Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin
ikonka komentarza

Nowe życie Zygmunta

Autor: Maksim Wolff twarz męska

grafika opisu

rozwiń





Rozdział 1

     
„Przebywając wśród morderców i gwałcicieli, można spodziewać się wielu rzeczy. Jedną z nich jest to, że zmieni się Twoje życie. Nie masz na to wpływu, to już się stało. Jednak od Ciebie zależy, jak bardzo się zmieni”.

     Przeczytałem gryps i go zniszczyłem. Kto to napisał i dlaczego do mnie? Co mają znaczyć te dziwne słowa?
Usiadłem na wyrze i zamyśliłem się nad jego treścią. „Jednak od ciebie zależy, jak bardzo się zmieni” -powtórzyłem słowa w myśli. Kto chce mnie ostrzec? I przed czym?

     Nie powinno mnie tu być; wszyscy tu tak mówią, wiem, ale tylko ja mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że nikogo nie zabiłem. Ja tylko pożyczyłem samochód na kilka godzin, a sędzina, ta wredna suka, wysyła mnie do więzienia dla najgorszego elementu. Pewnie ktoś jej autko przerysował, to się mści na niewinnym.
No tak. Niewinny. Tak często powtarzamy tu to słowo, że sam w nie uwierzyłem. Kradłem auta a potem dzwoniłem do właściciela z informacją gdzie stoi. Oczywiście za skromny procent od wartości znaleźnego. Nic groźnego.
W razie wpadki groził mi paragraf, za który dostaje się zawiasy. Dostałem je dość

1




szybko: dwa lata w zawieszeniu na trzy. Wyrok który mnie tylko rozbawił. To było rok przed kolejną sprawą. Wchodząc drugi raz na salę, już miałem dwuletni wyrok. Prokurator krzyknął trzy lata, sędzina dodała konkretne więzienie i wylądowałem tu gdzie jestem.

     Sześcioosobowe cele z kibelkiem i umywalką. Mam szczęście, jestem na pawilonie pracy. To znaczy, że przez większość dnia cele są otwarte i można pójść do świetlicy, pograć w ping ponga, pooglądać telewizje, czy stoczyć zaciekłą bitwę w warcaby. Zawdzięczam to swojemu wychowawcy. Nie wiem dlaczego stara się o mnie, ale po trzech miesiącach przeniósł mnie z pawilonu czwartego, gdzie jest tylko godzinny spacernik, na pawilon pierwszy. Załatwił mi pracę w magazynie odzieży. Po roku napisał za mnie podanie o wcześniejsze zwolnienie i dołączył swoją opinie. Odpowiedz zwyczajowo przyjdzie kilka dni przed terminem, ale ja już liczę dni do przedterminowego zwolnienia.

     Praca nie zajmuje mi dużo czasu w ciągu dnia. Trasa z pralni do magazynu, potem sortowanie odzieży i fajrant. Resztę dnia to istna nuda. Świetlica, siłownia i raz w tygodniu film w salce kinowej. To zbyt mało

2




aby wypełnić dzień zaczynający się od szóstej rano. Niedziela to istny koszmar. Nic do roboty. Na warcaby nie mogę już patrzeć, w siłowni siedzę kilka godzin a potem nuda. Czasami włóczę się po otwartych korytarzach, odwiedzam ludzi z którymi coś mnie łączy, czy zwyczajnie idę korytarzem, przed siebie. Jakbym spacerował po parku. Bez wysiłku, nie patrząc dokąd mnie zaprowadzą. Po prostu idę i myślę o wolności. Krążę po pawilonie w tych kilku korytarzach i rozmyślam o przyszłości.

     Na trzy miesiące do wyjścia zaszedłem w korytarz, gdzie nikt nigdy nie chodzi. Tak mi się przynajmniej zdawało. W ślepy zaułek tuż za kantyną, który kończy się wiecznie zamkniętymi białymi drzwiami. Właśnie myślałem o gyrosie i o szklance piwa, gdy niechcący wszedłem - tym razem drzwi były otwarte na oścież- do pokoju z napisem „Biblioteka”. Gdy pomyślałem o piersiach kelnerki, która podawała mi mój wymyślony zestaw, było już za późno. Bezmyślnie zamknąłem za sobą drzwi i stanąłem przed ladą, za którą stał łysy starzec w okularach.

     - Co młody? Przyszedłeś się ukulturalnić? Niedługo wychodzisz?-
To Młotek. Tak go

3




nazywają, bo zatłukł swoją konkubinę młotkiem.
- A cześć Młotek. Ty tutaj? Co tu robisz?
Spojrzał na mnie trochę zdziwiony.
- Jak to, co robię, książki wypożyczam, tu są książki to, co mam robić? Sandały reperować?
- Nigdy nie mówiłeś, że robisz w bibliotece, a siedzimy na celi od roku, chyba nie?
- A co mam mówić, nie pytałeś, to nie mówiłem.
Spojrzał na mnie z uśmiechem lisa.
- A ty, po co tu przylazłeś? Chyba nie po książkę, za tępy jesteś.
To mi dopiekł. Siedzimy razem na tyle długo, że wie o mnie więcej niż własna matka. Wie, że ledwo ukończyłem podstawówkę. Że przekulałem się na praktyce czeladniczej bez szkoły. Ale ja mu pokaże. Udowodnię, że nie zna mnie z tej strony.

     - A właśnie po książkę przyszedłem.-
- A jaką?-
- No chyba ty powinieneś to wiedzieć. Pracujesz tu, chyba nie?-
- Pracuję, ale nie znam twojego gustu. Masz jakieś specjalne upodobania?-

     Jakie kuźwa upodobania?

     - To może, coś zaproponujesz. Coś z polskiej lektury, może?-

     Uśmiechnął się chytrze i zniknął między regałami.

     - Mam coś specjalnego dla ciebie Młody. Lubisz kobietki, prawda? No i to, co można z nimi robić.

4




Też lubisz, prawda?-

     Położył przede mną grubą księgę, chyba na tysiąc stron. A to gnida złośliwa, pomyślałem sobie.

     - Na pewno ci się spodoba Młody, o ile w ogóle ją przeczytasz.-
Nie znoszę tych jego drwin z mojego wykształcenia. Że zabił i ma w nosie czy zrobi to jeszcze raz, nie upoważnia go do traktowania mnie w ten sposób. A może się mylę? Ma dożywocie.
- Nie dygaj dziadek. Przeczytam i przyjdę po więcej.
Jak powiedziałem tak też i sobie obiecałam. Przeczytam tą i kolejną i jeszcze jedną. Jak zdążę. Zostało mi tylko trzy miesiące.
Wychodząc z biblioteki, miałem uczucie, że coś mnie tu skierowało specjalnie, że nie zabłądziłem w ślepy korytarz bez przyczyny.

     Szybko przemknąłem do swojej celi i usiadłszy na pryczy, przyjrzałem się dokładniej książce. Różowa okładka nie wróżyła nic dobrego, zbyt pedalska. Wydarłem stronę z „Dziennika Pomorskiego” i obłożyłem nim książkę. Jestem na razie sam, współwięźniowie o tej porze są na spacerniku, więc mogę w spokoju trochę poczytać. Pierwsza kartka, tytuł; „Jeden rok w Skowronkach”. Druga kartka, to samo tylko z dopiskiem, że to dwa tomy i

5




nazwisko autora. Jakiś Zbigniew to napisał. Nie znam człowieka.

     Przerzucam szybko wszystkie kartki książki, żadnych obrazków. Czuje się oszukany. Książka nie ma tysiąca stron, na jaką wyglądała, tylko pięćset, to spora pociecha jak dla mnie.
Zabieram się za czytanie.

     Mimo że obrywam od „kolegów” spod celi, za niewymuszoną edukacje, nie poddaje się i czytam prawie bez przerwy. W wolnym rytmie przewracam kartki i odkrywam nowy świat. Jest w niej miejscowość i są w nim ludzie. Jest młoda kobieta przychodząca do doktora i stara baba pragnąca, aby ją zgwałcono w lesie. Jest samochód używany przez wszystkich we wsi i jest opuszczona stodoła, gdzie raz w roku schodzą się mieszkańcy. Ta stodoła jest moim celem. Odnajdę ją, poczekam na ten jeden dzień w roku, gdy wszyscy schodzą się w nocy do niej. Wmieszam się w tłum i odszukam młodą kobietę pachnącą miętą.

     Po dwóch tygodniach, szybciej jak się spodziewałem, kończę czytać i od razu lecę do biblioteki.
Wpadam do ciasnego pomieszczenia, gdzie spodziewam się spotkać Młotka, a tam kolejka do lady.
Staje w drzwiach, tuż za plecami Kilera, a troje twarzy odwraca się w moją

6




stronę z lekko zakłopotanymi minami.

     - A wy co tu robicie?- pytam z pretensją.
Kiler pierwszy odwraca się w stronę półek z książkami i zasłania ciałem grubą księgę w szarej okładce. To na pewno książka, bo co by tu przyniósł. Buli i Klata zerkają na mnie wrogo, ale dostrzegając prostokątny przedmiot w mojej dłoni, szybko zmieniają miny.

     - To samo co tym, Młody.- Rzucił już przez ramię Klata i napięcie zniknęło.
- Też czytacie książki?- Chyba powiedziałem coś głupiego. Buli wybucha śmiechem, a Kiler spogląda mi w twarz.
- Nie czytamy, tylko oglądamy literki - i też zaczyna śmiać się.
A to kundy pospolite. Cały czas przychodzą do biblioteki po książki, a na spacerniku dokuczali mi, że czytam. Że chodzę z książką jak z panienką. Że śpię z nią i pewnie ją gwałcę co noc, co zasugerował kiedyś Klata. Chcę im to wszystko wypomnieć, ale zamykam się w sobie pomny, że mam tylko dwa miesiące z okładem do wyjścia, a oni... No cóż. Mogą mnie skatować i nic im nie zrobią.

     Odczekuje swoje w kolejce.
Młotek spogląda na mnie podejrzliwie.
- I co Młody? Podobała się książka?- uśmiecha się szyderczo.
- Chcę

7




więcej informacji o Skowronkach.- Stanowczo stawiam żądanie.
- O Skowronkach, mówisz.-
- Chyba mówię wyraźnie. Chyba nie.- Nie wiem skąd u mnie taka wrogość, ale to działa na Młotka i uśmieszek znika z jego twarzy.
- Nie ma czegoś takiego jak Skowronki, Młody.-
- Jak to nie ma? Przecież czytałem o tym. O nim. O tej wiosce. Chyba nie?-
- No tak. Ale to fikcja literacka.-
- Nie interesuje mnie twoja fikcja. Chcę kolejne książki o tej wiosce na Mazurach.-

     I chyba trafiłem. Młotek uśmiecha się radośnie, jakby coś odkrył.
- Coś jednak mam Młody. Poczekaj. -
Po minucie wraca z kilkoma egzemplarzami w dłoniach.
- To jest przewodnik po Mazurach. - Kładzie przede mną cienką książeczkę ze zdjęciem jeziora otoczonego lasem na okładce.
- To przewodnik z mapami miejscowości, który cię interesuje. Może tu znajdziesz swoje Skowronki. A ta książka, kładzie kolejny egzemplarz przede mną, to inna powieść tego samego autora. To wszystko, co mogę ci dać.-

     Nie zdradzam mu nic z moich planów, ale znowu mam uczucie, że coś, lub ktoś kieruje mnie na nową drogę.
Zwijam trzy książki pod pachę i wychodzę, nie dziękując i nie żegnając się z

8




Młotkiem. Spotkam go wieczorem pod celą.
Przez kolejne kilka dni przeglądam mapki i zdjęcia w książkach. Czytam opisy miejscowości. Szukam informacji o wiosce gdzieś w lasach Mazurskich i nic. Trochę zawiedziony zabieram się za czytanie powieści pod tytułem „Ogrom Lasu”. Nie mogę się oderwać. To powieść o bohaterze, którym chciałbym zostać. Dzieje się co prawda w drugim końcu polski, ale... Mógłbym zostać w przyszłości leśniczym w lasach nieopodal Skowronek. Ta myśl z czasem urasta do rangi silnego pragnienia. Już wiem, co chcę robić na wolności. Odnajdę tę wioskę. Odszukam leśną chatkę między domem doktora a jeziorem. Tam zamieszkam jako strażnik leśny.

     Przez kolejne dwa miesiące odwiedzam kilkakrotnie Młotka. W celi nie chcę mi pomagać, ale w bibliotece otwiera się na moje prośby i dostarcza mi coraz to nowych informacji. Z czasem sam angażuje się w poszukiwania i wspólnie odkrywamy tajemnice. Nie istnieje coś takiego jak Skowronki na Mazurach. Ale jest jezioro o nazwie Otchłań, które idealnie pasuje do opisu. Jest też miejscowość Skoszronki. Myślę, że to strzał w dziesiątkę. Autor specjalnie przekręcił

9




nazwę, aby nikt nie odkrył, gdzie jej szukać. Nam się udało.

     Młotek przyznaje mi się, że czytał Skowronki. Od czasu mojego zainteresowania tą wioską przeczytał ją dwukrotnie. Wyznał mi, że marzy o cichym domku gdzieś na Mazurach. Z dala od ludzi. Lecz nadzieja na amnestie umarła, gdy minął już rok od panowania Leszka Gdańskiego, a zwolnienie nie przychodziło. Zmiany na górze nastąpiły, a na dole nie. Musi czekać. Wspólnie z Młotkiem planuje szczegóły mojej wyprawy. Odradza pomysł, aby „pożyczyć” samochód od nieznajomego. Upiera się przy planie czystego, jak to nazywa, dostania się w okolice wioski. Nie protestuje. Zrobię i tak po swojemu, gdy tylko wyjdę na wolność.
Przeglądając zdjęcia w albumach, próbujemy rozpoznać opisane w książce domy. Chyba trafiamy na dom Gertrudy Mak. Mam punkt zaczepienia. Młotek nie wierzy w istnienie opuszczonej stodoły, gdzie, jak opisuje autor, raz w roku miesza się krew, a ja nie upieram się, aby go przekonać. Mimo to pomaga mi ustalić dzień, w którym ma się to zdarzyć. Jest idealnie! Dwa tygodnie po zwolnieniu nastąpi letnie przesilenie. To moje przeznaczenie! Moja nowa droga życia!

     W

10




dniu mojego zwolnienia mam już wszystko, co potrzebuję. W głowie cały plan działania, w plecaku mapę północnej Polski i przewodnik po Mazurach. Jest też biblioteczna książka, którą muszę przemycić. Nic trudnego. Żegnam kolegów z celi. Oni kopią mnie w tyłek, to taka tradycja- abym tu nie wrócił, a ja obiecuję, że przyśle im paczkę. To też taka tradycja- i nikt nigdy, nic nie przesyła.

     Z Młotkiem żegnam się na osobności, w bibliotece. Te kilka ostatnich tygodni, gdy wspólnie zbieraliśmy informacje o okolicach jeziora, bardzo nas zbliżyły do siebie. Prawie się rozklejam, gdy Młotek prosi mnie, abym napisał do niego list ze Skoszronek, lub chociaż przysłał widokówkę z Mazur. Widzę, że bardzo mu na tym zależy, więc kładę dłoń na sercu i przysięgam, że spełnię jego prośbę.

     Opuszczam mury wiezienia.

     Pierwsze co robię to oczywiście dobre żarcie i piwo. To podstawa. Ale cały czas jestem już myślami w wiosce nad mazurskim jeziorem. Nie mogę się doczekać chwili, gdy przejdę główną drogą Skoszronek, gdzie odnajdę dom pisarza Lipskiego i mały sklepik tuż przy jego ogródku. Tam spytam się o drogę do leśniczego

11




Turleja, gdzie poproszę o pracę i zakwaterowanie.
Szybko zjadam wymarzony przez kilkanaście miesięcy posiłek i wyruszam w drogę szukać środka transportu. Idę w głąb miasta ku blokowiskom z parkingami. Specjalizowałem się kiedyś w małych fiatach, ale czasy się trochę zmieniły i jest ich coraz mniej, więc przyuczyłem się w wiezieniu do innych marek. To taki plus z odsiadki.

     Rozglądam się uważnie. Żaden parking mi nie pasuję i docieram przez przypadek na dworzec kolejowy. Odzywa się we mnie to samo uczucie, które zaprowadziło mnie do biblioteki. Przypominam sobie też ostrzeżenie Młotka „Lepiej nie ryzykować szybkiego powrotu do pierdla” i bez wahania wchodzę do głównego holu. Z dziury, w której siedziałem dwa lata, nie ma bezpośredniego połączenia, ale mogę pojechać do stolicy i tam na pewno znajdę transport na Mazury.

     W pociągu do Warszawy czytam jeszcze raz rozdział o leśniczym Turleju. Chcę przypomnieć sobie najważniejsze rzeczy o tym człowieku, aby wiedzieć, jak z nim rozmawiać. Jest bez wątpienia twardzielem. Nie uda mi się wbić do niego na kwaterę zwykłym chamskim- Dzień dobry, chciałbym u pana zamieszkać i

12




pracować w lesie. Muszę opracować dobre wejście, które udowodni mu, że ma do czynienia z twardym mężczyzną gotowym do ciężkiej pracy. Przychodzi mi do głowy obraz, w którym ścinam wielkie drzewo przy pomocy tylko siekiery, a On z podziwem kiwa głową i prosi mnie, abym pracował u niego. Podoba mi się taki wstęp.

     W Warszawie odnajduje dworzec pekaesu i kupuje bilet do miasteczka tuż przy jeziorze Otchłań.
Gdy siadam w fotelu ciasnego autokaru, przypominam sobie o swoich zdolnościach. Dziwi mnie, że nie pomyślałem o pożyczeniu bryki. Czyżby odsiadka i resocjalizacja (dziwne słowo) naprawdę działała? A może to przeznaczenie wybiera za mnie? To ma sens. Mam rozpocząć nowe życie. Nowy start w wymarzonej krainie. Wśród nowych ludzi, których znam i których już polubiłem. Blisko dziewczyny, która pachnie miętą. Blisko wzgórza gdzie stoi opuszczona stodoła, w której raz w roku wszyscy oddają się innym, mieszając w ten sposób krew; cokolwiek to znaczy, chcę brać w tym udział. Chcę czekać cały rok, by kolejny raz pójść i wziąć udział w szalonej rozpuście.
Serce przyspiesza z podniecenia, gdy autokar wjeżdża na dworzec w I. Tu

13




kończy się moja wycieczka, a zaczyna przygoda. Wiem z książki, że kilka osób ze Skoszronek, wraca do swych domów z tego miejsca. Muszę ich tylko rozpoznać i zagadać o podwózkę. Może będzie to sam doktor? Przyjeżdża często do miasta po zapas lekarstw, to może mnie zabierze? Rozglądam się uważnie po okolicy dworca i nic nie rzuca mi się w oczy. Nic co dałoby mi znak, że ta osoba, czy ten samochód, jedzie do wymarzonej wioski. Po godzinie spacerowania wokół dworca rezygnuje z dalszych poszukiwań. Jest już wieczór, a ja przypominam sobie, że nie jadłem obiadu.

     Naprzeciwko dworca jest restauracja. Wchodzę tam i zamawiam gulasz z ziemniakami. Zjadam to przepyszne danie, zapijając dwoma piwami. Po więziennej diecie wszystko smakuje jak z francuskiej restauracji. Niebo w gębie, jak mówił Kiler. Rozsiadam się jak król po uczcie i obserwuje ludzi siedzących przy kilku stolikach. Jedni skupieni na talerzu, jedzą i nie interesują się nikim. Inni rozglądają się wokół, wcale nie patrząc, co wkładają w usta. Jeden z mężczyzn przygląda mi się. Pedał? Patrzy od czasu do czasu to na mnie to na mój plecak oparty o jedną z nóg stolika.

14




Zauważam to i czekam na jego wzrok. Łapie go i nie puszczam jego oczu.

To nie pedał. Nie uśmiechnął się jak baba, nie puścił oczka i nie pokiwał rączką w przywitaniu. Patrzymy sobie w oczy i zaczynam czuć się nieswojo. Ma twarde i stanowcze spojrzenie, które pokonuje mnie powoli. Gdy mam już uciec wzrokiem, on wstaje i podchodzi do mnie ze szklanką niedopitego piwa. Czyżby jednak...? Czekam.

     Nie pyta czy może się przysiąść. Siada naprzeciw mnie i dalej dręczy mnie oczami. Chciałbym uciec, ale nie mogę dać się zgnoić tak łatwo. Nie spuszczam wzroku, a wręcz przeciwnie, zwężam powieki i zaciskam szczękę jak buldog gotowy do ataku.

     - Jesteś tu nowy? Prawda?-
Chwilę zastanawiam się nad odpowiedzią. Skłamać i udać tubylca? To spore miasteczko, nie może znać wszystkich. A może jednak?
- Jestem przejazdem, - odpowiadam i szybko ustawiam gościa do pionu - a ty co taki ciekawski? Szukasz problemu? –
Trafiłem. Wyprostował się i już nie taki mocny, odpowiedział.
- Nie bądź taki bojowy kolego. -
- Więc czegoś się przyczepił do mnie. I nie kolego. Nie piliśmy razem. Chyba nie?-

     Mężczyzna naprzeciw mnie jest znacznie starszy ode

15




mnie. Mógłby być moim ojcem, ale to nie daje mu prawa ustawiać mnie w szeregu. Twardziel. To fakt. Ale ja nie z tych, co dają sobie w kaszę dmuchać.
- Szukam człowieka do pracy.- Przygląda mi się badawczo.- Ty byś się nadał kolego. –
Przemilczam „kolegę”. Coś pstryknęło mnie z tyłu karku. Nie podoba mi się to. Podnoszę się z krzesła i chwytam plecak z moim całym dobytkiem.

     - Źle trafiłeś, KOLEGO. Nie interesuje mnie TWOJA praca.-
Wychodzę z restauracji. Nie spoglądam za siebie, nie zatrzymuję się i wracam na dworzec.

     Muszę poszukać jakiś transport to tych Skoszronek, zanim zrobi się ciemno. Podchodzę do informacji, gdzie ładna kobietka informuję mnie, że dziś już nic nie jedzie w tamtym kierunku. Jestem w kropce. Wioska jest zbyt daleko na moje nogi, a ja nie mam ochoty wydawać kasy na hotel w tej mieścinie. Miałem dotrzeć do celu i przespać się w jakimś stogu siana, może w stodole. Tak jak to robią wędrowcy.
Próbuję wyciągnąć jeszcze od niej jakąś informacje o transport do pobliskich wiosek na drugim końcu Otchłani. Może do Rudych czy Piekła, albo Mart?

     - Nic już dziś nie jedzie w tym kierunku, ale może pan

16




zabrać się z którymś z mieszkańców. Chyba widziałam samochód leśniczego przed restauracją.-

     Czyżby Turleja? Czyżbym miał okazje od razu trafić na tego człowieka?

     - Który to, może pani mi pokazać?-
- Oczywiście, nie trzeba pokazywać. To zielona terenówka z dachem z brezentu. Na pewno pan go rozpozna.-
 
Widziałem taką ruinę. Zdezelowany i zabłocony po dach. Nawet mnie zaciekawił, ale wówczas pomyślałem, że to jakiś turysta lubiący bezdroża.
- Proszę pomówić z nim, to pana zawiezie do Skowronek.-
Wychwytuję to jedno słowo jak magiczne hasło.
- Powiedziała pani Skowronek! Wie pani gdzie one leżą?!-
Zmieszała się. Jej wzrok szybko ucieka gdzieś w bok.
- Nie powiedziałam... Mówiłam o Skoszronkach.-
- Słyszałem wyraźnie. Chyba nie! Skowronki!-
Krzyczę do małego okienka. Kobieta odsuwa się od szyby i patrzy na mnie wystraszonym wzrokiem.
- Coś się panu przesłyszało! Proszę odejść! Natychmiast!-

     W holu dworcowym nie ma nikogo oprócz nas, ale echo niesie mój podniesiony ton i ostrzega mnie. Spokojnie, nic się nie dzieje. Może faktycznie mi się przesłyszało?
- Dziękuję.-

     Łagodzę sytuację życzliwym uśmiechem i

17




odwracam się w kierunku wyjścia. Babka nic mi nie zrobiła. Nie mam powodu wyżywać się na niej.
Wychodzę na zewnątrz i od razu idę do terenówki leśniczego. Obchodzę ją dookoła z zainteresowaniem. Jest mocno zużyta, ale to solidna rosyjska maszyna i potrafi wytrzymać naprawdę sporo. Jeszcze długo będzie służyła, zanim odpadną koła i trafi na złom. Blachy ma powgniatane. Brezent dachu cały, ale w kilku miejscach dostrzegam naszyte łaty zasłaniające rozdarcia. Światła w komplecie. Dodatkowe halogeny wyglądają na młodsze od reszty. Świetna maszyna.

     - Widzę, że jednak jesteś zainteresowany. -
Znajomy głos twardziela zza pleców zaskakuję mnie i mięśnie napinają się we mnie gotowe do ataku.

     - To moja maszyna. Masz ochotę się nią przejechać? -
Nie zauważa mojego zaskoczenia, a ja szybko się uspokajam. Więc typ z restauracji jest leśniczym.
- Pan Turlej.-
Nie spoglądam mu w twarz. Wiem, że zgadłem. Chcę też, aby wiedział, że jestem tego pewny.
- Chcę, aby mnie pan zabrał do Skoszronek.-
Wypowiadam żądanie, rozkaz. Czuje, że tak powinienem z nim rozmawiać. Twardo i zdecydowanie. Bez cienia słabości. Znam go i wiem, że

18




nie zdobędę jego szacunku w inny sposób. Na koniec spoglądam mu w twarz i bez ceregieli dodaję.
- Chcę u pana pracować.-
Leśniczy podrapał się po kilkudniowym zaroście, wpatrując się mi w oczy. Jest wyższy ode mnie, szerszy w plecach i z ramionami jak kolesie z pudła siedzący cały dzień na siłowni.
- Dobrze. Zabiorę cię do wioski, dam pracę, ale jest jeden warunek.-

     Oparł dłoń, jak bochen chleba, na rogu brezentowego dachu i nachylił do mnie twarz. Między gęstwiną igiełek zarostu dostrzegam jasną, cienką bliznę wzdłuż szczęki. Ciągnie się od podbródka, prostą linią przez lewy policzek i kończy kilka milimetrów od płatka ucha. Znam to cięcie. Widziałem takie sznyty wielokrotnie. To był z pewnością ostry nóż z długim ostrzem.
Ciekawe kto nim go poczęstował i kto wygrał ten pojedynek?
- Jaki to warunek?-
- Zamieszkasz u mnie, w leśniczówce.-
No akurat to mi pasuję. Nawet bardziej niż myśli. Zgadzam się natychmiast.
Pokazuje mi miejsce na tylnym siedzeniu, gdzie mogę rzucić mój dobytek, a mnie zaprasza na na przedni fotel pasażera. Ruszamy w drogę. Miałem zaplanowaną w głowie rozmowę, ale hałas silnika i

19




buczący od pędu powietrza brezent nad głową, całkowicie to uniemożliwia. Chciałem zadać kilka pytań o pracę, jaką mi zaproponował. Może dla niego to oczywiste, ale ja nigdy nie pracowałem w lesie. Nawet nie wiem, jak pracuje się na wsi.

     Tuż za miastem zjeżdżamy z asfaltówki w piaszczystą leśną drogę. Nie oddalamy się zbytnio od jeziora i od czasu do czasu widać między drzewami tafle ciemnoniebieskiej wody. Z map wiem, że jezioro ma ponad dwadzieścia kilometrów długości. Do Skoszronek z miasteczka powinno być około dwudziestu w linii prostej. Jadąc zakolami wzdłuż brzegu, będzie chyba z trzydzieści. Mijamy kilka znanym mi z przewodników wiosek. Są Szałowy nad brzegiem jeziora. Potem długo, długo nic i wioska Capy w środku lasu.

     Wiem dokładnie, gdzie jestem i odgaduje nazwy następnych osad. Mam wrażenie, że gdybym miał pokonać trasę sam, trafiłbym bezbłędnie do celu, nawet bez mapy. Nie dojeżdżamy do Skoszronek. Jest już ciemno, gdy docieramy leśną drogą do skrytego między wysokimi drzewami domu. Jest to murowany cegłą dom ze spadzistym dachem. Dwa kwadratowe okna po bokach i drzwi w centralnej części. Z boku, przy

20




ścianie lasu, stoi szopa z otwartymi na oścież drzwiami. Wjeżdżamy w nią.
Zaprasza mnie do swojej leśniczówki. Słowo -swojej- podkreślił, przeciągając lekko, jakby to była jego najdroższa rzecz na świecie. Może tak być. Nie widziałem żadnych świateł w oknach. Nikt nie wyszedł nas powitać i z pewnością nikt nie czeka na nas w ciemnych pokojach.

     Wychodzimy na zewnątrz szopy. Ja ze swoim plecakiem, on ze sporą skórzaną torbą. Nie widziałem jej wcześniej w aucie; była schowana za tylnymi siedzeniami. Zapewne ma w niej zakupy z miasta.
- Chodź kolego, napijemy się, obgadamy nasze sprawy, a potem,- zawiesił na chwile głos, by po chwili dodać tonem bardziej gościnnym- pokażę ci, gdzie będziesz spał. Pasuje, kolego?-
- Pasuje, ale nie kolego, pasuje?-
Nie cierpię, gdy starsi mówią do mnie per -kolego. Czuje się wtedy taki, mały, nie istotny. Tak jakbym był ich sługą.
On tylko uśmiechnął się i nacisnął klamkę drzwi. Wchodząc w ciemność domu, rzucił przez ramię.
- Zaraz naprawimy tę kwestię. Rano będziemy kolegami.-
- Koledzy nie mówią do siebie- kolego. Mówią do siebie po imieniu. Chyba nie?-
- Masz racje. Masz

21




słuszną racje. - Nie wyprowadziłem go to ze swobodnego nastroju.
Zanim światło rozjaśniło mrok wąskiego korytarza, byłem już w środku. Zamknąłem za sobą drzwi.
- Nie zamykasz? Nie boisz się, że cię okradną?-
Nie odpowiedział od razu. Wszedł w prawą izbę i za progiem położył torbę.
-Niby kto miałby mnie okraść? Tu wszyscy się znają.-
Powiedział to tak, jakby to było oczywiste. Może w jego świecie.
-Zapraszam do stołu.-
 
Izba okazała się kuchnią z piecem kaflowym po lewej stronie, na którym można by chyba spać.
Wskazał mi miejsce przy stole pod oknem, a sam podszedł do kredensu, pamiętającego chyba okupacje, z którego wyjął butelkę i dwie szklanki. Z lodówki obok wyciągnął talerz z grubo krojonymi plasterkami czarnego salcesonu.
-Napijemy się, pogadamy troszeczkę, a jutro pokaże ci, co i jak.-
Odpowiadam, że pasuje mi taki plan. Przyglądam się, jak gospodarz rozlewa spore porcje alkoholu do ciętych z grubego szkła szklanek i zastanawiam się, jak skończy się ten dzień. Nie piłem wódki od dwóch lat. Na pewno straciłem odporność i mogę się rozłożyć przy pierwszej flaszce.

     -Na początek,- Podsunął mi

22




szklankę do połowy napełnioną- za dobrą współpracę.-
Nie poczekał na mnie, tylko wlał w szeroko otwarte usta zawartość swojej szklanki i zwyczajnie przełknął. Jak przełyka się wodę. Nie powiem, że nie zrobiło to na mnie wrażenia.
-Do dna przyjacielu!- rzekł raźnie i dopiero wówczas sięgnął po zakąskę.
„Przyjacielu” brzmi znaczne lepiej od „kolego”.

     Wlewam w siebie cały alkohol, który wypełnia mi policzki i zamykam usta. Przełykam. Dopiero gdy otwieram usta, by złapać oddech, przekonuje się, że nie jest to zwykła wódka sklepowa. To bimber. Bardzo dobry bimber. Krystaliczny w barwie i łagodny w smaku. W niczym nie przypomina mi wynalazków, jakie miałem okazje pić na melinach. Ten tutaj, mogę to stwierdzić z czystym sumieniem, jest lepszy od państwowej żytniówki. Odstawiam szkło na twardej ceracie udającej obrus i uśmiecham się dumny z faktu, że nie dałem się pokonać w pierwszej rundzie.

     -Nazywam się Turek i jestem tu leśniczym. Ale możesz mi mówić Włodek. Chyba,- tu nachylił się w moja stronę poprzez stół -że wolisz zwracać się do mnie, per panie Turek? Co kolego?–
Sprytnie.
-Jestem Zyga. Ale może mi

23




pan mówić pan Foryś, panie Turek.-
Wypowiadając jego nazwisko, dociera do mnie fakt, że nie nazywa się tak, jak myślałem.
Przez sekundkę wpadam w panikę, że to nie to miejsce, nie ten dom i nie ten człowiek, by w końcu zrozumieć, że to kolejna zagrywka pisarza. Taka sama jak z nazwą miejscowości. Dla pewności jednak...
-Nie nazywa się pan Turlej? -
-Dlaczego miałbym nazywać się Turlej? Skąd ten pomysł? -
Już jestem pewny. Tu nic nie będzie nazywać się tak jak w książce.
-Na dworcu ktoś wskazał mi pana samochód. Podał nazwisko, a ja źle usłyszałem.-

     Potarł dłonią brodę i zwęził brwi. Coś go zastanowiło i teraz przygląda mi się bacznie. Nie podoba mi się jego spojrzenie. Stało się podejrzliwe. Czyżby jednak znał Turleja?
Zapadło niezręczne milczenie. Chwytam palcami plasterek czarnej zakąski i wkładam go do ust. Udaję, że nic się nie zmieniło. Mam nadzieje, że moje obojętne zachowanie sprawi, że przestanie cokolwiek podejrzewać.

     Boom, boom, boom... Z głębi domu dźwięcznie zagrał zegar, wybijając godzinę ósmą. Turek wyprostował się, sapnął głośno, wciągając powietrze przez nos, a jego oczy przybrały

24




na powrót przyjacielski blask.

     -Jutro wstajemy wcześnie rano. Zbudzę cię o wpół do szóstej, zjemy śniadanie i pójdziemy do lasu.-
Ponownie napełnił szklanki do połowy i szybko wlał w siebie swoją porcje.
-Pracowałeś kiedyś w lesie?-
Już mam otworzyć usta, aby zaprzeczyć...
-Wiem, że nie, ale to nic. Szybko nabędziesz doświadczenia. Ludzie cię przeszkolą.-

     Przełykam ślinę. Sama myśl o konfrontacji z twardzielami z siekierami w dłoniach, ( tak maluje mi ten obraz wyobraźnia) jeży mi włoski na ciele. Spokojnie. Dam sobie radę. Byłem przecież w więzieniu. Poradziłem sobie tam, to w lesie sobie też poradzę.
I przypominam sobie pierwszy dzień w więziennej celi. Wrogie spojrzenia. Twarze, na których wypisane było całe zło, jakie w nich tkwi. I usta. Wykrzywione w grymasie pogardy dla każdej istoty, jaka miała odwagę wejść w ich świat. Pierwsze ich słowa. Głośne. Obraźliwe. Obezwładniające mój umysł. Wtedy pierwszy raz pożałowałem swojego czynu. Wcale nie w dzień, gdy policja zapukała do mieszkania wynajmowanego od ojca kolegi. Wcale nie w dniu ostatniej rozprawy, gdy sędzina odczytała długą litanie zakończoną

25




wyrokiem skazującym.

     Nawet nie wówczas, gdy dostarczyli mnie „nyską” do więzienia, a brama zamknęła się za mną na kilka lat. Piekło przywitało mnie w postaci ludzkiej nienawiści. Potwory w ludzkich skórach - tak wówczas pomyślałem.
Pamiętam, też ile zostało z tych demonów po kilku dniach. Okazali się ludźmi. Takimi jak ja. Skrzywdzonych przez zły los. Przez system. Lub, co niektórzy, jak sami o sobie mówili, przez miłość do kobiety.

     Wlewam zawartość swojej szklanki w gardło i głośno stawiam puste naczynie na stole.
- Jestem gotowy, panie Turek. -
Wstaję od stołu i uśmiecham się zwycięsko do niego.
Rozpromienił się. Mam wrażenie, że spodobałem mu się. To dobrze.

Gospodarz nie oprowadza mnie po domu i od razu idziemy stromymi drewnianymi schodami na piętro. Na górze panuje półmrok. Małe okienko w końcu wąskiego korytarza wychodzi na południe i wpuszcza jasny blask księżyca wprost pod nasze nogi. Wchodzi w drzwi po prawej. Zapala światło. W pomieszczeniu jest wąskie łóżko pod niską ścianą ze skosem dachu. Po lewej stara szafa na krótkich, solidnych nogach, a na ścianie z drzwiami, umywalka z lustrem. To będzie

26




mój pokój. Kwadratowe okno z dwoma skrzydłami jest teraz otwarte. Leśne powietrze wypełnia wnętrze pokoiku, prawie dokładnie maskując zapach starych ścian.
-Rozgość się, proszę, za chwilkę przyniosę ci koc i poduszkę. -
Zostawia mnie samego. Rozglądam się wokół. Więc tu rozpocznę nowe życie? W tym pomieszczeniu? Aż ściska mnie z radości. Jest idealnie. Tak jak w książce.

Słyszę jak w pomieszczeniu obok coś skrzypi. Sprężyna łóżka. Coś stuknęło. Chyba szuka dla mnie obiecanego koca. Potem trzask zamka drzwi i kroki w moją stronę.

     -Trzymaj. -
Podaje mi koc z poduszką, pakunek ułożony w równą kostkę. Ten kształt przypomina mi pierwszy dzień odsiadki. Szary koc i szaro biała poduszka. Ten koc jest kolorowy, jasny w polne kwiaty, przy tym bardzo, bardzo puszysty, lub zwyczajnie zapomniałem, jak wygląda koc na wolności. Poduszka to zwykły jasiek w białej poszewce. Śnieżnobiałej. Całość pachnie miętą.

     -Jutro postaram się o prawdziwą pościel. Nie spodziewałem się gościa tak szybko.-

     Dziękuje mu za wszystko, zwłaszcza za koc i poduszkę. Dziękuję mu za to dwukrotnie, co go wprowadza w weselszy nastrój, ale nie

27




komentuje tego.
- W kranie jest tylko zimna woda. Mydło znajdziesz pod zlewem. Na dole jest mały prysznic z ciepłą wodą, możesz korzystać do woli. Toaleta na zewnątrz. Z tyłu domu. Możesz spojrzeć przez okno.- Uśmiecha się. - Jakbyś czegoś potrzebował, to śpię w pokoju naprzeciw kuchni, ale wolałbym, abyś mnie nie budził bez ważnego powodu. -

     Zrobił poważną minę, po czym dodał, już wychodząc.
-Jakieś pytania? -
Nie mam żadnych, więc milczę.
-Więc do jutra. Dobranoc kolego. -
Zamknął za sobą drzwi. Zostałem sam. W uszach jeszcze brzmi jego ostatnie słowo- kolego- i wiem, że to przegrałem. Zostanę dla niego kolegą, a on dla mnie panem Turek. Może tak będzie lepiej?

     Siadam na krawędzi łóżka. Podsuwam plecak między nogi i rozpinam skórzane paski. Na samej górze mojego dobytku są książki. Wyciągam je po kolei i kładę obok na łóżku. Rozglądam się, szukając półki dla nich. Nic takiego tu nie ma, ale nadaje się na to szeroki parapet okna. Układam je równo tak jak na prawdziwej półce. Jedna z map, ustawiona jako ostatnia zsuwa się na parapet. Chcę ją poprawić, gdy zza okna dobiega mnie dźwięk poruszonego krzaka.

28




Podrywam się do okna. Ciemno, nic nie widać. Szelest liści jeszcze raz zmącił ciszę, ale tym razem bardziej na prawo. Ktoś lub coś tam jest. Szybko gaszę światło w pokoju i wracam do okna. Wzrok powoli przyzwyczaja się do ciemności. Słyszę cichy trzask łamanej gałązki, gdzieś poza krawędzią domu. Nie jestem pewien, czy powinienem zejść i powiadomić o tym leśniczego. Może to tylko jakaś sarenka? A może człowiek? Drzwi na dole są otwarte. Może powinienem coś zrobić? Turek pewnie jeszcze nie śpi, ale mógł nie usłyszeń skradającego się intruza. „Tu wszyscy się znają”, tak mówił, ale ja wiem, że okazja czyni złodzieja. Każdy by skorzystał. Już mam odejść od okna, odwróciłem się w stronę pokoju, gdy kolejny dźwięk zatrzymuje mnie w miejscu. Głośne mlaśnięcie zakończone twardym uderzeniem. Cień na czterech łapach powoli przesuwa się przez odkryty teren z tyłu domu. Nie widzę czy to pies, czy może dzik lub coś jeszcze innego. Dostrzegam tylko zarys stworzenia. Szeroki, masywny korpus na długich nogach a przy tym, wydaje się zbyt długi na psa. Stworzenie poderwało gwałtownie łeb i wydało głośne -mlask! Coś

29




trzyma w pysku. To przypomina porwaną szmatę, ale domyślam się, że to spory kawał mięsa. Zanim zniknął w zaroślach na skraju polanki, wydał z gardła głuche warknięcie. To pies. Bestyjka odeszła w las ze swoją zdobyczą. Ciekawe co ukradła? Usiadłem na łóżko. Myślę, że noc w stogu siana, gdzieś w tej okolicy mogłaby nie być początkiem wielkiej przygody. Spotkanie z tą bestią, a na pewno by mnie wyniuchała, skończyłaby się dla mnie szpitalem.

     Cieszę się, że spotkałem leśniczego i teraz leże bezpiecznie na łóżku w jego domu. Uśmiecham się, dziękując losowi za taki dar i przypominam sobie naszą rozmowę w restauracji. Od razu chwytam moment, gdy zaproponował mi pracę. Coś tu chyba nie pasuje? Teraz dociera do mnie, że ta sytuacja była dziwna. Czemu wybrał mnie? Skąd wiedział, że szukam pracy i kwatery? Ciekawe? Może to zbieg okoliczności? Może w ten sposób werbuje się ludzi do pracy w lesie? Nie jestem pewny. Może tak jest, a może zwyczajnie miałem szczęście? W końcu to ja go szukałem. Jego domu. Pracy jako leśnik. Może niepotrzebnie szukam w tym podstępu?

     Stłumiony dźwięk zamykanych drzwi, gdzieś na dole

30




domu, przerywa moje myśli. Czyżby Turek też usłyszał psa? Wyszedł, aby sprawdzić, co ukradł? Nie widziałem żadnych zwierząt domowych, gdy przyjechaliśmy, ale było już ciemno i mogłem zwyczajnie nie zauważyć kurnika, czy zagrody dla królików, na przykład. Jutro spytam go o to, a teraz czas spać. Bimber może był przyjazny dla gardła, ale głowa już od kilku minut doprasza się o przerwę na sen.

     Dziwny ten alkohol. Nie kręci w głowie ani w nogach, lecz usypia.

     

     

31




Wyrazy: Znaki: