Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin
ikonka komentarza

Plamy na słońcu

Autor: Zygomir twarz męska

grafika opisu

rozwiń




„Jesteśmy trzy dni bez prądu i wody w kranie od plądrowania sklepów”
- Anonimowy poster na 4chan.org/b/

     
Miasto. Wyspa światła otoczona morzem czerni. O tej porze nocy wszystko wydaje się tu niesamowicie spokojne – po chodnikach gdzieniegdzie poruszają się jeszcze nomadyczne grupki najebanych studentów, tu i ówdzie jakaś pozbawiona szczęścia jednostka dostaje w ryj i staje się biedniejsza o telefon, kilka taksówek na krzyż. Słowem – typowa sobotnia noc.

     Mariusz siedział w Podziemiu i dopijał siódme piwo. Pomiędzy piwkami kulturalnie wcisnął oczywiście kilka shotów. Co by nie? W końcu może sobie pozwolić na luksus niedzielnego niszczącego kaca. Towarzystwo? Doborowe, czyli własne. Dawno już porzucił zasady picia towarzyskiego, skupiając się na własnej osobie i metafizycznych przeżyciach stanu upojenia bez konieczności bełkotu o polityce, gówno wartej pracy, czy „tej cipie z HR/księgowości/wstaw-właściwy-dział, która nęci, lecz nie chce dać”. Tego rodzaju rozmowy są dobre do pewnego momentu, potem jednak człowiek chciałby usiąść w spokoju i oddać się niczym nie skrępowanej konsumpcji piwa i wódy. Żeby

1




jeszcze żołądek był bardziej wytrzymały, to już byłby ideał.

     Niestety łóżkowy ‘helikopter’ i nocne bieganie do zlewu na okazjonalnego pawika (sztuk kilka) to już dla niego klasyka.
- Starzeję się…
Był ledwie po trzydziestce, ale miał już dość swojego organizmu, który co raz stwarzał mu nowe przeszkody w oddawaniu się ulubionej czynności. Nawet nie zauważył gdy podeszła do niego barmanka.
- Koniec na dziś Mariusz. Do domu.
- No co ty… nie rób se jaj… jeszcze jedno piwko i spadam.
- Kurwa daj mi nieco odpocząć, od godziny lokal jest pusty.
- A ja to niby co? Pies? Też tu jestem.
- I już ledwie siorbiesz to piwo. Jak dam ci kolejne to nie wypuścisz mnie przed rankiem. Pierdolę taki interes, aż tyle nie zarabiam.
- Jagoda, daj żyć…
- Kończysz i spadasz. – odwróciła się na pięcie i odeszła za bar.
- Pizda… - powiedział pod nosem i powrócił do rozmyślań nad kuflem.
Ile by dał, żeby ludzie po prostu się od niego odpieprzyli. Nie podoba jej się? Niech się zwolni. Może zasuwać do domu, on sam się obsłuży. Zresztą jest stałym klientem odkąd jeszcze studiował i każdy wie, że nie bierze niczego na krechę.

     -

2




Kończ piwo i do domu! – krzyknęła Jagoda zza baru.
- Dobra już… dobra… wal się hetero.
- Słyszałam.
- Bo miałaś słyszeć. Przychodzę tu od ponad dziesięciu lat, a ty mnie wyganiasz jak psa. Na zbity pysk!
- Mariusz, do cholery, nie mam ochoty na dyskusje.
- I nie musisz mieć, więcej tu nie przyjdę.
- Uuuu… to takie straszne. Stracimy najlepszego klienta.
Ależ drażniła go ta pyskata swołocz.
- A żebyś kurwa wiedziała!
Wstał i wściekle narzucił na siebie płaszcz, po czym udał się do wyjścia. Był bardziej pijany niż sądził. Utrzymanie kursu „azymut prosto” stanowiło problem. Sięgnął do kieszeni po papierosy – jak już się niszczyć, to skutecznie i do końca. Nazajutrz i tak nie będzie przebaczenia. Papieros uderzył ze zdwojoną alkoholową mocą – w tej chwili zaczęło go poważnie zastanawiać, czy przed sobą ma dwa identyczne peugeoty, czy może jest już w stanie lewitacji. Raczej to drugie.

     Nie będzie zamawiał taksówki, do mieszkania ma raptem dwadzieścia minut, a przynajmniej nieco wytrzeźwieje przez drogę. Na horyzoncie widać już pierwsze oznaki zbliżającego się poranka, więc przyspieszył kroku. Drugi

3




papieros, na dobre samopoczucie.

     Co było dalej?

     Chyba standard, bo od tamtego momentu niewiele już kojarzył. Gdy wstał było dosyć wcześnie, na oko dziewiąta, może dziesiąta – czas gdy Miasto budzi się do życia po alkoholowych libacjach. Obrzygana toaleta i łeb wielkości planety – tylko ból jakiś taki niestandardowy. Podszedł do lustra – pysk obity jak nieszczęście. Szybkie spojrzenie na utytłany płaszcz i nienaruszoną zawartość portfela wskazują jednak na to, że po prostu zaliczył po drodze glebę. Na szczęście twarz zamortyzowała upadek. Grunt, że zęby w całości – w robocie powie, że go pobili.

     Teraz jednak czas na śniadanie mistrzów – jajecznica z boczkiem i zimny browarek postawią go na nogi. Pomimo wielkiej trudności w przekazywaniu informacji do kończyn udało mu się wbić jajka do garnuszka, tylko kilka kawałków skorupek pływało z żółtkami. Trochę pochrupie w gębie, a odrobina wapna mu nie zaszkodzi. I wszystko byłoby w porządku, gdyby kuchenka nie odmówiła współpracy.

     - Co do cholery?

     Nie ma mowy, gazu nie odpali. Zapalarka – nic. Może nie działa, ostatnio już miał z nią problemy. Zapałki – bez

4




skutku. Nie pamięta żadnych ogłoszeń z gazowni o remontach, czy przerwach w dostawie gazu. Może jakaś usterka. To chociaż zimne piwko – sięgnął do lodówki i kolejne zdziwienie. W lodówce światła niet. Nie zwrócił na to uwagi, gdy wyciągał jajka. Sprawdził czajnik elektryczny i kilka innych urządzeń – nic nie działa.

     - No do kurwy nędzy, prądu też nie ma?! Rachunków nie popłaciłem, czy jaka cholera?! – powiedział do siebie.

     Dobra, lodówka przynajmniej temperaturę utrzymuje, piwko wciąż chłodne więc jakoś uda mu się przetrwać te pierwsze kilka godzin zimnych potów, które w jego przypadku są ostatnimi czasy głównym objawem trzeźwienia. Usiadł w salonie z browarem w ręku sięgając po pilota od telewizora.

     - No tak… prąd. Już sobie pooglądałem.

     Może to i lepiej, dzięki temu może sobie posiedzieć w ciszy i spokoju, bez tego medialnego pierdolenia. Książki do rąk nie weźmie – literki będą mu się rozłaziły w oczach i znów będzie rzygał. A więc postanowione – cisza, spokój i browar.

     - Za cicho – pomyślał – stanowczo za cicho. W takich warunkach nie da się pić! Na telefonie miałem kilka odcinków

5




seriali, może chociaż to ukoi jakoś weltschmerz.

     Rzeczywiście, gdy wyjeżdżał do domu rodzinnego, wrzucił kilka filmów i seriali na telefon, żeby zabić nudę w pociągu. Ostatecznie i tak uderzył w kimono, ale teraz przynajmniej coś będzie mu gadało w tle. Poszedł do płaszcza i sięgnął do jego wewnętrznej kieszeni. Niestety ekran telefonu, nie ważne co by nie zrobił i czego by nie przycisnął, pozostawał ciemny. To już była jawna kpina z jego osoby – przecież pamiętał, że przed wyjściem do pubu ładował komórkę. Ani nie robił zdjęć (bo niby czego), ani nie dzwonił, ani nie pisał. Pięknie – kolejna, oprócz twarzy, ofiara nagłego kontaktu z podłożem, który niezaprzeczalnie musiał być poważniejszy niż Mariusz początkowo sądził.

     Z zadumy nad tak wielką niesprawiedliwością wyrwało go pukanie do drzwi. Stwierdzając, że jest ubrany w stopniu nie budzącym zgorszenia oraz bez poważniejszych śladów wczorajszego spożycia (pomijając oczywiście obitą twarz) otworzył drzwi.

     - Dzień dobry – przed wejściem do jego mieszkania stała młoda, schludnie ubrana kobieta. W wieku rębnym, choć o urodzie niezbyt odpowiadającej

6




jego standardom.
- Witam, jeśli chce pani porozmawiać o Jezusie, to myślę, że chowa się za kanapą u sąsiada naprzeciwko.
- Nie, nie – powiedziała śmiejąc się – mieszkam piętro niżej i chciałam zapytać, czy u pana też wszystko wysiadło.
- Tia… zauważyłem pewne problemy. A co? Wie pani coś więcej, droga sąsiadko? – nacisk na ‘drogą sąsiadkę’ aż kłuł w uszy.
- Gosia jestem.
- Mariusz.
- Nie, od rana nic nie działa. Nie mam prądu, gazu, wody – nic.

     Wody? Tego nawet nie sprawdzał. Jeżeli nie ma wody to już w ogóle tragedia i jakieś jaja z kosmosu. Czy miał chociaż zapas mineralki?

     - Chwileczkę. Zaczekaj, sprawdzę u siebie.

     Wszedł do łazienki i odkręcił kran. Kilka głośnych, bliżej nieokreślonych ‘pierdnięć’ zaatakowało jego uszy. Ale wody brak. Wrócił do drzwi.

     - No. U mnie też nie ma wody. Prądu i gazu zresztą też.
- Nie słyszałam, żeby mieli robić jakieś remonty.
- Ani ja. I żeby tak szlag trafił wszystko na raz.

     Nagle usłyszeli otwierające się z impetem drzwi wejściowe na klatkę i dudnienie ciężkich kroków. Po chwili na piętro wbiegł postawny, ciemnowłosy mężczyzna.

     - O, siema

7




Mariusz! – zawołał zaskoczony, na kobietę tylko spojrzał.
- Cześć. Co cię tak goni?
- Aaa kurwa spieszę się do roboty, ale mi auto nie odpali. Jak nic akumulator szlag trafił. Biegnę po prostownik.
- Nie ma prądu – powiedziała Gosia.
- Co? Kurwa mać… Mariusz, a ty nie masz kabli?
- Mam w bagażniku. Czekaj, ogarnę się i zejdziemy.
- Okej, a ja jeszcze porozmawiam z innymi, może ktoś coś wie o tej awarii.
- W sensie braku prądu? – zapytał mężczyzna.
- Nie mamy prądu, gazu i wody – odpowiedziała.
- Cholera, nawet nie zauważyłem. Jak tylko zobaczyłem, która godzina od razu się ubrałem i poleciałem do auta. No to ładny burdel.
- Dobra, chodź na dół. – powiedział Mariusz, który w międzyczasie założył buty i lekką kurtkę – Gosiu, jakbyś się czegoś dowiedziała to daj znać.
- Pewnie.

     Na dworze było zimno. Zdecydowanie zbyt zimno jak na początek września – widać w tym roku nie ma co liczyć na przyjemną jesień. Mariusz ruszył w kierunku swojego samochodu.

     - Słuchaj, leć tam pod swój rydwan, a ja podjadę. Stoisz maską do chodnika?
- No.
- Dobra to jak podjadę, to go razem wypchniemy. Nie mam jakichś ultra

8




długich kabli.
- Spoko, nie ma problemu. Stoję tam – i wskazał palcem.
- Okej, już podjadę.

     Łukasz był pierwszym z sąsiadów, którego Mariusz poznał. Albo inaczej – którego w ogóle miał chęć poznać. Facet był solidny, lubił wypić i zapalić, nie zadawał też głupich pytań – nawet nie zająknął się na temat twarzy Mariusza. Nie musiał. Co jednak najważniejsze, nie puszczał techniawy na cały regulator jak co poniektórzy, a to solidny plus gdy się mieszka w bloku.

     - Ty, a w ogóle co to za laska?
- Sąsiadka.
- Od kiedy?
- A skąd mam niby wiedzieć. Nie pytałem jej o historię choroby.
- Gosia, tak?
Mariusz kiwnął twierdząco głową.
- Chujowe imię. Hej, mam na imię Gosia i chodzę do podstawówki – Łukasz zaczął ją przedrzeźniać.
- A co ma powiedzieć? Dzień dobry, jestem Małgorzata i co rano wkładam kij w dupę?
- Dlatego mówię, że chujowe imię – ani nie zdrobnisz bo infantylnie, ani nie użyjesz normalnej formy bo zbyt poważne.
- A „Gośka”?
- I tak do dupy.

     Rozdzielili się – Mariusz poszedł do swojego samochodu. Starszawa już Vectra straszyła wybrzuszeniami lakieru wskazując na postępujące gnicie

9




karoserii. O takich wygodach jak działające radio, klimatyzacja, czy elektryczne szyby, można było od razu zapomnieć. Oleju nie wymieniał już chyba ze cztery lata, opony kompletnie łyse, a na zakrętach pasek klinowy piszczy jak zarzynane prosię. W środku zresztą nie lepiej: capi fajkami i kiepami, które można było znaleźć nawet w schowku. No i śmierdziało mokrym psem. Czemu akurat mokrym psem? Tego nie wiedział nikt. Istotne jednak, że od dłuższego czasu Mariusz rozważał zakup naklejki „Ci, którzy tu wchodzą, niech porzucą wszelką nadzieję” – byłaby adekwatna do opłakanego stanu samochodu. No ale pomimo tych przeciwności losu oraz sporej dozy olewania niezbędnych wydatków oraz zabiegów pielęgnacyjnych, samochód wciąż wiernie trwał na posterunku i odpalał nawet w najsroższe zimy.

     Tym razem postanowił jednak doprowadzić właściciela do kurwicy.

     - Nieeee! No tego już za wiele!

     Mariusz wyszedł z auta i krzyknął do kolegi.

     - Łukasz! Nic z tego! Trup jak nic! Też mi padł aku! – w tym momencie go ruszyło – Łukasz! Chodź tu!
- No co jest? – powiedział podbiegając – Tobie też padło?
- Tak. Słuchaj, masz

10




telefon?
- Nie, posługuję sygnałami dymnymi. Pewnie, że mam.
- Pokaż.
- Po co?
- No pokaż.
- Nic ci nie da, rozładował się przez noc, a nawet nie było czasu go ładować. W dodatku teraz jak nie ma prądu to nic z nim nie zrobię.
- Łukasz… chyba mamy mały problem. Chwila. Przepraszam! – podbiegł do gościa który przechodził obok – która godzina?
- Przepraszam, nie mam zegarka, a telefon mi się chyba rozładował.
- Okej, nie ma problemu.
- O! A panowie mają kable. Mógłbym pożyczyć na chwilę, bo próbowałem odpalić auto, ale chyba wysiadł mi akumulator.

     Mariusz poczuł się tak jakby trafił na trop spiskowej teorii dziejów.

     - Sorry, u nas to samo – powiedział Łukasz.
- Nie rozumiem… U sąsiada to samo… no nic, czyli jednak autobus… – i gość oddalił się w swoją stronę.
- Łukasz, chodź do mnie, musimy pogadać.
- Nie mogę, muszę gonić do roboty. Może złapię jakiś autobus.
- Nic nie złapiesz – powiedział Mariusz.
- Co?
- Nic nie złapiesz. Żadnego autobusu.
- Co ty pieprzysz?
- Patrz – wskazał palcem jakiegoś gościa, który maszerował pewnie w kierunku parkingu – zaraz zobaczysz o co mi chodzi.

     Facet

11




podszedł do samochodu i ‘pyka’ pilotem, ale bez reakcji. W końcu podchodzi i otwiera auto kluczykiem. Wsiada. Cisza. Kręci się wewnątrz, gmera. Cisza. Wychodzi i otwiera maskę, po czym rozgląda się i krzyczy.

     - A panowie nie mają kabli?!
- U nas to samo! – odkrzyknął Mariusz i zwrócił się do sąsiada – I co ty na to?
- Ja pierdolę…
- Dam sobie łeb uciąć, że ktokolwiek tu przyjdzie będzie miał ten sam problem.
- Do cholery, co jest? Wirusowe wyładowanie akumulatorów?!
- Jak daleko masz do roboty?
- Dwadzieścia kilosów.
- Masz chujową, odległą i wymagającą stawiennictwa w niedzielny poranek robotę. A ja mam 0.7 łyskacza w barku.

     Tym razem już nie oponował. Po chwili siedzieli już w mieszkaniu –Mariusz nalał whisky do szklanek i przyniósł popielniczkę.

     - Naprawdę myślisz, że nigdzie się dziś nie dostanę? – spytał Łukasz trzymając w ręku szklankę. Wahał się.
- Pij.
- Ale jak nie przyjdę do pracy…
- Pij. Nikt dziś nie przyjdzie.
- Bo wysiadło kilka samochodów na naszym osiedlu? – mimo wszystko przełamał się i wziął pierwszy łyk.
- Sądzę, że nie tylko na naszym osiedlu. Wszystko inne zresztą też

12




wysiadło.
- Masz na myśli?
- Choćby telefony… - Mariusz wziął solidny łyk złotego trunku. Musi koniecznie spowolnić kaca – choć jedna rzecz wyłamuje się ze schematu.
- To znaczy?
- Mówiłeś, że sprawdziłeś godzinę jak tylko wstałeś.
- No tak.
- Jaki masz zegar? Naręczny? Raczej nie, bo przecież byś go nosił.
- Nie, nie. Mam zegar po rodzicach. Wiesz, taki z wahadłem i w ogóle. Prawdziwy antyk, tylko trzeba pamiętać, żeby go regularnie nakręcać. Miałem ustawiony alarm na telefonie, ale zapomniałem go wczoraj podpiąć i przez noc mi chyba padł.
- Czyli nakręcany mechanizm… okej, to nieco wyjaśnia sprawę…
- Pojebany ten dzień od samego początku. Dobra – dopił ostatni łyk – lecę do siebie, a potem będę próbował czegoś się dowiedzieć. No i muszę się jakoś z szefem skontaktować, bo mnie zajebie.
- Ja się przejdę do centrum. Zobaczę czy w magistracie coś wiedzą.

     Po chwili Mariusz siedział już sam w salonie. Myślał nad wypadkami dzisiejszego dnia. Sprawdził portfel

     - Międzynarodowy dzień walki z biedą. – pomyślał – Nie dość, że jestem biedny, to jeszcze chcą ze mną walczyć.

      Miał nadzieję, że

13




chociaż w centrum jest prąd i będzie mógł skorzystać z bankomatu. Podejrzewał jednak, że są to płonne nadzieje.

     Jeszcze jeden chłodny browarek na wyhamowanie kaca. Świeżą paczkę papierosów włożył do kieszeni płaszcza – można iść na rekonesans.

     Chłód poranka powoli przechodził w całkiem znośny jesienny dzień. Temperatura nadal pozostawiała wiele do życzenia, ale w słońcu bywało nawet przyjemnie. Przechodząc przez stalową kładkę nad torowiskiem widział kręcących się bez ładu pracowników kolei. To nie wróżyło dobrze.

     Cisza. Ani jednego samochodu na ulicy.

     Gdzieś w oddali wydawało mu się, że zobaczył przejeżdżającego trabanta. Z braku patroli policyjnych w okolicy dworca kolejowego zebrały się żulie – patusy mogły sobie swobodnie żłopać wińsko i zaczepiać innych bez obaw, że czarna pała sprawiedliwości boleśnie przywróci porządek. Ludzie krzątali się jak w ukropie, każdy w innym kierunku.

     - Przepraszam, działa panu telefon? – spytała Mariusza mijana kobieta.
- Nie.
- Syn miał dziś przyjechać z Warszawy, ale na kolei mają problemy i nawet nie mam jak się z nim skontaktować.
- Przykro

14




mi.

     Kobieta oddaliła się, zachowując bezwzględną czujność i wypatrując kogoś sięgającego po telefon komórkowy.

     W pobliżu coś się zaczęło dziać – duże skupisko ludzi, głównie żulików, wskazywało na to że jest ciekawie. Sześcioosobowy pieszy patrol policji został otoczony przez kilka grup winożłopów.

     - No i co mi kurwo zrobisz?! Mandat mi wystawisz?! – krzyczał jeden z nich.
- Popełnił pan wykroczenie z artykułu 51. paragraf 1 i 2 kodeksu wykroczeń. I tak, wystawię panu mandat. W dodatku za obelżywe… - perorowała młoda policjantka w czarnym mundurze prewencji.
- Pierdol się! Wsadź se w dupę ten mandat! Chuja mi zrobisz!

     Któryś policjant nie wytrzymał i przylutował agresorowi pałą w mordę. To był sygnał dla pozostałych grupek żulików, żeby się zbliżyć i otoczyć patrol jeszcze bardziej zwartym kołem.

     - Odsunąć się!
- A kto nas zmusi?!
- Zaraz przyjedzie drugi patrol i zrobimy wam z dup szaszłyk!
- Ciekawe czym ten patrol przyjedzie?! Na rowerze?! – w otaczającej policję grupie rozległ się chichot. Taki podły, zapity chichot – jakby hieny, które wiedzą że ofiara już nie ucieknie.

     Policjantka

15




podniosła do twarzy krótkofalówkę.

     - Duża, agresywna grupa, około 40 osób, przy dworcu kolejowym! Potrzebne natychmiastowe wsparcie!
- Nie strasz cizia! Radyjko ci nie działa i dobrze o tym wiemy.
- Spierdalajcie w podskokach!
- Póki jeszcze możecie!
- Won!

     W tym momencie Mariusz wolał się już oddalić, nie chciał widzieć finału. Gdy odchodził w kierunku centrum, wrzawa wciąż przybierała na sile. Policjanci nie chcieli odpuścić – byli wyszkoleni, wysportowani i mieli przewagę w sprzęcie. Natomiast przeciwnik to zionący wódą i wińskiem motłoch, który ostatni raz widział porządny posiłek w czasie wigilii w Caritasie. Z tym, że motłochu było zdecydowanie więcej i ciągle rósł w siłę.

     Po drodze, Mariusz spoglądał na bankomaty – wszędzie tłoczyli się ludzie, ale widział tylko czarne ekrany.

     - Nie wchodźcie nawet do banku! – krzyknął jeden gość wychodząc z wnętrza budynku – nie mają prądu i dostępu do systemu… nie wypłacą nic.
- To przecież nasze pieniądze! – krzyknął ktoś z tłumu.
- Złodzieje!
- Znają mnie od dwudziestu lat i nie wypłacą?!

     Mariusz odpalił papierosa. Przynajmniej już wiedział, że

16




kasy nie będzie. Po drodze wszedł jeszcze do sklepu – celowo wybrał mały spożywczak, gdzie kasę fiskalną traktowano co najmniej ‘względnie’. Kolejka kilkakrotnie zakręcała wewnątrz. Stał chyba z pół godziny zanim dotarł do lady.

     - Poproszę chleb, cztery bułki, kawę… tę z dołu, masło… może nie. Za masło podziękuję. Oprócz tego… - Mariusz zaczął litanię w jego opinii najpotrzebniejszych produktów.
- To będzie 175,90 – odpowiedziała z uśmiechem sprzedawczyni.
- Ile?!
- 175,90 – uśmiech nie schodził z jej ust.
- A ta jedynka z przodu to nie dodała się pani tak… przypadkiem?
- Nie, nie. Wszystko się zgadza. Płaci pan, czy rezygnuje?
Z kolejki dało się słyszeć pomruki niezadowolenia. Jakiś pacan blokuje kasę.
- To wszystko nie jest warte nawet 50 złotych.
- Wczoraj nie było, dziś jest. Kupuje, czy wychodzi?
Mariusz wyciągnął z portfela ostatnie dwa banknoty stuzłotowe i rzucił je sprzedawczyni.
- Masz, nażryj się… - mruknął pod nosem.

     Mógł się tego spodziewać – markety i sieciówki zamknięte – toż to raj dla małych osiedlowych sklepików. A co jeśli problemy z prądem potrwają tylko dzień, czy

17




dwa – trzeba wyczesać klientów z kasy póki się da. Też by tak zrobił. Może i lepiej, że zrobił zakupy już teraz, za kilka godzin ceny mogą ulec dalszym podwyżkom. Żałował jedynie, że poprzedniego dnia nie wybrał więcej pieniędzy. Z drugiej strony, skończyłoby się pewnie na tym, że i tak większość by przepił.

     Kierował się już bezpośrednio do magistratu. Miał kilku znajomych, jeszcze z czasu studiów, którzy obecnie mieli tam ciepłe posadki – jeżeli nie oni, to kto będzie wiedział co się dzieje? Wszedł na przestronny rynek centrum Miasta. Od razu uderzył go spokój jaki panował w tym miejscu – nie było powszechnej wszędzie indziej krzątaniny, każde wejście na rynek było obstawione dwuosobowymi patrolami policyjnej prewencji – wiadomo, są szychy, jest ochrona. Pośrodku rynku znajdował się jego cel. Nagle poczuł silne pchnięcie od tyłu, niewiele brakło a znów całowałby matkę ziemię.

     - Dokąd?! – usłyszał za sobą tubalny głos. – Dokąd, pytam?!

     Mariusz odwrócił się. Stało przed nim dwóch policjantów w pełnym oporządzeniu. Na oko obaj mieli blisko dwa metry wzrostu, a postura wskazywała na to, że

18




siłownia była ich drugim domem. Jeden trzymał w gotowości dłoń na tonfie.

     - Co ty kurwa robisz?! Macie nas ochraniać, a nie przepychać! No słucham… - spojrzał na mundur – sierżancie.

     Policjanci zbaranieli – trzeba grać pewniaka.

     - Yyy… bo kazali nam pilnować, żeby nikt niepowołany nie wchodził.
- A czy ja ci wyglądam jak ktoś niepowołany? Od kiedy macie politykę „najpierw tłuczemy, potem legitymujemy”?
- No ale… my tylko… bo pańska twarz…
- Co moja twarz?! Co moja twarz buraku pierdolony?! Nie wiesz co się w mieście dzieje?! Dostałem w ryj, zabrali mi pieniądze, a ty mnie tu jeszcze popychać będziesz?!
- Nie no, przepraszamy…
- Taki chuj i tak złożę raport. Jest Gruszecki na miejscu?
- Tak proszę pana…
- Nazwisko.
- Co?
- Pstro! Nazwisko i numer służbowy.
- Nie, no daj pan spokój, to tylko nieporozumienie. Przecież nic się nie stało. – odezwał się drugi.
- Dobra, nie mam na to czasu. Tylko żeby to był ostatni raz! Następnym razem najpierw pytacie, a dopiero potem działacie. Zrozumieli?
- Tak jest – odpowiedzieli niemal stając na baczność.

     Nawet nie zwrócili uwagi na siatkę z zakupami, którą niósł.

19




Równie dobrze mógłby wnieść do budynku magistratu kilka kilogramów trotylu i nikt by go nie ruszył – dobra gadka to podstawa. Teraz pewnie kombinują komu mogli podpaść, zresztą bardzo dobrze, że kombinują – na drugi raz pomyślą.

     Mariusz otworzył drzwi magistratu. Policjanci, którzy pilnowali wejścia, już nawet nie próbowali mu przeszkadzać – po co ryzykować. Od samego wejścia uderzył Mariusza zgiełk i gęsta mgła dymu papierosowego. W tym miejscu, pomimo pozornego spokoju panującego na zewnątrz, trwała istna wojna. Ludzie potykali się o stosy papierów, biegali bez ładu i składu, krzyczeli jedno na drugie. Stan prawdziwej anarchii.

     - Gruszka! – krzyknął Mariusz.
- Co? Kto?
- Gruszka, tutaj! Na korytarzu!
Z pokoju po prawej wybiegł lekko siwiejący brunet. Wysoki, postawny, mocno zarysowana szczęka – prawdziwy James Bond wśród urzędników miejskich.

     - To ty? Kto cię tu wpuścił?
- Sam się wpuściłem.
- Dobra, nawet nie pytam jak. Kurwa otaczają mnie idioci. Skoro ty tu wlazłeś z tym obitym ryjem, to każdy może.
- Na obronę naszych dzielnych stróżów prawa mogę powiedzieć, że nie było łatwo.
- Świetnie. Co chcesz?

20




Nie mam czasu.
- Gruszka, co się do kurwy nędzy dzieje?
- A skąd mam wiedzieć? Gdy rano wstałem nic nie działało, więc wsiadłem na rower i przyjechałem tutaj, żeby zapobiec burzy gówna, która nieuchronnie nadciąga.
- Czyli nic nie wiecie?
- Chłopie zero kontaktu z kimkolwiek. Telefony nie działają, całą elektronikę szlag trafił! Jesteśmy tu całkowicie sami!
- Panie Gruszecki! Tutaj, szybko! – ktoś zawołał z pokoju obok.
- Dobra, leć – powiedział Mariusz – Moja uwaga: wyślijcie więcej policji w okolice dworca kolejowego, bo patrolu, który wysłaliście z rana już tam raczej nie ma.
- Co? Jakiego patrolu? Nic nie wiem. Kurwa mać…
- Panie Gruszecki! To pilne!
- Dobra Gruszka, myślałem, że się czegoś dowiem, ale wiesz tyle co ja. Nie przeszkadzam.
- Słuchaj, będziemy rozwieszać ogłoszenia o dystrybucji żywności, wody i leków. Staraj się być na bieżąco.
- Ok, trzymaj się.

     Mariusz opuścił gmach magistratu z poczuciem jeszcze większego mętliku niż przedtem. Skoro Gruszka nic nie wiedział, to znaczy że sprawa była naprawdę poważna. A gdy powiedział, że pracują nad rozdawaniem wody i żywności poczuł się już w

21




ogóle jak rolnik z Rwandy. Postanowił wrócić do domu okrężną drogą – nie miał ochoty przechodzić przez teren dworca, gdzie prawdopodobnie panowało już prawo pięści i sztachety. Wystarczyło pół dnia bez elektryczności i nowoczesnych technologii, aby wyzwolić w mieszkańcach Miasta wewnętrzne zbydlęcenie, a przecież to dopiero początek.

     W drodze powrotnej widział już oznaki społecznego przystosowania do panującej sytuacji – ludzie nawet nie trzymali się już chodników. Wszyscy szli całą szerokością czteropasmówki. Czemu by nie? Ktoś by ich miał potrącić? Część szła w kierunku centrum, część stamtąd wracała. Powracający na blokowiska byli zresztą nieźle obładowani najprzeróżniejszymi artykułami spożywczymi. O dziwo były to produkty ‘marki’ dużej sieci supermarketów. Mariusz nie podejrzewał, aby tego rodzaju sklepy były dziś otwarte – nie działają kasy, nie ma oświetlenia, system telewizji przemysłowej też nie działa. Wszystko wskazywało na to, że rozpoczęła się społeczna ekspropriacja dóbr wszelakich. Społeczeństwo jest przynajmniej na tyle rozgarnięte, że kradnie żywność zamiast elektroniki.

22




Widział jednak wiele osób, które w trakcie grabieży musiały nie zwrócić uwagi na możliwość przechowywania pewnych produktów mając na względzie brak prądu, a przez to bezużyteczność lodówek. Gość niosący dwie zgrzewki mleka w stu procentach nie był klasowym bystrzakiem. Co ciekawe – jednostkami najlepiej przystosowanymi w obecnej sytuacji okazali się złomiarze wyposażeni we wszelkiego rodzaju ręczne wózeczki i pseudoriksze. Sporo osób pchało też marketowe wózki, ale ich małe kółeczka skutecznie utrudniały poruszanie się w świecie księżycowych dróg i wysokich krawężników.

     Mariusz sam zaczął się zastanawiać nad możliwością małego szabru, wciąż jednak frapowała go kwestia przejściowości obecnej sytuacji. A prościej – czy warto nakraść się do granic przyzwoitości, gdy może okazać się, że za parę dni wszystko wróci do normy? Z czym oczywiście wiąże się wtedy perspektywa opalania się w kratkę przez co najmniej kilka najbliższych miesięcy. Z drugiej strony grabież zdaje się być powszechna. Poza tym lepiej przesiedzieć kilka miesięcy w pierdlu niż zdechnąć z głodu i pragnienia, gdyby jednak miało się

23




okazać, że na poprawę sytuacji trzeba będzie czekać dłużej. W dodatku nie do końca chciało mu się wierzyć w zapewnienia Gruszki co do rozdzielania wody i żywności – urzędnicza arogancja i biurokracja potrafią spierdolić nawet najprostsze rzeczy jak przetarg na kostkę brukową, a co dopiero będą w stanie zrobić z rzeczą tak istotną dla funkcjonowania Miasta jak utrzymanie przy życiu jego mieszkańców? Gruszka sam wszystkiego nie przepchnie, nie ma mowy. A więc grabież, albo śmierć głodowa. Nie może jednak działać sam, koniecznością jest zebranie konserw i wody w dużych ilościach – są to jednak produkty cokolwiek ciężkie i nieporęczne. W dodatku samotne plądrowanie sklepu lub hurtowni może skończyć się bardzo szybko i bardzo źle. No i trzeba dobrze wybrać cel. Z zamyślenia wyrwała go wrzawa pod blokiem. Nawet nie zauważył, że dotarł już na miejsce.

     - To jakieś pierdolenie! Jutro będzie po sprawie! Komitetów mu się zachciewa! – krzyczał młody chłopak. Mariusz kojarzył go z… no w każdym razie skądś go kojarzył. Na pewno mieszkał w tym samym bloku, ale w której klatce? Nieważne.
- Niech pan zaczeka, to jest

24




niezwykle ważne abyśmy tu się wszyscy proszę pana rozmówili.
- Ty mi tu nie ‘panuj’. O niczym się nie będziemy rozmówiać.

     Kurwa… co za inteligenci…

     - Dzień dobry – powiedział stanowczo Mariusz, niejako urywając dotychczasową wymianę zdań – O co się rozchodzi?
- Dziadydze się komunizm marzy – zaczął młody, a kilka osób za nim zaczęło przytakiwać i kiwać głowami. Dajcie ludziom wystarczająco głośnego kretyna, a pójdą za nim wszędzie – Nim się obejrzymy…
- Panie! Ja sobie proszę pana wypraszam! Żaden komunizm, tylko proszę pana komitet mieszkańców! – przerwał mu szpakowaty mężczyzna w okolicach sześćdziesiątki.
- Jesteś czerwona hołota człowieku!
- Hołota?! Ja tu proszę pana staram się żeby porządek jakiś proszę pana był!
- Proszę pana, proszę pana – przedrzeźniał go młody – jaki porządek?! Widziałeś człowieku co zrobili ze sklepem?! Każdy sobie rzepkę skrobie. Jutro wejdzie policja i wojsko i będzie spokój! – były to nawet całkiem zabawne słowa biorąc pod uwagę, że młody był ubrany w bluzę z wielkim nadrukiem „JP 100%”.

     Mariusz po cichu westchnął.

     - Spokój! Obaj!
-

25




Człowieku nie będziesz mi mó…
- Milcz jak do mnie mówisz – Mariusz obrócił się do młodego – Byłeś w okolicach centrum? Widziałeś co się dzieje? Nie? To morda w kubeł i nie przeszkadzaj w rozmowie starszym.
- Bardzo dobrze pan mu powiedział proszę pana!
- Pan też się na moment zamknie – widząc, że opanował sytuację i skupił na sobie wzrok zebranych rozpoczął właściwy temat – Wracam właśnie z magistratu. Kompletnie nie wiedzą co jest przyczyną obecnej sytuacji…
- To mnie nie dziwi… – wyrwało się komuś z tłumu. Wystarczyło jednak tylko jedno spojrzenie Mariusza – Okej, nie przerywam – ma nad nimi kontrolę.
- A więc nie wiedzą co jest przyczyną. Nie wiedzą jak długo to wszystko potrwa, starają się opracować plan dystrybucji jedzenia i wody – zrobił pauzę i spojrzał po wszystkich – ale zanim to zrobią minie pewnie sporo czasu.
- A więc co proponujesz?
- Właśnie. Do czego pan pijesz?
- Musimy zdobyć zapasy jedzenia i wody, to raz. Dwa, musimy sprawdzić jak wygląda stan przetworów w piwnicach. Wiele osób robi dżemy, ogórki kiszone i tym podobne –na pewno okażą się przydatne.
- Moment! – krzyknęła

26




jedna z kobiet – odpieprz się pan od moich ogórków!
- Dokładnie! Nie chcesz pan jeść jej ogórków – przytaknął szyderczo facet, chyba jej mąż – Sraczki idzie od nich dostać.
- Z taką argumentacją trudno się kłócić – żachnął się Mariusz – Pani ogórki zostawimy w spokoju, nie ma obawy – kobieta jakoś wcale nie wyglądała na zadowoloną z tego faktu – Dobra, żarty żartami, ale mamy przed sobą potencjalnie kilka, może kilkanaście ciężkich dni, a przetwory w dalszej perspektywie będą naprawdę przydatne. Jeszcze jedna ważna sprawa: utworzymy straż.
- Straż?
- A po co mu straż?
- Pogięło faceta.
- To jakieś bzdury.
- Co się stało w osiedlowym sklepie? – Mariusz wskazał tłumowi wybite szyby małego ‘spożywczaka’.
- Więc – zaczął młody – przyszli jacyś goście, wybili szyby, zabrali co chcieli i poszli.
- Dobrze, że niedziela była! Gdyby tak mój Heniek za ladą stał, to przecież by go jeszcze ubili!
- No więc właśnie. Musimy utworzyć straż. Policja nie może się zorganizować, nie mają nawet kontaktu między poszczególnymi patrolami. No i niech mi ktoś powie jak ich w razie potrzeby wezwać? Co? Znaki

27




dymne będziemy puszczać? – Mariusz widział, że ludzie zaczynają powoli rozumieć powagę sytuacji.

     Drzwi klatki otworzyły się – Łukasz próbował wytargać z piwnicy małą przyczepkę rowerową. Gośka oświetlała mu schody pseudogórniczą lampą naftową.

     - O, siema Mariusz. Byłem prawie pewien, że to ty.
- Skąd ta pewność?
- Tłum buraków się zamknął.
Odezwało się kilka naburmuszonych głosów.
- Cisza! – rzucił komendę Mariusz – Łukasz, skąd masz taki patent?
- Pożyczyłem kiedyś od kolegi…
- Pożyczyłeś?
- Nie wnikaj. Grunt, że jest.
- To mój wózek chuju! – krzyknął jakiś dziadek wciśnięty między ludzi.
- Rzeczywiście pożyczyłeś.
- Takie czasy – wzruszył ramionami uśmiechając się – Niech pan się nie martwi, kiedyś zwrócę, a teraz się przyda.
- Do piwnicy mi się włamał szczeniak jeden…
- Stan wyższej konieczności – skwitował Mariusz – ale w ten sposób pomoże pan wszystkim. Także sobie.
- A idź się wypałuj…
- Dobra, słuchaj Łukasz. Potrzebujemy planu.
- Racja, dzień już się kończy, a szwędanie się po nocy nie będzie dziś chyba najlepszym pomysłem.
- Dziś już wiele nie zwojujemy,

28




ale przede wszystkim musimy zwieźć możliwie największą ilość wody. Każdy coś tam jeszcze ma w lodówce, więc nikt głodny nie będzie.
- Dokładnie, to temat na jutro, ale znam dobre miejsce. Hurtownia z artykułami spożywczymi. Całkiem niedaleko. Będzie i jedzenie i woda.
- Myślisz, że jeszcze jej nie rozgrabili?
- Nie. Napad na nasz sklep to pojedyncza rzecz. Ludzie raczej skupili się w centrum.
- Okej, ale weźmy ze sobą jeszcze ze czterech chłopaków.

     Mariusz rozglądnął się po tłumie zebranych. Nawet nie pytał o ochotników – takie rzeczy to tylko w amerykańskich filmach. Tutaj napotkałby tylko jęczenie, wzrok wbity w glebę i może jakieś ciche „pierdol się”.

     - Dobra. Ty, ty, ty i ty – wyciągnął ich po kolei z tłumu – idziecie z nami. Reszta zostaje tutaj. Gośka!

     Gosia do tej pory stała na uboczu. Po co się miała wpieprzać?

     - Tak?
- Zorganizuj kilka osób do sprawdzenia zapasów w piwnicach. Masz więcej takich lamp? – Mariusz kiwnął głową w kierunku lampy naftowej.
- Nie, tylko tą. Może inni mają. Wypytam.
- Dobra, ale spiesz się. Spróbuj też skombinować zapas nafty. W razie czego mamy też benzynę w bakach

29




samochodów, ale nie wiem czy to dobry pomysł.
- Mariusz, dowiedziałeś się czegoś?
- Nie. Nic nie wiedzą. Musimy sobie radzić – spojrzał na młodego – Ty!
- Ja?
- Nie, twój stary. Do mnie!

     Młody podszedł niechętnie.

     - Znasz tu trochę młodych chłopaczków?
- No…
- Zbierz ich. Utworzycie coś na kształt straży. Macie pilnować wejść do bloku i piwnic.
- Ale…
- Tylko mają być konkretni goście, tacy co w ryj mogą dać.
- No okej, ale…
- To jest Gosia. Dogadaj się z nią i spróbujcie zdobyć jak najwięcej świeczek, lamp naftowych i tego typu badziewia. Musicie pilnować wejść przez całą noc.
- Ziomek, kurwa…
- Nie jestem twój ziomek. Rób co mówię. Warta. Całą noc. Tylko porządne chłopaki z pierdolnięciem. Postaramy się wrócić przed zmrokiem, do tego czasu masz już być zorganizowany. – z takimi gośćmi trzeba krótko i na temat.

     Wyruszyli w szóstkę w kierunku hurtowni. On i Łukasz szli przodem wymieniając się przy ciągnięciu przyczepki. Mariusz nie podejrzewał, żeby już tej nocy miało dochodzić do napadów – ludzie wciąż starają się ogarnąć sytuację. Część na pewno jeszcze liczy na to, że to tylko

30




dzisiejszy dzień jest taki popieprzony. To się jednak szybko zmieni. Starał się już w tej chwili planować kilka dni naprzód, ale nawet nie wiedział czego się spodziewać. Nawet nie poczuł kiedy zszedł z niego kac.

     - Proszę pana – podszedł do niego jeden z chłopaczków, których wybrał na ekspedycję.
- Mariusz.
- Tomek.

     Podali sobie dłonie. Pewny, solidny uścisk. To był dobry wybór. Chłopak jest młody, chyba student, ale już na pierwszy rzut oka widać, że w razie potrzeby będzie umiał dobrze kombinować.

     - Panie Mariuszu, bo ja chciałem…
- Wystarczy Mariusz.
- Tak… eee… Mariusz, słuchaj bo tak się zastanawiałem.
- I co ci z tego zastanawiania wyszło?
- Czy my idziemy kraść?
- Nie, idziemy tylko zmienić stosunek własności kilku zgrzewek wody mineralnej.
- Czyli kraść.
- Być może. Ja tego nie powiedziałem.
- To dobrze. Tam pod blokiem w ogóle nie potrafili dojść do ładu zanim się pan nie pojawił.

     No proszę – pomyślał Mariusz – ktoś tu jednak myśli i docenia jego wkład w rozwój społeczny.

     - Już mówiłem. Żaden ‘pan’, po prostu Mariusz. Dzięki.
- Jeżeli tylko coś trzeba zrobić, mów od razu.
- Będę

31




pamiętał. I nie martw się – roboty nie zabraknie.
- Byłem rano na dworcu. To jakaś tragedia.
- Wiem, też tam byłem.
- Roznieśli kijami i słupkami patrol policji.
- A więc jednak. Ja się wtedy stamtąd zabrałem – Mariusz zamyślił się – A nie wiesz przypadkiem co się z nimi stało? Znaczy z policjantami.
- Sponiewierali ich dosyć mocno, ale zdołali uciec. Żule zabrały im co się dało: pałki, kajdanki.
- A broń?
- Chyba nie. Chyba nie mieli broni palnej. Tylko tasery. Widziałem, że kilku gości je sobie wyrywało z rąk.
- Chociaż tyle. W obliczu ostatnich wypadków myślę, że tasery mogą nie działać. Ale strach pomyśleć co te bydlaki by zrobiły gdyby położyły łapy na prawdziwych spluwach.
- Bez nich też wcale bezbronni nie są.
- Fakt.

     Resztę drogi przeszli w milczeniu. Po drodze mijali wiele grupek kierujących się do centrum. Łukasz miał rację – każdy starał się mimo wszystko nie nasrać we własne gniazdo. Rabunek w pobliżu centrum dawał namiastkę anonimowości. I przy okazji społecznie potwierdzał rację złodziejskiego procederu – wszyscy kradną, więc ja też. Problem w tym, że grabież która rozpoczęła się

32




już wiele godzin temu, musiała porządnie uszczuplić zasoby marketów, wkrótce hamulce znikną. Oby Gruszka szybko opracował swój plan… Z drugiej strony, czy Miasto posiadało jakieś awaryjne rezerwy żywności? Przecież zimna wojna skończyła się trzy dekady temu. Najprawdopodobniej cały plan opierał się właśnie na wykupieniu zapasów z marketów i rozdanie ich w ‘zorganizowany’ sposób. Gruszka musi mieć naprawdę przejebany dzień. Co do wody, to miał tylko nadzieję, że ktoś pójdzie po rozum do głowy i zdecyduje się uruchomić stare miejskie pompy ciśnieniowe. Nie potrzebują prądu do działania, a przynajmniej przez jakiś czas uda się dostarczać wodę dla mieszkańców – nie ważne jakiej by ona była jakości. Niestety liczenie na urzędniczą inwencję w tym temacie to jak marzenie o ratunku od supermana. W tym momencie zdał sobie sprawę z tego, że brak wody oznacza też problemy z sanitariatem.

     - Pięknie, kurwa… jeszcze tylko kopania latryn na podwórku nam brakowało…

     Z zamyślenia wyrwał go Łukasz.
- To tutaj – wskazał duży budynek magazynowy.
- Musimy działać szybko, zaraz będzie ciemno jak w dupie.

     Wokół hurtowni

33




kręciło się raptem kilka osób. Okoliczni pewnie sami zaczęli się zastanawiać nad możliwością szybszego uzupełnienia prowiantu. Duże, opuszczane drzwi roletowe z PVC nawet nie drgnęły. O sforsowaniu pozostałych drzwi – solidnych i okutych stalowymi płytkami i śrubami – można było z góry zapomnieć.

     - To co robimy? – spytał Tomek.
- Jak to „co”? Nie przyszliśmy zwiedzać. Jest takie powiedzenie starożytnych radzieckich Indian: jak nie drzwiami to oknem.

     Okna były wprawdzie wysoko, ale wystarczyło przesunąć pod nie kontener na śmieci. Były one również na tyle duże, że człowiek spokojnie się przez nie przeciśnie, nie mówiąc już o podawaniu przez nie towaru.

     - Ktoś na ochotnika? Łukasz?
- Znaczy co? Buchnąłem wózek dziadkowi, to znaczy, że mam już doświadczenie?
- Mówiłeś, że pożyczyłeś. Dobra, kurwa, sam to zrobię.

     Mariusz podniósł najbliższy kamień i wybił szybę. Następnie owinął rękę szmatami wyciągniętymi z przyczepki i zajął się czyszczeniem ramy ze szkła.

     - Tylko pilnujcie, żeby nikt się tu nie zbliżał.
- Rób swoje, my zrobimy swoje – ponaglał go Łukasz.
- Spróbuję otworzyć drzwi od

34




środka.

     Po czym Mariusz wspiął się do wnętrza hurtowni. Miał szczęście – za oknem stały regały, po których bez problemu można było zejść na dół. Porządnie przytwierdzone do ścian i sufitu, więc nie było niebezpieczeństwa, że odkryje sens hasła „lotem bliżej”. W środku panował półmrok, musiał dać sobie chwilę by oczy przyzwyczaiły się do nowych warunków.

     - Chwalmy pana – powiedział do siebie po cichu.

     Wokół, regały aż uginały się od wszelkiej maści towaru. Było tu wszystko czego tylko można było chcieć: woda, konserwy, pakowane próżniowo warzywa, przekąski – dosłownie pełny komplet. Mariusz zaczął żałować, że nie wziął ze sobą więcej osób, albo że nie poszukali z Łukaszem drugiego wózeczka – na pewno coś by się jeszcze znalazło. Sądził, że w samej hurtowni będzie coś co ułatwi transport, ale nie zauważył niczego oprócz niskich, nieporęcznych paleciaków. Bał się, że jutro może już nie być po co wracać. Podchodził do kolejnych drzwi, ale żadnych nie dało się otworzyć bez klucza. Trudno. Będzie podawał rzeczy przez okno. Zawoła jeszcze jednego z chłopaków, żeby tu wlazł i

35




mu pomógł. Najpierw jednak sięgnął po pierwszą zgrzewkę wody.

     - Masz problem – powiedział ktoś niskim, opanowanym głosem. Zbliżał się powoli z głębi magazynu.
- Ja…
- „…jestem jebanym złodziejem”. Nazywajmy rzeczy po imieniu.

     Mariusz wpatrywał się w mrok, ale widział tylko niewyraźny obrys tego człowieka. Oczy jeszcze nie przywykły do ciemności.

     - Słuchaj – zaczął Mariusz –nic do ciebie nie mam. Potrzebujemy tylko wody i może kilku konserw – specjalnie położył nacisk na „potrzebujemy”, niech gość wie, że przewaga liczebna jest po stronie ‘gości’. Choć w sumie wcale takiej pewności nie miał.
- Gówno mnie obchodzą twoje problemy. Zostaw to i wypierdalaj.
- Jak mi nie dasz, to sam sobie wezmę.
- Grozisz mi chujku?!
- Mamy przewagę.

     Gość wyciągnął zza pleców coś, co wyglądało jak pokaźnych rozmiarów klucz francuski.

     - Najpierw rozpierdolę ci łeb. Potem, będę robił to samo każdemu, kto spróbuje tu wleźć przez to okno – chłód i opanowanie w głosie tego człowieka wcale nie odpowiadały Mariuszowi. Facet nie żartował.
- Okej, dobra. Źle zaczęliśmy znajomość.
- Nie zaczynamy żadnej

36




znajomości. Wypierdalasz w podskokach.
- Potrzebujemy tej wody. Możemy się jakoś dogadać.
- Próbujesz mnie okraść, grozisz mi, a teraz chcesz się „dogadać”?!
- Na pewno możemy coś wymyślić. Chłopaki – krzyknął w kierunku okna, cały czas patrzył jednak w kierunku obcego, nie chciał go prowokować – macie jakieś pieniądze przy sobie?!
- Po co mi wasze pieniądze? Jutro, najdalej pojutrze, nie będą już nic warte. Ja mam wszystko, a wy macie gówno.

     Na zewnątrz było słychać jakieś poruszenie. Łukasz z chłopakami pewnie kombinują co się mogło wydarzyć w środku.

     - Facet, jak myślisz? Jak długo tu wytrzymasz?
- Dłużej niż ty.
- Przyjdzie tu więcej takich jak my. I będą mniej ugodowi. Prędzej, czy później i tak będziesz musiał stąd uciekać i zostawić to wszystko. A my mamy rodziny, które potrzebują…
- Nie próbuj mnie brać na współczucie! – gość zrobił krok naprzód.
- Dobra, rozumiem. Mam spierdalać.
- Dokładnie.
- Jaką mam gwarancję, że nie zmaltretujesz mi nerek tym ustrojstwem, gdy będę się wspinał?
- Żadną. – kolejny krok naprzód.

     Nagle, z drugiej części magazynu, dobiegł ich dźwięk

37




tłuczonej szyby. Łukasz pewnie ruszył na ratunek.

     - O wy skurwysyny! – facet ruszył na Mariusza wymachując groźnie żelastwem.

     Mariusz nigdy nie był specjalnym fanem sportów walki. Tak naprawdę tłukł się może ze trzy, a może cztery razy w życiu. A już na pewno nie chciał sprawdzać co z jego twarzy zostanie po uderzeniu kilku-(kilkunastu-?) kilogramowym narzędziem. Był za to niezłym biegaczem. Zaczął uciekać.

     - Dopadnę cię chuju! Zatłukę! Ubiję jak psa!

     Mariusz starał się zrzucać za sobą z półek produkty, żeby spowolnić napastnika. Nagle poczuł silny ból na plecach. Upadł. Koleś musiał rzucić w niego tym cholernym kluczem.

     - Mam cię! Swołocz! Rozpierdolę ci ry… – nie dokończył, bo w tym samym momencie zza rogu wypadł na niego Łukasz. Wypadł to mało powiedziane. Rzucił się na niego całym ciałem wbijając zawodnika w ścianę. Zaczął go okładać pięściami.

     - I co teraz?! Coś mówiłeś?! Taki jesteś chachar?! – Łukasz nie przestawał go bić.
- Wystarczy! – krzyknął Mariusz – Do kurwy nędzy! Wystarczy mu! Chcesz go zabić?!
- On nie widział przeszkód!
- Łukasz! Kurwa mać! Tyle!

     Mariusz wstał i

38




siłą zdjął kolegę ze swojego niedoszłego oprawcy.
- Widzisz. To tylko cieć. – pod ścianą leżał półprzytomny starszy facet w uniformie lokalnej agencji ochrony – Trochę za bardzo wczuł się w rolę.
- Trochę za bardzo?! Trochę?! Człowieku! On zamordował dwóch pracowników magazynu!
- Co?!
- Mówię ci. Wlazłem przez okno w biurze. Leży tam dwóch gości z roztrzaskanymi czaszkami! Ten psychol ich zabił!
- Kurwa… - Mariusz rozejrzał się wokoło. Na stole leżały długie i grube trytki. Wziął jedną z nich – Odwróć go. Zepnę mu ręce.
- Tym?
- A masz kajdanki? Z tego się nie uwolni – odwrócili ochroniarza i spięli mu ręce. Mariusz zacisnął trytkę bardzo mocno, nie chciał ryzykować.
- Oooo… - facet zajęczał.
- Budzi się.
- Co wy… kurwa… co jest?
- Wyjaśnisz mi co tu jest grane?
- Co… a ty… już cię miałem…
- Tak jak tych gości w biurze? – spytał Łukasz.
- Hehe… różnica zdań…
- Więc? Siedzisz tu sobie z trupami?
- Koledzy… tu przyjdą… mieliśmy wszystko wziąć dla siebie.
- No to wam nie wyszło.
- Znajdą was… skurwysyny… wypierdalać…

     Mariusz odciągnął Łukasza na bok.

     - I co teraz?

39




Myślisz, że mówi prawdę?
- Nie chcę się przekonywać. Musiałby mieć wielu kolegów żeby to wszystko stąd wytargać.
- Zbierajmy co potrzeba i spadamy. Przeszukaj go. Na bank ma klucze.

     Otworzyli drzwi i wpuścili czekających w napięciu chłopaków. Na zewnątrz kręciło się coraz więcej osób. Ponownie zamknęli budynek na cztery spusty – nie chcieli ryzykować nagłego pojawienia się znajomych ochroniarza. Czym prędzej zebrali wszystkie potrzebne produkty. Wózek okazał się bardzo pomocny.

     - To chyba wystarczy – Mariusz przeglądnął zawartość wózka i „podręcznego bagażu” – Zwijamy się.
- A co z psycholem? – spytał Łukasz.
- Nazwij mnie tak jeszcze raz…
- To co mi zrobisz?
- Dobra, chłopaki wychodźcie już. Zaraz do was przyjdziemy. Tomek.
- Tak?
- Masz klucze. Zaczekajcie na nas, ale starajcie się nie zwracać na siebie uwagi.
- Z tym wszystkim na wózku to będzie trudne.
- Nie mędrkuj.

     Zostali już tylko we trójkę.
- Nie zostawimy go tak – stwierdził Mariusz.
- Zatłuczmy gnoja. Nikt nie będzie tęsknił.
- Może i nie, ale nie warto.
- Dokładnie – włączył się ochroniarz – dajcie żyć. Nic wam nie zrobię. Macie

40




co chcecie, każdy idzie w swoją stronę i wszyscy są szczęśliwi.
- Morda w kubeł psycholu! Mariusz, ten śmieć zabił dwóch ludzi!
- Wiem… ale zabijać go? Wiesz, co innego kradzież, co innego morderstwo. Zepniemy mu trytką nogi, nie polezie za nami. Nic nam już nie zrobi.
- Właśnie, właśnie – potwierdził radośnie ochroniarz.
- Co ci mówiłem?! Morda w kubeł! – facet się uspokoił – Mariusz, prędzej czy później ktoś mu to cholerstwo rozetnie, a wtedy ten ciul znowu kogoś ubije. Chcesz mieć to na sumieniu?
- Nie chcę mieć jego na sumieniu.
- Wiesz co? Pierdolę. Nie musisz. Sam go zatłukę.
- Łukasz, do ciężkiej cholery, nie minął nawet jeden dzień tego bajzlu, a ty już się czujesz na tyle bezkarnie, żeby zamordować jakiegoś kretyna?!
- Sam mówiłeś, że nie zanosi się na szybką poprawę.
- Ale nie jestem pewien! Skąd mam to wiedzieć?! Stary, mówisz o morderstwie!
- Mariusz... Wyjdź.
- Kurwa! Posłuchaj się!
- Wyjdź!

     A więc decyzja już zapadła. Mariusz czuł się tak jakby oddał cząstkę człowieczeństwa. Początkowo nawet bawiła go myśl o przemierzaniu Miasta niczym stalker w opowiadaniu braci Strugackich.

41




Wiedział, że nie będzie kolorowo, ale jednak nie przyjmował do wiadomości, że ludzie staną się kompletnymi świniami w ciągu zaledwie jednego dnia. Przecież niczego nikomu jeszcze nie brakowało! To tak jakby sama myśl o nadchodzących brakach napędzała narastające skurwysyństwo. Wyszedł, nie chciał w tym uczestniczyć. To nawet nie jest morderstwo – to zwykła egzekucja. W pewnym sensie rozumiał Łukasza. To nie tak, że się z nim absolutnie nie zgadzał, że nie dostrzegał wszystkich niebezpieczeństw związanych z wypuszczeniem tego człowieka na wolność… po prostu nie sądził, że zostanie postawiony w takiej sytuacji już pierwszego dnia.

     Drzwi zamknęły się za Mariuszem. Tam za sobą zostawił jakby równoległy świat. Z wnętrza słychać było tylko stłumiony krzyk. Naprawdę krótki.
- Chociaż tyle – pomyślał – przynajmniej zrobił to szybko… humanitarnie…

     Łukasz wyszedł z hurtowni.
- Tomek – zawołał – chodź tu i zamknij drzwi na klucz. Może jeszcze będziemy mieli okazję tu wrócić.
- I jak? – spytał Mariusz.
- Normalnie. Nie czuję różnicy.
- To chyba niedobrze.
- Nie wiem. Wyeliminowałem niebezpieczeństwo.

42




To wszystko.
- Zabiłeś człowieka.
- Zlikwidowałem śmiecia.
- Co z nim zrobiłeś?
- Pytasz o sposób, czy o to co zrobiłem z ciałem?
- Oszczędź mi szczegółów samego… zajścia. Co z ciałem?
- Przeciągnąłem go do biura i tam zamknąłem razem z jego ofiarami. Nie chcemy żeby zasyfił magazyn.
- Łukasz…
- Nie. Nie chcę moralizatorstwa. Nie chcę wykładów. Wiesz co by się stało, gdybym nie przybiegł ci na ratunek?! Wiesz?! Leżałbyś w tym biurze zamiast niego! Tamten chuj miałby to w dupie, a ty się przejmujesz!?
- …miałeś rację. Nie chcę tego do siebie dopuścić, ale miałeś rację.
- Wiem… Skończyły mi się fajki…

     Mariusz sięgnął do wnętrza płaszcza i wyciągnął ledwie napoczętą paczkę.

     - Masz. Na zdrowie.
- Dzięki.

     Słońce już ledwie wisiało ponad blokami. Mieli przed sobą jeszcze pół godziny marszu, ale zdążą nim zrobi się całkiem ciemno. Tej nocy czerń pożre Miasto.

     Po powrocie Mariusz wydał ostatnie polecenia, a teraz siedział samotnie w mieszkaniu. Próbował zasnąć, lecz bez skutku. Nie chodziło nawet o wypadki dzisiejszego dnia, po prostu było za cicho. Przyzwyczaił się już do tego, że nawet

43




nocą panował zgiełk – ktoś szedł do lodówki człapiąc pantoflami, sąsiad po ścianie oglądał telewizor nastawiony tak głośno, że Mariusz miał w domu prawdziwe słuchowisko, jakiś gówniarz puszczał swoją techno-napierdalankę, karetki na sygnale jeździły po mieście zbierając ofiary pijackich rozpierduch. A teraz było po prostu cicho. Jedynie sąsiadka trzy piętra wyżej dawała wokalny popis krzyków i jęków. Niesamowicie darła gębę gdy pieprzyła się „na jeźdźca”. Sam kiedyś sprawdził. Ale to tylko marna namiastka normalności.

     Młody się spisał – pozbierał z bloku kwiat młodzieży - normalnie by chlali wódę za śmietnikiem, teraz jednak, w obliczu obowiązku, spisywali się na medal. Grupka szabrowników próbowała dostać się do piwnic, ale pożegnali się z kilkoma zębami i dali sobie spokój.

     Gośka zebrała kilka rezolutnych dziewczyn i zrobiła pobieżną inwentaryzację tego co mogło się przydać – znalazło się całkiem dużo świec i parę lamp naftowych. Nafta zresztą też się znalazła – głównie taka do dekoracyjnych lampek, zapachowa, ale to bez znaczenia. Na kilka dni powinno wystarczyć. W kilku piwnicach

44




znalazła promienniki gazowe – jeżeli znajdą butle, będą mogli przynajmniej choć trochę dogrzać blok, jeśli kolejne dni przyniosą dalsze ochłodzenie. Gówniana pora na takie zdarzenie – zima zbliżała się szybciej niż ktokolwiek się spodziewał. Bez pomocy z zewnątrz nie minie miesiąc jak w Mieście skończy się żywność. Co potem? Głód? Rozruchy? Ludzie na wsiach przynajmniej mają jakieś ogródki, jakiekolwiek zapasy w spiżarniach, cokolwiek. Tutaj śmierć jest pewna. Jak długo to potrwa zanim zacznie się exodus ludności miejskiej na wieś? Czy ktokolwiek zdoła tych ludzi wykarmić? Nie chciał o tym myśleć.

     Świt. Słońce powoli podnosiło się ponad blokowiska. Przez okno Mariusz widział kałuże pokryte cienką warstwą lodu. Zaczynają się poranne przymrozki. Przespał może z dwie godziny tej nocy, więcej nie dał rady. Rozległo się pukanie do drzwi.

     - Siema.
- Cześć Łukasz. Jak noc?
- Długa.
- Coś o tym wiem.
- Słuchaj, biorę chłopaków i wózek i idziemy na rekonesans. Gośka porozdzielała wczorajsze łupy, ale tego wszystkiego jest za mało.
- Wiem… tutaj przydałby się tir pełen zapasów, a nie śmieszna mała

45




przyczepka rowerowa.
- Będziemy szukać i zwozić rzeczy przez cały dzień. Może jakoś uda się opanować ten chaos.
- Dobra. A młody?
- JotPe na 100%?
- No.
- Tak jak mu kazałeś. Zapierdala przy kopaniu latryn. Najpierw trochę marudził, ale chyba odwiedził własny kibel, bo zmienił zdanie.
- To dobrze. Łukasz, nie pójdę dziś z wami. Spróbuję znów w magistracie, mam tam kumpla. Może uda się wydusić z niego jakąś pomoc.
- Byłoby nieźle.
- Kontaktowaliście się z kimś z bloków obok? Organizują się?
- W jednym chyba tak. W dwóch widziałem powywalane drzwi od klatek schodowych. Za to nasze dzielne chłopaki spuściły wczoraj tęgi wpierdol jakimś gnojkom i nasz blok jest omijany.
- Tylko na razie. Jak zgłodnieją, będą bardziej natarczywi… Łukasz, jeszcze jedno.
- No?
- Weźcie z chłopakami jakieś stalowe rurki czy coś. Na wszelki wypadek.
- Nie musisz mi o tym mówić.

     Mariusz zjadł śniadanie. W lodówce powoli zaczynało śmierdzieć. Nie był to smród zepsucia, ale nie ryzykowałby już jedzenia niektórych rzeczy. Mógł starym studenckim sposobem wystawić część jedzenia na noc na balkon, ale nie pomyślał o tym i teraz jest już

46




za późno. Głupota nie boli. Podobno.

     Wyjął z szafy świeży płaszcz. Ten, który miał na sobie wyglądał jak tragedia na wieszaku.
- Powinienem chyba zainwestować w bardziej różnorodną garderobę – zaśmiał się do siebie.
Do kieszeni, na wszelki wypadek, włożył stary kastet – pamiątkę ze szczenięcych lat. Nigdy go nie użył.

     Poranek był chłodny i rześki. Słońce powoli ogrzewało blokowiska. Zapowiadał się przyjemny dzień – przynajmniej w sensie pogody. Od samego wyjścia z klatki dopadli go mieszkańcy nagabując go do załatwienia ich spraw i próśb. A to ktoś dostał – jego zdaniem – za mało wody, a to ktoś narzekał, że dano mu tylko jedną świeczkę. Bzdury. Mariusz nie miał na to czasu. Przedarł się przez kordon mieszkańców i poszedł w kierunku centrum. Dłoń cały czas spoczywała w kieszeni na wypadek gdyby musiał szybko sięgnąć po kastet.

     Po Mieście kręciło się sporo ludzi jak na tak wczesną godzinę – nikt nie próżnował. Nie zwracali na niego uwagi, w końcu nie miał przy sobie nic co wyglądałoby na przydatne. Po drodze widział kilka bójek, głównie o zawartość siatek i wózków. Szła nawet spora

47




grupa kiboli lokalnego klubu piłkarskiego. Nieśli ze sobą kilka krat wódy. Widać mieli inne priorytety. W samym rynku panował spokój, choć nie widział już patroli policji. Kilku maruderów pchało wózki sklepowe. Wydawałoby się, że ludzie powinni protestować, że pod magistratem powinny być tłumy głodne informacji, ale widać wszyscy mieli w dupie informacje. Byli głodni żarcia, nie wiedzy. Wszedł do budynku.

     Pusto. Cisza jak makiem zasiał.
- Gruszka?! – zawołał – Gruszka?!
W pokoju na końcu korytarza usłyszał jakieś poruszenie. Kastet w gotowości.
- Gruszka?!
- Co? A to pan – stał przed nim marny urzędniczyna w wymiętej i pobrudzonej kawą marynarce – Już się bałem, że mam problem.
- Znamy się? – spytał Mariusz.
- No w zasadzie to nie, ale widywałem już pana u Gruszeckiego. Henryk Grobla, miejski architekt, do usług.
- Mariusz, dajmy spokój z formalnościami. Gdzie się wszyscy podziali?
- Nie przyszli…
- Jak to „nie przyszli”?
- No a jak pan myśli? Zostaliśmy tu wczoraj we czwórkę, mieliśmy czekać, bo może pojawiłby się ktoś z zewnątrz. Zasnąłem gdzieś… nie wiem… koło północy? W każdym razie jak się

48




obudziłem, to byłem tu już sam.
- A Gruszka… znaczy Gruszecki? Policja?
- Policjanci byli potrzebni gdzie indziej. Mieliśmy rozruchy w pobliżu kilku dużych galerii handlowych i supermarketów. Patrole miały tu wrócić… no ale sam pan widzi. Nikt niczego nie kontroluje, nie ma żadnej łączności.
- No dobra, ale co z Gruszeckim? – Mariusz nie wierzył, że Gruszka porzuciłby stanowisko w takiej sytuacji.
- Nie wiem, naprawdę nie wiem. Miał pod eskortą policji obejść najważniejsze markety i hurtownie żywności. Od tamtej pory go nie widziałem.
- Jasna cholera… Są chociaż jakiekolwiek wieści spoza Miasta?
- Wczoraj jeden radny z innego ośrodka dojechał na rowerze. To samo. Rozumie pan?! Wszędzie to samo! To katastrofa!
- To znaczy, że o jakichkolwiek dostawach pomocy można zapomnieć?
- Jakiej pomocy, człowieku?! Nie będzie żadnej pomocy!
- Przecież ktoś wreszcie do kurwy nędzy musi zareagować!
- Niby kto? Każdy jest w tej samej sytuacji!
- Skąd ta pewność?
- A widziałeś pan tutaj jakieś helikoptery? Wojsko? Cokolwiek? Przez 24 godziny nie ma jakiejkolwiek łączności z największym ośrodkiem miejskim w tej części kraju i nikt nie

49




sprawdza co się stało? To wszystko te rozbłyski…
- Rozbłyski? – Mariusz nie dowierzał temu co słyszał.
- Rozbłyski. Nie oglądał pan wiadomości? Ostrzegali, że będzie miała miejsce największa burza słoneczna od dziesięcioleci, może nawet stuleci. Mówili, że telefony mogą wariować.
- No, rzeczywiście. Ładne mi „wariujące telefony”.
- Może się pomylili i wyszło jeszcze gorzej? Skąd mam wiedzieć?! Jestem kurwa architektem miejskim, a nie Hawkingiem!
- Facet, opanuj się!
- Okej, dobra, przepraszam. Poniosło mnie. Ja naprawdę nie wiem.
- Nikt nie wie. Zresztą to bez znaczenia, liczy się efekt. Miałem chociaż nadzieję, że jakoś opanujecie sytuację, ale widzę że można już liczyć tylko na siebie.

     Mariusz skierował się do wyjścia, jednak mężczyzna chwycił go za płaszcz.

     - Panie Mariuszu, niech mnie pan tu tak samego nie zostawia – ton jego głosu był wręcz błagalny.
- Przecież nie będę tu z tobą siedział do usranej śmierci. Nie powinieneś wrócić do rodziny?
- Nie mam tu żadnej rodziny. Dlatego zgodziłem się zostać na noc.
- Umiesz coś konkretnego? Otwierasz zamki? Umiesz się tłuc? Cokolwiek? Mamy pełno

50




ludzi, potrzebujemy tylko kogoś kto umie coś szczególnego. Inaczej jesteś tylko gębą do wykarmienia.
- Yyy… no… ja…
- Tak myślałem. Cześć.
- No ale tak nie wolno!
- Wszystko wolno, odpieprz się.

     Facet złożył błagalnie ręce i padł na kolana, wlókł się za Mariuszem niemal do samego wyjścia, ale nie odważył się przestąpić przez próg – klęczał na wejściu łkając. Świat poza magistratem był już dla niego całkiem obcy – minął czas gdy na koszt podatnika mógł wozić się służbowymi samochodami magistratu i brylować na imprezach w nowym, szytym na miarę garniturze. Tamten świat się skończył i szybko nie powróci. Tutaj nie było dla niego miejsca. Mariusz zaczął drogę powrotną. Nie oglądał się za siebie.

     Kolejne dni nie przyniosły poprawy. Ilość pożywienia dostępnego w Mieście dramatycznie malała. Pomiędzy budynkami pojawiły się sklecone naprędce barykady. Już pod koniec pierwszego tygodnia poszła między mieszkańcami poszła plotka, że Komendę Główną Policji opanowali bandyci - była to jednak tylko połowicznie prawda. Tak naprawdę funkcjonariusze dokonali przebranżowienia, a mając dostęp do broni

51




palnej, mieli niepodważalną przewagę. Przynajmniej tak długo jak posiadali amunicję.

     Osiedle Mariusza znajdowało się jednak w drugiej części Miasta – policja nie zapuszczała się tak daleko. Nawet oni posiadali ograniczone zasoby. Pomimo rzetelnej polityki racjonowania, przechowywania i ciągłych wypraw, teraz już dwóch zespołów, zapasy nie powiększały się, zaś noce były coraz dłuższe i chłodniejsze. Okoliczne bloki, te które nie zostały doszczętnie splądrowane, utworzyły koalicję wydzielając wspólne patrole na rzecz bezpieczeństwa. Był to jednak bardzo kruchy układ – kwestia aprowizacji pozostawała w zarządzie każdego z kolektywów z osobna, a im mniej było zapasów, tym bardziej narastały wzajemne antagonizmy. Każdy wiedział w jakim kierunku to zmierza.

     - Mariusz, powinniśmy się stąd wynosić – powiedziała Gośka – Mija dopiero drugi tydzień, a już w tej chwili część naszych mieszkańców głoduje.
- W jedenastce i czwórce jest jeszcze gorzej. – skwitował Łukasz- Podobno zjedli już zwierzęta domowe.
- Mariusz – zaczęła znów Gośka – musimy wyjść z Miasta. Nic dobrego tu nas nie czeka.
- Dobrze Gosiu.

52




Świetnie. Powiedz mi tylko: co dalej?
- Musimy znaleźć odpowiednie miejsce do osiedlenia i zacząć jeszcze raz.
- Rzeczywiście, to takie proste – ironizował – że też sam o tym nie pomyślałem.

     Mariusz wstał i podszedł do okna. Na szybach, nawet wewnątrz mieszkania, widać było piękne fraktalne wzory utworzone przez mróz. Patrzył na podwórze gdzie grupka ludzi uwijała się przy opróżnianiu latryn z nieczystości. Minęły tylko dwa tygodnie odkąd zaczęło się to szaleństwo, a Mariusz czuł się dziesięć lat starszy.

     - Mamy tu około pięćdziesięciu rodzin. Około sto pięćdziesiąt osób – nie odwracał wzroku od okna – Co mamy zrobić? Powiedzieć: „pakujcie co macie, bo wyruszamy w nieznane”?
- A czy mamy lepszą możliwość?
- Gośka, zbliża się zima. Rozumiesz? Mrozy, śnieg i całe to gówno. Potem wiosna, przednówek. Zero jedzenia. Zero. Tutaj mamy jeszcze jakieś szanse, mamy schronienie. Może zwiadowcy coś znajdą i podratujemy sytuację żywieniową.
- Sprawdzili już wszystko. Zapuszczanie się dalej jest niebezpieczne.
- Musimy jakoś przeczekać. Przetrwać. Obetniemy racje żywnościowe. Najsłabsi umrą, ale reszta

53




przetrwa do wiosny, a wtedy możemy wyruszyć na południe. To nasza jedyna szansa.
- Mariusz, do kurwy nędzy, minęły dopiero dwa tygodnie a już jesteśmy praktycznie bez rezerw! A ty mówisz o przetrwaniu do wiosny?
- Gośka ma rację – odezwał się Łukasz – Kompletnie cię pojebało.
- Chcecie tam zdechnąć? Proszę bardzo! Droga wolna, ja wam nie wróg – bierzcie ile jesteście w stanie unieść i wypierdalać.
- Uważaj bo tak zrobimy.
- I bardzo dob…

     Nie dokończył. Drżenie szyby. Coraz silniejsze. I ten dźwięk – tak dawno go nie słyszał, niemal nie zwrócił na niego uwagi.

     - Silnik.
- Co?
- Słyszycie?! Silnik!

     Drżenie szyb nasilało się.

     - Jezu! – krzyknął Łukasz – Jakieś naprawdę ciężkie bydlę!

     Pomyśleli o tym samym.

     - Wojsko!

     Wybiegli przed blok, zresztą nie oni jedyni. Wszyscy okoliczni mieszkańcy wyszli ze swoich kryjówek i biegli w kierunku głównej ulicy.

     - Koniec! – pomyślał Mariusz – To wreszcie koniec tego burdelu! Jednak nie wszystko stracone!

     Środkiem pustej jezdni poruszała się długa kolumna czołgów i transporterów bojowych. Za nimi ciężarówki zaopatrzeniowe. Cała masa ciężarówek. Uradowani

54




ludzie krzyczeli i machali do dowódców czołgów dumnie siedzących we włazach wieżyczek. Mariusz czuł jak łzy radości spływają po jego policzkach – wreszcie jest ktoś, kto zaprowadzi porządek. Koniec z odpowiedzialnością za wszystkich. Koniec z rozmyślaniem o jedzeniu i wodzie. Pewnie – nie wszystko od razu wróci do normalności, ale już sama nadzieja lepszego jutra wiele zdziała.

     W całym tym hałasie i zamieszaniu nikt nie miał jednak szansy usłyszeć dowódcy kolumny.
- Посмотрите, ребята. Так много новых руками работать. Так много рабов.

     

55




Wyrazy: Znaki: