Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Ostatnia granica IVikonka kopiowania

Autor: Nives twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




Słońce wdzierało się do pokoju szerokim strumieniem. Musiało być wcześnie, różowa kulka ledwo podnosiła się znad horyzontu. Pod dłonią czułam znajome bicie serca. Górna połowa mojego ciała prawie cała przygnieciona była przez dwa solidne ramiona. Wcale mi to nie przeszkadzało, mogłabym tak zostać na zawsze. Zawsze, kiedy zasypiałam z Okane budziłam się wypoczęta nawet, jeśli wyglądałam jak po całonocnej hulance. Zakopałam głowę mocniej w jego klatkę, wolną ręką naciągając grupy koc aż po uszy. Ginęłam przytulona do niego. Różnica wzrostu i budowy ciała była spora. Jeszcze nie musieliśmy wstawać, ale wiedziałam, że Okane też już nie śpi obserwując mnie spod wpół przymkniętych powiek. O nic nie pytał. Przytulił mnie mocniej do siebie i pozwolił nam znów odpłynąć. Jego skóra miała zabarwienie słabego naparu herbacianego. Uwielbiałam te odcień, idealnie pasował do jego ciemnych, brązowych włosów. Czułam jak jego ręka przesuwa się po moim ramieniu, gładząc je delikatnie. Miałam wrażenia oderwania od rzeczywistości, wiec żeby pozbyć się tego odrealnienia przekręciłam się na plecy i przeciągnęłam.

1




Zimne powietrze połaskotało moją skórę, kiedy z ramion zsunął mi się koc. Zadrżałam i schowałam się z powrotem pod włochate okrycie. Okane parsknął śmiechem, udostępniając ponownie swoje ramiona.
- Oj,……. Chyba będziesz musiała wrócić na Forumo!
-Nie mam mowy! Może i było tam cieplej, ale tutaj jest przyjemniej. Przynajmniej jeszcze przez chwilę…
Nie wiem, kiedy zaniósł mnie do łóżka. Dosyć długo wypłakiwałam sobie oczy zanim zmęczenie mnie pokonało. Nie robił wielkich ceregieli wyczołgując się ze mną pod wspólne okrycie, bo jak na wysokiego, twardego żołnierza wyjątkowo często potrzebował sesji przytulania. Był dla mnie jak załamywałam się pod ciężarem całego swojego świata i topiłam go we łzach, które tylko on widywał. Ja byłam dla niego, kiedy prześladowały go koszmary i budził się w nocy z krzykiem spocony i wystraszony. Wszystkie nasze słabości, które latami kazano nam pogrzebać, znajdowały w takich sytuacjach drogę na powierzchnię. Choć był też inne noce, przepełnione uczuciami, które grzebaliśmy tak głęboko, żeby nikt ich nie dostrzegł. Po takich nocach najcięższe były pożegnania, bo

2




nigdy nie wiedzieliśmy czy to wspomnienie będzie tym ostatnim, czy może damy radę urwać życiu jeszcze jeden kąsek.
-Musimy wstawać- zaanonsowałam leniwie.
-Jeszcze chwilę………

     Prysznic postawił mnie na nogi, przypominając, że za 15 minut mam umówione śniadanie z Lodsem, a potem odprawę. Widać było po mnie słabo przespaną noc – sińce pod zielonymi oczami, koszmarny bałagan we włosach. Nie miałam jednak ani siły ani ochoty się maskować.
Śniadanie z Lodsem jak zwykle, było zabawne. Był jedyną osobą, którą widywałam regularnie przez ostatnie półtorej roku, więc nasza rozmowa biegła naturalnie, w czasie teraźniejszym, bez wspominek i łzawych momentów. Oczywiście nie omieszkał zauważyć mojego stanu fizycznego i skomentował je, jako nadmierne przejmowanie się pracą. Razem poszliśmy na odprawę. Czekając w sali na wezwanie, usiedliśmy w wielkich miękkich fotelach prawie się w nie zapadając. Gawędziliśmy o pogodzie i jego wycieczce w góry sprzed tygodnia. Obiecał mnie zabrać na tamten szlak, jeśli znajdziemy przed odlotem jeszcze parę dni. Umówiliśmy się na wieczór do baru. Nie minęło dziesięć minut jak zawołano

3




Lodsa. W momencie, kiedy zamykały się za nim drzwi gabinetu, główne drzwi lekko się uchyliły i wszedł szybkim krokiem Okane. Właśnie trwały też odprawy personelu wojskowego, wiec jego obecność mnie zaskoczyła. Widziałam, że coś jest nie w porządku. Miał rozbiegane oczy i ponura minę. Ukląkł koło mnie i pochylił się do mojego ucha.
-Jak tylko wyjdziesz ze spotkania, przyjdź do świątyni, tam gdzie oglądaliśmy pokazy świateł, nie mów nikomu…
-Okane, co się stało? – Zdenerwowałam się nie na zżarty.
-Nie tutaj, przyjdź do świątyni! – Wstał i pospiesznie wyszedł. Ale coś musiało się zdarzyć w ciągu ostatnich dwóch godzin od czasu, gdy opuścił mój pokój.
Wchodząc do gabinetu z zaskoczeniem zauważyłam za kontuarem Wilianiego. Drugim był ten Krygańczyk, który prowadził wczorajsze spotkanie.
- Pani Mimishi – odezwał się od razu. –Proszę usiąść. Nazywam się Muhu Kamadwari, jestem Naczelnikiem Oddziału Operacyjnego. Zanim przejdę do sedna i omówimy Pani zadania, chciałbym poruszyć jeszcze jedną kwestię.
Zmroziło mnie od środka, gdy siadałam na wysokim stołku. Coś zbroiłam? Coś z dawnych spraw

4




wylazło na powierzchnie?
- Wiem, że Pan Demud Va sugerował, aby wybrała Pani jego statek. – Kamień, który spadł mi z serca było słychać na Omie, czyli nie chodziło o Okane. –Ja jednak uważam, że Pani umiejętności są zdecydowanie za wysokie na Muscalę. Jest Pani pracownikiem Konsorcjum od dziewięciu lat, wcześniej odbywała Pani studia w naszej Akademii, mając status rezydenta. Zbierała Pani najwyższe laury w szkole, a i potem, od czasów pierwszych zadań zleconych przez Konsorcjum. Takich osób nie wysyła się do pilnowania Kolonistów. Zajmie Pani stanowisko Głównego Mechanika na Lus. To największy z okrętów. – Przesunął w moim kierunku przezroczysty kawałek tworzywa. – Na dysku ma Pani kontrakt ze wszystkimi warunkami, informacje o odlocie, podległej załodze, samym statku, wyposażeniu i formularze zamówień, jeśli coś dodatkowo będzie potrzebne.
- Przydział na Lus jest naprawdę lepszy – odezwał się Wiliani. – A stanowisko, które będziesz piastować jest sporym awansem. No i wynagrodzenie jest na pewno satysfakcjonujące. Po przeczytaniu kontraktu dowiesz się też, że proponujemy Tobie półroczny płatny urlop po

5




powrocie z misji. Przeczytaj, podpisz.
- Ile mam czasu? –Coś mi nie grało, coś mi tu bardzo nie grało. Trzeba zdobyć tyle czasu, żeby się tego dowiedzieć, ile tylko się uda.
- Do północy! Po tym czasie przydział traci moc, a dane zostaną automatycznie skasowane.

     Wstałam i skinęłam głową na pożegnanie. Wychodząc zostawiłam drzwi gabinetu otwarte, wpuszczając tego Udaha, który rozpętał burzę na pierwszej odprawie. Czułam jak trzęsą mi się ręce, nerwowość skierowałam na plastikowa płytkę, którą czułam ze musze przeczytać już i natychmiast. Ale kroki skierowały mnie w przeciwna stronę od Kotła i Centrali. Wyszłam poza ogrodzony teren, przechodząc wąskimi uliczkami Umi, starając się unikać bulwarów spacerowych. Jeśli to takie ważne – to im mniej osób mnie zauważy tym lepiej. Szybkim krokiem przeszłam przez park i zaczęłam się wspinać po kamiennych stopniach przytrzymując suknie na wysokość połowy łydki. Zalesione wzgórze ukrywało mnie doskonale, a w duchu podziękowałam sobie za intuicyjny wybór dzisiejszego brązowego kaftana, dzięki czemu byłam jeszcze mniej widoczna między drzewami. Wycieczka zajęła mi

6




dobry kwadrans nim ujrzałam ściany świątyni stojącej na wzgórzu. Otwarta przed nią polana była doskonałym punktem widokowym. Jak na dłoni widziałam całą starą część Umi z budynkiem Kotła włącznie. Usiadłam na trawie pod Ohichi, w tym samym miejscu, w którym prawie dwa lata temu rozkoszowaliśmy się spokojem ostatniego wieczoru w Umi przed odlotem na kolejna misję. To były moje dwudzieste trzecie urodziny.
Było cicho. Za cicho. Nie słyszałam nawet jednego ptaka, a miejscowe, kotopodobnie zwierzaki pochowały się gdzieś pomiędzy drzewami. Tknięta złym przeczuciem zaczęłam się rozglądać. Donica, która niegdyś stała z prawej strony schodków była przewrócona, a w trawie widniał ślad jakby pełzł tamtędy wyjątkowo duży wąż. Wstałam i podeszłam do wygniecionej trawy podnosząc z pomiędzy źdźbeł mały złoty przedmiot. Odznaka oddziałów specjalnych, z tyłu miała wydrapane inicjały O.F. Dwa kroki dalej widać było czerwone ślady na darninie. Krew zaczęła galopować mi przez żyły, serce stanęło na granicy wybuchu. Na chwilę poddałam się emocjom i chciałam biec w kierunku lasu gdzie zmierzał trop, ale zatrzymałam

7




się po pół kroku. Okane był żołnierzem. Da sobie radę nawet w ciężkiej sytuacji, ale nie, jeśli będzie musiał ratować jeszcze mnie. I on, i Ki zawsze mieli w zwyczaju mówić: My strzelamy, ty się zajmij kabelkami! Trzy głębokie oddechy, odwrót na pięcie… Zaczęłam schodzić ze wzgórza i przedzierać się uliczkami Umi. Na tyle szybko, żeby jeszcze nie wzbudzać zainteresowania przechodniów. Jak najszybciej musiałam odczytać dane z dysku, który dostałam na odprawie. Musiały być tam jakieś wskazówki. Włączyłam komputer zanim jeszcze zdążyły zamknąć się za mną drzwi do pokoju.
Otwarłam plik danych technicznych. Czerwona lampka zapaliła się w mojej głowie – Ki się mylił. Statki nie były nowe. Baterie, typ reaktora, a także typ połączeń zasilania w systemach sztucznej grawitacji sugerowały, że okręty było mniej więcej dziesięcioletnie. Rozkład pomieszczeń również nie był typowy, sugerował specjalne przeznaczenie konstrukcji. Seria małych, dzielonych wąskimi ściankami pomieszczeń na dolnym pokładzie, ze słabymi węzłami sanitarnymi, otoczona była z kilku stron pomieszczeniami o wysokim poborze energii. Za mało

8




kwater jak na tą ilość kolonistów, za dużo ochrony i wojska wewnątrz statku. Za mało wojska do ochrony samych statków, jeśli mieliśmy się przedzierać przez kordon Daru. W końcu – za mało kolonistów. Bywałam już na misjach kolonizacyjnych, o wielu innych słyszałam. Nigdy nie zabierały ze sobą dwóch tysięcy dusz, raczej 20 tysięcy.
Znałam ten typ statku – to był transporter więzienny, zbudowany na Padi, a chętnie skupowany przez Ibedę. Co oznaczało, że ładunkiem nie będą koloniści tylko więźniowie!
Prawie podskoczyłam na krześle, gdy u drzwi rozległ się gong. Lods wparował do mojej kwatery wyraźnie wzburzony.
- Co myślisz?- Zaczął bez wstępów.
- Myślę, że albo to statki więzienne, albo nie ma się, czym przejmować.
- Dostałem przydział na Pakę!
Przy tym stwierdzeniu byłam już pewna, że to nie jest rejs z typowymi kolonistami.
- Ja na Lus. Ze słów Ki wynikało ze polecimy razem, ale ja nie odczułam żebym miała jakiś wybór. Czyżby Ki kłamał?
Lods ciężko oparł się o fotel.
- Jeśli kłamał to nie celowo. Nie okłamałby nas bez powodu, a na pewno nie ciebie. Jesteś dla niego jak siostra.
- Dlatego nie

9




odzywał się przez dwa lata? – Emocje niepotrzebnie mi puściły. Na chwile zapadło milczenie.
- Zignorowaliśmy jego bezpośredni rozkaz..
– I uratowaliśmy ponad 200 osób! -Wybuchłam.-Zresztą nieważne- przerwałam nonszalancko ciężką atmosferę. – Sprawdźmy, co jeszcze da się wyciągnąć z tych dysków. Może się coś więcej dowiemy..
Lods natychmiast podjął wyzwanie, widząc w tym ratunek przed niewygodną rozmową.
- Może Okane mógłby nam pomóc? Na pewno jest bardziej zorientowany…
- Okane jest chwilowo niedostępny. - Przerwałam mu. – Musimy sobie sami poradzić.
Lods spojrzał na mnie badawczo, ale nie kontynuował wątku.
- Myślę ze coś mam.-Usiadł do komputera i wywołał pliki osobowe.- Przejrzałem, kto z nami leci, opuściłem wszystkich ze statusem podstawowym, bo lista specjalistów wygląda bardzo ciekawie. Patrz – powiedział wskazując zdjęcie. - Z tym kolesiem służyłem na Padi, był specjalistą od materiałów wybuchowych. Nadal pracuje w branży, ale z protezami zamiast obu nóg ma trochę utrudnione zadanie. Ten jest chemikiem, ma uszkodzone oczy. Ta pani biolog po kontakcie z jakąś trucizną jest od 10 lat na

10




lekach przeciwdrgawkowych. Ten był moim opiekunem po rezydenturze. Poparzyły go Chakory, ma przykurcz mięśni. Co ci to mówi? – Zapytał machając mi przed nosem swoja nowoczesna protezą prawej ręki.
- Banda niepełnosprawnych jajogłowych?
- Dokładnie! Mózgi mamy sprawne, tylko do pracy na froncie się nie nadajemy..
- Lods, co ty próbujesz mi powiedzieć?- Założyłam ręce na piersiach. Bałam się tego, co mi odpowie.
- Viga, myślę, że zostaliśmy sprzedani!

     

      Wyskakujące powiadomienie na ściennym panelu wyrwało mnie z szoku. Nie w związku z tym, co powiedział Lods tylko, że powiedział to głośno.
- Muszę się zgłosić do komory dostępowej, mam aktualizować sygnaturę bipersonalera.
- Wiesz, że nie możemy wejść na pokład żadnego z tych statków? Twój znacznik zostanie szybko rozpoznany, możesz cos z tym zrobić?
-Mogę spróbować desynchonizować. Wyłączyć nie mogę w tej chwili, to byłoby zbyt podejrzane. – Wzięłam w rękę cylinder długości mniej więcej trzech centymetrów wiszący na łańcuszku na szyi.
Zapisane były w nim podstawowe dane o osobie i dodatkowo zawierał sygnatury energetyczne, które oprócz identyfikatora,

11




były również swego rodzaju kluczem. Nikt nie opierał się aktualizacji oprogramowania tego maleństwa – bez tego traciliśmy większość uprawnień. Pobyt w komorze zajął mi 10 minut, nie miałam żadnego problemu z wprowadzeniem planu w życie.
Natychmiast otrzymałam kolejne przypomnienie o wizycie u fryzjera. Zaklęłam tak szpetnie jak tylko potrafiłam. Niestety Kocioł był bezlitosny. Jakiekolwiek odstępstwo od planu kończyło się poszukiwaniem delikwenta. Zawsze twierdzono, że to dla naszego bezpieczeństwa, gdyby się coś stało wiadomo, w którym miejscu zacząć szukać. Wiedzieliśmy, że to bzdura, i to zwykła próba kontroli każdego naszego kroku. Kazałam ściąć połowę i nie patrząc nawet, co robi fryzjerka. Jak w większości punktów tego typu i tu pracowały głównie niewolnice. Nie okazywałam im współczucia za los, który dzierżyły. Był niewiele gorszy od mojego. Chwilowo zajęłam głowę rozmyślaniem czy dobrze zrobiłam nie mówiąc Lodsowi prawdy o Okane. Chciałam być pewna, że mogę mu ufać, tak samo, jak zanim zdarzył się ten koszmar. Tymczasem miałam żal, że przez prawie rok nie powiedział mi, o prawdopodobieństwie,

12




że Okane żyje.
Wróciłam do swojego pokoju po czterdziestu pięciu minutach.
-Udało się? Desynchonizowałaś? – Zapytał się podekscytowany Lods
-Nie – uśmiechnęłam się przekornie. –Ale mam siostrę! – Co powiedziawszy pokazałam mu dwa cylindry na łańcuszku.
-Mądra dziewczyna!- Pochwalił mnie. – Pomyślałem, że spróbujemy w kierunku wybrzeża. Grunt żeby wydostać się jak najszybciej z terenów Mogomi Daja, a resztę planu chyba będziemy ustalać na bieżąco. Nie jestem w tym najlepszy.. – Podrapał się w głowę zakłopotany. Oboje byliśmy przyzwyczajeni do wykonywania poleceń, a nie do planowania i strategii.
- To co? Za kwadrans przy fontannie? – Zaproponowałam obliczając potrzebny czas
-Będę! – Odwrócił się i prawie wybiegł z mojej kwatery.
Pospiesznie wyrzuciłam zawartość mojego bagażu z Forumo na łóżko. Błyskawicznie przebrałam się w spodnie i koszulkę. Zapasowy zestaw wrzuciłam do plecaka. Podobnie jak komputer, Chakory, koc w puszce, latarkę i suszone mięso w paskach. Parę dodatkowych przedmiotów bardziej dla spokoju duszy, niż konieczności, butelka wody chwycona jeszcze przy drzwiach. Przechodząc przez

13




drzwi sprawdziłam tylko czy okulary przeciwsłoneczne tkwią w kieszeni kurtki, tam gdzie zawsze. Nawet nie zatrzymałam się koło fontanny, bo z daleka widziałam idącego Lodsa. Przeszliśmy w odległości paru metrów od siebie przez bramę i skierowaliśmy się na lądowisko.
Praktycznie od razu po dotarciu na miejsce zorientowaliśmy się, że nie ma szans dostać się gdziekolwiek publicznym transportem. Panujący tam tłok zwiastował opóźnienia odlotów i przylotów, co oznaczało, że możemy nie wyrobić się w czasie do północy. Nie zdążyliśmy się jeszcze przebić do informacji, kiedy długie palce zacisnęły się na moim łokciu i wyrwały mnie z kolejki. Odruchowo miałam ochotę zacząć krzyczeć, gryźć i kopać szczególnie, że zauważyłam, że z w tym samym kierunku pociągnięto Lodsa. Na szczęście głos napastnika zmienił moją panikę w zwykłą złość.
- Nie było innego miejsca na świecie, żeby się schować tylko publiczny terminal…. – Zapytał podchwytliwie.
-Ki słowo daję, jeśli natychmiast nie powiesz mi, w co nas wrobiłeś, to zabiję cię tępym nożem, a zwłoki upchnę w wylocie silnika rakietowego! – Wycedziłam przez

14




zaciśnięte zęby najciszej jak umiałam.
- No już, już spokój! Wiem ze nadal mnie kochasz! – Poklepał mnie po głowie, przez co zaczęłam się gotować w środku. Ki rozglądał się badawczo. – Nie ma szans się tędy wydostać. Idźcie nad rzekę, tam gdzie dzieciaki ułożyły te kaskady z kamieni. To może chwile potrwać, czekajcie tam na mnie.
Spojrzeliśmy na siebie z Lodsem. Byliśmy niepewni Ki, ale sami nie mieliśmy konkretnego planu i tak naprawdę mielibyśmy problem z jego stworzeniem. Może nie potrzebowaliśmy prowadzenia za rączkę, ale wskazanie palcem zdecydowanie się przydawało. Z Ki po naszej stronie, mieliśmy większe szanse powodzenia. Skinęliśmy głową i rozpoczęliśmy wędrówkę w kierunku rzeczki. Miejsce, o którym mówił Ki, było sporą polaną w rzadkim, parkowym lasku, tuż przy granicy Umi. Nieco ponad godzinę marszu później i ledwie trzy wypowiedziane słowa dalej, zastała nas kępa traw i sterty poukładanych w stożki kamieni, które miały być naszym docelowym punktem. Usiedliśmy na nich czekając cierpliwie na Ki. Do północy zostały niecałe dwie godziny, nerwowo zerkaliśmy na niebo, aż w końcu rozległ się

15




szum, zmieszany z cichym warkotem. Na polanie wylądował mały, stary jak Galaktyka Psa, transporter towarowy i otwarł swoje podwoje. Ki wysunął z niego górną część ciała i machnął żebyśmy wchodzili.
- Ki skąd masz to cudo?- Lods zapytał podejrzanie
-Ukradłem!
- Jak to ukradłeś?
- Jak mówiłem „poproszę” to nie reagowali…
- Przecież będą nas za to ścigać!
- Myślisz, że naprawdę będę nas ścigać właśnie za to? – Zaakcentował wskazując pojazd. Lods zmiarkował, że to chyba nie jest najpoważniejszy z naszych problemów i przekroczył drzwi.
Lot był cichy. Ki skupił się na pilotażu, Lods drzemał oparty o metalowy wspornik. Wyglądałam przez małe okno, mimo że w ciemności niewiele było widać.
- Co z Okane?
Ocknęłam się. Głos Ki był cichy.
- Nie wiem gdzie jest.
- Wybiegł w takcie przerwy podczas odprawy. Mówił, że zostawił komunikator w holu. Był u ciebie? – Nie odpowiedziałam. – Zniknął zaraz po odprawie. Myślałem, że poszedł cię ostrzec i jest z Wami.
Wyciągnęłam odznakę z kieszeni.
- Znalazłam przy świątyni gdzie się umówiliśmy. Ślady nie wskazywały na przyjacielska pogawędkę.
Ki

16




zerknął i głośno przełknął ślinę. Sam nosił taką odznakę, dostali je z Okane na tej samej ceremonii promocyjnej. Byłam nawet wtedy w amfiteatrze i starałam się nie widzieć ich pochmurnych min. Zaszczyt służenia w tych jednostkach to było jedno, długość życia należących tam osób to drugie.
Reszta podróży minęła nam w milczeniu. Próbowałam wspominać tamte czasy, znaleźć jakieś chwile beztroski, ale wszystko się mieszało. Kiedy oni dostawali swoje złote odznaki ja pracowałam przy usprawnieniach jednego ze statków bojowych. Mój względnie spokojny czas mieszał się z ich pierwszymi misjami, w których codziennie tracili kolegów. Ledwo oni przeszli na spokojniejszy posterunek, ja tkwiłam w środku wojennej zawieruchy, ciągle w strachu, w jakiejś rozpadającej się pod naporem wroga bazie. Zdarzały się nam wspólne misje, które przeżywałam jeszcze gorzej, bo oprócz strachu o siebie towarzyszył mi też strach o nich. Przeniesienie na Forumo wydawało się oddechem, uwolnieniem od prześladującej mnie latami grozy. Mimo najszczerszych chęci, tam też nie umiałam zbudować Domu. Nadal byłam w pętach Konsorcjum, moje dni zdominowane

17




były utratą Okane, a potem żalem, że nie mogę Go zobaczyć. W miedzy czasie złością i urazą na wszystkich dookoła. Krótko przed wizytą Ki na Forumo uświadomiłam sobie, że tak naprawdę nawet nie wiem, kim jestem, że większość mojego życia, to nie jest moje życie. Nawet nazwisko dostałam dopiero mając sześć lat. Byłam o jeden krok od zerwania wszystkich więzi w momencie jego odwiedzin. Została mi do przekroczenia ostatnia granica, żeby uwolnić się od Konsorcjum. Nie przekroczyłam jej wtedy, ale teraz lecąc w ciemnościach. Nie było tez w tym ulgi i spokoju, której bym się spodziewała. Pewnie, dlatego że zamiast szybkiego strzału w skroń, równo minutę przed północą przekręciłam w połowie jeden z cylindrów wiszący na szyi. Słaba niebieska dioda zgasła, a Viga Mimishi zniknęła z radaru.

18




Wyrazy: Znaki: