Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin
ikonka komentarza

Ostatnia granica cz II

Autor: Nives twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




-Nic się nie zmieniłaś!
Kłamca! Doskonale widzi różnice, ale albo mu się podoba albo stara się coś ukryć, żeby nie niszczyć dobrego nastroju.
-Ty za to zaczynasz przypominać swojego Ojca. Łysy, chudy i przydługi – Ki przeciągnął leniwie ręką po łuskach na prawej skroni. Warkocz ciągnący się od czoła przez całe plecy był teraz zupełnie czarny. Kiedyś nadawał mu idiotyczne kolory w momencie, kiedy nagle zrobił różowo turkusowe pasemka, ktoś życzliwy obił mu twarz. Nawet to wydarzenie nie przeszkodziło mu nadal doprowadzać swoją fryzurę do granic wytrzymałości. Jego wręcz standardowe uczesanie wzbudziło więc zdziwienie, a mój przytyk w sprawie jego łysiny był zwykłą złośliwością – Mówiłeś ze masz propozycję.
-Przejdźmy się.
Oceaniczna woda lekko wdzierała się na piaszczystą gładka plażę. O tej porze roku woda była niezwykle spokojna, stanowiąc olbrzymi kontrast do zimowych sztormów. Nie musiałam uciekać przed falami żeby nie zamoczyć butów. To wyjątkowe miejsce, trzydzieści lat temu rozbił się tu okręt pościgowy, a że był to środek wojny – nikt go stąd nie sprzątnął. Stał w połowie w

1




wodzie, ogonem wskazując północ. Nikomu nigdy nie przeszkadzały resztki radioaktywnego paliwa i sterczące na wszelkie kierunki żelastwo. Ludzie zajęci byli odzyskiwaniem po raz kolejny kawałka domu, dachu, pożywienia, wiec chmary dzieciaków z okolicy bawiły się w tym wraku. To tu przeżywali swoje pierwsze miłości, rozczarowania, strach, radość, nadzieję i zwykłą niewinną radość z zabawy. Nie straszne było im skakanie z paru metrów do zielonej wody, zabawy w chowanego w kompletnych ciemnościach starych korytarzy. Straszna była dopiero dorosłość, która ich potem spotkała.
Mimo, że wiatr od wody jest przyjemną odmianą od jego kurzowego brata znad pustyni, zbyt rozdziera mnie ciekawość żebym zwracała uwagę na uroki przyrody. Ki bierze mnie na przeczekanie.
- Chyba odeszliśmy już wystarczająco daleko Ki, tu nas nikt nie usłyszy – przystanęłam dając mu znać, ze nie zamierzam kontynuować tej wycieczki.
Spojrzenie Ki jest badawcze i przenikliwe. Wwierca mi się w czaszkę, ale jak zwykle widzę w nim powagę i lekki smutek. Wiedziałam już, że nie będę zadowolona z tego, co mi powie.
- Za dwa trzy dni przyjdzie do Ciebie Wiliani.

2




Przyniesie rozkazy, zostaniesz ponownie wcielona do załogi. Chciałem Cię uprzedzić żeby ułatwić Ci decyzję.
- Niby jaką kurwa decyzję. To, co mówisz to nie propozycja tylko prawie uprzedzenie o egzekucji! –Czuję, że ciśnienie podnosi mi się ponad limit. Para zaraz pójdzie mi uchem….
- Dostaniesz trzy okręty do wyboru. Jesteśmy na Muscali. Ja , Kommon, Mia i Lods.
- Nie chce wracać. Nawet dla Nich, dla Was – głos miałam twardy.
- Myślę, ze możesz nie mieć wyjścia. Naczelnik jest w trudnej sytuacji, brakuje ludzi, szczególnie wykształconych lub ze specjalnymi umiejętnościami. Ty jesteś zupełnie na chodzie, na dodatek cywil na kontrakcie. Łatwiej mu ściągnąć Ciebie niż kogoś, kogo zwolnił ze służby. Na pewno cię ściągną, oswajaj się z tą myślą. To od Ciebie zależy, co zrobisz z tą informacją.
Odwróciłam się szybko, bo nie chciałam, żeby widział wyraz mojej twarzy. Jeśli miałam racje to malował się tam wyraz i złości i przerażenia . Pewnych rzeczy nie chce się przeżywać po raz drugi. Idę spokojnie tylko, dlatego, że łzy ograniczały mi wyraźne pole widzenia. Dobrze wiem, że nie mogę powiedzieć nie, nie

3




chcę, nie pójdę. Obowiązek zawarty w kontrakcie jest ponad wszystko, wiąże wolną wolę w mały kłębek i radośnie odbija nim niczym piłeczkę. Nawet oddelegowanie z wykonywania wcześniejszych obowiązków wcale nie oznacza wolności. Jeśli kiedykolwiek uznamy, że będziesz potrzebna, przyjdziemy do twoich drzwi. Jeśli nie masz nóg, będziesz pracować rękami. Nie masz rąk, przyda nam się twoja głowa. Twoja służba nigdy się nie skończy, pieniądze zostaną symbolem więzienia, bo gdziekolwiek pójdziesz, cokolwiek zrobisz i tak cię znajdą.
Nawet nie patrzyłam czy Ki za mną idzie, miałam nadzieję, że nie, mimo obiecanych Luchów. Nie oglądałam się na stary wrak, z którego wzniosłego, wywróconego kadłuba, z którego wiele razy spoglądałam na ocean. Nie widziałam czy powinnam chłonąć otoczenie mając na uwadze, że pewnie byłam tam ostatni raz, czy po prostu jak zawsze zacisnąć zęby i znów zapomnieć. Ile to już takich miejsc było? Przerzucana byłam pomiędzy zleceniami, czasami nie wiedząc gdzie będę jutro. Pierwszy raz, kiedy skończyłam czternaście raz, od tamtego czasu, co kilka, kilkanaście miesięcy, inne miejsce, które

4




próbowałam nazywać Domem. W miarę mijających lat traciłam złudzenia, że gdzieś osiądę na stałe. W zamian za to skupiałam się na zminimalizowaniu swoich korzeni. Ciuchy, które mieściły się w dużym plecaku mogły wystarczyć na każdą strefę klimatyczną, komputer działał nawet na destylacie z moczu, sprezentowany lata temu wodoodporny koc termiczny mieścił się w puszce po zupie. Nie miałam oprócz tego nic wartościowego, a na pewno nic, co można by ukraść lub pakować do walizki. Obrazy, dźwięki, zapachy przechowywałam w głowie. W dwadzieścia minut byłabym gotowa do relokacji. Schodząc z plaży wzrokiem odszukałam Mobila.
Zatrzymałam się dopiero pod własnym domem. Zatrzasnęłam za sobą drzwi, ale nie ruszyłam się z miejsca.
-Przywiozłem Luchy … - Ki próbował się uśmiechać żebym jednak zrobiła trochę miejsca i wpuściła go do środka.
-Ki…..
-Pogadajmy, na luzie. Powiem Ci, co wiem.
Wahałam się, ale zrobiłam pół kroku w bok, żeby Ki mógł wejść. Mój dom robi jeszcze bardziej komiczne wrażenie, kiedy do niego wszedł. Ze swoim prawie dwuipółmetrowym wzrostem i ogonem zachowawczo owiniętym wokół uda

5




sprawiał wrażenie jakby wszedł do klatki. Siadł na kanapie i położył na stoliku przed sobą dużą papierową torbę z miejscowego baru. Postawiłam na stole dwie butelki zimnej wody i wzięłam pierwszego Lucha. Kucharz z tego baru robi je całkiem nieźle. Przypiekanie oślizgłego mięsa, jest sporą sztuką. Luchy nie maja żadnego futra, a ich skórę pokrywa jakiś śmierdzący brudny śluz. Zamiast tylnych łap mają szeroki ogon, który stał się wielkim przysmakiem z pustyni. Pieczony jest na kamieniach i zawsze obtaczany w mące maki i soli. Nie odzywam się, czekam aż Ki coś z siebie wykrztusi.
- To nowe statki… Sprawne, rozwijają dobrą prędkość koło 11hg, bo na tyle był testowane. Mają baterie dekabrytowe…
-Bredzisz.
Ki wiedział, że nie mówię o osiągach okrętu. Westchnął ciężko.
- Takie dostałem zlecenie. Mam Was przekonać do rejsu na Muscali. Nie chcieli Was zmuszać.
-Dlaczego?
-Nie znam szczegółów, ale misja jest niebezpieczna. Większość przez wrogie terytorium. Teoretycznie to statek transportowy…, ale sama wiesz, że niektóre ładunki bywają bardziej niebezpieczne od broni. Naprawdę nie wiem dokładnie, co i jak.

6




Potrzebują elektroników, speców od zabezpieczeń, ładunków wybuchowych, od systemów sterowania. Na liście załogi jest w większości wojsko po części nasze, częściowo z Konsorcjum Ibedy. Dulann nie chciał mówić nawet o tym, co mamy na wyposażeniu osobistym. Ty i Lods możecie się próbować wywinąć z powodów zdrowotnych, ale obawiam się, że to może się skończyć jeszcze gorszym przydziałem.
Patrzę na niego z niedowierzaniem, bo wydaje mi się, że jest podekscytowany.
- Wydaje mi się, że wietrzysz przygodę – chyba dobrze trafiłam, bo uśmiech rozjaśnił go od głowy do stóp.
-Zawsze, zawsze mam nadzieję, że to będzie przygoda.

     Długo nie mogę zasnąć. Przez cienką zasłonkę widzę w mdłym świetle Ki rozłożonego na mojej podłodze. Jak na prawie arystokratę nie jest wybredny. Lata spędzone w wojskowym reżimie sprawiły, że bez problemu zasypia na dwóch kocykach, trzecim się przykrywa, a jego zrelaksowane gulgoczące chrapanie rozlegnie się w obrębie 30 metrów. Mimo, że znam go od dłuższego czasu, będzie już parę lat, nie wiem zbyt dobrze skąd pochodzi. Wiem, kim jest jego rodzina i jakie ma wpływy, ale o samym jej

7




pochodzeniu … nic. Nigdy też nie spotkałam gatunku podobnego do Ki. Tak jakby została tylko jego rodzina. Jego wyjątkowa aparycja i owiane mgłą tajemnicy pochodzenie tylko podsycało wszelakie plotki krążące na jego temat. Nawet ciężko by było zliczyć ile razy posądzano nas o międzygatunkowy romans. We mnie budziło to wręcz niesmak i dreszcze, a Ki na ogół zwijał się ze śmiechu twierdząc, że w jego okolicach mogłabym być co najwyżej maskotką. Ki zawsze był tylko moim kumplem. Pojawiał się i znikał z mojego życia, jak kometa, czasami zostawiał fantastyczne wspomnienia, a czasami grozę i pożogę. Łączyła nas radość odkrywania świata, dzieliła przepaść ludzkich emocji. Jeśli on coś wymyślił, to na pewno nie będzie spokojnie. Mógłby mi przyrzekać na groby swoich wielokrotnie odznaczanych przodków, że go zmusili, ale nigdy bym w to nie uwierzyła. Wyczuł przygodę końcem swojego ogona.
Poranna kawa obudziła mnie swoim zapachem o wręcz nieludzkiej godzinie. Ki wstawał zawsze o świcie, bez względu na to, o której godzinie byłby świt. Nie wiadomo tez, jakim cudem zawsze był wyspany nawet, jeśli położył się po trzech

8




dniach warty na dwie godziny. Funkcjonował prawdopodobnie na paliwo rakietowe pompowane mu prosto do żył. Takie pobudki jestem w stanie wybaczyć tylko w jednej sytuacji. Na szczęście to była jedna z nich.
-Śniadanie na stole!!
Ki siedział prawie do południa. Obejrzeliśmy dwa filmy, a w miedzy czasie zrobiliśmy sobie nawzajem aktualizację z życia każdego z nas z ostatnich 22 miesięcy. A potem wyszedł po szybkim pożegnaniu, a w zasadzie szybkim: „do zobaczenia za parę tygodni”.
Zaparzyłam wielki kubek deficytowej herbaty. Został mi jeszcze z ostatniego przydziału dla pracowników kontraktowych. Ten, może jeszcze ze 2 kubki będę się nią cieszyć. Usiadłam do komputera, żeby zacząć pisać raport z awarii. Nie zdążyłam skończyć pierwszej strony, kiedy usłyszałam szum pojazdu parkującego przed moim domem. Wyjrzałam przez okno nie podnosząc się zza biurka. Wielki, luksusowy, antygrawitacyjny Boja 620. To musiał być Korporacyjny pojazd. Nikogo innego nie byłoby na to cacko stać.
-Wiliani – stwierdziłam szeptem sama do siebie widząc wychodzącego z pojazdu półczłowieka. Jego Krygańskie brwi i wystrzępione uszy przyćmiewały

9




obłędnie błękitne, ludzkie oczy. Wszyscy wiedzieli, że Matka Wilianiego była służącą w domu jego Ojca. Nigdy się z tym nie krył. W zamian za wychowanie, naukę i przyjęcie do rodu zgodziła się całkowicie zrzec praw do syna. Wiliani w tu procentach skorzystał z tego, co zapewniła ma Matka, a na co bezdzietny wcześniej Ojciec przystał. Kończąc naukę na jednej z Akademii miał na koncie kilka prac naukowych i pewne zatrudnienie na wysokich stanowiskach w Korporacji Mogomi Daja. Spotkałam go kilkukrotnie w ciągu wielu lat służby, zajmował się zawsze najważniejszymi zadaniami, rzadko samemu ruszając w teren. Był raczej mózgiem i inspiratorem niż wykonawcą, ale ponieważ jego pomysły najczęściej trafiały w sedno, wszyscy ochoczo skakali wokół jego wskazującego palca, pławiąc się blasku jego chwały. Jego pojawienie się tuż przed moim domem było wyraźnie nietypowe. Już wcześniejsze odwiedziny Ki powinnam odnotować w annałach, ale odwiedziny Wilianiego należałoby ogłosić w szerokopasmowej telewizji.
Nie czekałam na pukanie, bo ochroniarze byli więksi niż drzwi mojego domu i ich pukanie mogło by sprawić, że musiałabym

10




powiesić zasłonkę. Otwarłam drzwi siedząc na krześle przy biurku i wystawiłam głowę zza rogu. Spojrzeli na mnie jak na kosmitkę.
- Tak? –Udałam zdziwienie na ich widok.
-Jesteśmy z Mogomi Daja. Możemy wejść i porozmawiać? – jeden z ochroniarzy odezwał się sucho.
-Wszyscy chcecie ze mną rozmawiać? – zdecydowanie przeceniali mój metraż… - To może ja wyjdę do Was.
-Nie ma potrzeby. Myślę ze rozmowa w cztery oczy wystarczy. –Wiliani odezwał się pojednawczo robiąc kilka kroków do przodu. Nie było sensu się opierać. Jak nie wpuszczę po dobroci i tak wejdą.
Wstałam z krzesła i otwarłam drzwi na oścież dając znak Wilianiemu, że może wejść. Nie zawahał się dziarsko przekraczając próg, mimo że ochroniarze rzucili, co najmniej wystraszone spojrzenia. Jeśli cokolwiek mu się stanie to będzie ich wina… Wiliani najwyraźniej wcale się mnie nie przestraszył, wkroczył do salonu przysiadł na kanapie. Wyczekująco spojrzał na mnie, więc ponownie zajęłam krzesło i przysuwając się do małego stolika dałam mu znać, że jestem gotowa do rozmowy.
- Domyślam się ze już wiesz, po co przyjechałem. Ki Demud Va na pewno cię

11




już odwiedził. Sam jednak za dużo jeszcze nie wie, mimo że przeczucia ma dobre.. – lekki uśmiech zabłąkał na jego twarz.- Zostaniesz przydzielona na jeden ze statków. Jeśli chcesz lecieć z całą resztą swojej ekipy to rzeczywiście droga wolna. Potrzebuję Cię tam, jako specjalisty od zabezpieczeń, cała elektronika pod twoja kontrola. Dostaniesz takie zabawki, jakie tylko chcesz wiesz, że Korporację stać na każdy kryształ i kabelek, jaki sobie wymyślisz. Nie mogę Ci powiedzieć, czego dotyczy zadanie, wszyscy dowiecie się na odprawie. Mogę Ci za to powiedzieć ze warto, szczególnie, że zapłata jest spora. Misja obliczona jest na 6 miesięcy. Jeśli zechcesz, możesz zostać przy podobnych zadaniach jak to, o którym mowa, jeśli nie – dostaniesz nowy przydział - zawahał się przy ostatnim słowie z odrazą rozglądając po moim domu jakby był Heruviańską jaskinią. – W każdym razie może być ciekawie i niebezpiecznie, i myślę, że to zadanie dla Ciebie.
Nie mówiłam nic, w zasadzie czekałam na kopertę z danymi do relokacji. Cokolwiek bym powiedziała nie miałoby znaczenia.
-Pewnie nie pamiętasz moich odwiedzin na Jura 44, byłem u

12




Ciebie zaraz po wypadku…
-Pamiętam – przerwałam mu czerwona na twarzy – nadal mi wstyd za użyte słowa..
-Nawet nie zapamiętałem – machnął ręką od niechcenia. – Poza tym przy takiej ilości leków przeciwbólowych zdziwiłem się, że w ogóle byłaś przytomna. Staram się dbać o pracowników, jesteś przykładem, że nie zawsze mi się udaje i nadal jest cos w tym systemie do zrobienia i że ja mam coś do zrobienia. Ale fakt, że nie straciłaś hartu ducha jednoznacznie świadczył, że przeznaczono Cię do rzeczy wielkich. Masz szansę się z jedna z nich zmierzyć.
Wiliani wstał.
- W poniedziałek o 8 przyleci po ciebie transport, sprawy w fabryce Konsorcjum bierze na siebie, zaległa pensja zostanie przesłana na twoje konto w naszym banku. Pełen kontrakt dostaniesz na odprawie. Konsorcjum zlikwiduje też Twój obecny dom. Spakuj najpotrzebniejsze rzeczy, maksymalnie dwie torby. Jeśli coś stąd chcesz zachować zapakuj do opisanych kartonów, przechowamy do Twojego powrotu.
Pokiwałam głową, sama dziwiąc się swoja werbalną niemocą, odprowadziłam Wilianiego do drzwi. Wychodząc odwrócił jeszcze głowę i rozejrzał się po moim domu.

13





Zamykając za nim drzwi wpadłam w tryb zadaniowy. Byłam przyzwyczajona do przeprowadzek, więc były dla mnie rutyną. Ty razem celowo chciałam wpaść w trybik tej machiny tylko po to, żeby ograniczyć negatywne emocje. Rozejrzałam się sprawdzając, które rzeczy nie są moje i muszę oddać, od razu planując wycieczkę do najbliższego sąsiada żeby jak najszybciej mieć to z głowy. Praktycznie w progu ocknęłam się, że tym razem mam więcej czasu i nie musze pędzić na złamanie karku.
Przejrzałam swoja garderobę i postanowiłam jednak wymienić kilka rzeczy. Dostałam 36 h na spakowanie wiec spokojnie mogłam jeszcze zrobić małą wycieczkę na zakupy. Dużym plusem mieszkania w przemysłowym osiedlu był rewelacyjnie zaopatrzony sektor odzieży technicznej. Ciuchy odporne na wszystko łącznie z próżnią, paliwem krystalicznym i owocami sukumu. Ledwie ta myśl pojawiła się w mojej głowie, wskoczyłam do Mobila. Moje życie wyglądało jak wyglądało, ale perspektywa nowych spodni budziła moją radość. W takich chwilach byłam jednak kobietą.
Podjechałam do sklepu Morgmaja, który był jednym z największych na głównej, handlowej alei. Działał

14




codziennie, od wczesnego rana, do późnego wieczora. Zasada jego działania przypominała trochę sklepy z zaopatrzeniem dla przemytników, najemników i innych tego typu szarej maści zawodów. I prawdopodobnie gdyby nie to, że okoliczne jednostki straży też u Niego się zaopatrywały, jego podwoje zostałyby dawno zamknięte, budynek spalony a ziemia, na której stał przesypana solą. Mówimy, bowiem o kimś, kto miał w sprzedaży nawet ogłuszające działko dźwiękowe w rozmiarze dziecięcym…. Przekraczając próg przybytku natychmiast znalazłam się pod opieką handlarza. Jednego z wielu zresztą, który poprowadził mnie do osłoniętego parawanem stolika i przeprowadził rozmowę, czego potrzebuję, na jaką okazję, za jaką kwotę. Potaknął głową z osiem razy i odszedł.
Wyszłam stamtąd półtorej godziny później zaopatrzona w dwie pary spodni, kurtkę taktyczną, nowe buty, dwa nowe noże w tym jeden wielofunkcyjny, zestaw tabletek odkażających wodę, a w gratisie trzy pary skarpet. Wydałam więcej niż chciałam, ale miałam wrażenie, że następne 6 miesięcy nie będzie obfitować w okazje na zakupy. Od razu kupiłam piwo na wieczór, cos do

15




jedzenia na dwa dni.
Nikt nie powinien się dowiedzieć o zmianie mojego przydziału, wtedy jest łatwiej. Poza tym Korporacja doceniała dyskrecję. Im mniej świat wiedział o tym jak wygląda nasze życie tym lepiej. Stwarzaliśmy dla ogółu pozory swojej wolności, bo może chcieliby za nas walczyć o prawa do decyzji o sobie. Dzięki prostej metodzie trzymania paszczy na kłódkę w ocenie ogółu pozostawaliśmy elastycznymi pracownikami dużych firm, gdzie na pewno świetnie płacą. Większość z nas jest i tak samotnikami z charakteru lub wychowania, lub po prostu zdziwaczeli do końca i trzymają się na uboczu. Taki tryb życia ułatwia trzymanie wszystkich na dystans, a jak trzeba się pożegnać – nie ma łez. Zdarzają się romanse, przelotne i dłuższe związki, ale na końcu zostaje plecak i koperta z danymi nowego przydziału. Moje dwie torby w ciągu pół godziny stały przy drzwiach.
Resztę wieczoru i noc poświęciłam na spakowanie paru kartonów z rzeczami, które wolałabym jednak odzyskać po powrocie. Trochę sprzętu elektronicznego, który w misji nie będzie potrzebny. Kilka kocy, które kupiłam na targu dwa miesiące temu, zapasowe ciuchy, parę

16




dobrych kuchennych sprzętów. Postawiłam to wszystko na wielkim fotelu, do którego przykleiłam kartkę, że też wolałabym go zatrzymać. Nie bawiłam się w sprzątanie niepotrzebnych rzeczy, notatek itd. Wiedziałam doskonale, że likwidacja mojego domu będzie polegała na spaleniu wszystkiego, co się da, najlepiej łącznie z domem, a przemieleniu resztek. Dzięki temu najdalej w poniedziałek w południe z mojego półtorarocznego życia tutaj pozostanie tylko sterczący kikut osmalonego, nadpalonego Tufi.
Obudziłam się późno, ranek już dawno przeszedł w zapomnienie. Temperatura rosła niemiłosiernie w górę zapowiadając koszmarne popołudnie. Pierwsza moja myślą tego dnia była świadomość, że chyba nie muszę pisać tego cholernego raportu z awarii. Uśmiechnęłam się do siebie. Już nie raz miałam przyjemność spowiadania się przed Radą z tego typu zakłóceń. Najczęściej trzeba było po prostu znieść stek wyrzutów, obelg i rzucania wielkimi cyframi. Przy odrobinie szczęścia, wypuściliby mnie po dwóch godzinach prania mózgu.
Zwlekłam się z antresoli i odpaliłam maszynę mojego pomysłu. Wszelkiego rodzaju klimatyzatory, regulatory

17




atmosfery dokonywały żywota w tym klimacie w ciągu góra tygodnia chyba, że były to wielkie przemysłowe urządzenia o wielkości małego pałacu. Dlatego trzeba było działać niestandardowo i z temperatury uczynić motor napędowy. Dzięki temu temperatura powietrza ogrzewała kryształy chygadyczne, które chcąc oddać nadmiar gromadzącego się w nich ciepła oddawały również spore ilości energii. Siła ta poruszała wiatrakiem umieszczonym w tunelu z setkami rurek z ciekłą postacią azotu. Wypychane z tunelu powietrze było tym chłodniejsze im cieplej było na zewnątrz. Jeśli na zewnątrz byłoby mniej niż 30 stopni mój wiatrak w ogóle się wyłączał. Minusem tego urządzenia była jego głośność. W ciągu dnia nie było z ty problemu, ale na noc musiałam go wyłączać. Szkoda, że też skończy na śmietniku. Dobrze mi służył, a azot zdobyłam ledwo, ledwo prawie przypłaciwszy cała akcję wolnością, bo paser chciał mnie sprzedać Straży. Okazało się jednak, że dobrze mieć piwo w lodówce i dwóch strażników, którzy zapukało do mych drzwi natychmiast dostało po butelce w łapę i pokazałam im, po co mi ten azot na tym odludziu.

18




Posiedziawszy godzinkę na mojej kanapie w temperaturze 23 stopni byli gotowi wręcz ze mną zamieszkać.
Przez większość popołudnia kręciłam się smętnie po mieszkaniu, a na sumieniu miałam tylko trzy telefony i dwie piesze wycieczki do sąsiadów. Czekała mnie jeszcze jedna dłuższa podróż.
Kiedy zajechałam pod warsztat Koe było już zupełnie ciemno. Gdyby nie to, że przed wejściem świeciła się lampa nie zauważyłabym, że siedział przed wejściem i czytał czekając na mnie. Nic dziwnego. Koe był miejscowy, czarny jak noc. Jego skóra nie odbijała nawet promienia słonecznego. Wielka bezwłosa głowa kołysała się dziwacznie na wąskiej szyi, drapana przekomicznie długimi siedmioma palcami prawej ręki.
-Na pewno się nie rozmyśliłaś? – Zapytał mnie jak tylko podeszłam do stojącego obok niego drugiego fotela.
-Nie! Zresztą nie mam wyjścia, a kto o niego zadba lepiej niż ty?
Pokiwał głową ze zrozumieniem. Wiedział, kim jestem, znał mnie lepiej niż ktokolwiek inny na tym zakurzonym kawałku galaktyki. Spędziliśmy wiele godzin na rozmowie, gdy on grzebał przy Mobilu, miałam do niego zaufanie. Wszedł do warsztatu i wyniósł z

19




niego małą skrzynkę. Podekscytowany podniósł wieczko, we wnętrzu zalśniły cztery czarne kryształy, każdy wielkości mojego kciuka. Dotknęłam ich dłonią. Wydawały się mokre i zimne, a to znaczyło, że Chakory były najwyższej jakości. Kryształy te były trudne do zdobycia. Nie ze względu na cenę, ale dostępność. Ich obróbka była uciążliwa, zajmowały się tym w zasadzie tylko wojskowe laboratoria, przez co na rynku cywilnym Chakory w zasadzie się nie pojawiały. Były oczywiście inne produkty które znakomicie je zastępowały – były kryształy chygadyczne o podobnej wartości energetycznej, a masa dikoupanu, która energetycznie była niezła, a na dodatek mogła służyć jako nośnik danych, była fenomenalnie elastyczna. Chakory były raczej niszową ciekawostką, ale w odpowiednich rękach stawały się niezwykle groźne. Specyficzna sygnatura energetyczna umiejętnie zakłócała większość czujników, a możliwość spotęgowania mocy energetycznej powodowała, że w sytuacjach nagłych z kategorii „jest bardzo niebezpiecznie, zaraz zginiemy”, warto było mieć te cuda przy sobie.
Zamknęłam wieko skrzynki, wzięłam ją w dłonie i

20




wsadziłam do przewieszonej na ramieniu torby. Z kieszeni wyciągnęłam blokadę do Mobila i wręczyłam ją Koe razem z małym woreczkiem. Mobil nie był aż tak cenny, żeby starczyło na cztery Chakory. Przymknął jaskrawoczerwone oczy ważąc w dłoniach woreczek z zawartością, ale nie sprawdził zawartości.
Nie było pożegnań. Ja uniosłam dłoń, Koe uniósł dłoń, a potem odwróciłam się i odeszłam.
Kiedy punktualnie o 8 rano przed mój dom podleciał nieduży transportowiec, siedziałam na schodku przed drzwiami. Podniosłam się, kiedy z wnętrza wyszło trzech żołnierzy. Ledwie zaszczycili mnie spojrzeniem. Poprowadziłam ich do środka i wskazałam fotel i cztery kartony stojące na nim.
-To do przechowania. Reszta niepotrzebna.
Najstarszy z nich pokiwał głową.
-Bagaż?
-Przed wejściem.
Skinął na kolegów, którzy jednym płynnym ruchem podnieśli fotel i relokowali go na platformę. Metr kwadratowy antygrawitacyjnego cuda przewiózł wolno mój dobytek w kierunku transportowca.
Wyszłam za nim nie oglądając się na wnętrze domu, po drodze podniosłam torby. Przed wejściem do statku podsunął mi skaner. Standardowa procedura.
-Połóż lewą

21




dłoń w celu zeskanowania personaliów i potwierdź głosowo.
Zimny dotykowy ekran wibrował pod moją dłonią, to było znajome wrażenie. Nie czułam strachu ani podekscytowania, wkraczałam ponownie na znaną mi ścieżkę. Bez emocji wykonałam polecenie:
- Viga Mimishi

22




Wyrazy: Znaki: