Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin
ikonka komentarza

Ostatnia granica VII

Autor: Nives twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




Mężczyzna na wpół wisiał pod zmurszałą ścianą budynku. Przytrzymujące go silne ramię, nie pozwalało mu opaść ani o centymetr, utrudniając zaczerpnięcie większej ilość powietrza. Płuca zaczynały go palić z niedostatku tlenu, a krtań niebezpiecznie wyginała się pod naciskiem ręki stojącego przed nim człowieka. Malująca się na jego twarzy wściekłość wyraźnie pokazywała, że nie był zadowolony z wyniku przesłuchania. Drugi człowiek stał dwa korki od nich, pilnując żeby nikt nie próbował przyłączyć się do zabawy. Broń wyraźnie wskazywała na Mogomi, podobnie jak mundury.
- Pytam ostatni raz po dobroci! – Warknął mu prosto w zakrwawione oblicze – Kobieta i mężczyzna z mojej rasy, i dziwak z ogonem. Gdzie są?
Padi nie wykazywał chęci współpracy podczas tradycyjnej rozmowy. Padło, co prawda, parę bluzgów z pijanych ust miejscowego dygnitarza, ale nic co można by uznać za wartościową informację. Cierpliwość Okane skończyła się po jego czwartym zdaniu i Padi po przyjęciu paru ciosów pięścią w twarz, wisiał teraz na jego łasce pod ścianą. Decyzja musiała nadejść szybko, albo jego powrót do domu będzie

1




opóźniony o jakąś wieczność. Wielki, żołnierski nóż przytroczony do uda jego napastnika raczej nie wyglądał na nieużywany. Tak jak i jego broń. Próbując cos powiedzieć chrząknął gardłowo. Na szczęście jego agresor rozluźnił uścisk i opuścił go na ziemię.
- Powiem! Powiem, co wiem… - charknął Padi klęcząc na kamienistej ścieżce. Okane podniósł go za kołnierz kurtki i oparł o ścianę, tym razem nie stosując dodatkowego motywatora. Dysząc i rozcierając bolące gardło miejscowy zapytał. – Co chcecie wiedzieć? Ja tylko kupiłem od nich transportowiec.
- Skąd się dowiedziałeś, że go sprzedają?
- Od barmana. Poszedłem na lądowisko, znalazłem ich, pogadałem i był mój. Koleś z ogonkiem twardo się targował, ale rzeczywiście dobry pojazd mieli. Choć pewnie kradziony – zarechotał słabo.
- Tylko ten z ogonem z tobą rozmawiał?
- Nie, on i jeszcze jeden, taki jak ty….. Człowiek. Dobiliśmy targu, wróciłem do domu po zapłatę. Jak wróciłem, poprosili jeszcze o podrzucenie ich pod magazyny. No to polecieliśmy… Całą trójkę wysadziłem przy magazynie numer 17 i odleciałem.
- Z kimś się spotykali?
- Nie wiem nie

2




widziałem…… Odleciałem, byłem umówiony! Naprawdę to wszystko! – Padi na wszelki wypadek zasłonił głowę przed ewentualnym ciosem.
- Chcemy zobaczyć transportowiec! – Powiedział twardo popychając przed sobą poszkodowanego.
Na szczęście było ciemno, inaczej wygląd miejscowego trudno by było wytłumaczyć. Umiejętności zadawania ran i bólu przez przesłuchującego, nie budziły wątpliwości. Cała trójka weszła do pojazdu. Słabe światło wewnątrz raczej nie zwiastowało owocnych poszukiwań.
- Czego właściwie szukasz? – Kommon zapytał Okane niecierpliwie. – Skaner nie wykazuje ich śladów genetycznych, a w tych ciemnościach i tak nic nie znajdziesz.
- Bo nie wiesz czego szukać…. – Odparł stłumionym głosem, ponieważ jego górna część ciała, z uzbrojoną w latarkę ręką znajdowała się pod siedzeniem nawigatora.
Dłuższą chwilę Okane szeleścił czymś pod skórzanym siedziskiem, zanim wychylił się z wyrazem triumfu na twarzy. Podniósł do góry dłoń dzierżącą niewielką kartkę. Kommon zagwizdał z podziwem.
- Skąd wiedziałeś?
- Bo sam ją tego uczyłem. – Odpowiedział z szerokim uśmiechem, wstał z podłogi

3




i ruszył do wyjścia, nie patrząc na pozostawionego Padi.
Nie zatrzymując się, doszli na granicę miasteczka. Tu za granicą domostw i kępą wysokich, chudych drzewek zostawili pojazd. Specjalnie ukryli go dodatkowo pod gałęziami. Wojskowe Mura50 rzadko się tu spotykało. Małe, szybkie osobowe transportowce, były na wyłącznym wyposażeniu wojska Mogomi. Były doskonałe pod każdym względem, niestety również w przykuwaniu uwagi.
Tuż przy kępie Kommon nie wytrzymał.
- To co napisała?
- Nic, na pewno nic nie napisała. Chodzi o samą kartkę – podał mu zmięty papier. Na środku widniała duża czerwona plama.
- To krew… - spojrzał z zaskoczeniem.
- No chyba nie miała kredek- parsknął Okane. – Zwykła, nieopisana kartka oznacza, że wszystko w porządku. Jeśli w środku byłaby dziura to możesz to zidentyfikować, jako „poradzimy sobie chyba, że nie masz, co robić”…
- Domyślam się, że krwiste sygnały nie wróżą nic dobrego?
- Oznaczają, że jest w niebezpieczeństwie – oczy Okane ściemniały. Kilka razy zdarzyło im się już używać tych znaków. Były proste, bo nie wymagały więcej niż kawałka papieru, a to Viga zawsze miała

4




przy sobie. Tylko raz użyła wcześniej czerwonego kodu. Szukali jej dwa tygodnie, okazało się, że trafiła do obozu jenieckiego Ibedy. Złamania goiły się prawie miesiąc.
- Przejdę się w kierunku magazynów. Może się czegoś dowiem.- Powiedział Kommon po chwili sprawdzając czy broń gładko wysuwa się z kabury.
- Będę gotowy za dwie minuty…
- Ty nie idziesz! – Twardo postanowił Kommon. – Jesteś nerwowy, nie możesz się skupić. Nie mam pretensji do ciebie, ale wykorzystaj ten czas żeby ochłonąć. Ja sobie poradzę, do rana będę z powrotem!
- Mam tu siedzieć jak kołek? – Okane zrobił się czerwony ze złości.
- Tak. – Kommon nie przewidywał dalszej dyskusji. Odwrócił się na pięcie i odszedł.
Tak naprawdę, Kommon wolałby zabrać Okane ze sobą. Był znakomitym towarzyszem w takich sytuacjach, ale tylko, gdy nad sobą w pełni panował. Tym razem, musiał poświecić chwilę na ugładzenie emocji. Kommon wiedział, że jego młodszy brat go rozumie i jak wróci na ranem, na pewno będzie spokojniejszy. Przez lata słyszał wiele stereotypów o rodzeństwie, o braciach. O tym jak się kłócą, czy podkładają sobie nawzajem nogi. Ich

5




więź była inna. Na pewno, miała na to wpływ dziesięcioletnia różnica wieku, ale poza tym również fakt, że zawsze byli wobec siebie szczerzy i dochowywali tajemnic. Kommon nigdy nie okłamał Okane, bez względu na to jak okrutna bywała prawda. Okane umiał jemu, jako jedynemu powiedzieć wszystko. Dlatego tylko on wiedział, co działo się teraz w jego głowie i sercu.
Kommon pierwszy poznał Vigę.
Pokazał mu ją Ki na ćwiczeniach z samoobrony. Szło jej w miarę, choć biorąc pod uwagę, że była zdecydowanie mniejsza od przeciwnika, należałoby jej dodać parę punktów. Nie była zadziorna, ale skupiona i metodyczna. Nie rzucała się na oślep, każdy jej ruch był znakomicie przemyślany. Obserwowali ją dłuższą chwilę, aż zeszła z maty. Spojrzała w ich kierunku, ale nie podeszła. Kommon dostrzegł tylko, że była pełnokrwistym człowiekiem i miała jakieś piętnaście lat. Ki nie wchodził w długie wyjaśnienia, służyli razem od lat i mieli do siebie zaufanie. Wprost i bez żadnych wstępów poprosił Kommona o opiekę, przy kolejnej misji, nad protegowaną.
Na początku była dla niego jednym z wielu pracowników, którzy pewnie nie

6




dożyją wieku średniego. Jej związki z Ki w ogóle Kommona nie obchodziły. Pracownik kontraktowy dla niego w zasadzie nie różnił się od niewolnika niczym, oprócz względnej swobody między zadaniami i pensją. Eksploatowani do granic wytrzymałości, poddawani paskudnym szkoleniom, mieli być ślepo posłuszni wobec rozkazów Konsorcjum, stanowiąc niezawodne części dobrze naoliwionej machiny. To kontraktowych wysyłano do budowy i napraw stacji orbitalnych, do zdobywania obcych technologii, na statki bojowe do maszynowni i obsługi uzbrojenia. Wszędzie tam gdzie potrzebna była ich wiedza. Jeśli trafiliby w ręce wroga, nikt też specjalnie nie ruszał z odsieczą. Byli tak szkoleni żeby nie puścić pary z ust, wiec ryzyko utraty tajemnic było minimalne. Było może kilka osób, za którymi wysłano by ekipę ratunkową. Viga była jedna z nich.
Viga nie była jeszcze wtedy samodzielnym pracownikiem, ale to były tylko pozory. Była najlepsza. Starsi stażem wręcz jej unikali, chyba z obawy przed zawstydzeniem, więc większość czasu spędzała samotnie. Bez przerwy zakopana w pracy miała tendencję do przeciągania pracy do kilkunastu godzin, zapominania o

7




posiłkach i śnie. Wydawało się, że jej fach, sprawia jej autentyczna przyjemność. Zacięta i skupiona nie znała słowa porażka. A jeśli przychodziło walczyć- walczyła i była jak skała. Z drugiej strony opieka nad nią, była uciążliwa. Ciągle znikała gdzieś, gdzie nie działały czujniki, przesiadywała w miejscach, w których nie powinno jej być, bo nie miała uprawnień, albo lądowała w ambulatorium na kolejne szwy czy opatrzenie złamanego palca. W ostateczności znajdował ją, jak przekupywała kucharza, żeby upiekł ciastka, albo grała z żołnierzami w karty. W ciągu paru następnych lat Kommon miał okazje pracować z nią parę razy. Za każdym razem rósł ich wzajemny podziw i szacunek, bo uzupełniali się znakomicie, a na dodatek Viga wyrosła z urządzania samowolek. No poza jedną. Tylko Kommon nie potrafił stwierdzić, kogo ukarać, kiedy przyłapał w wyjątkowo niedwuznacznej sytuacji Vigę, ze swoim młodszym bratem. Ciężko było mu też ocenić, na kogo był bardziej zły. Na Vigę, która w trakcie zadania pakuje się w romanse, zamiast zająć się pracą. Czy na Okane, który zaciągnął do łóżka najlepszego mechanika na

8




statku. Jedyne, co przebijało się przez falę złości to absolutna pewność, ze Ki urwie mu głowę za to, że Okane poderwał jego protegowaną. Na szczęście nikomu głowa z szyi nie spadła. Ki uznał, że Viga jest dorosła i ma prawo decydować o sobie. Dopiero po paru latach przyznał się Kommonowi, że wiedział już od dłuższego czasu. Tylko Okane dostał reprymendę od brata, że jeśli sytuacja wpłynie na ich pracę, nie będzie miał skrupułów, żeby to zgłosić. Potem jeszcze parę razy wytknął mu, że Viga to jeszcze małolata, ale na tym się skończyło. Z czasem, w miarę obserwacji to Kommon najbardziej im dopingował. Czasami się wkurzał jak znowu się rozchodzili i schodzili, albo jak się kłócili o głupoty. Ale najczęściej byli szczęśliwi. I za to Kommon był wdzięczny, że los pozwolił jemu bratu być szczęśliwym.
Niebo było już prawie zupełnie błękitne, kiedy Kommon wrócił na miejsce ich postoju. Okane grzebał łyżką w garnku nad polową kuchenką. Widać było, że noc nie dała mu odpoczynku, ale wyraźnie był wyciszony. Kommon nie dziwił się, ze bratu ciężko było zapanować nad emocjami. Ponad rok Korporacja

9




trzymała go na siłę z dala od Jura 20, utrudniali zdobycie informacji o ocalałych z Gohi-No, o postępie śledztwa. Kiedy wrócił, nikt już nie umiał mu nic powiedzieć. Większość osób, akt zapadła się pod ziemię. Nikt nie chciał mu powiedzieć czy Viga przeżyła, a jeśli tak, to gdzie jest. W końcu dzięki starym znajomym, Kommon namierzył ją na którejś z przemysłowych planet, ale informacje nie były korzystne. Status Vigi zmienił się. Była pod stałą, ścisłą kontrola. Oznaczało to, że ktoś prawdopodobnie o coś ją oskarżał, lub podejrzewał, czyli odwiedziny, ba nawet jakikolwiek kontakt był wykluczony.
- No widzę ze śniadanie gotowe! – Powiedział uradowany, poklepując Okane po ramieniu.
- Musimy dać radę na tym odgrzewanym paskudztwie. Te pakowane racje wojskowe zostawiłem na ewentualność dłuższego lotu.– Powiedział podając mu miskę. – A ty masz jakieś wieść?
Kommon rozsiadł się na ziemi i zatopił zęby w marnej potrawce z jakiś korzonków i podejrzanych gryzoni. – Namierzyłem statek, na który się zaokrętowali. – Powiedział łykając ziemistą w smaku breję. –Statek miał wrócić wczoraj, ale mieli

10




nieplanowany postój z powodu awarii silnika i powinni być dostępni dziś wieczorem. Podobno był jakiś wypadek i ktoś zginał. – Powiedział ciszej.
- Czyli czekamy do wieczora – podsumował Okane. Kommon skinął mu głową, skończył posiłek i ułożył się do drzemki.
- Odpocznij – powiedział z zamykając oczy. – Musisz być w pełni sił, żebym mógł na tobie polegać.
Czas płynął nieznośnie wolno. Słońce uparcie tkwiło ledwie nad drzewami i ani myślało rozpocząć swoją wędrówkę po niebie, odliczając godziny do kolejnego kroku. Okane był przyzwyczajony do czekania. W zasadzie większość rozkazów wojsku brzmiała: „ czekaj na dalsze instrukcje”. Wtedy mu to nie przeszkadzało, teraz czekanie paliło mu wnętrzności. Nie było ważne, że nie wiedziałby, w która stronę ruszyć, marzył tylko o tym żeby biec za uciekinierami.
Nadal gratulował sobie rozumu, który wykazał dzwoniąc do brata zanim udał się do świątyni na wzgórze. Wahał się bardzo. Wiedział, że Kommon nie będzie zadowolony z wyboru, jakiego dokonał, ale mimo wszystko zaufanie, jakie do niego miał przeważyło. Kommon zdążył do świątyni akurat, żeby

11




odciągnąć go z widoku i zatamować krew obficie wypływającą z rany postrzałowej. Dopiero, kiedy ocknął się następnego dnia przyszedł czas na wyjaśniania.
- Nawet w środku słyszę, jak myślisz – wymamrotam zaspany Kommon wychodząc z pojazdu.
- Nosi mnie…. Wiem, że musimy czekać, poczekam ile trzeba. – Zapewnił brata. – Ale nie miej do mnie żalu, że boję się o nią.
- Nie mam żalu, choć myślałem, że na starość ci przejdzie – zarechotał lekko Kommon. Zawsze miał zwyczaj nabijać się z brata, że wybrał sobie małolatę. Tymczasem Okane świeżo skończywszy trzydzieści dwa lata, nawet nie myślał zmieniać obiektu swoich afektów.
- Póki mi kolana nie skrzypią, nie ma takiej potrzeby! – Powiedział zadziornie, ale zamilkł po tym stwierdzeniu na dłuższą chwilę. – Nie mogę sobie darować, że musiała uciekać jak zwierzę na polowaniu. Z tym idiotą na dodatek….
- Spokojnie… Wiemy ze Ki ich znalazł. Z nim będą bezpieczniejsi. Viga jest bystra, nie da się wyprowadzić w pole, to wytrawny zawodnik! – Pocieszał go Kommon.
- Tak wiem, ale nie mają wszystkich informacji. To może wpływać na podejmowane przez nich

12




decyzje.
- Ki jest żołnierzem, jak ja. Przechodziliśmy takie same szkolenia, myślimy podobnie. Jeśli tylko Lods nie straci panowania, a Viga nie postanowi urządzić jakiejś samowolki, to dadzą radę. Prawdopodobnie szukają informacji, co się właściwie dzieje i dlaczego Mogomi nagle postanowiło się ich pozbyć. Są trzy dobre źródła informacji na tym zadupiu Galaktyki: Jura 44, Forumo i Sugachi. Jura 44 jest zbyt mocno napakowana wojskiem, wiec odpada. Ki nie wpakowałby Vigi w paszczę lwa. Zostają pozostałe dwie, to nie dużo.
Okane wstał i przeciągnął się rozprostowując kości. Kommon przypatrywał mu się w zadumie. Nigdy nie chciał dla brata losu żołnierza. Sam zaciągnął się po to, żeby ułatwić dziadkom opiekę nad Okane. Trafili do nich po śmieci rodziców. Skromne zaplecze finansowe, jakie rodzice im pozostawili, w połączeniu ze niepozornymi warunkami dziadków, groziło popadnięciem w długi w krótkim czasie. Stąd była krótka droga do niewoli. Kommon zaciągną się, więc jak tylko skończył wymagane 16 lat i przez kolejne lata tłukł bratu do głowy, że ma się uczyć i zdobyć dobry zawód. Tymczasem Okane zbyt był zapatrzony

13




w starszego brata, żeby słuchać jego przemów. Oczywiście, że był w szkole prymusem – chciał żeby Kommon był z niego zadowolony, ale wojsko go przyciągało. Poza tym naturalne warunki fizyczne sprawiały, że był urodzonym żołnierzem. Jak tylko dostał wyniki ostatnich egzaminów, stanął przed komisja rekrutacyjną. Złość Kommona niosła się po całych koszarach przez długie tygodnie. Dopóty, dopóki Ki zawlókł go na poligon i pokazał umiejętności młodszego brata. Potem poklepał go po ramieniu i powiedział „ Młody da sobie radę. Zaufaj mu”. Tak zrobił.
Świerszcze zaczynały właśnie swój popołudniowy koncert. Suche gorące powietrze, bez śladu wiatru, nie zwiastowało ulgi w postaci deszczu. Biała smuga kondensacyjna rozpoczęła wędrówkę po niebie, szybko zbliżając się do powierzchni planety. Okane szturchnął drzemiącego brata
- Chyba przylecieli!
Zerwali się na równe nogi. Nie dbali o dyskrecje odpalając Murę, teraz liczył się czas. Dotarli pod lądowisko koło magazynów waśnie w chwili, gdy rdzewiejący potwór dokował. Okane ze zdumieniem przyglądał się, jakim cudem ten twór jeszcze lata. Kommon już pytał o

14




kapitana. Wysypujące się morze załogi wskazało mu starszego Padi w zniszczonej, skórzanej kurtce. Kątem oka dostrzegł także wynoszone na noszach ciało przykryte płótnem. Widać było wyraźnie zarys niewysokiej, krępej sylwetki. Nawet nie znając tożsamości ofiary, byli już pewni ze to żaden z trójki uciekinierów. Kapitan wskazał im swoje biuro. Mała ciemna kanciapa z biurkiem powinna, co prawda nazywać się schowkiem, ale nie o terminologię chodziło.
- O co chodzi? – Zapytał oschle. Ich mundury nie budziły tu szacunku, powinni się byli przebrać.
- Wzięliście na ten rejs na pokład dwóch mężczyzn i kobietę.
- No i?
- Szukamy ich!
- To szukajcie dalej, nie wrócili z nami. Mamy za to trupa i stertę papierkowej roboty!- Kapitan wypluł słowa z wyraźną niechęcia. Jego chrząkający akcent nadawał wypowiedzi ton absolutnej pogardy.
Kommon westchnął głęboko. Kapitan był starym wygą, miał gdzieś czy noszą mundury czy nie. Pilnował swojego interesu i swoich pieniędzy, sprawy Konsorcjum miał głęboko gdzieś. Można było go zagrać tylko w jeden sposób. Uczciwie albo kasą.
- Kapitanie, nie jesteśmy tu z ramienia Konsorcjum, tylko

15




prywatnie. Dziewczyna, która z wami leciała to towarzyszka mojego brata, szukamy jej, bo jest w niebezpieczeństwie.
Kapitan spojrzał badawczo na Okane i Kommona. Zamyślił się. Wyglądali na spokrewnionych, a ludzka dziewczyna bez wahania uchroniła ich wszystkich od śmierci. Kapitan nie znosił Konsorcjum. Ba, nie tolerował nie tylko Mogomi, które wyciskało jego rodaków jak cytrynę, ale i każdego innego. Dla niego byli zwykłymi złodziejami.
- Dziewczyna… i dwóch mężczyzn. Byli u mnie na pokładzie… Doszło do morderstwa, na jednym z mechaników. Dziewczyna i ten drugi, bez ogona, byli podejrzani. Ale dopiero, co uratowali mi całą załogę, statek by wybuchł…. Ten, co zginął nie miał rodziny, wiec postanowiłem ich tylko wysadzić wcześniej.
- Gdzie trafili? Są cali i zdrowi? – Wtrącił się Okane.
Kapitan pochylił się nad stolikiem i kawałkiem obgryzionego ołówka zanotował na brudnej kartce koordynaty. – Jest tam mała stacja badawcza, jeśli są bystrzy, to jakoś sobie dadzą radę. – Spojrzał badawczo na młodszego z braci. – Odpowiadając na twoje pytanie, wszystko było z nimi w porządku. Cali i zdrowi. Choć nie wyglądali na

16




zrelaksowanych.
- Co to znaczy? – Zapytał Kommon podejrzliwie.
- Pół statku słyszało jak dziewczyna pokłóciła się z tym drugim człowiekiem, tuż przed ich wysiadką. Chyba ją uderzył nawet.
Kommon i Okane wyszli, podziękowawszy Kapitanowi za informacje. Tarcia wewnątrz grupy nigdy nie wskazywały na nic dobrego. Tym bardziej, że Viga i Lods znali się szmat czasu, chodzili razem do szkoły. Byli przyjaciółmi od dziecka. Okane, co prawda, nigdy nie darzył go sympatią, uważając Lodsa za naturalną dla siebie konkurencję. Nigdy jednak nie podejrzewał go, że byłby zdolny uderzyć swoja przyjaciółkę. Byli tylko dwa kroki za Vigą, ale sytuacja zaczynała się komplikować.
Kommon nie tracił czasu, wprowadził koordynaty i odpalił silniki. Cztery dni podróży. Zawahał się przed wystartowaniem. Wywołał na ekranie komputera dokładna mapę. Dłuższą chwilę przyglądał jej się zadumany. Ta bezimienna planetka znajdowała się dosłownie rzut kamieniem od Forumo. Czyżby to właśnie to miejsce wybrali? Sugachi wydawała się pewniejsza. Spokojna, niewielka, ale z ogromnym portem przeładunkowym. Setki i tysiące statków codziennie. Morze głów do

17




przepytania.
- Kommon, lecimy? – Okane wyrwał go z zamyślenia.
- Zobacz, ta planeta jest w sąsiedztwie Forumo. Przyznam, że myślałem ze poleca na Sugachi…
- Dlaczego?
- Więcej źródeł….
- Może nie chodzi o ilość źródeł, tylko o ich, jakość – wypalił Okane.- Viga siedziała na Forumo półtorej roku nie uwierzę, że nie zna tam choćby sklepikarza, czy okolicznych mechaników. Sąsiadom pewnie chłodziarki naprawiała. Zna ją, co najmniej kilkadziesiąt osób, a zawsze łatwiej wyciągnąć informacje od osób, które cię znają.
Kommon uśmiechnął się. Okane powiedział coś, co nawet mu nie przyszło do głowy, a o czym Ki na pewno wiedział. Viga miała mało przyjaciół. Jej naturą była praca w samotności, ale to przez swoje umiejętności i nienarzucający się styl bycia, zyskiwała zaufanie. Pomagała jej też miłość do słodyczy, bo wszyscy kochają słodkości. W zupełnie naturalny sposób, Vigę zawsze otaczał krąg wyznawców, o czym ona zdawała się nie mieć pojęcia.
Kommon wprowadził kurs. To nadal był cztery dni lotu, ale jeśli mieli racje, ominą jeden przystanek i przynajmniej jeden dzień przestoju. Uśmiechnął się

18




do brata, na którego twarzy skupienie zastąpiło w końcu nerwowe spięcie. Byli jeszcze daleko od znalezienia Vigi, ale pewne, mocne tropy ułatwiały im podejmowanie decyzji. W końcu poczuli, że robią postępy i ze decyzja o dezercji, którą podjęli była właściwa.

     

     
Koniec części pierwszej.

19




Wyrazy: Znaki: