Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin
ikonka komentarza

Szkło, deszcz i ostrza

Autor: Ambrosa twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




Marsz przewalił się z hukiem przez Rypin. Rycerze zakonu bożogrobców zmierzali w górę ulicy, w stronę bramy sierpeckiej. Ich pochód był tak długi, że początek i koniec znajdowały się na przeciwnych krańcach miasta. Gdy przeszli przez bramę, ta w niespodziewany sposób zniknęła. Widma tego typu zawsze odbijały tylko wspomnienia.
Gdy opadł kurz, który kroczący wzbili za sobą, z ciemności wyłoniła się postać. Zatrzymała się i uniosła głowę. Krople deszczu spływały po twarzy czarnowłosego mężczyzny, gdy uważnie obserwował okolicę. Na pierwszy rzut oka wszystko wydawało się nieruchome, ciche i martwe. Były to jednak tylko pozory, gdy podszedł bliżej ulicy Kościuszki okazało się, że nie jest tam tak spokojnie.
Dwie dusze zaciekle się o coś awanturowały, obserwował to tłum gapiów. Czarnowłosy skrzywił się, bowiem nie lubił mieć publiki przy pracy. Dostał się do skłóconych i chwycił obu delikwentów za ramiona, rozdzielając ich. Mimo swojej szczupłej sylwetki, zdołał z łatwością podciągnąć ich nad ziemię. Wyglądał jakby miał na nich ryknąć i cisnąć o ziemię, by ich niematerialne ciała rozpadły się w

1




pył, zamiast tego, głosem niewiele mocniejszym od szeptu powiedział:
 – Trochę kultury. To nie ring. Zapraszam do Drzwi... a to oferta nie do odrzucenia.
Chwilę potem nie było już nikogo, dusze zniknęły. Na ich miejscu wolałby od razu przejść przez Drzwi i je za sobą zamknąć.
Czarnowłosy poprawił skórzaną kurtkę i ruszył w dół ulicy. Nieliczne, ale co jakiś czas mijające go dusze pozdrawiały go skinieniem głowy. Nie zauważył po drodze żadnych Wyrw, ani niespokojnych dusz. Na Lipnowskiej i w okolicy było spokojnie, mógł więc przejść do centrum.
Na rondzie usłyszał pierwsze odgłosy, dobiegające z ulicy Warszawskiej. Zanim jednak się tam udał, pozbył się małej Wyrwy za pomocą swojego lazurytowego amuletu, która pojawiła się na ulicy Piłsudskiego. Całe szczęście nic nie zdążyło się przez nią przedostać. Ruszył w górę Mławskiej.
Dotarł do parku imienia Józefa Piłsudskiego, pewnym krokiem podszedł do pomnika i zastukał. Popiersie zamrugało i nagle z gładkiego kamienia wyłoniła się noga, a za nią reszta ciała marszałka.
 – Dobry wieczór, panie Piłsudski. – przywitał się czarnowłosy,

2




ściągając kaptur.
 – Dobry wieczór. Cóż cię do mnie sprowadza?
 – Potrzebuję pomocy.
 – Służę, młody człowieku. Jak mógłbym ci jej udzielić? – Marszałek zmarszczył brwi, gotów do działania.
 – Mogę się przeprawić po dzisiejszym obchodzie.
Marszałek Piłsudski ni to sapnął, ni to westchnął, podkręcił wąsy i rzekł:
 – Muszę Cię zmartwić, Silensie. To nie jest odpowiedni czas, czeka cię przeniesienie do innego miasta.
 – Hmm... Mimo to, dziękuję. Do zobaczenia.
 – Bywaj w zdrowiu, synu! – Marszałek wycofał się do pomnika, zasalutował i wrócił na swoje stanowisko. Nie został ani jeden ślad po jego wizycie.
Silens obrócił się na pięcie i zbiegł w dół ulicy. Przebiegł przez skrzyżowanie i zwolniwszy, ruszył w górę Warszawskiej. Chciał pobiec w górę i od razu poznać źródło krzyków, ale najpierw musiał zbadać ten koniec ulicy.
Gdy zamykał małą, wąską Wyrwę, rozległy się wrzaski. Z zaciśniętymi zębami, ścisnął amulet w dłoni i powoli posuwał się naprzód, Wyrw było kilkanaście. Nie zastanawiając się co je wywołało, ruszył na przód.
Drogę przeciął mu Cień.

3




Przybrał postać czarnego wilczura. Mierzył strażnika wyniosłym spojrzeniem, krocząc bezszelestnie. Gdy Silens wyciągnął kindżał, Cień zawarczał i zaatakował. Mężczyzna niemal niezauważalnie uśmiechnął się i obrócił się, unikając ostrych zębów bestii. Z pewnością ruszył do kontrataku, lecz napotkał zaciekłą obronę. Cień skakał i kłapał zębami, żeby go wytrącić z równowagi. Znudziło to go, więc rzucił się całym ciałem na przeciwnika. Zaskoczony demon zamknął paszczę na klindze kindżału, lecz tego właśnie oczekiwał Silens. Szybko wyciągnął mizerykordię i wbił ją w szyję Cienia, który zaskomlał, jednocześnie żałośnie jak i gniewnie.
Strażnik otrzepał się z kurzu, schował ostrza do odpowiednich pochew. Było źle, te stwory zawsze pojawiały się tam, gdzie lała się krew, nawet jeżeli była ona tylko widmowa. Silens szybko zbadał teren, zrozumiał, że wąskie Wyrwy rozdrapał Cień. Zirytował się i bez chwili zwłoki pospieszył dalej.
Dotarł do budynku muzeum i biblioteki. Wszedł na podest i położył dłoń na klamce, nagle poczuł ból, oderwał palce. Poparzyła go. Sycząc pod nosem z

4




niezadowolenia, uderzył w klamkę pięścią, jednocześnie pchając je drugą.
W środku panowała całkowita ciemność, mimo iż światło latarni powinno wpadać do środka – wnętrze odcinało się wyraźną kreską jakby zakrywał je ciemny aksamit. Silens zacisnął palce na amulecie by wkroczyć do środka, lecz wrzask odrzucił go do tyłu, wyrżnął w poręcz i nieomal nie wypadł na chodnik. Syknął z bólu, wyprostował się i zszedł po schodach, nie odrywając wzroku od drzwi. Rozejrzał się za innym sposobem wejścia. W oddali dobiegł tętent kopyt.
 – Hola, Silensie! – jeździec ściągnął kapelusz i zamachał nim gwałtownie. Szybko dotarł do stojącego i zaskoczył z końskiego szkieletu. Silens w odpowiedzi tylko uniósł nieznacznie dłoń. Przybyły podszedł tanecznie i potarł zakręconą bródkę
 – Ulala. Chyba nie najprzyjemniejszy patrol, hm? U mnie increíblemente spokojnie. Z chęcią ci pomogę, Azuel zawsze do usług, tylko powiedz... – Zanim skończył zdanie, znów rozległy się krzyki, tym razem odezwało się kilka głosów. – Maldita sea! Kogoś tu opętało. Dobra, ja właśnie skończyłem, a dos strażników

5




to więcej niż uno. Co zatem wypatrzyłeś, amigo?
 – Wejdę przez okno. – Silens uniósł dłoń, wskazując najwyższe piętro. Nim zaczął się wspinać z pomocą zakrzywionego noża, rzucił: – A ty pilnuj drzwi, nic nie może wyjść, Azuelu.
 – Gran! – obruszył się strażnik. – Rozumiem, że fach zobowiązuje, ale wypada, żebym robił coś poza staniem, nie jestem wartownikiem. Apfff.
Silens nie słuchał narzekań przyjaciela, był już przy oknie. Wszedł do środka. Jakieś eksponaty leżały na stolikach i w pokoikach, najwyraźniej tu ciemność nie dotarła. Gdy zszedł na niższe piętro, dopadła go szyszymora. Brudne poszarpane szmaty, splątane włosy, przegniła, wykrzywiona gęba – to już wystarczy, żeby przerazić nie jednego, lecz posiadała jeszcze jeden zatrważający atrybut – zdeformowane ręce, o palcach tak długich, że mogłyby z łatwością objąć udo mężczyzny i pazurach tak ostrych, że rozorałyby te udo na strzępy.
Zawahał się, a ona to wykorzystała, zaszarżowała, natarła pazurami, w ostatniej chwili złapał ją za ramię i odepchnął się. Zwróciła się w jego stronę, wyciągnął tomahawk i

6




nim rzucił. Uchyliła się, ostrze wbiło się gwałtownie w drewnianą futrynę, a ona skoczyła i przyszpiliła go do ściany. Wrzasnęła na niego by go ogłuszyć, ale krzyk szybko się urwał. Ostrze nadal cicho wibrowało, a szyszymora znieruchomiała. Ciało upadło na podłogę.
 – Za stary się na to robię – mruknął Silens, wysuwając kris spomiędzy żeber potworzycy. Sięgnął po broń, która ugrzęzła w drewnie, ale jego bok przeszyła błyskawica bólu. Syknął i złapał za zranione miejsce. Wygrał refleksem, ale nie docenił sił przeciwniczki. Zacisnął usta, napiął mięśnie i udało mu się wyszarpnąć wreszcie broń. Przez chwilę ważył ją w dłoni i przetarł ostrze, sprawdzając jego stan.
Kris schował i zszedł powoli na dół. Dotarł do linii ciemności. Ustał tuż przy granicy, chciał przeniknąć wzrokiem mrok, dziwnie cichy, aksamitny, delikatny, lecz niepokojący. Spróbował dotknąć ciemności jak tafli lustra, samymi opuszkami palców. Nie był pewien, gdzie kończy się światło, nie był w stanie stwierdzić czy już przekroczył granicę, czy nie. W końcu całkiem wyprostował ramię, ale nadal widział swoją

7




dłoń. Znieruchomiał, jego serce zaczęło bić szybciej, mocniej, łomotało tak, że zagłuszało mu myśli. Pchany impulsem, postąpił krok do przodu, nim się opamiętał, było już za późno.
Runął w czarną otchłań. Westchnął ze zdumienia.
Spadając, przygotował swoje ciało by odnieść jak najmniejsze szkody. Jednak z czasem nabrał przekonania, że zaraz zginie, choć wolałby umrzeć jeszcze raz, niż doświadczyć tego, co go czekało.
Strażnicy mieli swoje określone lokacje, których strzegli przez objawieniem z Drugiej strony. Nie przechodziło ono przez Drzwi – one tylko przyjmowały w swoje progi z Pierwszej – lecz przez Wyrwy, tworzące się samoistnie bądź jako efekt działań sił, których marzeniem było schrupanie całego rzeczywistego świata jakby był on kruchym ciasteczkiem z odrobiną słodkiej marmolady.
Stos trupów złagodził upadek, lecz nie dane było mu rozprostować ciało. Silna dłoń pociągnęła go na ziemię. Nie zdołał się obronić, będąc oszołomionym. Groźne, okrutne oczy oficera otaksowały go szybko. Poznał Kniefalla od razu, dzierżył w dłoniach nóż i pistolet. Gdy zaczął wrzeszczeć do niego w

8




swoim języku, spostrzegł, że w oddali kuli się przerażony mężczyzna, na oko pięćdziesięcioletni. Łkał cicho, na przemian patrząc na ciała i zasłaniając oczy. Silens ukradkiem zerknął i spostrzegł zwłoki jakichś kobiet, po rysach domyślił się, że to członkinie jego rodziny. Zupełnie zignorował SS-mana, który przypomniał o sobie siarczystym policzkiem. Silens uśmiechnął się i bez wahania rąbnął go pięścią w twarz. Skoczył i złapał roztrzęsionego mężczyznę za dłonie.
 – Pan jest?
 – S-stanisław S-s-sierak-kowski – wyjąkał w odpowiedzi.
Silens zerwał amulet ze swojej szyi, nałożył go na kark Sierakowskiego i z morderczą precyzją wyrecytował zaklęcie. Amulet był w stanie unieść jedną duszę na raz, wybór był dla Silensa oczywisty. Teleportacja się dokonała, strażnik w zabójczym tempie wyszarpnął dwa sztylety, lecz Kniefall był szybszy. Spojrzeli sobie w oczy, celowali do siebie nawzajem.
Takie oczy ma mój nieodwracalny koniec – tyle zdążył pomyśleć nim rozległ się huk i odgłos przecinanego, rozszarpywanego mięsa. Zarówno kula jak i kolczaste ostrze utkwiły głęboko w

9




ciałach.

      Późna jesień, właśnie zmierzcha. On stoi swobodnie oparty o ścianę budynku. Słyszy krzyki, ale nie przejmuje się tym, pali papierosa, kontemplując wydychany dym. Z zaułka wypada mężczyzna i wyszarpuje za sobą kobietę. Kłócą się, drażni go to, chcę się oddalić, mija ich. Nagle kobieta krzyczy przeraźliwie, zerka więc za ramię, widzi pistolet, wycelowany prosto w jej pierś. Wystarczyłoby ją popchnąć. Tylko tyle. Nie zrobił tego, a po tym wydarzeniu wszystko zaczęło się sypać. Życie przeleciało mu przez palce, przyczynił się z resztą do jego ukrócenia, by uniknąć cierpienia.
Nie uciekł jednak.
 – Młody człowieku, zbudź się. Silensie. Przemów, wbrew swojemu imieniu.
 – Z... zie ja jesstm? – wymamrotał w odpowiedzi.
 – Otwórz oczy, to się przekonasz.
Uniósł powieki, znajdował się w parku, leżał na ławce. Właśnie świtało. O swój pomnik opierał się marszałek Piłsudski, był wyraźnie zadowolony, a u jego boku resztki trawy skubała Kasztanka. Koło Silensa stał ksiądz, poznał go po ubiorze, ale nie mógł sobie przypomnieć imienia. Odwiązywał bandaże z jego przedramion. Wszystkie

10




szpetne blizny, które przypominały jego śmierć – upadł na szkło z rozbitej butelki, był tak pijany, że nic z tym nie zrobił, wykrwawił się – znikły, jakby nigdy nie umarł. Rana zadana przez szyszymorę także nie dokuczała, bo po prostu jej nie było.
 – Podobało ci się tutaj? – zagadnął duchowny, patrząc na niego dobrotliwym wzrokiem. Położył dłoń na głowie Silensa, który od razu poczuł się lepiej.
 – Będę tęsknił za tym miastem.
Słysząc te słowa, ksiądz uśmiechnął się szeroko i powiedział:
 – Ja też tęskniłem. Miejsce te, na zawsze pozostanie w moim sercu wraz z ludźmi, których tu poznałem. Cóż, ruszaj więc, młody człowieku.
Nieco chwiejnie ustał na nogi i podszedł do marszałka.
 – Zasłużyłeś na pochwałę, synu. Wsiadaj na moją Kasztankę. Przytroczyłem jej twój arsenał. Nie będzie ci już potrzebny, lecz zapewne chciałbyś go zachować. Niepospolita kolekcja!
 – Że co?
Ze zdziwieniem dosiadł konia. Z juków rzeczywiście wystawało kilkanaście rękojeści. Obejrzał się za siebie. Przypomniało mu się imię duchownego.
 – Dziękuję, ojcze Czesławie. Dziękuję, panie

11




marszałku. Za wszystkie rozmowy. Pomoc z Wyrwą, która utworzyła się w moim sercu i duszy.
 – Nie dziękuj, chłopcze. To nasz obowiązek. Jedź, nie możesz skorzystać z Drzwi, daleka droga przed Tobą. Przecież dobrze wiesz.
 – Wiem. Już wiem. – Gdy to mówił, niepostrzeżenie dołączył do niego Azuel na końskim szkielecie.
Należy postępować, jak należy – Silens westchnął, ni to ze smutkiem, ni to z zadowoleniem.

12




Wyrazy: Znaki: