Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin
ikonka komentarza

Łyżka Podróżniczka

Autor: Dos twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




I
Zupa ogórkowa, zupa brokułowa, krupnik, i tak w kółko, i w kółko. A w niedzielę, dla odmiany, rosół. I ani jednego dnia wolnego. Ciągle tylko to ściskanie. Moczenie w gęstej zupie, zanurzanie w ludzkiej buzi, a później znowu nurkowanie w talerzu. Następny etap to leżenie w stercie brudnych naczyń i długie oczekiwanie, aż czyjeś łaskawe ręce włożą cię pod strumień czystej wody... Jak długo można tak żyć?
Pewnego dnia, tuż po poobiednim myciu naczyń, Łyżka poczuła, że ma już tego dość. Wyprostowała się, stanęła przed tłumem Widelców, Noży, Łyżeczek i Chochli, i wzięła głęboki oddech.
– Kochani, odchodzę. – oznajmiła i czekała na reakcję współlokatorów, z którymi całe życie zamieszkiwała jedną szufladę.
– Przez chwilę wszystkie sztućce patrzyły na nią w milczeniu. Chyba zabrakło im słów.
– A... a... ale jak to? – wyjąkał jako pierwszy Mały Widelczyk do Ciasta – Dokąd pójdziesz? Łyżko, gdzie będziesz spać?
– O tak, gdzie będziesz spać? Co będziesz jeść? – zawtórowały mu pozostałe sztućce.
– Będę jeździć po świecie – powiedziała Łyżka, bardzo zadowolona ze swojego

1




pomysłu.
– A masz pieniądze na bilet? – spytała przezornie Chochla.
– Pieniądze? – powtórzyła zaskoczona Łyżka – Jakie pieniądze?
– Takie papierowe. – oznajmiła najstarsza Chochla – Ludzie używają ich, żeby zapłacić za jedzenie, za dom, za samochód, za nowy dywan do salonu. I żeby kupić łyżki, tez używają pieniędzy.
– Ale przecież ja nie chce kupić ani dywanu, ani domu. – broniła się Łyżka.
– Oj Łyżko, Łyżko, ale żeby podróżować, też trzeba mieć pieniądze. – tłumaczyła Chochla – Musisz zapłacić za bilet na samolot albo pociąg.
Łyżka posmutniała. Nie miała przecież pieniędzy. Jak miała zatem zwiedzać inne kraje? Chochla, która była najstarsza i najmądrzejsza wśród sztućców i najwięcej wiedziała o świecie, widząc zmartwienie młodszej koleżanki, powiedziała:
– Wiesz, Łyżko, możesz spróbować podróżować inaczej. Już niedługo będzie jesień, co oznacza, że bociany będą odlatywały do ciepłych krajów. Może któryś zabierze cię na swoich skrzydłach – zaproponowała.
– Oh, myślisz, Chochlo, że bocian się zgodzi? – Łyżka odzyskała nadzieję na swoje wojaże po

2




świecie.
– Zapytaj. – poradziła Chochla.
Chochla ledwie skończyła mówić, Łyżka już zniknęła z pola widzenia. Pobiegła do okna, zapukała w szybę i kilka sekund później na parapecie stały już dwie długie, chude, czerwone nogi. Na samym ich końcu znajdował się biało-czarny ptak i jego długi dziób, tak samo czerwony jak nogi.
– Kle, kle, bocian Maniek, do usług. – przedstawił się wysoki ptak.
– Mańku, czy masz na swoich skrzydłach wolne miejsce na podróż do ciepłych krajów? – spytała Łyżka z nadzieją w głosie.
– Z chęcią cię zabiorę, droga Łyżko. Bądź gotowa jutro, kle, kle.
– Dziękuję! – powiedziała Łyżka bardziej od siebie, bowiem Maniek już zdążył odfrunąć w siną dal.
Łyżka zeskoczyła z parapetu i pobiegła spakować się do drogi. Nie miała wielu rzeczy osobistych, jak to przeciętna łyżka. W kawałek serwetki, którym przykrywała się na noc do spania, spakowała jedynie szczoteczkę do zębów, małe lusterko i fotografię całej rodziny sztućców. Wiedziała, że będzie za nimi tęsknić. Jednak chęć odkrywania świata, która odezwała się w jej sercu, była zbyt silna, by

3




doprowadzić do pozostania w szufladzie.
– Czy jesteś pewna swojej decyzji? – spytała Chochla, kiedy wraz z pozostałymi sztućcami żegnała na parapecie opuszczającą dom Łyżkę.
– O tak, Chochlo, marzę o podróżach. – wykrzyknęła podekscytowana Łyżka.
– Cóż, skoro nie uda nam się zatrzymać ciebie wśród nas, życzymy ci udanego wyjazdu. – powiedział Nóż i zrobił krok w przód, by przytulić Łyżkę.
W ślad za nim poszły pozostałe sztućce. Gorące pożegnanie sprawiło, że w wielkich oczach Łyżki błysnęły łzy. Mimo tego zaczęła wdrapywać się na grzbiet gotowego do odlotu Mańka.
– Kle, kle, au, ostrożniej proszę. – jęczał bocian, gdy Łyżka nieumyślnie raz za razem za mocno pociągała jego pióra.
– Przepraszam. – powiedziała Łyżka, gdy już siedziała na plecach Mańka.
Ptak był tak wysoki, że biedna Łyżka aż się zasapała podczas wspinaczki.
– Żegnajcie kochani. – szepnęła Łyżka. Nie była jednak pewna, czy stojące na parapecie sztućce usłyszały jej słowa.
Maniek rozłożył szeroko skrzydła i wzbił się w powietrze. Łyżka patrzyła na swoją rodzinę, która z każdą

4




sekundą stawała się coraz mniejsza, aż wreszcie zupełnie zniknęła z pola widzenia.

     
II
Łyżka zakopała się w mięciutkie i ciepłe pióra Mańka. Utulona monotonnym lotem ptaka zasnęła. Przyśniły jej się wszystkie przygody, które czekają ją w nowych miejscach. Śniła o nieznanych dotąd smakach. Gdy się obudziła, wyobrażała sobie, jak zanurza się w talerzach z zupami, o których do tej pory nie słyszała. Łyżka już nie mogła się doczekać! Jednak musiała uzbroić się w cierpliwość, bowiem bociania podróż w ciepłe kraje trwała dłużej, niż jej się to na początku wydawało.
– Kle, kle, jesteśmy na miejscu. – oznajmił wreszcie Maniek, podchodząc do lądowania.
– Jak tutaj ładnie. – zauważyła Łyżka, ostrożnie stąpając po wysuszonej ziemi.


Rozejrzała się po okolicy. Otaczała ją gęsta, pożółkła trawa, oraz kilka ogromnych drzew. Wzrok Łyżki zatrzymał się na kolorowych zwierzętach, wśród krzewów.
– To zebry. – wyjaśnił Maniek, który już kolejny rok zimował w tych stronach.
Łyżka pokiwała tylko głową i wróciła do obserwowania miejsca, w którym się znalazła. Wszystko było dla

5




niej nowe. Nie znała nazw roślin i zwierząt, które właśnie zobaczyła. Nie wiedziała też, gdzie właściwie jest.
– Jesteśmy w Afryce. – odezwał się znowu bocian.
Maniek nazwał wszystkie rośliny: akacje, baobaby i palmy. Pokazał Łyżce afrykańskie zwierzęta: geparda, który biega najszybciej ze wszystkich ssaków, słonia, który jest największy na lądzie, największego ptaka – strusia. Łyżka widziała też nosorożce i wysokie żyrafy.
– Och, Mańku, tu jest fantastycznie! – ekscytowała się Łyżka.
– Cieszę się, że nie jesteś zawiedziona wycieczką, kle, kle. – uśmiechnął się bocian.
– Oj nie, bardzo mi się podoba Afryka. Długo tu zostaniemy? – spytała Łyżka.
– Całą zimę. W Polsce bym zamarzł, a tutaj jest ciepło i mam dostatecznie dużo jedzenia. – wyjaśnił Maniek.
– Jak to? – zdziwiła się Łyżka – Widziałam słonie, żyrafy, lwy... Ale nie ma tu żab.
– Kle, kle, my, bociany, wcale nie jesteśmy smakoszami żab. Zdecydowanie bardziej wolimy ryby, ślimaki albo owady.
Łyżka pomyślała o tym, jak mało jeszcze wie o świecie i jak wiele będzie musiała się nauczyć. Miała nadzieję że

6




wielka podróż dookoła świata zamieni ją w mądrą i uczoną Łyżkę. Kto wie, może nawet tak mądrą jak Chochla.
– Mańku, ja już pójdę. – Łyżka zwróciła się nieśmiało do bociana.
– Spodziewałem się tego, kle, kle. Przecież chcesz poznać Afrykę – stwierdził.
– Tak. – przyznała Łyżka.
Na pożegnanie bocian objął Łyżkę swoim czarno-białym skrzydłem.
– Dziękuję za wszystko, Mańku. – uśmiechnęła się Łyżka.
– Cała przyjemność, kle, kle, po mojej stronie.
Łyżka ruszyła przed siebie, w nieznany, wielki świat. Po chwili jednak stanęła, odwróciła się i zawołała:
– Mańku, czym żywią się tutejsze łyżki?
– Słyszałem coś o zupie orzechowej! – krzyknął bocian, który na swoich długich nogach zdążył już przemierzyć sporo drogi.
– Brzmi smacznie! – odkrzyknęła Łyżka i po raz ostatni pomachała Mańkowi.

     
– Zupa orzechowa, zupa orzechowa... – mamrotała do siebie Łyżka, brnąc przez gęstą trawę.
Szła i szła, aż w jej głowie wymyśliły się słowa piosenki, które zaśpiewała na głos:
W Afryce rosną orzeszki,
jedzą je kotki i pieski.
A ludzie z nich zupy

7




gotują,
bo ich pyszny smak czują.
Lubią je łyżki w Afryce,
ja też się nimi zachwycę!
Łyżka wiedziała, że jej piosenka nie jest do końca zgodna z prawdą, bo nie widziała tu ani jednego kotka ani pieska. Mimo to zaśpiewała ją jeszcze trzy razy. W międzyczasie doszła do miasteczka. Trafiła na sam środek targu. Ależ tam było głośno! Wszyscy ludzie krzyczeli do siebie, śmiali się, sprzedawali i kupowali. Na dużych stołach leżały banany, kokosy, daktyle i wiele innych owoców, których nazw Łyżka nie znała. Na ziemi poustawiane były gliniane wazy i misy, ręcznie wykonane tkaniny i ubrania. Nigdzie jednak Łyżka nie zauważyła zupy orzechowej. Dwa razy obeszła cały targ, jednak nie udało jej się znaleźć upragnionej potrawy.
Przepraszam, gdzie można spróbować zupę orzeszkową? – zrezygnowana zapytała małego Baranka, który stał przy jednym ze straganów i cierpliwie czekał na swojego pana.
– U mnie w domu. – odparło zwierzątko.
– Naprawdę? – ucieszyła się Łyżka – Zabierzesz mnie tam?
– Moja rodzina zawsze chętnie przyjmuje gości. – wyjaśnił Baranek i schylił się, by Łyżka mogła wsiąść na jego

8




grzbiet.
Podróż na mięciutkim futerku minęła Łyżce szybko i przyjemnie. Jak się okazało, Łyżka miała dużo szczęścia, bowiem akurat tego dnia na obiad w domu Baranka była zupa orzechowa!
– Pamiętam, jak z Małą Łyżeczką z mojej szuflady wyjadałam masło orzechowe prosto ze słoika. – zwierzyła się Łyżka.
– Trzymacie masło orzechowe w słoiku? – zdziwił się Baranek.
– Tak, kupujemy je w sklepie, a później stoi w domu w lodówce. – wyjaśniła Łyżka – A u was nie?
– Nie. – powiedział Baranek – U nas Mama robi masło orzechowe. Jest zawsze świeże i pyszne.
– Mmm... – rozmarzyła się Łyżka – Nie mogę się doczekać, aż poznam ten smak.
Łyżka, umywszy ręce przed posiłkiem, zajęła miejsce tuż przy talerzu pełnym gorącego, orzechowego płynu. Zanurzyła się do połowy, przełknęła pierwszy łyk i... zanurkowała głębiej, by zjeść jeszcze więcej zupy. Taka była dobra!
Po obiedzie Łyżka poczuła, że jest przejedzona. Zjadła bardzo dużo zupy orzeszkowej, którą od tej pory zaliczyła do swoich ulubionych potraw. Było jej smutno, że niebawem będzie musiała opuścić Afrykę.

9




Zaprzyjaźniła się z Barankiem i jego rodziną. Baranek dał jej na pożegnanie kartkę, na której niezgrabnie napisał kopytkiem przepis na zupę orzechową.
– Och, dziękuję. – powiedziała wzruszona Łyżka i przytuliła się mocno do puszystego przyjaciela – Dzięki tobie wszystkie sztućce z mojej szuflady będą mogły spróbować, jak smakuje zupa z Afryki.
Łyżka pożegnała się z Barankiem i ruszyła w dalszą podróż. Nie wiedziała, dokąd idzie, więc po prostu szła przed siebie. Minęła pasące się wśród gęstej trawy zebry i żyrafy, wylegujące się dwa tygrysy, a nawet stado słoni, które schładzało się w przydrożnym bajorze.
Po kilku godzinach marszu usłyszała za plecami groźny ryk. Odwróciła się i zobaczyła lwa, który biegł wprost na nią.
– Nie jadłem dziś kolacji. Jeśli nie chcesz zostać moim posiłkiem, to lepiej uciekaj! – krzyknął drapieżnik, nie przerywając biegu.
Łyżka przeraziła się nie na żarty! Ze strachu zamknęła oczy i zaczęła biec przed siebie tak szybko, ile tylko miała sił w nogach.

     
III
Dzień zmienił się w noc, a Łyżka wciąż uciekała. Bała się odwrócić, ale słyszała

10




sapanie lwa i wiedziała, że jest on tuż za nią. Resztkami sił biegła więc dalej. Nie chciała skończyć jako posiłek tego drapieżnego kota.
– Ech, uciekaj sobie gdzie pieprz rośnie! – krzyknął w pewnym momencie znudzony lew i niespodziewanie zatrzymał się.
– A gdzie rośnie pieprz? – spytała Łyżka, również przestając biec.
– W Indiach. – odparł lew i wskazał łapą kierunek.
– A mają tam jakieś zupy? – dopytywała się Łyżka.
– O tak, mają dużo. Popularna jest zupa z curry. – wyjaśnił lew, który najwyraźniej dał się wciągnąć w rozmowę.
– Zupa z curry. – powtórzyła Łyżka, by zapamiętać nazwę potrawy – Dzięki! – krzyknęła i zaczęła biec we wskazanym kierunku.
Tym razem lew już jej nie gonił, lecz znużony leżał na rozgrzanym piasku i ziewał.
Wędrówka Łyżki do Indii trwała kilka dni. Gdy jednak dotarła na miejsce, uznała, że warto było tyle iść. W powietrzu unosiły się najrozmaitsze zapachy jedzenia: od słodyczy do drugiego dania. Łyżka wzięła głęboki wdech i poczuła przepiękne aromaty przypraw. Aż jej się w głowie zakręciło! Nagle poczuła się niesamowicie głodna. Od razu

11




ruszyła na poszukiwania zupy z curry.
W domu Łyżki czasami robiono potrawy z dodatkiem curry, dlatego znała zapach tej mieszanki przypraw. Jednak większość z tych posiłków była przygotowywana dla Noża i Widelca. Łyżka rzadko ich próbowała, dlatego smak curry pamiętała jak przez mgłę. Tym razem jednak poprowadził ją nos i niebawem stanęła przed dużym, drewnianym pomieszczeniem, z którego wnętrza wydobywała się mocna, aromatyczna woń przypraw. Zapukała w potężne drzwi, a gdy nikt nie otwierał, ostrożnie je uchyliła i przez niewielką szparę wsunęła się do środka. Jej oczom ukazało się kilka słoni, które leniwie spędzały popołudnie: dwa pożywały się niespiesznie, jeden spał, a jeszcze inny stał i przyglądał się motylowi, który właśnie przysiadł na jego stopie.
– Czy wy jesteście słoniątkami? – niespodziewanie spytała Łyżka.
– My? – zdziwił się obserwator motyla – Nie, jesteśmy dorośli.
– W Afryce widziałam słonie, które były dużo większe od was. – wyjaśniła Łyżka.
– Och, teraz rozumiem. – zaśmiał się Słoń – To prawda. Nasi afrykańscy kuzyni są więksi niż my, słonie

12




indyjskie.
– To dlatego, że jecie dużo zupy z curry? – dopytywała Łyżka.
– Ależ nie, po prostu jesteśmy innymi gatunkami. – wyjaśnił cierpliwie obserwator motyla – Nigdy nie jadamy zupy z curry.
– Nie? – Łyżka była wyraźnie zawiedziona – Myślałam, że zjem tutaj tę zupę. Tak ładnie u was pachnie przyprawami...
– Nasz właściciel dodaje odrobinę curry dla smaku do naszej paszy, stąd ten zapach.
– Rozumiem. Pójdę już. – smutna Łyżka odwróciła się i z powrotem zaczęła przeciskać przez ledwo uchylone drzwi.
– Łyżko, zaczekaj! – zawołał Słoń – Idź na targ główny, tam sprzedają jedzenie. Zupa, której szukasz, na pewno tam będzie.
– Och, dziękuję! – krzyknęła Łyżka, wyraźnie ożywiona – Miłego obserwowania kolorowego motyla, do zobaczenia!
Łyżka bez problemu trafiła na opisywany przez Słonia targ główny. Był wyjątkowo duży. Znajdowało się tam mnóstwo stoisk, na których można było dostać dosłownie wszystko. Ponownie kierując się węchem, Łyżka znalazła stragan, w którym podawano jedzenie. Zobaczyła, że przy zupie z curry narysowano ostrzeżenie: trzy małe, czerwone

13




papryczki. Zapewne oznaczało to, że potrawa jest niezwykle pikantna, mimo to niezrażona Łyżka nabrała do ust pierwszy łyk gęstej, aromatycznej zupy. Połknęła do z zapałem i...
– Aaa! – krzyknęła – Pali! Piecze!, ratunku!
Łyżka poczuła, jak pikantna zupa z curry wypala dziurę w całym jej srebrnym ciele. Oczami wyobraźni widziała, jak niewidzialne, ostre igiełki kłują od środka jej rozpalony żołądek. Biegła przed siebie w poszukiwaniu wody, która pokonałaby pikantny smak zupy, który wciąż pozostawał w ustach. Na horyzoncie nie pokazywała się jednak ani rzeka, ani jezioro, ani nawet kran. W tym czasie Łyżka czuła na swoich ustach drżenie, jakby stado małych, czerwonych mrówek spacerowało po jej wargach. Na szczęście oczom Łyżki ukazało się drewniane wiadro, wypełnione pyszną wodą. Biegła do niego niemal na oślep. Gdy ukoiła palące uczucie w ustach, usłyszała trzy głośnie gwizdy i okrzyk:
– Kotwice w górę!
Był to znak, że statek, na który nieświadomie wbiegła spragniona Łyżka, odpływa właśnie od wybrzeży Indii. A Łyżka odpływa wraz z nim...

     
IV
Łyżka nie czuła się dobrze na

14




płynącym statku. Zagubiona chodziła po pokładzie, od jednej burty do drugiej, a z każdej strony otaczał ją groźnie wyglądający ocean. Kołyszące się, granatowe fale źle na nią działały. Łyżka miała najprawdziwsze objawy choroby morskiej. Chciała, by ta nieprzyjemna podróż skończyła się jak najszybciej. Tym bardziej, że nie miała nawet pojęcia, dokąd płynie...
– Czemu jesteś taka zielona? – z rozmyślań wyrwał ją nieznajomy głos.
– Bo źle się czuję. – odparła Łyżka, przyglądając się swemu rozmówcy: był to wysoki, szczupły, biały pies. Na całym ciele miał mnóstwo czarnych kropek – Czy ty też jesteś chory? Masz chyba wysypkę...
– Jestem dalmatyńczykiem, a dalmatyńczyki mają takie kropki – wyjaśnił pies – Mam na imię Gonzo. – dodał.
– Miło cię poznać, Gonzo. – powiedziała Łyżka i uścisnęła psią łapkę – Nikogo tu nie znam. Nie wiem nawet, dokąd płyniemy.
– Do Anglii. Już niedługo będziemy na miejscu.
– Do Anglii? – powtórzyła Łyżka – Co jest w Anglii?
– Och, dużo rzeczy! – wykrzyknął Gonzo – Ja i moi państwo jedziemy odwiedzić królową, mamy zaproszenie na

15




obiad.
– A co tam jedzą? – zaciekawiła się Łyżka,
– W królewskim zamku, to pewnie same smakołyki. – zadumał się Gonzo.
– Jak myślisz, czy łatwo wejść na taki obiad? Bo wiesz, ja tak lubię zupy... – rozmarzyła się.
– Chyba nie każdego tam wpuszczają. – zawahał się dalmatyńczyk, jednak widząc zasmuconą minę Łyżki, dodał – Ale jeśli chcesz, może uda mi się przemycić cię na obiad do pałacu.
– Bardzo bym chciała! – zawołała rozpromieniona Łyżka – Na pewno jadają tam przepyszne zupy...
– No, to jesteśmy umówieni! – uśmiechnął się Gonzo i pobiegł, zawołany przez swojego pana.
Od czasu spotkania z Gonzem Łyżka zaczęła zupełnie inaczej postrzegać nużący rejs. Ocean nie był dla niej już tak przerażający, a fale wydawały się jakby mniejsze. Jednak wciąż z niecierpliwością wyglądała stałego lądu.
Po kilku dniach monotonnej podróży statek z Łyżką na pokładzie dobił wreszcie do upragnionego portu. Zgodnie z umową Gonzo czekał na Łyżkę przed swoją kajutą. Łyżka niepostrzeżenie wskoczyła do torby z rzeczami osobistymi dalmatyńczyka. Usadowiła się między plastikową kością go

16




gryzienia i szamponem przeciwpchelnym i wraz z Gonzem i jego państwem opuściła pokład statku. Myślała, że od razu pójdą na obiad do królewskiego pałacu. Taka już była głodna! Okazało się jednak, że Londyn, w którym znajduje się zamek królowej, oddalony jest od portu o kilkadziesiąt mil. Gonzo, jego rodzina i schowana Łyżka wsiedli do długiego, czerwonego samochodu i niedługo później wysiedli przed ogromnym budynkiem. Łyżka domyśliła się, że to właśnie jest królewski pałac. Był piękny! Otoczony soczyście zielonym trawnikiem i dywanem kolorowych kwiatów. Wszystkie krzewy były bardzo dokładnie i równo przystrzyżone. Przy wielkich drzwiach, prowadzących do wnętrza zamku, stało kilkoro identycznych ludzi. Wszyscy mieli na sobie takie same czerwone marynarki i czarne spodnie. Każdy z nich miał na głowie wielką, puszystą czapkę, która przypominała gniazdo jakiegoś ptaka. Żaden z tych ludzi nie poruszył się ani o milimetr. Bez ruchu stał nawet człowiek z prawej strony, któremu tuż przed nosem latała złowrogo osa. Łyżka, która panicznie bała się os, aż się wzdrygnęła.
To strażnicy pałacu – wyjaśnił szeptem

17




Gonzo – Oni pod żadnym pozorem nie mogą się poruszyć...
Łyżka pokiwała głową ze zrozumieniem i wraz z pozostałymi gośćmi weszła do chłodnego wnętrza pałacu.
Wytwornie wyglądający kamerdyner zaprowadził wszystkich zaproszonych na uroczysty obiad do sali balowej. Prawie całe pomieszczenie zajmował ogromny stół i poustawiane wokół niego krzesła. Było ich naprawdę wiele. Łyżka, która usiadła prawie na końcu, zauważyła, że znajduje się tak daleko od zaszczytnego miejsca zajmowanego przez królową, że być może nawet jej nie dostrzeże...
Łyżka popatrzyła na tutejsze sztućce. Pomyślała, że są one równie wspaniałe jak cały pałac. Bez wątpienia wszystkie były z jednego kompletu. Nie to co w jej domu, gdzie kilka sztuk było z zestawu, kilka jakichś starych, zapodzianych noży, parę widelców odnalezionych za kanapą lub szafą. Sztućce królowej były piękne. Wykonane z jakiegoś szlachetnego materiału. Zdobienia na ich rączkach przedstawiały wykwintne kompozycje kwiatowe. Przez chwilę zastanawiała się, czy dobrze zrobiła, że ona, taka zwykła aluminiowa Łyżka, przyszła na uroczysty obiad i usiadła obok tak

18




idealnego Noża...
– Dzień dobry. – nieśmiało przywitała się z arystokratycznym Nożem.
– Witaj. – odparł Nóż, zerkając z ukosa na nową sąsiadkę – Ty na obiad? Czy na stałe?
– Gościnnie. Nie wiesz, co dziś będzie na obiad? – spytała cicho Łyżka.
– Tradycyjna, angielska zupa ogonowa. – oznajmił Nóż.
Rozmowę sztućców przerwało wejście kelnerów, którzy na błyszczących srebrnych tacach wnosili wazy z parującą zupą. Po chwili Łyżka po raz pierwszy w życiu próbowała angielskiej kuchni. Zupa ogonowa przyrządzona przez najlepszych królewskich kucharzy smakowała wybornie. Łyżka żałowała, że na tak uroczystym obiedzie nie wypada poprosić o dokładkę. Jednak życzliwy Nóż wyrecytował przepis na zupę ogonową, który Łyżka dokładnie zapamiętała.
Po skończonym posiłku Łyżka podziękowała sztućcom królowej za gościnę, serdecznie pożegnała się z Gonzem, po raz ostatni spojrzała na nieruchomych strażników z ptasimi gniazdami na głowach i ruszyła w dalszą kulinarną podróż.

     
V

      Po spacerze londyńskimi ulicami Łyżka trafiła na dworzec kolejowy. Nigdy jeszcze nie jechała pociągiem, dlatego

19




czuła się nieco zagubiona w tym miejscu. Wspięła się do wagonu, zajęła miejsce pod oknem i czekała niecierpliwie na odjazd pociągu. Ach, jakże była ciekawa, dokąd trafi tym razem!
Uwagę Łyżki przykuł dziwnie wyglądający człowieczek, siedzący naprzeciwko. Był on niziutki i zupełnie okrąglutki. Pod nosem miał. zawinięte na papiloty, czarne wąsiki, a na głowie przekrzywiony beret z antenką. Miał na sobie o wiele za długi płaszcz z głębokimi kieszeniami, w których nie było widać dna. Czując na sobie zaciekawiony wzrok Łyżki, powiedział:
– Jam jest Pan Wąsik. - szef kuchni francuskiej, do usług! – po czym wykonał uroczysty ukłon w jej kierunku.
– Francuskiej? Jesteśmy we Francji? – zapytała Łyżka.
– Jeszcze nie, ale już prawie, prawie. – uśmiechnął się jej współpasażer.
– A skoro jesteś szefem kuchni francuskiej, to może powiesz mi, jaka jest najlepsza zupa we Francji? – poprosiła.
– Naturalnie. Tak się składa, że akurat mam ją przy sobie. – oznajmił wesoło Pan Wąsik i wyjął z głębokiej kieszeni płaszcza talerz pełny parującej zupy – Oto specjalność kuchni francuskiej: zupa cebulowa.

20




Bleh, nie lubię cebuli. – mlasnęła Łyżka.
– Ależ dlaczego? Jakże można nie lubić cebuli? – obruszył się Wąsik – Toż to samo zdrowie!
– Nieprzyjemnie pachnie i później nikt nie chce się z tobą bawić. – broniła się Łyżka.
– Wystarczy po jedzeniu umyć zęby. I już! – Pan Wąsik wzruszył ramionami – A ileż korzyści, ileż witamin, ileż smaku!
– Panie Wąsiku... To może ja jednak spróbuję tej zupy... – zaproponowała cicho Łyżka.
– A pewnie, pewnie! – wykrzyknął kucharz i podsunął jej talerz pod nos.
– Mmm... – zachwyciła się Łyżka – To jest pyszne!
– Ha! Wiedziałem, że ci zasmakuje! – powiedział tryumfalnie Pan Wąsik.
Każdy, kto podczas podróży mijał ich przedział, mógł zobaczyć coraz grubszą Łyżkę, zajadającą się zupą cebulową i Pana Wąsika, który przez całą drogę z przejęciem opowiadał jej o francuskiej kuchni. Było widać, że gotowanie potraw z jego ojczystego kraju sprawia mu olbrzymią przyjemność. Kucharz zyskał w Łyżce wierną słuchaczkę, natomiast Łyżka z całego serca pokochała zupę z cebuli.

     
VI

     
– Łyżko, w prezencie zapisałem ci mój autorski przepis

21




na zupę cebulową. – powiedział Pan Wąsik, zbierając swoje bagaże – Bo wiesz, jesteśmy w Paryżu, ja tutaj wysiadam.
– Ja też, ja też! – Łyżka zerwała się do wyjścia – Też chcę zobaczyć Paryż!
– O nie, Łyżko, radzę, byś pojechała dalej. – rzekł spokojnie Wąsik – Będziesz zadowolona z miejsca, w które dojedziesz.
– Tak? – spytała cichutko Łyżka, niechętnie z powrotem siadając na pociągowym fotelu.
Przeczuwała, że kucharz może mieć rację. Ciekawa miejsca, w które trafi, pojechała do samego końca trasy. Im pociąg dłużej jechał, tym bardziej niecierpliwie Łyżka czekała na końcowy przystanek. Nie miała pojęcia, co też Pan Wąsik dla niej wymyślił. Dokąd ją posłał?
Podróż trwała tak długo, że Łyżka zdążyła się nawet zdrzemnąć.
Niewyraźny głos z głośników oznajmił wszystkim pasażerom, że pociąg właśnie kończy trasę i podróżni proszeni są o opuszczenie wagonów.
– Nie wierzę... – wyszeptała Łyżka, stojąc na peronie w swoim rodzinnym mieście.
Miała mieszane uczucia. Z jednej strony było jej żal, że to koniec jej wielkiej, kulinarnej podróży. Z drugiej jednak, bardzo

22




się cieszyła, że zobaczy wreszcie sztućce ze swojej szuflady. Tyle im miała do opowiedzenia! Pobiegła więc do domu najszybciej jak umiała.
– Hej, Chochlo! Widelcu! – krzyknęła Łyżka, gdy tylko przekroczyła próg kuchni.
– Łyżko! – wrzasnęły sztućce na jej widok – Łyżko, wróciłaś!
– Bardzo za wami tęskniłam! – mówiła, tonąc w czułych objęciach członków swojej rodziny – Przeżyłam tyle przygód: poznałam Baranka w Afryce, jadłam zupę ogonową w królewskim pałacu w Londynie, płynęłam statkiem, gonił mnie lew, próbowałam zupę cebulową wyjętą z płaszcza Pana Wąsika, widziałam słonie... Było wspaniale! Jednak tutaj, z wami, najlepiej... – dodała wzruszona.
– Ty wróciłaś, a Nóż właśnie wczoraj wyruszył na swoją kulinarną wyprawę! – zapiszczał podekscytowany Widelczyk do Ciasta.
– Oj, to niech lepiej uważa na trzy papryczki w Indiach! – zachichotała Łyżka i poszła zjeść swój ulubiony, poczciwy rosół.

23




Wyrazy: Znaki: