Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin
ikonka komentarza

Ostatnia granica VI

Autor: Nives twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




Większość dnia przespałam, co zawdzięczałam sporej dawce leków przeciwbólowych. Nigdy się nie broniłam, kiedy trzeba było wziąć coś na ból. Nie byłam na tyle głupia, żeby niepotrzebnie cierpieć. Kiedy obudziłam się wieczorem, na zewnątrz znów słychać było głosy. Wyjrzałam przez malutkie okienko. Lods i Ki rozmawiali ze starszawym Padi, najwyraźniej dobijając targu. Nie do końca zgadzałam się z Lodsem , że musimy zniknąć na zawsze. Konsorcjum zawsze nas znajdzie, obcięcie włosów to nie jest metoda na wymazanie swojej obecności. Zastanawiało mnie, dlaczego Lods tak bardzo chciał zostać pustelnikiem. Zawsze był wierny zasadzie, że nie ma beznadziejnych sytuacji. Wystarczy przemyśleć, przeanalizować, a rozwiązanie zawsze się znajdzie. Tymczasem od momentu drugiej odprawy, zamiast wejść w stadium ratowania własnego życia, był zagubiony jak małe dziecko. Owszem, uczestniczył w ucieczce i ciałem, i duchem. Wykonywał polecenia Ki bez mrugnięcia okiem, ale jego pragnienie zakopania się w dowolnej dziurze było dziwne. Mnie również traktował inaczej. Znaliśmy się jeszcze ze szkoły. Lods, co prawda był teoretykiem fizyki i

1




mechaniki kwantowej, ale dzięki kilku bojowym szkoleniom, na równi uczestniczyliśmy w misjach Konsorcjum. Nigdy nie był tak narwany jak Ki, ale lubił ryzykować. Nigdy nie musiał też mieć planu dopracowanego do ostatniej kropki, żeby zacząć działać. Pewnie dlatego, to właśnie on zdecydował się zejść ze mną do serwerowni na Gohu-No przed dwoma laty. Dzięki niemu wycofanie całej sekwencji zabezpieczeń, która zablokowała kapsuły trwało ledwie 4 minuty. Tak przynajmniej mówili, ja pamiętałam tylko strzępy.
Drzwi transportowca zaskrzypiały, Ki z Lodsem weszli do środka. Otrząsnęłam się z przemyśleń, zaskoczona, gdzie mnie znów doprowadziły. Zaczynały mnie niepokoić. Chyba jedynie Ki, albo Okane mogliby mi opowiedzieć, co się stało. Wcześniej nie chciałam tego słuchać, ale może nadszedł już ten czas.
Ki był zadowolony z kwoty, która uzyskali. Zaczęliśmy się zbierać i pakować. Kupiec przywiózł umówioną zapłatę i podrzucił nas na druga stronę miasteczka, w okolice magazynów żywności. Za parę godzin odlecimy stąd w bezpieczniejsze miejsce. Ledwie postawiliśmy nogi na platformie podbiegł do nas mały Padi, dzieciak

2




jeszcze i poprowadził do wnętrza magazynu. Tu podszedł do nas znajomy Ki.
Pochrząkiwali sobie z Ki w tym dziwacznym języku. Rozumiałam, co czwarte słowo, miałam więc nadzieje, że chociaż Lods panuje nad sytuacją. On też spędził tu dłuższy czas z ramienia Konsorcjum. Ki machnął na nas ręką. Poszliśmy za nim, podczas gdy on wyjaśniał nam sytuację.
- Zostaliście zatrudnieni, jako pracownicy maszynowni, ja lecę jako ochrona. Mamy wspólną kwaterę, ale jakoś damy radę. Ruszamy o świcie. Pamiętajcie, żeby jak najmniej zwracać na siebie uwagę, Viga załóż chustę na włosy.
Tuż przed wschodem słońca stawiliśmy się na stanowiskach pracy. Zajęłam się nadzorem lewego silnika manewrowego. W miarę lotu miałam nadzorować też poziomy chłodziwa w rdzeniu reaktora. Znajome dane, maszyny, kable, kryształy. Znajomy szum pracujących urządzeń. Zapach wwiercający się w nos, smar pożerający czyste ubrania, naelektryzowane powietrze. Zapadłam się w pracę, przez dwa dni praktycznie nie odezwawszy się do nikogo. Miałam wrażenie, że cofnęłam się w czasie. Że to tylko jedno z wielu zleconych zadań, góra za parę miesięcy wrócę na

3




chwilę na Jurę 20. Pójdę z Okane na Ohi-do-doshi, jeśli akurat będzie na miejscu. Zaszyjemy się gdzieś na parę dni, zwodząc wszystkich znajomych, że nie mamy czasu.
Czwartego dnia usiadłam przy swoim stanowisku jak zwykle. Silniki nie pracowały miarowo. Według mnie były przeciążone, powinniśmy wyjść z nadprzestrzeni przynajmniej na 4 godziny. Stary statek miał już swoje prawa. Termin jednak nas gonił i Pierwszy Mechanik nie podjął próby wytłumaczenia tego Kapitanowi statku. Trudno, trzeba było walczyć jak się dało. W ciągu dnia przyszedł do mnie Ki, który akurat miał przerwę.
- Naprawdę nigdy się nie dowiem, co takiego widzicie w tych brudnych maszynach! – Powiedział rzucając się na krzesło i zatapiając zęby w nieco czerstwej już kanapce.
- Wiesz, że w większości wcale nie są brudne? – Powiedziałam nie odwracając wzroku od monitora. – Cała hala reaktora jest sterylnie czysta, podobnie jak serwery i programatory. Dopiero hydraulika trochę ….
- No już, już!- Przerwał mi stanowczo. Nie znosił technicznych szczegółów. – W zasadzie chciałem się dowiedzieć jak nam idzie.
-Jeśli mam być szczera, to kiepsko –

4




odparłam wskazując na czerwone słupki na monitorze. – Statek ledwie się trzyma kupy, silniki są przestarzałe i ciągną na ostatnim oddechu. Bezpieczniej byłoby w tym, który sprzedaliśmy. Mam nadzieję, że Pierwszy Mechanik zdecyduje się na postój, bo spalimy napęd.
- Mówiłaś mu o tym?
- Lods z nim rozmawiał, ja nie bardzo mówię w Padi.
- Jakbyś miała problem, to daj znać – westchnął Ki przygładzając krótkie, nastroszone włosy.
Jak na zawołanie rozległo się głuche dudnienie. Spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo. Alarm rozległ się z komputera głównego, a słupki na moim monitorze jarzyły się wszystkie na czerwono.
- Co się stało? – Ki już stał i nad głową.
- Silnik się przegrzał, ale nie wiem, czemu system bezpieczeństwa go nie wyłączył! – Stukałam nerwowo po klawiszach, próbując mimo wszystko systemowo odłączyć silnik od głównego zasilania. – Będzie trzeba go ręcznie wyłączyć. Nie mam uprawnień, żeby zrobić to systemowo! – Wzięłam w dłoń komunikator. – Zawołam Pierwszego i kogoś wysokiego, sama tego nie zrobię, zaczepy są za wysoko.
- Hallllooo! – Ki przerwał mi. – Gdzie iść i co mam

5




robić? Jestem wysoki, przydam się!
- Zwariowałeś? Nie jesteś mechanikiem….
- Powiesz mi, co robić, a tymczasem wydaje mi się, że mamy mało czasu! - Ki starał się przekrzyczeć kolejne wyjące alarmy.
Wręczyłam mu szybko drugi komunikator.
- Idź do maszynowni, dwa pokłady niżej. Od schodów w lewo i do końca korytarza. Drzwi z lewej, tam są kolumny zawierające kryształy zasilające. Daj mi znać jak będziesz na miejscu.
W miedzy czasie pojawił się tez Pierwszy Mechanik, zdziwiony taką sytuacja. Ja byłam jeszcze bardziej zdumiona, że on o niczym nie wie! Stan jego statku pozostawał dla niego wielką tajemnicą. Czekałam na znak od Ki. Nie pozwolono mi jeszcze samodzielnie wchodzić do maszynowni, więc nie bardzo wiedziałam jak są zorganizowane kolumny zasilające. Pierwszy Mechanik na migi wskazał mi część odpowiadającą na trefny silnik.
- Jestem! Która kolumna? – Jak na zawołanie zgasło światło.
- Masz latarkę?
- Dwie! Która kolumna?
- Czwarta kolumna po lewej. Ale nie licz tej pierwszej w czarnej obudowie, patrz tylko na białe! Jak znajdziesz, zwolnij zaczep. To jest ta czerwona rączka od góry. Sekwencja powinna sama się

6




wysunąć.
Przez chwile słychać było tylko wycie alarmów. Temperatura silnika rosła niebezpiecznie, na dodatek drugi silnik tez zaczął się przegrzewać.
- Jest! Wysunął się! – Zaskrzeczał komunikator.
- Dobra, masz na pewno dwanaście kryształów. Mów, jakie!
- Yyyy od góry trzy żółte, dwa czerwone, czarny jeden. Trzy są chyba bezbarwne, jeden znowu czarny i dwa niebieskie albo zielone…
- To niebieskie czy zielone?
- No tak jakby seledynowe!
- Ki zdecyduj się, jakiego są koloru, bo jak wyciągniesz złe to reaktor zrobi „bum” – wrzeszczałam do komunikatora
- Poczekaj zmienię latarkę, bo ta chyba jest słaba!
- Ki słowo daję, że wyciągnę ci kręgosłup razem z ogonem, a potem wepchnę odwrotnie! – Wycedziłam przez zęby.
- Zielone, na pewno są zielone! – Nerwowo krzyczał Ki do komunikatora.
- Wyciągnij jeden zielony, potem ten pierwszy czarny od góry i jeden żółty. Nie ważne, który!
Po chwili odczuliśmy szarpniecie, a słupki na monitorze zaczęły wracać do odpowiednich parametrów. Alarmy stopniowo ucichły.
- Ki, wszystko ok? – Zapytałam.
- Tak, jak u was?
- Wyszliśmy z nadświetlnej. Będziemy sprawdzać, czy silnik nie

7




został uszkodzony, zrobimy pełną diagnostykę. Na pewno czeka nas postój. Możesz wracać na górę.
Pierwszy Mechanik poklepał mnie po ramieniu i z ożywieniem pochrząkiwał. Z tego, co zrozumiałam pochwalił moje działania.
Kilkanaście godzin później padłam na posłanie w naszej kwaterze. Udało nam się usunąć usterki. Na szczęście nie doszło do poważnego uszkodzenia, ale jeśli w ogóle planowaliśmy dolecieć na miejsce, musieliśmy być ostrożni. To tylko kilkanaście godzin. Silniki odsłużyły już swoje najlepsze lata, czekał je solidny remont, albo wymiana na nowe. Ze swojej strony, mogłabym polecić dobrą hutę, który cały ten latający złom przerobiłaby na puszki. Niepokoiło mnie coś innego. Szperając w rejestrach wyraźnie widziałam usunięte linie zapisów. Pamiętałam, że zdarzały się momenty, w których wskaźniki wyraźnie odbiegały od normy, ale w zapisach nie było żadnych śladów. Jedyne znaczniki, jakie znalazłam to puste rejony, w których były dawniej jakieś zapisy, teraz zapewnie usunięte. To były ślady ewidentnego sabotażu. Dlaczego jednak, ktoś chciał z nas zrobić płonącą w przestrzeni kosmicznej kulę,

8




pozostawało zagadką. Podobnie fakt, dlaczego Pierwszy Mechanik twierdził, że nie wiedział nic, na temat możliwej awarii, mimo że Lods go informował o zagrożeniu. Czyżby nawet tutaj dosięgło nas ramię Mogomi?
Przespałam solidnie kilka godzin. Otwierając oczy widziałam Lodsa zakopanego po uszy w koce. Ki nie było. Wstałam, wzięłam szybki prysznic i zeszłam do stołówki. Tradycyjne kluski z Padi wychodziły mi już każdym porem ciała. Ale nie zamierzałam marudzić, podarowane jedzenie to zawsze wartość nadrzędna. Zdarzały mi się miesiące niedojadania, zresztą ostatnie tygodnie na Forumo tez nie były lekkie, bo mieliśmy duże problemy z zaopatrzeniem. Rezultat był taki, że zamiast normalnej kobiecej figury, od lat prezentowałam zminimalizowaną ilość tkanki tłuszczowej. Coś w rodzaju przegłodzonego zwierzątka. Kościste kolana i łokcie były przynajmniej dodatkową bronią.
Rozglądałam się, poznając załogę. Zdecydowaną większość stanowili Padi, lub mieszańcy Padi i Udaha. Nie było innych kobiet. Wszyscy brudni, głośni. Mimo wszystko z tego, co zdążyłam już zaobserwować byli bardzo przyjaźni, z fantastycznym poczuciem

9




humoru. Nigdy nie narzekali, dla nich szklanka była zawsze w połowie pełna. Na planecie było widać jak bardzo Konsorcjum czerpie, co można z Padi. Prawdopodobnie była podstawowym zapleczem żywnościowym dla Konsorcjum. Jeśli sprzedawali tez dalej, oznaczało, że z pieniędzy od Mogomi po prostu nie dawało się wyżyć. A sami często jadali jakieś koszmarne kluski.
Widziałam ich spojrzenia, wieści o awarii rozniosły się pewnie już wiele godzin temu. To by było na tyle, jeśli chodzi o nie zwracanie na siebie uwagi… Zeszłam do maszynowni. Przy moim stanowisku siedział jeden z mechaników, który ochoczo zamachał do mnie ręka jak tylko mnie dostrzegł.
- Sprawdzałem te szyfracje, o które mnie prosiłaś – mówił szybko, na szczęście w moim języku. – Rzeczywiście brakuje niektórych zapisów, wszystkie z kolejnej zmiany. Jeśli rzeczywiście były usuwane, kasował je ktoś, kto przychodził zaraz po nas. Patrz, mam tu pełne zestawienie.
Zajęłam miejsce, które mi zwolnił i zaczęłam przeglądać ściągnięcie przez mechanika dane.
- Jesteś w stanie sprawdzić, z jakiej stacji usuwano te linie? – Zapytałam. Sprawdzenie, kto to był,

10




byłoby jak szukanie igły w stogu siana. Większość używała zbiorczych danych dostępowych. Na tym samym haśle mogło pracować 20 i więcej osób w tym samym czasie. Łatwiej było określić, przy którym komputerze dokonywano zmian i kiedy, a potem za pomocą systemu identyfikacji personalnej, określić konkretna osobę.
- Tak, ale to zajmie dłuższą chwile. Tak do dwóch godzin, bo muszę to zrobić „tylnymi drzwiami” – mrugnął do mnie porozumiewawczo.
- Dobra, czekam na wiadomości. Tylko pamiętaj! Tylko mnie! – Zastrzegłam groźnie.
- Się wie! – Energicznie potaknął mechanik i odszedł.
Ukryłam twarz w dłoniach. Znalazłam się nagle bardzo daleko od momentu, w którym wychodziłam z fabryki po awarii. Niby ledwie parę dni, a wszystko przewróciło się do góry nogami. Wydawało mi się wtedy, że już wszystko mam uporządkowane. Praca w jednym miejscu, z tym samym składzie osobowym przez półtorej roku, to samo mieszkanie. Nawet market ten sam. Nie miałam potrzeby otrząsać się z marazmu, a w zasadzie momenty, w których musiałam, przyjmowałam z niechęcią. Odwiedziny Lodsa zawsze zmuszały mnie do przywdziania maski. Musiałam być

11




silna też dla niego, bo wiedziałam, że mocno przeżył amputację ręki. Dostał najlepszą sztuczną rękę w całym wszechświecie, ale proteza zawsze zostanie tylko protezą. Udawałam więc też dla niego, ale jak tylko odlatywał, mgła zobojętnienia spływała na mnie jak ukojenie. Uciekałam w nią szczególnie przez pierwszy rok, nie pozwalając sobie na pełna żałobę po Okane. Potem chyba z przyzwyczajenia. Koe, stary mechanik, próbował mnie wyciągnąć z tego stanu, ale udało mu się tylko przedłużyć moją agonię. Stałam w miejscu próbując zatracać się w pracy, która przestawała powoli sprawiać mi przyjemność. Stukot klawiatury osadzał mnie w moim świecie, z dala od kolejnej wojny i kolejnej straty. Zwykłam mówić, że to siła przyzwyczajenia, ten mój stary, wysłużony sprzęt. A tak naprawdę na siłę próbowałam zatrzymać czas. Półtorej roku odrętwienia i oszołomienia. Brakowało mi tylko ostatniego kroku, żeby przeciąć więzy. A potem zadzwonił Ki. Przeklinałam go w duchu i jednocześnie dziękowałam, za wyciągniecie z zakurzonej, gorącej planety. Starałam się nie myśleć o Okane. Miałam nadzieję, że jakoś to

12




wszystko się poukłada. Że żyje, że udało mu się uciec. Tylko cichy głos z tyłu czaszki mamrotał uparcie: nie oszukuj się, nigdy go już nie zobaczysz!
Podniosłam głowę spoglądając przez szybę na liczne urządzenia. Szum był wręcz usypiający, po wczorajszej awarii ani śladu. Zajęłam się pracą, odganiając galopujące, czarne myśli i powoli się uspokajałam. Wstępnie zaprojektowałam obejście przegrywających się modułów . Wszystko mogło być załatwione od ręki, bez dłuższego postoju w dokach. Pierwszy Mechanik będzie zadowolony, oni lubią taką inicjatywę. Szarpniecie za ramie wyrwało mnie z przyjemnego zamyślenia.
- Ki co się dzieje? – Był mocno wzburzony.
- Doszło do śmierci jednego z mechaników! Będziecie wszyscy przesłuchiwani. Zdążyłem sprawdzić zapisy identyfikacyjne personelu. Rozmawiałaś z nim kilka godzin temu wiec na pewno cię wezwą! O czym rozmawialiście? O pracy?
- Też… to znaczy, tak o pracy. Zleciłam mu podatkowe zadanie. – Skojarzyłam energicznego mechanika, który sprawdzał dla mnie zapisy. Miał się pojawić po dwóch godzinach, ale ja zajęta pracą nie zauważyłam, że minęły, co najmniej

13




4.
- Jakie dodatkowe zadanie? – Ki robił się nieprzyjemny, co oznaczało, że sytuacja wymyka mu się spod kontroli.
- Sprawdzał dla mnie rejestry. W dziennikach pokładowych automatycznie zapisują się dane techniczne. W tym wszystkie alarmy, niezgodności, niestabilności. Zauważyłam, że kilka linii takich danych było wykasowanych, wiec ten chłopak sprawdzał dla mnie dzienniki z ostatnich paru dni. Miałam racje, ktoś celowo usuwał dane.
- Co to oznacza?
- Nie było słowa o tym, że silniki są przeciążone, więc zespół interwencyjny nie podejmował żadnych działań. Gdyby nie nasza akcja z ręcznym odłączaniem kryształów, statek by wybuchł w ciągu kwadransa.
- Nic nie mów na ten temat! Jakby cię pytali, dyskutowaliście stricte bieżącej pracy. Żadnych dodatkowych zadań! Prosiłaś go o zachowanie dyskrecji?
- Tak, oczywiście…
- Nic nikomu nie mów! I nie ruszaj się stąd! – Ki wybiegł z maszynowni.
Zgodnie z poleceniem Ki, jak gdyby nigdy nic, zajęłam się swoimi zadaniami. Współpracownicy przyzwyczajeni, że bez powodu z nimi nie rozmawiam, nie zaczepiali mnie. Mogłam bez problemu udawać spokój i zaangażowanie w pracę.

14




Wystraszyłam się nie na żarty. W zasadzie dopiero w tamtej chwili dostało do mnie, że ktoś musi być bardzo zdesperowany. Wcale nie, dlatego, że pozbył się mechanika. Owszem sytuacja robiła się niebezpieczna, sabotażysta mógł zostać odkryty. Ale bardziej przerażał mnie fakt, że ktoś był gotów wysadzić w powietrze statek z kilkusetosobową załogą. Nawet własna, pewna śmierć go nie przerażała. Takich rzeczy nie robi się z błahego powodu. Czyżbyśmy byli tym powodem? Nie jest to tajemnica, że pracownicy kontraktowi dysponują na ogół bardzo dużą wiedzą. Od momentu pierwszego testu, który ma stwierdził, czy mały człowiek jest bystry czy nie, nasze umysły były ciągle bombardowane ogromem wiadomości. Ja miałam wtedy sześć lat. Do sierocińca przyszło kilku mężczyzn, różnych ras. Opiekunowie podzielili nas na grupy, byłam w pierwszej. Przez większość dnia rozwiązywaliśmy testy, zadania, przeszliśmy podstawowe badania medyczne. Obserwowano nas na placu zabaw. Trzy dni później goście wrócili. Opiekunka pomogła mi spakować małą torbę, zresztą miałam mało rzeczy. Ja i dwóch chłopców dołączyliśmy na transportowcu do

15




kilkorga innych dzieci. Pamiętam jak wychodząc z pojazdu, już na miejscu, ktoś wskazał na mnie i jeszcze jedna dziewczynkę. Po chwili podszedł do mnie wysoki, dziwny mężczyzna z warkoczem i długim ogonem.
- Podobno nie masz nazwiska. Jak masz na imię?
- Viga.
- Jesteś malutka jak na sześciolatkę.– Miał ciepłe, czyste spojrzenie czarnych oczu. Aż chciało mu się ufać. – Będziesz Mimishi. W moim języku to oznacza „mała dziewczynka”. – Podał mi dłoń - Chodź Vigo Mimishi. Odprowadzę cię do sali!
Tego dnia, pierwszego dnia reszty mojego życia, poznałam Ki.
Dzień w dzień, bez przerwy się uczyliśmy. W zasadzie nie…. Byliśmy tworzeni na nowo, jako pewne i doskonałe narzędzia służące wojsku. Czasami pracowaliśmy nad nowymi rozwiązaniami technicznymi. Innym razem lecieliśmy do kolejnej odległej galaktyki pilnując, żeby statek się nie rozleciał podczas długiej, podróży lub po ostrzale obcej jednostki. Wysyłano nas do skomplikowanej analizy, czy naprawy na froncie. Z drugiej strony uczono też samodzielności i polegania na własnych umiejętnościach. Postawione w sytuacji zagrożenia życia każde z nas potrafiło zastosować

16




metody ukrycia, walki wręcz, obsługę broni, a jeśli by było trzeba, umieliśmy zabić. Wszystko, aby chronić tajemnice technologiczne i wojskowe Konsorcjum. Z dwadzieściorga dzieci, które razem ze mną rozpoczynało szkolenie, została trójka. Połowa nawet nie dożyła dwudziestki, a ja nie umiałam przywołać sobie ich imion. W szkole rzadko nawiązuje się większe przyjaźnie. Znaliśmy się, współpracowaliśmy, ale ogromna presja i rywalizacja powodowała, że każdy był skupiony niemal wyłącznie na swoich studiach. Dość powiedzieć, że moim kumplem był Lods, który uczył się czystej teorii, gdy ja chodziłam upaprana po łokcie w smarach, lub poparzona przez kryształy. I tak jak Lods został w moim kręgu, tak nie trafił tam nikt inny z pracowników kontraktowych. Zawsze byli to żołnierze, ochrona, prędzej kucharz ze statku, na którym pracowałam. Z kontraktowymi umiałam tylko współpracować zawodowo. Ki z kolei przewijał się w moim życiu uparcie. Uczył nas podstaw samoobrony, potem strzelania. Pierwsze zadanie zaliczałam nie tyle pod okiem starszych pracowników kontraktowych, co pod jego czujnym spojrzeniem. Wiele razy doprowadzał mnie do

17




szewskiej pasji. Irytowałam się, kiedy mnie pouczał, ganił za drobne błędy, za bałagan, za brudną broń. Z drugiej strony był moim najwierniejszym fanem, twierdził że potrafię naprawić wszystko. A jeśli nie umiem czegoś naprawić, to zbuduję nowe, lepsze. Jak wyjeżdżałam na swoja pierwszą samodzielna misję, zegnał mnie ze łzami w oczach. Z takimi samymi łzami witał jak wróciłam ze złamaną ręką i sińcem na pół tułowia. Śmiałam się z niego, że robi się emocjonalny, wiec chyba się starzeje. Ale byłam wtedy głupia szesnastolatką, wiec wybaczał mi prawie wszystko.
Tym razem wiedziałam, że muszę być posłuszna. Cokolwiek zrobię, nie będzie to oznaka bohaterstwa, a głupoty. Siedziałam grzecznie przy stanowisku, nadzorując przepływ chłodziwa w silniku i reaktorze. Minęła godzina, potem druga i następne trzy. Powinnam już zejść ze stanowiska i iść do kwatery, ale Ki kazał mi tu siedzieć. Jeden z mechaników, z uśmiechem przyniósł mi kolację ze stołówki.
Minęły jeszcze kolejne dwie godziny, zanim za mną usłyszałam szelest rozsuwanych drzwi.
Ki przywołał mnie ręką i kazał iść do kwatery. Chciałam o

18




cokolwiek zapytać ,ale uniósł ostrzegawczo palec do ust. Czułam się jak dzikie zwierze w klatce. Nie wiedziałam co się dzieje, nikt mi nic nie mówił. A jednocześnie czubkiem swojego piegowatego nosa, wyczuwałam krążące nade mną niebezpieczeństwo. W kwaterze siedział Lods. Jego zmarszczone czoło mnie zaniepokoiło, ale to przy zimnym spojrzeniu poczułam, że zwijam się w małą kulkę. Twarz zapiekła mnie gdy wymierzył mi siarczysty policzek. Spojrzałam na niego zdumiona.
- Coś ty znowu wymyśliła? -Chwycił mnie boleśnie za łokieć.
- Lods! Co ty wyprawiasz? To boli!
- Znowu musisz grać bohaterkę? Słowo daję nic się nie nauczyłaś! - wrzasnął mi prosto w twarz.
- Puść mnie! O co ci chodzi?
Pchnął mnie lekko, puszczając na szczęście moje ramię. Zachwiałam się , ale udało mi się nie upaść. Widziałam, że Lods był wściekły na mnie. Gdyby nie to, że Ki kazał mi tu siedzieć wystrzeliłabym z pokoju niczym gejzer. Stałam więc jak wryta, licząc na to, że dowiem się powodu tej afery. Bądź co bądź, kłóciliśmy się nie raz, ale Lods nigdy wcześniej nie zastosował wobec mnie przemocy. Przeraziło mnie to nie na żarty.
-

19




Dlaczego nie zostawiłaś sprawy z awaria? Mieliśmy się nie rzucać w oczy! Grzebiesz niepotrzebnie w jakiś rejestrach, a przecież to nie jest nasza sprawa. Mamy tylko dolecieć na ten kawałek skały, w jednym kawałku. Gdybyś nie kazała sprawdzać sprawy temu mechanikowi, to nic by się nie stało. Ale nie! Wielka Viga Mimishi musi mieć ostatnie słowo! Nieważne, że uratowała jakiś pospolitych rozchichotanych łachudrów, ona musi jeszcze odkryć prawdę!
- Lods, przecież my tez mogliśmy zginąć..
- Ale nie zginęliśmy!- Wydarł się. - Jak zwykle ty i Ki brawurowo uratowaliście nam tyłki! Brawo!
- Możecie mi powiedzieć co to za wrzaski? - Ki wkroczył do kwatery z wyrazem absolutnie demonicznej wściekłości. - Mieliście się tu chować, a nie dawać przedstawienie! Bierzcie plecaki, zaraz wysiadamy!

     ***************

     Budynek był po prostu obrzydliwy. Zmurszałe deski ledwie obejmowały zatęchłe powietrze w jego wnętrzu. Nie było drzwi, więc dwaj mężczyźni bez przeszkód przekroczyli próg. Mieszcząca się we wnętrzu tego straszącego tworu knajpa, była prawie pełna. Ławy i stoliki ciasno okalały stojący pod ścianą bar. Przy kontuarze

20




stały wysokie stołki. Padi, Udaha i mieszańcy z nieliczną Krygijską grupką, głośno dopingowali rozbierającej się na stole niewolnicy. Miała na sobie już tylko jakąś brudną bieliznę i sandały z rzemyków. Wystraszona, ciemnowłosa wyglądała na nastolatkę. Któryś Padi właśnie wkładał jej rękę w majtki. Dwóch barmanów uwijało się jak w ukropie, żeby obsłużyć wszystkich gości. Wyglądało na to, że albo był to dzień wypłaty albo, znaleźli sponsora, bo wszyscy pili na umór.
Mężczyźni usiedli przy barze. Byli oboje wysocy i dobrze zbudowani, wyglądali na pracowników fizycznych lub żołnierzy. Zamówili miskę klusek i po butelce Kogi. Siedzieli dłuższy czas wymieniając krótkie zdania. Nikt ich nie zaczepiał, ich postura nie zachęcała do bójki. Z drugiej strony wydawali się uprzejmi i nieszkodliwi, jak większość przybywających tu handlarzy. A przynajmniej dopóki się nie upili i nie zachciało im się którejś z niewolnic. Po trzech godzinach knajpa jakby nieco ucichła. Część gości posnęła na stołach, część już wyszło. Paru szczęśliwców raczyło się niewolnicami w pokojach na zapleczu. Obcy goście zamówili

21




po jeszcze jednej butelce.
- Musicie zapłacić. Rachunek przekroczyło pięćdziesiąt dywi! – Barman rzucił oschle.
- Nie ma sprawy! - Starszy z mężczyzn, z wyraźnie posiwiałymi włosami rzucił na kontuar dwie solidne monety. - Chcielibyśmy jeszcze coś dokupić.
- Żarcia już nie robię, coś do picia mogę podać.
- Potrzebujemy informacji!
Barman zawahał się. Chwile mierzył ich wzrokiem. Jego rozmówcy towarzyszył młodszy kompan. Byli do siebie podobni. Te same proste krótkie nosy, mocno zarysowane szczęki, brązowe oczy. Nawet opaleni byli na ten sam odcień. Nie byli Udaha. Widział kogoś podobnego parę dni temu. Zmarszczył brwi i zapytał:
- Miała zielone oczy, włosy do ramion takie szaro bure? Kropki na twarzy? - młodszy z mężczyzn wciągnął nerwowo powietrze. - Taka mała była, że sięgnęłaby ci może do szyi. - Barman roześmiał się wycierając szklankę.
- Wiesz gdzie jest? - młody mówił zachrypniętym głosem. Na jego twarzy widać było, że próbuje powstrzymać cisnące się emocje.
- Jakiś tydzień temu, ona i jej ogoniasty kolega wdali się tu w bójkę. Nic wielkiego. Facet z ogonem szukał roboty.
- Znaleźli ?– starszy

22




wtrącił się, widząc, że jego towarzysz poddał już się fali ulgi.
- Nie wiem, ale na pewno sprzedali swój transportowiec Przewodniczącemu Rady Miasta.
- Gdzie go znajdziemy?
Barman zaśmiał się szeroko pokazując wszystkie , ostro zakończone zęby.
- Na zapleczu z niewolnicą. Musicie poczekać, aż skończy. Ma zieloną kurtkę.
Starszy rzucił barmanowi jeszcze dwie monety, w pośpiechu chwycił młodego za kołnierz i wyprowadził na zewnątrz. Chłodnawe powietrze przywróciło mu jasność myślenia. Usiedli oboje przy studni naprzeciw knajpy. Przez chwile milczeli.
- W końcu jakiś ślad…. - odezwał się młodszy. - Byłem pewien, że to kolejny fałszywy trop.
- Tak to jest Okane, trzeba wierzyć mądrzejszym! - starszy z mężczyzn roześmiał się rubasznie i poklepał Okane po ramieniu. - Tyle lat ci to mówię! Kiedy w końcu bratu uwierzysz?
- Mój brat to stary grandziarz, gadający z własną spluwą i zmieniający skarpety co dwa lata. Ciężko mu się ufa!- Okane zaśmiał się i dodał. - Dzięki Kommon! Bez ciebie bym tu nie dotarł!
- Masz rację! - Kommon uśmiechnął się łagodnie do młodszego brata, patrząc w nocne, rozgwieżdżone niebo

23




nad Padi.

24




Wyrazy: Znaki: