Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin
ikonka komentarza

Bezcenny dług

Autor: PolkaPL twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń





Pewnego dnia na strychu zdarzyły się rzeczy, które szczególnie zapadły w pamięć pewnej rodziny żyjącej w bardzo trudnych czasach-pełnych nienawiści i potępienia. Chodź słowa zaczynające tę opowieść mogą wskazywać na banalność i przewidywalność akcji, historia tu opowiedziana nie będzie tą o latających przedmiotach, czy dziwnych odgłosach dobiegających z zakamarków.
Była sroga zima 1941 roku. Siedziałam przy oknie okryta starym, wełnianym, kocem przyglądając się wędrującym niemieckim policjantom, na których spadały duże płatki śniegu. Na ulicy było pusto. Rodzice po skończonej kolacji, jak zwykle, zasiadali do radioodbiornika, z którego wysłuchiwali wieczornej audycji. Ja w tym czasie wpatrywałam się w okno, rozmyślając i marząc o choć jednym dniu który nie byłby przepełniony strachem.
Kamienica, przy której mieszkaliśmy znajdowała się przy ulicy Dworskiej 5. Budynek nie wyróżniał się niczym szczególnym wśród innych w tej okolicy. Kwaterowaliśmy lokum na drugim piętrze, nad nami mieszkała wdowa z czwórką dzieci, a jeszcze wyżej znajdował się strych.
Ten wieczór nie wyróżniał się zbytnio od tych, które

1




w owym czasie przeżywałam. Jednak do czasu.
Dochodziła godzina 22. Rodzice zawsze punktualnie gasili światła, a mnie kazano iść spać. Oczywiście trafiałam do łóżka jednak nie zasypiałam. Czekałam tylko, aż rodzice usną, by wrócić na miejsce swoich obserwacji. Przejście do salonu było nie lada wyzwaniem. W szczególności największą trudność stanowiło omijanie skrzypiących pod najlżejszym naciskiem - paneli. Jednak tą sztukę opanowałam niemalże do perfekcji, wykradając się z łóżka co wieczór.
Siedziałam w oknie już dobrą godzinę. Nic szczególnego się do tej pory nie zdarzyło. Pomijając paru niemieckich policjantów, którzy przemknęli się kilka razy ulicą Dworską.
Lecz nagle coś przykuło moją uwagę i ku zdziwieniu nie było to nic zza okna. Na klatce schodowej słychać było jakiś dźwięk. W pierwszej chwili nie potrafiłam go rozpoznać. Jednak chwile potem zidentyfikowałam go. Ktoś szurał butami! Ktoś był na klatce!
Dźwięk narastał, jednocześnie stając się coraz wyraźniejszym. Kroki były powolne i nierówne. Serce mi waliło, a ciało zastygło jak figura woskowa. W ciągu jednej chwili, w głowie pojawiły się

2




setki różnych myśli. Dźwięk nie ustępował. Z przerażeniem w oczach wstałam z parapetu i jak najciszej mogłam skierowałam się w stronę pokoju rodziców. Delikatnie obudziłam tatę, pomimo iż w środku czułam wielki strach i panikę. Ojciec zaniepokoił się. Spojrzałam na zegarek, była 23:17. W tej samej chwili rozległo się ciche pukanie do drzwi. Oboje wstrzymaliśmy oddech. Tata spojrzał się w moją stronę, po czym stłumionym szeptem powiedział:
- Jeśli to hitlerowcy, będą walili do drzwi i krzyczeli.
Kiwnęłam głową, na znak pełnego zrozumienia.
- Pójdę pierwszy, zostań z matką na wypadek gdyby się obudziła.
Wykonałam to o co prosił mnie tata. Niespokojnym wzrokiem przyglądałam się jak powoli wędruje ku białych drewnianego wejścia. Położył drżącą dłoń na klamce i powoli ją nacisnął otwierając drzwi. Usta taty otworzyły się, a źrenice z przerażeniem wpatrywały się na mężczyznę, który opierał się o ścianę, był pół-przytomny. Ojciec zawołał mnie. Pomogłam mu wnieść i położyć na tapczanie tajemniczą postać.
Mama zdążyła się już obudzić i zorientować w sytuacji, bez jakiegokolwiek słowa

3




przygotowała ścierkę nasączoną wodą i obmywała rannego. Oczekiwałam jakichkolwiek wyjaśnień od ojca, jednak ten obiecał mi wyjaśnić wszystko później. Zwrócił się do mamy:
- Musimy go gdzieś przenieść, jeśli tu zostanie to znajdą go - mówił szeptem, jednak tym razem bardzo niespokojnym.
- Na strych, tylko trzeba to zrobić zanim zacznie świtać.
- Jak chcesz to zrobić bez wzbudzania jakichkolwiek podejrzeń sąsiadów?! Poza tym on najprawdopodobniej ma połamane kości.
- Tak, ale chyba lepiej złamać mu parę żeber niż wszyscy mamy zginąć!
Ich ostra wymiana zdań trwała jeszcze chwile. Jednak zadecydowali, że przetransportują rannego na poddasze.
Przeniesienie zajęło mnóstwo czasu. Kiedy udało już się umiejscowić chorego na starym materacu i opatrzyć najbardziej krwawiące ranny, zeszliśmy do mieszkania, aby porozmawiać.
Rodzice dokładnie wyjaśnili kim była tajemnicza postać.
Mężczyzna który tej nocy nas odwiedził był żydem, dlatego moim rodzicom tak bardzo zależało na ukryciu go przed niemieckimi oficerami. Ranny miał na imię Dawid, był synem mężczyzny, który kiedyś uratował życie mojemu ojcu. Obiecał mu spłacić

4




swój dług. Ojcu Dawida nie zdążył- zginął rozstrzelany na ulicy pod koniec 1939 roku, jednak jemu samemu miał mentalny obowiązek pomóc.
Wszyscy mieliśmy bezsenną noc. Co chwilę przemierzałam ciemną klatkę schodową, aby sprawdzić stan w jakim jest Dawid.
Jednak nie było dobrze. Ranna postrzałowa ciągle krwawiła, liczne siniaki i obtarcia, oraz najprawdopodobniej złamane żebra uniemożliwiały wyciągnięcie jakichkolwiek informacji o przyczynie tych uszkodzeń.
Minął kolejny, dzień, następne dwa, Dawid czuł się coraz lepiej, jednak nadal nie miał na tyle siły, aby się podnieść. Spędzałam każdą chwile na opiece i rozmowach z młodym Żydem. Zaprzyjaźniłam się z nim.

Poznałam niesamowicie zdolnego, ciepłego człowieka, który pomimo swojego stanu zdrowia ciągle był uśmiechnięty.
Dawid mieszkał już na strychu drugi tydzień. Coraz trudniej przychodziło ukrywanie go nam przed sąsiadami, którzy chcieli rozwiesić pranie lub zabrać zapasy na zimę. Obawialiśmy się, że jeśli mieszkańcy dowiedzą się o przebywaniu Dawida, sprawa może rozejść się poza mury tej kamienicy.
Niestety, pomimo poprawy stanu zdrowia Dawida, on sam

5




wciąż nadal nie mógł sam wykonać najprostszych czynności. Czuwałam przy nim w dzień i w nocy, oddawałam swój obiad, pomagałam jak mogłam. Wciąż starałam się nie tracić nadziei. Jednak malała z każdym dniem.
Dawid potrzebował specjalistycznej opieki, niestety, nikt nie mógł mu takowej zapewnić.
Nastał wieczór, od czasu pojawienia się chorego, plan dnia wyglądał zupełnie inaczej, jedyne co nie zmieniło się, to moje nocne obserwacje.
Nie była jeszcze późna godzina, na dworze panował półmrok. Ku mojemu zdziwieniu, tego wieczora, na ulicach chodziło więcej niemieckiej policji oraz stały zaparkowane dwa granatowe samochody. Policjanci chodzili po domach, co mnie zaniepokoiło. Jednak gdy gdzieś w oddali usłyszałam głuchy dźwięk pistoletu dotarło do mnie, że coś naprawdę jest nie tak. Próbowałam rozszyfrować cel tych wizyt, jednak bezskutecznie. Siedziałam jeszcze dłuższą chwilę i.. i nagle mnie olśniło. Najprawdopodobniej chodzi o Żydów ukrywających się wśród Polaków!
Wbiegłam do pokoju rodziców, budząc ich i jednocześnie zalewając potokiem słów, które toczyły się z moich ust bardzo ekspresywnie. Krótko

6




wyjaśniłam im moje przypuszczenia .
Zgodnie, wszyscy pobiegliśmy na strych, słysząc otwierające się drzwi klatki schodowej oraz męskie głosy. Tata nie mógł otworzyć kłódki. Wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, że niemieccy mundurowi nie będą mieć z tym najmniejszych problemów. Jeśli wrócilibyśmy się do mieszkania to Dawid zostanie zabity prawdopodobnie wraz z wszystkimi lokatorami kamienicy. Jedynym rozsądnym wyjściem z tej sytuacji była dalsza próba otworzenia kawałka zardzewiałego żelastwa. Czas uciekał.
Niemieccy oficerowie kończyli przeszukiwać drugie mieszkanie. Dyskretnie patrzyłam w głąb klatki. Miałam nadzieje, że nikt nas nie usłyszy. Mama stała niespokojnie przyglądając się ojcu. Zamek był nadal nie do ruszenia. Tata musiał zaryzykować, szybko obejrzał się za siebie, po czym podniósł leżący przy starych drzwiach kamień i energicznie uderzył nim w kłódkę. Mieliśmy coraz mniej czasu, byliśmy pewni, że policjanci usłyszeli głośny dźwięk metalu i zaraz policjanci pojawią się uniemożliwiając ucieczkę. Tata jeszcze raz spróbował przekręcić klucz. Tak! Tym razem się udało. Tata wdarł na poddasze,

7




odszukując w ciemnościach Dawida. Ranny mężczyzna nie miał tyle siły, aby samodzielnie wstać. Rodzice przesuwali go w kąt, okrywając stertą koców i wszystkiego co było pod ręką. Wszyscy mieliśmy cichą nadzieję, że oficerowie nie dostrzegą w ciemności dużej kulki tkanin i koców. Ubezpieczałam drzwi, rodzice pospiesznie okrywali Dawida. Atmosfera była napięta. Policjancie wchodzili po schodach, już byli na pół piętrze. Ich ciężkie kroki powodowały ciarki na plecach. Kiedy dostrzegłam głowy oficerów, schowałam się na strych zamykając delikatnie drzwi. Ruchem rąk poinformowałam ich o aktualnej sytuacji. Siedzieliśmy w kącie, przytuleni do siebie tak mocno jak nigdy dotąd. Narastał głos ciężkich butów, szurających po drewnianych schodach. Chwilę potem drzwi otworzyły się ujawniając wysokiego mężczyznę.
Od razu nas dostrzegł. Nakazał wstać i powoli podszedł z podejrzliwym wzrokiem przyglądając się każdemu po kolei. Staliśmy na baczność, licho tłumaczyliśmy przyczynę przebywania na zimnym poddaszu. Nagle policjant usłyszał dźwięk. Dźwięk, który jeszcze bardziej popsuł sytuacje. Dawid jęknął z bólu. Lekko

8




się przemieścił. Wzrok policjanta skupił się teraz na kocach. Powoli podchodził z wrogością i nienawiścią, którą można było odczytać z twarzy. Zdejmował po kolei każda tkaninę, aż odsłonił się ranny.
My wciąż staliśmy, nie mieliśmy jak uciec, w futrynie stał drugi policjant. Natomiast pierwszy, doskonale wiedział kim jest nieboszczyk schowany pod stertą koców. Wyjął podręczny pistolet wymierzył cel i nacisnął spust.
To była chwila. Jeden moment. Ten najgorszy. Zacisnęłam powieki, po policzkach spłynęła łza. Wiedziałam jaki los nas teraz czeka. Jednak nie obchodziło mnie to. Dawid nie żył! Mój jedyny, prawdziwy przyjaciel został zabity na moich oczach.
Policjanci zabrali rodziców. Wszytko odbywało się w milczeniu. Kolejny mundurowy przyszedł, aby tym razem zabrać mnie. Nie stawiałam oporu, nie miałam dość siły by cokolwiek powiedzieć. Miałam wciąż mocno zaciśnięte powieki, a policzki mokre od łez.. Wsiadając do granatowej ciężarówki nie przejmowałam się losem, który mnie czekał. Chciałam odzyskać przyjaciela .

9




Wyrazy: Znaki: