Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin
ikonka komentarza

Węgielkowy ptak

Autor: PannaLawenda twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




Węgielkowy ptak

     Był widziany tylko raz. Przemykał wśród skał, ledwie dostrzegalny z pastwiska. Miał wypłowiały płaszcz, kaptur na głowie i bardzo się starał, żeby nie zwrócić na siebie uwagi. Tylko tyle wiedziano o człowieku, który pojawił się w okolicy zapomnianej wioski, przyklejonej do podnóża góry Arl Pitren. Przybył od strony gór, gdzie wprawny piechur z trudem znalazłby przejście przez niebezpieczną przełęcz. Mieszkańcy nie mogli się go spodziewać, bo nieliczni kupcy, jacy zapuszczali się czasami w te strony, korzystali z jedynego, wąskiego szlaku w dolinie. Nikt więcej tędy nie przechodził. Aż do teraz, gdy obcego przyuważył pasterz pilnujący nieopodal stada.
Gdyby nie to, że Bern był wioskowym głupkiem i nie miał aż tyle rozumu, by wszystko zmyślić – nikt by mu nie uwierzył. Jako że nieznajomy w jasnym płaszczu nie pokazał się już więcej stwierdzono, iż dawno już musiał opuścić przedgórze i nie zaprzątano sobie nim więcej głowy. Wszak była to już wiosna. Śniegi topniały, odkrywały coraz wyżej położone świeże i soczyste trawy, które czekały, aby pognać na

1




nie stada owiec.
Pewnego dnia wieśniacy z przerażeniem zauważyli, że zniknęło najmłodsze z dziesięciorga dzieci Any i Gewina – dziewczynka. Dziecko było inne, zwykło znikać na całe dnie. Z początku myślano więc, że nazajutrz pojawi się całe i zdrowe z rumieńcami wstydu i ekscytacji nową przygodą. Ale gdy rankiem dziewczynka nie zjawiła się w domu, wieśniacy zarządzili poszukiwania. Przeczesali okoliczne kryjówki, skałki i pastwiska, na które wysyłano dzieci ze stadami. Nigdzie nie znaleziono nawet strzępka wełnianej sukienczyny, choć i tak nie dawano wiary, ażeby dzikie zwierzę było powodem zaginięcia.
Matka dziewczynki była rozsądną kobietą i szybko pogodziła się ze stratą. Dość trzeźwo uznała, że zawsze to jedna gęba mniej do wyżywienia w miejscu, które poza kozim serem i kiepskiej jakości wełną nie ma nic więcej do zaoferowania. Tutaj często zdarzało się, że dzieci umierały bo surowe warunki nikogo nie oszczędzały. Teraz trzeba było zadbać o resztę rodziny, więc zakasała rękawy i nieco skwapliwiej wzięła się do prac w obejściu. Życie toczyło się dalej i tylko co bystrzejsi wieśniacy uważniej

2




przyglądali się skalnym przejściom pilnując swoich owiec.
***
Jakże wspaniałe było miasto! Ludzie kręcili się wśród masywnych kamiennych budowli, a te –wysokie nawet na trzy piętra – rzucały jeszcze na bruk długie cienie. Słońce, które zaledwie wychynęło za horyzont, przeglądało się w lśniących dachówkach i odbijało w szczytowych krzywiznach bielutkiego jak śnieg pomnika na skraju placu. Wielka tablica, którą przytrzymywało czterech marmurowych nobliwych mężczyzn zwrócona była w stronę głównej uliczki prowadzącej na rynek, gdzie ciżba tłoczyła się między pstrokatymi straganami. Główny plac zajmowali zaś wszelkiej maści akrobaci, dziwolągi i szarlatani oferujący cudowne specyfiki, a tłum był tam jeszcze gęstszy. Dzień targowy zapowiadał się dla sprzedających znakomicie.
– Mil, czy my też coś kupimy? – Chuda dziewczynka ginęła wśród rozemocjonowanych łokci, torujących sobie drogę do najbardziej obleganych straganów, nerwowych nóg wciskających się nawet w najmniejszą szparę, aby tylko minąć kolejną osobę i pękatych brzuchów nie zważających na to, że

3




właśnie komuś miażdżą żebra. Dziecko jednak było zwinne i uchwyciwszy się wełnianego płaszcza mężczyzny, który szedł przodem, nie dało się zgubić.
Mil nie usłyszał, więc musiała powtórzyć, aby przebić się przez rwetes, jaki panował wokół, a pytanie zaakcentować mocniejszym szarpnięciem. Ludzie przekrzykiwali się, roznosili okoliczne nowiny, powtarzali plotki o pleniących się tej wiosny po lasach maszkarach i narzekali dla samej zasady na wszystko, co przyszło im właśnie do głowy. Jasny płaszcz skręcił w pustą niszę między starymi kamienicami. Obrócił się energicznie do dziewczęcej twarzyczki okolonej falami kasztanowych, nierównych kosmyków.
– Jesteśmy tu po kilka rzeczy, nie dla zabawy – mruknął roztargniony. Zdjął kaptur, bo słońce zaczęło już mocniej przygrzewać i sięgało ponad niższe budynki. Ciemne oczy nie były skupione na dziewczynce. Błądziły badawczo dookoła, nie zatrzymując się na niczym konkretnie. Z tego miejsca ciężko było cokolwiek wypatrzyć.
– Ranïa, trzymaj się blisko. Jak się zgubisz, to marne szanse, że będę mógł cię znaleźć. Wtedy musiałabyś radzić sobie sama.

4




Tego nie chcemy, prawda?
Dziewczynka pokiwała głową i znów wlepiła zafascynowany wzrok w tęczowy świat tuż obok. Mil przeczesał ciemne włosy pośpiesznie nim na powrót wszedł w rwący nurt ludzi. Upewnił się, że dziewczynka idzie za nim i zdecydowanie rozpoczął przedzieranie się do celu. Dochodzili właśnie do głównej alei targu.
Ranïa dla pewności kurczowo złapała płaszcz Mila, ale najchętniej puściłaby go, by tuż przy ziemi przeciskać się do stoisk z lśniącymi owocami, z kościanymi naszyjnikami, a zwłaszcza do kramów oferujących żywe zwierzęta. Jak na swoje osiem lat była niska i drobna, ale nie przeszkadzało jej to, żeby raz czy drugi oddać po drodze kuksańce kilku zbyt bardzo spieszącym się przechodniom.
Już zbierała się na odwagę, żeby stanąć przy mijanym straganie, gdy Mil skręcił i pociągnął ją w prawo. Stanął przy niezbyt dużym, ale w całości zasypanym papierami stole, za którym siedział mało sympatyczny, wysuszony mężczyzna z lichym wąsem. Mil wybrał dwa pakiety papieru i kilka ołówków. Błyskawicznie przeliczył ilość arkuszy i gdy stwierdził, że sprzedawca nie oszukuje, schował je do

5




torby, wysupłał kilka monet. Ruszyli dalej.
Ranïa wiedziała już, że Mil nie da jej spokoju z rysowaniem i pisaniem. Zaczęło się już od ich pierwszego spotkania pośród gór, u których stóp leżała jej rodzinna wioska.
– Umiesz czytać? – zapytał wtedy, a ona bawiąc się źdźbłami zżółkłej trawy odpowiadała.
– Nie.
– A rysować?
– Nie.
– Umiesz cokolwiek?
Dziewczynka wzruszyła ramionami wlepiając duże zielone oczy w mężczyznę, który był nią bardziej zainteresowany niż rodzona matka. Dużo pytał, chciał wiedzieć wszystko, ale jej to nie przeszkadzało. Nie wyglądał groźnie, choć gdy podchodził do niej, zauważyła, że musi być wzrostu jej ojca. Mil był znacznie od niego młodszy.
Ranïa nie była strachliwa. Niekiedy bardziej odważna od starszych chłopców zbierała największe ropuchy w stawie i wspinała się na najbardziej niedostępne urwiska.
– Dobrze ci tu? – zapytał.
Znowu wzruszyła ramionami, bo co miała powiedzieć? Że jako najmłodsza często chodzi spać głodna, rodzeństwo wykorzystuje ją do najcięższych prac w domu i nie ma nawet z kim porozmawiać bo dla dziewczyn była zbyt mało

6




dziewczyńska, a dla chłopaków nadal była dziewczyną? Że spała na twardych deskach na poddaszu, choć marzyła o puchatej pierzynie podobnej do chmur i purpurowym kocu takim w kolorze letniego nieba o zachodzie słońca? Że zbyt często przesiadywała sama w górach, przez co nieraz dostawała odmrożenia i lanie za sprawianie kłopotu rodzinie? Że ponad wszystko uwielbiała wymyślać różne historie, ale zabraniano jej tego kategorycznie, bo takie zajęcia były niczym innym jak próżnowaniem i gnuśnością, co za każdym razem powtarzała mama? Wzruszyła więc tylko ramionami.
– Możesz iść ze mną – powiedział i jego słowa dotarły do Ranïi dopiero po chwili. Jak to? Zostawić to wszystko i ruszyć w świat? Odkrywać nieznane, poznawać to, o czym ludzie w jej wiosce nawet nie śmieli marzyć? Cóż to byłaby za przygoda!
I tak ruszyli dalej we dwójkę. Nie powiedziała nic rodzicom, wzięła tylko zawiniątko po śniadaniu, które miała przy sobie z poszarpanej szarej chusty z Mimi w środku– lalką z wełnianych nitek i kasztanów, zrobioną samodzielnie w wieku sześciu lat.
Każdego dnia Mil uczył ją nowych liter i dawał papier, aby

7




rysowała cokolwiek, co miała w zasięgu wzroku. Musiała starać się, aby rysunki jak najlepiej przypominały przedmiot, który szkicowała, ale wszystko szło jej topornie. Nie przejmowała się jednak, bo codziennie oglądała nowe i niesamowite widoki, inne od tych, do których przez ostatnich osiem lat przywykła, a Mil nie był gwałtowny, kiedy się gniewał. Marszczył tylko brwi i mruczał pod nosem: „Źle, nie tak…”. Nigdy nie podnosił głosu.
Teraz Mil uzupełniał zapas papieru, więc pewne było, że nie odpuści i dalej będzie ją katował rysowaniem kresek. Zagapiła się – tak jak kilka tuzinów ludzi przed nią – na kuglarzy z ostrymi obręczami, które wzlatywały co chwila w górę i precyzyjnie wpadały na nagie przedramiona. Artyści stali na podwyższeniu, więc wszystko widziała doskonale. Mil chwycił ją za rękę i szarpnął aby przejść dalej obok pomnika. Ale wtedy zrobiło się jeszcze ciekawej, pośród gwaru wybił rozbawiony pomruk publiczności. Zafascynowani gapie blokowali cały placyk.
Na postument od tyłu wdrapał się człowiek, który wywołał gromki śmiech. Pokraczny z kończynami powykrzywianymi, jakby nie do końca

8




wiedziały jak powinny rosnąć, rozcapierzał palce we wszystkie strony i nie potrafił się utrzymać prosto. Jednak twarz miał piękną, spokojne i łagodne oblicze rozświetlała pewność siebie i determinacja. Wśród kolejnych salw śmiechu niezgrabnie wlazł między kuglarzy i złapał jedną z obręczy. Podrzucił ją i sam zaczął występować. Mimo kalectwa radził sobie całkiem dobrze, za co nagradzany był coraz głośniejszymi brawami i nikt myślał o tym, aby go przegonić. Nie przeszkadzała mu nawet długa, bura szata zapinana z przodu na guziki. Koło sceny kuglarzy pojawiało się coraz więcej ludzi.
W chwili, gdy Mil zwrócił uwagę na widowisko kaleka zdawał się przygotowywać do kolejnego pokazu. Jednym ruchem rozdarł ubranie, po bruku potoczyły się guziki, a tłum zamarł. Pod szatą całe ciało kaleki pokryte były czerwonymi, ognistymi tatuażami. Cienkie, krwawe linie wiły się gęsto wokół kostek, chudych nóg aż po pępek, gdzie zakręcały młynka i rozchodziły się po całej klatce piersiowej, wygolonej tak jak głowa. Mil wiedział już co się święci, bez chwili namysłu pociągnął Ranïę za rzeźbioną płytę i osłonił

9




własnym ciałem.
Przez tłum przeszła fala paniki. Ludzie z pierwszych rzędów przedzierali się przez tych, którzy nadal chcieli oglądać widowisko. Ci zaś nie mogąc dojrzeć ponad kotłującym motłochem co rzeczywiście działo się przy scenie stali niewzruszenie. Na twarzy kaleki uśmiech zmienił się w potworny grymas. Wyprostował się, jakby nagle jego kalectwo zniknęło, zrzucił szatę i podniósł ręce w górę. Tatuaże zdawały się ożywać, lizały chciwie ciało, stawały się coraz większe i po chwili muskały drewniany podest. Jego ciało naraz składało się z samych płomieni, które nagle popłynęły falą we wszystkich kierunkach rosnąc i pożerając wszystko, co stanęło im na drodze. Plac pogrążył się w upiornych krzykach i piskach.
Ranïa mimo, że nic nie widziała, czuła podmuch gorąca. Mil nie odzywał się. Stał tak skulony, przygniatając ją do zimnej ściany marmuru, a ona nie wiedziała nawet co się dzieje. Ścierpły jej ręce, a odgłosy z placu napawały przerażeniem. Mil był jednak silniejszy i dopiero po chwili, która wydawała się dziewczynce wiecznością, zaczął się prostować. Nim jednak wyjrzała zza jego

10




płaszcza złapał ją wpół i postawił na cokole pomnika pilnując, aby przez cały czas patrzyła na niego.
– Nie wolno ci się rozglądać. Za nic w świecie! – Jego miękki głos rozchodził się jak masło wśród rozpalonych jak żelastwo trzasków, krzyków i jęków. – Zaciśnij oczy i nie otwieraj, dopóki nie powiem.
Nie posłuchała. Zaraz po tym, jak Mil zamilkł i odszedł, uchyliła powiekę i stwierdziła, że trzyma się kurczowo marmurowej nogi. Poprawiła uścisk i dopiero wtedy spostrzegła pomiędzy pomnikowymi postaciami pogorzelisko. Plac zamienił się w czarny obłęd.
Ci, którzy nie zdążyli uciec z brukowanego rynku zamienili się w ciemne bestie w popękanych skorupach. Nie mogła oderwać wzroku od tlących się jeszcze ciał, ust zastygłych w niemym krzyku. głowie wirowało jej od przeraźliwego smrodu spalonego mięsa, ciężkiego i wciskającego się we wszystkie kąciki umysłu. Nie myślała. Była samymi oczami, które ślizgały się od jednej opalonej ściany kamienicy do drugiej napotykając czasami ruszające się jeszcze jękliwe istoty.
Gdzieniegdzie płomienie trawiły jeszcze resztki włosów i szmat, które wcześniej

11




tworzyły stragany. Kaleki akrobata zniknął. Tam, gdzie wcześniej zabawiał gawiedź, leżał tylko niewielki stożek czarnego pyłu.
Po lewej mignęło jej coś jasnego i znów skryło się, przesłonięte pomnikiem. Zobaczyła, jak Mil biega na obrzeżach placu między spalonymi stertami, wyciąga coś z torby, owija czarne kikuty, obmywa, smaruje. To co robił wydawało się takie odległe i niepotrzebne. Niezrozumiałe, jak wszystko wokół.
– Mówiłem, żebyś nie patrzyła.
Wrócił niespodziewanie, choć Ranïi wydawało się, że przed chwilą widziała go po drugiej stronie rynku. Wzruszyła tylko nieznacznie ramionami, bo głowa ciążyła jej bardzo. Gdyby nie wziął jej wtedy na ręce, przewróciłaby się. Ostrożnie przeniósł ją brodząc między spalonymi kupkami rozpaczy, które tak przyciągały jej szeroko otwarte oczy. Zostawili plac za sobą. Mil postawił ją dopiero na brukowanej czystej drodze, gdzie nie było widać ani śladu ognia, ani stratowanych straganów w wąskich uliczkach.
– Chodź, nic tu po nas.
***
Pogorzelisko było pierwszym rysunkiem jaki zbliżony był najbardziej do

12




rzeczywistości. Prze przerwy miała ten obraz przed oczami, nawet gdy zasypiała, więc nietrudno było go przywołać gdy wzięła ołówek do ręki. Tak długo wodziła nim po kartce, aż zaczerniła prawie całą poza odrobinę jaśniejszymi postaciami. Nie wiedziała tylko jak narysować oczy. Nie pamiętała jak wyglądały więc zostawiła w ich miejscu białe plamy. Gdy Mil wziął kartkę nie powiedział nic, a to było do niego niepodobne. Zacisnął tylko usta w kreskę i nie rzucił żadnej uwagi co do tego, jak ma trzymać ołówek, albo gdzie brakuje właściwych proporcji. Nic. Przerwała więc ciszę, która prześladowała ich od zdarzenia podczas dnia targowego.
– Kim on był?
– Członkiem Divji – klanu, który jest cholernie nieprzewidywalny. I w takim samym stopniu niebezpieczny. – Po chwili namysłu dodał – Nie powinienem zabierać cię do miasta.
– Dlaczego on to zrobił?
– Tego chyba nikt nie wie – westchnął.
Ranïa cieszyła się, że teraz to ona mogła zadawać pytania, choć odpowiedzi niewiele wyjaśniały.
– Widziałeś ich już kiedyś?
– Dwa razy. Wtedy też miałem sporo szczęścia – odrzekł, a potem dodał żywiej

13




– Koniec gadania, chowaj wszystko, bo idziemy dalej.
Postój kończył się szybciej, niż Ranïa by chciała. Zdążyła się już przyzwyczaić do całodziennych wędrówek, ale nie mogła znieść, gdy Mil chciał w ten sposób uciąć rozmowę. Tym razem posłusznie włożyła wszystkie przybory do jego torby i ruszyli.
***
Następny dzień zapowiadał się bez niespodzianek. Nie zdążyli wyjść jeszcze z rozległego lasu, więc Ranïa nudziła się po drodze. Wszędzie tylko drzewa, tak samo wysokie, tak samo rozłożyste, tak samo zielone. W pobliżu wioski też mieli lasy, które porastały zbocza gór, nic nadzwyczajnego. Chciała znów zobaczyć miasto, ale teraz trzymali się z dala od większych osad. Kilka razy zagadywała Mila gdzie właściwie idą, ale za każdym razem zbywał ją mało wyszukanym frazesem. Przed siebie. Jak najdalej od niebezpiecznych miejsc. Tam, gdzie będziesz mogła się spokojnie uczyć. Żadnych konkretów, choć cały czas wyraz twarzy Mila mówił, że doskonale wie, dokąd się kieruje.
Szli wzdłuż zielonej i znudzonej jak Ranïa leśnej rzeki. Na tafli unosiły się glony, suche

14




liście i małe patyki. W niezauważalnym tempie posuwały się leniwie naprzód. Nad nimi krążyły całe chmary nieustępliwych owadów.
– Chcę wiedzieć dokąd wreszcie idziemy.
– Za dużo chcesz wiedzieć. Nawet gdybym powiedział, i tak nie wiedziałabyś gdzie to jest.
– Mów! – Ranïa była zdecydowana. Jak nigdy w stosunku do Mila. Ten zaskoczony odpowiedział:
– Szukamy przejścia przez rzekę.
– I tyle? Co potem?
– Potem zobaczymy.
Ranïa znowu czuła się oszukiwana. Po raz pierwszy była zła na Mila. Zaperzyła się i postanowiła za karę nie odzywać się do niego. Zapomniała, że to i tak nie rozbiło różnicy małomównemu Milowi.
– Gdzieś tu powinien być most – mruknął pod nosem.
Właśnie mieli się zatrzymać na postój, gdy nagle Mil znieruchomiał i gwałtownym gestem zatrzymał dziewczynkę.
– Co? – zapytała nadal obrażona.
– Cicho. Coś słyszę.
Nadstawiła uszu i również zauważyła coś co nie pasowało do okolicy przerzedzającego się lasu. Dźwięk przypominał energiczne trzepanie przez matkę mokrych płóciennych pościeli przed rozwieszeniem ich na sznurach przy chacie. Wilgotny, ciężki łopot.
Zza

15




wzniesienia kilka metrów przed nimi coś zaczęło się wznosić. Szara skóra obciągnięta na patykowatych skrzydłach, pałąkowaty grzbiet najeżony igłami długości ramienia i świecące krwiste ślepia, które ich jeszcze nie dostrzegły.
Przypadli do ziemi za najbliższym drzewem. Ranïa oddychała szybko i nie chciała ponownie spojrzeć na to, co wydawało jej się groźniejsze od kaleki z miasta.
– Nie możemy iść inną drogą?
– Jest zbyt blisko przejścia, dalej ta rzeka się rozwidla i nie ma szans, żebyśmy ciągu czterech dni znaleźli dobre miejsce do przeprawy – odrzekł. – A ominięcie Ćmoka jest bardzo niebezpieczne.
– Co to Ćmok?
Mil wskazał głową w przestrzeń za drzewem. Nie wiedział co robić i był pewien, że nawet gdyby zastanawiał się pół dnia nie wpadłby na żaden wspaniały pomysł. Trzeba będzie zaryzykować. Rozejrzał się i dostrzegł borsuczą norę przysypaną starymi liśćmi.
– Wciśnij się tu, wygląda na opuszczoną. Nie wychodź dopóki nie przyjdę. Możesz coś narysować. Tylko nigdzie się nie ruszaj. – Pomógł jej wgramolić się przez niewielki otwór, podał papier i ołówek, a na koniec

16




przysypał nerwowo wejście na powrót liśćmi. – Wszystko jest w porządku – dodał starając się, by dziecko nie usłyszało jak bardzo był zdenerwowany.
Ranïa widziała tylko jak Mil prostuje się, poprawia torbę. Potem mignął jej skrawek nadpalonego płaszcza i straciła go z pola widzenia. Wyciągnęła z kieszeni Mimi i mocno przytuliła.

Nisko przy ziemi oddalił się od jamy na kilka metrów. Włosy lepiły się Milowi do czoła. Miał wrażenie, że zaraz zamarznie, choć temperatura powietrza nie zmieniła się od dwóch godzin. Przypadł do powalonego, zmurszałego pnia i obserwował jak bestia dłubała w podszyciu pokrytą łuskami kończyną z zakrzywionymi pazurami.
Gadziny rozpełzły się ostatnio nawet po lasach i polach, a rozmnożyły tak, że co chwila ludzie znikali w dziwnych okolicznościach. Ćmoki nie należały do tych najgroźniejszych. Durne na tyle, żeby pomylić zająca z człowiekiem, rzucały się na wszystko co przemykało im przed ślepiami. Rozszarpywały, rozdzierały czterema kłami dopóki truchło się ruszało. Nikt nie wiedział czym się żywiły, bo zawsze zostawiały po sobie krwawe szczątki, zmasakrowane lecz

17




nietknięte, jak ironicznie ujął to jeden z uczonych. Bez znaczenia dla nich była pora dnia i wiele z nich, tak jak ten przed Milem, beztrosko pojawiało się nim zapadały ciemności.
Las pełen kryjówek i utrudniający pościg był sprzymierzeńcem Mila, choć zapewne przydałoby się mieć przy sobie jakąkolwiek broń poza marnym sztyletem, który miał zatknięty za pasem. Widać, nie zawsze można unikać walki, pomyślał. Z ludźmi to jednak było łatwiejsze.
Opanowując drżenie dłoni wyprostował się i krzyknął wściekle. Żadnych słów, tylko mocny i załamujący się dźwięk poniósł się echem po lesie. Odpowiedziały mu wibrujące przeraźliwe piski. Ćmok go dostrzegł.
Mil nie oglądając się popędził w głąb lasu. Oddalał się od rzeki i borsuczej nory, przedzierał się przez nieustępliwe miejscami chaszcze, trzymał się gęstwiny.
– Ty cholerny wybryku natury! Słyszysz mnie?! Tu jestem! Zgniły worku z gnatami! Nie tak łatwo mnie dostaniesz!
Co chwila oglądał się za siebie i obserwował ogromny, ciemny kształt przesuwający się ponad koronami drzew. Był szybki, ale nie tak jak Mil. Ćmok nie mógł osiągnąć maksymalnej

18




prędkości tak, aby nie stracić swojej ofiary z zasięgu wzroku. Nie mógł też wylądować, bo drzewa rosły tu zbyt gęsto dla jego rozpiętych skrzydeł.
Mil zaczął łapać zadyszkę. Skupił się na oddechu, bo niewyraźny cień skryty za koronami drzew dawał mu pewność, że potwór podąża za nim. Nie mógł zwolnić, był jeszcze za blisko. Obejrzał się kolejny raz i poczuł, że spod nóg usuwa mu się grunt i leci na łeb na szyję tłukąc się boleśnie. Kilka sekund oszołomienia i zrozumiał, że nie zauważył obniżenia terenu ku bardziej odsłoniętemu terenowi.
Leżał na zboczu pokrytym szyszkami, czuł je doskonale nawet przez gruby płaszcz. Nie miał gdzie się skryć, bo Ćmok nadciągał już chwiejnie w jego stronę, znalazłszy w końcu prześwit między drzewami. Prawą rękę miał obolałą i rozciągniętą nad głową, nie mógł nią sprawnie ruszać. Drugą energicznie starał się znaleźć ten cholerny sztylet.
Ćmok był już na odległość ramienia. Mil znieruchomiał. Pomyślał, że gad może nie zaatakuje, czegoś co i tak się nie rusza. Ale sztuczka się nie wypaliła, Ćmok zaintrygowany przyczłapał bliżej i owionął go

19




cuchnącym wyziewem będącym połączeniem psiej biegunki, zepsutych jaj i truchła zdechłego kota. Mil zaczął oddychać przez usta, bo miał wrażenie, że długo już nie wytrzyma w tej pozycji. Bestia zwlekała, wydawała się zdezorientowana tym, że ofiara sama padła, bez jej pomocy i dylemat sprawiało jej rozstrzygnięcie czy powinna rozszarpać ciało, czy też poszukać innej zabawki. Podchodziła o pół kroku, naraz cofała się i zarzucała upiorną głową.
Mil ledwie dostrzegalnym ruchem wymacał wreszcie sztylet, ale bał się, że nie zdąży zadać wprawnego ciosu krótkim ostrzem nim bestia zatopi kły w jego ciele. Ćmok na powrót pochylił nad nim łeb. Zdecydował się.
W jednej chwili z gałęzi ponad Milem zerwał się nie spłoszony o dziwo wcześniej hałasem mały strzyżyk. Ćmok zareagował instynktownie i błyskawicznie. Łeb wystrzelił w górę, długie zębiska kłapnęły, ale chwyciły tylko powietrze, bo ptak zdążył już wzlecieć ponad korony drzew. Mil pomyślał – Teraz albo nigdy – i ciął krótkim sztyletem szarą skórę tuż pod zdeformowanym łbem w odsłoniętą szyję, po czym odsunął się na bok, aby tryskająca krew

20




nie chlusnęła na niego.
Bestia dogorywała – ostatnie drgawki wydusiły z niej słabe piski, miotała się na szyszkach, rozwierała konwulsyjnie skrzydła. Czerwone ślepię wlepione było w Mila i przez chwilę jeszcze odbijała się w nim garść świadomości, by chwilę później zmętnieć. Nadal jednak zdawać by się mogło, że Ćmok ma wzrok utkwiony w przerażonym i wycieńczonym mężczyźnie, który przez dłuższą chwilę nie był w stanie się ruszyć. Hipnotyczne spojrzenie paraliżowało wszystkie członki. Mil otrząsnął się z tego wrażenia dopiero, gdy na czerwonym ślepiu przysiadł ptak o rdzawo-brązowym brzuszku. Spojrzał badawczo na Mila, przekręcił główkę. Naraz poderwał się do lotu. Przemierzył jak po sznurku tę samą drogę, co chwilę wcześniej i zniknął wśród gałęzi.
Mil podniósł się. Chwiejnym krokiem minął ciało Ćmoka. Skrzywił się nieznacznie, bo cuchnęło gorzej niż za życia jakby krew bestii była koncentratem wszystkich drażniących odorów, jakie można sobie wyobrazić. Nie podchodził bliżej. Wolał nie upewniać się na własnej skórze jak bardzo martwy był Ćmok.
Powoli ruszył w stronę

21




mostu i borsuczej nory. Problemem nie było znalezienie drogi, ale obolałe mięśnie, przez które nie mógł dotrzeć na miejsce tak szybko, jakby chciał. Wlókł się bez końca, wybierając tym razem przystępniejsze przejścia. Dopiero teraz zaczął czuć pieczenie w drobnych śladach po gałęziach, które podczas biegu smagały go po twarzy. Ręka rwała niemiłosiernie, ale starał się o tym nie myśleć. Jak tylko mógł, przyspieszał kroku, by wreszcie ujrzeć jamę, w której zostawił Ranïę. Dziewczynka wyszła z ukrycia i bez słowa podała mu kartki gotowa do dalszej drogi. O nic nie pytała.
Wciskając nieporadnie papier do torby rzucił okiem na to co Ranïa narysowała. Stanął oniemiały i przez dłuższą chwilę nie mógł z siebie nic wydusić.
– Ty to rysowałaś?! Jak? – A dziewczynka wzruszyła tylko ramionami. – Wiedziałem, że dobrze trafiłem. Wiedziałem… – mruczał, gdy składał pośpiesznie kartkę ze szkicem leżącego na szyszkach mężczyzny wymachującego sztyletem przed skrzydlatą bestią z kolcami na grzbiecie i nakreślonego ponad nimi ołówkową kreską ptaka z paciorkowymi czarnymi oczkami błyszczącymi przenikliwie.

22




Wyrazy: Znaki: