Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin
ikonka komentarza

Baba Jaga

Autor: Zczarny twarz męska

grafika opisu

rozwiń




To nie jest tak, że zdezerterowałem z Rdzawych, bo coś przeskrobałem, nie byłem nawet ani razu karany przez dowódców. Zdezerterowałem, dlatego, że bałem się wracać do naszej jednostki. Nie jest tutaj ważne, gdzie służyłem, ale ważne, w tym wyznaniu jest to, co tam przeżyłem... .

     Całe zdarzenie miało miejsce pewnego zimnego wieczora, gdy ja i moja drużyna, patrolowaliśmy wyznaczony nam rewir, nieopodal spalonej, kilka dni wcześniej wioski. Nic nadzwyczajnego. Przez pierwsze dwie godziny, krajobraz drzew, starych ulic i zgliszczy zasypanych grubym puchem, usypiał naszą czujność. Papieros za papierosem zbliżał nas do miejsca kolejnego postoju, gdy Saczenko, zwiadowca trzeciej klasy, zaczął opowiadać historię pewnej kobiety, której dziecko zostało porwane przez wysłanników Kohorty. Historia przygnębiająca w swojej prostocie. Tragedia samotnego rodzica, który dzień w dzień nawiedzał placówkę dyplomatyczną organizacji, aby wymusić zwrot swojej pociechy. Gdy stanęliśmy w wyznaczonym miejscu na postoju, gdzieś w samotnym budynku starej poczty, a wiatr nanosił, coraz więcej śniegu na drogi, opowiadana historia zaczęła nabierać

1




przerażających kształtów. Matka przestała pojawiać się w placówce, a kilka dni później pierwszy jej pracownik został znaleziony, rozerwany na strzępy przed miejscem swojego zamieszkania, dosłownie przed drzwiami swego domu. Krwawa zbrodnia bez śladów winowajcy. Potem, po kolejnych kilku dniach, zginął jeden z ochroniarzy pomieszczenia, w którym przyjmowano interesantów-cywili. Części jego głowy były dosłownie porozrzucane po całym chodniku, dwie ulice przed barem, do którego nierzadko uczęszczał po warcie. Potem zginęło jeszcze trzech innych ludzi, też w przerażających okolicznościach. Wszyscy byli związani bezpośrednio lub pośrednio z ową matką. Jednak dopiero, gdy zginął zastępca dyrektora tej placówki, do akcji wkroczyło kilku żołnierzy razem z oficerem śledczym. Wszyscy wiedzieli, że następny będzie dyrektor, więc ten dostał całodobową ochronę właśnie tych ludzi. Pewnej nocy, stalowe drzwi domu dyrektora wpadły z przerażającym hukiem do mieszkania, a w drzwiach pojawiła się zjawa, unosząca się w powietrzu. Pierwszych dwóch żołnierzy zginęło od razu, pozostawiając po sobie jedynie kupki popiołu i tlące się

2




jeszcze, przewody przeciążonych tarcz energetycznych. Dwóch kolejnych, którzy bezowocnie otworzyli ogień do tej istoty zginęło zmiażdżonych przez ciężkie dębowe meble z korytarza. Oficer zginął przedostatni, rozerwany w pół. Dyrektor siedział zamknięty w swoim biurze na piętrze. Nad ranem znaleźli go połamanego na dachu sąsiedniego domu. Jeżeli chodzi o tą istotę, to już nigdy więcej się nie pojawiła.

     Gdy Saczenko skończył opowiadać tą historię, przypomnieliśmy sobie wszyscy, że z wioski, do której właśnie zmierzaliśmy, też zniknęły dzieci. Jednak żaden z nas, nie dawał wiary w to, że ta istota naprawdę istnieje.

     Ruszyliśmy dalej.

     Pół godziny później, doszliśmy w końcu do zaplanowanego wcześniej miejsca postoju. Była to średnich rozmiarów ceglana stodoła, z wyraźnymi dziurami w starym dachu. Miała dodatkowe piętro, dlatego od razu wyznaczyłem Saczenko i Wladima, na pierwszą wartę. Gdy ulokowali się na górze i rozpoczęli nadzór nad okolicą, ja wraz z Grigori i Miszą wykopaliśmy dół, w którym rozpaliliśmy małe ognisko. Mieliśmy godzinę odpoczynku, za nim wznowimy patrol, więc chcieliśmy coś zjeść

3




i się nieco ogrzać. Za pół godziny, operator lekkiego karabinu maszynowego Grigorii wraz z saperem trzeciej klasy Miszą, miał zmienić chłopaków na górze. Jednak już po dziesięciu minutach, zaniepokojony Wladim syknął do nas z góry.
- Towarzyszu Dowódco! Albo przed nami burza, albo najdziwniejsze wyładowania elektryczne, jakie kiedykolwiek widziałem!

     Moja reakcja była natychmiastowa. Chłopakom przy mnie kazałem zabezpieczyć wejście do stodoły, a sam wbiegłem na górę, zobaczyć, co takiego ujrzał Wladim.

     Rzeczywiście. Między zasypanymi, białym puchem ruinami kilku domów i drzew, przemieszczała się niesymetryczna kula wyładowań elektrycznych. Pojawiała się i znikała. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, co się święci, ale przysięgam, że gdybym miał, chociaż najmniejszy skrawek wiedzy, jaką posiadam dzisiaj, od razu ruszylibyśmy do bazy, nawet prosto pod sąd polowy.

     - Saczenko, jak myślisz, co to jest? - Zapytałem się cicho, nie spuszczając wzroku z zagrożenia.
- Towarzyszu dowódco, nie sądzę, aby moje przypuszczenia zadowoliły dowódcę.
- Nie rozumiem.
- Jak na moje, towarzyszu dowódco, TO właśnie jest Baba Jaga.
- Gówno tam.

4




- Przekląłem cicho, a Wladim praktycznie natychmiast odbezpieczył karabin.
- Szeregowy Wladim, nie otwierać ognia, bez potrzeby! Nie przyszliśmy tutaj walczyć z tym czymś, czymkolwiek to jest tylko sprawdzić, czy nie ma tutaj wrogich patroli! - Zwróciłem się szybko do szeregowego, ale jego oczy były całkowicie skupione na celu. Nie mogłem sobie pozwolić na jakiekolwiek oznaki paniki w drużynie, więc szarpnąłem za jego ramię i spojrzawszy się głęboko w jego oczy, jeszcze raz zapytałem:
- Żołnierzu, czy rozumiecie rozkaz? - Ten jakby po chwili oprzytomniał i odparł.
- Tak jest, Towarzyszu Dowódco!
- Dobrze, w takim wypadku, nie róbcie nic, co mogłoby zdradzić nasze położenie. Jeżeli twoja historia Saczenko była, chociaż trochę prawdziwa, to już jesteśmy martwi, jeżeli tylko nas zobaczy.
- Towarzyszu dowódco! B y ł a p r a w d z i w a. - Bardzo cicho odparł zwiadowca, a w jego głosie słychać było drżenie i na pewno nie było to spowodowane zimnem.

     Jak teraz o tym pomyśle, to jeszcze większe przerażenie targa moim sercem. Ta chwila i istota była nie z tego świata. Wisiała kilkanaście centymetrów nad ziemią, a fale wyładowań

5




elektrycznych podnosiły jej resztki niebiesko-szarej sukni i przerzedzonego pasma czarnych włosów. Lewitowała spokojnie i powoli. Z daleka wyglądało to tak, jak gdyby piorun trafiwszy w ziemię zwinął się w kłębek i postanowił pospacerować między ruinami wioski. Zamarliśmy. Żaden z chłopaków nie wydał z siebie najmniejszego dźwięku, który mógłby nas zdradzić. W tym czasie Baba Jaga powoli oddalała się od naszej kryjówki. Po kilku następnych minutach, znikła nam z oczu zupełnie.

     Wtedy jeszcze odetchnęliśmy z ulgą...

     Minuty mijały. Wartę na dachu objęli Grigori i Misza, a ja zastanawiałem się, czy i tym razem nasze żołnierskie szczęście nam dopisało.

     - Wiesz, co Saczenko? - Zaczął przy ognisku Wladim. - Tak się zastanawiam czy to przypadkiem nie przez nas, te kobiety stają się tym czymś.
- Nie, Wlad. To nie przez nas tylko przez Kohortę.
- Ale przecież to My współpracujemy z nimi. Pomagamy im, a oni w zamian dają nam te wszystkie technologie i te... no wiesz. - Nie dawał za wygraną.
- My jesteśmy tylko żołnierzami, wykonujemy rozkazy, a to, z kim współpracuje nasze dowództwo, to gówno nam do tego.
- No tak, ale

6




przecież zawsze mogliśmy powiedzieć NIE, gdy nas werbowali.- Saczenko spojrzał się wymownie na kolegę. W jego oczach pojawił się dziwny blask. Sam przez chwilę pomyślałem, czy Wladim nie współpracuje z jednostkami Służb Wewnętrznych... . Jednak zwiadowca był bystry i za pewne też wyczuł takie prawdopodobieństwo, bo od razu odpowiedział.
- Naprawdę tak sądzisz, że mogliśmy? - Wladim zamilkł, aby po chwili, szybko zwrócić się z tym pytanie do mnie.
- Towarzyszu dowódco! A co Towarzysz o tym sądzi? - Pierwsze, co pomyślałem, to to, że ten człowiek nie może być z Wewnętrznych, bo był by skończonym idiotą zadając takie pytanie przełożonemu w obecności świadka i nie biorąc pod uwagę tego, że możemy domyśleć się o jego ewentualnej współpracy z tego typu służbami. Jednak, gdy miałem mu już krótko i zwięźle odpowiedzieć, w drzwiach stodoły ukazał się mały, może dziesięcioletni chłopczyk. Był ubrany w cienkie szmaty, bo trudno było by je nazwać ubraniami. Miał ogoloną głowę i stare, znoszone buciki. Jeżeli nam było zimno, to jak mogło być jemu? Gdy siedzieliśmy tak przy ognisku, z niedowierzającym wzrokiem, z

7




ust małego gościa padły słowa.
- Zimno mi, jestem głodny. - Po czym chłopczyk powoli, ale śmiało zaczął podchodzić w naszą stronę. Nie wiedziałem, co mam w takiej sytuacji zrobić. Chłopaki na dachu o niczym nie wiedzieli, a Wladim i Saczenko spojrzeli się tylko na mnie, w oczekiwaniu na szybką decyzje. Nie miałem wyjścia, przecież nie zostawiłbym dziecka na mrozie?! Pokazałem powoli chłopakom, aby pozostali na miejscach i odpowiedziałem, na tyle spokojnie na ile mogłem, w tym momencie.
- To chodź do nas! Ogrzej się, a może nawet znajdziemy coś do jedzenia. -
Po tych słowach, gdy chłopczyk był coraz bliżej, dojrzałem na jego spodniach czerwone plamy. Nie byłem pewien czy to krew, ale od razu skoncentrowałem się na jego butach. Były całe czarne, jakby popalone. Z każdą sekundą wewnętrzny alarm sygnalizujący niebezpieczeństwo wył coraz głośniej. Podniosłem wzrok i spojrzałem się na całą sylwetkę dziecka. Było zimno, nawet bardzo, a on nie miał żadnych drgawek. Był tylko nienaturalnie blady, może nawet lekko prześwitujący?
- Towarzyszu dowódco... - Syknął cicho Saczenko - … proszę spojrzeć na swoją Tarcze.
Mały

8




gość już siadał przy nas, na starej i spróchniałej desce, gdy spojrzałem na wyświetlacz T.E. Migotał jak oszalały! Raz wskazywał pełne naładowanie, aby zaraz spaść do zera. Diody informacyjne zachowywały się tak jakby zaraz miały się przepalić. Spojrzałem się od razu na Wlada, a on nie spuszczał ani na sekundę wzroku z chłopczyka. Jego prawa dłoń delikatnie bawiła się zabezpieczeniem od starego kałasza. Może i był informatorem Wewnętrznych, ale braku czujności nie można było mu zarzucić. Jego Tarcza też migotała jak powalona.
- Dziecko, jak ci na imię i gdzie są twoi rodzicie? - Spytałem się powoli i delikatnie, ale w umyśle miałem taki chaos, że nie byłem w stanie wymyślić niczego innego.
Chłopiec siedział jak zaczarowany i wpatrywał się w ogień, a w jego oczach nie dojrzałem blasku paleniska. Postanowiłem zadać jeszcze raz pytanie.
- Jesteś tutaj sam? Mieszkasz tutaj?- Chłopiec nagle spojrzał się na mnie i powoli odpowiedział.
- Mieszkam tutaj, z mamą... - Gdzie ostatnie słowo nagle zacięło się jakby zacięcie nagrania i przeszywało nasze uszy jak brzęczenie nieznośnej osy. W tym samym momencie z dachu

9




usłyszałem krzyk Grigoriego.
- KURWA! Leci tutaj! Baba Jaga tutaj leci! - Lekki karabin maszynowy zaczął ciąć powietrze, a dziecko tak jak się pojawiło tak zniknęło, niczym koszmar.

     Nie da się opisać tego uczucia, gdy dochodzi do ciebie świadomość, że prawdopodobnie za kilka chwil zginiesz, a właśnie w tym momencie ja i pewnie moim podkomendni, to poczuliśmy.

     - Saczenko i Wlad! Na ziemie i strzelajcie we wszystko, co pojawi się w tych drzwiach! - Po tych słowach, w szalonym pędzie zacząłem wspinać się na górę, gdzie Grigori i Misza pruli ile tylko mogli, w zbliżającą się kulę energii. Gdy wchodziłem już na drewnianą podłogę poddasza, zobaczyłem tylko jak Misza, z uciętym krzykiem podnosi się i eksploduje. Krew i jego wnętrzności były wszędzie.
- Jeb twoja mać! Grigori! Wracaj na dół! - Z twarzą brudną od resztek swojego żołnierza, krzyknąłem do operatora, który właśnie gorączkowo zmieniał magazynek, lecz ten wyleciał w górę i zniknął. Tylko jego krzyk został na swoim miejscu. Tylko krzyk.
- Kurwaaaa! - Przekląłem z niedowierzaniem, odwracają się na pięcie, aby zacząć schodzić po drabinie, gdy zobaczyłem

10




jak ONA pojawia się w drzwiach od stodoły. Saczenko i Wlad leżeli jak kazałem. Te kilka sekund trwało jak wieczność. Przez moją głowę przeszła tylko jednak myśl.

     Jeżeli otworzą ogień, to ona pozabija nas wszystkich. Kurwa! Tak czy siak, jesteśmy już martwi!

     Otworzyli ogień.

      Pociski jakby omijały jej postać, co chwila zmieniając swoją trajektorię, odpychane potężnym polem energii. Nie miałem innego wyjścia, odbezpieczyłem karabin i dołączyłem do ostrzału. Poruszała się niczym duch, wielkimi skokami, które wyglądały tak jak gdyby teleportowała się, co kilka metrów. W ciągu tych paru sekund, była już przy moim żołnierzach. Saczenko z bojowym krzykiem na ustach po prostu wybuchł, gdy chciał uderzyć ją kolbą karabinu wyborowego. Jego organizm został przeciążony i nastąpiło wypuszczenie tej zgromadzonej energii. Chwile później zobaczyłem jak Wlad wyrwał z pasa na klacie granat i z wrzaskiem jak opętany, rzucił się na Babe Jagę. Nastąpiła eksplozja... .

     Teraz już domyślasz się, co było potem. Wlad uratował tylko mnie, prawdopodobnie wręcz tuląc się do tej cholery, aby eksplozja nie zatrzymała się na jej polu

11




energii. Wtedy powiedziałem sobie, że to już koniec. Nigdy więcej nie założę tego munduru. Nigdy więcej.

     ... ...

     

12




Wyrazy: Znaki: