Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin
ikonka komentarza

Ostatnia granica VIII

Autor: Nives twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




Czerwono brązowe promienie zaczynały otulać kamień po kamieniu. Ostre krawędzie skalnych skorup, rzucały coraz dłuższe cienie na swoich sąsiadów. Lekki, ale piekielnie gorący wiatr wznosił spomiędzy nich małe obłoczki brunatnego kurzu. Szelest krzewu gunami poprzedził gwałtowne uderzenie zapachu z rozwijających się na nim drobnych kwiatów. Duszący, zielny aromat zmieszał się z chmurą pyłu i razem popędzili w kierunku oceanu, uciekając przed nadchodzącą nocą. Słońce chowało się za górami, zaczynając powoli oddawać nocy należy jej teren. Zgrzyt kamieni niósł się echem o pobliskie wzgórza i hałdy kamiennych okruchów, stawiając opór gniotącym je ciężkim butom. Jeszcze tylko kilkanaście minut. W momencie, gdy najbliższa planecie gwiazda, opuści tą cześć globu, pustynia rozpocznie niebezpieczny nocny taniec. Węże, wielkie krocionogi, gryzonie i pająki wyjdą na zer i biada, żeby ktoś im przeszkodził. To nie było bezpieczne miejsce dla żadnego humanoida. Należało mieć tylko nadzieję, że niewysoka sylwetka należała do istoty nawykłej do panujących tu zwyczajów. Brązowy kaftan narzucony został na obce ubranie,

1




głowę i twarz chroniła jasna chusta. Szczupłe palce zsunęły z nosa przyciemnione okulary, żeby bystre, zielone oczy mogły zlustrować rozciągającą się przed nimi pustynię. Mimo, że żaden dodatkowy dźwięk nie zagłuszył głuchych szelestów tego bezdroża, podróżnik bez wahania skierował się ku trzem wysokim głazom, górującym niczym kolumny nad okolicznymi skałami. Stąpając ostrożnie ściągnął z głowy chustę. Zachodzące słońce oświetliło jasnobrązowe włosy zwinięte w krótki kucyk i twarz należącą wyraźnie do ludzkiej kobiety.
- Spodziewałbym się prędzej śmierci, Viga, niż ciebie! Tacy jak ty raczej nie wracają na stare śmieci! – Rozległ się głos spomiędzy skał.
- Tym razem nie jestem służbowo – kobieta stanęła przed starszym rdzennym mieszkańcem planety i uścisnęła wyciągniętą ku niej czarną, siedmiopalczastą dłoń. – Mam kłopoty, Koe. Potrzebuję pomocy.
-Tak się domyśliłem. W przeciwnym razie spotkanie o zachodzie słońca na pustyni byłoby raczej dziwne – podsumował ironicznie. – A teraz do rzeczy. Co się stało?
- Mogomi Daja pod pozorem misji kolonizacyjnej sprzedaje swoich naukowców do

2




Ibedy. Tych lekko przechodzonych, niepełnosprawnych …. Wiesz, o co chodzi. Uciekłam ja i jeszcze jeden. Nie wiem czy reszta wyruszyła czy nie.– Viga na chwilę zamilkła studiując zaskoczone oblicze starego mechanika. – Muszę wiedzieć, dlaczego to robią. I czy jest możliwość anulowania kontraktu.
Koe prychnął pogardliwie. Pomysł wydał mu się niedorzeczny.
- Chcesz iść na wojnę z Mogomi? Ba, jeśli to rozgłosisz, za Mogomi staną inne Konsorcja. Staniesz sama do walki z armią? – Zapytał z niedowierzaniem.
- Jeśli będzie trzeba to tak zrobię – głos Vigi jednak drżał. – Pomóż mi… Informacje to moja tarcza. Coś dowiedziałam się na Padi, ale nie chcę mówić, żeby ci nic nie sugerować. – Koe potaknął głową na te słowa. Westchnął spojrzawszy na kobietę. Nie był pewien czy jest gotowa do walki z gigantem, ale ktoś musiał zacząć.
- Odświeżę parę kontaktów. Za cztery dni mamy święto Husu, warsztat będzie zamknięty. Przyjdź wtedy, powinienem już coś wiedzieć.
Oblicze Vigi złagodniało – Dzięki Koe – powiedziała oddychając z wyraźna ulgą. Zrobiła pół kroku jakby chciała odejść, ale zawahała się. Koe

3




zauważył, że wstrzymała oddech.
- Jest cos jeszcze? – Zapytał łagodnie.
- Koe, może mnie ktoś szukać….
- Spokojnie, Straż do mnie nie zagląda!
- Nie, nie o Straż chodzi! – Przerwała mu. – To znaczy nie tylko o Straż..
Koe uśmiechnął się w duchu. Młodzi ludzie są tacy przewidywalni.
- Jak go poznam?
- Człowiek, wysoki. Brązowe włosy i oczy, mocno opalony, dobrze zbudowany, lekko po trzydziestce. To żołnierz, na lewym barku ma wytatuowany znak SU. Może być sam albo z bratem.
Koe skinął głową z uśmiechem, choć przed oczami stanął mu niebezpieczny człowiek. Znak SU, to sugerowało jednostki specjalne. Miał kiedyś okazję spotkać nie jednego takiego żołnierza. Byli niebezpieczni, zaprawieni w najcięższych misjach. Zabijali zanim dostali rozkaz, ich własne demony najczęściej prowadziły ich do grobu lub na skraj szaleństwa. Mechanik dziwił się niezmiernie wyborem swojej niegdyś ulubionej klientki. Nie zdążył się o nic zapytać. Viga unosząc rękę na pożegnanie, otuliła się chustą i odeszła. Noc szybko ja pochłonęła.
Dwugodzinna droga powrotna była uciążliwa. Chrzęst kamieni pod stopami nie dał rady zagłuszyć

4




niezidentyfikowanego szelestu. Wokół kwitło mroczne życie. Gdzieniegdzie w ciemności pojawiały się jasne punkty, które mogły być oczami, czasami stałe odgłosy przerywało chropowate wycie, należące do pustynnych gryzoni. O ile nie jest to duża grupa, pustynny gość mógł być bezpieczny. Jeśli było ich więcej, mogła przydać się broń. Mimo że niewielkie, bo wielkości może 25 centymetrów, miały paskudnie wielkie ostre zęby i potrafiły działać w grupie. Szczególnie niebezpieczne były w czasie dokuczliwych susz, atakowały, co popadnie, nie pogardziły też humanoidami. Z drugiej strony, pieczone nad ogniskiem były smaczne, a odmiana by się przydała. Viga zastanowiła się dwa razy zanim dobyła broni. Huk pocisku niesie się daleko, a tego nie można było ryzykować. W pobliżu było sporo Straży, od dwóch dni coraz więcej. Było jasne ze ich szukają.
Viga przystanęła, wciągając do płuc zapach gunami. Ciemność nie była jej wrogiem, razem z ciszą stanowili jej ulubione miejsce. Uciekała w takie przyczółki od dawna. Z dala od ludzi, innych ludzi i istot, które zmuszałyby ja, do jakichkolwiek interakcji. Długi czas czuła się

5




kompletnie wypruta z emocji, a kiedy one w końcu uderzyły, przygniotły ją jak wielki kamień. Jeśli próbowała z nim walczyć – przygniatał jeszcze mocniej. Została pod nim, pielęgnując samotność, starając się pozbyć każdego wspomnienia, każdego dźwięku i obrazu, który niechcący przywracałby ją w niechciane rejony. Zamknąć oczy i wyłączyć implant, to była najprostsza droga, nie umiała tylko przestać czuć. Zapach wdzierał się w nozdrza i wołał o odrobinę litości. Gunami kojarzyło jej się nie tylko z pustynią na Forumo, ale też z ogrodem przy laboratoriach na Jura 44 i aromatem świeczek ze świątyni na wzgórzu. Zapach kurzu miał w sobie ten sam ładunek emocji, co wycieczka w góry. Ta sama gdzie ktoś zapomniał mapy i utknęli na noc w wysokich, miękkich trawach. Viga podniosła oczy do nieba. Z Forumo rozciągał się marny widok na gwiazdy. Nocne sklepienie rozświetlało ich może kilkanaście, odrobinę światła dawały trzy małe księżyce. To nie było niebo dla romantyków, za to idealne dla uciekinierów, dla skazanych i potępionych. Ta pustynia, to było piekło idealne.
Ki kazał im się trzymać z dala od wszystkiego,

6




ale po dwóch dniach okazało się, że to jest nie do zrobienia. Po pierwsze musieli jeść, a po drugie zdobywać informacje. Była jeszcze jedna sprawa, która sprawiała, że atmosfera stała się nieznośna. Lods próbował przeprosić Vigę za swoje zachowanie i policzek. Siniec na jej twarzy dobitnie przypominał mu, że tym razem ostro przesadził. Niestety nie umiał zdobyć się na chwilę szczerości, bo choć bardzo by chciał, to wcale nie było mu przykro. Viga z kolei zacięła się i kompletnie go ignorowała. Od zejścia z transportowca Padi, zamieniła z nim może kilka słów, tylko w konieczności i tylko na temat podróży. W życiu nigdy nie spodziewałaby się po nim takiego postępowania. Przynajmniej kiedyś. Jego obecne zachowanie i ciągle humory były dla Vigi dziwne i nietypowe. Sporą część życia przeszli ramię w ramię, wspierając się najlepiej jak umieli. Oboje jechali na tym samym, kontraktowym wózku, wiec znakomicie rozumieli pewne niuanse swojej sytuacji. Lods był niepoprawnym wesołkiem, a jego poczucie humoru najlepiej sprawdzało się w tematyce panienek lekkich obyczajów, alkoholu, jedzenia i solidnych eksplozji. Potrafił zepsuć

7




wszystko – od automatycznego ołówka po głowicę rakietową, dlatego sam nigdy nie próbował nawet wkręcić jednej śrubki. To zostawiał swojej przyjaciółce, on być od liczenia. Dzień po przylocie na Forumo Viga postanowiła kontynuować ignorowanie Lodsa. Nie rozumiała go, a nie miała czasu na rozważanie jego emocjonalnych zagrywek. Za mocno burczało jej w brzuchu i mimo, że była przyzwyczajona do tego paskudnego odczucia, zamierzała jak najszybciej się go pozbyć. Jak tylko wylądowali uprosiła Ki o możliwość wyjścia z kolejnego kradzionego pojazdu i zdobycia jedzenia. Ki nie był zachwycony, jedynie fakt, że to na znała zwyczaje tej planety, przekonywał go do zaufania drobnej kobiecie.
Z daleka majaczyły już znajome wzgórza, porośnięte kolczastymi krzewami. Jeszcze kilkanaście minut i będzie na miejscu. Nieoczekiwanie coś otwarło się o jej lewy but. Zamarła. Ostrożnie i powoli, starając się nie oddychać, wysunęła zamocowany na udzie sporej wielkości nóż. Przez chwilę panowała kompletna cisza, aż z lewej strony dało się usłyszeć szybkie szuranie, jakby przesuwał się wąż. Nieoczekiwanie tuż nad kostką poczuła zaciskanie

8




małej szczęki, kątem oka dostrzegła drugie zwierzę, które chciało dopaść jej lewą nogę. Szybko uniosła ja nad ziemię i kiedy gryzoń był w powietrzu jednym ruchem przygwoździła go stopą do kamieni. Drugiego agresora, boleśnie wpijającego się jej w kostkę, chwyciła za fałdę na karku, podniosła i wepchnęła mu nóż przez podbródek prosto do mózgu. Zapach krwi pobratymców natychmiast odstraszył resztę stada od ataku. Wierzgający się pod stopą drugi napastnik też szybko posmakował noża na gardle. To było łatwe polowanie. Viga uśmiechnęła się do się siebie, na myśl o pełnym żołądku.
Pomiędzy wzgórzami, do których dążyła, stała na wpół rozwalona chata. Znaleźli ją wczoraj i postanowili zająć, jako tymczasowe schronienie. Prawie cały dzień zajęło im przykrycie wehikułu gałęziami i przysypanie piaskiem, żeby żadne oko nie dostrzegło go z oddali. Stare domostwo odstraszało już samym wyglądem. Cała prawa część domu była przewrócona i zrujnowana. Sterty glinianych cegieł walały się w pobliżu sugerując ze dom jest w takim stanie prawdopodobnie w wyniku wybuchu. Jeśli to powojenne zniszczenia, to szkody

9




miały coś ze trzy dekady. Ocalała namiastka schronienia miała dwie izby, w których co prawda nie zastali żadnych sprzętów, ale dach z gałęzi i trawy był w przyzwoitym stanie, i nieźle chronił od palącego słońca. Studnia, o dziwo, też jeszcze nie wyschła. To wystarczyło, aby uznać to miejsce za dobre schronienie.
Wchodząc, Viga natychmiast dostała się pod ostrzał pytań.
- Spotkałaś się z nim? Co powiedział? – Ki przestępował z nogi na nogę.
- Tak, widziałam się z Koe – Viga nawet nie próbowała go uspokajać. – Nakreśliłam mu naszą sytuację, obiecał spotkanie za cztery dni możliwe, że z jakimiś informacjami. No i przyniosłam kolację. – Podniosłam do góry związane tylnymi łapkami dwa zwierzaki.
Ki rozjaśnił się. On tez nie lubił być głodny. Wziął futrzaki i rzucił je Lodsowi.
- Lods! W twoje ręce… baw się dobrze! – Po chwili zwrócił się do kobiety. – Dobrze się spisałaś! Choć myślę, że to była twoja ostatnia samotna wycieczka po pustyni. Sam twój łup pokazuje, że nie jest tu zbyt bezpiecznie. Mogłaś wpaść w ręce Straży. – Ki założył ręce na piersiach.
- Straż nie łazi po nocach

10




–odparła cicho. – To tchórzliwe pokurcze, w nocy boja się nawet własnego pierdnięcia. Tak naprawdę w nocy jestem najbezpieczniejsza. Przyniosę wodę.
Viga wyszła, zamykając drzwi z lekkim skrzypnięciem. Ki rzucił okiem na oprawiającego gryzonie z ponurym wyrazem twarzy Lodsa i podążył za przyjaciółka. Jej drobna sylwetka odznaczała się na tle jasnej studni. Stała patrząc w wodę. Wyglądała na jeszcze mniejszą niż zwykle. Zaszczuta, zapędzona w najciemniejszy kąt swojego życia. Co prawda nadal był skupiona na pracy, na przeżyciu, ale jej oczy nie wyrażały niczego ponad rozgoryczenie. Ucieczka nigdy nie była jej bliska, nauczona była walczyć, a teraz była jedyną możliwością przeżycia. Na pewno tęskniła też za Okane. Zawsze był jej wsparciem i opoką, teraz nawet nie wiedziała czy ma go opłakiwać czy nie. I to znowu….
Ki podszedł do niej i usiadł na brzegu studni.
-Nie łam się dziewczyno. – Powiedział poważnie. – Jesteśmy na początku drogi.
- Nie powinieneś mnie czasami pocieszać? – Prychnęła lekko nie odwracając do niego twarzy. I bez tego wiedział, że płakała.
- Ja nie jestem od pocieszania Viga. Ja jestem

11




od trzymania cię w pionie i pilnowania, żeby cię ktoś nie zastrzelił jak będziesz ratować mi życie jakimś swoim mechaniczno – technicznym hokus pokus. Od pocieszania jest Okane. Jak nas znajdzie, to wypłaczesz mu się w rękaw, czy w co tam będziesz chciała. – Zachichotał porozumiewawczo.
- Głupek! – Jego żart przyniósł owoce, bo Viga jednak się zaśmiała.- Boję się, że już go nie zobaczę. – Dodała poważnie po chwili.- Lods miał rację, że myślę życzeniowo. Okane musiałby zdezerterować, żeby za mną polecieć, nie mógłby tego zrobić…
- Przestań! – Przerwał jej. – Okane zrobi wszystko, co trzeba żeby do ciebie dotrzeć. Nie wiem czy mu się uda, nie jestem jasnowidzem. Ale jeśli istnieje cień szansy to nas znajdzie.
Zamilkli oboje.
- Przestałam w to wierzyć – powiedziała cicho. – Ciągle byliśmy w drodze, albo sypialiśmy z bronią pod poduszką. Kłamaliśmy, żeby wyrwać dla siebie kilka chwil we dwoje, wiele razy narażaliśmy i ciebie, i Kommona. Nasz ślepy los w końcu przestał nam sprzyjać.
- Viga, nie rób tego kroku. Nie pogrążaj się w rozpaczy. To jest ostatnia granica, której nie wolno ci

12




przekroczyć. Pamiętaj żeby zawsze mieć nadzieję, bo ona na naprawdę ma siłę. Bez nadziei zostaje już tylko śmierć. Wiem, że kiedy się spotkaliśmy na Forumo, parę tygodni temu, prawie ja straciłaś. Chce żebyś przynajmniej spróbowała ja w sobie znaleźć. Tylko spróbuj. – Położył jej dłoń na ramieniu. Z tego prostego gestu rozeszło się ciepło po wszystkich komórkach jej ciała.
Smużka światła z otwieranych drzwi przerwała łagodzący wpływ chwili. Na tle słabo oświetlonego pokoju stał Lods i machając do nich ręką zapraszał na posiłek. Idąc do wnętrza tymczasowego domu, Viga wytarła policzki, zacierając ślady swojej słabości. Spojrzała w kierunku niewielkiego paleniska, gdzie na kratce zrobionej ze starego, stalowego płotu przypiekały się kawałki upolowanych przez nią zwierzaków. Wyglądały nieźle. Może i były nieco niedoprawione, ale to była i tak najlepsza kolacja, na jaka mogli teraz liczyć. Mięsa było na tyle dużo, że o śniadanie też nie musieli się martwić. Pierwszy raz o tygodnia szli spać z pełnymi brzuchami.
Viga siedziała przed dogasającym paleniskiem tuż przed wejściem, śledząc wzrokiem

13




strzelające iskry. Wiedziała, że Ki miał rację, starając się wzbudzić w niej dawną chęć do działania. Ale ona czuła się zamknięta w przeszłości. Wmówienie sobie, że należy uwolnić się od Mogomi, żeby coś się zmieniło było łatwe. Niestety częściej uderzała ją ostatnio myśl, że problem nie tkwi tylko w tym jak wygląda jej życie w tej chwili, ale bardziej, dlaczego ono tak wygląda. Od przeszło półtorej roku czuje, że funkcjonuje jak marionetka. Kiedyś po prostu wykonywała rozkazy, dziś ma wrażenie, że ktoś nią manipuluje. Ta rozmowa nie mogła czekać. Viga weszła do chaty. Starając się stąpać jak najciszej, zrobiła kilka kroków po glinianej podłodze. Po prawej stronie małej izby spał Ki. Kobieta przykucnęła i jednym palcem dotknęła czubka jego nosa. Stara sztuczka wybudzania żołnierzy bez ryzyka, że nagle obudzony poderżnie jej gardło. Mało, który napastnik zaczyna od czubka nosa. Ki zaczął się wiercić.
- Ki, obudź się – szepnęła.
- Co jest? – Zapytał zaspany, pocierając oczy.
- Musimy pogadać!
Ki nie kwestionował jej prośby. Viga Mimishi sama prosząca o rozmowę, to było niczym przelatującą

14




kometa. Trzeba było szybko chwytać ulatującą chwilę. Wyszedł chwilę po niej przed schronienie. Viga zalewała właśnie miejscowe zioła, bardzo aromatyczne, działające trochę jak kawa. Podała mu parujący kubek. Usiedli oboje przy ognisku, Ki dorzucił do niego grubą gałąź. Poczekał, aż Viga wykrztusi z siebie, po co zrywała go w środku nocy.
- Chcę, żebyś mi opowiedział o Gohi-No.
Ki wciągnął głośno powietrze do płuc – Przecież wiesz, co się stało…
- Ale nie wiem dlaczego. Chcę wiedzieć, dlaczego był ten wybuch. Wiesz, że nie powinien, to było silnie ekranowane miejsce. Ty wiesz, co się stało, albo przynajmniej się domyślasz.
- Nie wiem czy chcesz wiedzieć.. Przez prawie dwa lata nie chciałaś. Co, jeśli za wybuch odpowiada ktoś tobie bliski? Jeśli to ktoś, komu ufałaś? Co to zmieni?
- Ki, ja nie mogę żyć chowając się przed demonami z przeszłości. – Mówiła spokojnie. – W głębi duszy coś już we mnie skiełkowało i wcale mi się to nie podoba.
- Prawda jeszcze nikogo nie wyzwoliła. To bzdura, mówię z doświadczenia – Ki wziął duży łyk ziołowego naparu. Nie wiadomo, jakim cudem nie poparzył się

15




wrzątkiem. Patrzył na milczącą przyjaciółkę, która tym razem sprawiała wrażenie upartej. – Czemu tak bardzo ci na tym zależy?
- Bo nie wiem komu ufać…
Ki pokiwał głową. - Powiem ci , co wiem...

16




Wyrazy: Znaki: