Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin
ikonka komentarza

Ostatnia granica cz V

Autor: Nives twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




Obudziło mnie światło. Na wpół leżałam w fotelu drugiego pilota przykryta kocem, z głową na zwiniętej kurtce Lodsa. Przez chwilę leżałam, kontemplując swoje odbicie w szybce jednego ze wskaźników. Mogłabym się dziś schować bez większego starania. Czułam się szaro i tak wyglądałam. Wstałam i wyszłam przed pojazd. Ki z Lodsem siedzieli przy małym ognisku piekąc ryby na kamieniach. Jak tylko podeszłam wręczyli mi talerz, więc usiadłam na piasku i z wolna zaczęłam skubać morskie zwierzę, gapiąc się w leniwy ocean, na brzegu, którego wylądowaliśmy.
- Nie sądzę żebyśmy stamtąd mieli więcej szans. Tam są cztery bazy wojskowe, ciężko będzie trafić w jakiś martwy punkt, żeby naszego sygnału nie ściągnęła nasza satelita.- Lods i Ki byli już w pełnym stadium planowania. Ki mówił szybko. Widać było, że wojskowy kolega zaczął już tracić cierpliwość. – Myślę, że łatwiej będzie przedostać się na Padi. Mam paru znajomych, możemy spróbować przedostać się z transportem żywności. Jak będziemy w miarę bezpieczni, zaplanujemy co robić dalej.
- Chce się wydostać z Konsorcjum – oświadczyłam pewnie.
-

1




Właśnie to zrobiliśmy – powiedział Lods z pełnymi ustami. – Są ćwierć planety od nas!
-Nie!- Pokręciłam głową.- Chcę się naprawdę wydostać. Tak żebym nie musiała się oglądać codziennie za siebie, czy mnie ścigają czy nie. Żeby nie wisiała nade mną wizja kolejnego zadania za dobre pieniądze, które nie wiadomo czy dam radę odebrać żywa! Chcę w końcu mieć własne życie!
Cisza dzwoniła w uszach.
- Nawet nie znasz innego życia – wtrącił się Ki. – Całe życie jesteś w Konsorcjum, byłaś półrocznym bobasem jak trafiłaś do Mogomi. Nie wiesz, na co się rzucasz.. Będą nas ścigać, jak znajdą – zabiją. Lepiej się gdzieś przyczaić. Szczególnie, że nie wiemy, co z Okane, co on wie i dlaczego zniknął. Jeśli Służba go aresztowała, to trafił do więzienia. A stamtąd wiesz …..
Lods podniósł gwałtownie głowę zorientowawszy się, że ominął go dosyć istotny wątek, ale nie odezwał się.
-Nie sądzę, żeby go przejęli – powiedziałam pewnie wyciągając odznakę. Pamiętasz ile razy Okane narzekał, że ona mu się odpinała? Gubił ja regularnie. Kiedyś dorobił do niej taką blaszkę zaciskową. Bez

2




zdjęcia blaszki, niemożliwe było zdjęcie odznaki z munduru. Patrz…. Blaszka ciągle tu tkwi, co oznacza..
- Że Okane prawdopodobnie sam ją zdjął – przerwał podekscytowany Ki.
- Nie ekscytujcie się tak bardzo! – Lods nadal miał ponurą minę. –To zbyt daleko idące domniemanie, Okane jest jeden, już dawno mógł wpaść w łapki Służby lub swojej jednostki.
Ki podniósł się z piasku. Jego ogon metodycznie kiwał się w lewo i prawo, co oznaczało, że myśli i planuje.
- Trzeba się dostać tam, gdzie najłatwiej będzie zdobyć informacje. – Zaczął mówić po chwili. - Musimy się dowiedzieć, jaki był zamysł Mogomi Daja w sprawie sprzedaży naukowców. Ta wiedza, a może jakiś dowód, dadzą nam przewagę. Możemy stanąć krok przed pościgiem. Niestety, możemy również być pewni, że za nami pójdą. Wasze sygnatury zniknęły, moją osłabiłem, ale jeśli mam pilotować to musze ja zachować. Jest do odczytania z bliskiej odległości. Proponuję Padi. Tam znajdziemy pewniejszy statek i spróbujemy na Forumo. – Spojrzał na mnie z nadzieją.
Skinęliśmy tylko głową. Forumo oprócz tego, że było siedzibą kilku istotnych dla Mogomi

3




zakładów produkcyjnych, było także miejscem spotkań chyba największej ilości półświatkowych organizacji, przemytników, typów spod bardzo ciemnej gwiazdy. W każdej dziurze w ziemi czaił się jakiś podejrzany handlarz. Z drugiej strony ja czułam się na Forumo całkiem nieźle. Sporo mieszańców, wśród których można było zniknąć jak piasek na pustyni, sporo skrzywdzonych przez los, istot w wiecznej depresji. Do tego niezły alkohol. Idealne miejsce na zniszczenie sobie reszty życia, lub zdobycie informacji. Sama znałam, co najmniej pięciu „kablarzy” z zamiłowania, który po paru piwach lub butelkach Kogi, sypali plotkami z całej tej Galaktyki, a czasami i kolejnych. Na tej planecie znajdowały się jeszcze dwie kolonie karne, oraz spory posterunek Straży. Ten miał za to tyle samo strażników prawa i porządku, co kombinatorów i naciągaczy. Jeśli czegoś na Forumo należało się bać to głównie jadowitych węży, braku pitnej wody i strzału w plecy z ukrycia. Reszta była do zniesienia.
Wisiało nad nami jeszcze kilka poważnych rozmów, ale to nie był ani czas, ani miejsce. Musieliśmy uciekać jak najszybciej, zanim Mogomi zorientuje się,

4




gdzie jesteśmy. Ki szybko rozdzielił zadania i zajęli się z Lodsem przeglądem zapasów. Ja robiłam diagnostykę transportowca i sprawdzałam jego stan. Wyglądało na to, że Ki ukradł całkiem przyzwoity pojazd, powinniśmy bez problemu dolecieć na Padi, a jeśli byłoby trzeba, to i na Forumo. Po niespełna dwóch godzinach byliśmy gotowi do drogi. Po kolejnych 10 minutach przez niewielkie okno mogłam obserwować oddalającą się od nas atmosferę okalającą Jura 20. Nie śmiałam mrugnąć, dopóki była ona w zasięgu mojego wzroku. Ki celowo chciał odlecieć trochę dalej niż zwykle, zanim wszedł w nadprzestrzeń. Daleki sygnał nie powinien przykuć uwagi satelitów z planety. Im później tu dotrą, tym mniejsza szansa, że nas wytropią.
Mały stateczek lekko trzeszczał przez dalsze kilkanaście godzin. Ki w miedzy czasie dwukrotnie wychodził w nadświetlnej zmieniając lekko kurs, żeby na wszelki wypadek zmylić pościg. Za trzecim razem ustawił wyjście dokładnie kilka tysięcy kilometrów od Padi, włączył autopilota, i podobnie jak ja i Lods, pogrążył się w drzemce.
To nie był spokojny sen. W ręce trzymałam odznakę Okane. Była jak mój

5




amulet. Choć tak na prawdę wcale go nie potrzebowałam. Nigdy nie potrzebowałam niczego, żeby mi o nim przypominało, od pierwszego dnia połączyła nas więź. Czasami była słabsza, czasami nawet z naszej winy, ale nigdy nie znikała. Umiałam go przywołać w myślach bez względu na czas i miejsce. Ciemne włosy, ciemne oczy, skóra człowieka nawykłego do przebywania na słońcu. Najbardziej lubiłam go zaraz po przebudzeniu. Wpół przytomnego, z niewinnym wyrazem twarzy, prawie bezbronnego, jeśli tylko zacząć go łaskotać. Wysoki, silny i barczysty, chichotał jak dziecko. Zdejmując mundur, zdejmował maskę bezlitosnego twardziela. Zostawał zwykłym facetem.
Poczułam, że Ki na mnie patrzy.
- Najpierw uratujemy swoje dupska i mój ogon, a potem zajmiemy się Okane. Obiecuję! Ale wszystko po kolei.
- Wiem, wiem…. Tylko wspominałam… - odparłam leniwie. Słyszałam jak zaśmiał się lekko.
- A którą część? Jak całą noc was szukaliśmy po Festynie Wiosennym? A ta kłótnia tuż po bitwie nad Ughri…. Poezja.. No i jakieś dwieście razy, kiedy nawzajem ratowaliście sobie tyłki przed stuprocentową śmiercią. Naprawdę nie ma pojęcia jak wam

6




się za każdym razem udawało….
- Czasami ty też dobrze przyłożyłeś swój ogon do sprawy..
- Pamiętam jak się poznaliście – oświadczył po chwili. -Od tamtego dnia był innym facetem. Przestał narzekać i marudzić, był bardziej skupiony, spokojniejszy, weselszy. Mimo, że byłaś wtedy taka smarkata. Cokolwiek by się miedzy wami działo, czy się kłóciliście, czy graliście w jednej drużynie, czy któreś akurat miało jakiegoś chwilowego towarzysza… Zawsze byliście dla siebie.
Mimo, że Ki mówił pogodnie, chcąc poprawić mi humor ja nadal tkwiłam w zaklętym kręgu. Kiedy wykonywaliśmy zadanie nie wolno było płakać, załamać się. Należało myśleć tylko o tym, co zrobić żeby zrealizować swoje punkty i wrócić do domu. Na siłę wpychałam swój mózg na te tory, bo w przeciwnym wypadku złamie się, a wtedy cały plan zmieni się w egzekucję.
Alarm załączył czerwone światło nad głową Ki.
-Wychodzimy z podprzestrzeni – oświadczył. – Hej Lods!! Obudź się Księżniczko! – Wrzasnął na całe gardło. Lods wyrwany ze snu usiadł gwałtownie szukając wroga. Ki zarechotał, ku wyraźnej dezaprobacie malującej się w

7




zaspanych oczach Lodsa. – Jesteśmy 5 tysięcy kilometrów od Padi. Zajmijcie stanowiska, uszy, oczy otwarte.
Lekkie szarpnięcie wyprowadziło nas w znacznej odległości od planety. Majaczyły jej niewyraźne zielone kontury. Ki przez chwilę sprawdzał czujniki, ale ponieważ nie dostrzegł niczego podejrzanego, niespiesznie zaczął zbliżać się do południowego bieguna planety. Po wejściu w atmosferę Ki ustawił kurs i powiedział:
- Wygląda na to, że nasza wizyta nie była oczekiwana. Polecimy do magazynu zasobów na południowym kontynencie. Stacjonowałem tam jakiś czas.
Podróż trwała jeszcze ponad trzy godziny, przeciągnięta do granic możliwości, żeby tylko nie zwrócić na siebie uwagi. Ki wylądował na publicznym lądowisku w pobliżu małego miasteczka. Jedno z wielu takich samych na Padi – skup żywności, paręnaście chatek, hotel i bar z burdelem. Skierowaliśmy się do miasta, w nadziei na coś do zjedzenia, i jakiś kontakt ze znajomymi Ki. Nie zdążyliśmy wyjść z terenu lądowiska, kiedy jakaś dziewczynka zaczęła krzyczeć pokazując palcem w naszą stronę. Stanęliśmy jak wryci, ale matka małej szybko wyjaśniła w swoim

8




pochrząkującym języku, że dziewczynce spodobał się warkocz kolegi z ogonem. Ki pociągnął mnie od razu między budynki strażników lądowiska.
- Masz – podał mi nóż i usiadł na niskim murku. –Tnij!
Przez chwilę się zawahałam. Długi warkocz był jego dumą, ale niestety też znakiem rozpoznawczym. Podobnie zresztą jak ogon i dosyć wysoki wzrost, ale z tym niespecjalnie dało się coś zrobić. Ki już rozplatał włosy. Chwyciłam pewnie ostrze i metodycznie przycięłam wszystkie pasma jakieś 3 centymetry od skóry. Podczas gdy Ki otrząsał się z szoku, Lods w milczeniu zebrał czarną kupkę włosów i wrzucił w naprędce wykopany mały dołek. Prawie biała skóra Ki przybrała niebieskawy odcień. Z doświadczenia wiedziałam, że jest zły i smutny. Hodował te włosy pewnie całe życie. Teraz nawet ogon smętnie się wlókł za nim po zakurzonej drodze.
Resztę drogi do miasta pokonaliśmy w milczeniu. Na szczęście wchodząc do baru nie wzbudziliśmy żadnego zainteresowania. Ki zamówił jakieś miejscowe danie dla całej trójki i poszedł pogadać z barmanem. Było wcześnie, słońce jeszcze nie dobiło zenitu. W barze siedzieli głównie

9




przyjezdni, jedli i popijali coś z butelek. Słuchać było szum rozmów, ale wszystko w miarę w jednym tonie, żadnych pijackich okrzyków. Przyniesione kluski mogły uchodzić za posiłek, natomiast nie poleciłabym ich nikomu. Zresztą, teraz liczyła się ilość pochłoniętej energii, a nie smak.
Dosyć szybko opuściliśmy przybytek, Ki wyprowadził nas poza miasteczko.
- Nie jest źle – oświadczył. –Jest tu jeszcze parę osób, z którymi można się dogadać, ale musimy wrócić wieczorem. Tymczasem nagrałem nam kupca na transportowiec.
- Wiesz, że jeśli nie zdołamy załatwić innego pojazdu, lub chociaż biletu na inny statek to utkniemy tu na długo. A Mogomi jest blisko.. – Lods nie omieszkał wytknąć dziur w planie.
- Nie mamy innego wyjścia. Nasze zapasy nie wyglądają powalająco, a nie zanosi się na szybkie przywrócenie do łask. Przykro mi, ale na razie będziemy żyć po niewłaściwej stronie granicy prawa, a do tego potrzebujemy środków płatniczych. Z tego, co widzę jest to jedyna wartościowa rzecz, jaką możemy sprzedać.
- Mam jeszcze Chakory… – przypomniałam.
- Oooo nie! Tego nie sprzedamy – wyrwał się Lods.- I to nie

10




podlega dyskusji!
- Nie jestem pewna czy dobrze, że już chcesz sprzedawać nasz jedyny transport. Lods ma racje, szczególnie, że jeszcze nie rozmawiałeś z żadnym, ze swoich znajomych. Zostaniemy z ręką w nocniku, jeśli coś nie wypali….
-Viga, jak zwykle jesteś zbyt asekurancka! Jakoś damy sobie radę. Jak zawsze! – Ki nerwowo machnął ogonem, nie lubił, jak ktoś kwestionował jego decyzje.
- A ty jesteś jak zwykle w gorącej wodzie kąpany! Za wcześnie!
- Z tego, co się dowiedziałem, bez problemu można zdobyć fuchę na statkach transportowych z żywnością lub karboksytem. Małe kłamstewko tu i tam, i za parę dni będziemy na Forumo. Musimy tylko spieniężyć pojazd. Wszystko będzie dobrze.
- Ty mówisz „dobrze”, a ja nad tą twoją rozpiska widzę wielki, migający baner z napisem „śmierć”!
Lods w końcu nie wytrzymał.
- Zamknijcie się już oboje! Ki zrobił, co zrobił.. Teraz to i tak już za późno, żeby to odkręcić. Chodźmy na lądowisko. Trzeba przypilnować maluszka, zanim go sprzedamy.
Wchodząc do transportowca szybko zajęliśmy się tym, żeby w żaden sposób nie można było nas przez niego namierzyć, gdybyśmy musieli

11




nagle go opuścić. Wystarczyło, że każdy z nas był na tyle rozpoznawalny, że wpadlibyśmy przy pierwszym przesłuchaniu naszych domniemanych kontrahentów. Człowiek z protezą zamiast ręki, wysoki chudzielec z ogonem, a na dokładkę mała, piegowata kobieta. Nasza możliwość ukrycia się była wyraźnie ograniczona. Skupiliśmy się wiec na rejestrach dziennika pokładowego, możliwych śladach genetycznych, lub po prostu zapomnianych przedmiotach. Usiedliśmy przed statkiem i zorientowaliśmy się, że barman musiał puścić farbę w kilka, co najmniej punktów. Co rusz podchodzili do nas nieznani handlarze, oferując za pojazd kwoty co najmniej żałosne. Po kilku próbach targu odchodzili, ale było widać, że nadal ostrzą sobie zęby. Jeśli tylko zostawimy go niestrzeżonego, zniknie po minucie. Kiedy słońce zaczęło zachodzić, było jasne, że ktoś musi zostać, a ktoś iść do baru sprawdzić nasze szanse na wydostanie się z Padi. Lods robił lepsze wrażenie niż ja, wiec został przy transportowcu. Oczywiście udawałam obrażoną na tak jawną niesprawiedliwość, ale w głębi duszy doskonale zdawałam sobie sprawę, że gdyby napastników było

12




więcej niż dwóch – moje szanse na obronę równałyby się zeru. Nie, dlatego że nie umiałam strzelać, czy też obronić się nożem. Ba, umiałam nawet nieźle przyłożyć z pięści. Ale fakt był faktem, że byłam niewielka, chuda no i fizycznie słabsza od mężczyzn. Bezpieczniej dla mnie było iść z Ki do baru.
Siedziałam przy barze starając się obserwować otoczenie – w tym byłam najlepsza. Założyłam włosy za uszy, niezauważalnie podkręcając implant i nadsłuchiwałam. Ki czuł się tu znakomicie. Wygrał coś w karty, ale nie na tyle, żeby zdenerwować miejscowych pijaczków, wpił morze Kogi. W pewnym momencie zaczął z kimś rozmawiać. Na ustach miał uśmiech, ale wyraz jego twarzy mówił, że to poważna rozmowa. Po chwili jego znajomy wyszedł, a Ki zwrócił się z uśmiechem do siedzących przy stoliku dwóch dziewczyn. Zajęłam się swoją butelka, acz z lewej strony kątem oka zauważyłam ruch. Stało tam trzech lekko podpitych Padi, widać ze nawzajem się motywują, kto ma do mnie podejść. Zaklęłam w duchu. Może udawać, że ich nie rozumiem….
- Jesteś Udaha? – Zapytał najwyższy z nich.
- Nie – odparłam.
-

13




Mieszaniec?
- Nie – Ki gdzieś zniknął. Miałam nadzieję, że mój nowy „przyjaciel” nie będzie próbował nic więcej, niż rozmowy.
- Chętnie bym sprawdził czy twoje geny pasują do moich, wyglądasz interesująco!
To już słyszałam nie raz. Głównie ze względu na oczy. Jasne oczy prawie się nie zdarzały. Prawdę mówiąc Wiliani był jedynym, ze znanych mi osób, który miał jasne oczy. Na ogół spotykało się brązowe, czarne, piwne. Niebieskie Wilianiego i moje szarozielone należały do unikatów.
- Wiesz, nie sądzę. Mój gatunek jest mało przyjazny. – Mówiąc to przyuważyłam Ki wchodzącego za jakieś drzwi z tymi dziewczynami, które wcześniej siedziały przy stoliku. To chyba znaczyło ze jeszcze tu posiedzę.
- To może zamówię ci jeszcze jedno Kogi. Spróbuje przełamać twoja wrogość, co? – Padi bardzo się starał. W sumie jedna butelka mnie nie zbawi, a poza tym póki Ki nie da mi znaku, jestem uziemiona.
Skinęłam mu głową.
- Na długo przyjechałaś? – Zapytał mój nowy kolega.
- Jak wszyscy tutaj, zależy jak pójdą interesy.
- Sprzedajesz coś, czy kupujesz? – Niemrawo zaczął przesuwać palcem po moim ramieniu,

14




próbując wyczuć czy będzie musiał mi zapłacić.
- Kupuję informacje, głównie handlowe. Ale ty nie masz chyba nic, co by mnie zainteresowało – udawałam niewiniątko. Mój adorator był Padi, a to znaczyło, że jest babiarzem. Wystarczy się dowiedzieć, co go kręci.
- Och kochana – wypiął dumnie pierś.- Nie doceniasz mnie! Plotki tej Galaktyki to moja specjalność. A nawet nie tylko tej, byłem niedawno w Małej Wieży!
O i tu cię mam! Pokiwałam głową z niedowierzaniem.
- Jak to w Małej Wieży? Daru podobno zablokowało całą przestrzeń!
- Ależ skąd! – Był zachwycony ze może mnie wyprowadzić z błędu. – Tylko Układ Omy! Kręci się tam Mogomi i Ibeda. Ale i tak to długo nie potrwa!
- Nie rozumiem… Daru ich wypierają?
Padi roześmiał się w głos, wyraźnie rozbawiony moją niewiedzą.
- Daru? Sami ich nakłaniali na bazę na Omie. Daru czekają na zapłatę, podobnie zresztą jak Ibeda. Mogomi dogadało się z nimi, za jakąś kolosalna sumę. Jak tylko Mogomi Daja wysuszy swój skarbiec, cała Oma będzie ich.
Z daleka widziałam, że Ki wychodzi zza tajemniczych drzwi. Z boku zmierzał do niego wielki Padi, wyraźnie rozjuszony.

15




Przeprosiłam Padi pod pozorem skorzystania z toalety i przepychałam się do niego. Nie zdążyłam na czas – Ki właśnie dostawał pierwszy cios w twarz. Odbijając się od krzesła, wyskoczyłam jak umiałam najwyżej, rzucając się olbrzymowi na plecy. Zacisnęłam mu ręce na szyi, a nogi tuz pod przeponą, na chwilę go unieruchamiając i pozbawiając oddechu. Ki zaczął się zbierać z podłogi, reszta pijaczków dopiero spostrzegła, że chyba coś się dzieje. Niestety mój przeciwnik postanowił się mnie pozbyć. Uderzył swoimi plecami, do których nadal byłam przyczepiona, w najbliższą ścianę. Na chwilę mnie zamroczyło, odpadłam od niego jak napita odrzyskóra. Na szczęście Ki zdołał mnie chwycić i bocznym wyjściem, potykając się o siebie, wybiegliśmy z baru. Schowaliśmy się trzy uliczki dalej za śmietnikami. Czułam, że mam złamane żebro lub dwa, z trudem oddychałam. Z brwi Ki sączyła się strużka krwi.
- Załatwiłeś? – Zapytałam w końcu.
- Tak…. Dasz radę iść?
- Tak.
W połowie drogi przystanęłam. Żebra mnie bolały, musiałam odpocząć i złapać oddech.
- Wezmę cię na plecy – zaproponował Ki.
- Nie chcę, daj

16




mi chwilę..
- Daj spokój, będzie szybciej, nie rób z siebie bohaterki widzę, że cię boli.
- Odwal się, Ki – warknęłam przechodząc obok niego.
Chwilę szliśmy w ciszy.
- Dzięki za pomoc – wybąkał.
- Nie byłaby potrzebna gdybyś nie był takim idiotą! – Warknęłam.
Ki zmarszczył brwi i urażony założył ręce na piersiach.
- Nie jestem idiotą, jakoś tak wyszło!
- Jakoś wyszło? – Czułam, że podnosi mi się ciśnienie. –Nie dosyć, że ujawniłeś położenie naszego statku, przez co Lods musiał zostać sam. Poderwałeś dwie niewolnice, dzięki czemu dostałeś łapkach, a ja przy okazji. Przez tą awanturę ktoś na pewno nas zapamiętał, a nie o to chodziło. I na dodatek zgubiłeś, kurwa, but! – Pokazałam mu na gołą stopę.
Resztę drogi przebyliśmy w milczeniu. Na lądowisku powitał nas Lods uzbrojony w długą cienką rurkę. Spojrzał na nas i rzekł pogardliwie:
- Widzę, że zabawa była przednia!
- Miałeś gości? - Ki zignorował uwagę, wskazując na uzbrojenie kolegi.
- Tak, ale nie byli przygotowani do dyskusji. Chodźcie, zobaczymy wasze szkody.
Lods opatrzył brew Ki kilkoma klamrami i poszedł przetrząsać luki

17




transportowe. Wcześniej dojrzeliśmy tam zapasowe ubrania poprzedniej załogi. Ki wstrzyknął mi koncentrat w uszkodzone żebra. Szkoda, że z postępem medycyny nie idzie też bezbolesność zabiegów. Dzięki koncentratom, kości goiły się maksymalnie po tygodniu, ale sam zabieg był bolesny jak sto diabłów. Nadal byłam wściekła na Ki, ale skoro już musiałam się przed kimś rozebrać to wolałam żeby to był on. Przynajmniej nie należał do mojego gatunku. Paradowanie w bieliźnie przed drugim człowiekiem byłoby dla mnie kompromitujące i niezręczne. Ki kończył bandażować moje żebra, kiedy Lods wrócił z dwoma parami butów do wyboru. Wyglądało na to, że nasza wycieczka skończyła się względnie szczęśliwie. Niestety, nie mieliśmy już dawnej dynamiki. Nic dziwnego – byliśmy tylko połową zespołu. Mia nigdy nie była na kontrakcie, była wolna, więc cała ta szopka prawdopodobnie ją ominęła. Kommon i Okane, jako żołnierze, prędzej otrzymaliby zadanie odprowadzenia nas do nowych właścicieli. Ki zresztą podobnie, z tą różnicą, że zerwał się ze smyczy. Ja i Lods jechaliśmy na tym samym wózku.
Leżałam na podłodze

18




transportowca próbując opanować fale bólu, które raz po raz przetaczały się po mojej klatce piersiowej. Cierpliwie czekałam, aż zastrzyk przeciwbólowy obejmie pełnię władzy. Słyszałam jak w tle Ki streszczał swoją rozmowę ze znajomym. Dostaniemy miejsca na jego statku, leci w pobliże Forumo. Mgła powoli zasnuwała moją świadomość, uznałam ze na moje rewelacje przyjdzie jeszcze czas.
Obudziły mnie głosy dochodzące z zewnątrz statku. Zanim poruszyłam choćby palcem, przestudiowałam stan własnego samopoczucia. Ostry szarpiący ból klatki piersiowej przeszedł już w tępe ćmienie, a więc koncentrat działał. Miałam paskudną migrenę, a od leżenia na podłodze bolały mnie plecy. Generalnie jednak, nadawałam się do dalszej podróży. Głosy ucichły, Ki wszedł do pojazdu.
- Jak się czujesz? Wyspałaś się? - Zapytał pochylając się nade mną.
- Jakbym wypiła beczkę Kogi.. - Zaskoczyło mnie, jak słabo zabrzmiał mój głos.
- Przyniosę ci śniadanie i przy okazji pogadamy.
Po chwili wkroczył z miską buro zielonej papki. Pomógł mi usiąść i wręczając mi podejrzany posiłek, zaczął mówić.
- Mamy opcję na ten transportowiec.

19




Kumpel leci z transportem owoców, blisko Forumo, ten sam układ. Plusem jest to ze to mała planetka, żadne Konsorcjum ręki tam nie trzyma, więc łatwo będzie zdobyć transport. Możemy spróbować polecieć naszym obecnym środkiem transportu – zamachał sugestywnie ręką w kierunku sufitu. Będziemy bardziej niezależni, ale kompletnie bez kasy. W międzyczasie będziemy musieli omówić, co dalej. Rozmawiałam już z Lodsem, on chce zniknąć, przyczaić się.
Przerwałam siorbanie śniadania.
- Nie ma mowy! Nie będę uciekać do końca życia!
- Mogomi nie anuluje twojego kontraktu. Ani żadnego innego. Pracownik kontraktowy, albo ginie w trakcie wykonywania zadania albo, jeśli ma dużo szczęścia, przechodzi na starość w stan spoczynku. Dostałaś szansę uniknięcia niewoli, Konsorcjum cię przeszkoliło, płaci ci pensję, a ty w zamian robisz wszystko, co ci każą. Tak to działa! Gdyby nie to, że ktoś z sierocińca uznał, że jesteś bystra i warto cię uczyć, zamiast do szkoły trafiłabyś na targ! - Ki mówił to z beztroską w głosie. Byłam zaskoczona, że umie tak mówić o istotach żyjących i czujących.
- Czyli dla ciebie też jesteśmy ledwie

20




żywymi narzędziami? Zawsze można nas wymienić, jak niewolnika! Myślałam, że znaczymy dla ciebie cos więcej! - Wypaliłam mu w twarz.
-Viga, no jasne, że tak! I ty, i Lods i wszyscy inni kontraktowi! Bez was połowa Korporacji już dawno by nie istniała, a większość z nas, wojaków zżarłyby już robale. Ale uświadom sobie stan faktyczny. Ani Mogomi, ani żadna inna Korporacja nie zwolni pracownika z kontraktu. To właśnie on chroni ich przed zdradą z waszej strony. Umiecie i wiecie za dużo.
- Ale powinien też chronić przed niewolą, na która się nie godzę!
- Na razie nie wiemy, o co chodzi! Nie wiemy, jakie są plany Mogomi, a ta wiedza mogłaby poprawić nasza sytuację. Póki nie staniemy na Forumo, każda dyskusja będzie kończyła się gdybaniem. I nie próbuj niczego na własna rękę. Okane by mi ogon urwał, gdyby coś ci się stało – dodał lekko.
Jego mina jednak mówiła wprost, ze skończył dyskusję. W milczeniu kończyłam śniadanie. Rozumiałam Ki – nawet informacje od Padi nie zmieniłyby jego zdania, bo nie były pewne. To było tylko przypadkowe źródło, a Ki takim nie wierzył. Strzępy ujawnionych przez miejscową gadułę

21




informacji, uświadomiły mi tylko ze nie unikniemy pościgu. Mogomi stanie na głowie żeby nas ściągnąć z powrotem i przekazać w ręce Ibedy lub Daru. Byliśmy warci konkretne pieniądze. Każdy z pracowników kontraktowych zaczynał podobnie – od braku innych możliwości. Żadne z nas nie miało pieniędzy albo rodziny, która stanęłaby za nami murem. Wyciągano nas z biedoty lub z sierocińców. Po setce testów i sprawdzianów decydowano, czym będziemy w przyszłości. Szkolono, uczono – czasami kilka, czasami kilkanaście lat. Tyle, żebyśmy wiedzieli wystarczająco dużo, a potem wysyłano w teren, najczęściej od razu w strefę wojny. Najpierw pod opieką starszych pracowników, potem samodzielnie. Ja na takiej praktyce byłam pierwszy raz mając 14 lat. Mówiono, że mam wybitny umysł, ale nie czułam tego. Głównie czułam strach.

22




Wyrazy: Znaki: