Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin
ikonka komentarza

Domowik

Autor: Hoviel twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




Bruno położył pysk na stole i przysunął wielki, mokry nos do miski. Pani zaśmiała się, na co zamerdał ogonem z miłością. Mimo to trzepnęła psa haftowaną ścierką. Odsunął się, zdegustowany zniewagą, lecz nadal nie spuszczał z oka ceramicznego naczynia, które sprawiało, że jego zmysły szalały.
Mięso.
Po raz kolejny spróbował chociaż się zbliżyć, poczuć mocniej ten zapach, zatracić się w nim. Czuł się zniewolony. Żądza jedzenia przewyższała wszystkie zasady moralne. Zaskomlał cichutko nad swoim parszywym instynktem. Ale ta woń… jakież to musiało być dobre, na pewno! Nie przeszkadzał mu nawet drażniący zapach ziół.
– Hej, nie wolno! – krzyknęła pani i wyrzuciła w górę zbrudzone białym proszkiem dłonie. Pies skulił uszy, co jak zawsze rozmiękczyło serce kobiety. Wytarła ręce w fartuch, przykucnęła. Westchnęła czule. – Dzisiaj pan ma imieniny, kochany, więc musimy zostawić ten udziec na wieczór, wiesz?
Mlasnął jęzorem na znak, że nie wie. Pani po raz kolejny westchnęła, co miała w zwyczaju, gdy musiała wychowywać zarówna psa, dzieci, jak i męża. Po chwili wróciła do ugniatania dziwnej,

1




białej masy. Mimo zakazów Bruno bardzo ją kochał. Dobrze go traktowała. Zimą mógł spać koło pieca zamiast w budzie, a zawsze gdy pana nie było w domu, pozwalała mu biegać po kuchni. Pan z kolei nie lubił Bruna. Krzyczał i bił, a czasem nawet wiązał na łańcuchu! Bruno może by i jednak rzucił się na mięso, na złość okrutnikowi. Ale skoro najdroższa pani go prosiła…
Podreptał na podwórze. Przebiegł obok kur, które zaskrzeczały, zlęknione. Kontrolnie obiegł cały ogródek, wypinając dumnie pierś na widok psa z sąsiedztwa. Zajrzał do swojej miski, ale tylko smętnie powiódł pyskiem po wylizanym do czysta dnie. Kiedy to on ostatnio jadł? Wieki temu! Zrezygnowany wrócił do kuchni, gdzie nic się nie zmieniło. Smętnie okrążył pomieszczenie, zajrzał pod szafki, do garnków z jabłkami, powąchał trzewiki pani. Podszedł do pieca… i zastrzygł uszami.
W ciemnym rogu leżał garnuszek. Z jednej strony mocno wyszczerbiony, z drugiej przypalony. Na uchwycie jakiś pająk uwił pajęczynę, gdzie zdążyła zaplątać się mała muszka. Bruno obwąchał dokładnie znalezisko, lecz nie wyczuł zapachu jedzenia, a jedynie jakąś nieznaną

2




wcześniej woń. Czyżby była to miska kotów? Nie, one dostają mleka w stajni. To może jakiegoś dawnego psa? I pan pozwoliłby mu mieszkać na stałe w domu?! Bruno zdecydowanie wykluczał taką opcję.
Już miał się oddalać, ale zza pieca rozległo się chrząknięcie. Odskoczył zaskoczony, lecz nieznany odgłos sprawił, że zaciekawił się jeszcze bardziej. Spojrzał za siebie. Pani gdzieś wyszła.
Nagle z ciemności wygramolił się strasznie dziwny człowiek. Był wysokości Bruna, więc sięgał głową do stołu. Siwa broda i skołtunione włosy sięgały prawie do samej ziemi. Ubrany był w chłopską koszulę. Istota przypominała starca, który kiedyś mieszkał w ich chacie, ale zniknął niespodziewanie. Miała takie same krzaczaste brwi oraz pomarszczoną twarz.
Pies znał przybysza. Niegdyś bardzo dużo usługiwał pani przy pracach kuchennych. Doglądał zboża i karmił łaciatą krowę w oborze. Nazywano go domowikiem. Bruno przypomniał sobie, że przecież właśnie w tej misce przy piecu pani zostawiała mu jedzenie. Jak widać, teraz przestała to już robić i bardzo wychudziła starego przyjaciela, którego traktowano dawniej jak członka

3




rodziny.
– Talerzy połowę potłukłem, w nocy duchami straszyłem, nawet dzieciaka raz uderzyłem, tylem się pomścił za głodówkę, a ci nic pokory! – warknął chrapliwie stwór. – Nie to nie, sam sobie poradzę. Na co czekasz kundlu? No leć tam i przynieś to mięso.
Pies przekrzywił głowę, nie zrozumiawszy polecenia. Karzeł mruknął coś i wyminął go.
– Pomagać, obejścia pilnować, zwierząt doglądać... i jeszcze jeść nie dostać - mówił wściekle, jakby sam do siebie. Zatrzymał się obok stołu.
Gdy Bruno zobaczył jak ten bezczelny stwór sięga swoją małą rączką do miejsca, gdzie leżała miska z udźcem, który pani zakazała ruszać. Poczuł potrzebę ochrony swego mienia. Przyskoczył do nieznajomego, nastroszył wypłowiałe futro jak tylko umiał i wyszczerzył kły. Obcy prychnął pogardliwie i nadal dobierał się do jedzenia.
Tego była za wiele. Bruno warknął, wystrzelił do przodu. Zacisnął zęby na ramieniu człowieczka, na co ten krzyknął i odskoczył, a miska upadła z brzękiem na ziemię. Zaprawiony ziołami sok rozprysł się po podłodze. Naczynie zakręciło się, udziec podskoczył, po czym opadł na swoje

4




miejsce.
Nieznajomy zacisnął małe piąstki. Powietrze w kuchni zgęstniało. Zaczął się rozrastać, brodę zastąpiło gęste, czarne futro, a twarz wydłużyła się. Bruno skulił się wbrew woli, widząc przed sobą ogromnego, sapiącego ze złością wilczura.
Zapragnął uciec jak najdalej stąd i schować się gdzieś w krzakach. Potwór wbijał w niego czerwone ślepia, gotowy do ataku. Bruno spojrzał na otwarte drzwi kuchni, potem na mięso. Powinien bronić honoru swojej pani! Jej trudnej pracy! Był psem obronnym, a nie jakimś szczurem kanapowym!
Wyskoczył do przodu. Zaszczekał zapalczywie aż poleciała piana. Wilczur odpowiedział tym samym. Niespodziewanie złapał mięso w swoje wielkie kły i zaczął je szarpać. Bruno również uczepił się jedzenia, próbując wyrwać je z rąk oprawcy. Siłowali się niczym na prawdziwej arenie walki, bitwie o godność, sprawiedliwość, prawdziwą moralność.
– Bruno, co ty wyprawiasz?!
Skołowany pies zastygł w bezruchu, spoglądając na swoją panią. Kobieta oparła dłonie na biodrach. Jej twarz wykrzywił grymas wściekłości. Rozglądnęła się po kuchni. Widziała tylko swojego pupila, który stał

5




wśród kałuży marynaty i ściskał zębami udziec z dzika.
– Jak śmiałeś, zły pies, zły! – wrzasnęła rozgniewana do granic możliwości. Bruno wypuścił zdobycz, która plasnęła o podłogę, dopełniając obraz sytuacji. Położył uszy, lecz tym razem nic to nie dało. Pani złapała za ścierkę. Trzepnęła kundla po głowie, aż w podskokach wybiegł z domu.
Pochlipując cicho, Zbysława podniosła mięso z ziemi. Jęknęła. Nie nadawało się do spożycia. Zastanawiała się co począć. Jej uwagę przyciągnął zakurzony garnuszek koło pieca, o którym jakoś zdążyła już zapomnieć. Zagryzła wargi z poczuciem winy. Położyła udziec w naczyniu i wróciła do wyrabiania ciasta.
Bruno leżał skulony w głębi swojej budy. Pani nie przyszła go pogłaskać, powiedzieć, że nic się nie stało.
A następnego ranka garnek koło pieca był wylizany do czysta.

6




Wyrazy: Znaki: