaglądała do Juliana, by upewnić się, że wszystko jest w porządku. Na tyle, na ile to w tej sytuacji możliwe. Kiedy emocje opadły, a zmęczenie wzięło górę, położyła się na krzesełkach i zasnęła. Tymczasem w szpitalu pojawił się Kris.
- I co? Jak on się czuje? - zapytał
- Jest nieprzytomny - powiedziała Sonia - Na szczęście nie ma obrzęku mózgu. Jest... jest za to uraz kręgosłupa - miała łzy w oczach. Kris opadł na krzesło.
- Nie żartuj. Co ty mówisz? Julian i wózek? - nie mógł uwierzyć w to, co słyszał - On się załamie. To dla niego jak wyrok..
- Wiem. Powiadomiłam jego matkę. Pewnie jutro przyleci. Albo jeszcze dziś. Wie, że miał wypadek ale nie wie jak poważny jest jego stan. Masz klucze? - zapytała
- Tak..
- Monika zamieszka w jego apartamencie. Nie chce wracać do Valensole. Przywiozę jej potem swoje auto. Musi się tu jakoś poruszać - Kris usiadł obok i objął narzeczoną ramieniem i pocałował w głowę - Boże, ile to jeszcze będzie trwało...
Nic nie odpowiedziała. Nie miała już siły. Delikatnie obudziła

54




Monikę
- Chodź - powiedziała - Jedziemy do mieszkania Juliana
- Nie, ja zostanę...
- Nie denerwuj mnie! - Sonia prawie krzyczała - Teraz mu nie pomożesz! Sama odpocznij bo inaczej nie będzie z ciebie żadnego pożytku! Zbieraj się! - złapała Monikę za rękę i pociągnęła za sobą. Na parkingu niemal siłą wsadziła do samochodu.
- Jedź! - krzyknęła na Krisa - I ani słowa! - popatrzyła gniewnie na Monikę - Ktoś tu do cholery musi nosić spodnie!
Apartament Juliana mieścił się w podłużnym budynku z czerwonej cegły, stanowiącym kiedyś budynek fabryczny. Odrestaurowany, wyremontowany, stał się eleganckim apartamentowcem, w którym znajdowały się trzy mieszkania. Jedno z nich należało do Juliana. Okna były wysokie i duże, górny kształt miał formę łuku, jak to w dawnych fabrykach. Weszły do środka. Mieszkanie było jednym, dużym pomieszczeniem, przedzielonym stropem tworzącym piętro. Z dołu widać było dobrze górny korytarz, na który prowadziły kręte, drewniane schody, z ręcznie kutymi, bogato zdobionymi balustradami. Ciągnęły się one wzdłuż balkonu na piętrze.
- Chodź, pokażę ci gdzie co jest - Sonia bywała tu często,

55




więc znała doskonale rozkład pomieszczeń - Tu masz kuchnie - wskazała spore pomieszczenie na parterze - A tu masz salon - rzeczywiście był imponujący. Pośrodku znajdował sie spory, podłużny przewód kominowy, ze znajdującym się w nim kominkiem. Podłoga była z ciemnego drewna hebanowego. Ściany pomalowane były na biało, w rogu znajdowała się szara kanapa z turkusowymi poduszkami i szklany stół. Niewielki dywan był w kwadraty o barwie szarej, białej i czarnej. Nad stołem wisiał żyrandol składający się z kilku podłużnych lamp zwisających na różnej wysokości. Na ścianie zamocowany był duży ekran telewizora. W oknach zamocowano żaluzje. Na ścianach wisiały duże, gustowne obrazy. Przedstawiały widoki pól lawendowych latem.
- Tu masz piloty - Sonia pokazała kilka leżących na stole - Ten od żaluzji, ten od telewizora, wieży....
- Nie chcę tego. Nie będę tego potrzebowała...
- Pokazuje. Zapamiętaj lepiej. Tam - wskazała przeciwny kierunek - Jest łazienka, druga, duża jest na piętrze. Chodź, pokaże ci co tam jest...
Piętro miało dwuspadowy strop pokryty deskami. Znajdowały się tam dwa spore pokoje, łazienka i garderoba.

56




Jeden był pokojem gościnnym, drugi - gabinetem Juliana. Monika chodziła i oglądała gustownie urządzone wnętrza. Sonia popatrzyła na przyjaciółkę
- Nie miej złudzeń. Nie on to projektował. Miał dekoratora - i pociągnęła ją do pokoju - Tu możesz mieszkać. To jego pokój. Drugi jest gościnnym ale wolę byś zostawiła go jego matce. Też z pewnością się tu zatrzyma więc będzie wam raźniej.
Strop w gabinecie Juliana, podobnie jak ściany, pomalowany był na biało. Z jednej strony stała spora kanapa w kolorze ecru. Przed nią nieduży, niski stolik z surowego drewna. Na przeciw znajdowała sie biała, niska i długa komoda, na której stał telewizor. Pod oknem stało spore biurko z dwoma rzędami białych, szerokich szuflad. Na nim stała lampa, leżały jakieś papiery i laptop. Monika weszła i zaczęła się rozglądać po pokoju. Nagle jej wzrok przykuła jedna rzecz. Podeszła bliżej. Obok telewizora, na komodzie, stała sporych rozmiarów ramka ze zdjęciem. Z Monte Carlo. Stała w przydługiej koszuli dżinsowej na jego łodzi. Nie widziała, że zrobił jej zdjęcie. Wiatr rozwiewał jej długie włosy, nad którymi bezskutecznie usiłowała

57




zapanować. Patrzyła gdzieś w dal. W rogu zdjęcia widniał odręczny napis, prawdopodobnie Juliana, "Miłość mojego życia".
Sonia widziała już to zdjęcie ale zupełnie o nim zapomniała. Monika wzięła ramkę w rękę i chwilę sie przyglądała zdjęciu.
- Gdybym tylko mogła cofnąć czas... - powiedziała
- Widziałam to zdjęcie - Sonia zajrzała przez ramię przyjaciółki - Stoi tu od dawna. Zapomniałam nawet, że jest. On jak długo pracował to tu spał. Dlatego stoi ono tutaj. Chciał patrzeć na ciebie kiedy będzie zasypiał. Kiedyś mi tak powiedział - usiadła na kanapę - Ale kanapa luksus. Bardzo wygodna, wyśpisz się. Odpocznij, bo teraz będzie trudny czas dla nas wszystkich. Ukryła twarz w dłoniach, westchnęła
- Kto by pomyślał, ze to się tak wszystko popląta. Nigdy bym nie przypuszczała, że do czegoś takiego dojdzie - nagle podniosła twarz i spojrzała na Monikę - A powiedz ty mi coś. Ale tak naprawdę szczerze. Bez kombinowania, tak jak jest. Powiedz, czy ty chcesz z nim być? Kochasz go? Zostaniesz z nim jeśli się okaże... Jeśli... No wiesz... Jeśli będzie jeździł na wózku? Nie każda zdolna jest do takich

58




poświęceń. To trudne dla każdego człowieka więc nie będę cię krytykowała, ale powiedz mi...Bo jeśli to cię przerasta, to nie możesz mu robić nadziei. Nie ma sensu go okłamywać. Lepiej, żeby sie powoli oswajał z myślą, że...
- Soniu - przerwała jej Monika - Ja go nie zostawię. Ja go kocham chociaż nie ukrywam, to jest naprawdę trudna miłość. Ale nie zostawię go w takiej sytuacji. Nie dlatego, że mam poczucie winy, chociaż mam. Ale dlatego, że go kocham. I wiem, że on mnie też.
- Dobrze. To połóż się i trochę prześpij. Ja pojadę z Krisem od Valensole i przywiozę ci trochę rzeczy i zostawię auto. Tu masz - otworzyła torebkę - Moją kartę kredytową. Nie martw się, mam pieniądze i z pewnością nie zubożeje. Korzystaj jeśli będziesz potrzebowała - Monika niechętnie ją wzięła - Mieszkanie jest duże. Na pewno nie chcesz z nami jechać? Sama wieczorem chcesz siedzieć? - zapytała z nadzieją
- Nie, ja będę w szpitalu, z Julianem.
- Nie możesz tam siedzieć całymi dniami. Teraz się połóż. Wieczorem przyjedziemy na dwa samochody, a ja potem wrócę z Krisem.
- Dobrze - Sonia odwróciła się i skierowała do drzwi - Klucze

59




- podała Monice plik kluczy - Te dwa od domu, ten od bramy, ten od wejściowych... Tu jest alarm - wskazała na pudełeczko przy wejściu - Ale nie programuj, bo jak zacznie wyć to pobudzi dzielnicę, a tu zjawi się firma ochraniarska...Połóż się.. - spojrzała na przyjaciółkę - To do zobaczenia
- Pa...
Monika zamknęła za Sonią drzwi. Rozejrzała się po mieszkaniu. Zaczęła dokładniej je oglądać. Podeszła do witryny w salonie. Zobaczyła kilka zdjęć stojących na półce. Z Krisem na łodzi, z rodzicami, z Sonią i Krisem w Valensole.. Zobaczyła na ścianie kolaż zdjęć. Podeszła. Zdjęcia z Monte Carlo. Była na większości z nich. Oceanarium, Valensole, Monte Carlo. Poczuła zmęczenie. Za radą Soni, poszła na górę i położyła się spać. Obudziło ją głośne pukanie do drzwi. Zerwała sie na równe nogi, nie wiedząc przez chwilę gdzie jest. Doszła jednak szybko do siebie, zbiegła i otworzyła.
- To ja - Sonia weszła niosąc torbę - Tu masz trochę rzeczy, a tu kluczyki - podała jej - Jedziemy z Krisem do szpitala, a potem musimy wracać do Valensole. Przyjadę jutro koło południa. Dzwoniła mama Juliana. Odbierzemy ją z lotniska -

60




spojrzała na Monikę z uwagą - Ona tu będzie. Nie wiem co zrobi, kiedy dowie się jaki jest jego stan. Jeśli chcesz tu zostać musisz się liczyć z różnymi reakcjami. To w końcu matka, a on jedynak, więc wiesz. Ale jeśli zmienisz zdanie to przyjedź. Coś się wymyśli.
- Dobrze. Ja w takim razie też zaraz przyjadę do szpitala. Może się jeszcze tam spotkamy...
Sonia wyszła, Monika wykapała się, przebrała i pojechała do szpitala. Kiedy tylko weszła od razu skierowała się do pomieszczenia, w którym wczoraj leżał Julian. Odsunęła zasłonę. Łóżko było puste. Podbiegła i dotknęła pościeli
- Boże... - wyszeptała z przerażeniem
- A co pani tu robi? - zapytała pielęgniarka
- Gdzie on jest? - Monika spojrzała na nią z rozpaczą - Czy on...
- A, to pani jest narzeczoną? - uśmiechnęła się - Pacjent został przeniesiony na oddział intensywnej terapii. Odzyskał przytomność....
Monika dobiegła do niej, złapała za rękę i niemal krzyknęła
- Gdzie to jest???
- Pietro wyżej, na schodach w lewo...
Nie zdążyła dokończyć bo Monika juz pobiegła we wskazanym kierunku. Wbiegła do wskazanej przez pielęgniarkę sali. Zatrzymała się na

61




progu. Zobaczyła Juliana. Miał na sobie gorset ortopedyczny usztywniający kręgosłup na całej długości. Przy łóżku stały urządzenia kontrolujące funkcje życiowe, obok wisiał cewnik. Posmutniała. Pomyślała jak się musiał czuć. Ale zaraz pomyślała, że tego po sobie nie może pokazać. Uśmiechnęła sie i podeszła bliżej
- Dzień dobry, kochanie... - ujęła jego dłoń
- Widzisz jak wyglądam.... - powiedział cicho - Jak roślinka.... Nigdy nie wstanę....
- Skąd wiesz? Lekarz tak powiedział? - zamarła
- Nie musiał. Ja wiem. I ty też... - chciał na nią spojrzeć ale nie mógł, patrzył jedynie w sufit - Pamiętam niewiele z wypadku... Może to i lepiej... I tak jest mi wszystko jedno...
- To teraz nieważne. Ważne, że żyjesz - w jej oczach pojawiły się łzy - Jutro przyjedzie twoja mama. Sonia jej powiedziała
- Po co? - wyszeptał i zacisnął ze złości zęby - Kto was o to prosił, do cholery?
- Julian, skarbie.... - usiadła na krześle obok i pogładziła go po włosach - Bo dla mnie i jej jesteś najważniejszym człowiekiem w życiu, bo cię kochamy...
- Nie potrzebuję niczyjej miłości - łzy spłynęły mu po policzkach - A już na

62




pewno nie litości... Idź stąd....
- Ale... - zaczęła, bo czegoś takiego się nie spodziewała - Julian... Co ty mówisz... To nie litość... Ja cię kocham...
- Tak? I tak samo mnie kochałaś wtedy, kiedy cię... - nie wiedział jak to ubrać w słowa - Kiedy cię zgwałciłem? Też mnie kochałaś? A kiedy tańczyłaś z tym winiarzem, też mnie kochałaś?
- Tak... Też. Kochałam cię i kocham...
Zamilkł na chwilę. Tak jakby chciał zebrać myśli. Przez chwilę milczał po czym powiedział
- A wtedy, kiedy byłaś u Soni i nie rozmawiałaś ze mną... - wiedział, że to podłe wracać do tego czasu - Kiedy byłaś w ciąży, też mnie kochałaś? Kiedy nie powiedziałaś mi o dziecku, wtedy w Polsce.. Też mnie kochałaś? Byłem jego ojcem... Miałem prawo wiedzieć...
Zamilkła. To były trudne pytania.
- Tak, Julian. Ale wtedy było inaczej.. Wiesz o tym... Sytuacja była zupełnie inna. Było inaczej...
- No widzisz... - przerwał - A ja cię zdradziłem... Pamiętasz Sarę?
Zamarła.
- Pamiętam... Z nią? - zapytała cicho
- Tak. Z pełną świadomością cię zdradziłem. Dobrowolnie poszedłem z nią do łóżka. Niejednokrotnie... - zdawał się nie mieć

63




dla niej litości. Zasłoniła dłonią oczy i przez chwilę milczała
- Nie wierzę...
- To uwierz, bo to prawda. Widzisz więc, że moja miłość jest inna... Idź już. Chcę odpocząć...
- Dobrze... - wstała i nachyliła się nad nim - Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo... Wiem, że mnie kochasz i w te kłamstwa nie uwierzę.... To czy będziesz roślinką, czy będziesz na wózku nie ma znaczenia. Będę przy tobie zawsze...
- Ale, kurwa, dla mnie ma znaczenie! - wysyczał - Nie chcę żebyś ze mną była. Jesteś wolna. Ten Armand... On... Ty mu się podobasz... Jest sprawny...
- Co ty gadasz...?
- Wiem, co gadam... Ja nigdy... Ja już nigdy nie będę mógł... Rozumiesz.... Nie będę mężczyzną... Nie chcę, żebyś ze mną zostawała... Idź już... Jestem zmęczony...
Wstała i pogładziła go po włosach
- Julian... - powiedziała z niemal niezauważalnym uśmiechem - Ty będziesz chodził... Zobaczysz...
Zamknął oczy i powiedział
- Idź.... Nie mogę na ciebie patrzeć....
Monika wróciła do mieszkania. Opadłą na kanapę w salonie. Patrzyła w sufit. Nie wiedziała co myśleć. Nie wiedziała co robić. Czy to o Sarze, to prawda? Czy naprawdę mogła

64




się aż tak pomylić? Współczuła mu, ale nie mogła tego powiedzieć. Miała świadomość, czym jest opieka nad osobą niepełnosprawną. A jeszcze kimś tak sfrustrowanym jak Julian. Przerażał ją nie tyle fakt opieki nad nim, ale terror psychiczny jaki by temu towarzyszył. Poszła na górę by przygotować pokój dla mamy Juliana.
W Valensole Sonia i Kris siedzieli w ogrodzie i rozmawiali na temat ostatnich wydarzeń. Kris był ostatnio małomówny. Dla niego to też był ciężki czas. W pewnym momencie odezwał się
- Kotku, wiesz że jestem wyrozumiały i cierpliwy, a dla ciebie gotów jestem zrobić wiele....
Sonia wiedziała, że taki ton nie zapowiada niczego dobrego. Kris rzadko był tak poważny.
- Trzeba coś postanowić. Tak dłużej być nie może. To co się między nimi dzieje to jak jazda kolejką górską. To jest chore...
Sonia nic nie powiedziała. Wiedziała, że ma rację
- Oczywiście ślub trzeba przełożyć. Ale to akurat najmniejszy problem. Może to nie jest najodpowiedniejszy moment, ale oni się muszą w końcu porozumieć. Bo nie dość, że sami się wykańczają, to i nas w to mieszają. Nie, żebym nie współczuł im obojgu, ale my też

65




mamy swoje życie...
- Ale misiu, Monika..
- Wiem, że Monika jest twoją przyjaciółką - przerwał jej - Ale ja jestem twoim narzeczonym. Też mam jednak tu coś do powiedzenia. Mam dość... Albo coś postanowią, zejdą się, rozejdą, nieważne. Ale niech już się to nie odbywa naszym kosztem. Oczywiście nie jest to czas na taką rozmowę ale chciałbym, żebyś miała tego świadomość..
Nic nie odpowiedziała. Nie miała żadnych argumentów.
- Jutro tylko pojadę do Marsylii i odbiorę mamę Juliana ze stacji. A potem wrócę...
Wpatrywał się gdzieś w dal. Nie skomentował jej słów.
Na drugi dzień, około południa, czekały już na przyjazd mamy Juliana. Pociąg przyjechał o czasie. Spostrzegły ją, kiedy wysiadała z pociągu. Sonia podbiegła, by pomóc jej wziąć walizkę
- Pani da mi to, pani Regino... - złapała za torbę - Ja pomogę...
- Soniu, powiedz mi co się stało... - kobieta była przerażona - Co takiego się stało?
Spojrzała na Monikę
- Cieszę się, że i ty tu jesteś... Ale jak to się stało? Jak do tego doszło? Pojedziemy do szpitala?
- Tak, zaraz pojedziemy.. - Sonia usiłowała powiedzieć jej to jak najbardziej bezboleśnie - Ale

66




musi pani o czymś wiedzieć. Chodźmy do samochodu.. Nie tutaj...
Na parkingu Sonia zapakowała torbę do bagażnika, zamknęła i oparła na jego klapie. Spojrzała na czarny asfalt, nie umiała powiedzieć tego patrząc jego matce w oczy
- Pani Regino... Julian... Ten wypadek był poważny. Nie chciałam pani tego mówić przez telefon. Julian ma uszkodzony kręgosłup. Nie może się poruszać. Jechał pod wpływem alkoholu, jechał szybko...
Kobieta zachwiała się. Monika podtrzymała ją, żeby nie upadła.
- Proszę oddychać głęboko - powiedziała - Będzie dobrze, zobaczy pani. On wróci do zdrowia...
Spojrzała na nią
- A czemu on wsiadł do auta pod wpływem alkoholu? - matka zawsze naiwnie wierzyła w dobroć i praworządność swego dziecka
- Szkoda, że nie wiesz kobieto ile razy tak jeździł - pomyślała Sonia i dodała - To jedziemy do szpitala...
- Synku... - matka Juliana cicho weszła do sali - Co ci jest? Jak się czujesz? - podeszła do łóżka i wzięła go za rękę - Boże, dziecko drogie.... - rozpłakała się
- Po co one ci mówiły - wyszeptał z trudem i rozpłakał się jak dziecko - Po co...
- A jak ty sobie to wyobrażasz? Dobrze, że mi

67




powiedziały. Jak matka by miała nie wiedzieć co jest jej dziecku? Powiedz mi, co mówił lekarz?
Julian się uspokoił. Chwilę myślał, a potem powiedział
- Lekarz mówi, że nie może mi powiedzieć nic "na pewno". Powiedział, że możliwe jest wszystko. Możliwe, że będę sprawny ale możliwe też że skończę na wózku. A ja nie chcę tak żyć... Spojrzał na Monikę, Sonią, a na końcu na matkę i powiedział - Chcę, żeby one wyszły..
Matka Juliana spojrzała zdumiona na syna i na dziewczyny.
- Wyjdźcie na chwilę...
Zrobiły to o co prosiła
- Czemu chciałeś, żeby wyszły? - zapytała gdy zostali sami
- Bo ja mamo... Ja mam do ciebie prośbę.. Ale nie mów o tym nikomu...
- Dobrze, nie powiem
- Ja cie proszę... Ja nie chcę, żeby Monika tu przychodziła..
- Ale dlaczego? Przecież ją kochasz...
- To już nie ma znaczenia, mamo. To już nieważne. Widzisz jak wyglądam. Będę jeździł na wózku, przy dobrych prognozach. A ona będzie siedziała ze mną i się mną opiekowała. Ale ja tak nie chce. Nie chcę jej litości i opieki. Wolę zapłacić pielęgniarce. Ale nie zniosę, żeby to ona robiła. Niech ułoży sobie życie z kim innym.

68




Pomóż mi...
- Dziecko, ale dlaczego ty jej szansy nie dasz... ? Tak o nią zabiegałeś, tak ją wspierałeś kiedy poroniła. A teraz odmawiasz sobie takiej pomocy?
- Nie i koniec! Pomóż mi... - prosił - Zniechęć ją. Na Sońkę w tej kwestii liczyć nie mogę. Ona tego nie zrobi... Obiecaj, że ty... Ja o tym długo myślałem... Tak będzie lepiej...
- Przykro mi synu, ale tego ci obiecać nie mogę. Powiem więcej, ja jej zniechęcać do niczego nie będę. Jeśli tak zadecyduje, będzie przychodziła do szpitala i ja jej tego nie zabronię...
- Ale mamo... - grymas smutku i rozpaczy pojawił się na jego twarzy - Zrozum mnie.. Chociaż ty.... Niech odejdzie, właśnie dlatego, że ją kocham... Pomóż mi ją ocalić...
- To nie jest ocalenie... To jest manipulacja... Poczekaj na mnie - wstała - Pójdę porozmawiać z lekarzem...
Kiedy wyszła Monika i Sonia czekały z niecierpliwością pod drzwiami. Ale matka Juliana tylko spojrzała na Monikę, po czym skierowała się w stronę gabinetu lekarskiego. Obie weszły do sali. Monika nachyliła się i chciała go pocałować, ale zamknął oczy by na nią nie patrzeć, więc zrezygnowała.
- Kochanie - powiedziała -

69




Jak sie czujesz? Czy czegoś ci potrzeba?
- Niczego... Zmęczony jestem... Spać mi się chce....
Sonia spojrzała na Monikę
- To my potem przyjdziemy, jak nie chcesz - pociągnęła Monikę za rękę i skierowała się do wyjścia
- Sonia! - powiedział - Ty zostań... Poczekaj... - Sonia spojrzała zdziwiona na Juliana, potem na Monikę
- A Monia? Ma wyjść?
- Tak... Tylko z tobą chce rozmawiać... - Monika wyszła, Sonia przysunęła krzesło i usiadła bliżej
- Co chcesz mi powiedzieć?
- Ja chcę... Mam prośbę.... Wiem, że to Frossard mnie uratował... Ja chcę mu podziękować... Przywieź go do mnie.... Wiesz, wypadałoby..
- Jasne! - Sonia ucieszyła się, że Julianowi wraca zdrowy rozsądek - Powiem mu, że chcesz, żeby przyjechał. Powiem, że jak będzie w okolicy to wpadnie, tak?
- Tak. Dokładnie....A teraz idźcie. Chce mi się spać...- zamknął oczy
- Dobrze, to potem najwyżej Monika przyjedzie z twoją mamą. Ja wracam do Valensole... Kris został w domu sam..
Wieczorem Monika szykowała kolację dla mamy Juliana. Miała świadomość, jaką tragedią jest dla niej jego wypadek.
- Pani Regino, zapraszam do stołu... - delikatnie sie uśmiechnęła i

70




postawiła na stole miskę z sałatką, herbatę, jakąś wędlinę, tyle ile zdążyła po drodze kupić. Na większe zakupy nie miała ochoty iść - Skromnie, ale żadna z nas chyba za dużo nie zje...
- Ty dziecko jesteś prawie przeźroczysta - mama Juliana zauważyła, jak Monika schudła od ostatniego spotkania - Musisz i o siebie dbać...
- Mnie nic nie będzie - odpowiedziała - Ważne, żeby on był zdrowy. Żeby tylko z tego wyszedł...
Dni mijały na wizytach w szpitalu, rozmowach z lekarzami i wyczekiwaniu na efekty leczenia. Julian leżał w gorsecie uniemożliwiającym mu ruchy. Miał dużo czasu na przemyślenie swojego życia, relacji z przyjaciółmi i z Moniką. Często dochodził do smutnych wniosków, które pogłębiały tylko jego zły nastrój. Jego stan psychiczny się pogarszał. Nie wierzył w to, że kiedyś stanie na nogi. Nie wierzył lekarzom. Był przekonany, że go oszukują by poczuł się lepiej. Przyjaciele robili co mogli, by zmienić jego nastawienie, ale bezskutecznie. Któregoś dnia w drzwiach stanął Armand. Podszedł bliżej. Czuł się nieswojo. Wiedział jak Julianowi jest ciężko
- Dzień dobry - powiedział - Sonia mówiła, że

71




chciałeś się ze mną widzieć..
- Tak, to prawda. Powiedziałem, że chcę ci podziękować... Ale nie o to mi chodziło. Nie wiem, czy w tej sytuacji śmierć nie byłaby lepsza...
- Co ty mówisz? - Armanda zszokowały te słowa
- Tak. Mam prośbę. Monika...
- Co, Monika?
- Ona tu przesiaduje całymi dniami. Nie chcę tego. Nie chcę, żeby marnowała życie na mnie. Nie chcę litości...
- A jesteś pewny, że to litość? Że nie powoduje nią uczucie? - Armand, mimo że mu się podobała, umiał trzeźwo ocenić sytuację - Dlaczego jej tego odmawiasz?
- To nie ma znaczenia czy z miłości, czy nie. I dlatego chciałem z tobą porozmawiać. Spotkaj się z nią. Zabierz stąd... Nie wiem, rozkochaj w sobie... Co chcesz, byle o mnie zapomniała..
- Czy ty siebie słyszysz? Jak możesz coś takiego proponować? - Armand był zszokowany coraz bardziej
- Ile chcesz? Mogę ci zapłacić. Mam pieniądze. Ile chcesz za zabranie jej stąd?
Armand chwile milczał, po czym powiedział
- Jesteś w stanie wycenić jej uczucie do ciebie? Uważasz, że uczucia można kupić lub sprzedać jak towar? Nigdy byś tego nie proponował, gdybyś widział jak na ciebie patrzyła kiedy byłeś

72




nieprzytomny. Jak płakała kiedy czekaliśmy na karetkę... Gdybyś mógł to widzieć.. Jesteś jak niewidomy, który nie potrafi pojąć pewnych rzeczy...
Julian nic nie odpowiedział. Wiedział, że Armand ma rację, ale jednocześnie trudno mu było znieść odmowę.
- Ja juz pójdę, do widzenia - Armand nie chciał słyszeć innych pomysłów Juliana. Pożegnał się i wyszedł.
Czas mijał jednym szybko, innym wolno. Monika starała się znaleźć sobie jak najwięcej zajęć, by nie myśleć o chorobie Juliana i móc odetchnąć od zmartwień. Wzajemnie, z jego matką, dawały sobie wsparcie w chwilach zwątpienia. Codziennie chodziły do szpitala. Kilka razy wpadła do Juliana także Janette, jednak nie był z tej wizyty zadowolony, jako że Janette - jako osoba wrażliwa, za jaką się uważała - zamiast go podbudować, wybuchnęła płaczem.
- Jak ja mu współczuję - Janette wycierała chusteczką łzy - Dobrze, że wyszłam bo bym się jeszcze bardziej rozkleiła. Pani to jest naprawdę dzielna - spojrzała na Monikę - Niech się pani trzyma...
- Janette... - Monika złapała ją za rękę - Mam do ciebie prośbę. Wiem, że to nie moja sprawa, ale chodzi mi o

73




jego sprawy zawodowe. Sama widzisz, że jest załamany i nie bardzo można z nim porozmawiać...
- Noo... Delikatnie to pani ujęła - Janette wysmarkała głośno nos - Nazwać swoja długoletnią sekretarkę wariatką to chyba tylko on potrafi. Co za niewdzięczność..
- Janette, ja cię w jego imieniu przepraszam - Monika uśmiechnęła się do dziewczyny - Ale chciałabym, żeby się zajął sprawami zawodowymi. Chodzi o to, żeby mniej myślał o chorobie. Żeby miał jakiś cel. Chciałabym, żebyś mi w tym pomogła. Żeby wrócił do pracy...
- Noo... - Janette popatrzyła na nią z zaciekawieniem - Jak by to miało wyglądać? Tylko niech mi pani nie mówi, żebym do szpitala biuro przeniosła...
- No widzisz.... Coś takiego miałam na myśli...
- Jezu... - Janette najwyraźniej wizją Moniki była przerażona - Przecież ja się przy nim zapłaczę, a on mnie zabije jak mu tą zbroję ściągną...
- Nie zabije. Chciałabym, żebyś co jakiś czas przychodziła, na przykład z laptopem, i mówiła jak się sprawy mają, pytała o opinię i wskazówki... Wiesz, tak jak zwykle to wyglądało... Będziesz lepiej wiedziała...
Janette się chwile zastanowiła
- W sumie

74




przydałoby się, żeby pozałatwiać niektóre sprawy, w których potrzebne są jego personalne decyzje..
- No widzisz! - Monika się ucieszyła - Kiedy mogłabyś zacząć?
Dziewczyna chwilę myślała po czym zapytała
- A dostanę od pani leki uspokajające gratis? I dodatek za pracę w szkodliwych warunkach? - obie się roześmiały.
Monika wróciła do domu, a Janette do biura. Postanowiła się dobrze przygotować do swojej ponownej wizyty w szpitalu.
Dzięki wizytom Janette Monika miała trochę więcej czasu dla siebie. Rozmowy z Julianem jednocześnie cieszyły ją, jak i smuciły. Trudno było jej znosić jego czarnowidztwo i ciągłe narzekania. Nie był zbyt rozmowny kiedy przychodziła. Sama musiała podtrzymywać rozmowę. Częściej był to jej monolog. Udawała, że nie zauważa jego zmiennych nastrojów i uszczypliwości. Kiedy przychodziły z jego matką, tej ostatniej trudno było pojąć skąd Monika bierze tą pogodę ducha i chęci do ciągłej pracy nad jego stanem emocjonalnym. Któregoś dnia, kiedy razem wracały do domu mama powiedziała
- Wiesz Monisiu, ja widzę co ty dla niego robisz. Widzę też, jaki bywa dla ciebie niemiły. Czasem nie potrafię

75




zrozumieć dlaczego tak postępuje. Chciałabym ci podziękować za to wszystko, bo wiem, że nie zawsze był wobec ciebie w porządku. I widzę, że teraz też tak jest. Chciałabym, żeby był już w domu, z nami. Już mam dość chodzenia do tego szpitala. Jest taki smutny i przygnębiający..
- Niech się pani nie martwi - powiedziała Monika - Lekarz powiedział, że za jakieś dwa tygodnie zdejmą mu gorset i zostawią tylko kołnierz - uśmiechnęła się - A potem rozpocznie się rehabilitacja
- To wspaniała wiadomość! - kobieta była zaskoczona - Już ponad miesiąc tak leży. Musimy przygotować dom na jego przyjście. Odpowiednie łóżko, jakieś rzeczy ortopedyczne..
- Musimy... - Monika spoważniała - Musimy kupić wózek inwalidzki.
- Tak... Też o tym myślałam... - matka spuściła wzrok - Nigdy nie myślałam, że będę kupowała dla własnego syna wózek inwalidzki. To takie przykre. I to nawet nie wiemy czy będzie chciał z niego korzystać
- Musimy tez się uzbroić w cierpliwość. Bo łatwo nie będzie...
Przyjechały do domu. Monika zmęczona opadła na fotel. Zamknęła oczy
- Zrobię ci herbaty - mama Juliana poszła do kuchni. Monika rozejrzała

76




się po salonie
- Trzeba stół przesunąć, zwinąć dywan - planowała - W łazience trzeba zamontować jakieś uchwyty. Muszę spytać jak to ma wyglądać. Fotele postawi się pod ścianą, będzie miał więcej miejsca. Może trzeba będzie wymienić łóżko... Na piętrze przecież nie zamieszka... - wiedziała, że przygotowanie domu spadnie na nią, więc wolała się do tego zawczasu przygotować.
Dwa tygodnie minęły bardzo szybko. Któregoś dnia, kiedy były w szpitalu, do sali wszedł lekarz. Był uśmiechnięty, powiedział
- No, panie Julianie, dzisiaj zdejmujemy gorset. Mam nadzieję, że się pan ucieszy
Julian spojrzał na niego z obawą
- A jak mi się coś stanie? Nie uszkodzę bardziej kręgosłupa jak nie będzie usztywniony? - jako laik nie miał o tym pojęcia
- Nie proszę pana. Jako, że nie miał pan uszkodzonego rdzenia, drobne urazy się zrozły. Co prawda musi pan nadal uważać, dlatego póki co, zostanie pan w kołnierzu. Od jutra zaczynamy rehabilitację na leżąco. Niech się pan przygotuje na wysiłek fizyczny.
- To wspaniała wiadomość! - mama była wniebowzięta - Julian, wracasz do zdrowia!
- Jakiego zdrowia?! - krzyknął - Ty to

77




nazywasz zdrowiem?!
Mama nie mogła wykrztusić słowa. Nie takiej reakcji się spodziewała. Zauważył, że przesadził
- Przepraszam, mamo... - powiedział - Wiem, że jestem nie do zniesienia - wyciągnął do niej rękę - Przepraszam....
- To prawda, synu. Naprawdę ciężko się z tobą porozumieć... - zobaczył w jej oczach łzy. Wyszła z sali, nie chciał, żeby widział jak to przeżywa. Monika podeszła do lóżka, usiadła na krześle obok
- Rehabilitacja może być prowadzona także w domu. Przygotujemy wszystko na twój powrót. Będziesz się mógł swobodnie poruszać na... - zamilkła, nie potrafiła wypowiedzieć słów "wózek inwalidzki". Zrozumiał to
- Powiedz... Powiedz, że chodzi o wózek inwalidzki. Będę się swobodnie poruszał na wózku inwalidzkim... Czy ty siebie słyszysz? "Swobodnie" czyli jak?
- Po całym mieszkaniu. Na dole... Zamontowałyśmy już uchwyty w łazience...
Chwile myślał, po czym powiedział
- Nie chcę wracać do domu... - zaniemówiła. Była przekonana, że się ucieszy - Nie chcę do domu, chcę tu zostać...
- Ale dlaczego? - usiłowała zrozumieć jego sposób myślenia - Nie chcesz być z nami, w

78




domu? Lepiej ci w szpitalu?
Zobaczyła, jak po jego policzkach spływają łzy. Powiedział cicho
- Nie zniosę... Nie jestem w stanie znieść zmiany bielizny, mycia... W twoim wykonaniu... To jest ponad moje siły. Tu robią to pielęgniarki. Nie znam ich, to ich praca. Ale nie zniosę, żebyś robiła to ty...
Nie wiedziała co powiedzieć. Rozumiała jego dylematy, ale nie widziała innego rozwiązania. Przecież jego matka nie będzie w stanie wszystkiego zrobić. A co, jeśli w domu też będzie taki sfrustrowany i nie będzie chciał pomocy? Co wtedy? Będzie to zwykła udręka dla wszystkich domowników. Zupełnie nie miała pomysłu co teraz zrobić, co mu odpowiedzieć
- Widzisz, sama nie wiesz co teraz - kontynuował - Ja też.... Pomyśl, co byś na moim miejscu zrobiła. Teraz mnie rozumiesz?
- Rozumiem twoje obawy, ale nie rozumiem dlaczego odtrącasz pomoc..
- Nie i koniec!
Poddała się
- Dobrze, zatrudnimy pielęgniarkę... Resztę będzie robiła twoja mama. Podzielimy się obowiązkami..
Do sali wszedł personel medyczny. Zaczęli ściągać Julianowi gorset.
Sonia przeglądała poranne gazety przy filiżance kawy w ogrodzie. Kris wyszedł niosąc tacę z

79




owocami
- Dla mojej królewny - powiedział i postawił ją przed Sonią - Mam dla ciebie newsa..
Popatrzyła na niego z zaciekawieniem
- No co tam się wydarzyło w wielkim świecie?
- Lemaire się wyprowadza z Valensole...
- Co ty gadasz? Gdzie? Oszalał? Tak na stare lata?
- Byłem dzisiaj w mieście po konfitury i Claire mi powiedziała. Córka go zabiera do Riez... Ona ma duży dom, a on tu sam...
Sonia chwile myślała, po czym zapytała
- To co teraz będzie z jego domem? Sprzeda?
- Podejrzewam, że tak - Kris się uśmiechnął. Oboje pomyśleli o tym samym.
Julian drzemał. Nagle usłyszał, że drzwi jego sali się otwarły. Nad sobą zobaczył uśmiechniętą twarz Janette
- Jezu, czego ty tu znowu chcesz? - spytał sfrustrowany - Nie masz co robić?
- Dzień dobry szefie, też się cieszę, że pana widzę - odpowiedziała i położyła na krześle przyniesione szpargały. Patrzył na nią zdezorientowany
- Coś ty tu przyniosła? - zapytał - Nie widzisz, że nie mogę nic robić?
- Ależ niech się pan nie martwi. Ja mogę. Musimy załatwić kilka spraw - wyciągnęła z teczki dokumenty - O, widzi pan, te apartamenty... Pamięta pan z pewnością - podetkała mu pod

80




nos dokument sprzedaży - Widzi pan, trzeba sfinalizować transakcję i niezbędny jest pana podpis. Wie pan, kasa się kończy...
- Nie żartuj... Wiem ile mam na koncie i bieda mi nie grozi...
- No, ale o biznes trzeba dbać - uśmiechnęła się kokieteryjnie
- Kobieto... - powiedział - Ja cię zamorduję... Kto ci kazał tu przyleźć? Pewnie Monika?
Janette na chwile zamilkła. Nie ustaliły tego scenariusza
-Yyy... - zaczęła nie mając pojęcia, co powiedzieć
Julian zamknął oczy
- Tak myślałem. Nawet kłamać nie umiesz.... Wiem, że to ona. Ciekaw jestem, co jeszcze wymyśliłyście i kto jest w te pomysły jeszcze zaangażowany...
- Nikt! Tylko my dwie! - powiedziała szybko i zaraz spostrzegła jak ujawniła cały plan. Efekt tajemnicy legł w gruzach
- Dom wariatów, nie szpital... Normalnie dom wariatów... - nie miał już ani siły, ani ochoty by się z nią kłócić - Dobra, pokaż coś tam jeszcze przyniosła. Tam jeszcze do załatwienia była ta rezydencja w Paryżu, klient się skontaktował? - zapytał
Janette w myślach zacierała ręce
- Uff... Udało się - pomyślała
W Valensole Sonia odłożyła słuchawkę telefonu
- Kto dzwonił? - zapytał Kris,

81




który właśnie wszedł do domu
- Monika... Rozmawiałyśmy o Julianie
- I co u niego? Jakaś poprawa? Coś nowego? - zainteresował się Kris
- Nic nowego. Julian jest nadal w gorsecie. Lekarze powiedzieli, że może za miesiąc mu go zdejmą i zaczną rehabilitację. Monikę bardziej martwi to, że jest załamany. Nie widzi celu leczenia. Pewnie gdyby mógł się ruszać, dawno by uciekł ze szpitala...
- Tak, charakter to on ma czasem naprawdę ciężki - Kris wstawił wodę na herbatę
- Pomyśl jak on do tej pory żył. A teraz nagle wszystko się skończyło, a do tego wizja jest jaka jest... Wkurwiał mnie wielokrotnie, zresztą sam wiesz. Ale naprawdę jest mi przykro, że tak cierpi..
Kris położył dłoń na ramieniu Soni
- Wiem kotku. Wiem, że masz naprawdę dobre serce i za to cię kocham...
Janette siedziała w szpitalu i szykowała Julianowi dokumenty do podpisu
- Trochę koślawe te pana podpisy, ale zawsze w razie czego będę mogła poświadczyć, że należą do pana
- Boże, Janette, jesteś irytująca...
- A powiem panu, że dzisiaj na dworze to po prostu jak w Afryce... - zdawała się nie słuchać tego co mówi. Nagle powiedział
- Janette, pamiętasz

82




Sarę? - zapytał
Dziewczyna zamilkła i spojrzała na niego
- Pan chyba żartuje? - zaczęła niepewnie - Takiej zołzy nie da się zapomnieć... Ale panu to radzę
- Nie potrzebuję twoich rad. Chcę, żebyś do niej zadzwoniła
- No bez przesady.. - Janette była oburzona - Wie pan jak ona mnie określiła?
- No jak? - zapytał zaciekawiony
- Powiedziała do mnie "mała"! Bezczelna...
Uśmiechnął się
- No ale Janette, sama przyznasz, że jakoś specjalnie wysoka nie jesteś
- Pan też?! To było niemiłe! A ja byłam dla niej miła, to co jej szkodziło odpłacić tym samym?
- Dajże spokój, przywiązujesz uwagę do takich pierdół... Chcę żebyś do niej zadzwoniła i poprosiła, żeby się tu zjawiła
Janette wzięła głęboki wdech i powiedziała
- Dobrze, zrobię to dla pana. Zadzwonię. Ale się z tą małpą w życiu nie spotkam...
- Dobrze, to mi wystarczy... Teraz pokaż co tam jeszcze masz...
Janette dotrzymała słowa i zadzwoniła do Sary. Ta obiecała zjawić się u Juliana. Była bardzo zaskoczona wypadkiem i jego efektem. Nie kryła swojego współczucia. Janette przez chwilę nawet pomyślała, że może nie jest aż taka zła. Kiedy jednak na

83




koniec rozmowy usłyszała od Sary:
- Dobra mała, powiedz mu, że przyjadę.. - wiedziała, że jej ocena była ze wszech miar adekwatna do stanu faktycznego.
Julian odpoczywał po rehabilitacji, kiedy drzwi otwarły się i w progu stanęła Sara. Była w szoku i nie próbowała tego ukrywać. Czegoś takiego się nie spodziewała.
- Julian.... - zaczęła
- Cześć, daruj sobie komentarze. Wiem jak wyglądam - odpowiedział. Dla niego to spotkanie było poniżające i uwłaczało jego godności. Ale wierzył, że to co robi ma bardziej szczytny cel, że robi coś dobrego - Nie zaprosiłem cię, by wysłuchiwać wyrazów współczucia czy otuchy... Mam do ciebie sprawę... Właściwie prośbę...
- Widzę, że jednak tak źle z tobą nie jest
- Nieważne. Pamiętasz Monikę?
- Twoją narzeczoną? - uśmiechnęła sie ironicznie - Oczywiście, że pamiętam..
- Ona tu codziennie przychodzi. Do mnie...
- No to się powinieneś cieszyć. W takiej sytuacji nie każda...
- Powiedziałem, że twoja opinia mnie niewiele interesuje - przerwał jej - Chciałbym... Chciałbym, żeby uwierzyła, że między nami coś jest...
Sara spojrzała na niego z niedowierzaniem. Nawet ona uznała, że

84




mężczyzna po takim wypadku jak jego, mający przy sobie tak kochającą i zdolną do poświęceń kobietę, jest szczęściarzem.
- Tobie odbiło...
- Nie chcę analizy mojego stanu psychicznego - był zły - Chcę twojej pomocy. Też nie czuję się komfortowo prosząc cię o to. Pamiętasz ten dom, który ci się tak podobał, ale był drogi?
- No pamiętam. I co w związku z tym?
- Jeśli to zrobisz, sprzedam ci go za pół ceny...
- Aż tak ci na tym zależy? - usiadła na łóżku i nachyliła się nad nim, spojrzała mu głęboko w oczy - Zastanów się dobrze, bo takich rzeczy cofnąć nie można...
- Przemyślałem to. Jestem tego pewny. Zadowolona? A teraz posłuchaj, ona tu niedługo będzie... Zrób to.... - zauważyła, że jego oczy się zaszkliły - Proszę..
Wyprostowała się
- Dobrze. Ale jak na mój gust źle robisz... Może i jestem wredna, ale nie głupia - uśmiechnęła się - No, ale skoro nalegasz....
Monika właśnie wchodziła do szpitala, nieświadoma uknutej intrygi. Skierowała sie do sali Juliana. Pchnęła energicznie drzwi
- Julian... - spojrzała na niego i zamarła. Sara siedziała na łóżku i namiętnie go całowała. On wydawał się to

85




odwzajemniać. Chwilę tam stała nie mogąc wydobyć słowa. Po chwili odezwała się ledwo słyszalnym głosem - Julian... Jak mogłeś...? - i wybiegła z sali
- Dobra, starczy tego cyrku - Julian zamknął oczy - Dziękuję. Mam nadzieję, że nie będziemy tego powtarzać
- W Chamonix ci się podobało - uśmiechnęła się - Nie narzekałeś... Nadal dobrze całujesz...
- Chamonix to już historia. Teraz każde może iść w swoją stronę. Dziękuję
Sara widziała, że nic tu po niej. Wstała i skierowała się do drzwi. Przed wyjściem odwróciła się, popatrzyła na niego i powiedziała
- Oj, Julian... żebyś tego nie żałował - i wyszła.
Monika wybiegła ze szpitala. Nie wiedziała co ze sobą zrobić. Usiadła na pobliskiej ławce i rozpłakała się.
- Jak on mógł? - pytała - Czemu? Kiedy? Jak do tego doszło? Gdzie popełniłam błąd? Czemu niczego nie zauważyłam? Czy wtedy, kiedy był w Polsce, kiedy odbierał mnie ze szpitala też kłamał? Jak to długo trwa? - tysiące myśli kłębiło się w jej głowie. Była zrozpaczona.
Sara wyszła ze szpitala. Rozejrzała się i zobaczyła płaczącą Monikę. Podeszła do niej i usiadła obok. Wyjęła z

86




torebki papierosa, zapaliła, zaciągnęła się
- Naprawdę go tak kochasz? - spytała nawet na nią nie patrząc
Monika otarła łzy i spojrzała na nią
- Tak, kocham. Czy wy... Czy długo to trwa? Powiedział, że z tobą sypiał... Czy to...
- Czy to prawda? - zapytała. Chwilę się zawahała. Po chwili jednak dodała - Nie. To kłamstwo. Nigdy z nim nie spałam. Powiedział tak, żebyś uwierzyła, że między nami coś jest i zostawiła go. Nigdy mnie z nim nic nie łączyło oprócz interesów. Okłamał cię...Ale nie mów mu, że ci to powiedziałam...
Monika odetchnęła z ulgą. Ucieszyła się.
- Dziękuję. Naprawdę mi ulżyło - przyznała się w chwili szczerości
- Nie wiem jednak czy ci to wyjdzie na korzyść. Ale rzadko widywałam tak zakochane kobiety jak ty. Tym bardziej uważam, że to co on wyprawia... Jak chcesz to przetrwać, to po prostu olej to, co wygaduje teraz. Może mu z czasem rozsądek wróci. Muszę iść - wstała i podała rękę Monice - To trzymaj się i powodzenia
Monika uścisnęła jej dłoń
- Dziękuję...
Julian leżał w sali wpatrując się w sufit.
- Teraz mnie na pewno zostawi. Odejdzie... - po policzku popłynęła mu łza - Tak

87




będzie dla niej lepiej. Z czasem odżyje, zapomni... Może wyjedzie i nigdy jej już nie zobaczę? - uświadomienie sobie, że tak może się stać zabolała go najbardziej - Czy jeszcze przyjdzie mnie odwiedzić? - wystraszył się, że może to był ostatni raz kiedy ją widział.
Monika rzeczywiście nie pokazywała się w szpitalu od jakiegoś czasu. Przychodziła tylko jego mama, ale on nie pytał nigdy o Monikę. Doszedł do wniosku, że co się stało, to się nie odstanie. Dążył do tego, by odeszła. Teraz się to ziściło. Mama też nic nie mówiła, chociaż w duchu marzył, by sama coś powiedziała. Ale matka milczała. Janette również. Usiłował godzić się z tym, że już nie zobaczy Moniki. Było to trudne. Nocami myślał o niej, kiedy nie mógł zasnąć. Praktycznie każdej nocy za nią tęsknił. Kiedy nikt nie widział - płakał. Coraz częściej zastanawiał się, czy nie postąpił zbyt pochopnie i nie popełnił błędu. Błędu, który kosztował zbyt wiele. Im dłużej jej nie widział, tym bardziej żałował tego co zrobił. Myślał o niej wieczorami, przed snem, w nadziei, że mu się przyśni. Wracał myślami do Valensole, Monte Carlo.

88




Nawet rzadkie wizyty Krisa i Soni nie cieszyły go już tak bardzo. Udawał, że wszystko wraca do normy mimo, że w rzeczywistości było zupełnie inaczej. Któregoś dnia, podczas ich wizyty, kiedy Kris wyszedł po coś do picia, Julian zapytał
- Soniu, a powiedz mi.... Czy wiesz....
Wiedziała, o co chciał zapytać ale nie zamierzała mu ułatwiać sprawy
- Tak, co chcesz wiedzieć? - udawała zdziwioną
- Chciałem zapytać o Monikę... Wiesz, co u niej? Wyjechała? - wiele go kosztowało to pytanie. Popatrzyła na niego uważnie
- Przecież chciałeś, żeby wyjechała. No i nie ma jej. Armand powiedział co mu zaproponowałeś... Tylko zasługa Krisa, że ci mordy nie obiłam, kiedy się o tym dowiedziałam. Masz, co chciałeś. Nic ci o niej nie powiem...
- Soniu, ale ja się chyba pomyliłem... - zobaczyła w jego oczach łzy - Żałuję...
- Trudno Julian. Stało się. Jesteś zdany na siebie.
Zamknął oczy. Tego obawiał się najbardziej. A więc stało się...
Nadszedł dzień wypisania Juliana ze szpitala. Zjawiła się Sonia i Kris oraz jego mama.
- Soniu, zapakowałaś wszystko? - mama sprawdzała szafki - Niczego nie zapomniałyśmy?
- Pani Regino, wszystko już

89




zapakowałam...
Do sali wszedł Kris z wózkiem inwalidzkim. Julian spojrzał na niego ze smutkiem.
- Wsiadaj, stary! - Kris nie brał pod uwagę odmowy - Jedziemy do domu - podszedł i posadził przyjaciela na wózku. Julian stał się obojętny na to co się wokół niego działo. Godził się już ze wszystkim. Jechali ulicami Marsylii. Patrzył na szare, kręte uliczki, nadal tętniące życiem kawiarenki i bary, łodzie w tutejszej marinie. Przypomniał sobie, że jedna z nich należy do niego i że w tym roku ani razu z niej nie skorzystał. Kiedy doszło do wypadku był czerwiec. Spędził prawie trzy miesiące w szpitalu. Tyle się wydarzyło. Uświadomił sobie z bólem, że niemalże rok temu, Monika zaszła z nim w ciąże. To też był wrzesień. Przypomniał sobie co jej powiedział w Valensole, kiedy poprosiła, by został. Zabolało go to. Był dla niej bezlitosny. Dlaczego wtedy nie dostrzegł tej miłości z jaką na niego patrzyła? Dlaczego wtedy był tak głupi? Dlaczego musiało sie wydarzyć tyle złego, by nauczyć go rozumu?
- No, dojechaliśmy! - Kris energicznie wyszedł z auta i zaczął wyjmować wózek. Sonia wyciągała torby z bagażnika
- No

90




Julian, uśmiechnij się! - powiedziała - Jesteś w domu...
Popatrzył na nią z irytacją
- No i co z tego... Czy tu, czy w szpitalu... Mi to wszystko jedno...
Sonia spojrzała na niego z politowaniem
- Może niedługo zmieni ci się nastawienie do świata
- Nie sądzę - odparł nawet na nią nie patrząc. Kris posadził go na wózku. Kiedy wjechał do domu zobaczył, że wiele się zmieniło. Wszystko zostało przygotowane dla osoby poruszającej się na wózku. Dla osoby niepełnosprawnej. To on był ta osobą. Nie było dywanów, meble zostały rozstawione tak, by mógł pomiędzy nimi swobodnie przejechać wózek.
- No? - Sonia była dziwnie podekscytowana - Podoba ci się?
Spojrzał na nią ze zdziwieniem
- Czego ty się tak głupio cieszysz? Nie uwierzę, że aż tak tęskniłaś za moim powrotem do domu... - powiedział z nutą ironii. Wyprostowała się, spoważniała.
- Ty to już głupi chyba zostaniesz... - powiedziała - Nie żebym aż tak bardzo tęskniła za twoim powrotem do domu... Ja nie... Ale kto inny, tak... - uśmiechnęła się
Spojrzał na nią jakby zobaczył ducha. Czuł, jak jego serce zaczyna szybciej bić. Złapał Sonię za rękę, spojrzał w oczy

91




i zapytał z nadzieją w głosie
- Co ty mi chcesz powiedzieć?
Nic nie odpowiedziała, tylko spojrzała na balkon na piętrze. Podążył za jej spojrzeniem i zamarł. Na balkonie stała Monika. Niemal niezauważalnie się do niego uśmiechała. Nie była do końca pewna jak zareaguje. Wszyscy czekali co zrobi. Siedział na wózku i nie mógł wydusić słowa. W myślach już się z nią pożegnał. Tak długo próbował się pogodzić, że nie będzie częścią jego życia. Tak walczył, żeby zabić to uczucie. Bezskutecznie. Zbiegła po schodach, wzięła jego twarz w swoje dłonie, spojrzała czule w jego jaskrawoniebieskie oczy i powiedziała
- Najdroższy, jak się cieszę, że do mnie wróciłeś... - chciała mu się rzucić na szyję ale nie mogła.
- To ja jej doradziłam, żeby do ciebie przestała przychodzić - powiedziała mama - Monika powiedziała mi o zajściu z tą Sarą. Doszłam do wniosku, że trzeba znaleźć sposób, żebyś pojął, co możesz stracić. Innej metody nie było.
Spojrzał z niedowierzaniem na mamę, wziął jej rękę i czule ucałował
- Dziękuję ci mamo... Gdyby nie ty, nie wiadomo czy Monika byłaby tu teraz...
Patrzył na nią.

92




Wyciągnął dłoń i dotknął jej twarzy. Zobaczyła łzy w jego oczach.
- Czemu płaczesz? - zapytała - Zobaczysz, teraz wszystko się ułoży...
- Bo mogłem cię bezpowrotnie stracić... Tak blisko tego już byłem...
- Dobra gołąbeczki - Sonia zburzyła cały nastrój chwili - Może byśmy coś zjedli? Bo my z Krisem tak od rana o suchym pysku...
- Chodź, zrobiłam pyszną pieczeń z pieczonymi ziemniakami - mama Juliana najwidoczniej spodziewała się kilku głodomorów
- Naprawdę? - Kris wydawał się wniebowzięty - To ja poproszę największą część...
Monika zawiozła Juliana do pokoju. Usiadła obok na kanapie.
- Wiesz, kiedy postanowiłyśmy z twoją mamą, że nie będę chodziła do szpitala, było mi naprawdę ciężko. Czułam się tak, jakbym cię zaniedbywała. Ale wytłumaczyła mi, że to konieczne
- Miała rację. Pewnie teraz byłbym nadal niezadowolony. Chociaż pewnie skończę na tym wózku....
- Nie skończysz. Będziesz miał codziennie rehabilitację...
Uśmiechnął się do niej. Nie chciał teraz drążyć tego tematu. Nie chciał psuć nastroju chwili.
Pierwszy wieczór w domu, od wypadku, był dla Juliana szczególny. Powrót Moniki

93




sprawił, że zupełnie inaczej zaczął patrzeć na swoje życie i otaczających go ludzi. Zaczął doceniać to, ile dla niego zrobili i jak bardzo się poświęcali. Szczególnie biorąc pod uwagę jego butę i arogancję. Leżał w salonie, Monika siedziała obok, w fotelu. W pewnym momencie odezwał się
- Wiesz, może nigdy nie będę chodził, ale juz mnie to tak nie przeraża... Kiedy wiem, że będę miał was przy sobie, szczególnie ciebie, naprawdę jest mi łatwiej..
- Ale dlaczego sądzisz, że nie będziesz chodził? Przecież lekarz mówił, że wszystko jest jeszcze możliwe. Że miałeś dużo szczęścia, bo jak na taki wypadek i tak cało z tego wyszedłeś. Ja wiem... Wiem, dlaczego wtedy odjechałeś... Lemaire nam wszystko powiedział....
Spojrzał na nią uważnie
-Więc wiesz? Ja po prostu nie mogłem znieść widoku ciebie w ramionach innego mężczyzny. A szczególnie takiego jak Frossard. Młody, przystojny, podoba się kobietom...Przez mój wypadek Sonia i Kris odwołali ślub...
- To i tak najmniejszy problem - uśmiechnęła się - Sonia i tak nie zdążyła wszystkiego załatwić więc wiesz, i tak pewnie terminu by nie dotrzymała. A teraz idź już

94




spać.. Gdybyś czegoś potrzebował...
- Tak, wiem, zadzwonię. Nigdy bym nie przypuszczał, że do tego będę wykorzystywał telefon..
Julian bardziej zaangażował się w rehabilitacje. Chętnie wykonywał zalecane mu ćwiczenia, stał się bardziej aktywny. Kiedy nie było rehabilitanta sam ćwiczył. Chciał osiągnąć stan, w którym będzie mógł poruszać się za pomocą kul.
Któregoś popołudnia, kiedy Monika z mamą Juliana pojechała na zakupy, Juliana odwiedziła Sonia
- No cześć zdechlaku! - zawołała od progu - Sprawa jest...
- Cóż się tam nowego w Valensole wydarzyło? - spytał zaciekawiony
- Pamiętasz starego Lemaire'a?
- No pamiętam, a co? Tylko nie mów, że umarł...
- Nie, czuje się dobrze, ale wyprowadza się z Valensole do Riez, do córki...
- No i? - nie nadążał za jej tokiem myślenia
- A wiesz, który to jego dom? - zapytała kokieteryjnie
Chwile myślał
- No wiem - powiedział powoli - Ten niedaleko was, w dolinie. Tam, gdzie tak dużo zawsze kwiatów kwitnie...
- A pamiętasz, że Monika ma niedługo urodziny? Nadążasz?
Spojrzał na nią, jakby chcąc odczytać jej myśli. Po chwili uśmiechnął się tajemniczo
- Sońka, ty jesteś

95




niesamowita... Chociaż ci powiem, że w kwestii urodzin to ja już zaplanowałem prezent. Ale będę potrzebował pomocy. Szczególnie twojej...
- Tak? - spojrzała na niego zdziwiona - A co miałabym zrobić?
- Musisz mnie zawieźć w jedno miejsce
- A twoja mama albo Kris nie mogą?
- Nie. Musisz być ty! Nikt inny się nie nadaje
- No dobra. Skoro ci tak na tym zależy...
Zaplanowali swoją wyprawę bardzo skrupulatnie. Jako, że objęta była tajemnicą - Kris zabrał mamę Juliana i Monikę do miasta pod byle pretekstem. Kiedy znaleźli się w aucie, Sonia spytała
- To gdzie ty chcesz jechać?
Popatrzył na nią i z dumą dodał
- Do jubilera
- Julian... Poważnie? Chcesz się jej oświadczyć? - czego jak czego, ale tego się po nim nie spodziewała, przynajmniej jeszcze nie teraz
- Myślę, że nadszedł ten właściwy moment, że teraz nie powie "nie". Że zgodzi się za mnie wyjść...
- Jestem z ciebie dumna - powiedziała. A był już czas, kiedy zaczynałam myśleć, że taka szuja jak ty to już się nie zmieni.. - powiedziała i wcisnęła ostro pedał gazu - To jedziemy...
W sklepie Sonia oglądała witryny i gabloty wypełnione różnego rodzaju

96




biżuterią. Uwielbiała takie błyskotki. Często Kris robił jej niespodzianki kupując to i owo, więc jej szkatułka była pokaźnych rozmiarów. W tym czasie Julian oglądał prezentowane mu przez sprzedawcę pierścionki. Oglądał z zaciekawieniem
- Julian, zobacz jaki cudny! - Sonia złapała rączkę wózka i niemal siłą przyciągnęła go do witryny - Patrz, no cudo!
- Sońka, mi się nie podoba...
- Ale jest cudny!
Popatrzył na nią podejrzliwie. Zerknął jeszcze raz na pierścionek
- Sonia, ale mi się nie podoba - powtórzył - Ja wiem, że to nie dla mnie, ale chcę, żeby mi się też podobał
Poczuła się zawiedziona. Chwile patrzył na pierścionek, kiedy jego wzrok przyciągnął pierścionek znajdujący się obok
- Soniu, ja kupię ten...
- A nie mówiłam, że jest piękny! - ucieszyła się
- Nie, ten obok. Mówię o tym obok. Popatrz... - zerknęła. Spojrzała na niego
- Ty wiesz ile on kosztuje? To złoto i diamenty...
- No to co? Myślisz, że nie jest tego warta?
- Nie o to chodzi... Zatkało mnie po prostu... Jest cudny, naprawdę
Spojrzał na sprzedawcę i powiedział
- Może mi pan ten pierścionek pokazać?
Sprzedawca wyjął pierścionek z

97




gabloty
- Białe złoto i diamenty... - powiedział - Jeden duży i cztery małe, w tych ażurowych uchwytach... - rzeczywiście, pierścionek był imponujący. Julian nie miał wątpliwości. Poprosił, by mu go zapakować. Kiedy zajechali pod dom, zanim wysiedli Sonia powiedziała
- Wiesz, kiedy kupowałeś pierścionek naprawdę się wzruszyłam. Przypomniało mi się jak Kris poprosił mnie o rękę. To było takie piękne, nigdy tego nie zapomnę. Jestem pewna, że Monika twoje oświadczyny też zapamięta. Chociaż nie wiem jak będą wyglądały. Ale myślę, że dostaniesz jakiejś weny twórczej...
Po południu zaczęło padać. Julian spoglądał na deszcz spływający po szybie. Był pogrążony w myślach. Wziął telefon i wybrał numer
- Janette, to ja. Mam do ciebie prośbę. To bardzo ważne i zależy mi na czasie. Posłuchaj co zrobisz...
Któregoś dnia Julian leżał w salonie i słuchał jak Monika krząta się po domu. Jego mama już poszła spać. Wokół panował półmrok oświetlany przez niewielką lampę w salonie. Słyszał jak wkłada naczynie do zmywarki, układa kubki w szafce... Myślała, że śpi. Weszła cicho do salonu by zabrać brudną

98




filiżankę
- Wejdź, nie śpię... - powiedział cicho
- Przepraszam, nie chciałam cię obudzić
- Nie obudziłaś. Nie mogę zasnąć - spojrzał na nią - Chodź do mnie - powiedział
Podeszła i usiadła na łóżku obok niego
- Bliżej... - poprosił. Przysunęła się, położyła obok i pogładziła go po policzku. Uśmiechnął się do niej - Tak dawno nie czułem twego ciepła... Jesteś taka śliczna....
Odwzajemniła jego uśmiech
- Śpij już. Musisz być wyspany. Rano przyjdzie rehabilitant...
Chciała wstać, ale ją powstrzymał. Wziął jej rękę
- Nie odchodź.. Poczekaj.. - sięgnął ręką pod poduszkę - Mam coś dla ciebie.. - wyciągnął niewielkie kwadratowe pudełko złotego koloru - Proszę... - podał jej
Popatrzyła z niedowierzaniem
- Kiedy zdążyłeś to kupić? Nie wychodziłeś...
Roześmiał się
- Są jeszcze sklepy internetowe. Otwórz... Mam nadzieję, że ci się spodoba...
Powoli zdjęła wieczko, odgarnęła cienki, różowy papier i wyjęła czarne, koronkowe body. Dawno nie dostawała takich prezentów, czuła, że robi się czerwona ze wstydu
- Ale Julian... To jest... - oglądała piękną bieliznę - To jest takie...
- Jakie?

99




Seksowne? - uśmiechnął się - Wiem, dlatego to kupiłem... Chciałbym, żebyś to przymierzyła...
- Teraz? - zapytała zdziwiona
- Tak, teraz... Chciałbym cię w tym zobaczyć... Tęsknię za tym widokiem... Za tobą....
- Ale jest już późno... Twoja mama śpi....
- Mama śpi na górze, nie obudzi się... Ubierz, proszę....
Uśmiechnęła się
- Dobrze, skoro ci tak na tym zależy. Poczekaj chwilę - wzięła bieliznę i poszła do łazienki
Spojrzał w sufit
- Przynajmniej sobie popatrzę... Tylko to mi zostało... Gdybym mógł... - pomyślał
Monika ubrała bieliznę i popatrzyła w lustro. W duchu przyznała, że wygląda rewelacyjnie. Wykonane było z wyjątkowo delikatnej, czarnej koronki. Miało na biodrach głębokie wycięcia i równie głęboki dekolt. Jej włosy opadały na ramiona, co razem tworzyło urzekający obraz. Otuliła się w szlafrok. Czuła się skrępowana patrzeniem w swoje odbicie. Niepewnie i powoli weszła do salonu. Spojrzał na nią
- Skarbie, ale zdejmij ten szlafrok - poprosił
Weszła na łóżko i usiadła obok. Jakby chwilę się zastanawiała. Rozwiązała szlafrok i zaczęła go zdejmować. Robiła to powoli z powodu wstydu, jednak

100




Julian odebrał to jako uwodzenie, zachętę. Zdjęła szlafrok. Zobaczył w półcieniu jej ciało ubrane tylko w bieliznę. Zaniemówił. Patrzył. Chciał ten obraz uwiecznić w swojej pamięci. Wyciągnął rękę chcąc ją dotknąć ale się wstrzymał
- Wyglądasz jak anioł....
- W czarnej, koronkowej bieliźnie? - uśmiechnęła się - Chyba jak diabeł...
Zdecydował się i dotknął jej twarzy, włożył rękę w długie, opadające na ramiona, włosy. Zatopił w nich palce. Chwilę sie nimi bawił. Jego ręka powędrowała na jej szyję i przesuwała się niżej. Czuł, że serce bije mu coraz szybciej. Czuł się jakby to był jego "pierwszy raz". Nie protestowała. Chciała mu sprawić radość, dać chwile ukojenia. Jej też tego brakowało. Delikatnie wsunął dłoń pod materiał i dotknął jej piersi. Chwilę ją masował. Czuł coraz większe podniecenie. Wyjął dłoń i przesunął ją jeszcze niżej. Spojrzał w jej oczy błyszczące w bladym świetle niczym gwiazdy na czarnym niebie.
- Szkoda, że nie jestem w stanie zrobić tego o czym teraz myślę... Tak bardzo żałuję... - powiedział i wsunął dłoń między jej uda, pod materiał.

101




Zamknęła oczy i uniosła się na kolanach, zacisnęła dłoń na oparciu kanapy. Delikatnie rozsunęła nogi, a jego palce zanurzyły sie jeszcze głębiej. Patrzył na jej twarz kiedy to robił. Bardzo go to podniecało.
- Chciałbym, żeby ci było dobrze... - wyszeptał
- Jest... Jest mi dobrze.... Bardzo... - wyjąkała, w jej głosie również można było usłyszeć podniecenie. Ramiączka zsunęły się powoli odsłaniając nagie piersi. Nie przestawał. Patrzył z pożądaniem na jej twarz. Nagle zobaczyła, że światło w kuchni się zapaliło, a na progu stanęła matka Juliana. Monika zamarła, po czym złapała szlafrok i okryła się nim. Odwróciła ze wstydem głowę, chcąc uniknąć jej wzroku. Mama zawróciła i bez słowa poszła na górę, do swojego pokoju.
- Boże, co teraz będzie? - spytała z przerażeniem w głosie - Twoja mama nas widziała...
Uśmiechnął się z politowaniem
- No to co? - zapytał - Moja mama nie takie rzeczy w moim wykonaniu oglądała. Chodź, przytul się do mnie - położyła głowę na jego piersi - Żałuję tylko, że przez mamę nie zdążyłem skończyć...
- Jak ja jej się jutro na oczy pokażę?
- Normalnie... -

102




pocałował ją w czoło - No, może niekoniecznie w tym co teraz masz na sobie... - roześmiał się i przytulił Monikę do siebie - A teraz śpij już....
Oboje szybko zasnęli. Zrelaksowani. Tak, jak od dawna nie spali.
Kiedy Monika otworzyła oczy, zauważyła, że słońce już dawno wstało. Nasłuchiwała. Usłyszała, że mama Juliana krząta się w kuchni. Spojrzała na niego. Spał.
- I co teraz? - pomyślała - Jak mam do niej iść? Niedługo przyjdzie rehabilitant, więc i tak musze wstać - cicho zeszła z łóżka, szczelnie owinęła sie szlafrokiem i niepewnym krokiem poszła do kuchni. Stanęła na progu, nie mając odwagi wejść. Mama Juliana odwróciła się i spojrzała na nią. Uśmiechnęła się czule
- Chodź, dziecko. Nie wstydź się - zachęciła
- Pani nas widziała, ale... To co wczoraj, to wieczorem... - zaczęła sie tłumaczyć
- Monisiu, nie musisz się tłumaczyć - złapała Monikę za rękę - Ja naprawdę za długo żyję na tym świecie, żeby mi to nie było obce. A jak to daje mojemu synowi szczęście, to ja się z tego tylko mogę cieszyć. Tym bardziej, że trzymam za was oboje przysłowiowe kciuki. Za to, żebyście byli razem

103




szczęśliwi. Więc nie masz powodu się rumienić - pogłaskała ją po twarzy. Monika rzeczywiście czuła jak krew uderza jej do głowy. Słowa matki Juliana ją uspokoiły. Od razu poczuła się lepiej.
Wszystko zdawało się wracać do normy. Julian stał się bardziej radosny, uśmiechnięty, podobnie jak Monika. Wiele nieporozumień i złych emocji poszło w zapomnienie. Wiele problemów rozwiązało się samych. Mama wróciła na jakiś czas do Bawarii. Sonia i Kris częściej wpadali w odwiedziny przywożąc nowiny z życia w Valensole. Lada dzień wypadała data urodzin Moniki. Podczas jednej z wizyt, Sonia wzięła Juliana na stronę i zapytała
- Julian, urodziny już za dwa dni. Wymyśliłeś coś?
Spojrzał na nią z dumą i pewnością siebie
- Nie martw się, wszystko załatwione...
Spojrzała na niego i dodała
- Tak, tyle, że ktoś kupił już dom Lemaire'a... Bo za długo się ociągałeś...
Wzruszył tylko ramionami, ale nic nie odpowiedział.
Moniki urodziny nie były tajemnicą, jak i fakt, że planowano uroczystość w małym gronie. Sama solenizantka zaplanowała, co ugotuje i przyrządzi na przyjście gości. Nie liczyła na żadne prezenty, chociaż

104




zdawała sobie sprawę, że je dostanie. Ale nie było to dla niej ważne. Najważniejszy był powrót do zdrowia Juliana. On dla niej był najważniejszy. Podporządkowała jemu swoje życie. Opieka nad nim nie była dla niej wyrzeczeniem czy przykrym obowiązkiem. Autentycznie sprawiało jej to przyjemność i czuła się szczęśliwa. Oprócz niego miała Sonię i Krisa. Nie zastanawiała się nad przyszłością, ale życie w Polsce zostało już poza nią.
Nadszedł wreszcie długo oczekiwany przez wszystkich dzień jej urodzin. Od rana w domu panował gwar i ruch. Sonia przyjechała koło południa by pomóc Monice wszystko przygotować. Dziewczyny krzątały się w kuchni szykując talerze, piekąc różne mięsa i ciasta. Julian co jakiś czas usiłował tam zajrzeć z ciekawości, ale nie bardzo mu się to udawało
- Jezu, Julian, tu miejsca nie ma jeszcze na twój wózek! Nie widzisz, że tu się sos rozlał? Po co w to wjeżdżasz? Matko święta, Monia weź mu coś powiedz.... - Sonia nie kryła irytacji
- Soniu, spokojnie. Ile zrobimy, tyle zrobimy. Niedługo przyjedzie Kris to nam pomoże...
Nagle usłyszały dzwonek do drzwi. Sonia pobiegła otworzyć. Stanęła jak

105




wryta. Na progu stali rodzice Juliana
- Dzień dobry państwu - wydukała - No zaskoczyliście nas. Wejdźcie. Mamy dzisiaj uroczystość...
- Tak, wiem. Monika ma urodziny - mama Juliana zdawała się być dobrze poinformowana - Nie mogliśmy tej imprezy opuścić - Monika spojrzała na nią ze zdziwieniem, potem na Juliana
- Ty powiedziałeś rodzicom? - zapytała. Uśmiechnął się
- Ja. Nie wyobrażam sobie, żeby ich dzisiaj miało tu zabraknąć
- Ale to tylko urodziny... - nie uważała, żeby jej urodziny były tak wielkim wydarzeniem, żeby specjalnie ściągał z Niemiec swoich rodziców. Uznała, że przesadza z wagą uroczystości.
- Kotku - powiedział - Wierz mi, wiem co robię.. Mamo - zwrócił się do rodziców - Chodźcie do pokoju, a one niech sobie dalej tu pichcą...
Rodzice zanieśli bagaże do pokoju i usiedli z Julianem w salonie. Mama rozejrzała się, po czym powiedziała
- Jesteś pewny swojej decyzji? Wszystko przygotowałeś? - zapytała
- Tak mamo. Wszystko. Mam nadzieję, że dzisiejszy wieczór będzie przełomowym w moim życiu. Dzisiaj wszystko się zmieni.... Przynajmniej na to liczę...
Wieczorem wszyscy zasiedli do kolacji. Sonia zapaliła

106




świeczki. Nastrój był iście rodzinny.
Po kolacji Kris odstawił talerz. Ciężko westchnął
- Monia, to było pyszne. Nigdy nie jadłem takiej jagnięciny. Ożeń ty się ze mną! Będziesz mi takie potrawy gotowała...
Sonia spojrzała na niego z wyrzutem
- Żeby nie chodziło o Monikę..
- No co? - Kris zdawał się świetnie bawić - Moja obecna narzeczona coś do ślubu się nie kwapi, ty też wolna, to za mnie wyjdź! - sięgnął po kieliszek wina
- O nie, kochany! - Sonia zaprotestowała i zabrała kieliszek zanim zdążył go wziąć do ręki - Ty już za dużo dziś wypiłeś!
- No wiesz... - obruszył się
Nagle odezwał się Julian
- Monika nie może za ciebie wyjść - uśmiechnął się - Bo Monika wyjdzie za mnie... - powiedział, a gdy wokół zapanowała cisza dodał - Przynajmniej mam taką nadzieję - sięgnął do kieszeni przymocowanej do wózka i wyjął małe pudełeczko
- Monika - zaczął, po czym wsparł się mocno na oparciu wózka i spróbował powoli wstać. Zachwiał się. Kris zerwał się z miejsca by go podtrzymać
- Zostaw! - powstrzymał go. Udało mu się stanąć na własnych nogach. Ale to było dla Juliana za mało. Wszyscy zamarli.

107




Czuł, że adrenalina uderza mu do głowy. Czuł, jakby dostał dodatkowy zastrzyk energii.
- Monika, nie klęknę przed tobą.. - zaczął. W jej oczach pojawiły się łzy. Łzy szczęścia. Wiedział o tym - Kocham cię najbardziej na świecie. Teraz jestem tego pewny jak nigdy wcześniej. Chciałbym.. - zamilkł na chwilę - Chciałbym, żebyś mi uczyniła zaszczyt.. Żebyś mnie uczyniła najszczęśliwszym człowiekiem na świecie i została moją żoną... Powiedz, że się zgadzasz... - powiedział, otworzył pudełeczko i wyjął pierścionek. Nikt nie był w stanie wykrztusić słowa. Jego matka też miała łzy w oczach. Chyba jeszcze nigdy nie była tak szczęśliwa i tak dumna z syna. Monika nie kryła wzruszenia. Chciała do niego podejść ale ją powstrzymał. Wziął głęboki wdech. Zrobił krok... Potem drugi i następny...
- Julian... Ty chodzisz... Najdroższy, ty chodzisz! - Monika się rozpłakała - Boże jak się cieszę! - szlochała - Oczywiście, że za ciebie wyjdę! - podeszła i czule go pocałowała. Zachwiał się i tylko przytomnej reakcji Krisa zawdzięcza, że nie skończył na podłodze. Opadł szczęśliwy na wózek. Wsunął Monice na palec

108




pierścionek i czule ucałował jej dłoń. Spojrzał w oczy, w których odbijał się blask diamentów.
- Kochanie, ale to nie wszystko co dla ciebie dzisiaj przygotowałem...
- Nie wszystko? - tym razem Sonia, która uważała się za najbardziej wtajemniczoną, nie kryła zaskoczenia - A co jeszcze?
Julian sięgnął do kieszeni wózka raz jeszcze i wyciągnął kopertę
- Otwórz- powiedział
Zrobiła co powiedział i wyjęła jakiś dokument. Zaczęła czytać
- Kochanie - odezwał się - To jest akt własności domu - uprzedził ją - To jest dom starego Lemaire'a. Wyprowadzał się i go sprzedawał. Kupiłem go dla ciebie. Dla nas. Kiedy się dowiedział, że dom jest dla ciebie nawet opuścił cenę. Wyprowadzimy się tam kiedy tylko zechcesz. Dom jest twój...
Opadła na krzesło. Nie wiedziała co powiedzieć. Nigdy nikt nie dał jej takiego prezentu. Z zamyślenia wyrwał ją głos Soni
- No to się za to trzeba napić! - wstała i złapała butelkę wina - Monia! Będziesz mieszkała obok! Jak ja się cieszę! Nie wiedziałam, że to on go kupił, myślałam, że ktoś inny. Będziemy się odwiedzać codziennie!
- O nie, moja droga! - Kris wyrwał jej butelkę z dłoni

109




- Tak ważną chwilę trzeba pamiętać i nie możesz się spić tak jak w Monte Carlo!
- Monisiu, my też coś dla ciebie mamy - odezwała się mama Juliana - Dla mojej przyszłej synowej - wstała, podeszła do regału i wyjęła czerwone pudełko średniej wielkości, przewiązane złotą kokardą i podała Monice
- To też dla mnie? - Monika czuła się naprawdę wyjątkowo tego wieczoru - Ja bardzo dziękuję... - wydukała i zaczęła rozpakowywać prezent. Kiedy już to zrobiła, jej oczom ukazała się średniej wielkości szkatułka. Była wykonana ze srebra, bogato rzeźbiona delikatnymi wzorami w stylu orientalnym, zdobiona dodatkowo kryształami. Była przepiękna. Monika nigdy tak pięknej szkatułki nie widziała
- Ale z pewnością kosztowała majątek...
- Moja droga - powiedział tata Juliana - To jest nasza pamiątka rodzinna. Przechodzi z pokolenia na pokolenie. Niestety, nie mamy córki. Do tej pory nie mięliśmy. Julianowi nie byłaby ona potrzebna. Dajemy ją tobie, bo jestem przekonany, że mój syn zatroszczy się już o to, żeby była pełna - zażartował i wszyscy wybuchli śmiechem
- No tego możesz być pewny! - powiedział Julian
- Dobra, jak już

110




czas wręczania prezentów nastał to my też coś mamy! - Sonia była przeszczęśliwa, że wreszcie może ujawnić swoją niespodziankę - Monia, mam nadzieję, że ci się spodoba - to mówiąc wręczyła jej niewielką kopertę
- No tylko mi nie mów, że też akt własności jakiegoś domu - zażartowała
- Nie, nie domu.. Ale weź już otwieraj, bo sie nie mogę doczekać co powiesz!
Monika delikatnie wyciągnęła z koperty jakąś kartkę. Zaczęła czytać
- Ale Soniu... - zaczęła zdziwiona - Chyba się trochę pospieszyłaś...
- No nie żartuj! - przyjaciółka się roześmiała - Kochana, to bon na zakup sukni ślubnej! W tej samej sieci salonów sukien ślubnych gdzie i ja zamawiam swoją! Tam mają najpiękniejsze, a my właśnie takich potrzebujemy!!!
- No to przygotowania czas zacząć - podsumował Kris - To zdrowie solenizantki!
Późnym wieczorem, kiedy wszyscy poszli już spać, Julian leżał w salonie, pogrążony w myślach. Analizował swoje życie i dzisiejszy wieczór. Czuł się spokojny i zrelaksowany. Nie było już żadnych barier pomiędzy nim, a Moniką. Już miał pewność, że wszystko się ułoży. Zaczął wierzyć, że będzie chodził.

111




Usłyszał czyjeś kroki. Spojrzał w kierunku schodów. Zobaczył Monikę cicho skradającą się do salonu. Wyciągnął do niej rękę
- Chodź, najmilsza moja... - odchylił kołdrę - Przytul się bo zmarzniesz...
Weszła pod kołdrę, objął ją ramieniem
- Wiesz, dzisiejszy dzień był dla mnie magiczny - powiedziała - To, co się wydarzyło... Miałam wrażenie, że to dzieje się obok mnie. Że chodzi o kogo innego. Naprawdę kupiłeś ten dom? On jest taki piękny. Tam kwitnie bardzo dużo hortensji, róż i rododendronów. Lemaire zawsze o nie dbał, przez tyle lat, dlatego jest ich tam tak dużo.
- A wiesz o czym ja jeszcze myślę - powiedział - Chciałbym raz jeszcze pojechać do Monte Carlo. Tam, gdzie nasza znajomość się zaczęła....Ale żebyśmy już tam pojechali jako para... Może małżeństwo... - uśmiechnął się
Spojrzała na niego
- Przez ostatni rok wydarzyło się bardzo wiele. Złego i dobrego. Ale najważniejsze, że wszystko się ułożyło....

     Po ostatnich wydarzeniach Julian był jeszcze bardziej zaangażowany w rehabilitację. Powoli zaczynał chodzić już nawet bez kul. Cieszył się swoją samodzielnością i tym, że nie potrzebuje

112




pomocy innych. Stabilizacja i normalność wracała do tego domu. Rodzice Juliana wrócili do Bawarii ze spokojem w sercu, że ich jedynak jest w dobrych rękach. Sonia i Kris wpadali od czasu do czasu. Monika i Julian zaczynali żyć jak stare małżeństwo. Plany zalegalizowania związku przewijały się co jakiś czas. Podobnie było u Soni, która już wybrała suknię ślubną. Powoli zbliżała się jesień. Co prawda pogoda nadal była piękna i słoneczna, ale żółknące powoli liście drzew przypominały, że wakacyjny czas minął. Któregoś dnia Julian i Monika odwiedzili Valensole. Ale tym razem swoje pierwsze kroki skierowali nie do Soni i Krisa ale do swojego domu. Tego, który tak się podobał Monice. Zajechali pod bramę. Monika wyszła i otworzyła kłódkę. Do domu jechało się około stu metrów przez zielony, porośnięty kwiatami, ogród. Co prawda większość z nich przekwitła ale nadal miał swój urok. Wysiedli z auta i weszli do domu. Był pusty, jako że Lemaire zabrał większość swoich mebli. Chodzili oglądając wnętrza. Nigdy nie mięli możliwości obejrzenia go od środka. Nigdy nie skorzystali z zaproszenia na kawę przez Lemaire'a.

113




Okiennice były pozamykane. Monika chodziła i otwierała je kolejno wpuszczając promienie słońca do starych murów
- Zobacz - odezwała się w pewnej chwili - Jak tu jest pięknie..Tu jest tak spokojnie i cicho...
Julian podszedł do okna. Wyjrzał
- Masz rację. Ale to chyba dlatego, że w pobliżu nie mamy za wielu sąsiadów - objął ją ramieniem - Sońka jest przeszczęśliwa, że cię tak blisko będzie miała...
Dom nie był duży, składał się z trzech obszernych pokoi na piętrze, dwóch łazienek, salonu połączonego z kuchnią na parterze i sporego przedsionka. Dach pokryty był starą ale dobrze zachowana dachówką. Zresztą cały dom miał już swoje lata, jednakże był w bardzo dobrym stanie. Widać było, że poprzedni lokator wkładał w jego utrzymanie wiele trudu i pracy. Wokół znajdowały się okazałe klomby, tuje i kępy wszechobecnej lawendy a z okien na piętrze rozpościerał się widok na okoliczne wzgórza porośnięte lasem. Z dala można było dostrzec usytuowany na sąsiednim wzgórzu dom Soni i Krisa ukryty pośród gęstych drzew. Julian rozejrzał się po pustych pomieszczeniach i powiedział
- Skarbie ale musimy to jakoś urządzić i

114




kupić meble bo póki co hula wiatr. Myślałem o sprzedaży apartamentu w Marsylii i przewiezieniu mebli tutaj. Zawsze coś.
Spojrzała na niego z niedowierzaniem
- Naprawdę chciałbyś? A co z biurem? Co z twoją pracą?
- Myślałem o tym. Ale to trochę ponad sto kilometrów. Nie muszę tam być codziennie. Janette by trzymała rękę na pulsie. A ja bym jeździł ze dwa razy w tygodniu. Co o tym myślisz?
- Byłoby cudownie....
- No i.. - Julian przerwał, a Monika usłyszała, że głos mu się łamie - No i chciałbym, żeby jeden z pokoi na górze był... - zobaczyła, że z oczu płyną mu łzy, a głos uwiązł mu w gardle
- Jaki chciałbyś, żeby był? - zapytała - Telewizyjny? Z grami? Nie wiem, stół bilardowy... ? Jaki ma być?
Nie był w stanie na nią spojrzeć. Odpowiedział
- Chciałbym, żeby od razu był urządzany z myślą... - jego głos był ledwo słyszalny - Żeby był pokojem dla dziecka... - rozpłakał się i spojrzał na Monikę
Nie była w stanie wykrztusić słowa. Ten temat dla niej na razie umarł. Nie myślała już o dziecku. Było to słowo, którego nie chciała używać. Nigdy mu się nie przyznała, ale żyła nadal w strasznym poczuciu

115




winy. Dzięki terapii poukładała to sobie na tyle, że potrafiła z tym funkcjonować. Potrafiła zapanować nad tym, co czuje. Julian nie znał jej rozterek. Nie umiał czytać w jej sercu. Był przekonany, że i Monika chce dziecka. On bardzo chciał. Myślał o tym wielokrotnie. Im dłużej myślał, tym bardziej czuł, że dojrzał już do roli ojca. Do roli mężczyzny gotowego wziąć odpowiedzialność za rodzinę. Był pewny, że Monika właśnie na to czeka. Że chce znowu spróbować i zostać matką. Nie wyobrażał sobie, żeby mogło być inaczej. Wiedział, że dziecko jeszcze bardziej ich ze sobą połączy. Co prawda, ostatnio dawno się nie kochali ale wypadek, choroba... Poruszał się już z pomocą jednej kuli. Był właściwie sprawny. Mógł mieć dzieci. Marzył o nocy z Moniką. marzył o jej bliskości.
Monika zacisnęła usta. Serce zaczęło jej bić mocniej. Zapanowała jednak nad emocjami. Uśmiechnęła się blado i z czułością odrzekła
- Tak skarbie, jeśli chcesz, tak zrobimy... - wzięła jego dłoń - Chodź, obejrzyjmy jeszcze resztę domu... - szybko zmieniła temat
Weszli do kuchni. Julian usiadł w jednym z dwóch pozostawionych,

116




wiklinowych fotelach. Wyjrzał przez okno, za którym rozpościerały się jeszcze zielone lasy Prowansji. Pogrążył się przez chwilę w myślach. Zauważyła to. Podeszła, położyła mu dłonie na ramionach
- W kwestii pracy zrobisz jak będziesz chciał. Ty podejmij decyzję. Wiesz, że będę cię we wszystkim wspierała
Nie oderwał wzroku od okna, pogładził jej dłoń leżącą na swoim ramieniu.
- Wiesz, myślę nad tym, jak mnie zmieniłaś. Kiedy patrzę wstecz widzę skurwysyna, człowieka podłego....
- Przestań - gwałtownie zaprotestowała - Gdybyś taki był, z pewnością nie zakochałabym się w tobie
- Kotku - spojrzał na nią czule - Zakochałaś się w tym, kogo przed tobą udawałem...
Te słowa ją zmroziły. Zabrzmiały bardzo złowieszczo. Jakby wyczuł jej lęk, odgarnął jaj kosmyk włosów z czoła, uśmiechnął się i powiedział
- Ale skarbie, ja się już zmieniłem... - to ją uspokoiło - A teraz jedźmy do Soni i Krisa. Zobaczymy co u nich słychać.
Sonia siedziała w ogrodzie, pogrążona w lekturze jakiejś nowej książki. Obok, z laptopem na kolanach, siedział Kris skupiony na monitorze komputera. Kiedy zajechali, Monika szybko

117




wyskoczyła z auta i wbiegła do domu i wybiegła drugą stroną do ogrodu
- Cześć kochani!!! - rzuciła się Soni na szyję
- No witam drogą sąsiadkę! - roześmiała się Sonia i przytuliła koleżankę. Sonia jednak była bystrą obserwatorką. Wyczuła, że Monika się trzęsie. Odsunęła ją od siebie, spojrzała w oczy, zerknęła na Krisa i Juliana rozmawiających wesoło z boku, spojrzała ponownie na Monikę
- Co jest? - Monika próbowała odwrócić twarz ale Sonia nie odpuszczała - O co chodzi? Mnie nie oszukasz...
Monika spojrzała na nią
- Chodźmy na spacer... Powiem...
Sonia uśmiechnęła się szeroko i krzyknęła do chłopaków
- To wy sobie tu pogadajcie, a ja z nową sąsiadką muszę się lepiej poznać - i złapała Monikę za rękę
- Ta, jasne! Bo wy sie tak mało znacie! - roześmiał się Kris - Chodź Julian, mam dobre piwo... - udali się do domu.
Szły tak jakiś czas w ciszy. Sonia wiedziała, że w tej sytuacji Monika sama zacznie temat. Doszły do starego platanu, pod którym nie raz siadała z Julianem
- Usiądźmy - powiedziała. Po chwili spojrzała przyjaciółkę - Soniu, Julian chce mieć dziecko...
Soni oczy zabłysły.
- Super!

118




Cudownie! Na pewno się cieszysz, że o tym pomyślał! - w jej głosie widoczny był entuzjazm. Nie dostrzegła jednak w oczach Moniki, której twarz została kamienna, ani odrobiny radości.
- Nie cieszysz się? - nie ukrywała zdziwienia - Nie chcesz dziecka? - dodała z niedowierzaniem
- Nie... - Monika odpowiedziała cicho - Nie chcę...
Sonia zamarła. Nie była w stanie powiedzieć słowa. Chwilę patrzyła na Monikę, po czym, z wysiłkiem powiedziała
- Ale jak to nie chcesz? Ogólnie nie chcesz? Czy z Julianem nie chcesz? Czemu?
- Soniu, tyle pytań... Nie chodzi o Juliana. Nie w tym problem... - spojrzała gdzieś w dal
- No to, kurwa, w czym? Powiedział ci coś? Bo jak tak, to... - głos Soni się zmienił
- Nie - przerwała jej Monika - Nic mi nie powiedział. To ja nie chcę, rozumiesz? - spojrzała na przyjaciółkę i ściszyła głos, jakby się bała, że ktoś usłyszy - Ja nie chcę dziecka... Ja już miałam dziecko... Nie chcę...
Sonia siedziała, patrzyła tępo na przyjaciółkę i zupełnie nie wiedziała co powiedzieć. Dawno nie przeżyła takiego szoku. Chyba ostatnio, kiedy rozmawiała z lekarzem, który poinformował ją, że Monika poroniła.

119




Kiedy pierwszy szok minął powiedziała
- Monika, co ty mi tu kurwa pierdolisz??? Jakie "nie chcę"?? Znam was oboje chyba lepiej niż wy siebie, więc mi nie opowiadaj że nie chcesz...
- Nie chcę - Monika była stanowcza. Sonia chwilę wpatrywała w swoje dłonie. Jej twarz była skoncentrowana, skupiona, jakby o czymś intensywnie myślała. Po chwili można było odnieść wrażenie, że doznała olśnienia, podniosła powoli wzrok na przyjaciółkę i powiedziała
- Monika... Ty się boisz.... - w oczach przyjaciółki dostrzegła tylko lęk i panikę.
- Naprawdę chcesz tak zrobić? - Kris był pełen podziwu - Julian, chcesz się tu przenieść na stałe? Staniesz się domatorem? - uśmiechnął się - No myślałem, że tego nigdy nie doczekam. I że jeszcze będziesz tak bardzo chciał zostać ojcem.. - klepnął przyjaciela w ramię - No stary, szacun...
Spojrzał na wracające z oddali Monikę i Sonię
- Wiesz co ci Julian powiem? Z tych wszystkich twoich dziewczyn, to Monika jest najładniejsza...A niewątpliwie najbardziej w tobie zakochana..
Julian nic nie odpowiedział. Wiedział, że Kris ma rację i był z tego dumny. Był szczęśliwy. Naprawdę

120




szczęśliwy
- Chodź, zrobimy jakąś kawę tym naszym pannom... A właśnie - zatrzymał się - A o ślubie myśleliście?
Julian spojrzał na Krisa zaskoczony pytaniem
- Nie, o tym jeszcze nie rozmawialiśmy..
Kiedy wszyscy usiedli przy świeżo zaparzonej kawie, Sonia z namaszczeniem rozlewała czarny napój o wyjątkowym aromacie
- Tak, tak, pijcie - powiedziała z dumą - Jamaica Blue Mountain. Pierońsko droga ale warta swojej ceny... Acha, Julian, nie, żebym cię jakoś specjalnie poganiała, ale wiesz, może by moje auto do mnie w końcu wróciło. Sam rozbiłeś swoje Porsche... Ale biedny nie jesteś więc może coś kupisz?
- Tak Sonieczko, oczywiście, już pierwsze kroki poczyniłem - powiedział Julian - Na dniach zwrócę ci twój ukochany samochód...
Kiedy wrócili do Marsylii, było juz ciemno. Wizyta sporo się przedłużyła. Julian opadł na kanapę. Odłożył kule i powiedział
- Monisiu... Ja już nie chcę spać tu, na kanapie... I nie chcę, żebyś ty spała na górze w moim pokoju... - zamarła na jego słowa. Ściszył głos i dodał - Mamy przecież sypialnię... O wiele ładniejszą niż ta u Sońki...
Była w kuchni ale wiedział, że go

121




słyszała. Nie widział jednak, jak sięga do torebki i wyjmuje z niej tabletki. Łyka jedną z nich, po czym cicho chowa resztę do torebki. Weszła po pokoju, gdzie blade światło przyciemnionej lampy słabo oświetlało kanapę. Usiadła obok, wzięła jego dłoń i czule ucałowała. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się
- Tak skarbie... Myślę, że to dobry pomysł... - poczuła jego zaciskającą się dłoń
- Monika... - popatrzyła mu w oczy. Były bardziej błyszczące niż zwykle, a w nich dostrzegła pożądanie - Idź na górę, zaraz do ciebie przyjdę...
Uśmiechnęła się, zrobiła to o co prosił i udała się w kierunku schodów. Po chwili usłyszał zamykające się drzwi łazienki. Przypomniała mu się łazienka u Soni i to co w niej robili. Podparł się kulą i poszedł za nią...
Cicho uchylił drzwi łazienki. Widział jak woda otula ciało Moniki. Stał i wpatrywał się w nie przez zaparowaną szybę kabiny prysznicowej. Patrzył na wysoko upięte włosy i piękne ramiona. Poczuł, że jego serce bije coraz szybciej. Zdjął sweter, koszulkę. Nie zauważyła go. Dźwięk lecącej wody zagłuszał wszystko. Pierwszy raz ucieszył się, że kazał

122




wybudować tak dużą kabinę. Podszedł bliżej, rozpiął guzik w spodniach. Cicho odsunął drzwi kabiny. Chłodny powiew powietrza sprawił, że się odwróciła. Zamarła. Odruchowo zasłoniła rękoma piersi. Wszedł do środka i zasunął drzwi. Woda zaczęła spływać Julianowi po twarzy, włosach. Wziął jej dłonie i delikatnie rozsunął. Chciał na nią patrzeć. Tak go to podniecało. Monika nie protestowała. Przycisnął ją gwałtownie do ściany i zaczął całować. Lejąca sie woda i jego pocałunki sprawiały, że ledwo mogła oddychać. Czuła, że jej serce bije szybciej. Też tego chciała. Też za tym tęskniła. Pragnęła go. Tak długo na to czekała. Julianowi trudno było nad sobą zapanować. Odwrócił Monikę przodem do ściany. Przylgnął do jej ciała. Zaczął całować kark, szyję. Poczuła na sobie jego erekcję. Poczuła jak rozpina rozporek. Usłyszała jak mokre dżinsy opadają, a Julian sprawnie się ich pozbywa. Nie przestawał jej całować. Musiała mocno oprzeć się o mokre kafelki aby sie nie przewrócić. Jego pocałunki były coraz bardziej namiętne. Poczuła jak dłoń Juliana, do tej pory pieszcząca piersi, zaczęła się

123




zsuwać coraz niżej, aż znalazła się pomiędzy jej udami. Teraz jedną ręką masował jej piersi, a drugą wsuwał coraz głębiej pomiędzy jej uda
- Aaaa... - jęknęła, kiedy osiągnął swój cel
- Tak, kotku, rozsuń nogi... - wyszeptał - Teraz będziesz to miała o wiele częściej - wyszeptał i zanurzył palce w niej jeszcze głębiej - Będę to robił z tobą jak i kiedy chcesz...
- Julian... kocham cię... Tęskniłam...
- Tak skarbie, ja też... - powiedział i przyciągnął jej biodra gwałtownie do siebie - A teraz zrobię to o czym tak długo marzyłem.. - powiedział i poczuła jak mocno w nią wszedł. Czuła jak napiera na nią rytmicznie i miarowo. Coraz mocniej. Zatracała się w tym. Odpływała.
- Skarbie... - szeptał - Jeszcze poczekaj... Poczekaj na mnie... Nie tak szybko... - prosił. Po chwili przerwał. Rozsunął drzwi kabiny i niemalże wyciągnął z niej Monikę. Złapał mocno w ramiona i znowu zaczął całować. Czuła, że grunt usuwa jej się spod nóg. Zauważył to i delikatnie położył ją na miękki dywan, po czym znalazł się nad nią. Złapała głęboki wdech. Rozsunął jej nogi. Spojrzała na Juliana. Tak bardzo jej go

124




brakowało. Patrzyła na jego mokre włosy sięgające oczu, na jego nagi, umięśniony tors. Widziała każdy napięty mięsień, kiedy się powoli nad nią pochylał.
- Monika... Jak ja cię kocham... - wyszeptał i powoli w nią wszedł. Poczuł na szyi jej szybki oddech. Jego ruchy były coraz mocniejsze i coraz szybsze. Jego dłonie kurczowo zaciskały się na jej głowie i ramionach. Zatopił palce w długich i gęstych włosach otulających ramiona Moniki. Nie mógł zapanować nad swoim ciałem. Nie mógł juz na nią czekać. W pewnym momencie wbił się w nią jeszcze mocniej
- Monika... - krzyknął i opadł twarzą w jej włosy. Powoli podniósł twarz i spojrzał. W jej oczach zobaczył pożądanie. Wiedział, że ona chciała więcej. Położył się obok, podparł na łokciu, a jego druga ręka znalazła się pomiędzy jej udami. Usłyszał jak cicho jęknęła kiedy sięgnął celu. Otworzyła oczy i spojrzała na niego
- Julian... kochany....
Te słowa były dla niego niczym afrodyzjak. Poruszał dłonią coraz szybciej, jej jęki były coraz głośniejsze. Patrzył na jej twarz kiedy to robił. Rozsunęła nogi jeszcze bardziej, położyła swoją dłoń na jego

125




ręce i wsunęła jego palce jeszcze głębiej. Przejrzał jej zamiar, przyspieszył i po chwili zobaczył jak jej ciało wygięło się w łuk, a nogi zaciskają na jego dłoni. Wiedział, że skończyła. Leżała z zamkniętymi oczami, a jej oddech nadal był płytki i przyspieszony. Usiadł obok, oparł się o drzwi kabiny i patrzył na nią.
- Jesteś taka piękna - powiedział - Tak bardzo cię kocham...
Julian wstał, podał rękę Monice. Kiedy wstała ujął jej dłoń, uśmiechnął się i wyszeptał
- Chodź... - po czym zaprowadził do sypialni. Był to największy pokój w apartamencie, nie licząc salonu na parterze. Przy jednej ze ścian, pośrodku, stało duże łóżko w kolorze bieli, z grubym materacem. Ściana u wezgłowia pokryta była bogato zdobioną biało - srebrną tapetą. Pozostałe były białe. Po prawej stronie łóżka znajdowała się ściana z dwoma dużymi balkonowymi oknami. Po drugiej stronie zabudowana szafa w całości pokryta lustrami. Na suficie wisiał wielki, kryształowy żyrandol. Po dwóch stronach łóżka stały dwie małe, białe komódki z oryginalnymi srebrnymi uchwytami i stojącymi na nich niewielkimi lampkami. Na podłodze

126




leżał miękki, gruby, ręcznie tkany, szary dywan. Fioletowa narzuta z grubej satyny okrywała białą pościel. Jedną ręką zrzucił sprawnie narzutę na podłogę, a drugą pociągnął Monikę tak, że opadła bezwładnie na łóżko. Położył się obok i patrzył w jej duże, orzechowe oczy
- Nie masz pojęcia, jak jesteś dla mnie ważna - podniósł jej dłoń i czule ucałował
- Wiem Julian.. Wiem...
Pocałował ją czule, przyciągnął do siebie, wtulił w jej włosy.
- Dobranoc skarbie - zgasił światło - A teraz śpij....

     - Kotku, kto dzwonił? - zapytał Kris, kiedy Sonia odłożyła słuchawkę - Coś masz nietęgą minę. Wszystko ok?
- No chyba nie. Dzwoniła Monika. Pytała o numer mojego ginekologa - powiedziała, a Krisowi zabłysły oczy
- Nie mów tylko, że jest w ciąży? Julian będzie w siódmym niebie.. - uśmiechnął się tajemniczo
- Nie. Nie jest. I w tym problem. Ona nie chce dziecka. Chce tabletek antykoncepcyjnych. Po to chciała ten numer...
Kris błyskawicznie spoważniał. Uśmiech zniknął z jego twarzy, po czym spojrzał Soni w oczy i powiedział
- Nawet nie próbuj w to ingerować i rozwiązywać ich problemów. Nie waż się być

127




pośrednikiem między nimi. To dorośli ludzie. Nie życzę sobie, żebyś się w to mieszała. Daj Monice ten numer jak chce. A sama zajmij się przygotowaniami do ślubu - ostatnie zdanie zabrzmiało jak rozkaz
- Ale... - próbowała złagodzić stanowisko Krisa
- Soniu, skończyłem - przerwał jej spokojnie - Uważam temat za zamknięty - wziął gazetę ze stołu i poszedł do ogrodu.
Sonia wiedziała, że są sprawy i sytuacje, w których Kris nawet nie podejmuje dyskusji. Wiedziała, że to jest jedna z takich sytuacji i próba rozmowy nie ma sensu. Postanowiła zastosować się do jego zaleceń. Skoro Monika tak zdecydowała to niech ponosi konsekwencje swoich decyzji.
Julian zadowolony wrócił do domu. Monika układała dokumenty na jego biurku. Wszedł na górę, objął ją czule i namiętnie pocałował. Zdziwiona spojrzała pytająco
- Mam dla ciebie niespodziankę - powiedział z uśmiechem - Dostarczą ją po południu. Mam nadzieję, że ci się spodoba
- Co ty wymyśliłeś? - zapytała. Nie było w jej głosie entuzjazmu jak kiedyś w takich sytuacjach. Przyzwyczaiła się, że kupował jej bez powodu biżuterię, kwiaty czy seksowną bieliznę. Ale nigdy nie

128




robił z tego takiego wydarzenia.
- Niedługo się przekonasz - pocałował ją jeszcze raz i wyszedł.
W ciągu dnia Julian co jakiś czas wyglądał przez okno z niepokojem. Późnym popołudniem usłyszeli dzwonek do drzwi.
- Ja otworzę! - krzyknął
Słyszała jak z kimś rozmawia. Zobaczyła jak bierze od młodego chłopaka jakieś dokumenty. Spojrzał na nią i powiedział z uśmiechem
- Chodź Monika, niespodzianka przyjechała!
Kiedy wyszła, zobaczyła stojące przed budynkiem auto. Lśniło nowością. Rozpoznała duże logo Mercedesa. Chłopak podziękował i podał Julianowi kluczyki. Został też obdarowany sporym napiwkiem. Julian oglądał auto, wziął Monikę za rękę
- Chodź i obejrzyj go, bo będziesz nim jeździła. Piękny prawda? Mercedes SL 65 AMG. Podoba ci się? Wspaniale się prowadzi.. - odwrócił głowę i spojrzał pytająco na Monikę. Stała przez chwilę zupełnie oszołomiona. Zaskoczył ją. Samochód był naprawdę piękny. Czarny lakier lśnił nowością. Wewnątrz tablica rozdzielcza przypominała kokpit małego samolotu. Skrzynia biegów wyglądała zupełnie inaczej niż ta w aucie Soni, a przecież i jej Peugeot RCZ nie był taki

129




ostatni
- Maksymalnie wyciąga 320 km/s. Masz pojęcie? - spojrzał na nią z nadzieją - Podoba ci się? Jest twój...
- Ja mam nim jeździć? - zapytała ze strachem - Julian, nie będę jeździć takim autem - zaprotestowała
- Będziesz, będziesz - uśmiechnął się i czule objął ją ramieniem - Przecież nie kupię ci jakiejś tandety. Marka to marka. Dasz radę. Póki co, starczy nam jeden samochód. Sońka z Krisem przyjadą to sobie swój zabiorą. A nam jak będzie drugi potrzebny, to sie potem kupi - mówił jakby chodziło o drobiazg, a nie samochód. Podał Monice kluczyki
- Pani kierowco, przewiezie mnie pani? Chciałbym zobaczyć jak pani nim jeździ...
Nie miała wyboru. Z drugiej strony był to dobry pomysł. Pogładziła Juliana czule po twarzy, uśmiechnęła sie i powiedziała
- Dziękuję skarbie. Jesteś dla mnie taki dobry. Tak bardzo cię kocham. W takim razie zapraszam pana na krótką przejażdżkę. Mam nadzieję, że się pan nie wystraszy...
- Z panią pojadę nawet na koniec świata! - roześmiał się.
Monika przyznała, że auto prowadzi się fantastycznie. Jechali urokliwymi uliczkami Marsylii, gdy położył dłoń na jej udzie
- Pamiętam -

130




zaczął - Jak jechaliśmy z Monte Carlo do Valensole. Kto by pomyślał, że to tak się poukłada i będziemy tam planowali wspólną przyszłość - uśmiechnęła sie na wspomnienie tych chwil.
- Przyznam ci się do czegoś. Powiedziałam ci wtedy, że patrzę na wodę - poczuła, że jej twarz pokrywa rumieniec - Ale skłamałam. Patrzyłam na ciebie - roześmiał się głośno
- Wiem. Byłem o tym przekonany. Ale i tak byś się nie przyznała.
Wieczorem Monika przygotowała uroczystą kolację w salonie. Zapaliła świeczki na stole, pięknie nakryła chińską porcelaną otoczoną srebrnymi sztućcami. Na białym obrusie spoczęły wykwintne dania kuchni francuskiej. Od kiedy zamieszkała z Julianem, kiedy był w pracy, pilnie studiowała książki kucharskie i Internet, by wzbogacić swoje umiejętności kulinarne o jego ulubione potrawy. On w tym czasie pracował w swoim pokoju. Był pochłonięty swoimi zajęciami, dzięki czemu Monika bez przeszkód mogła sie oddać swojemu zajęciu. Było już ciemno, kiedy skończyła. Spojrzała na stół. Prezentował się imponująco. Przykręciła światło lampy, by było jeszcze bardziej nastrojowo. Cichutko pobiegła na

131




górę, weszła do sypialni i otworzyła szafę. Rozejrzała się i wyjęła z niej czarną sukienkę, poszerzaną dołem, odkrywającą ramiona z białym pasem na dole. Była śliczna. Bardzo ją lubiła. Szybko się przebrała. Spojrzała w lustro, upięła włosy i poszła do pokoju, w którym siedział. Uchyliła cicho drzwi
- Julian... - powiedziała. Odwrócił się i zamarł
- Kotku, wyglądasz ślicznie - wyszeptał - Coś się stało? O czymś zapomniałem? Jakaś rocznica? - zapytał z niepokojem
- Nie - uśmiechnęła się - Po prostu kolacja czeka - zamknęła drzwi i zeszła do salonu. Długo nie musiała czekać. Julian zjawił się szybko. Spojrzał na stół, na Monikę i zapytał przejęty
- Kochanie, ty to zrobiłaś? - chodził wokół stołu i przyglądał się potrawom - To twoje dzieło?
- Tak - ucieszyła się, że mu się spodobało - Uczyłam się. Spróbuj, czy dobre
- Kotku, jeśli smakuje tak jak wygląda to możesz otwierać knajpę.. - dodał i zasiedli do stołu.
Julian był pod wrażeniem
- Skarbie, to przecież mule w białym winie. Sama zrobiłaś? - zapytał z niedowierzaniem
- Tak - uśmiechnęła się patrząc jak pochłania kolejną porcję -

132




Ale spróbuj i innych potraw. Masz tu - podała mu półmisek - Quiche lorraine. Poczekaj, mam coś jeszcze! - odłożyła serwetkę i pobiegła do kuchni. Za chwilę, na tacy przyniosła dwie miseczki. Jedną postawiła przed Julianem - A to zupa cebulowa - uśmiechnęła się - Na deser będzie tarta z truskawkami
Julian był bardzo zaskoczony. Owszem, Monika często gotowała, ale takie kolacje nie były częste. Kiedy zaczął jeść uświadomił sobie, jak był głodny. Monika siedziała z twarzą podpartą na dłoniach i z uśmiechem patrzyła na niego.
- A ty czemu nie jesz? - zapytał
- Ja nie jestem aż taka głodna - odpowiedziała cicho
- Wiesz Monisiu, naprawdę czasem trudno mi uwierzyć, że mam kogoś takiego jak ty. Czasem się zastanawiam, że musiałem gdzieś zrobić dużo dobrego, że mnie opatrzność obdarowała takim skarbem...
- Julian, przestań... - czuła jak jej twarz oblewa rumieniec
- No tak. Wiem, co mówię.
Po kolacji Julian uprzątnął stół. Powiedział, że skoro Monika przygotowała, to on chociaż posprząta. Po wszystkim usiedli na kanapie. Julian rozpiął guzik w spodniach
- Boże, ale się najadłem, ledwo żyję - objął Monikę

133




ramieniem - Pewnie się napracowałaś
Rzeczywiście, Monika czuła zmęczenie. Włączyli jakiś film w telewizji. Monika położyła głowę na kolanach Juliana. Nawet nie zauważył, kiedy zasnęła. Dotknął jej długich włosów. Były takie miękkie i delikatne niczym jedwab. Spojrzał na zegarek. Dochodziła północ. Delikatnie podniósł głowę Moniki i położył na kanapie, po czym schylił się i ostrożnie wziął ją na ręce. Skierował się w stronę schodów. Obudziła się i rozejrzała, popatrzyła Julianowi w oczy.
- Puść mnie, mogę sama iść - powiedziała zaspanym głosem
- Oczywiście, że możesz, ale ja chciałbym cię zanieść - roześmiał się głośno - Myślę, że ze schodów nie spadniemy!
Julian zaniósł Monikę do sypialni i położył na łóżku. Jej biało czarna sukienka idealnie kontrastowała z fioletową barwą narzuty. Pomyślał, że jej uroda, mimo przejść jakie były jej udziałem, wcale nie doznała uszczerbku. Wyciągnęła do niego ręce
- Przytul mnie.. - powiedziała
Czuł, że robi mu się gorąco, a krew w żyłach szybciej krąży. Powoli zdjął koszulkę i podszedł do łóżka. Pochylił się nad nią i zaczął

134




całować. Oplotła go rękoma niczym bluszcz.
- Julian... Jedyny mój... Kochaj się ze mną....
Julianowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Jednym ruchem zrzucił spodnie i klęknął na łóżku obok Moniki. Uniósł ją i zaczął całować po nagich ramionach. Sięgnął rękoma i rozpiął suwak sukienki, która odsłoniła jej nagie piersi. Chwilę patrzył, jakby chcąc ten obraz utrwalić w swoim sercu
- Boże, Monika, jaka ty jesteś śliczna - wyszeptał
- No Julian, przestań! - roześmiała się - Zawstydzasz mnie - zamknęła oczy
- Kotku, ja mówię tylko prawdę - powiedział i zaczął zdejmować jej sukienkę. Kiedy została tylko w bieliźnie, zaczął namiętnie całować jej szyję, ramiona, brzuch. Uniósł ją, i zdjął stanik. Potem sprawnie zsunął majtki. Zszedł z łóżka i nie odrywając od niej wzroku, zaczął się rozbierać. Kiedy skończył, położył się na niej. Monika czuła ciepło jego ciała. Czuła przyspieszone bicie jego serca. Nachylił się nad nią i wyszeptał
- Skarbie, rozsuń nogi.. - co chętnie uczyniła. Zarzuciła mu dłonie na szyję i zaczęła całować. Julian powoli, bez pośpiechu napierał na nią raz za

135




razem. Czuł zaciskające się na jego plecach palce Moniki. W pewnym momencie, nie przerywając, wziął jej twarz w dłoń i powiedział
- Patrz na mnie. Chcę widzieć twoje oczy... Chcę wiedzieć, że jest ci dobrze...
- Julian - powiedziała cicho - Wiesz, że jest... Aaa... - jęknęła cicho - Jest...
Ruchy Juliana były coraz intensywniejsze. Monika, jakby na chwilę odzyskała panowanie nad sobą, wzięła w dłonie twarz Juliana i zaczęła całować. W pewnym momencie poczuł jej twarz przy swoim uchu i ból po wbijających mu się w plecy jaj paznokciach. Po chwili opadła na pościel omdlała. Uśmiechnął się z satysfakcją i powiedział
- A teraz kotku, wspólny prysznic i lulu...
Spojrzała na niego i roześmiała się
- Ależ oczywiście, proszę pana.. - objęła go czule i pobiegli do łazienki.
Następnego dnia , kiedy Julian pojechał do pracy, Monika postanowiła odwiedzić Valensole. Cieszyła się na spotkanie z Sonią. Co prawda bardzo często ze sobą rozmawiały ale rozmowa telefoniczna to nie to samo, co spotkanie. No i oczywiście ciekawa była opinii przyjaciółki w kwestii samochodu. Kiedy zajechała pod dom przyjaciółki wcisnęła klakson.

136




Auto głośno zawyło. Sonia wybiegła przerażona przed dom. Przez chwilę przyglądała się uważnie. Monika nie wytrzymała i wysiadła z auta
- To ja! Ładny mam samochód?! - zawołała
Sonia z niedowierzaniem oglądała auto. Obchodziła wokół podziwiając wszystkie detale. Po chwili powiedziała
- Piękny jest. Julian ci kupił? - zapytała z uznaniem
- Nam kupił. Nie mój ale wspólny
- Tak kochana, tyle że to ty nim jeździsz, a nie Julian
- No weź... Każde z nas ma prawo nim jeździć - dodała Monika, nieco zawstydzona
- Tak czy siak, naprawdę piękny. Dobra chodź do domu, musimy go opić, żeby dobrze jeździł! - Sonia skierowała się do domu
- Ale ja żadnych procentów. Prowadzę! - roześmiała się Monika
Sonia wniosła do salonu tacę z ciastem i filiżanki z herbatą. Nalała Monice i sobie i wygodnie rozsiadła się w fotelu. Wzięła łyk herbaty i powiedziała
- Wiesz jak ja się cieszę, że ty tu jesteś?
- No ja myślę - uśmiechnęła się Monika - Ja też jestem tu szczęśliwa. Bo mam was i Juliana
Sonia spojrzała na przyjaciółkę uważnie
- Ja to jeszcze bardziej jestem zadowolona, bo wiem, jakim trudnym człowiekiem jest Julian... -

137




urwała - Przyznam ci się do czegoś.... Ale mam nadzieję, że się nie obrazisz...
- Ja? - zapytała ze zdziwieniem Monika - Miałabym sie na ciebie obrazić? Za co? Co żeś wywinęła?
- Nie, nic. Ale wiesz, na początku, jak cię Julian zaciągnął do łóżka, to myślałam, że mnie szlag jasny trafi - powiedziała - Myślałam, że postawił sobie za punkt honoru cię uwieść. Wiesz, takie męskie ego... Że niby żadna się nie oprze...
- No i?
- No ale jak potem zobaczyłam, że on nie odpuszcza, to pomyślałam, że coś jest na rzeczy. Bo on z dziewczynami... - Sonia ciężko westchnęła - No powiem ci tyle, że na ciebie nie zasłużył...
- Soniu, a opowiedz mi coś o jego byłych dziewczynach... - powiedziała nagle Monika
Sonia spojrzała na nią zdziwiona
- A ty jesteś pewna, że chcesz to wiedzieć? Bo jak ci sie wydaje, że były wcześniej jakieś romantyczne porywy serca, to się grubo mylisz...
- No chcę wiedzieć - roześmiała się Monika - Dawaj, Sońka...
- Wiesz - zaczęła Sonia - On to taki zawsze był. Jak studiowali z Krisem, to wokół niego wiecznie sie jakieś kręciły. A że on dodatkowo bajer do perfekcji miał opanowany, do tego buźka

138




niewiniątka, pieniądze... Nie było żadnej, która byłaby na jego wdzięki nieczuła. A on to zawsze wykorzystywał - chwilę pomyślała - Kiedyś i mnie próbował okręcić sobie wokół palca ale nie wyszło
- Nie uległaś? - zapytała Monika
- Nie. Ja już wtedy spotykałam się z Krisem. A że Julian nie odpuszczał, to mu Kris powiedział że albo da mi spokój, albo straci przyjaciela. No i odpuścił.. - spojrzała z uwagą na Monikę - Ale nie miej złudzeń. Nie było mowy o jakimkolwiek uczuciu z jego strony. Uczucie to ja widzę teraz w stosunku do ciebie - dolała sobie herbaty - Pij kochana, herbatka malinowa..
- No i co było dalej? No mówże... - niecierpliwiła się Monika
- No znalazł sobie inny obiekt westchnień. Chociaż właściwie to nie on wzdychał ale te naiwne panienki. Regularnie do nas przywoził różne takie. Czasem i mnie pytał o zdanie. Kiedyś przywiózł taką jedną. No ci powiem, że to dziewczę nie miało więcej niż 20 lat. Aż mi jej było żal. Siedzieliśmy tu w ogrodzie, gadamy, a ta mała siedzi bez słowa i wpatruje się tylko w niego jak w obraz. No, aż głupio sie robiło. Zagadnęłam ją o jakąś pierdołę. Bo wiesz,

139




żeby cokolwiek powiedziała...Coś tam bąknęła i tyle. Myślała, że pana Boga za nogi złapała. Wiesz, wykształcony, bogaty, przystojny. Panny na to lecą. Jak potem przyjechał to go spytałam, co mu się w niej podoba. Wiesz co mi powiedział?
- No co? - ciekawość Moniki rosła
- Tylko mam nadzieję, że się do niego nie zrazisz - dodała Sonia z niepokojem
- No co ty....
- Powiedział, że podoba mu się, bo robi w łóżku to co on chce. To ja się go pytam, czy on myśli o tym, żeby i ona była zadowolona, a on w śmiech i mówi, że jego to nie interesuje. Tak więc widzisz...
Monika zamyśliła się
- I myślisz, że ze mną jest inaczej? - zapytała z obawą
- No Monika, nie bądź dzieckiem! Z tobą Juliana wzięło na amen. I jeszcze jedno ci powiem - pomachała Monice palcem przed nosem - Żadna u niego nie mieszkała. Żadna. Czasem jakaś przenocowała ale o mieszkaniu nie było mowy. Że nie wspomnę o kupnie samochodu, oświadczynach i innych duperelach. Sama widzisz, że to poważna sprawa
- No widzę - twarz Moniki oblał rumieniec - Też go kocham. Jest moim pierwszym...
Sonia mało filiżanki z ręki nie wypuściła
- Monika, to Julian był...

140




eee..... Twoim pierwszym facetem?
- Tak.. - odparła cicho
- O żesz... Ten to ma szczęście...
Dziewczyny spędziły miłe popołudnie, po którym Monika zrelaksowana wróciła do Marsylii. Julian już był w domu. Słońce chyliło się ku zachodowi.
- Kotku, gdzie byłaś? W Valensole? Oglądałaś nasz dom? - zapytał Julian oglądający jakiś film w telewizji.
- Tak. Byłam u Sońki. Do naszego domu nie zajeżdżałam. Posiedziałyśmy i poplotkowałyśmy - podeszła do niego i czule pocałowała w czoło - Oczywiście i o tobie plotkowałyśmy
Spojrzał na nią z uwagą i ze śmiechem dodał
- Wy to naprawdę nie macie ciekawszych tematów? A Kris był czy znowu w Paryżu?
- Kris w Paryżu - krzyknęła z kuchni wstawiając wodę - Kawę czy herbatę ci zrobić?
- Herbatę poproszę....
Spędzili razem miły wieczór. Julian w duchu przyznał, że czegoś takiego mu naprawdę brakowało. Myślał o tym, że ostatnio był takim domatorem kiedy mieszkał z rodzicami. Czuł, że już się wyszumiał, że jeśli chodzi o życie prywatne jego priorytety się zmieniły. Czuł potrzebę posiadania prawdziwej rodziny. Tym bardziej, że u jego boku była tak wspaniała kobieta jak

141




Monika. Kiedy patrzył wstecz odczuwał dyskomfort psychiczny z powodu swego wcześniejszego stylu życia. Teraz pragnął rodziny. Pragnął wyprowadzki do Valensole, na wieś. Zgiełk Marsylii, wszechobecni turyści, komercja, juz mu obrzydły. Kiedy leżał w łóżku, a na jego ramieniu spoczywał głowa Moniki, otulona długimi, ciemnymi włosami, czuł się po prostu szczęśliwy. Myślał o tym, że jego definicja szczęścia zmieniła się diametralnie
Rano Julian obudził się jako pierwszy. Zszedł do kuchni i zaparzył kawę dla siebie i Moniki. Słyszał jak bierze prysznic. Zeszła i zjedli śniadanie. Po śniadaniu, kiedy Monika sprzątała, powiedział
- Kochanie, muszę odebrać zamówione książki z księgarni. Daj mi kluczyki, pojadę i odbiorę. Chcesz coś jeszcze z miasta?
Monika właśnie wkładała naczynia do zmywarki
- Tam na fotelu w salonie leży moja torebka. Kluczyki są w bocznej kieszeni - odpowiedziała ale poczuła lekki niepokój
Julian wszedł do salonu i wziął torebkę Moniki. Zrobił to jednak tak nieumiejętnie, że cała zawartość wyleciała na podłogę
- Jezu, czy wszystkie kobiety muszą mieć takie wielkie torby i tyle szpargałów? -

142




spytał i zaczął z powrotem wkładać rzeczy do torebki. Monika usłyszała huk i zerwała się na równe nogi. Nasłuchiwała. W salonie zapanowała cisza. Powoli poszła sprawdzić co się dzieje. Julian stał w salonie, jakby na nią czekał. Zobaczyła, że w dłoni trzyma opakowanie jej tabletek antykoncepcyjnych. Przez chwilę miała nadzieję, że nie będzie wiedział na co są i wmówi mu cokolwiek. Myliła się
- Co to jest? - zapytał cicho i wskazał na trzymane w dłoni tabletki - Co to, kurwa jest? - mówił cicho ale wiedziała, że jest wściekły. Nie zdenerwowany, zły ale wściekły - Co ty dziewczyno wyprawiasz?! - krzyknął
- Julian, to nie tak jak myślisz... - zaczęła
- Nie? A jak? - zapytał z ironią - To mi powiedz, bo z tego co wiem to są tabletki antykoncepcyjne, a jak zauważyłem - pomachał jej nimi przed oczyma - Już używane. No i raczej nie ja je brałem..
- Ja wiem jak to wygląda, wiem, że możesz być zły, ale... - Monika próbowała się tłumaczyć chociaż naprawdę nie wiedziała jak to usprawiedliwić
- Dość! - dał znak ręką, że nie chce jej słuchać. Zamilkła - Ja ci powiem jak ja to widzę. Zawsze byłem przekonany, że

143




chcesz, żebyśmy mięli dzieci. Wiedziałaś, że ja chcę. Z tobą. Ciebie kocham i nie wyobrażam sobie innej kobiety przy moim boku. Wiesz o tym. I nagle znajduje to... I wiesz co, jeśli mi teraz powiesz, że też chcesz być kiedyś matką - wziął wdech, było mu ciężko - To widać chcesz, tyle że... - głos mu uwiązł w gardle - Że nie ze mną...
- Julian, co ty mówisz, to nieprawda! Ja chcę... - złapała go za rękę ale ją wyrwał. Już jej nie słuchał. Wziął kluczyki i wyszedł szybko z domu. Z okna widziała jak wsiada do auta i rusza z piskiem opon. Monika opadła na kanapę. Czuła strach, smutek. Nie chciała go skrzywdzić, a jednak tak się stało. Przypomniała sobie słowa Soni: "takie rzeczy wypływają w najmniej odpowiednich okolicznościach". Oparła głowę na oparciu kanapy i zamknęła oczy, z których spływały łzy.
Julian przemierzał ulice próbując sobie wszystko poukładać w głowie. Był naprawdę wściekły i wstrząśnięty. Nie wiedział czy bardziej z rozpaczy, czy ze wściekłości. Nie wiedział co ze sobą zrobić, a do domu nie chciał wracać. Skierował się w stronę biura. Janette porządkowała dokumenty
-

144




Pan tutaj? - zapytała zdziwiona gdy wszedł - Jakoś tak pan blado wygląda. Coś się stało?
Spojrzał na nią
- Nie, możesz iść do domu, ja jeszcze tutaj zostanę... - powiedział i wszedł do gabinetu
- To do widzenia... - i wyszła. Miała jednak poczucie, że coś jest nie tak. Wyciągnęła telefon z torebki i wybrała numer Moniki
- Halo? Tu Janette, chciałam pani tylko powiedzieć, że pan Julian jest w swoim biurze. Pomyślałam, że może pani nie wie, bo wygląda co najmniej dziwnie...
Monika odetchnęła z ulgą.
- Dziękuję ci Janette za ten telefon. Bardzo dziękuję...
Kiedy tylko skończyła rozmawiać z Janette, zadzwoniła do Soni
- Soniu, Julian wie... - powiedziała cicho
- O czym? Że nie chcesz dziecka? - zapytała spokojnie
- Znalazł te tabletki, które wypisał mi twój ginekolog... Nie chciał ze mną rozmawiać... Pojechał do biura, nie odbiera ode mnie telefonów...
- Dziwisz mu się? - Sonia nie popierała postępowania Moniki - A czego się spodziewałaś? Mówiłam ci, że to wcześniej czy później wyjdzie. Co teraz zamierzasz?
- Wytłumaczyć mu....
- No ale co mu powiesz kiedy wróci i będzie chciał słuchać? Zastanawiałaś się?
- Ja

145




po prostu nie chcę drugi raz przez to piekło przechodzić. Wolę nie dopuścić do ciąży, niż stracić dziecko po raz drugi... Masz rację, boję się. Ale nie potrafię tego zmienić!
- Co ty bredzisz?? Mówił ci lekarz, że nie ma żadnych przeciwwskazań do zajściu w ciążę i urodzenia zdrowego dziecka. To czemu panikujesz na zapas? Unieszczęśliwiasz i siebie, i Juliana... - zamilkła na chwilę - Przepraszam, nie to chciałam powiedzieć...
- Nie przepraszaj. Masz rację... - odparła zrezygnowana
- Monika, jesteś rozsądna. Przemyśl to. Wywal te tabletki... Julian rozmawiał z Krisem i mówił mu, że chciałby mieć rodzinę, dzieci, że kupi do pokoju dziecka najpiękniejsze meble i będzie się wami opiekował. Był bardzo szczęśliwy... Przyjechałabym ale Kris chce mnie zabrać do winnicy Armanda, żeby zamówić wina. Kris nie chce, żebym się wtrącała do was... I ja go rozumiem....
- Przepraszam Soniu. Będę kończyć. Spróbuję do niego jeszcze raz zadzwonić....
Monika wiedziała, że Sonia ma rację. Że mleko się wylało i teraz można próbować tylko zmniejszyć skalę strat. Chodziła od okna do okna wypatrując Juliana. Odetchnęła z ulgą

146




kiedy jego auto zajechało pod dom.
Julian wszedł do mieszkania, jakby się nic nie wydarzyło. Minął Monikę bez słowa i poszedł do pokoju, w którym zazwyczaj pracował. Tego, w którym spała, kiedy był w szpitalu. Rozsiadł się wygodnie na kanapie. Spojrzał na jej zdjęcie stojące koło telewizora. "Miłość mojego życia", przeczytał napis na zdjęciu. Pamiętał kiedy to pisał. Wtedy, kiedy była w Polsce. Kiedy tak za nią tęsknił. Kiedy uświadomił sobie, jak bardzo ją kocha. I co? Teraz pytał siebie w myślach, czy było warto.
Monika weszła do pokoju, usiadła obok, wzięła jego dłoń w swoje ręce i ucałowała
- Julian - wyszeptała - To nie tak jak myślisz. Ja chciałabym mieć dzieci ale jeszcze nie teraz. Za jakiś czas.. - nie potrafiła powiedzieć, że to strach
Spojrzał na nią. W jego oczach dostrzegła rezygnację i smutek. Chwilę na nią patrzył, po czym powiedział cicho
- Nigdy żadnej kobiety tak nie kochałem, jak ciebie. Przed żadną się tak nie otworzyłem, jak przed tobą. Oprócz moich rodziców, nie było nikogo ważniejszego niż ty. Jesteś... - urwał - Byłaś dla mnie wszystkim. Na tobie zaczynał się i

147




kończył mój świat...Nigdy, z żadną w łóżku nie zdarzyło mi się zapomnieć o prezerwatywie. Z żadną, oprócz ciebie. Nigdy nie myślałem o dzieciach. Nigdy. Do chwili kiedy poznałem ciebie. Wtedy, kiedy wróciliśmy z Monte Carlo do Valensole, kiedy musiałem wracać do Marsylii, oddałbym wiele, żebyś ze mną pojechała. I po prostu nie umiem pojąć, w którym miejscu popełniłem błąd? Jak mogłem się tak pomylić? Co myślałaś, kiedy zgadzałaś sie wyjść za mnie, a niedługo potem znajduje w twojej torebce te tabletki? A może brałaś je nawet wcześniej...
- Nie , wtedy ich nie brałam! - gwałtownie zaprzeczyła
- Tak kotku - jego głos nadal był bardzo spokojny - Wtedy nie musiałaś, bo i tak się nie kochaliśmy.
- Ale zrozum mnie. Chciałam, żebyś wrócił do zdrowia - wydawało jej się, że może zwalenie wszystkiego na karb wypadku będzie najlepsze - Żeby się wszystko poukładało..
Uśmiechnął się ironicznie. Siedział tak chwilę w milczeniu. Wiedziała, że jej tłumaczenia na nic się zdają. Zderzają się z murem
- Wiesz co... - zaczął - Skoro i tak bierzesz tabletki, to chodź.... - wstał energicznie, złapał ją za rękę

148




i przyciągnął do siebie - Możemy się kochać bez obaw, że zajdziesz w niechcianą ciążę. Chodź, pokażesz mi jak bardzo mnie kochasz - przyciągnął ją jeszcze mocniej i zaczął rozbierać
- Julian, przestań! - krzyknęła - Oszalałeś?!
- Tak! Oszalałem! Na twoim punkcie. I jestem wkurwiony sam na siebie, że tak się stało! - zerwał z niej bluzkę - Pokaż mi jak bardzo mnie kochasz! - złapał jej twarz w dłonie i zaczął namiętnie całować. Próbowała się uwolnić, ale był silniejszy. Poczuła jak zsuwa jej dżinsy.
- Julian!! - wrzasnęła - Co ty robisz?? - na chwilę przestał i spojrzał jej w oczy.
- Jak to co? - zapytał z ironią - Kocham się ze swoją narzeczoną. A teraz chciałbym cię tak porządnie zerżnąć, bo nie wiem kiedy następnym razem to zrobię... - powiedział i pchnął ją na łóżko.
Monika była przerażona. Nie wiedziała co ją bardziej zszokowało - słownictwo jakiego użył, czy stwierdzenie, że nie wie kiedy zrobi to ponownie. Dlaczego tak powiedział? Co zamierza? Jej rozmyślania zostały przerwane, kiedy poczuła jak wsuwa jej rękę w majtki. Odruchowo jęknęła. Chciała go powstrzymać ale przysunął usta

149




do jej ucha i powiedział cicho
- Zabierz rękę. Nie powstrzymasz mnie... - po czym wsunął palce brutalnie jeszcze głębiej - Kocham to robić. Żadna, z którą spałem tak na mnie nie działała. A wierz mi, mam odpowiednią skalę porównawczą - powiedział i zaczął ją namiętnie całować po twarzy i szyi. Poddała się. Już się nie broniła. Godziła się ze wszystkim. Julian niemalże zdarł z niej bieliznę. Klęknął nad nią i zdjął koszulkę. Widziała w jego oczach pożądanie. Patrzyła jak powoli rozpina dżinsy i je ściąga. Stanął nad nią nagi. Nie wiedziała czego się ma po nim spodziewać. Wydawał się nieobliczalny. Energicznym ruchem rozsunął jej nogi i położył się pomiędzy nimi. Złapał obie jej dłonie i przytrzymał nad głową po czym brutalnie w nią wszedł
- Aaaa!!! - krzyknęła z bólu - Julian, to boli....
- Jak mogłaś... - dyszał napierając na nią raz za razem - Jak mogłaś mi to zrobić...
- Nie... To nie tak... - mówiła błagalnym tonem - Wytłumaczę ci, ale przestań...Porozmawiajmy...
- Nie przestanę. Z tobą to niemożliwe... - wyszeptał, a jego ruchy były coraz brutalniejsze i szybsze. W pewnym momencie,

150




nie przerywając, rozsunął jej nogi jeszcze bardziej, wsuwając dłoń pomiędzy jej uda. Zaczął ją pieścić dzięki czemu ból zmieniał się w rozkosz. W pewnej chwili naparł na Monikę mocniej, po czym opadł twarzą w jej włosy. Po chwili, kiedy udało mu się wyrównać oddech, powiedział
- Od dzisiaj śpię tutaj. Zostawiam ci sypialnię.... - zamarła.
- Nie rób tego... - skomlała - Proszę.... Nie odsuwaj się ode mnie.... Julian, najdroższy...
- Ja? - roześmiał się ironicznie - Ja się od ciebie odsuwam? Wolne żarty.. - wstał i zaczął się ubierać. Ledwo skończył, kiedy zabrzmiał głos dzwonka do drzwi. Zszedł na dół, z kimś przez chwilę rozmawiał. Monika zaczęła się ubierać. Wszystko ją bolało. Po chwili Julian wszedł do pokoju, położył na stole kluczyk i jakieś dokumenty
- Tu są kluczyki do auta. Kupiłem sobie drugie. Myślę, że jeden nam nie wystarczy. Zostawiam ci mercedesa. Ja mam sportowe BMW, ty i tak szybko nie lubisz jeździć...
- Ale po co nam drugie auto? - zapytała
- Nie chcę być od ciebie zależny. Ty też nie musisz się ze mną liczyć jeśli chcesz gdzieś jechać
- A gdzie miałabym jechać? Oprócz Soni i

151




Krisa nie mam tu nikogo...
- Tak czy inaczej, rób co chcesz. A teraz chciałbym popracować.... - usiadł jak gdyby nigdy nic przy biurku i włączył komputer. Wiedziała, że nic tu po niej. Wstała, zebrała swoje ubranie i wyszła zamykając za sobą drzwi.
Monika nie bardzo wiedziała co zrobić dalej. Miała mętlik w głowie. Nie miała żadnej pomocy. Nie chciała niepokoić Soni. Z Julianem nie mogła porozmawiać. Czuła się tak strasznie samotna. Uświadomiła sobie, że do Polski też nie ma po co wracać. Myślała o tym, że przestaje panować nad sytuacją, że wszystko zaczyna się wymykać spod kontroli. Zdawała sobie doskonale sprawę z tego, jak impulsywny bywa Julian.
Sonia wpatrywała się w zapadający za oknem zmrok. Zastanawiała się co teraz dzieje się u Moniki. Martwiła się o nią. Może nie powinna być taka brutalna? Monika była tak naiwna. Pierwszy raz widziała, żeby postępowała tak nierozsądnie. Dlaczego boi się zajścia w ciąże? Przecież gdyby była rozsądna umiałaby sobie z tym poradzić. Kris wszedł do kuchni i położył jej dłoń na ramieniu
- O czym myślisz? Co jest na kolację? - zapytał rozglądając się
- A na kolacje

152




masz sałatkę z tuńczykiem w lodówce. Zaparzę ci herbaty.. - wstała i podeszła do czajnika
- A wiesz, że Frossard szuka pracownika do sklepu z winami w mieście? Otworzył taki mały, żeby turyści i goście nie musieli jeździć do winnicy, żeby kupić sobie dobre wino. Póki co sprzedaje tam Nadine, ale mówił że ciężko jej.
- Skąd o tym wiesz? - Sonia nie kryła zainteresowania
- Claire mi powiedziała jak kupowałem konfitury. Pytała czy może kogoś znam. Pytała czy może Monika....
Sonia spojrzała pytająco na Krisa. Głęboko westchnął.
- Tak, możesz do niej zadzwonić i spytać czy chce...
Monika położyła się do łóżka. Leżała po ciemku w wielkim łóżku, w którym czuła się podwójnie samotna. Widziała smugę światła wyglądającą z pokoju Juliana. Jeszcze pracował. Słyszała jak uderza palcami w klawiaturę. Chciałaby pójść i go przytulić. Nagle ostry dźwięk telefonu wyrwał ją z zadumy. Odebrała
- Soniu, to ty? - zapytała cicho - Co się stało?... Tak, mogę jutro przyjechać.... Nie, Julian nie przyjedzie. Mamy drugie auto... Później ci wytłumaczę... To pa... - odłożyła słuchawkę.
- Nie uwierzysz - powiedziała

153




Sonia do Krisa - Monika i Julian kupili drugie auto. To w sumie i dobrze. Niech każde ma swój... Monika jutro przyjedzie to jej powiem co i jak - Sonia poczuła wyrzuty sumienia - Tylko, że jak się Monika zgodzi, a sprawa wypłynie, to mnie Julian zabije....
- No nie sądzę skarbie. Miałby ze mną do czynienia. Ja mojej księżniczki skrzywdzić nie dam - odpowiedział Kris nalewając herbaty do kubków - Proszę, twoja herbatka - postawił przed Sonią kubek.
Julian usiłował skoncentrować sie na pracy ale bezskutecznie. Dopadły go wyrzuty sumienia z powodu tego, jak potraktował Monikę. Jednak jego złość i duma nie pozwalały na przeprosiny. Znalezienie tych tabletek bardzo go zabolało. Widział oczyma wyobraźni jak bawi się z synkiem lub córką. Jak dumnie prowadzi wózek, a obok idzie Monika. Jak spędzają czas w Valensole na wspólnym pikniku. I nagle dotarło do niego, że Monika tego nie chce. Że oszukiwała go nie wiadomo jak długo. Nigdy żadna kobieta, z którą był związany, tak go nie oszukała. Była to dla niego nowość. Sprawdził pocztę mailową. Wyrzucał reklamy
- O kurwa, jeszcze i to... - jego wzrok zatrzymał sie na mailu od Dawida.

154




Przypomniał sobie, że jakiś czas temu pisał mu, że kupił Monice dom i że planuje parapetówkę w październiku. Uświadomił sobie, że nie odwołał tego i że zaprosił wstępnie też Tima. Zaczął czytać, a kiedy skończył, podparł się na łokciach, ukrył twarz w dłoniach i ciężko westchnął. Wyszedł z pokoju, spojrzał w kierunku drzwi sypialni. Wewnątrz panowała ciemność. Domyślił się, że Monika poszła spać. Stanął na progu i lekko pchnął drzwi. Smuga bladego światła padła na jej twarz. Zauważył, że poduszka jest mokra
- Płakała... - pomyślał i posmutniał. Wiedział, że to jego wina.
Na drugi dzień Monika od rana krzątała się w kuchni. Zrobiła śniadanie i czekała na Juliana. Nie wiedziała czego może się po nim spodziewać. Usłyszała jak schodzi po schodach. Spojrzał na stół i na nią
- Nie jestem głodny - powiedział spokojnie - Muszę jechać do pracy. Mam kilka projektów do opracowania. Nie chcę zostawiać tego wszystkiego Janette. I tak ostatnio dużo na nią spadło. Muszę ją odciążyć - Monika zauważyła, że unikał kontaktu wzrokowego - Zrobię sobie jakąś kanapkę - wziął kawałek chleba i zaczął

155




powoli rozsmarowywać masło - A to wczoraj.... - nie potrafił jej spojrzeć w oczy - Ja wiem, że ty nie chciałaś, ale nie mogłem się powstrzymać... Nie powinienem był tego robić...
Popatrzyła na niego ale nic nie odpowiedziała. A Julian właśnie czekał na jej słowa wybaczenia. Niestety, nie padły.
Kiedy Julian pojechał do biura, Monika wsiadła do auta i pojechała do Valensole. Miała czas by przemyśleć ostatnie wydarzenia. Postanowiła, że zostawi sprawy swojemu biegowi i zobaczy co z tego wyjdzie. Stwierdziła, że to najlepszy pomysł w sytuacji, w której się znalazła. Sonia wybiegła by ją powitać.
- Monia, jak ja się cieszę, że cię widzę - złapała przyjaciółkę za rękę i niemal siłą zaciągnęła do ogrodu - Nie masz pojęcia jak się stęskniłam.
Kiedy usiadły przy herbacie, Sonia powiedziała
- Wiesz co, sprawa jest. Armand szuka pracownika do sklepu z winnicy. Myśli o otworzeniu drugiego, małego w Marsylii. Póki co nie ma pracownika w Valensole - spojrzała na Monikę - Może byś chciała? Kiedyś wspominałaś, że chciałabyś pracować i nie być zależną od Juliana - uśmiechnęła się - Chociaż ja nie widzę w tym nic

156




złego
- Ja? - Monika nie kryła zaskoczenia - Ja bardzo chciałabym pracować. On by mnie najchętniej zamknął w domu. A ja chcę wychodzić do ludzi. Czuję się taka samotna...
- No bo czego jak czego, ale pieniędzy Julian ci nie będzie żałował...
- Wiem, ale to nie tylko o pieniądze tu chodzi - powiedziała Monika
- To co, mam zadzwonić do Armanda? - zapytała rzeczowo Sonia - A Julianowi powiesz? W obecnej sytuacji lepiej żeby wiedział i to od ciebie
- Tak. Powiem. Ja zadzwonię do Armanda...
- Mam lepszy pomysł - powiedziała po namyśle Sonia - Pojedziemy do niego. Tak będzie najlepiej
Tak też zrobiły. Monika czuła niepokój kiedy wjechały na teren winnicy. Zatrzymały się przed domem. Drzwi do piwnicy były otwarte. Kiedy weszły zobaczyły Armanda przeglądającego regały z butelkami. Spojrzał w ich kierunku. Czuł, że serce bije mu szybciej.
- Dzień dobry - powiedział cicho - Miło was widzieć - odstawił butelkę i podszedł bliżej - Zapraszam do domu, Nadine się ucieszy..
- My w sprawie pracy w twoim sklepie - zaczęła Sonia, gdy wszyscy usiedli do stołu z sokiem ze świeżo wyciśniętych owoców. Spojrzał na nią badawczo
- No tak,

157




rzeczywiście szukam pracownika. Do dwóch sklepów. W winnicy i w Valensole. Nadine - spojrzał na siostrę - Póki co jakoś sobie radzi w winnicy, ale w Valensole... - usiłował odgadnąć o kogo może chodzić, w głębi serca chciał by o Monikę
- Ja szukam pracy - powiedziała - Zatrudnisz mnie? Nie mam doświadczenia ale szybko się uczę...
Mimo, że chciał to usłyszeć, zaskoczyła go. Chwile milczał usiłując zebrać myśli.
- Dobrze - odpowiedział po namyśle - Mogę cię przyjąć na okres próbny. Dostarczę ci wszystkie materiały, powiem co jest najważniejsze i zapoznam z ofertą. Od kiedy mogłabyś zacząć? Sklep jest praktycznie gotowy, tylko personelu brak. Na początku byłaby z tobą Nadine...
- Może być od przyszłego miesiąca? - zapytała Monika
- Jasne - odpowiedział Armand, wyjął z szuflady plik dokumentów i podał je Monice - Na razie przeczytaj to. Tu są bardzo istotne rzeczy. Reszty nauczysz się od Nadine w sklepie. Z pewnością sobie poradzisz - uśmiechnął się do niej serdecznie - To teraz napijmy się czegoś..
Wracały w kompletnej ciszy. W końcu Sonia ją przerwała
- Monika, ale ja ci rozmowy z Julianem nie zazdroszczę.

158




Kiedy to już zrobiłyśmy powiem ci, że się boję. Julian bywa nieobliczalny. A sama wiesz jak jest o ciebie zazdrosny. Nie wiem teraz czy to był dobry pomysł z tą winnicą. Właściwie to nie chodzi o winnicę ale o Armanda
- Wiem, ale nie zmienię zdania - odparła Monika - Dzisiaj z nim porozmawiam. Mam nadzieję, że zrozumie, chociaż wiem, że się nie ucieszy - spojrzała na zamyśloną Sonię - Nie martw się, nie powiem skąd wiedziałam o tej pracy - Monika czytała w myślach przyjaciółki. Sonia rzeczywiście bała się reakcji Juliana. Było jej trochę wstyd, gdyż wiedziała, że tak naprawdę Monikę czekała po prostu awantura. Zastanawiała się czy przyjaciółka naprawdę nie zdaje sobie z tego sprawy, czy po prostu nie chce jej martwic. Wolała nie zgłębiać tematu. Monika do domu wróciła późnym wieczorem. Julian siedział w salonie. Czekał na nią.
- Gdzie byłaś? - zapytał z wyrzutem
- W Valensole. U Soni - odparła spokojnie
- Nieprawda. Dzwoniłem tam. Kris powiedział, że Sońki nie ma i nie wie gdzie jest. A twój telefon jest tutaj! - wskazał na leżący na stole telefon.
- Prawda. Byłam cały czas z Sonią, Julian - wzięła go za

159




rękę i powiedziała spokojnie - Nie denerwuj się. Naprawdę z nią byłam. Nie siedziałyśmy w domu więc Kris nie wiedział. Nie było nas jak wrócił. Pojechałyśmy do... - urwała zastanawiając się jak najdelikatniej go o tym poinformować, czy nie przełożyć tego na później. Popatrzył głęboko w jej oczy, po czym zapytał ledwo słyszalnym głosem
- Gdzie pojechałyście? Do winnicy? - spojrzał jej w oczy z obawą, a głos mu zaczynał się łamać - Do niego pojechałaś? - nie miała pojęcia jak udało mu się to odgadnąć. Postanowiła jednak nie zwlekać
- Tak. Byłyśmy w winnicy, bo Armand szuka pracownika do sklepu. Zatrudnił mnie... - zobaczyła jak zbladł - Ale kochanie, ja chcę pracować. Czuję się taka samotna, kiedy ty jesteś w pracy. Nie znam tu nikogo. Będę między ludźmi - mówiła szybko. Objęła go rękoma i czule przytuliła - Proszę, nie gniewaj się na mnie. Zrozum, to tylko czasowo...
Julian stał jakby rażony piorunem. Słowa Moniki zdawały się do niego powoli docierać. Przez chwilę nawet przemknęło mu przez myśl, że może Armand usiłuje zrobić to, o co go prosił w szpitalu. Miał mętlik w głowie. Odsunął ją od

160




siebie i spojrzał w oczy
- Co ty mówisz? - zapytał szeptem - Chcesz mnie zostawić? Chcesz odejść? Do niego? - głos mu drżał
- Nie chcę nigdzie odchodzić! - gwałtownie zaprzeczyła - Kocham tylko ciebie i tylko z tobą chcę być. Ale też chcę pracować. Chcę się czymś zająć...
- Będziesz się zajmowała Armandem? - rzucił cynicznie - Będziesz mieszkać w Valensole? Bo chyba nie będziesz dwa razy dziennie pokonywać trasy Marsylia - Valensole? - rzeczywiście, o tym ani ona, ani Sonia nie pomyślała. Zaskoczył ją. Monika nie wiedziała co powiedzieć. Ta chwila wystarczyła, by Julian dopowiedział sobie resztę.
- A może zamieszkasz u niego? Mieszkanie zapewnia wraz z pracą? - zapytał z pogardą
- Julian, jesteś nie w porządku zadając mi takie pytanie... - próbowała się bronić
- I nie zamierzam być w porządku! - krzyknął nagle - Monika, w co ty ze mną pogrywasz?!
- W nic! - podniosła głos - Też chcę czegoś więcej niż bycie narzeczoną właściciela największej agencji nieruchomości we Francji. Chcę mieć własne pieniądze. Nie pomyślałeś, że ja też mogę mieć jakieś aspiracje? - zapytała
- Co ty mi pierdolisz?! -

161




krzyczał - Aspiracje?! W sklepie z winami?! Już nie mogłaś czegoś lepszego wymyślić? Masz dostęp do mojego konta, możesz wydawać na co tylko chcesz i ile chcesz! - po chwili się trochę uspokoił i dodał - Monika, chciałbym ci wierzyć ale, na Boga, nie jestem idiotą. O przystojnym, młodym właścicielu winnicy słyszy się nawet tu, w Marsylii. Najlepsza partia w okolicy. Wiem, jak taki potrafi działać na kobiety. Wiem, do czego taki facet może być zdolny, żeby zdobyć kobietę... - urwał, bo zrozumiał, że się pogrąża
- Tak - przytaknęła - To akurat wiesz bardzo dobrze...
- Nie to chciałem powiedzieć... - dodał znacznie spokojniej - Wiesz o co mi chodzi - chwilę oboje milczeli.
- Dobrze - powiedział po namyśle - Rób co chcesz. Ja ci już nie będę niczego zabraniał. Moje zdanie znasz... - odwrócił się i poszedł na górę.
Monika została sama. Poszła do kuchni, zaparzyła herbatę. Zrobiła sobie kanapkę i usiadła przy stole.
- Nie mogę ustąpić - myślała - Tak bardzo go kocham, ale czemu on nie może pojąć, że chcę coś dla siebie zrobić. Pracować w jego firmie? Jak by na mnie inni patrzyli? Narzeczona szefa... Każdy pewnie

162




obchodziłby się ze mną jak z jajkiem - wstała, ułożyła naczynia w szafce, wytarła stół i poszła na górę. Julian siedział w swoim pokoju przed komputerem. Na biurku miał rozłożone jakieś dokumenty. Pracował. Monika chwilę na niego patrzyła, po czym poszła do łazienki. Biorąc prysznic chciała, by do niej przyszedł i czule ją przytulił. Tak potrzebowała jego ciepła i bliskości. Niestety, nie przyszedł.
Z czasem ich relacje uległy zdecydowanej zmianie. Julian stał się oschły i zdystansowany. Owszem, nie kłócili się już, ale można było wyczuć wyraźnie, że się od siebie oddalili. Rozmowy między nimi stały się bardziej oficjalne. Ktoś postronny mógłby pomyśleć, że w tym domu mieszka dwoje obcych ludzi.
Któregoś dnia Monika obudziła się później niż zwykle. Spojrzała na zegarek
- Cholera, już 7.30! - wstała i szybko zbiegła na dół. Chciała zrobić Julianowi śniadanie ale się spóźniła. Czegoś szukał w lodówce. Miał na sobie czarne spodnie, białą koszulę i bordowy krawat. Wyglądał tak pociągająco. Na stole stała świeżo usmażona jajecznica posypana szczypiorkiem. Obok, w koszyczku, na białej, haftowanej

163




serwetce - chleb, dalej talerzyk z serem i wędlinami. Do tego dzbanek soku pomarańczowego. Julian spojrzał na nią i powiedział obojętnie
- Zrobiłem ci śniadanie. Ja już wychodzę. Smacznego i do widzenia...
Podeszła do niego szybko, położyła mu dłonie na ramionach i powiedziała
- Skarbie, bardzo dziękuję... - sprawnie się wyswobodził z jej rąk. Wziął marynarkę z krzesła i skierował się do drzwi. Nagle się zatrzymał jakby sobie o czymś przypomniał. Otworzył swoją skórzaną aktówkę i wyjął z niej pięknie zdobioną kopertę. Położył na stole i powiedział
- Kupiliśmy to z Krisem dawno temu. Miała być niespodzianka ale teraz nie wiem już czy się ucieszysz... - to mówiąc wyszedł. Monika powoli wzięła kopertę. Wyjęła z niej dwa podwójne zaproszenia na Sylwestra w Monte Carlo, w hotelu Hermitage. Ulubionym hotelu Juliana. Do biletów dołączona była rezerwacja hotelowa. Spojrzała na datę - to był tygodniowy pobyt. Przypomniała sobie swój wcześniejszy pobyt w tym hotelu. Juliana wracającego z nocnej imprezy, kiedy ona i Sonia dogorywały po zakrapianym wieczorze w kasynie. Był taki męski i seksowny. Pamiętała jak

164




wyszedł z łazienki owinięty na biodrach samym ręcznikiem. Nadal był tym błękitnookim, niesamowicie zmysłowym i przystojnym mężczyzną, w którym się zakochała. Teraz była jego narzeczoną, a mimo to miała wrażenie, że wtedy była mu bliższa. Czy Julian chce, by to ona podjęła decyzje o wyjeździe do Monte Carlo? Pomyślała jednak, że do Sylwestra zostało jeszcze wiele czasu. Czasu do namysłu. Zjadła przygotowane dla niej śniadanie po czym poszła do salonu, usiadła na kanapie ze szklanką soku w ręku i zaczęła czytać materiały, które dostała od Armanda. Była zagłębiona w lekturze, kiedy usłyszała dzwonek do drzwi. Poszła otworzyć. W drzwiach stała Janette
- O, Janette, witaj! - uśmiechnęła się i szeroko otworzyła drzwi - Wejdź, proszę...
Janette z zaproszenia skwapliwie skorzystała, a Monika zauważyła, że ma niewyraźna minę.
- Czy coś się stało? - zapytała z troską - Coś z Julianem?
- Nie, szefowi nic nie jest.. - Janette chwilę milczała, po czym spojrzała na Monikę i powiedziała - Niech mu pani nie mówi, że tu byłam bo mnie zabije..
- Nie powiem, masz na to moje słowo, ale powiedz wreszcie o co chodzi - Monika

165




sie niecierpliwiła
- Wie pani, on ostatnio bardzo długo siedzi w pracy. Całymi dniami od rana, do niemalże wieczora... - zaczęła
- Wiem - Monika utkwiła wzrok w podłodze - Mamy po prostu ostatnio trochę problemów..
- No właśnie... - ciągnęła Janette - Bo wie pani, to nie moja sprawa ale zdarzyło mi sie wejść do jego gabinetu bez pukania. Kilka razy. I widziałam... widziałam jak płakał...
Monika pobladła. Tego się nie spodziewała. Trudno było jej uwierzyć, że to praca u Armanda była powodem jego łez.
- Pani wie - mówiła Janette - Że pan Julian rzadko płacze. Powiem pani szczerze, ja go pierwszy raz widziałam w takim stanie...
Monika położyła rękę na dłoni Janette. Nie wiedziała co powinna powiedzieć i jak się zachować.
- Janette - rzekła po dłuższym namyśle - Bardzo ci dziękuję, że mi to powiedziałaś. Mam nadzieję, że niedługo się to skończy
- I jeszcze jedno - Janette spojrzała smutnie na Monikę - To pani zdjęcie, które stało na jego biurku... On je schował...
- Nie szkodzi - odpowiedziała Monika, chociaż zrobiło jej się przykro.
Po wyjściu Janette, opadła na kanapę. Miała mętlik w głowie. Sprawy

166




komplikowały się coraz bardziej. Bała się, że dojdzie do takiego momentu, że nie da się już ich rozwiązać.
- Co robić? Co robić? - myślała ale nic nie przychodziło jej do głowy. Postanowiła na razie o tym nie rozmyślać. Zadzwoniła do Soni
- Soniu, to ja. Powiedz mi, czy ty coś wiesz o biletach na Sylwestra do hotelu Hermitage w Monte Carlo?
- Nie. A co, idziecie? - Sonia była podekscytowana
- Julian dał mi dzisiaj dwa podwójne zaproszenia i powiedział, że kupili je z Krisem już dawno, więc myślałam, że coś wiesz..
- Czekaj, czekaj.. Faktycznie, Kris mi kiedyś mówił, że Sylwestra spędzimy z wami w miejscu, które nam się bardzo spodoba, ale nie chciał powiedzieć gdzie. Prawie o tym zapomniałam. Więc o to chyba chodziło...
- I co? Idziemy? - zapytała Monika - Bo Julian chyba mi pozostawił decyzję. I nie wiem co ty na to?
Sonia nie kryła ekscytacji
- Monia, jasne, że jedziemy! Co będziemy tu robić? Domówkę zrobimy? - odparła jednym tchem - Dawaj, jedziemy. Zabawimy się. A to tylko Sylwester jest?
- Nie, to tygodniowy pobyt - odparła Monika
- No to cudownie! A to mi Kris zrobił niespodziankę! - po chwili dodała - Wam też to

167




dobrze zrobi. Uwierz mi, dobrze będzie. Jedźmy razem, ok?
Po drugiej stronie przez chwilę panowała cisza. Po namyśle Monika powiedziała
- Dobrze, powiem mu, że też chcę pojechać. Mam nadzieję, że się ucieszy.
- I tego się trzymajmy. Jak znam Juliana to tak będzie. Muszę kończyć bo mi się zupa przypali, a robię według nowego przepisu. Ciao, kochana... - Sonia się rozłączyła
- Ciao...
Julian ślęczał nad ofertami sprzedaży, kiedy zadzwonił telefon. Niechętnie odebrał
- Tak, Janette?.. Kto?.... O Boże, jeszcze mi tego trzeba było... Dobrze, wpuść ją - westchnął
Do gabinetu weszła młoda dziewczyna, nie miała więcej niż 25 lat - jak pobieżnie ocenił Julian
- Ładna buzia - pomyślał. Wstał, wyszedł zza biurka, podał jej rękę
- Klara Lorrain - uścisnęła jego dłoń
- Miło mi. Proszę, niech pani usiądzie - wskazał fotel przy stojącym niedaleko okrągłym stoliku w stylu wiktoriańskim - Janette! - krzyknął - Zrób nam dwie kawy - spojrzał na Klarę - Napije się pani ze mną? - zapytał
- Tak. Bardzo chętnie - uśmiechnęła się promiennie
Janette uchyliła drzwi
- Dobrze, już robię - i poszła. Julian rozsiadł sie

168




wygodnie w fotelu, spojrzał z zaciekawieniem na dziewczynę
- To co panią do mnie sprowadza? - zapytał
- Jak pan wie, pracuję w redakcji miesięcznika "Moja Prowansja". Przygotowujemy cykl reportaży o ludziach, którzy osiągnęli sukces zawodowy, a zamieszkują w naszym rejonie. Chciałabym, aby i pan znalazł sie w grupie tych, z którymi przeprowadzimy wywiad.
Julian zamyślił się, pokiwał z uznaniem głową.
- No, pomysł dobry. I uznała pani, że ja jestem odpowiednią osobą do takiego reportażu? - drzwi sie otwarły i weszła Janette niosąc srebrną tacę z filiżankami świeżo zaparzonej kawy
- Proszę - uśmiechnęła się serdecznie do Klary
- Dziękuję - ta jednak nawet na nią nie spojrzała
- Dziękuję Janette - sekretarka musiała się zadowolić szczerym uśmiechem szefa. Odchodząc rzuciła Klarze - jak to miała w zwyczaju, kiedy ktoś ją zlekceważył - pogardliwe spojrzenie, którego ta nie miała, na szczęście, możliwości dostrzec.
- Ależ oczywiście! - Klara była pełna zapału - Myślę, że jest pan idealnym kandydatem. Mieszka pan od lat w Marsylii, a teraz dodatkowo zamierza zamieszkać w Valensole
Julian spojrzał na nią

169




badawczo
- Skąd ona o tym wie? - pomyślał - Kto mógł jej takiej informacji udzielić?
- A skąd ta informacja? - zapytał ostrożnie licząc, że dostanie odpowiedź. Mylił się.
- Wie pan - uśmiechnęła się - Dziennikarze mają swoje źródła. Zresztą miasteczko Valensole jest naprawdę wyjątkowe - powiedziała
- Tak? A dlaczego? - zapytał zaciekawiony
- Bo jest małe, a mimo to w naszych reportażach znajdzie się aż trzech jego mieszkańców
Julian spojrzał uważnie na dziennikarkę
- Kogo ma pani jeszcze na myśli? - zapytał ostrożnie
- Zgodę wyraził pan Armand Frossard oraz pana przyjaciel, Kris.. - zaczęła ale jej przerwał
- Frossarda też chcecie opisać? - zapytał z niedowierzaniem - Czemu mi pani o tym wcześniej nie powiedziała? - zapytał z wyrzutem
Spojrzała na niego pytająco
- A to dla pana jakiś problem? - zaciekawiła ją reakcja Juliana. Pojął, że może sobie zaszkodzić
- Nie, pijawko - pomyślał - Nie dostarczę ci tematu do tego twojego piśmidła. Nie licz na to. Wyprostował się na fotelu i dodał
- Ależ oczywiście, że nie. Z panem Frossardem poznaliśmy się, kiedy przejął winnicę po ojcu. Po prostu mnie pani

170




zaskoczyła - wziął głęboki wdech - Cieszę się, że na waszą uwagę zasłużył również mój przyjaciel - dodał nie bez ironii
- Tak więc, czy mogę liczyć na pana zgodę? - zapytała rzeczowo
Chwilę myślał. Miał już doświadczenie w kontaktach z mediami. Wywiad to nie była dla Juliana nowość. Zdawał sobie doskonalę sprawę, jak wielką siłę mają media.
- Dobrze. A jakby to miało wyglądać? Wywiad, czy również sesja fotograficzna?
- No, nasze reportaże zakładają również sesję zdjęciową - powiedziała - Chcielibyśmy, żeby była w plenerze, na przykład w Valensole. No i czy byłaby możliwość, żeby uczestniczyła w niej pana narzeczona? - Julian spojrzał z niedowierzaniem na Klarę
- Kto, do jasnej cholery - myślał w duchu - Sypnął? Skąd ona wie, że Monika jest moją narzeczoną? - Widzę, że macie bardzo dobre źródła informacji - powiedział po namyśle - Co do mojej narzeczonej, to ona podejmie decyzję o udziale w sesji. Zapytam ją. Jeśli się nie zgodzi, będzie sie pani musiała zadowolić moją obecnością. I żadnej sesji w Valensole. To jest nasza prywatna posiadłość. Jak z pewnością pani wie, jeszcze w niej nie

171




mieszkamy. Tak więc zapraszam do mojego mieszkania tu, w Marsylii.
Klara była nieco zawiedziona
- I nie zmieni pan zdania? - zapytała z nadzieją
- Nie sądzę. Chcę poszanowania moje prywatności. Nie będzie żadnych zdjęć w Valensole - był zdecydowany
- Ale chyba wspomnieć o tym mogę?
- Dobrze. Kilka zdań i to wszystko. A kiedy miałoby to być? Bo mam dużo pracy...
- Myślę, że na przyszły tydzień moglibyśmy się umówić - powiedziała z nadzieją - Czy piątek byłby dniem odpowiednim?
Julian podszedł do biurka i podniósł słuchawkę
- Janette, sprawdź, czy nie mam w piątek i sobotę żadnych spotkań - powiedział - Nie? Dobrze - odłożył słuchawkę - Dobrze, może być w piątek. Jutro do pani zadzwonię i powiem czy moja narzeczona zgodzi się na udział w sesji.
Klara wstała. Wyjęła z torebki wizytówkę
- Proszę - podała Julianowi - To moja wizytówka. Czekam na pana telefon. To do zobaczenia - podała mu rękę. Już miała wyjść jednak na chwilę się zatrzymała, spojrzała na Juliana i z uśmiechem dodała - Szczęściara z tej pana narzeczonej - i wyszła
- Do widzenia - odparł szorstko
Kiedy zniknęła za drzwiami jego gabinetu,

172




wyszedł do Janette
- Zapisz, że w piątek mam wywiad dla tego jej piśmidła - dodał lekceważąco - Potrzebne mi to jak dziura w moście ale co zrobić. Wypada się czasem w mediach pokazać
Janette podparła się na łokciach i powiedziała
- Oliwier mówił, że wredna. Kiedyś robiła wywiad z jego ojcem
- Tak? - Julian zdawał się być zaskoczony - Wrażenie zrobiła nawet korzystne. Ale sporo wiedziała. Ciekawe skąd?
- Wie pan, dziennikarze zawsze wiedzą za dużo. Tego się nie przeskoczy...
- I chce, żeby Monika wzięła udział w sesji - powiedział, jakby czekając na opinię Janette
- Tak? - nie kryła zaskoczenia - A po co?
- Nie wiem. Ale to Monika podejmie decyzję. Jak nie zechce, to panienka będzie musiała się ograniczyć do mojej osoby. Dobrze Janette, a co jeszcze jest dzisiaj do załatwienia? - sekretarka otworzyła spory notes
- Już panu mówię...
Julian wrócił do domu w ponurym nastroju. Zorientował się, że Moniki nie ma. Nie chciało mu się już nawet jej szukać.
-Niech sobie robi, co chce - pomyślał i poszedł do salonu. Opadł na kanapę. Ostatnie dni były dla niego trudne. Wziął telefon do ręki, wybrał numer
- Dzień dobry

173




mamo...
- Synku, jak się cieszę, że dzwonisz - głos mamy był jak zwykle ciepły i serdeczny - Co u was słychać?
- Nic ciekawego - odparł, ale matka wyczuła w głosie syna smutek
- Kochanie, słyszę, że coś jednak jest nie tak, prawda?
Po drugiej stronie zapanowała cisza. Po chwili Julian się odezwał
- Tak. Masz rację. Nasz związek przechodzi kryzys... - powiedział cicho
- Synku, co ty mówisz? - matka była w szoku. Widziała jakim uczuciem się darzą i nie do pojęcia dla niej było, żeby coś mogło między nimi się popsuć - Co się stało? Coś z Moniką?
- Nie wiem mamo jak dalej będzie. Oddalamy się od siebie. Dzwonię do ciebie, bo nie mam z kim o tym porozmawiać, a muszę się komuś zwierzyć, bo oszaleję...
- Dobrze, że do mnie dzwonisz. Powiedz, w czym problem...
- Mamo, znalazłem w torebce Moniki tabletki antykoncepcyjne - zaczął - Ona nie chce mieć dzieci. Nie powiedziała mi o tym. To był przypadek...
- Ale dlaczego nie chce? Mówiła ci? Jaki jest powód tej decyzji? - zapytała z troską
- Nie... - powiedział i uświadomił sobie, że właściwie nie zna powodów - Nie chciałem jej słuchać. Powiedziała, że nie chce. A wiesz, że

174




ja bardzo chciałbym. I jakby tego było mało... - urwał
- Co jeszcze?
- I jeszcze zaczyna pracować... U Frossarda. On ma winnicę w Valensole...
- No i co w tym złego, że chce pracować? - matka nie mogła zrozumieć jak to może być problemem
- Nie w tym rzecz, że chce pracować. Ale mamo... On.. On jest młody, przystojny... I jak ja byłem w szpitalu, to on był u mnie...
- Był i co? Tak sam z siebie przyszedł? Przecież to on, o ile wiem, niemalże uratował ci życie. Ja temu człowiekowi będę dozgonnie wdzięczna
- Mamo - Julian był poirytowany - Monika będzie u niego pracować. Będzie go codziennie widywała. A my przechodzimy kryzys. Wiesz jak to się może skończyć? A jak był w szpitalu - Julian wziął głęboki wdech - To ja go poprosiłem, żeby ją stąd zabrał, wiesz, żeby nie marnowała czasu na inwalidę - ściszył głos - Ja go prosiłem o to samo co i ciebie...
Po drugiej stronie zapadła cisza
- Mamo, jesteś tam? - zapytał
- Synu - odpowiedziała po namyśle - Czyś ty zupełnie oszalał? Czemu nie umiecie usiąść i porozmawiać? Czemu spokojnie nie wysłuchasz tego co ci powie? Jak umotywuje swoją decyzję? Bo nie mam wątpliwości,

175




że powód musi być poważny. A znając ją, wykluczam brak uczucia do ciebie. Jeśli tyle już wytrzymała i cię nie zostawiła, to raczej się to nie zdarzy z powodu tego, że podejmie pracę u tego chłopaka.
- Tak, ale ty nie rozumiesz... Ona mu się podoba. Ja to wiem.
- Ona się jemu podoba. No i co z tego? Jest piękną dziewczyną i pewnie nie tylko jemu się podoba. I co w związku z tym? - matka próbowała uświadomić Julianowi niedorzeczność jego twierdzeń - Zamkniesz ją w domu, żeby nikt jej nie oglądał? Julian, zejdź na ziemię. Przecież sam jesteś młody i przystojny i z pewnością podobasz się kobietom. Czy to jednak znaczy, że Monika ma ci zabronić wychodzić z domu, żeby żadna inna na ciebie nie patrzyła? Dziecko, to jest chore...
Przyznał jej w duchu rację. Nigdy tak na to nie patrzył. Rzeczywiście, zdawał sobie sprawę, że i za nim kobiety się oglądają ale nigdy nie zastanawiał się jak radzi sobie z tym Monika, tym bardziej siedząc w domu, kiedy on jest w biurze albo gdzieś w rozjazdach. Poczuł wyrzuty sumienia.
- To co mi radzisz? - zapytał
- Julian, synku, ja radzę, żebyś z nią szczerze porozmawiał. Zapytaj wprost,

176




dlaczego nie chce mieć dzieci. I jak ci poda konkretny powód, wtedy spróbujcie to jakoś rozwiązać. Ja wierzę, że wszystko się ułoży. Ale podstawą każdego związku jest dialog i szczerość. Kiedy tego zabraknie, związek nie ma szans. Więc jeśli ci zależy na Monice, a nie mam wątpliwości, że tak, to porozmawiaj z nią. Obrażanie się i ciche dni nie rozwiążą sprawy. I nie broń jej pracy. Daj jej trochę wolności. Nie zamykaj w złotej klatce. Klatka jest zawsze klatką i nie ma różnicy czy z drutu, czy ze złota. Pamiętaj o tym...
- Dobrze mamo. Dziękuję ci za radę. Porozmawiam z nią. Zrobię, co mi powiedziałaś. Mam nadzieję, że się porozumiemy. Bo byłem... Byłem dla niej ostatnio podły...
- Dziecko, zrób to jak najszybciej. Nie odwlekaj tego... - to co mówił ją przerażało
- Do widzenia. I dziękuję - powiedział z ulgą
- Do widzenia synku. Trzymam za was kciuki. Pamiętaj, jestem w wami całym sercem...
- Tak wiem i dziękuję ci za to - odłożył słuchawkę. Dzięki rozmowie z matką odczuł ulgę. Zawsze mógł liczyć na jej wsparcie. Myślał o tym, co mu powiedziała. Spojrzał na to oczami Moniki. Matka miała rację.

177




Usłyszał przekręcanie klucza w zamku. Wiedział, że Monika wróciła. Już nawet nie interesowało go gdzie była
- Monika? - zapytał
- Tak, to ja - weszła do salonu. Spojrzał na nią
- Musimy porozmawiać.....
Sonia usiadła na kanapie koło Krisa. Spojrzała mu w oczy, pocałowała czule i promiennie sie uśmiechnęła. Kris odłożył książkę i spojrzał podejrzliwie na narzeczoną
- Kotku, nie widziałem żadnych wgnieceń na aucie, więc...
- No wiesz! Jak możesz - udała oburzenie - To ja się już nie mogę do ciebie przytulić?
- Och skarbie, byłoby to nawet ze wszech miar pożądane! Gwarantuje, że nie będę protestował... - roześmiał się
- Wiesz - pogładziła go po twarzy - Już wiem o Sylwestrze. Kochany jesteś...
- O, widzę, że Julian nas sypnął. Kiedy ci powiedział?
- Monika mi powiedziała. Julian dał jej zaproszenia - uśmiechnęła się
- No i rozumiem, że wyjazd ci odpowiada? Sądząc po twojej minie, nawet bardzo - fakt, że niespodzianka się udała sprawił mu nieukrywaną radość
- Tak! Pewnie, że mi odpowiada! - dodała z radością
- Tylko ja widzę teraz następny problem.. - zaczął
- Jaki? - spoważniała
- No w co ty się

178




ubierzesz? Przecież nie pójdziesz w tej złotej sukni sprzed dwóch lat? To by uwłaczało twojej godności, jako mojej narzeczonej...
- No właśnie. Ja nie mam sukienki - powiedziała niepewnie - Muszę cos kupić...
- To kiedy planujesz zakupy? - zapytał wracając do lektury
- No pewnie wkrótce...
- Może w przyszłym miesiącu? - zapytał nie odrywając wzroku od gazety
- A dlaczego akurat wtedy? - zapytała
- Bo będę wtedy w Paryżu. Mam trochę pracy, więc jakbyś chciała to mogłabyś polatać po paryskich butikach. A wiem jak to lubisz - spojrzał na narzeczoną. Zobaczył w jej oczach znajomy błysk
- Jasne!! Super, że o mnie pomyślałeś! - ucieszyła się i klasnęła w dłonie - Będą zakupy w Paryżu!
- Monika, chciałem porozmawiać - Julian nie bardzo wiedział jak zacząć, kiedy usiadła na przeciw niego na fotelu - Chciałbym zrozumieć....
- Co takiego chcesz wiedzieć? - nie kryła zaskoczenia
Splótł dłonie na kolanach, chwilę milczał, po czym spojrzał jej głęboko w oczy i zapytał
- Powiedz mi, ale tak szczerze, dlaczego nie chcesz mieć dzieci? Dlaczego kiedyś, a nie teraz? Pozwól mi zrozumieć... Bo to, co się ostatnio dzieje... -

179




westchnął - Ja już tej atmosfery znieść nie mogę...
Utkwiła wzrok w podłodze. Takiego pytania się nie spodziewała. Usiłowała pozbierać myśli. Zastanawiała się jak najlepiej mu to przedstawić. Wstała i usiadła koło Juliana na kanapie, położyła rękę na jego splecionych dłoniach, spojrzała w oczy i powiedziała cicho
- Julian, ja bardzo chcę mieć z tobą dzieci, ale..
- Ale co? - niecierpliwił się
- Ale boję się.... - spojrzał na nią nie kryjąc zdziwienia, jednak Monika kontynuowała - Ja wiem jak to brzmi. Ale to strach. Widzisz, ja już raz straciłam dziecko. Drugi raz bym tego nie przeżyła. Gdyby się to powtórzyło, ja już bym nie chciała żyć... - urwała - Mnie by już na niczym nie zależało. Moje życie nie miałoby sensu. I ja się tego boję...
Julian utkwił wzrok w jej oczach, w których pojawiły się łzy
- Więc to nie chodzi o mnie?
- Nie, Julian. To chodzi o mnie. Proszę, postaraj się zrozumieć...
- Monisiu, ja wiem jak ci było ciężko. Najdroższa moja - ucałował jej dłoń - Ale lekarz mówił...
- Wiem, co lekarz mówił. Wiem, że muszę się przemóc. Ale potrzebuję czasu, by uwierzyć, że wszystko będzie

180




dobrze. Nie wiem, ale gdybym teraz zaszła w ciążę to popadłabym w panikę... Nie wyobrażam sobie tego. Dlatego prosiłam cię o czas. Rozumiesz?
Rzeczywiście. Matka miała rację. Ta krótka rozmowa wyjaśniła tak wiele, a Julianowi kamień spadł z serca. Myślał, jakim był idiotą, że nie zdecydował się wcześniej na taką szczerość.
- Rozumiem skarbie. Zrobimy tak jak będziesz chciała. Postaramy się o dziecko kiedy będziesz gotowa, ok? Ty zadecydujesz. Ja będę czekał.
- Dziękuję - zarzuciła mu ręce na szyję - Nie masz pojęcia jak wiele to dla mnie znaczy.
- I jeszcze jedno - westchnął, bo z tym akurat ciężej mu się było pogodzić - Nie mam nic przeciwko twojej pracy w winnicy. Jeśli chcesz, to pracuj u Armanda. Nie będę ukrywał, że nie jestem z tego powodu szczęśliwy, ale skoro ci na tym zależy... - westchnął
- Naprawdę? - spojrzała na niego zdziwiona - Nie masz nic przeciwko?
- Tak skarbie. Przez jakiś czas, na początku, zamieszkaj u Soni. Myślę, że wystarczy jakiś tydzień, by nasz dom doprowadzić do takiego stanu, żeby chociaż jeden pokój był gotowy do zamieszkania. Jutro pojedziemy do sklepu i wybierzesz sobie

181




meble. Podłączy się ogrzewanie, żebyś nie zmarzła i będziesz mogła tam mieszkać. Ja będę co jakiś czas wpadał na kontrolę - uśmiechnął się.
- Dziękuję.. - wyszeptała tylko
Obojgu naprawdę ulżyło. Sytuacja stała się klarowna i jasna. Julian musiał się pogodzić z faktem, że Monika potrzebuje czasu. Postanowił nie naciskać. Do niej należała decyzja. Postanowił nie wracać do tematu dziecka i zająć się innymi sprawami. Na koniec dodał
- Kotku, jest jeszcze jedna sprawa - zaczął - Musisz się przygotować na wywiad. Przyjdzie dziennikarka z ekipą i zrobią z nami wywiad - spojrzał na nią - Oczywiście jeśli tylko będziesz chciała. Jeśli nie, zrobią tylko ze mną
- Tutaj przyjdą? - zapytała zdziwiona
- Tak, kochanie, tutaj. Powiedziałem, że sama zdecydujesz czy weźmiesz udział w tym cyrku, czy nie.
- A ty byś chciał, żebym wzięła udział w tym wywiadzie?
- Tak. Ja bym chciał. Chciałbym się tobą pochwalić - powiedział - Wiem, że to jest próżne, ale chciałbym, żeby mi wszyscy zazdrościli takiego skarbu...
- Julian - roześmiała się - Nie przesadzaj! No ale jeśli chcesz, to chętnie wezmę udział w sesji -

182




pocałowała go w policzek - Pójdę przygotować coś do jedzenia - wstała i skierowała się do kuchni.
Julian wyprostował się na kanapie, przeczesał dłońmi włosy, głęboko westchnął. Wyjął z aktówki wizytówkę Klary, wybrał numer
- Witam... Tak, to ja. Chciałbym powiedzieć, że moja narzeczona zgodziła się wziąć udział w wywiadzie i sesji zdjęciowej. Tak więc czekamy na was w piątek o godzinie - spojrzał na zegarek - Proszę przyjść o dziesiątej.... Tak, to do widzenia.
- Kotku! - krzyknął - Szykuj się na piątek!
Monika stała przed otwartą szafą i borykała się z odwiecznym problemem kobiet
- Julian, a co ja mam włożyć? - zapytała przesuwając kolejne wieszaki - Bo chyba najlepsza będzie jakaś sukienka?
- Tak, kotku - Julian wszedł do sypialni poprawiając krawat - Sukienka to najlepszy pomysł - zerknął jej przez ramię i sięgnął do szafy - A co myślisz o tej? - wskazał wieszak z białą, lnianą sukienką z namalowanymi makami na spódnicy - Jest śliczna i myślę, że będzie pasowała do mojego grafitowego garnituru.
- Masz rację. Zdecydowanie tak - nagle usłyszeli dzwonek do drzwi.
- Otworzę, a ty dokończ się

183




ubierać - Julian zawiązał krawat i zszedł na dół. Otworzył drzwi, w których stała Klara z ekipą i promiennie się do niego uśmiechała
- Proszę wejść - otworzył szeroko drzwi i patrzył jak obsługa i fotograficy wnoszą lampy i sprzęt
- To gdzie możemy to rozłożyć? - zapytała Klara
- Ja myślę, że zrobimy to w salonie. Proszę tędy i na lewo - wskazał drogę. Klara nie kryła zachwytu nad idealnie dopracowanymi wnętrzami
- Pan sam dobierał detale wystroju mieszkania? Naprawdę robi wrażenie.
- Niestety, rozczaruję panią. Zatrudniłem do tego dekoratorów i to im zawdzięczam obecny wygląd
- A pana narzeczona? - Klara rozejrzała się szukając Moniki - Kiedy do nas dołączy?
- Zaraz zejdzie, proszę, niech pani siądzie - wskazał na fotel - Gdzie chcecie panowie, żebyśmy usiedli? - zapytał
- Może na kanapie, a Klara w fotelu obok? - zasugerował jeden z fotografów
- W porządku. Nie ma problemu - powiedział Julian. Klara usiadła i chwilę wpatrywała się w Juliana.
- Jest pan bardzo przystojnym mężczyzną - powiedziała - To naprawdę niepojęte, że jeszcze jest pan stanu wolnego
Julian spojrzał na nią nie kryjąc zdziwienia
- Ona

184




mnie normalnie uwodzi - pomyślał i odparł - A to jest już pytanie do wywiadu?
- Nie, to moje osobiste spostrzeżenie - uśmiechnęła się uwodzicielsko
- No ale jak pani dobrze wie, już niedługo się to zmieni - powiedział
- Tak, z pewnością. Pewnie pana narzeczona miała sporą konkurencję? - Klara była dociekliwa, jak każda dziennikarka
- Nie wiem czy tak było - odparł - Ja tam żadnej konkurencji dla Moniki nie widziałem - odparł zdecydowanie
Nagle spojrzeli w kierunku schodów i ujrzeli Monikę. Wyglądała oszałamiająco. Sukienka idealnie podkreślała doskonałą figurę i piękne, kasztanowe włosy, lekko podpięte z jednego boku i opadające falami z przodu. Julian czuł nieukrywaną dumę.
- Kochanie - wyciągnął do niej rękę - To jest pani Klara Lorrain
- Miło mi - Monika uścisnęła serdecznie rękę Klary
- No to możemy zaczynać? - Klara spojrzała na ekipę
- Tak, oczywiście...
- My też jesteśmy gotowi - powiedział Julian całując Monikę w policzek. W oczach Klary Monika dostrzegła zazdrość.
- A więc zaczynamy - powiedziała Klara i zerknęła do swoich notatek. Spojrzała na Juliana i zapytała
- Co zadecydowało, że zajął

185




się pan akurat handlem nieruchomościami? Nie brał pan pod uwagę innej dziedziny?
- Nie. Zawsze wychodziłem z założenia, że należy robić to, w czym człowiek czuje się najlepiej. Ja uważałem, że w moim przypadku są to nieruchomości. Zanim założyłem swoją agencję zrobiłem wnikliwe rozeznanie rynku handlu nieruchomościami w Europie. Zauważyłem jego mocne i słabe strony. Swoją energię skierowałem właśnie na te braki, co zapewniło mi sukces. Okazało się, że moje prezentacje i oferty wypadają korzystniej od innych, dzięki czemu byłem w stanie zdobyć zaufanie klientów i większy obrót, który generował większe zyski.
- Jak duża jest pana agencja? Ile osób pan zatrudnia?
- W miarę rozbudowywania firmy potrzebowałem większej liczny pracowników. Niestety, mimo najlepszych chęci, nie byłem w stanie zająć się wszystkim, dlatego mam ludzi zajmujących się kontaktami z klientami, marketingiem, księgowością. Obecnie zatrudniam jakieś kilkanaście osób tylko w biurze w Marsylii
- Czy sam kontaktuje się pan z klientami, czy robią to pracownicy?
- Po części robią to pracownicy. Moje kontakty ograniczają się do klientów

186




zainteresowanych sporymi inwestycjami.
- Czyli do tych obracających największym kapitałem?
- Można to i tak określić..
- A jakie ma pan plany zawodowe na przyszłość? Zamierza pan rozszerzać zasięg swojej działalności?
- Rynek nieruchomości we Francji kwitnie. Szczególnie tu, w Prowansji. Jak pani doskonale wie, jest to miejsce cieszące się sporym zainteresowaniem wśród inwestorów. Doskonałe miejsce wypoczynku i relaksu. Ściągają tu tłumy niemal z całej Europy. Wiele osób chętnie kupuje mniejsze domy lub mieszkania stanowiące dla nich bazę wypadową do innych miejsc. Mam również filię swojej firmy we Włoszech. Tam również zainteresowanie jest duże, tym bardziej, że i ceny bywają niższe, ale nie wykluczam rozszerzenia działalności poza Europę
- Od niedawna jest pan zaręczony. Pańska przyszła żona nie jest Francuzką ale Polką. Jak się poznaliście?
- Poznała nas wspólna znajoma, będąca również Polką i jednocześnie przyjaciółką Moniki. Spędzaliśmy wspólne wakacje. No i można powiedzieć, że coś zaiskrzyło - spojrzał czule na Monikę i uścisnął jej dłoń
- Miał pan poważny wypadek samochodowy i uraz

187




kręgosłupa. Mówi się, że był pan pijany? - Klara spojrzała na Juliana. Zanim zdążył się odezwać Monika powiedziała
- Julian stracił panowanie nad samochodem. Jechał za szybko i doszło do wypadku...
- Tak - powiedział zbity z tropu Julian - Tak było. Dostałem nauczkę i jeżdżę zdecydowanie wolniej. Wypadek wiele kosztował i mnie i Monikę. Ona także bardzo to przeżywała.
- Mam pytanie do pani - spojrzała na Monikę - Czy łatwo było podjąć decyzję o opuszczeniu ojczyzny i zamieszkaniu tutaj, w Prowansji, w zupełnie innym kraju?
Monika chwilę się zastanawiała, po czym powiedziała cicho
- Taka decyzja nigdy nie jest łatwa. Rzucenie wszystkiego, jak to pani określiła, wiąże się z rozpoczęciem całkiem nowego życia, w nowym miejscu. Ja jednak miałam to szczęście, że wokół mnie byli ludzie służący mi zawsze pomocą i człowiek, dla którego to wszystko zrobiłam...
- Ale krótko po przybyciu do Francji zamieszkała pani u przyjaciół, a nie u narzeczonego? - Klara była wyjątkowo dociekliwa, a pytania stawały się kłopotliwe dla Moniki. Julian czuł narastający niepokój, ale starał się zachować zimną krew.
- Tak -

188




powiedziała Monika po chwili - Zamieszkałam u Soni i Krisa, gdyż Julian był ciągle w rozjazdach, a ja nie chciałam być sama w domu. Tym bardziej, że i Soni mój pobyt sprawił prawdziwą radość. Znamy się z dzieciństwa, dawno się nie widziałyśmy, więc była okazja nadrobienia zaległości - uśmiechnęła się do dziennikarki w nadziei, że jej pytania będą mniej natarczywe. Jednak Klara nie odpuszczała.
- Wiem, że przeszliście wielką tragedię, a wasz związek został wystawiony na próbę - spojrzała bezlitośnie na Monikę - Strata dziecka z pewnością była dla was ciężkim przeżyciem... - zaczęła
Julian pobladł. Nie wierzył własnym uszom. Przez myśl mu nie przeszło, że ktoś będzie na tyle bezczelny bo o to zapytać
- Proszę wstrzymać nagrywanie - wycedził przez zaciśnięte zęby. Klara dała znak, żeby przerwano
- Coś się stało? - zapytała
- Jak pani śmie nas o to pytać?! - Julian był wściekły - Co pani sobie, do jasnej cholery, wyobraża?! Że będziemy opowiadać o tym publicznie? Jest pani chyba niespełna rozumu!
- Julian... - Monika próbowała interweniować, chociaż po usłyszeniu tego pytania zrobiło jej się

189




słabo
- Kochanie... - dał znak ręką, uciszając ją. Nachylił się do Klary i powiedział tonem nie znoszącym sprzeciwu - Jeszcze jedno takie pytanie, a będziecie się musieli zadowolić dwoma mieszkańcami Valensole. Jeśli znajdę w waszym artykule chociaż jedno zdanie o tym wydarzeniu, wezmę prawników i puszczę was z torbami. A pani - wskazał palcem Klarę - Nie znajdzie zatrudnienia przez najbliższe dziesięć lat..
- Czy pan mi grozi? - odparła niezrażona
- Nie, proszę pani... Ja panią ostrzegam. I proszę to potraktować bardzo poważnie
Wizja wyrzucenia z pracy i zamknięcia gazety podziałała na Klarę skutecznie. Wiedziała, że Julian jest porywczym człowiekiem i nie chciała ryzykować utraty wywiadu. Zdawała sobie sprawę, że w redakcji by jej za to nie pochwalono
- Dobrze. Oczywiście zrobimy tak jak pan sobie życzy. Nic takiego w wywiadzie się nie znajdzie.
Julian odetchnął z ulgą
- Dobrze. Możemy kontynuować... - rozsiadł się wygodnie w fotelu, chociaż jeszcze się nie uspokoił. To pytanie przywołało wspomnienia Moniki w szpitalu, w Krakowie. Stanął mu przed oczami obraz jej siedzącej na łóżku, z podłączoną kroplówką.

190




Przez krótką chwilę wrócił koszmar jej próby samobójczej. Te wspomnienia spowodowały napływ złości i frustracji.
- Panie Julianie? - z zadumy wyrwał go głos Klary
- Tak... Tak, słucham? O co pani pytała? - zreflektował się
- Pytałam dlaczego wybrał pan Valensole? Co pana urzekło w tym miasteczku?
- Valensole wybraliśmy wspólnie - powiedział po chwili - Dom był prezentem zaręczynowym dla moje narzeczonej - spojrzał na Monikę - I to ona podejmie decyzję czy tam zamieszkamy i kiedy
Klara spojrzała z nieukrywaną zazdrością na Monikę
- Widzę, że narzeczony zostawia pani sporą decyzyjność?
- To nie jest kwestia decyzyjności - odparła spokojnie Monika - To jest kwestia zaufania. Julian wie, że moje decyzje są przemyślane i nie podejmuję ich pochopnie. Poza tym dom nie jest jeszcze przygotowany do zamieszkania. Trzeba włożyć w niego sporo pracy, a to wymaga czasu
- No i na koniec - Klara uśmiechnęła sie szeroko do Moniki i Juliana - Kiedy możemy spodziewać się ślubu? Bo z pewnością będzie niezwykły...
- Jeszcze nie podjęliśmy decyzji - odezwał się Julian uwalniając Monikę od odpowiedzi na kłopotliwe pytanie - Ale z

191




pewnością będzie w gronie przyjaciół i z dala od miasta
Klara uśmiechnęła się tajemniczo
- Z pewnością w Valensole...
- No tego jeszcze nie wiadomo - silił się na uśmiech, chociaż wiedział, że humor do końca dnia będzie miał zepsuty
Klara odłożyła notatki, wyłączyła mikrofon. Uśmiechnęła się serdecznie do Moniki i Juliana i powiedziała
- Bardzo dziękuję za wywiad
- Proszę mi przesalać całość do autoryzacji. Chcę go zobaczyć zanim się ukaże - powiedział Julian
- Oczywiście, dostarczę panu wywiad. A teraz może zrobimy zdjęcia - rozejrzała się - Tylko w salonie czy możemy sfotografować państwa na tle innych wnętrz w domu?
- Nie widzę przeszkód, możecie robić i w innych pomieszczeniach - Julian wstał z kanapy - Zapraszam, oprowadzę was po piętrze domu. Jedynie w sypialni nie będziemy robić zdjęć
- W sypialni nie? - zapytała zawiedziona Klara
- Nie. Sypialnia jest miejscem tylko dla nas. Chodźmy - skinął na fotografów.
Sesja była dla Moniki wyczerpująca i stresująca. Kiedy Julian zamknął drzwi za ekipą, opadła z ulgą na fotel.
- Wreszcie - zamknęła oczy i oparła głowę o zagłówek kanapy - Denerwowałam

192




się..
- Wiem. Mnie też mało szlag nie trafił, kiedy zapytała o dziecko. Skąd ta żmija o tym wiedziała? - Julian podszedł do kredensu i wyjął butelkę wina i dwa kieliszki - Dużo bym dał, żeby się dowiedzieć kto jej powiedział. Mam nadzieję, że nie Sońka albo Kris. Chociaż Krisa wykluczam. On by tego nie zrobił, ale Sonia... - zawahał się
- Sonia też by nic nie powiedziała. Wygoniłaby ją z domu - Monika była pewna przyjaciółki.
- Napijmy się - podał Monice kieliszek z winem - Zasłużyłaś sobie. Miałaś dzisiaj chrzest bojowy i wyszłaś z niego obronną ręką - powiedział i pogładził Monikę po policzku.
W Valensole Sonia przeglądała kalendarz. Coś liczyła, po czym zwróciła się do Krisa
- Kochanie, kiedy dokładnie lecisz do Paryża? - zapytała nie odrywając wzroku od kalendarza
- W połowie listopada, a co?
- Bo wiesz, to może ja bym przyleciała na zakupy w ostatnim tygodniu listopada? - Sonia uśmiechnęła się i spojrzała na narzeczonego - Bo potem wiesz, święta i czasu mało...
- Dobrze, skarbie. Możesz przylecieć kiedy chcesz. Dobrze, że mi mówisz, to posprzątam mieszkanie - roześmiał się
- Nie będę musiała

193




zbierać twoich brudnych skarpetek - przygryzła końcówkę ołówka, który trzymała w dłoni - A wiesz co, może i Monika by ze mną przyleciała. Jak ja się nie mam w co ubrać, to ona tym bardziej. Tylko nie wiem jak tam jej praca. Bo wiesz, niedługo zaczyna pracować u Frossarda i nie wiem jak tam relacje z Julianem. Rozmawiałam z nią i przez jakiś czas pomieszka u nas. Jak ich dom będzie gotowy, to przeniesie się do siebie..
- No ja nie słyszałem o żadnych nowych awanturach. Wczoraj rozmawiałem z Julianem i nie odniosłem wrażenia, żeby był jakiś zły czy sfrustrowany. Zupełnie normalnie...
- Może zadzwonię wieczorem, to się dowiem co i jak...
- Co robisz? - Julian wszedł do sypialni owinięty na biodrach ręcznikiem i wyjął z szuflady spodenki - Książkę czytasz? - spojrzał na Monikę pogrążoną w lekturze. Spojrzała na niego z niepokojem
- Jutro mam pierwszy dzień w pracy. Czytam to, co dostałam od Armanda. Zaakceptowałeś moją pracę.. - powiedziała z obawą
Julian spoważniał. Głęboko westchnął, bo był to dla niego drażliwy temat
- Tak kochanie, zaakceptowałem i nic nie będę mówił - odetchnęła z ulgą - Nie jestem

194




zachwycony, jak wiesz, ale nie będę już robił z tego problemu - podszedł i pocałował Monikę w czoło
- Naprawdę? - odwzajemniła pocałunek i sięgnęła ręką w kierunku ręcznika okrywającego Juliana ale powstrzymał jej dłoń
- O nie, kotku. Ty się uczysz, a ja nie będę cię dekoncentrował - uśmiechnął się zawadiacko.
- No wiesz... - powiedziała zawiedziona. Julian odwrócił się i skierował do drzwi. Przystanął, spojrzał na leżącą w łóżku Monikę, uśmiechnął się i dodał - A ręcznik, jak chcesz, to łap - jednym ruchem zdjął ręcznik i jej rzucił. Monika roześmiała się głośno. W duchu przyznała jednak, że Julian ma piękne ciało. Każdy jego mięsień był doskonale wyrzeźbiony, a ciężka praca na siłowni pod okiem prywatnego trenera zrobiła swoje. Opadła na poduszkę. Denerwowała się dniem jutrzejszym. Nie wiedziała jak sobie poradzi w zupełnie innej sytuacji. Praca sprzedawcy to nie to samo co praca w przedszkolu. Zakryła dłonią oczy
- Boże, mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze...
Monika obudziła się wcześnie rano. Julian jeszcze spał. Cicho zeszła do kuchni i zaparzyła sobie kawę. Spojrzała na

195




przygotowaną torbę z najpotrzebniejszymi rzeczami. W końcu przez jakiś czas będzie mieszkała u Soni. Praca u Armanda była dla niej czymś nowym ale Monika nie bała się wyzwań. Całe życie musiała sobie radzić sama, więc potraktowała to jako następne doświadczenie życiowe. Cieszyła się, że na początku pomoże jej Nadine. Miała także nadzieję, że Julian - tak jak jej obiecał - nie będzie robił z jej pracy problemu. Tymczasem w Valensole Sonia przygotowywała pokój na przybycie przyjaciółki. Zawsze cieszyła się z jej wizyt
- No, gotowe - powiedziała i usiadła koło Krisa na kanapie - Monia może się wprowadzać
- Biedny Julian, znowu słomiany wdowiec... - uśmiechnął się nieśmiało
- No wiesz! Nic mu nie będzie! - powiedziała - Dobrze mu to zrobi
- Polemizowałbym...
Kris miał rację. Julian od rana nie miał humoru, ale - zgodnie z obietnicą - starał się tego po sobie nie pokazywać.
- Wszystko wzięłaś? - zapytał patrząc jak Monika zaplata w warkocz swoje długie włosy - Niczego nie zapomniałaś? Gdybyś czegoś potrzebowała, zadzwoń, a ja ci przywiozę
Podeszła i ucałowała go czule w policzek
- Wiem, kochanie ale myślę,

196




że nie będzie trzeba
- Dzisiaj do nas wejdzie ekipa malarska. Mają zrobić jeden z pokoi na piętrze. Przyjdzie też człowiek od pieca i podłączy ogrzewanie. Pojutrze przywiozą meble. Te, które ci się podobały
Odwróciła się do Juliana i powiedziała ze zdziwieniem
- Te białe z katalogu? Przecież nie mięli....
- Nie mięli, ale je sprowadzili - ucieszył się, że sprawił jej niespodziankę - Wiesz, jak odpowiednio zapłacisz...
- Jesteś niesamowity - przeczesała dłońmi jego włosy
- Tą szarą kanapę też dostarczą. Zależy mi, żebyśmy tam jak najszybciej zamieszkali. Póki co będę wpadał na weekendy - nalał sobie kawy i usiadł przy stole. Patrzył jak Monika wkłada płaszcz. Westchnął głośno i powiedział
- Ja cierpliwości to się dopiero przy tobie nauczyłem. Kiedyś nie zgodziłbym się na taki kompromis - Udała, że tego nie słyszy. Wzięła torbę
- Lecę kotku, zadzwonię wieczorem i powiem jak było
Julian nie wytrzymał i zapytał
- A Armand będzie tam cały czas?
- Nie wiem, Julian. No musi być i mi powiedzieć co i jak. Ale Nadine też będzie
- Dobrze, już nic nie mówię. Pa...
Wzięła torbę i szybko wyszła. Kiedy

197




podjechała pod sklep zobaczyła auto Armanda
- Dzień dobry - powiedziała wchodząc. Nadine i Armand przyglądali jakieś dokumenty. Spojrzeli na nią
- O, Monika, chodź - Nadine podbiegła i złapała ją za rękę - Armand nie mógł się już doczekać - powiedziała, a Armand poczuł, że robi mu się gorąco po słowach siostry, a serce zaczyna szybciej bić
- Witaj - tylko tyle był w stanie z siebie wykrztusić
- Chodź, pokaże ci co i jak - Nadine odwróciła się do regału - Tu masz wina z białych winogron - wskazała ręką regał - A tu, z czerwonych - spojrzała na Monikę - Jak czytałaś to co ci Armand dał, to pewnie wiesz?
- Tak, tak. Czytałam, wiem co do czego podawać i co doradzić - spojrzała na regał
- No to świetnie, dasz sobie radę - Nadine uśmiechnęła się do Moniki. Ta dziewczyna była zawsze pogodna i uśmiechnięta. Jej optymizm udzielał się otoczeniu - Wiesz co, na razie nikogo nie ma, to pójdę zrobię jakiejś herbaty. Napijesz się z nami?
- Jasne, bardzo chętnie - odparła Monika
- Nadine, mi nie rób. Ja muszę jechać do winnicy - Armand spojrzał na Monikę - Jestem pewny, że sobie poradzisz - nieśmiało się do niej

198




uśmiechnął. Onieśmielała go. Miał świadomość, że jest narzeczoną Juliana, ale nie mógł zapomnieć chwili, kiedy trzymał ją w ramionach tego tragicznego wieczoru, podczas którego życie wszystkich zmieniło się diametralnie. Całe życie szukał właśnie takiej kobiety jak Monika - czułej, wrażliwej, kochającej i oddanej. Wiedział, że nie ma szans, ale sercu trudno coś nakazać. Ono zawsze chodzi własnymi drogami. Bywa, że serce i rozum idą zupełnie innymi ścieżkami. Tak było w przypadku Armanda. Nie zdawał sobie sprawy ze skali zazdrości Juliana, ale był jej świadom. Armand był człowiekiem honorowym. Prośba Juliana, w szpitalu, oburzyła go. Mimo, że serce nakazywałoby jej spełnienie, rozum takie działanie wykluczył. Wiedział, jak bardzo Monika go kocha i nie chciał stawać między nimi.
Monika podeszła do niego, spojrzała w oczy i powiedziała
- Armand - położyła rękę na jego dłoni - Ja ci bardzo dziękuję za to, że mnie zatrudniłeś - powiedziała, nieświadoma uczuć Armanda względem niej. Uśmiechnął się niezauważalnie
- Jestem pewien, że obroty mojego sklepu wzrosną przy takiej sprzedawczyni - usiłował

199




żartować - To trzymajcie się. Zajrzę do was po południu - rzucił i wyszedł. Monika rozejrzała się po sklepie. Był on nieduży, usytuowany w starym, ceglanym domu. Pięknie wyeksponowane butelki leżały w koszach i na stojakach w wielkiej witrynie. Wchodziło się przez oszklone drzwi. Regały w sklepie wykonane były z surowego drewna, zdobione metalowymi zdobieniami. Wewnątrz można było odpocząć na wyplatanej z wikliny, pomalowanej na biało, ławce i skosztować wybranego wina. Umeblowanie było charakterystyczne dla tego regionu Francji. Niedaleko regałów stał zabytkowy kredens koloru ecru, w którym znajdowały się kieliszki, serwetki. Było to miejsce ciepłe i przytulne. Zupełnie nie przypominało typowego sklepu ale bardziej dom.
- Podoba ci się? - Monikę z zadumy wyrwał głos Nadine niosącej tacę z herbatą i ciastkami - No to się napijmy...

     Julian siedział w biurze i próbował skoncentrować się na pracy, ale efekty były znikome. Nagle drzwi biura gwałtownie się otworzyły i do gabinetu weszła Janette niosąc na tacy filiżankę i jakieś ciastka
- Janette, ja cię o kawę nie prosiłem - powiedział zdziwiony
- To nie kawa - odparła

200




niezrażona - To herbatka uspokajająca. Wiem, że pani Monika ma dzisiaj pierwszy dzień w pracy u Frossarda, więc taka herbatka dla pana jest wskazana
- A dlaczego tak uważasz? - udawał zaskoczonego. Spojrzała na niego i pokiwała z politowaniem głową
- Oj, za długo pana znam, żeby nie zauważyć, że tą jej pracę przeżywa pan bardziej niż ona. Może nie tyle pracę, ile pracodawcę - roześmiała się. Julianowi zaś wcale nie było do śmiechu.
- Nie wiem co w tym takiego śmiesznego - oburzył się - Chcę po prostu, żeby dobrze jej poszło
- Takie bajki to może pan tej durnej dziennikarce opowiadać - rzuciła Julianowi z hukiem na biurko spory segregator - Niech pan to przejrzy, to nie będzie pan tyle myślał
- A ty nie możesz? - zapytał błagalnym tonem
- Mogę. Ale robię to dla pana dobra - odparła rezolutnie - I dla dobra pani Moniki.
Westchnął głęboko i niechętnie otworzył segregator. Patrzył w dokumenty ale widział tylko Monikę i zastanawiał się co robi. Sięgnął po telefon. Chwilę myślał
- Nie, nie zadzwonię. Obiecałem - westchnął, odłożył słuchawkę i wrócił do lektury. Siedział tak już dłuższy czas, kiedy usłyszał,

201




że Janette z kimś rozmawia. Po chwili weszła i powiedziała
- Klara Lorrain przyszła, pyta czy znajdzie pan dla niej czas? - spojrzał na Janette znudzony, odłożył dokumenty, wyprostował się i powiedział
- Wpuść ją....
Już po chwili Klara siedziała w gabinecie Juliana z wypiekami na twarzy. Coraz bardziej jej się podobał.
- Przyszłam panu pokazać zdjęcia z sesji i całość artykułu - powiedziała szczebiotliwie
- Mogła mi to pani przesłać mailem - odpowiedział przeglądając zdjęcia. W duchu przyznał, że są wyjątkowo udane - Macie bardzo zdolnych fotografów - dodał z uznaniem. Spojrzał na Klarę i do głowy przyszła mu pewna myśl
- A gdyby ją spróbować uwieść to może powie, skąd wzięła informacje na nasz temat? - pomyślał i uznał, że to może być skuteczny pomysł. Uśmiechnął się uwodzicielsko i powiedział znacząco
- Dziennikarkę też wyjątkowo ładną
- Naprawdę pan tak uważa? - Klara zrobiła się purpurowa
- Jezu, ona to wszystko kupiła tak łatwo - pomyślał i dodał - No przecież musi pani sobie zdawać sprawę, że jest piękną kobietą - nie czekając na odpowiedź kontynuował - Może napije się pani ze

202




mną kawy? Janette! - krzyknął
- Tak? - głowa Janette błyskawicznie wyjrzała zza uchylonych drzwi
- Zrób nam dwie kawy
- Oczywiście - odparła zdziwiona i zniknęła za drzwiami tak szybko jak się w nich pojawiła. Julian spojrzał na Klarę
- Jak długo pracuje pani w tym czasopiśmie? - zapytał, a w myślach dodał - Czas się trochę pobawić...
Monika wyłożyła ostatnie butelki na regał
- Gotowe - powiedziała
- Świetnie - Nadine położyła Monice rękę na ramieniu - Poradziłaś sobie dzisiaj rewelacyjnie. Widzisz, a tak się obawiałaś. szkoda, że Armand nie widział, jak sprzedałaś temu facetowi skrzynkę najdroższego wina. Robiło wrażenie
- Ale ja nic takiego nie zrobiłam. Spytał, to powiedziałam... - Monika czuła się zawstydzona komplementami Nadine
- No powiedziałaś, ale nie każda sprzedawczyni obdarza klienta takim uśmiechem jakby był jedynym i najbardziej wyczekiwanym...
- A tak to wyglądało? - zapytała wystraszona - Może powinnam inaczej?
- No co ty! - Nadine roześmiała się głośno - Właśnie tak trzeba! A teraz możesz jechać do domu i odpocząć. Jutro kolejny dzień pracy.
- Dobrze, to ja się będę zbierała - Monika

203




spojrzała w okno - Kurcze, zaczęło padać, a ja mam tylko cienki sweter - zmartwiła się
- No nie żartuj - Nadine podbiegła do okna, za którym niebo zaciągnęło się sino bladym kolorem zapowiadając jeszcze większą ulewę - Rzeczywiście się rozpadało i nie zapowiada się żeby było lepiej. Zbieraj się zanim się rozpada na amen. Niestety nie mam parasolki. A gdzie zaparkowałaś?
- No właśnie dosyć daleko, ale poradzę sobie - Monika wzięła torebkę i sweterek - No to pa! - rzuciła i wybiegła ze sklepu. Zanim dobiegła do auta była przemoczona. Zrobiło się zimno i wietrznie. Była na siebie zła, że wzięła tylko cienki sweterek, a nie kurtkę mimo, że to koniec października. W aucie szybko włączyła ogrzewanie
- Jasna cholera! - powiedziała do siebie widząc jak wymoczyła tapicerkę w aucie - Będą plamy jak nic.
Skierowała się na drogę prowadzącą do domu Soni. Jadąc mijała swój. Postanowiła zobaczyć co zrobili w nim robotnicy. Zajechała pod dom i weszła do środka. Rzeczywiście, pokój na piętrze był pięknie odmalowany, a na suficie wisiał kryształowy żyrandol, który jej się tak podobał. Wszystko pachniało

204




świeżością. Na podłodze leżała folia szczelnie okrywająca drewnianą podłogę. Poczuła zimno. Szybko zamknęła dom i wróciła do auta. Kiedy zajechała pod dom Soni było już ciemno.
- No wreszcie jesteś! - krzyknęła Sonia kiedy tylko Monika przekroczyła próg - Dodzwonić się do ciebie nie idzie! Gdzie ty masz telefon? Julian trzy razy do mnie dzwonił!
- Ale nikt do mnie nie dzwonił - odpowiedziała zdziwiona Monika - No zobacz - wyjęła z torebki telefon - Cholera, rozładował się....
- No widzisz! - Sonia z politowaniem pokiwała głową - Masz mój telefon i zadzwoń do Juliana, bo nie wiem czy już w drodze nie jest - to mówiąc podała Monice aparat
- Julian, kochanie, to ja - zaczęła
- Jezu! No wreszcie! - podniósł głos - Co się z tobą dzieje?! Nie mogłem się dodzwonić, Sonia też. Wszystko w porządku?
- Tak, telefon mi się rozładował, już jestem u Soni. Przyjechałam później, bo byłam u nas zobaczyć co zrobili robotnicy. Wiesz, że pomalowali i jeszcze...
- U nas byłaś? - przerwał jej - Sama? - zapytał jeszcze ciszej
- Julian, nie zaczynaj - odpowiedziała zdecydowanie - Wiem, do czego zmierzasz. Nie, nie byłam z Armandem. I

205




nie siedział w sklepie cały dzień.
- Ja nic takiego nie mówiłem - bronił się, chociaż mu ulżyło
- Mnie nie okłamiesz, więc nie udawaj
- Dobra, dawaj telefon - Sonia wyrwała Monice słuchawkę z ręki i rzuciła do Juliana - Twoja ukochana, jak widzisz, się znalazła więc idziemy coś zjeść, na razie, pa! - rozłączyła się, spojrzała na Monikę i dodała - Wyglądasz jak zmokła kura, a ręce masz lodowate. Jeszcze się przeziębisz. Chodź, przebierzesz się, a ja zrobię kolację - Sonia skierowała się do kuchni, a Monika do przygotowanego dla niej pokoju.
- A gdzie Kris? - zapytała Monika nakładając sobie kolejną porcję sałatki z krewetkami
- Kris przygotowuje jakąś bardzo ważną sprawę - odpowiedziała Sonia, pociągając łyk herbaty jaśminowej ze swego ulubionego kubka ze słonikiem - W połowie listopada jedzie do Paryża, a pod koniec ja też do niego dojadę
- Tak? - Monika spojrzała uważnie na przyjaciółkę - To fajnie, odpoczniesz trochę. Ja przypilnuję domu - zaoferowała się
- Spokojnie, wtedy to ty już u siebie będziesz mieszkać. Mówię ci o tym, bo chcę, żebyś pojechała ze mną - uśmiechnęła się tajemniczo
- A po

206




co? - Monika nie widziała potrzeby podróży do Paryża
- Ano moja kochana, na zakupy. Potem święta no i Sylwester. W coś się w końcu trzeba ubrać, prawda? - Sonia uśmiechnęła się znacząco
- A więc to o to chodzi! - Monika głośno się roześmiała, po chwili jednak spoważniała i dodała - Wiesz, ja w sumie to nie mam się w co ubrać na tak wielki bal. No chyba, że w tą twoją łososiową sukienkę..
- Chyba cię Bóg zupełnie opuścił - Sonia była zbulwersowana - Zapomnij. Nie dam ci jej, bo się gotowa jesteś rzeczywiście w tą szmatę ubrać! Nie ta impreza, kochana. Nie ta liga, pojmujesz? Na ruletkę w kasynie to i może się nadawała ale już na Sylwestra..
- No proszę cię - Monika była zirytowana - Piękna jest i na pewno byłaby dobra
- Oj, dziewczyno jak ty byś się tam wystroiła, to by się ludzie ze śmiechu poprzewracali...
- Już nie przesadzaj, nie przesadzaj... - usiłowała się bronić.
- Dobra - Sonia chciała już zakończyć temat - To pojedziesz?
- Ale ja mam pracę... - zaczęła Monika
- Nie żartuj, Armand na pewno cię puści
- No puści, ale ja nie chcę z takiej ulgi korzystać. Nie chcę, żeby mnie jakoś specjalnie

207




traktował
- Ja rozumiem ale zimą to naprawdę niewielu zagląda do takich sklepów i zapewniam, że nie będzie potrzeby siedzenia tam cały dzień. A sądzę, że i on skróci godziny otwarcia sklepu i Nadine doskonale da sobie radę sama - powiedziała wyciskając resztki herbaty z torebki
- Nie wiem. Jak to nie sprawi mu jakiegoś większego problemu, to pojadę - powiedziała ale po chwili dodała - Tylko co Julian powie?
- A co ma powiedzieć? - spytała Sonia - Jedziesz kupić kreację odpowiednią na taka imprezę. Dobrze wie, że tutaj w taki zakup się nie zaopatrzysz. W kwestii drogich zakupów dla kobiety to on się doskonale zna, możesz mi wierzyć.
- A co, kupował takie rzeczy? - zaciekawiła się Monika
- Aaa... - Sonia nie bardzo wiedziała, czy powiedzenie Monice prawdy jest dobrym pomysłem, ale stało się - Nooo.... No kupował czasem dla jakiejś panny.... Ale wiesz.... To takie drobne prezenty były... Wiesz jak jest...
- No wiem - Monika chwile myślała - Rozumiem. Nie stresuj się, bo widzę, że ci mina zrzedła
- Noo... Zwątpiłam przez chwilę. Ale nie martw się, zrozumie potrzebę wyjazdu, a ty zobaczysz Paryż.
- Naprawdę jest taki piękny? -

208




Monika była podekscytowana
- Tak. Jest piękny, ale trzeba wiedzieć co, jak i kiedy oglądać i gdzie chodzić. Bo jak z wycieczką idziesz to szkoda twojego czasu i energii
- Tak? A dlaczego? - zaciekawiła się Monika
- A co ty z wycieczką obejrzysz? - Sonia wstała i wyjęła ciasteczka z czekoladą z kredensu i postawiła przed Moniką - Przelecisz przez taki Luwr czy Wersal z szybkością światła, zerkniesz tylko, jeśli w ogóle zdążysz, tam gdzie ci każe przewodnik i lecisz dalej. A i musisz się pilnować wycieczki bo jak się zgubisz to pozamiatane - usiadła na krześle - Zwykła porażka...
- No w sumie racja. A ty wiesz co i jak zwiedzać? - zapytała
- Kochana - Sonia z dumą wyprostowała się na krześle - Ja na tym zęby zjadłam. Pomijając fakt, że sama latałam po wszystkim kilka razy przez pierwsze dwa lata mieszkania tam, to i całą rodzinę i znajomych po Paryżu prowadzałam jak rasowy przewodnik. Także wiesz, ze mną nie zginiesz...
- Tylko czy mnie stać na takiego przewodnika - zażartowała Monika
- Co się martwisz, twojego narzeczonego stać! - obie wybuchły śmiechem
- Co tu się dzieje? - Kris wszedł do kuchni zaciekawiony odgłosami

209




dochodzącymi z kuchni - Pracować nie można. Jakąś kolację mogłybyście zrobić...
- Wszystko w lodówce, wystarczy tylko sięgnąć - odpowiedziała Sonia. Kris otworzył lodówkę i wyjął miseczkę z sałatką, talerz z wędlinami i serami
- To co, kiedy mam się was spodziewać? - zapytał nie odrywając wzroku od zawartości lodówki - Kiedy moja najdroższa narzeczona zamierza czyścic mi konto?
- Jak możesz! - Sonia była zbulwersowana - Zabrzmiało jakbyś żałował.
- Ja ci skarbie nigdy niczego nie żałowałem i nie żałuję, jak wiesz - postawił talerze na stole - Jestem zmęczony, ta sprawa mnie wykończy.
- A co, masz jakieś problemy? - zapytała Monika
- Trudno, żeby nie było problemów, kiedy rozwodzą się ludzie, a ich majątek liczony jest w milionach. Wtedy nie ma innych rozwodów.
- Dobra - Sonia wstała od stołu - Chodź Monika, niech Kris spokojnie zje, a my poszukamy jakiegoś filmu do obejrzenia
- Nie wiem czy mi się chce. Jakaś taka zmęczona jestem - powiedziała niechętnie i kichnęła. Sonia spojrzała na nią z uwagą
- Ja to widzę, że tu jakaś witaminka C by się zdała - wstała i wyjęła z kredensu płatek tabletek - Weź

210




dwie, żebyś się nie przeziębiła - to mówiąc podała przyjaciółce tabletki. Monika połknęła tabletki
- Soniu, ja juz pójdę spać. Nie mam siły, jestem wykończona - wstała od stołu - Dobranoc kochani
- No to dobranoc - Sonia była nieco zawiedziona ale nie dała tego po sobie poznać.
Monika poszła do pokoju i położyła się do łóżka. Nie czuła się dobrze. Miała dreszcze i była senna. Szybko zasnęła. Kiedy się obudziła było jeszcze ciemno. Było jej zimno. Zdała sobie sprawę, że ma gorączkę. Wstała, owinęła się szlafrokiem i zeszła do kuchni. Z kredensu wyciągnęła termometr. Nastawiła wodę i zaczęła mierzyć gorączkę. Spojrzała na zegarek, minęła pierwsza w nocy. Już po chwili wiedziała, że sytuacja nie wygląda kolorowo. Miała 37,8 stopni gorączki i świadomość, że temperatura rośnie. Nalała wody do kubka, ale zrobiła to tak nieumiejętnie, że spadł z hukiem na podłogę i potłukł się.
- Jasna cholera! - Monika zaczęła zbierać skorupki z podłogi, po czym wycierać ścierką podłogę.
- A co ty tu robisz? - usłyszała nad sobą zaspany głos Soni - Coś się stało?
- Gorączkę mam. Chyba mi ta witamina

211




C nie pomogła, mam 37,8 z tendencją rosnącą - usiadła na krześle
- No pięknie - Sonia podeszła i sięgnęła do szuflady kredensu. Czegoś tam szukała, po czym wyjęła jakiś kartonik - Jak chcesz, to mam tu antybiotyk. Lekarz mi go kiedyś przepisał właśnie na takie poważne przeziębienie czy grypę. Jak chcesz... - podała Monice kartonik. Ta go chwilę oglądała zastanawiając się
- Dobra, wezmę...
- Dwa razy dziennie po jednej - powiedziała Sonia i wskazała palcem na pudełko - Tam jest napisane
Monika wyjęła z połknęła tabletkę
- Mam nadzieję, że mi pomoże, bo nie mogę się tak na początku rozłożyć. Pójdę już spać - wstała i skierowała się do pokoju. W nocy budziła się jeszcze kilka razy. Była zmęczona ale miała trudności z zaśnięciem. Ranek nie był lepszy. Obudził ją telefon od Juliana
- Wstałaś już? - zapytał
- Dopiero się obudziłam - powiedziała zaspana
- Masz dziwny głos. Przeziębiłaś się? - zapytał z troską
- Tak, ale to nic takiego - skłamała - Nie czuję się źle. Trochę kicham, bo wczoraj padało, a ja nie miałam parasolki
- Po jaką cholerę wczoraj jechałaś do naszego domu?! - zdenerwował się

212




- To co teraz? Weźmiesz chorobowe?
- Oszalałeś? - zaprzeczyła gwałtownie - Nie ma takiej opcji, nie teraz. Zresztą Sonia dała mi antybiotyk, bo miała więc dzisiaj powinno mi się poprawić.
- Czy wyście obie na mózg upadły? - krzyknął - Brać leki według własnego uznania?
- Nie panikuj, ona miała zapisane ale nie brała, więc mi dała. Nic mi nie będzie.
- Jezu, wy jesteście jak dzieci. Strach was z zapałkami w ręku zostawić bo dom z dymem puścicie. Monika, dzisiaj muszę być w biurze, bo mam gości z Włoch, ale zadzwonię wieczorem i jak sie dowiem, że masz gorączkę, to przyjeżdżam i wracasz do Marsylii
- Dobrze, to do wieczora - rozłączyła się.
Dzień minął spokojnie. Co prawda Monika nadal nie czuła się dobrze, ale gorączka spadła. W sklepie radziła sobie całkiem dobrze. Nadine była zachwycona, że może się do kogoś odezwać i nie jest sama. Nadine zresztą była Moniką oczarowana.
- A jak jest w Monte Carlo? Bo byłaś, a ja jeszcze nie. Muszę się kiedyś wybrać - zagadnęła znienacka
- Monte Carlo jest naprawdę piękne - powiedziała Monika i uśmiechnęła się na wspomnienie czasu spędzonego w tym miejscu - Niesamowite

213




miejsca, piękne krajobrazy. Chociaż krajobrazy to i tutaj są przepiękne
- Wiesz, ja chciałabym pojechać jeszcze na jakieś safari do Afryki. Wiesz, taka dzicz - rozmarzyła się Nadine
- Ja myślę, że należy wierzyć w swoje marzenia i starać się je spełnić - Monika nalała herbaty do filiżanek. Nadine przyglądała się Monice, w pewnym momencie powiedziała
- Wiesz, że podobasz się Armandowi, prawda? - zapytała
Monice zrobiło się gorąco. Doskonale o tym wiedziała, ale z nikim na ten temat nie rozmawiała. Nie wiedziała co odpowiedzieć Nadine. Postanowiła jednak nie kłamać.
- Tak, wiem. Mam tego świadomość
- Wiem, masz narzeczonego. Bardzo żałuję, że nic z tego nie będzie
- Armand powinien znaleźć sobie wspaniałą dziewczynę, bo na taką zasługuje. Tak, jestem zaręczona z Julianem i to z nim wiążę swoją przyszłość
- Ludzie mówią , że jest bardzo porywczy i wybuchowy. Słyszałam o nim sporo negatywnych opinii - Nadine drążyła temat
- Nadine, nie będę tego słuchać - Monika jej przerwała - Zapominasz, że mówisz o moim narzeczonym
- Przepraszam - Nadine położyła dłoń na ramieniu Moniki - Nie chciałam, żeby to tak

214




zabrzmiało
- W porządku, wróćmy do pracy. Muszę zmienić wodę w kwiatach - powiedziała i wzięła wazon do ręki.
Po skończonej pracy czuła zmęczenie i bolały ją mięśnie. Wracając do Soni minęła tylko swój dom. Na podjeździe dostrzegła dwie duże ciężarówki
- Pewnie meble przywieźli - pomyślała.
Monika wróciła do Soni wieczorem. Nadal nie czuła się dobrze. Sonia już czekała z kolacją
- No wreszcie jesteś. Siadaj do stołu i jedz zanim Kris do tego się dorwie. Zrobiłam jajka faszerowane łososiem. Sprawdź, czy dobre - powiedziała z entuzjazmem
Rzeczywiście, na Monikę czekał juz pięknie nakryty stół. Gospodyni stanęła na wysokości zadania.
- Soniu, to chyba na pułk wojska - powiedziała Monika oglądając talerze z pomidorami i mozarellą, półmisek z jajkami, wędlinami i najlepszymi francuskimi serami. Była też jej ulubiona sałatka krewetkowa
- Monika przyjechała? - zapytał Kris wchodząc do kuchni - Czyli mogę już jeść? Bo zabroniła mi jeść zanim ty przyjedziesz
- Nie narzekaj, już możesz jeść. No siadaj, Monia, zaparzę ci herbaty. A jak się czujesz?
- W miarę dobrze - skłamała, gdyż akurat było zupełnie

215




inaczej - Ale nie licz na mnie w kwestii oglądania filmów czy rozmów. Ja idę spać...
- No dobra - Sonia zdawała się być niepocieszona - Skoro chcesz, to idź.
Monika wzięła szybki prysznic, ubrała się w ciepłą piżamę i wskoczyła do łóżka. Patrzyła na jasny księżyc. Byłą zmęczona ale nie mogła zasnąć. Słyszała na dole rozmowy Soni i Krisa. Jeszcze siedzieli w salonie. Wokół, jak to z dala od miasta, panowała sielska cisza. Myślała o tym jak urządzić pozostałe pokoje, czy zrobić to o czym marzył Julian - jeden z nich od razu zrobić pokojem dla dziecka? Wreszcie zasnęła.
Monice praca w sklepie sprawiała prawdziwą radość. Podobał jej się kontakt z ludźmi, często mieszkańcami Valensole, którzy po prostu przychodzili porozmawiać. Parę razy był Lemaire, który był szczęśliwy z faktu, że jego dom przeszedł w ręce Moniki i Juliana.
- Pani Moniko - mawiał - Ja wiem, że on w pani rękach będzie jeszcze piękniejszy.
Julian pogodził się z faktem, że jak najszybciej musi przeprowadzić się do Valensole. Nie czynił Monice wyrzutów, nie okazywał zazdrości chociaż nie było mu łatwo. Któregoś dnia zawołał do siebie

216




Janette
- Janette, proszę, usiądź - wskazał jej krzesło
- Coś się stało, że pan taki oficjalny? - zapytała zdziwiona
- Tak. Chciałem ci dać podwyżkę - powiedział uroczyście - Znaczną podwyżkę. O jakieś 50 procent.
Spojrzała na niego podejrzliwie i skrzywiła się
- Normalnie powinnam się ucieszyć ale coś mi tu podejrzanie wygląda. Jak pana znam, gdzieś jest haczyk - znała go doskonale
- Tak - powiedział powoli - Bo chciałbym cię o coś prosić...
- Wiedziałam! - wyciągnęła się wygodnie na krześle - Co to ma niby być?
- Janette, jak wiesz planuję przeprowadzić się do Valensole - zaczął
- No i? Mam się z panem przeprowadzić?
- Nie. Chciałbym ci powierzyć więcej obowiązków, bo nie mógłbym tu bywać codziennie. Co ty na to? - zapytał z nadzieją w głosie
- No nie wiem. Musze się zastanowić. I tak Oliwier narzeka, że mu poświęcam mało czasu - zaczęła obgryzać trzymany w ręku ołówek.
- Wiesz, jeśli się nie zgodzisz, będę musiał zostać tu, a Monika będzie w Valensole. Nie miałaby mnie na co dzień
Janette spojrzała na Juliana i z politowaniem pokiwała głową
- Pan da spokój, mnie pan na litość nie weźmie, te

217




oczy spaniela też niewiele pomogą.
- To odrzucasz moją propozycję? - zapytał smutno
- Tego nie powiedziałam. Rozważę ją i dam panu jutro znać. Tyle mogę obiecać
Poczuł się nieco zawiedziony
- No dobrze, niech będzie. W weekend jadę do Moniki - powiedział - Jeśli się zgodzisz, to będę dla niej miał dobrą wiadomość...
Powoli zbliżał się koniec tygodnia i weekend. Julian nie mógł się już doczekać wyjazdu i pobytu we własnym domu. Janette - ku szczęściu Juliana - zgodziła się na zwiększenie zakresu obowiązków, gdyż stwierdziła, że będzie to świetna okazja do uzbierania pieniędzy na dom o którym marzyli z Oliwierem. Tym bardziej, że z racji swojej pracy miała szanse znalezienia czegoś po okazyjnej cenie.
Julian spakował ostatnie drobiazgi do torby. Był piątek. Dopiero skończył pracę ale nie chciał siedzieć w Marsylii ani minuty dłużej. Tęsknił za Moniką. Niecały tydzień to mało ale on czuł, jakby to był miesiąc. Bardzo mu jej brakowało. Rzucił torbę do auta i wskoczył za kierownicę. Uśmiechnął się do siebie i odpalił silnik swojego srebrnego BMW.
- Skarbie, jadę do ciebie - pomyślał i wcisnął pedał

218




gazu. Jadąc myślał o tym, jak zmieniło się jego życie. Jak dorósł do pewnych rzeczy i jak bardzo go to cieszy. Fakt ten szczególnie cieszył jego rodziców. I zarówno on, jak i oni zdawali sobie doskonale sprawę, że jest to zasługa Moniki. Często zastanawiał się co by było, gdyby Monika uległa mu już w Monte Carlo? Czy doszłoby do czegoś więcej? Czy zabiegałby o nią tak bardzo? Pewnie nie. Była inna dlatego zadał sobie aż tyle trudu by ją lepiej poznać. I zaiskrzyło. Pojawiła się ta chemia o której często czytał i której nie mógł zrozumieć. Poczuł narastającą adrenalinę. Kiedy dojechał do Valensole, skierował się od razu do sklepu, w którym pracowała. Z daleka widział stojące niedaleko auto Moniki. Zaparkował ale dostrzegł też auto Armanda. Mina mu zrzedła.
- Dzień dobry - powiedział wchodząc.
- Dzień dobry - powiedziała Nadine na jego widok - Monika jest na zapleczu, już ją wołam - zniknęła za drzwiami, za którymi słychać było śmiech Moniki i fragmenty rozmowy. Domyślił się, że na zapleczu była Monika i Armand.
- Obiecałem, obiecałem - myślał - Nic nie powiem...
- Julian? Co ty tu robisz? - Monika nie

219




kryła zdziwienia ale była wyraźnie zadowolona - Już skończyłeś pracę? - podeszła i czule go objęła - Ja też już kończę. Poczekaj, wezmę sweter i już idę
- Idź i do poniedziałku - powiedziała Nadine i pomachała Monice. Z zaplecza wyszedł Armand. Jego wzrok napotkał lodowate spojrzenie Juliana.
- Witam - powiedział i wyciągnął do niego dłoń. Julian chwile się zastanawiał, po czym uścisnął Armandowi rękę - Dzień dobry - odpowiedział i spojrzał na Monikę - To idziemy?
- Tak - odwróciła się do Armanda i uśmiechnęła - Do widzenia Armand - i wyszli.
Kiedy Monika wsiadła do auta, Julian powiedział
- Kochanie, jedź do Soni i zabierz rzeczy, ja jeszcze wrócę i kupię jakieś dobre wino do kolacji i może coś jeszcze. Spotkamy się u nas - posłał jej czarujący uśmiech
- Tak? A ty nie pojedziesz do nich? - zapytała zdziwiona - No dobrze, to spotkamy się u nas - powiedziała i odpaliła auto. Kiedy zniknęła za najbliższym zakrętem, mina Juliana zmieniła się diametralnie. Z jego twarzy znikł uśmiech. Wrócił do sklepu. Nadine z Armandem przeglądali jakieś dokumenty. Zdziwiła ich ponowna wizyta Juliana
- Chciałem jakieś

220




dobre wino. Sama wybierz - zwrócił się do Nadine. Kiedy podeszła do regału, zwrócił się do Armanda
- Nie pogrywaj ze mną - powiedział cicho - Wiem o co cię prosiłem w szpitalu. Ale to było wtedy. Nie skorzystałeś, twoja sprawa. Ale teraz nie wchodź mi w drogę, bo...
- Bo co? - przerwał mu Armand - Bo się boisz? Bo nie czujesz się pewnie? Widać za mało ją znasz....
- Specjalnie ją zatrudniłeś - wysyczał Julian. Nadine postawiła na ladzie butelkę wina
- To nieprawda - powiedziała - Armand zatrudnił Monikę, bo naprawdę potrzebowaliśmy pomocy. Mój brat nigdy świadomie nie stanąłby między wami.
- Nadine - Armand zwrócił siostrze uwagę - Idź, przejrzyj te skrzynki w magazynie - powiedział. Kiedy wyszła Julian wyprostował się, położył pieniądze i powiedział
- Pamiętaj, masz siostrę.... - Armand spojrzał na niego przerażony
- Nie odważysz się - wyszeptał
- Nie chciej tego sprawdzić - Julian wziął butelkę wina i wyszedł. Odwiedził jeszcze kilka sklepów i zrobił zakupy. Kiedy jechał polnymi drogami Valensole zastanawiał się czy byłby w stanie zrobić takie świństwo. Uznał, że kiedyś owszem, ale teraz nie byłby już

221




do tego zdolny. Jednak nie żałował tego, co powiedział Armandowi w związku z Nadine.
Monika zbierała swoje rzeczy w łazience. Sonia smętnie się temu przyglądała oparta o futrynę
- Musisz się wyprowadzać? Może weź tylko szczoteczkę do zębów, a w poniedziałek wrócisz? - zapytała z nadzieją
- Przykro mi Soniu - Monika nie kryła szczęścia - Ale już mam dom. Teraz ty mnie będziesz odwiedzać. Będziesz się mogła do mnie wprowadzić jak będziesz chciała - pocałowała przyjaciółkę w czoło - No nie smuć się. Nie mogę wiecznie u ciebie siedzieć, bo ci w końcu obrzydnę
- No nie grozi... - odburknęła Sonia
Monika pożegnała się i szybko pobiegła do auta. Chciała odwiedzić jeszcze jakiś sklep i kupić coś na kolację.
- Claire ma jeszcze otwarte. Mam nadzieję, że zdążę coś przygotować nim Julian do domu dotrze - pomyślała i skierowała się do sklepu. Zrobiła najpotrzebniejsze artykuły i pojechała do domu. Kiedy tylko przekroczyła próg, zapaliła światło i wbiegła do salonu - oniemiała. Na meblach, stole, podłodze rozstawione były wazony z kwiatami. Największy stał na stole. Zauważyła, że ma dołączony bilecik.

222




Podeszła i wyjęła karteczkę z małej koperty. Przeczytała
"Skarbie najdroższy, witaj w domu..."
- Oszalał - uśmiechnęła się, bo sprawiło jej to radość. Zaczęła wyjmować z koszyka zakupy i szykować kolację. Tymczasem Julian się nie spieszył. Chciał, żeby Monika miała szansę dotrzeć do domu przed nim. Uśmiechnął się do siebie na myśl o tym, jak będzie zaskoczona.
- No, gotowe - Monika zdjęła fartuch i zapaliła świece. Usłyszała przekręcanie klucza w zamku, pobiegła do drzwi. Ledwo Julian przekroczył próg, rzuciła mu się na szyję
- Julian, dziękuję, to było takie miłe - czule go pocałowała
- Cieszę się skarbie, że ci sie podoba - podał jej wino i siatkę - Coś kupiłem na kolację
- Ale kotku, kolacja już na stole - powiedziała dumnie. Zajrzał do salonu. Stół był pięknie nakryty, a pośrodku stał wielki wazon żółtych róż.
- Kiedy ty zdążyłaś to zrobić? - zapytał zdziwiony - Nie miałaś aż tak dużo czasu
- Ale się udało - powiedziała i wzięła siatkę - Siadaj do stołu bo pewnie głodny jesteś.
Julian rozsiadł się wygodnie na krześle i westchnął ciężko
- Jezu, naprawdę byłem

223




głodny. Chyba popełniłem grzech obżarstwa, ale to twoje wina - wskazał na Monikę palcem - Żebyś zrobiła coś niedobrego to bym nie zgrzeszył
- Tak, a ty akurat taki religijny jesteś - roześmiała się, wstała i zaczęła zbierać talerze ze stołu. Kiedy przechodziła obok Juliana, złapał ją i pociągnął do siebie
- Przestań - krzyknęła - Bo potłukę talerze!
- A tam talerze - przytulił się do niej - Jutro ci kupię serwis z chińskiej porcelany jak chcesz - spojrzał jej w oczy, poczuł, że serce mu zaczyna mocniej bić - Monika - wyszeptał - Odstaw te garnki i mną się zajmij - uśmiechnął się. Zobaczyła w jego oczach tą pewność i arogancję, która ją tak pociągała.
- Poczekaj, pozbieram ze stołu - pogładziła go po policzku - Idź na górę i poczekaj na mnie, dobrze?
- Ale nie chcę czekać za długo - wyszeptał - Cały tydzień czekałem.
- Cierpliwość to cnota, jak mawiają - droczyła się z nim
- To pech, nigdy nie byłem cnotliwy - powiedział i pocałował ją namiętnie. Wyswobodziła się z jego rąk
- Idź na górę - powtórzyła. Wstał i niechętnie poszedł w kierunku schodów. Monika poukładała naczynia w zmywarce.

224




Spojrzała na schody i uśmiechnęła się do siebie. Wchodząc cicho na górę nasłuchiwała. Słyszała lejącą się wodę do wanny. Zobaczyła otwarte drzwi do łazienki, cicho do niej weszła. Kiedy tylko przekroczyła próg drzwi z impetem zamknęły się, aż podskoczyła. Odwróciła się wystraszona. Zobaczyła Juliana, owiniętego tylko ręcznikiem wokół bioder. Patrzył na nią z pożądaniem.
- Przygotowałem ci kąpiel - powiedział cicho.
- Ale... - zaczęła. Podszedł do niej, złapał mocno w ramiona i zaczął całować. Nie broniła się, odwzajemniała jego pocałunki - Tak tęskniłam - szeptała. Jej słowa działały na Juliana jak narkotyk. Zaczął rozpinać guziki jej bluzki ale jego niecierpliwość wzięła górę i po prostu ją z niej zerwał nie chcąc tracić czasu na tak nudną czynność. Docisnął ją do ściany, a jego ręce powędrowały pod spódnicę, coraz wyżej i wyżej
- Skarbie - wyszeptał - Ty masz na sobie pończochy?
- Tak - zawstydziła się - Od niedawna zaczęłam nosić
- Jezu, ty to wiesz, jak mnie rozpalić - rozpiął zamek spódnicy, którą sprawnie z niej zdjął. Odsunął Monikę od siebie
- Co sie stało? -

225




zapytała zdziwiona
- Nic, chciałem się na ciebie napatrzeć - została w samej bieliźnie, a on nie mógł od niej oderwać wzroku - Rozbierz się
- A ty nie chcesz? - zapytała figlarnie
- Nie. Ty sama to zrób. Ja chcę patrzeć jak to robisz - oparł się o ścianę.
Monika zaczęła powoli ściągać pończochy. Robiła to powoli i zmysłowo. Kiedy zdjęła obie, podeszła do niego, odwróciła się tyłem
- Rozepniesz? - spytała, a Julian sięgnął do zapięcia biustonosza. Delikatnie go z siebie zsunęła nie odwracając się. Ostatnie co z siebie zdjęła, to czarne koronkowe majteczki. Kiedy opadły na ziemie, delikatnie odsunęła je stopą i spojrzała na Juliana. Głośno przełknął ślinę.
- Jezu, Monika! - powiedział, złapał ją w ramiona i docisnął do ściany - Mam ochotę cię pieprzyć przez cały weekend, bez przerwy.
- Kochanie - roześmiała się - Obawiam się, że nie będziesz w stanie - pocałowała go.
- Tak? - popatrzył jej w oczy - To masz preludium - złapał ją ponownie w ramiona, posadził na blacie umywalki, rozsunął jej nogi i bezceremonialnie w nią wszedł
- Aaaa.... - jęknęła cicho, a jej dłonie zacisnęły się na jego

226




ramionach
- Wiem, dawno tego nie robiliśmy - wyszeptał nie przestając - Za długo czekałem - jego oddech stawał się coraz szybszy. Sięgnął spinki w jej włosach, sprawnie ją wyciągnął, a burza jej gęstych włosów opadła na nią niczym płaszcz. Ten widok podniecił go jeszcze bardziej. W pewnej chwili zastygł w bezruchu, a jego twarz opadła na ramiona Moniki. Ujęła ją w dłonie i czule pocałowała Juliana w czoło.
- To jeszcze nie koniec - wyszeptał jej do ucha, podniósł i delikatnie ułożył w wannie. Spojrzała na Juliana chcąc odgadnąć jego plany. Uśmiechnął się do niej i powiedział
- Mówiłem ci, że to był dopiero początek - to mówiąc klęknął koło wanny, sięgnął po olejek do kąpieli, nalał sobie trochę na dłoń i zaczął rozsmarowywać na piersi Moniki. Zamknęła oczy i cicho westchnęła. Masował delikatnie jej piersi, jedną i drugą, potem jego ręka zsuwała się coraz niżej, a kiedy minęła pępek, poczuł jak ciało Moniki naprężyło się. Przesuwał rękę jeszcze niżej, poczuł, jak Monika rozsunęła nogi. Czuła jak palce Juliana delikatnie i powoli się w niej zagłębiają. Robił to powoli i delikatnie.

227




Wkładał je i wyjmował. Słyszał jak jej oddech staje się coraz szybszy i płytszy. Wiedział, że niedługo dojdzie, na chwilę przestał, wszedł do wanny, uniósł biodra Moniki i w nią wszedł. Wystarczyło kilka ruchów, żeby jej dłonie zacisnęły się na jego plecach, a jej ciało wygięło się nienaturalnie. Podniósł sie zadowolony
- Jak mi tego brakowało, widzę, że tobie też - powiedział wychodząc z wanny i owijając się ręcznikiem. Sięgnął po szlafrok, którym owinął Monikę kiedy wyszła z wanny. Odwrócił ją przodem do wielkiego lustra, przytulił się do niej, wytarł znajdującą się na lustrze parę. Spojrzeli na swoje odbicia w lustrze.
- Jesteś taka piękna - powiedział i odgarnął jej włosy z czoła - A może powinniśmy...
- Co? - spojrzała na Juliana
- A może powinniśmy pomyśleć o ślubie? - powiedział. Zamurowało ją. Zaręczyny owszem, ale żeby od razu ślub? Tego się nie spodziewała. Julian był przekonany, że rzuci mu się na szyję i zacznie planować wesele.
- Ale to za szybko - powiedziała po chwili zastanowienia - Dopiero się zaręczyliśmy, poczekajmy.
Z trudem ukrył zawód. Nie dał po sobie poznać, że

228




oczekiwał innej reakcji.
- Dobrze - powiedział - Ważne, że już obiecałaś mi swoją rękę, czyli wstępna rezerwacja jest. A teraz - złapał ją na ręce - Idziemy do sypialni kończyć to, co zaczęliśmy.
- Julian! - krzyknęła i roześmiała się - Postaw mnie! - ale jej nie słuchał.
Armand leżał w łóżku i nie mógł zasnąć. Słowa Juliana, jego groźba wlała w jego serce niepokój. Owszem, bardzo lubił Monikę, podobała mu się. Ale Nadine była jego siostrą i teraz, kiedy zostali na świecie sami, on był jedynym jej opiekunem. Nikogo innego nie miała. Mięli tylko siebie, więc czuł odpowiedzialność za młodszą siostrę. W życiu by jej nie naraził na niebezpieczeństwo. Zaczął się zastanawiać czy zatrudnienie Moniki nie było błędem. Znał opinie krążące o Julianie, wiedział do czego jest zdolny. Nawet w Marsylii głośno było o jego porywczym charakterze i o tym, że bywa nieobliczalny. Do jego uszu dotarły relacje ze związków Juliana z kobietami, kiedy w wielu przypadkach kobiety kończyły na kozetce u psychoanalityka lecząc załamanie nerwowe po zakończonym związku. Armand zastanawiał się jak taka kobieta jak Monika -

229




czuła, delikatna i wrażliwa, mogła związać się z kimś tak innym jak Julian. Uznał, że to najlepszy dowód na potwierdzenie teorii "miłość jest ślepa". Nie zamierzał stawać między Moniką, a Julianem, ale nie zamierzał go do swojej postawy przekonywać. Wiedział, że prędzej odstawi na bok swoje uczucia niż rozbije czyjś związek.
Monika powoli otworzyła oczy. Spojrzała w bok ale Juliana nie było. Wstała, ubrała szlafrok i cicho zeszła na dół. Zobaczył jak chodzi po salonie rozmawiając przez telefon. Usłyszała strzępy rozmowy.
- Ale mnie nie interesuje czy macie je teraz na magazynie... Jeśli nie, to macie je sprowadzić... Koszty nie grają roli... Tak, ten kryształowy żyrandol też... Nie, nie obchodzi mnie jak to zrobicie... W poniedziałek mają być u mnie, w Valensole... Tak, będę czekał. Do widzenia...
- Co za tępe gnojki - powiedział do siebie
- O kim tak mówisz? - zapytała
Odwrócił się do niej zdziwiony
- Nie śpisz już? Dzwoniłem do tych dupków ze sklepu meblowego. Pamiętasz te meble z hebanu, które ci się tak podobały? - zapytał - Te, które chciałaś postawić tu, w salonie?
- Mówisz o tej stylowej

230




witrynie z wygiętymi nogami i stole z krzesłami do kompletu? No pamiętam. Piękne były ale nie mieli
- No to właśnie kazałem je sprowadzić, a oni mi pierdolą że to potrwa, bo to byłoby pojedyncze zamówienie jako, że ze względu na cenę, rzadko kto je kupuje. Masz pojęcie co za debile? Nie chcą zarobić...
- Julian, daj spokój, weźmiemy inne
- Ale, kurwa, chciałaś te i będą te!
- Podobały mi się i tyle - dla Moniki robienie z tego problemu było niezrozumiałe - Znajdę inne, które też mi się spodobają
- Nie. Mają mi sprowadzić porządny heban, a nie jakieś gówno! - w jego głosie słychać było irytację - Koniec dyskusji - uśmiechnął się i dodał - Co chcesz na śniadanie?
- Ciebie - powiedziała i oplotła jego szyję rękami
- Naprawdę nie masz dość - powiedział z uznaniem - Ale tobie niczego nie mogę odmówić - wsunął dłoń w jej spodenki od piżamy, przycisnął do siebie i wyszeptał - Jesteś taka mokra. Mógłbym to robić z tobą zawsze i wszędzie, nie mówiąc że na wszelkie możliwe sposoby.
Jęknęła cicho podniecając Juliana jeszcze bardziej. Nie przestając buszować w jej spodenkach, drugą ręką sprawnie zrzucił

231




wszystko z kuchennego blatu, nie zwracając uwagi na towarzyszący temu huk. Chwycił Monikę i posadził na pustym blacie. Wyjął na chwilę rękę z jej spodenek tylko po to, by je zdjąć. Rozsunął jej nogi i stanął pomiędzy nimi.
- Oprzyj się mocno kotku - wyszeptał - Bo będzie ostro - to mówiąc zsunął slipki.
Zaparła się mocno dłońmi i odchyliła głowę do tyłu, podczas gdy dłoń Juliana robiła co chciała pomiędzy jej udami. Była coraz bardziej podniecona. Poczuła jego erekcję gdy w nią brutalnie wszedł.
- Kocham to z tobą robić - szeptał nie przerywając
- Ja... Ja też... - trudno jej było zebrać myśli
- Jak widzę tego... - urwał ciężko dysząc, wchodząc w Monikę i wychodząc raz za razem - Jak widzę Armanda koło ciebie...
- Julian - zacisnęła zęby w ekstazie - Miałeś odpuścić
- Nie jemu - czuł rosnącą adrenalinę, napierał na nią coraz agresywniej
- Wszystko potrafisz popsuć - zaczęła i poczuła nadchodzący orgazm - Przestań - zacisnęła w ekstazie palce na jego nagim ramieniu próbując się uwolnić, ale nie była w stanie
- Nie... ma... takiej... opcji... - nie zważał na jej słowa - Chciałaś, to masz

232




mnie na wyłączność - to mówiąc złapał ją za głowę i docisnął jej usta do swoich i zaczął całować. Próbowała się cofnąć w kierunku ściany, ale przejrzał jej zamiar, złapał za pośladki i przysunął do siebie - Nie uciekniesz... - wyszeptał i poczuła wypełniający ją ciepły płyn, podczas gdy ciałem Juliana targały konwulsje
- Kurwa - powiedział z twarzą ukrytą w jej włosach - Jestem od ciebie uzależniony. Gdybyś chciała odejść... Jeśli... - spojrzał jej w oczy - Jeśli ty i on.. - wziął głęboki wdech, a jego twarz zrobiła się niczym wykuta z marmuru - Zniszczę go. Nie będzie miał nic. Zrujnuję mu życie.
Otworzyła usta z niedowierzaniem. Nie była w stanie wykrztusić słowa. Julian poprawił spodenki, pogładził ją po twarzy i dodał
- Chciałbym żebyś miała tego świadomość
- To chore - wyszeptała
- Możliwe - otworzył lodówkę i kontynuował - Ale żaden frajer nie będzie mi uwodził narzeczonej
- Julian - powiedziała cicho - Ty się musisz leczyć
- Z niczego nie będę się leczył - powiedział nalewając sobie soku do szklanki - Każdy normalny facet by się tak samo zachował - Soczku? - zapytał jak gdyby

233




nigdy nic.
- Nie chcę żadnego pieprzonego soku! - zdecydowanym ruchem odsunęła karton, który jej podał
- Kochanie, ty przeklinasz? - wyraźnie go to rozbawiło
- Julian, nie doprowadzaj mnie do szewskiej pasji! - krzyknęła - Jeśli coś zrobisz Armandowi..
- To co? - spojrzał na nią z uwagą - Co wtedy zrobisz? Odejdziesz? - w jego głosie nie było jednak strachu, a raczej lekceważenie - Zostawisz mnie dla niego?
- Nie rozumiesz w czym tkwi problem? Jasna cholera, Julian! - krzyknęła - Widzę, że nasz związek tobie przynosi więcej szkody niż pożytku!
- Nie szukaj pretekstu - spojrzał na nią uważnie. Poddała się. Nie było sensu ciągnąć z nim tego tematu. Wszelkie argumenty napotykały mur. Usiadła przy stole i ukryła twarz w dłoniach.
- Po prostu rewelacyjny pierwszy weekend w naszym pięknym domu - powiedziała ironicznie do siebie ale Julian usłyszał. Położył dłoń na ramieniu Moniki.
- Zrozum, zmieniłaś moje życie diametralnie. Już sobie nie wyobrażam, żeby nie było w nim ciebie. Nie zniósłbym świadomości, że jakiś inny mężczyzna...
- Daruj sobie ten wykład - przerwała mu szorstko, owinęła się szczelnie szlafrokiem i

234




skierowała w kierunku schodów
- Kurwa! - uderzył pięścią w stół - Żadnej empatii! - odwróciła się i roześmiała
- Ty nawet nie znasz sensu tego słowa. To dla ciebie definicja ze słownika wyrazów obcych.
Stał tak chwilę zastawiając się co robić. Pierwszy raz Monika przeciwstawiła mu się tak zdecydowanie. Julian doszedł do wniosku, że jest to zasługa Armanda buntującego ją przeciw niemu. Nie miał na to żadnych dowodów, a mimo to uznał taką opcję za pewnik.
- Zniszczę gnoja - powiedział do siebie i jednym łykiem opróżnił szklankę.

     
c.d.n.

235




Wyrazy: Znaki: