Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin
ikonka komentarza

Ostatnia granica cz III

Autor: Nives twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




Wszystkie wizje przyszłości, jakie pojawiały się w znanych mi opowieściach i w tych antycznych filmach zakładały gigantyczne miasta, opasujące swoimi wielokilometrowymi budynkami każdy centymetr kwadratowy dostępnego areału planety. Ewentualnie dla kontrastu przewidywały skaliste lub pustynne całkowicie nie zamieszkałe bezdroża, na których w ciągu 5 minut umierały karaluchy, a człowiek jak tylko pomyślał o zejściu na ich powierzchnię. Była to większa bzdura niż stabilność tuneli a-przestrzennych.
Oczywiście, że zdarzały się takie planety, przypominające jak najbardziej, wielkie miasto. Ale zdecydowana większość zawierała mniejszą cząstkę szkła i stali. Jura 20, na którą bezsprzecznie zmierzaliśmy, była jedną z czterech planet małego układu podwójnego- gwiazdy nie otrzymały nigdy żadnej wyróżniającej je nazwy – mówiono o nich Bliźniaczki. Wszystkie cztery planety były zamieszkałe, choć Jura 44, którą znałam stosunkowo najlepiej, służyła przede wszystkim, jako zaplecze zasobów i Eldorado wszelakich naukowców z powodu licznych laboratoriów. Warunki na Jura 44 były znakomite – ciepło, średnia wilgotność,

1




prawie żadnych zwierzątek zagrażających ludzkim lub prawie ludzkim organizmom. Dodatkowo liczne źródła geotermalne zapewniające ciepłą wodę, łatwo odnawialną energię i możliwość kąpieli nawet w środku zimy. I górnicy pracujący głównie przy rzadkich kryształach, jak i laboranci mieli tu całkiem przyjemna miejscówkę.
Jura 20 była podobnie jak jej siostry bogata w geotermalne zasoby, ale nie było tu nawet pół wartościowego minerału czy kruszcu. To ta planeta była kolebka historii tego układu, choć humanoidalny gatunek zamieszkujący najliczniej wszystkie 4 Jury przybył z innej galaktyki około dwóch tysięcy lat wcześniej. Wcześniej, największymi istotami były tu gryzonie sięgające mi mniej więcej do kolana. Od 2 tysiącleci było to centrum myślicieli, naukowców, teoretyków różnej maści i co dziwne rolników. Ci ostatni, jak się wydawało, do tej zgrai w ogóle nie pasowali, niemniej patrząc na to, jakie ta ziemia rodził plony, należało skwapliwie przestać się wpadać w osłupienie. Były to chyba najbardziej żyzne ziemie w tej części galaktyki, o ile nie w całej. Tak sobie wiec żyli w tej dziwnej symbiozie. Sama planeta

2




usiana była małymi miasteczkami, rzadko liczącymi więcej niż 200 tysięcy dusz różnych. Nawet ośrodki akademickie preferowały mniejsze skupiska, dzieląc swoje oddziały pomiędzy sąsiednie miasta, oby tylko uniknąć tworzenia wielkich, anonimowych kolosów. Całe to ciało niebieskie składało się z 10 większych związków, które można było określić prawie mianem państw i trzech terytoriów należących do różnych Konsorcjów. Mogomi Daja było największą z tej trójki.
Miasto Umi będące siedzibą Konsorcjum Mogomi Daja, było nadzwyczaj spokojne. Wszelakie pojazdy poruszały się tu z godnością, a szaty dostojników, ale i nawet zwykłych urzędników były starannie dopasowane i udrapowane. Nieliczne widoczne na ulicach niewolnice również wyglądały czysto i w miarę na dożywione. Eleganckie szerokie bulwary pełne były lekko uśmiechniętych ludzi, wśród których jednak ciężko było dostrzec kogoś, kto uśmiechałby się szczerze. W większości były to dobrze znane skinięcia i potakiwania znane każdemu. Na tyle uprzejme, co nieufne. Nie dziwiło to – każdy przechodzący tędy na pewno miał schowana za fałdami szaty jakąś

3




wyjątkowo nieprzyjemna broń, lub przynajmniej informacje, które mogłyby chronić jego kark. Mimo całego tego wrażenia uprzejmości i kultury, nie było tu na pewno ani jednej istoty mogącej pochwalić się w miarę czystym sumieniem.
Przez dłuższą chwile utrzymywaliśmy się nad lądowiskiem, dopóty dopóki nad płytę numer 24 rozjaśnił szereg jasnozielonych świateł, oznaczający zezwolenie na lądowanie. Pilot miękko usiadł na powierzchni, jego ruchy były tak pewne jakby robił to od urodzenia. Pewnie dużo się nie pomyliłam, jak większość z nas, poświęcił dla Konsorcjum już długie lata swojego życia. Wysiadłam z transportowca i natychmiast owiało mnie chłodne powietrze. Po czterech dniach zamknięcia w międzygalaktycznym statku pędzącym z nadświetlną tęskniłam za świeżym powietrzem. Rozejrzałam się dookoła. Nieopodal na wzgórzach na niezmierzonej okiem przestrzeni różnymi kolorami płonęły wszystkie drzewa zwiastując nadchodzące ochłodzenie. Widok był piękny. Tylko kilka odwiedzonych przeze mnie planet miało tak spektakularnie ogłaszającą się przyrodę. Burgund i oszałamiający karmazyn odważnie przebijały się przez

4




częściowo jeszcze zielone liście, stapiając się z daleka z lekkim fioletem kory drzew Ohichi. Tą korę, kiedy tylko spadną z drzew ostatnie liście, będą zbierać niewolnice. Potem, przez całą zimę, będą przygotowywać Ohi-na kushiki- specjalnie spreparowaną korę, która stawała się podstawą tradycyjnego naparu, lub Ohi-do-doshi – wyjątkowo udany napój alkoholowy.
Na płycie czekał na mnie przedstawiciel Konsorcjum. Był łatwo rozpoznawalny dzięki dużej przypince z herbem na lewej piersi. Jego szata była zupełnie zwyczajna w formie, ale podchodząc z bliska zauważyłam, że lekko lśni, a materiał układa się równo i wygląda na wyjątkowo miękki. Znaczyło to, że ubrany jest w tkaniny najwyższej jakości. Nie mógł to być więc niewolnik, ani tez niższy urzędnik. To było dla mnie niespotykane, żeby witał mnie ktoś z wyższych rangą. Przystanęłam przed nim licząc, że wie na tyle dużo, że ja nie będę musiała obnażać swojej niewiedzy. Zmierzył mnie od stóp do głowy wyraźnie nie aprobując mojego podróżnego odzienia. No cóż – to będzie kolejna rzecz na mojej liście, którą będę miała gdzieś.
-Proszę za

5




mną!
Szedł szybko przodem nie zwracając uwagi na to, że idąc z bagażem mam trochę utrudnione zadanie. Prawie w biegu przesadził cztery stopnie dzielące plac startowy od platformy, przy której stała w miarę nowa Boja. Siadł wraz ze mną na tylnej kanapie, ale nie odezwał się ani słowem. Nie przeszkadzało mi to w ogóle – sama nie byłam specjalnie rozmowna. Za oknem przesuwały się za to piękne widoki jesiennych bulwarów Umi. Wyraźnie kierowaliśmy się na granicę miasta. Byłam tu wiele razy i budynki Konsorcjum były mi dobrze znane. Centrala składała się z obszernego parterowego budynku w tradycyjnym stylu. W samym środku znajdowała się sala konferencyjna, a po bokach mniejsze salki, pomieszczenia użytkowe i relaksacyjne. W tylnej części budynku mieściły się pomieszczenia biurowe. Niewiele osób wiedziało, że Centrala posiadała dosyć rozbudowane, czterokondygnacyjne piwnice, w których można było znaleźć kilka biur i sali konferencyjnych, saunę i łaźnię, kuchnię, ale też zbrojownię i skarbiec.
To był budynek, w którym załatwiano interesy. Pracownicy Konsorcjum, przybywający tu z różnych powodów, najczęściej przebywali

6




nie w Centrali, a w budynku pomocniczym zwanym Kotłem. Mieściły się tu przede wszystkim pokoje gościnne i rozrywkowe trochę usług oraz małe ambulatorium. Mój milczący towarzysz przedstawił mnie u kwatermistrza, odwrócił się na pięcie i zniknął w czasie zbliżonym do mrugnięcia okiem. W procedurach Konsorcjum było coś z uspokajającego powrotu do domu. Przyłożywszy dłoń do skanera na biurku w holu czekałam tylko minutę, aż kwatermistrz marszcząc niezbyt ładne krygańskie czoło zapoznał się z moimi personaliami. Dalsze 10 sekund czekałam na kopertę z napisem 8-4-Z, oznaczającą numer mojego pokoju. W środku prawdopodobnie był plan mojego pobytu. Część Z była nieco izolowana – obejmowała zachodnie skrzydło, dwa górne pietra z tarasami, oraz ogród na dachu. Ucieszył mnie ten przydział, choć doskonale wiedziałam ze tak dobry pokój dostałam tylko ze względu na to, że jeszcze nie podpisałam umowy na tą misję. Tak czy inaczej, zamierzałam nacieszyć się tym luksusem ile się da.
Sprzed biurka kwatermistrza skręciłam w prawo i przeszłam długim korytarzem do samego końca. Ściany z surowego betonu były tu w wyraźnym

7




kontraście do witającego bielą na wysoki połysk holu. Jedynie lekkie, ciepłe światło kinkietów zakłócało półmrok. Mimo, że lampy umieszczone były daleko od siebie korytarz wcale nie był ciemny. Podłoga była z tak lśniącego czarnego magmatytu, że odbijała każdą najdrobniejszą smużkę światła zwielokrotniając ja o tysiąckroć. Na końcu korytarza znajdowały się windy z przeszklonymi drzwiami. Znów ta sama procedura – dłoń, skaner….. Drzwi wolnego dźwigu otwarły się. Wysiadając na swoim piętrze po prawej stronie korytarza, na podłodze, w takim samym magmatycie jak na dole zalśniła falowo seria diod. Ruszywszy za nimi zaczęły się przesuwać pokazując mi drogę przez mroczny korytarz. Po piętnastu metrach wędrówki diody zatrzymały się i zatańczyły w kółeczku przed taflą lustra ze skanerem z lewej strony. Lustro przesunęło się w prawo jak tyko dotknęłam identyfikatora. Pokój był idealny. Williani, któremu prawdopodobnie to zawdzięczałam, doskonale wyczuł mój gust. Był spokojny, szarobrązowy z kilkoma sporymi roślinami w donicach. Królewskie łóżko z prawej strony już wabiło do drzemki, kanapa z lewej

8




zapraszała do przerwy na herbatę. Za lustrem z lewej strony łóżka była prawdopodobnie łazienka, a naprzeciwko głównego wejścia do pokoju, wielkimi przeszklonymi drzwiami wychodziło się na przepełniony zielenią taras. Postawiłam torby na podłodze i usiadłam w fotelu. Szybkim ruchem rozerwałam kopertę. Opis pobytu był niestandardowy, nie było w nim żadnej informacji, po co tu jestem, jaki będzie cel mojego zadania ani nawet, z kim się spotkam. Mówiąc bardziej szczegółowo znajdowały się tam tylko słowa podziękowania za przybycie i termin spotkania wstępnego za cztery godziny. Dalsze szczegóły zostaną podane po zakończeniu pierwszej odprawy. W sumie powinnam się była tego spodziewać. Skoro zadanie miało być utajnione, to raczej nie będą się tym chwalić w niezabezpieczonej korespondencji. Znaczyło to tylko tyle, że najbliższe kilka godzin zamiast na rozważaniu czy aktualizować swój testament czy nie, należało poświęcić na korzystaniu z dobrodziejstw Kotła.
Jak na zawołanie dobiegł mnie łagodny dźwięk gongu. Ponieważ nie zamykałam drzwi na kod, przejście natychmiast otwarło się i wszedł sztywno android obsługi

9




pokojowej proponując zamówienie posiłku i recytując, z czego, i w jakim zakresie mogę korzystać, oraz jakie obowiązkowe wizyty muszę odbyć. Czekała mnie obowiązkowa odprawa medyczna za dwie godziny, a jutro aktualizacja oprogramowania bipersonalera. Radośnie kazałam się umówić też na wizytę u fryzjera. Zamówiona kolacja miała być gotowa za 45 minut, a to oznaczało ze mam wystarczająco dużo czasu na kąpiel i przebranie się. Nawet nie otwierałam swojej torby. Kocioł przyzwyczaił nas do tego, że cokolwiek potrzebujemy, znajdziemy w swoim pokoju. Wcale nie była to chęć zapewnienia nam jak najwyższej jakości obsługi, tylko raczej pragnienie zatrzymania nas w pokojach. Wychodziło to różnie, aczkolwiek było wygodne. W komodzie starannie złożone znalazłam ubrania w swoim rozmiarze. Wybrałam tradycyjną prostą szatę, w jakiej chodziła tu większość kobiet. Mimo, że nie lubiłam długich sukni, to wchodząc w to środowisko starałam się w miarę możliwości wtopić w tłum. Po kąpieli będę wyglądać jak miejscowa dziewczyna.
Łaźnia przy sypialni tez była duża. Ostatnie półtorej roku racjonowania wody sprawiło, że byłam jak

10




dziecko w fabryce zabawek. Na tyle dobrze czułam się w wodzie, że dopiero burczenie w brzuchu przywołało mnie do porządku.
Godzinę później stanęłam w drzwiach gabinetu w pionie medycznym. Za kontuarem siedziała osoba zajęta najwyraźniej kalibracją jakiegoś sprzętu. Ledwo podnosząc głowę wskazał mi miejsce na krześle przy blacie. Moją uwagę od razu przykuło okno i łapczywie chłonęłam widok lasu rozpoczynającego się ledwie kilkanaście metrów od niego. Zachwycały mnie nie tylko kolory i formy, ale przede wszystkim to, że w kompletnie niewymuszony sposób cały kompleks Mogomi Daja wtapiał się w przyrodę i całe dzikie otoczenie. Nie naruszał delikatnej struktury natury tylko stawał się jej częścią.
- Witaj w Umi- przerwał moje zamyślenie- Jestem Ovejo Kuli, starszy specjalista, najpierw sprawdzimy historię choroby i leczenia, a następnie ocenimy Twój aktualny stan zdrowia…
Zagłębił się na chwilę w mojej historii medycznej i aktualnych skanach, które mu podałam.
-Pozwolę sobie mówić ci po imieniu, będzie łatwiej i ciebie zachęcam do tego samego – powiedział szybko nie czekając na moja reakcję. – Czy możesz

11




opowiedzieć mi coś na temat ostatniego wypadku? Przyznam, że dane medyczne są wyjątkowo skąpe w tym temacie, a wolałbym wiedzieć, z jakiego typu urazem mam do czynienia, zanim wyreguluję implanty.
-Wypadek w laboratorium, wybuchł niezabezpieczony zbiornik z gazem – powtórzyłam wyuczoną kwestię.
Ovejo spojrzał na mnie z ukosa.
- Ja też jestem kontraktowy. Też wiem, po co są takie kłamstewka. Tutaj akurat jednak nie musimy kłamać…. Wszyscy jedziemy na tym samym wózku. A tak poza tym możemy stworzyć gatunkową nić zaufania- rzekł radośnie.- Ja też jestem prawie czystej krwi człowiekiem. Mam tylko jednego Udahskiego przodka sześć pokoleń temu.
Teraz to ja patrzyłam na niego z przekrzywioną głową. Rzeczywiście jego rysy były wyraźnie ludzkie. Żadnych Krygańskich brwi, Dolocjalskich uszu, pochrząkiwania niczym mieszkańcy Padi, dziwacznego koloru niczym Forumo i Eganakaj. Udahski przodek mocno skrył się w jego wnętrzu, bo w rysach był całkowicie ludzki.
Westchnęłam.
-Wybuch w laboratorium.
-I, dlatego w tym samym czasie założono ci 26 szwów i 6 klamr na ranę prawego uda, z którego na dodatek operacyjnie wyciągano spory kawał

12




stali, miałaś wstrząśnienie mózgu, straciłaś słuch i prawie wykrwawiłaś się na śmierć?
Dłuższa chwila ciszy.
- No cóż, to był bardzo duży wybuch w laboratorium…
-Czyli skończyło się w miarę szczęśliwie.. – Ovejo podniósł jedno z urządzeń kończąc moje uniki- Przechyl proszę głowę w prawo… Implant jest w dobrym stanie, żadnych objawów odwarstwienia czy degeneracji. Suchy klimat ostatnio? – Bardziej stwierdził, niż pytał wtykając w regulator coś w rodzaju sporego śrubokręta.
- Suchy i gorący. Siedziałam na Forumo.
-Teraz głowa w lewo. Byłem kiedyś na Forumo z pomocą medyczną po pożarze w fabryce Kudo. Spłonęła cała jedna hala, wiele osób zginęło.- Głos Ovejo zawahał się. Obrazy z tamtego wypadku musiały być nieprzyjemne.
-To było kilka osiedli od mojego. Słyszeliśmy o tym.
Przez chwile pracował w milczeniu, raz po raz odgarniając niesforne włosy, które opadały mi w kierunku twarzy. Czułam się w jego towarzystwie wyjątkowo komfortowo, jak rzadko. Może sprawiał to fakt ze mieliśmy podobne gatunkowe korzenie. Po kilku minutach odczepił ode mnie dziwny kijek i z dumą popatrzył na swoje dzieło

13




uśmiechając się.
- No ! Gotowe! – w jego brązowych oczach zalśniły iskierki. – Podregulowałem implanty, ale przyznam ze ich stan jest znakomity, wiec to była raczej kosmetyka. Jeśli tak będziesz o nie dbać, będą ci służyć długie lata. Pamiętaj, żeby dodatkowo osuszać je po kąpieli czy myciu włosów. W razie problemów zgłoś się, z chęcią poprawie, co trzeba.
Pospiesznie pożegnałam się i opuściłam jego gabinet. Miałam wrażenie, że jeśli pobędę tam jeszcze choć chwilę, Ovejo zapyta mnie o plany na wieczór, albo zaprosi na spacer czy kolację. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że tak naprawdę uciekłam przed takimi pytaniami. Za nie całą godzinę zaczynałam odprawę i niewiedza tego, co usłyszę mocno leżała mi na duszy. Musiałam się skupić na najbliższym zadaniu.

     ***********
Spotkanie miało odbyć się w Centrali, w jednej z sal konferencyjnych w piwnicach. To nie były sale reprezentacyjne. To były typowe punkty odpraw misji wojskowych i długoterminowych zadań badawczych. To właśnie tutaj rozprawiano o przyszłości okolicznych Galaktyk, o kierunkach wypraw handlowych i o losie zakontraktowanych

14




wykonawców.
Weszłam do budynku osiem minut przed czasem. Wystarczająco dużo czasu żeby zorientować się gdzie mam iść, zabrać po drodze z kantyny kubek herbaty i dotrzeć na miejsce jeszcze przed czasem. Tym razem jednak było inaczej. Ledwo rozsunęły się przede mną bambusowo -papierowe, tradycyjne drzwi podszedł do mnie członek ochrony. Krygański mieszaniec stanął z mojej prawej strony i nic nie mówiąc dłonią wskazał na windę.
- Chętnie skoczę jeszcze do kantyny po….
- Obsługa przyjmie Pani zamówienie z miejsca docelowego.- Przerwał mi bezpardonowo i ponownie nalegającym gestem wskazał windę. Nie zamierzałam się kłócić. Skoro będę mogła liczyć na herbatę na miejscu, równie dobrze mogę być tam nieco wcześniej.
Winda schowana za drewnianym panelem zjechała dwie kondygnacje w dół. Ochroniarz poprowadził mnie kilka metrów prawym korytarzem i stanął przed drzwiami. Milcząc wskazał skaner. Drzwi rozsunęły się ukazując salę na oko trzydzieści metrów kwadratowych z dużym drewnianym stołem i wygodnymi fotelami dokoła niego. Część ścian pokryta była błyszczącymi białymi panelami, co świadczyło o tym ze w

15




rzeczywistości są ekranami. Widok nadmorskiego brzegu wyświetlany na przeciwległej ścianie przypominał plaże na Forumo. Nie zdążyłam rozejrzeć się do końca.
-Viga! –Podszedł do mnie wysoki żołnierz w mundurze Konsorcjum. Patrzył na mnie z lekkim niedowierzaniem. – Myślałem, że cię nie poskładają, a tymczasem chyba jeszcze dodali ci parę poziomów do urody!
- Ale z Ciebie kłamczuch Okane!– Roześmiałam się. Jego widok budził ciepłe wspomnienia. Ufnie przywitałam go uściskiem, chowając głowę na jego klatce. Nie chciałam żeby wiedział, że właśnie przytłoczyła mnie własna przeszłość… Nie byłam żołnierzem wiec mogłam pozwolić sobie na pewne emocjonalnie reakcje i okazanie sympatii nie tylko w werbalny sposób. Jego ramiona obejmowały mnie chyba dwa razy dookoła.
-No, ale tak serio, wiem, że trafiłaś na czas na salę operacyjną- zaczął ostrożnie-ale potem straciłem Cię z oczu. Podobno jakiś przydział poza głównym nurtem… Mówili, że odesłali cię na zasiłek zdrowotny.
Dobrze wiemy, na czym to polega. Lekko uszkodzone, wysłużone narzędzia wyciąga się wtedy, kiedy to, jak leżały w ręce staje się

16




ważniejsze od ich precyzji. Rutyna, doświadczenie i spojrzenie dalekie od młodzieńczych mrzonek o przygodzie, stawia nas w jednym szeregu z najbardziej zasłużonymi prominentami Konsorcjum.
- Dostałam implanty, podobno dobre, Konsorcjum płaciło, więc nie zaglądałam w rachunki. Po rekonwalescencji stwierdzono, że chwilowo można mnie wycofać żebym jak to uznano „odbudowała się”. Jak widać już się odbudowałam skoro sobie o mnie przypomnieli - Mrugnęłam do niego, świadoma, że zdaje sobie sprawę, że na prawdziwą rozmowę przyjdzie czas później.
Powoli sala zaczęła się zapełniać. Po wejściu 8 zupełnie nieznanych mi person, pojawił się Lods. Sypiąc nieprzyzwoitymi dowcipami o burdelach na Padi przywitał się ze wszystkimi niezwykle wylewnie. Podchodząc do mnie już otwierał usta, przerwał mu jednak wchodzący Krygańczyk. Usiadłam między Lodsem, a Okane, a do sali weszły jeszcze 3 inne osoby, w tym Wiliani. Usiedliśmy przy wielkim stole, każdy aktywował panel multimedialny. Na szczęście, jako pierwsza pojawiła się aplikacja kantyny wiec zanim spotkanie się rozpoczęło szybko zamówiłam podwójny kubek herbaty i ciastka gushi.

17




Okane spojrzał na mnie ze zrozumieniem też składając prośbę o słodycze. To była jedna z wielu rzeczy, w której rozumieliśmy się bez słów.
Krygańczyk, który przerwał nasze rozmowy, wstał i aktywował główny ekran. Przez chwile migała jeszcze dioda tłumacza, która i tak pewnie nie będzie potrzebna. Znów nie było słów powitania, przedstawienia się, kolejny ze skupionych na swojej pracy paranoik.
- Ja wiecie od wielu lat trwają poszukiwania złóż metali wysokoenergetycznych. Przez kilkadziesiąt lat pozyskiwaliśmy je z obiektów takich jak asteroidy czy komety. Niemiej przeznaczone do tego stacje wielokrotnie padały ofiarami nieprzyjacielskich ataków. Tym razem badania przyniosły upragniony skutek i namierzyliśmy planetę, która może stać się głównym dostawcą. Był tylko jeden problem…. Trzeba tam się było najpierw dostać – Próba wzbudzenia w nas strachu legła w gruzach. Nie wiem, jakie wrażenie próbował zrobić przemawiający, ale po twarzach siedzących wokół stołu nie było widać nawet krzty emocji. Nie zmieniając tonu Krygańczyk kontynuował. – Pierwsza misja mająca na celu rozpoznanie terenu nie powiodła się.

18




Drugiej zapewniliśmy większa ochronę, dzięki czemu dotarła ona na miejsce, wykonała niezbędne pomiary i założyła bazę badawczą. Teraz nadszedł czas na kolejny krok. Aby eksploatować złoża potrzebna będzie siła robocza i maszyny. Misja ma na celu dostarczenie na miejsce obu tych zasobów plus oczywiście ochrony.
Teraz blady strach padł na wszystkich i każdego z osobna. Już wiedzieliśmy, co będzie ładunkiem.
Koloniści.
Najgorszy na świecie ładunek z możliwych. Kompletnie nieprzewidywalna masa, w większości wystraszeni, częściowo nadmiernie podekscytowani. Jeśli przyjdą kłopoty – zginą pierwsi. Koloniści rzadko w obecnych czasach byli ochotnikami. Jeśli nawet nie zostali wysłani na koniec świata pod przymusem fizycznym, to wymusiła na nich to sytuacja ekonomiczna lub rodzinna. Podróże trwające często miesiącami dla wielu kończyły się śmiercią, głównie z powodu chorób i bezustannych bójek. Mieszanina ras i charakterów sprawiała, że było to niebezpieczne morze głów, które ochrona próbowała trzymać wojskowym rygorem, a co w zasadzie było niemożliwe.
Milczenie w Sali było znaczące. Służba z kantyny roznosiła

19




zamówienia w takiej ciszy, że słychać było nawet pęcznienie liści herbaty w kubkach. Krygański przemawiający zrobił pauzę. Jego małe świdrujące oczka przechadzały się po kolei po każdym z nas, studiując pozornie wyzute z uczuć oblicza.
-Waszym celem ma być Oma, planeta klasy A3, wielkość 1.93, grawitacja 1, atmosfera sprzyjająca. Baza badawcza powstała prawie na równiku – tu wskazał mapę. Planeta posiadała tylko jeden wielki kontynent, oblewany gęstym, bardzo słonym oceanem. Liczne jeziorka i rzeki zapewniały sporą dawkę czystej wody. Sporo zwierząt, niestety wiele agresywnych sprawiało, że baza była chroniona bojowym polem siłowym. W większości będziemy mieliśmy tam do czynienia z trawami po pas i kępami drzew i krzewów. Lasów z prawdziwego zdarzenia nie było wcale. Gadka o warunkach atmosferycznych, i ciekawostkach geologicznych planety zajęła mu jeszcze dobre 20 minut. Podejrzewam, że mówiłby jeszcze dłużej gdyby ktoś nie stracił cierpliwości.
Siedzący na końcu stołu Udaha w bogatej szacie, zaczął się gotować w środku.
- Skoro już wiem, co mnie może zeżreć na tej planecie wolałbym się też dowiedzieć,

20




jaki jeszcze jest haczyk. Nie sądzę, żeby parę puszystych, zębistych miłośników krwistych pośladków było powodem takiej konspiracji. I co do cholery było przyczyna niepowodzenia pierwszej misji.
Krygańczyk zmarszczył brwi, gdy tu i ówdzie dało się dosłyszeć pomrukiwania i potakiwania. Jeśli przeciągnie raport z zoologii o choćby minutę do gardła rzucą mu się nie puszyste stworki z Omy, a 12 obecnie wkurzonych przyszłych uczestników wyprawy.
- No cóż… -Zaczął niepewnie – Oma znajduje się w Galaktyce Małej Wieży. Jest to sąsiedni układ do Daru-Dakuba, będący również obiektem zainteresowania Daru i Konsorcjum Homani. Żadna z nich nie zdecydowała się jeszcze na założenie tam baz, myślimy, że to może wkrótce nastąpić, jeśli nie przypieczętujemy swojej obecności kolonią. Mogomi Daja jest na razie trzy kroki do przodu, ale to
może się szybko zmienić. Oma jest chwilowo zdana sama na siebie, jesteśmy odcięci. Żaden statek nie przedostał się przez blokady Daru od dwóch miesięcy. Pierwsza misję również zniszczyli Daru. Konsorcjum Ibedy postanowiło nas wesprzeć, mamy spore zaplecze technologiczne, siłę ognia, ludzi,

21




dobrych specjalistów…. Wystarczy dostać się na Omę.
Milczenie, które zapadło po słowach prowadzącego odprawę było doniosłe. Wysyłali nas praktycznie na front, na pierwszą linię ataku. Oma była dla Mogomi Daja tak ważna, że nie tylko zamierzali utopić w tej misji grube pieniądze, posłać na bardzo możliwą śmierć znaczna grupę doświadczonych żołnierzy i pracowników, a nawet dogadać się z Ibedą.
Dosyć nieoczekiwanie wstał Wiliani – Wiem, że to dużo. Odetchnijcie do jutra. Spotykamy się jutro rano i rozpoczynamy indywidualne procedury. Szczegóły znajdziecie w indywidualnych panelach.
Prominenci natychmiast wstali i wyszli bocznym wyjściem.
W sali zrobił się szum. Lods uśmiechnął się szeroko porywając mnie w ramiona i skinął Okane na powitanie.
-Nareszcie wylazłaś z tej swojej pustyni! Myślałem, że Ki nie da rady cię wyciągnąć. Mówiłem mu: Stary masz u mnie beczkę Kogi jak ona przyleci do Umi!
-Wiesz jak Ki potrafi gadać…
- Hahah- roześmiał się tubalnie.- Jasne młoda! Zjemy jutro śniadanko, co? Lecę na przegląd nowych palców. – Co powiedziawszy zaprezentował prawie białe, złożone z niezliczonej liczny

22




żyłek z nieznanego mi materiału palce zintegrowanej protezy. Jego szeroki, szczery uśmiech nadal wibrował w powietrzu, gdy prawie wybiegał z sali.
- Chodź, wypijemy coś. Ciastka i herbata coś mi nie wchodzą na te nowiny… -Dobiegł mnie głos Okane. Pozwoliłam poprowadzić się z sali do wind i dalej na powietrze. Zapadł już zmierzch, a orzeźwiające wcześniej powietrze zmieniło się w przejmujący chłód. Czułam jak pod materiałem wyskakuje mi gęsia skórka, wyraźnie odzwyczaiłam się od takich temperatur. Forumo rzadko prezentowało cos poniżej 40 stopni. Najniższa temperatura, z jaką się tam spotkałam to było 25 i mieszkańcy prawie poowijali się w kocyki, a Koe dostał paskudnego kataru. Tu było dziś koło 15 i zaczynałam trząść się z zimna. Okane proponował właśnie kantynę w Kotle albo jeden z barów na mieście.
- Może chodźmy do mojej kwatery.. Zamówimy, co trzeba a przynajmniej będziemy mogli swobodnie rozmawiać.
-Jasne! Prowadź!
Moja propozycja nie była dziwna. Każde publiczne miejsce w tym mieście naszpikowane było szpiclami, wiernymi jak psy z Mogomi Daja i innych konsorcjów. Jeśli tylko chciałeś rozmawiać o czymś

23




innym niż prostytutki i pogoda, a nie miałeś ochoty na kłopoty z przełożonymi– lepiej było wybrać prywatne miejsce. Jedno nieodpowiednie słowo, a o takie nie trudno po paru głębszych i lądowało się na dywaniku u Nadzorcy Sekcji, a potem na karnym, wyjątkowo nieprzyjemnym zadaniu. Okane wszedł za mną do pokoju, a za nim niezgrabnie zajrzał Lokaj. Czekając na zamówione drinki i kolacje toczyliśmy plotkarską rozmowę o znajomych, z których połowa już nie żyje, kilku przeszło w stan spoczynku, a reszta przemierza okoliczne Galaktyki i układy gwiezdne.
Po trzecim łyku Ohi-do-doshi nie wytrzymałam.
-Opowiedz, co robiłeś ten cały czas.
- Lods ci nie mówił?
- Wspominał, ale to nie to samo. Wolę usłyszeć to od Ciebie.
-A zrewanżujesz się?- Przekrzywił zabawnie głowę. Skinęłam, obiecując swoją opowieść. – No dobrze, uwierzę ci! – Wziął łyk ze szklanki i wgapił się w podłogę chyba przywołując wspomnienie w milczeniu.- Jak tylko wyszedłem z Twojej sali, wtedy zaraz po operacji, dopadł do mnie Dulann. Pytał o zniszczenia, rodzaj uszkodzeń, miejsca wybuchów. Niewiele mu powiedziałem, co go strasznie rozsierdziło. No, ale

24




jakoś byłem zajęty ratowaniem Tobie i Lodsowi życia. – Powiedział to lekko, ale miałam wrażenie ze się zarumienił.- Następnego dnia wezwano mnie na przesłuchanie. Byłem u Ciebie, ale spałaś po kolejnej operacji. Lekarz mówił, że wszystko się udało, planowałem przyjść później i poszedłem na przesłuchanie. Rada Wojenna zadawała mi prawie takie same pytania jak Dulann na korytarzu dzień wcześniej. Okazało się, że podejrzewali zamach i podobno byłem nawet na liście podejrzanych! Dostałem wybór natychmiastowego przeniesienia albo Rada wszczyna pełne śledztwo. Wiesz, co to znaczy. Zamknęliby pewnie wszystkich, którzy przeżyli za polem siłowym na pół roku, łącznie z wyciąganiem ze szpitali rannych. Dostałem przydział do eskorty transportów z kopalni na Jukohimie. Poleciałem tam prosto z przesłuchania, nawet nie miałem ze sobą gaci na zmianę! Tam siedziałem ponad rok. Wiosną Rada ściągnęła mnie do Umi na dodatkowe szkolenia. Już wiem, czemu. – Podniósł szklankę w geście toastu. – Twoja kolej!
Nadal przetwarzałam, co mi powiedział. Oczywiście dochodziły mnie słuchy, co się stało, że Okane zniknął tak nagle.

25




Nie wierzyłam w połowę plotek, a reszta była tak niepewna, że prędzej uwierzyłabym, że Ki odpadł ogon. Tymczasem prawda była jeszcze niewiarygodna. Niby mówił o przeszło dwóch setkach dusz uratowanych z katastrofy, ale w głębi duszy wiedziałam, że nie chciał żeby wyciągnięto mnie ze szpitalnego łóżka.
- Ja? Przy Twojej historii moja to bajka dla dzieci… Kiedy już wypuścili mnie ze szpitala, kolejny miesiąc siedziałam w Kotle na rehabilitacji. Noga była mocno uszkodzona i straciłam masę krwi. Potrzebowałam czasu. Z nudów chodziłam już na rzęsach, kiedy w końcu wezwali mnie do Centrali. Oczywiście nie nadawałam się przez dłuższy okres do zadań w polu. Z drugiej strony jak mówiono, żal mnie było do laboratoriów. Ani się obejrzałam jak leciałam do fabryki na Forumo, jako Główny Elektronik. Przesiedziałam tam półtorej roku i zgodnie z radą Centrali odpoczywałam, i nabierałam sił. Parę razy odwiedził mnie Lods i raz Ki. A tak poza tym tylko pracowałam. – Przerwałam, nie miałam już nic do dodania. Nie chciałam mówić o tym jak często o nim myślałam i jak bardzo czułam się samotna po jego zniknięciu. Miałam

26




nadzieję, że będzie wiedział, że może czuł to samo. Wiele razy wyobrażałam sobie ze idę z nim na spacer na plażę albo, że siedzimy razem na kanapie i rozmawiamy o głupotach.
-Viga… hej, co jest? Zawiesiłaś się….- Okane pochylił się w moim kierunku.
-Wszystko w porządku, chyba jestem zmęczona. Ta odprawa była dosyć bogata w treść..
Okane uśmiechnął się do mnie porozumiewawczo. Wiedział, że kłamię, ale udawał, że tego nie widzi.
– Jasne, pójdę już... –Wstał z kanapy.
- Nie… zostań. Proszę. Nie chce być znowu sama – nie wiem, jakim cudem wyszło mi to z gardła. Jakbym przyznawała się do winy, choć nie bardzo wiem, jakie popełniałam przestępstwo. Łzy zaczynały uciekać mi spod powiek, kompletnie nieświadome, że pragnęłam je ukryć.
Okane ukląkł przede mną, przytulił mocno i pozwolił mi płakać. Pod policzkiem czułam bicie jego serca, kiedy zmęczona zasypiałam. Ale oczyma duszy widziałam jak Okana wyciągał mnie spod sterty żelastwa w serwerowni wybuchającego statku. Tylko dzięki niemu medycy mieli, co składać. Pamiętam do dziś jego twarz pochylona nade mną, która mówiła, ale ja nie słyszałam

27




ani słowa. Próbowałam coś mówić do niego, nie wiem, co, nie pamiętałam. I łzy, które kapały mu z oczu na moje policzki. Pamiętałam jak niósł mnie na rękach i widziałam jego postać oddalającą się ode mnie po wystrzale kapsuły. Jego mundur pokryty był moją krwią.

28




Wyrazy: Znaki: