Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin
ikonka komentarza

War or... no?

Autor: LouMikado twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




Mała, zapomniana przez Wszechświat planeta, istniejąca w nienazwanej galaktyce, posiadająca atmosferę, morza, oceany, stały ląd i formy życia, które zdecydowanie różniły się od tych na Ziemi. Wszystko z pozoru wyglądało tak samo, lecz gdyby się przyjrzeć, nikt nie uznałby tego świata za coś realnego.
Każde miasto rozkwitało, z roku na rok coraz bardziej. Jedno z nich jest nadzwyczaj ciekawe ze względu na nielegalny romans, pomiędzy przedstawicielami odmiennych ras. Nie byłoby to nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że ta dwójka wybrała sobie moment na zakochanie się, podczas trwania wojny.
W jednym z miast, gdzie władzę sprawował demokratyczny rząd, złożony z ludzi różnych ras o zupełnie innych przekonaniach, dzięki mądrości panował dobrobyt. Priorytetem władz i mieszkańców była czystość krwi. Uczucia w małżeństwach i związkach partnerskich znajdowały się na pierwszym miejscu, lecz jeżeli ktoś ośmielił się współżyć z przedstawicielem innej klasy kończył, w najlepszym przypadku, jako wygnaniec lub został skazywany na długą, bolesną śmierć, poprzez zamknięcie w klatce na wzgórzach, gdzie zlatywały się głodne

1




kruki i żywcem pożerały potencjalnego przestępcę. Co ciekawe, taka kara obowiązywała jedynie mężczyzn. Kobiety były poddawane całkowitej histerektomii, nie byłoby to takie straszne, gdyby zabiegu nie wykonywano publicznie, bez znieczuleń czy narkozy. To najgorsza opcja, czymś o wiele lżejszym, chociaż zależy to od poglądów, było oddanie nieposłusznej prawu do więzienia o zaostrzonym rygorze, gdzie były w stanie przetrwać tylko najsilniejsze jednostki.
Mieszkańcy kilka dni temu dowiedzieli się, że może ich czekać oblężenie, choć wrogie wojska jeszcze nie przekroczyły granicy. Nikt nie miał pojęcia czy były to tylko plotki, czy jednak będą skazani na brak dostępu do świata za murami. W czasie wojny wszystko jest możliwe, więc pomimo niepewnych źródeł, ludzie zaczęli robić zapasy i przygotowywać się na najgorsze.
W domu jednej z elfickich rodzin właśnie skończyła się pora obiadowa. Owdowiały ojciec wracał do siedziby rządu, aby dalej pracować, pozostawiając młodą córkę Reiden w towarzystwie jej starszego brata Thefina. Dziewczyna mogła w spokoju posprzątać, wiedząc, że nie będzie jej przeszkadzać. Wkrótce miał

2




wyjść na jakieś spotkanie, o którym nikt nic nie wiedział. Podczas zmywania naczyń odcięła się od rzeczywistości. W domu panowała cisza, co tylko ułatwiało sprawę. Myślała o pierwszym spotkaniu z pewnych chłopakiem.
Odbierała przesyłki z poczty i pewien, bardzo spieszący się gdzieś, brunet o przepięknych niebieskich oczach wpadł na nią, przez co kartonowe pudełka wylądowały na podłodze. Przeprosił ją i pomógł z przesyłkami, obiecując, że w najbliższym czasie wynagrodzi jej to niemiłe spotkanie. Kojarzyła skądś jego przystojną twarz o wyraźnych kościach policzkowych, ostro zarysowanej szczęce i prostym nosie. Delikatny zarost pokrywał jego policzki i brodę. Na pewno nie należał do rasy elfów, jak ona. Nie był aż tak wysoki, nie miał tak bladej karnacji, brak specyficznego kształtu uszu, brak długich włosów i charakterystycznej dla tej klasy szczupłości. Wszyscy przedstawiciele elfów należeli do chudych osób, które zdecydowanie bardzo łatwo rozpoznać, zwłaszcza, jeżeli nie próbują kryć się ze swoją naturą.
Spotkali się później w Barze Ludu, knajpie, która była przeznaczona dla każdego. Nikt nie patrzył

3




tam na czyjś wygląd, czy pochodzenie. Wszędzie panoszyły się centaury, elfy, smoki w ludzkiej postaci, zmiennokształtni, wyrocznie, władający żywiołami, minotaury, fauny, ogry, cyklopi, a biorąc pod uwagę to, że bar był zbudowany na wybrzeżu, gdzie nie było płycizn, można było czasem spotkać nawet syreny.
Właśnie tam zdążyli się sobie przedstawić. Dowiedziała się, że jest synem jednego z posłów. Kiedy zapytała o jego krew zaśmiał się, uświadamiając sobie, że ona nie musiała tego robić, ponieważ pewnych ludzi idzie poznać od razu. Powiedział, że pochodzi z rodziny smoków, które przybierają ludzką postać. Zaintrygowało ją to. Spotykali się coraz częściej, rozważając przeróżne tematy, omawiając swoje poglądy, no i plotkując o ich ojcach w rządzie.
Po długich trzech miesiącach i porządnym poznaniu się nawzajem, doskonale wiedząc, jakie są zasady, poczuli do siebie coś więcej. Jego serce biło szybciej, kiedy był przy niej, a ona niemal cała się czerwieniła w jego towarzystwie. Spotykali się regularnie do póki ich rodzice nie zorientowali się, że coś jest na rzeczy. Nie mogli do tego dopuścić, byli

4




członkami rządu i konsekwentnie przestrzegali, panujących w tym świecie zasad. Musieli nauczyć tego samego młodszego pokolenia.
Nie rozmawiała z nim od dobrych dwóch tygodni. Ojciec widział jej ciągłe przybicie emocjonalne, lecz za każdym razem tłumaczył to postanowienie karą za coś, do czego stara się nie dopuścić. Wiedziała, że miał rację, chociaż instynkt elfa trudno pokonać. Ta rasa nie zakochuje się w byle kim, ciężko u nich o jakiekolwiek zauroczenie lub wydobycie jakichś głębszych uczuć, a rzeczywista miłość zdarza im się raz, góra dwa, w całym życiu. Miała tylko nadzieję, że siła tego uczucia nie jest jednostronna.
Z kontemplacji wyrwał ją niespodziewany szelest, gdzieś w kuchni. Niezwykle wrażliwy słuch nie dawał o sobie zapomnieć, nawet w najkrótszej sekundzie. Uzmysłowiła sobie, iż istnieją duże szanse na to, że nie zamknęła tylnych drzwi. Kontynuowała zmywanie naczyń, cały czas uważnie nasłuchując. Szorowała właśnie jeden z bardzo ostrych noży. Zbliżające się coraz bardziej, miękkie kroki utwierdziły ją w przekonaniu, iż ma w domu intruza. Złapała mocno za trzon majchra i dokładnie

5




oceniając odległość ewentualnego napastnika od niej, odczekała kilka sekund. Wzięła wdech i odwróciła się w idealnej chwili, przykładając ostrze do gardła niechcianego gościa.
– Martwa – odezwał się, lekko dociskając jakieś ostre narzędzie pod jej żebra. Mężczyzna był wysoki, miał ciemne włosy i niebieskie oczy. Połowę jego twarzy zasłaniała czarna, wykonana z jakiejś tkaniny maska. Odsunął swoją broń od niej i dopiero wtedy zrobiła to samo. Zsunął maskę z twarzy szybkim ruchem dłoni i obdarzył ją kpiarskim półuśmieszkiem. Pokręcił głową, po czym usiadł przy stole, znajdującym się w kuchni, opierając nogi o krawędź porządnego, wykonanego z mocnego drewna mebla. – Myślałem, że lepiej cię wyszkoliłem, Reiden – dopiero po tych słowach i widoku udawanego, zawiedzionego wzroku wyszła z szoku. Roześmiała się cicho i odłożyła nóż na blat.
– Też za tobą tęskniła, Garet – spojrzał na nią, błyszczącymi oczyma, a elfka podeszła do niego i pocałowała z całą tęsknotą, jaką czuła przez te dwa tygodnie. Jednak szybko się opamiętała i odsunęła od mężczyzny. – Nie powinno cię tu być.

6




Nagle zmieniasz zdanie?
– Jeżeli ktoś nas zauważy…
– Doskonale wiesz, jaki jest plan, gdyby ktoś przypadkiem nas zauważył.
– Dlatego chcę tego uniknąć – kochała go, lecz zawsze musieli być czujni i mieć ewentualny plan B, który nie był zbyt przyjemny i cała wina spadłaby wtedy na niego. Nie zgadzała się z tym, więc wolała być ostrożna, niż pozwolić mu na zrobienie czegoś naprawdę głupiego.
– Widziałem twojego ojca i brata, jak wychodzili. Jesteśmy całkowicie sami. Nikt nie ma prawa nas zobaczyć – przesunął dłońmi po jej przedramionach, nadgarstkach, a później palcach. Jego szorstka skóra, charakterystyczna dla rasy, przyprawiała ją o miłe, delikatne dreszcze na całym ciele. – Poznałem Reiden, która lubiła ryzyko. Nie chowała się z niczym. Zawsze stawiała czoła wszystkiemu…
– Tutaj chodzi o czyjeś życie. Twoje życie…
– Chyba nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak ciężko jest zabić smoka, moja droga.
– Chłopcy na posyłki urzędników wiedzą, co najlepiej… – przerwało jej skrzypnięcie drzwi. Zbyt bardzo skupiła się na Garetcie i nie zwracała uwagi na to, co się działo wokół. Oboje

7




momentalnie spojrzeli w stronę wyjścia z kuchni. W progu stał wysoki, szczupły elf. Jej brat. Patrzył na nich z obrzydzeniem.
– Rząd dowie się, o czymś bardzo ciekawym – odezwał się, po czym wyszedł tak szybko, jakby się rozpłynął. Garet nie zwlekał. Zerwał się z miejsca i pobiegł za Thefinem, lecz nic mu to nie dało. Elf zniknął wśród ludzi na ulicach miasta. Wrócił do zszokowanej Reiden z przekleństwami na ustach.
– Jest twoim bratem, nie może cię wydać, prawda? – zapytał nerwowo, chodząc w kółko. Nie odpowiadała. Wiedziała, jaka jest rzeczywistość. Thefin zawsze respektował rząd, ich poczynania i wszystko, co tylko powiedzieli. Zawsze wykonywał rozkazy. A za ten donos jeszcze dostanie dość pokaźną nagrodę. – Musisz uciekać. Nie zlokalizują cię zbyt szybko, jeżeli będziesz trzymać się w podziemiach i wyjdziesz dopiero daleko za miastem. Pracuję w straży od trzech tygodni…
– Nigdzie nie idę bez ciebie – odezwała się stanowczo i zaczęła pakować do podróżnej torby, która od kilku lat bezczynnie wisiała w szafie. Kiedy zobaczył, co robi, złapał ją mocno za rękę i przyciągnął do siebie.
– Nie

8




ma na to czasu. Zaraz usłyszymy sygnał. Zejdziesz do podziemi i będziesz się kierować na północ. Niecały dzień drogi stąd jest bezpieczne miasto…
– Idziesz ze mną.
– Namierzą mnie.
– Jesteś w straży zbyt krótko. Nadajniki wszczepiają po dwóch miesiącach, z tego, co wiem – nie odpowiadał. – Nie pozwolę ci tutaj zostać. Nie zmuszaj mnie do naginania twojej woli – Reiden jako jedna z nielicznych, potrafiła wpłynąć na czyjś umysł i manipulować nim bez najmniejszego kontaktu fizycznego. Nigdy nie zrobiła tego Garetowi i oboje chcieli, żeby tak zostało. Usłyszeli wysoko brzmiący sygnał. Kończył im się czas. Strażnikom zajmie około trzech minut na dotarcie do domu elfów. Teraz prawdopodobnie bramy miasta zostały zamknięte.
– Musimy iść – podsumował sytuację, w której się znaleźli i chwilę później szukali wejścia do podziemi na tyłach domu. Drzwiczki niczym nie różniły się od ściany zewnętrznej, lecz szybko udało im się dostać do ciemnych korytarzy. Panowała tam niezwykła duchota i wilgoć. Kamienne ściany były śliskie od wody, tak samo jak podłoże, po którym stąpali. Doskonale zdawali sobie sprawę z

9




tego, iż strażnikom nie zajmie dużo czasu, aby ich tutaj zastać, zwłaszcza z pomocą Thefina, więc nie pozostało im nic, prócz ucieczki i nadziei.
Ruszyli na północ, starając się biec jak najszybciej i, w przypadku Gareta, jak najciszej. Kroków elfki nie dało się dosłyszeć. Naturalne umiejętności tej rasy zapewniały jej całkowitą bezszelestność. Oboje mieli znacząco wyostrzone zmysły, co ułatwiało usłyszenie lub jakiekolwiek wyczucie potencjalnego zagrożenia. Nie musieli długo czekać. Po minięciu dwóch zakrętów rozproszył ich dźwięk kopyt centaurów oraz minotaurów, które zważając na wysokość i szerokość tuneli, z łatwością mogły się popisać swoją szybkością.
Przez tę krótką chwilę nieuwagi skręcili w ślepy zaułek. Nie zdążyli nawet zatrzymać się przed kamienną ścianą. Reiden rozcięła sobie ramię, przez jakieś ostre wybrzuszenie.
– Medenok – zaklęła pod nosem w swoim języku. Garet bezzwłocznie oderwał skrawek swojej koszuli i przewiązał rękę dziewczyny.
– Lepiej nie mów tak przy ojcu – starał się udawać opanowanego i jakkolwiek polepszyć ich sytuację, co nie bardzo było możliwe.

10




Strażnicy szybko się do nich zbliżali. Nie mogli teraz zawrócić, a wokół nie znaleźli żadnej innej drogi ucieczki. Ubrania Gareta były dokładnie w kolorze ciemnych ścian tunelu. Napięcie narastało z każdą sekundą. Słyszeli, już prawie, oddechy straży. – Nie ruszaj się i nic nie mów – wyszeptał najciszej, jak potrafił. Reiden była zdezorientowana. Nie miała pojęcia, co chodzi po głowie chłopakowi. Przycisnął ją do ściany i pochylił głowę, stykając swoje czoło z jej. Zakrył sobą starannie jej ciało i trwał w bezruchu. Cały czas patrzyli sobie w oczy. Wstrzymali oddech, kiedy tylko poczuli, że dosyć pokaźna grupa jest bardzo blisko. Zatrzymali się. Po plecach chłopaka spłynęła kropla zimnego potu. Powstrzymywał się od drżenia. Nie mógł sobie teraz na to pozwolić.
Jeden z centaurów powoli ruszył w ich kierunku. Nie potrzebowali lamp, ponieważ dobry wzrok gwarantował im całkiem przejrzysty obraz tego, co się działo w ciemnościach.
– To ślepy zaułek, Phanronie – usłyszeli czyjś głęboki i najwyraźniej znudzony głos. – Musieli pójść tamtędy – nastała chwila ciszy. W oczach elfki pojawiły się łzy.

11




Czuła, że to nie może się dobrze skończyć. Wbrew jej przewidywaniom, centaur zawrócił i poszedł za całą grupą w przeciwną stronę. Dopiero po chwili odetchnęli z ulgą. Reiden oparła się ciężko o ścianę. Już dawno nie czuła adrenaliny w żyłach. Na jej twarzy pojawił się uśmiech. Parsknęła cicho śmiechem, a jej towarzysz nawet nie zważając na powagę sytuacji powtórzył jej zachowanie. Ujęła jego twarz w dłonie, po czym pocałowała namiętnie. Nie odwzajemnił tego gestu. Dziewczyna nagle poczuła na sobie niesamowity ciężar. Ciało Gareta przygniotło ją i dopiero, kiedy starała się nie upaść, zrozumiała, że stracił przytomność. Mimowolnie odchylił głowę i wtedy Reiden zobaczyła minotaura, dzierżącego pistolet na strzałki. Próbowała jakoś wybrnąć z tej sytuacji, lecz strażnik zbliżył się do nich, odsunął wątłe ciało chłopaka, po czym poraził prądem, sprzeciwiającą się dziewczynę. Tyle wystarczyło, aby i ona straciła przytomność.
Nie miał pojęcia, przez jaki czas trwał w stanie nieświadomości. Czuł się bardzo zdezorientowany, kiedy obudziło go zimno. Powoli uchylił ciężkie powieki, nie

12




będąc pewnym, czego może się spodziewać. Niewiele pamiętał sprzed ostatnich, jak mu się wydawało, dni. Wiedział, że złapali jego i Reiden. Zamknęli ich w osobnych celach. Ktoś mu powiedział, że nie dozna kary śmierci, ze względu na pozycję ojca i fakt, że z wyników badań jego wybranki nie wynikało, aby doszło pomiędzy nimi do stosunku seksualnego. Mimo to, musiał ponieść konsekwencje swojego zachowania.
Leżał na plecach, chciał się podnieść, chociaż w nieznacznym stopniu. Udało się, lecz nie bez wysiłku. Piszczało mu w uszach, głowa bolała coraz bardziej z każdą chwilą, czuł nieprzyjemne mrowienie w nogach. Oparł plecy o ścianę i ciężko oddychając utkwił wzrok w ciemnym suficie. Podobno, gdyby nie próbowali uciec, kara byłaby łagodniejsza, ale jakoś w to nie wierzył. Tutejsze władze były bezwzględne, dbały o swoje dobre imię. Nie miał pojęcia, w jaki sposób ojciec przekonał ich, aby pozostawili go przy życiu. Nie był pewny, czy być mu za to wdzięcznym.
Zaczął wypatrywać metalowego kubka, w którym zawsze była równie zimna, jak to miejsce, woda. Miał spierzchnięte usta i potrzebował, chociaż jednego

13




łyka. Kiedy z wysiłkiem sięgnął po, całkiem niedaleko leżące, naczynie i strumień lodowatej cieczy zalał jego gardło, poczuł minimalną ulgę.
Nie minęło kilka minut, a usłyszał szczęk metalowego zamka. Nawet nie miał siły się odwrócić. Dwójka mężczyzn wzięła go pod ramiona i wlekła za sobą. Korytarz, którym szli wydawał się być kilometrowy, choć w rzeczywistości nie należał do najdłuższych. Zaciągnęli go do dźwiękoszczelnego pokoju, gdzie posadzili na żelaznym krześle, do którego przykuli jego nagarski, kostki oraz szyję. Czekał, niczego się nie spodziewając. Odchylił głowę do tyłu, całkiem zrezygnowany, po czym zamknął oczy. Cisza zakłócana była jedynie czyimiś krokami i oddechami. Chwila odpoczynku Gareta nie trwała długo. Na samym początku poczuł wrzątek, oblewający połowę jego twarzy, a później wżerającą się w skórę substancję. Nie mógł powstrzymać się od krzyku. Próbował wyrwać się z kajdan, zaciskał pięści, napinał niebezpiecznie wszystkie mięśnie. Z oczu ciekły łzy, a ciało przeszywały spazmowe drgawki. Zwierzęcy ryk wydobywał się z jego gardła bez końca.
Ocknął się

14




dopiero w swojej celi. Leżał na zimnej podłodze, a kiedy otworzył oczy znów ujrzał ciemny sufit. Połowa twarzy, szyi i lewy bark nieznośnie piekły, sprawiając mu ból. Przez chwilę myślał, że nie będzie już miał okazji spojrzeć na świat obydwoma oczyma, lecz jakimś cudem kwas nie spowodował częściowej ślepoty.
Próbował użyć swojej naturalnej umiejętności do regeneracji ciała, lecz nie dawało to prawie żadnych skutków, prócz załagodzenia bólu. Rozmyślał o swoim wyborze, czyli o Reiden. Gdyby zignorował swoje uczucia i kierował się zasadami, panującymi w tym mieście, nie musiałby teraz tutaj być. Nie musiałby cierpieć, za to, że się zakochał i nie obchodziło go w tamtej chwili prawo, ale nie żałował. Nawet, jeżeli mógłby cofnąć czas, wiedząc, co go czeka… wolałby uciec z nią o wiele wcześniej.
Drzwi celi otworzyły się ze zgrzytem po kilkudziesięciu minutach, kiedy zdążył już powstrzymać ból, wkładając w to mnóstwo energii. Nie pamiętał, kto go stamtąd wyciągnął, ponieważ nagle zrobiło mu się ciemno przed oczyma.
Obudził się w zbyt jasnym pomieszczeniu, w porównaniu do tego, w którym

15




przebywał przez ostatnie dni. Światło dzienne oślepiało go. Dopiero po kilku sekundach zorientował się, że leży w wygodnym łóżku, w swojej własnej sypialni. W domu było niespodziewanie cicho. Wyostrzył zmysł słuchu i dopiero wtedy, do jego uszu dotarł dźwięk, wydawany przez ekspres do kawy. Podniósł się powoli, co i tak nie zahamowało zawrotów głowy. Momentalnie zrobiło mu się niedobrze, lecz wziął kilka spokojnych, głębokich oddechów i jak już lepiej się poczuł, wstał z łóżka. Skierował się do łazienki. Po długim, zimnym prysznicu wybrał z garderoby czarne spodnie oraz białą koszulę. Miał wrażenie, jakby obudził się na kacu z nadzieją, iż ten stan szybko mu przejdzie.
Przejrzał się w lustrze, aby ewentualnie poprawić coś w swoim wyglądzie. Nie mógł oderwać oczu od swojej twarzy. Prawie dokładna połowa była pokryta przeróżnymi, bladoczerwonymi uwypukleniami i wklęśnięciami. Jego skóra wyglądała, jakby ktoś ją ściągnął z ciała, mocno wytarmosił, trochę pociął i założył z powrotem. Nawet nie zwracał uwagi na liczne sińce i krwiaki, pokrywające w znacznym stopniu nogi, ręce, tors i plecy.

16




Załagodził ból, używając swoich zdolności, dzięki czemu prawie wcale mu nie przeszkadzały te „drobne” obrażenia. Dziwił się, że ciągle może widzieć, kiedy kawałek jego czoła, policzek, część szczęki i szyi wyglądają tak paskudnie i w dodatku nie chcą wrócić do pierwotnej postaci.
Wziął głęboki wdech, poprawił koszulę i udał się do kuchni. Ekspres przestał pracować kilka dobrych minut temu, mimo to zastał w pomieszczeniu rodziców. Rzucił na nich jedynie krótkie spojrzenie i nie odezwał się. Zaczął robić sobie śniadanie.
– Musimy porozmawiać, Garet – usłyszał obojętny głos matki.
– Nie chcę rozmawiać – wymamrotał pod nosem.
– Usiądź przy stole – nie miał prawa przeciwstawić się stanowczości ojca. Wykonał jego polecenie w milczeniu. – To, czego się dopuściłeś, zhańbiło naszą rodzinę. Masz szczęście, że nic nie wyszło w badaniach. Od gorszej kary uratowały cię pieniądze i nasze stanowiska.
– Gorszej kary? – prychnął pogardliwie. – Naprawdę nic nie zauważyłeś w moim wyglądzie?
– Garet… – upomniała go matka.
– Powinieneś się cieszyć, że jeszcze żyjesz, niewdzięczniku

17




– ojciec wziął łyk gorącej kawy. – Co ci strzeliło do tej pustej głowy? Nie nauczyłem cię, że elfy są zdradzieckimi stworzeniami? Nie mówiłem ci o konsekwencjach, jakie możesz ponieść, spoufalając się z ludźmi innej krwi? Komu próbowałeś zaimponować? Myślałeś, że ujdzie ci to na sucho? Dostałeś się do dobrze płatnej pracy, a teraz nikt nigdzie nie przyjmie kogoś takiego.
– Co się stało z Reiden?
– Ludzie będą cię teraz traktować gorzej od śmiecia – zignorował pytanie młodzieńca. – Prawdopodobnie już wiedzą, że wyszedłeś z tego cało. Nie będziesz wiedział, komu możesz ufać. Znienawidzą cię, za to, co zrobiłeś.
– Co się stało z Reiden? – powtórzył głośniej i z większym naciskiem na każde słowo. Jego ojciec nie spieszył się z odpowiedzią.
– Została ukarana – po tych słowach dopił swoją kawę, wstał i opuścił pomieszczenie. W jego głowie pojawił się najczarniejszy scenariusz. Spojrzał na matkę przerażonym wzrokiem, lecz ta odwróciła głowę, zaciskając usta. Kobieta miała zupełnie inne podejście, oczywiście nie skakała z radości, słysząc o postępowaniu syna, lecz stawiała

18




wszystkich ludzi na równi, nieważne, jakiej byli krwi.
Widząc jej reakcję i słysząc jedynie ciszę, utwierdził się w swoich przekonaniach. Bez słowa opuścił dom. Wściekłość rozpalała go od środka. Powstrzymywał się, aby niczego nie zepsuć. Na tyle domu zaczął krzyczeć, uderzać pięściami w drzewa, niechcący złamał drewnianą ławkę. Łzy spływały po jego policzkach bezustannie. W końcu, wraz z kolejnym, przepełnionym złością rykiem jego kości zaczęły wydłużać się w zastraszającym tempie, skóra rozciągała się, zmieniając kolor na głęboką czerń, z palców wyrosły olbrzymie szpony, a całe ciało zdeformowało się. Dokonał przeobrażenia. Zmienił ludzką powłokę na swe naturalne, smocze wcielenie. Rozłożył ogromne, silne skrzydła i bez problemu wzniósł się w powietrze.
Majestatyczne stworzenie leciało bardzo szybko i bardzo gwałtownie w górę. Nie zmieniał kierunku. Dopiero, kiedy świat zniknął z zasięgu wzroku, pod sobą miał jedynie białe obłoki, za plecami słońce, a nad głową jasne niebo, wyregulował lot do swobodnego szybowania. W jego myślach panował kompletny chaos. Nie chciał przyswajać

19




informacji o prawdopodobnej śmierci Reiden. Zamrugał szybko, odpędzając łzy z gadzich oczu. Pozwolił, aby ból spowodowany licznymi obrażeniami ciała odwrócił jego uwagę od elfki. Połowa pyska, szyja i ramię dawały o sobie znać w każdej milisekundzie lotu.
Po dłuższym czasie postanowił wylądować, miał bardzo słabą kondycję, nie zbyt często korzystał z przywileju smoczej skóry. Nie wiedział dlaczego, lecz przypuszczał, że z przyzwyczajenia znalazł się w okolicach jej domu. Wyostrzył wzrok, jednocześnie przybliżając obraz, jakby patrzył przez lornetkę. Wydawało się, jakby nikogo nie było w środku. Nadwrażliwy słuch potwierdzał tę teorię. Musieli wyprowadzić się zaraz po schwytaniu kochanków. Posmutniał, uświadamiając sobie, iż prawdopodobnie on również będzie musiał to zrobić. Coś mocno zakłuło go w serce, nagle zrobiło mu się niedobrze. To był ból, który odczuwał od tych kilku godzin. Nie chciał tego czuć, lecz wiedział, że jeżeli zdecyduje się na, tak zwane „wyłączenie emocji” może nie być już powrotu. Pomogłoby mu to, ponieważ przestałby o niej nawet myśleć, nic by go wtedy nie

20




interesowało…
– Garet, musisz wrócić do domu. Natychmiast – usłyszał w głowie zdenerwowany głos matki. Komunikacja mentalna na dużą odległość, czasem była bardzo dobrym wyjściem, lecz najpierw musiał nauczyć się nie słuchać myśli wszystkich ludzi wokół, aby opanować tę piękną sztukę.
– Czy to poważna sprawa? – zapytał jakby od niechcenia.
– Tak. Wracaj. Jak najszybciej – wyczuwał w jej głosie coś więcej, niż wspomniane wcześniej zdenerwowanie. Coś jakby… strach? Niezwłocznie wzniósł się do ponownego lotu i w bardzo krótkim czasie znalazł się w rodzinnym domu. W szopie leżały stare ubrania, w które przebrał się szybko po przemianie. Instynktownie wyostrzył zmysły, zwracając uwagę na to, co się dzieję w środku. Ktoś pospiesznie chodził po domu, bardzo szybko oddychając, prawdopodobnie matka. Ojca nigdy nie słyszał, ponieważ zawsze robił wszystko bezszelestnie… nie licząc pewnych nocnych sytuacji. Dlatego musiał uruchomić szósty zmysł, umożliwiający mu wyczuwanie aury ludzi. Znalazł go, siedzącego w sypialni z szybko bijącym sercem. Był zmartwiony i załamany. Tylko tyle udało się ustalić

21




Garetowi.
Wszedł cicho przez tylne drzwi, zastanawiając się, o co może chodzić. Nie trzeba było dużo czasu, aby wpadł na matkę. Odpędzała łzy z oczu, była roztrzęsiona, nigdy wcześniej nie widział jej w takim stanie. Nie musiał pytać, jego mimika wyrażała wszystko. Kobieta nic nie powiedziała, przeszła obok niego, wzięła z kuchennego stołu białą kopertę i podała mu ją. Wyciągnął maszynowo zapisaną kartkę i szybko przeczytał treść listu. Wynikało z niego, że mają czas do jutrzejszego wieczora, aby zmienić miejsce zamieszkania, w konsekwencji zachowania syna.
Spojrzał na matkę, nic nie rozumiejąc. Przecież poniósł już swoją karę… a władze uznały, że to zbyt mało.
– W twoim pokoju są dwie walizki – chciała odejść, po tych słowach, lecz złapał ją za ramię zanim się obróciła.
– Poniosłem konsekwencje, mamo. Trwa wojna, nie znajdziemy niczego w przeciągu kilkunastu godzin. Dom w górach jest zbyt blisko linii teoretycznego frontu. Nie możemy się przenieść – zaprotestował. Władze przypuszczały, iż wrogie armie uderzą najpierw na południu.
– Najwidoczniej, według władz, możemy. I musimy. W

22




przeciwnym razie zostaniemy stąd usunięci – w jej głosie brzmiała mocno wyczuwalna nuta smutku. Dobrze wiedział ile włożyła w ten dom. Nie potrafiła go opuścić na stałe. List mówił również o sprzedaży ich miejsca zamieszkania, a jeżeli nie znajdą się ochotnicy, zostanie zburzony. – Idź się spakować. Wylatujemy o świcie.
Wykonał polecenie rodzicielki i spakował najpotrzebniejsze rzeczy do walizek. Nie mógł spać. Myśl o bolesnej wyprowadzce dręczyła go przez dobre kilka godzin, obwiniał o to tylko i wyłącznie siebie. Kiedy już przestał przeżywać ten problem, z wnioskiem końcowym „to tylko dom… zawsze można zacząć życie gdzieś indziej”, w jego myślach pojawiła się uśmiechnięta twarz Reiden. Myśl o jej śmierci, z jego powodu bolała bardziej, niż cokolwiek innego. Nawet nie chciał sobie tego wyobrażać, lecz podświadomość sama podsuwała mu przeróżne, okrutne myśli. Kłucie w okolicach serca znów dało o sobie znać, po czym z jego oczu mimowolnie popłynęły łzy. Usnął z ogromnym poczuciem winy.
Lecieli wysoko, ponad ciemnymi chmurami, z których na ziemię spadał zimny deszcz. Doskonale wiedzieli, w

23




którym miejscu zniżyć lot. Ojciec, jeden z największych, szafirowych smoków, posiadający masywne skrzydła i zakończony zabójczą, kolczastą, kostną kulą ogon prowadził, u jego boku z pełną gracją poruszała się smukła samica o szmaragdowych łuskach oraz złotym brzuchu, a daleko w tyle, pogrążony w żałobie, o hebanowych kolorze pokrycia ciała, trochę większy od matki Garet. Myśli nie dawały mu spokoju, co zmuszało go do wewnętrznego cierpienia. Nie mógł stracić nikogo więcej, to całkiem by go zniszczyło.
Spostrzegł rodziców, powoli zagłębiających się w deszczowe chmury. Przybrali kamuflującą szarość, co sprawiało, że byli prawie niewidoczni. Podążył ich śladami, aby kilka minut później wylądować na pokrytej kropelkami deszczu, zielonej polanie. Kilkaset metrów od smoczej rodziny widniał zbudowany z mocnych, drewnianych bali dom, za którym stał mały budynek przeznaczony do przechowywania opału i ewentualnych zapasów. Całą posesję otaczało marmurowe ogrodzenie. Przez podwórze przebiegał wartki, górski strumień, wszędzie rosły wysokie drzewa, a w tle widniały majestatyczne, pokryte gdzieniegdzie śniegiem

24




góry. Od razu odczuwało się chłód i mocny wiatr. Gdyby spojrzeć w głąb doliny, można by ujrzeć miasteczko, zazwyczaj tętniące życiem. Garet skierował wzrok w stronę zachmurzonego nieba, uświadamiając sobie, iż cała trójka została prawie wygnańcami. Westchnął ciężko, po czym podążył za rodzicami w stronę domu.
Po podróży miał dosyć życia. Nawet nie rozpakował walizek. Jedyne, co zrobił to położył się w swoim łóżku w małym pokoiku na piętrze i zasnął. Nic nie było go w stanie obudzić, postarał się o mocny sen. Obudził się dopiero wieczorem następnego dnia. Pamiętał, jakby przez mgłę, swój sen. Wiedział, że była w nim Reiden i mówiła, że go kocha. Gdyby miał wybór nie budziłby się.
Wziął długi, zimny prysznic, jedyne, co nie pozwalało mu wyjść z łazienki to wewnętrzny ból i strata, kogoś, kto był jedną z najważniejszych osób jego życia. Łzy płynęły bez końca, a emocje brały nad nim górę. Nie chciał tego. Nie chciał czuć. Wolał stać się całkowicie zimnym człowiekiem bez serca, niż pozwalać sobie na taki stan.
– Nie chcę tego… – wyszeptał, kuląc się w kącie kabiny

25




prysznicowej. Jednak nic się nie zmieniło, cały czas rozpaczał. Kiedy zawiedziony przestał marnować wodę, ubrał się i zszedł do kuchni, aby zrobić sobie coś do jedzenia, poczuł dziwny, jakby metaliczny zapach. Automatycznie stał się o wiele czujniejszy. Bezszelestnie wszedł do pomieszczenia na prawo od schodów, wiedział, że nikogo nie ma w środku, więc włączył słabe światło, a jego oczom ukazał się obraz, którego nigdy w życiu nie chciał zobaczyć. Dwie osoby, siedzące przy kuchennym stole z odchylonymi do tyłu głowami. Z ich gardeł sączyła się krew. Zwymiotował, widząc matkę i ojca w takiej sytuacji. Umarłych, haniebną śmiercią.
Wybiegł z domu, wiedząc, że sprawcy nie mogli daleko uciec. Błyskawicznie zmienił swoją postać w rozwścieczonego smoka. Patrolował teren w zastraszającym tempie i w przeciągu kilku minut zobaczył dwójkę ludzi, ubranych w czerń, przemieszczali się przez las. Jeżeli myśleli, że taki sposób ucieczki jest w stanie ich ochronić, to byli w błędzie. Zanurkował w powietrzu, z pełną gracją i ogromną szybkością. Przemieszczając się pomiędzy drzewami złapał jednego z nich i bez wahania

26




rozerwał go swoimi silnymi szponami. Wylądował przed drugim, blokując mu drogę. Czuł jego strach i nagle spodobało mu się to uczucie.
– Proszę, nie. Wykonaliśmy tylko naszą pracę… – nie odpowiadał, zaczął powoli iść w kierunku mężczyzny. – Jeżeli mnie oszczędzisz, powiem ci, z której strony i kiedy nadejdzie atak na to państwo – przystanął. – Wojska pojawią się na południu, w przeciągu dwóch dni. Przysięgam, że to prawda – Garet wyczuwał aurę mordercy i wiedział, że nie kłamał. Dopiero, kiedy jego serce powoli zaczęło się uspokajać zionął niebieskim ogniem, robiąc z mężczyzny kupkę popiołu.
I nagle cały ból zniknął. Wszystko, co do tej pory go trapiło, teraz nie miało znaczenia. Wspomnienia z Reiden nie sprawiały, że stawał się wrakiem człowieka. Były po prostu przeszłością, nad którą przestał rozpaczać. Pochował rodziców, niedaleko domu. Zasadził na ich grobach dęby, które świadczyły o ich silnych, niezłamanych charakterach.
W końcu nadszedł świt. Słońce wyłaniało się leniwie zza wysokich gór, towarzyszył mu chłodny wiatr. Garet wrócił do domu, rozpalił w kominku, znajdującym

27




się w salonie, zrobił sobie mocną kawę i wpatrując się w płomienie, rozmyślał nad swoją dalszą egzystencją. Nieustannie wspominał przyjemność, płynącą z zadawania bólu i wzbudzania strachu.
Nie minął miesiąc, a chłopak całkowicie przestawił się na odsypianie w biały dzień, a pracę w nocy. Jego szef nie był zbyt sympatyczną osobą, ale nie obchodziło go to. Ciągle dostawał nowe zlecenia. Siedziba pana Grahama, znajdowała się w tunelach pod miasteczkiem w górach. Jego siedziba była starannie zakamuflowana, otwierała się jedynie po wciśnięciu właściwej kombinacji cegieł na właściwej ścianie. Przytulnie urządzone wnętrze, mogło zmylić potencjalnych gości. W tych okolicach należało zachować stuprocentową ostrożność i czujność, no i oczywiście jakiekolwiek wykazanie strachu równało się z natychmiastowym stwierdzeniem słabości, której nikt nie mógł tutaj znieść. Podziemna społeczność rządziła się własnym kodeksem, a tych zasad nie wolno było naruszać, ani próbować kwestionować, jeżeli chciało się żyć w spokoju.
Znów przemierzał te ciemne, zimne korytarze. Już nie potrzebował towarzysza, aby

28




trafić do kryjówki Grahama. Nacisnął po kolei cegły, a po kilku sekundach otworzyły się przed nim drzwi. Jego pracodawca nigdy nie był sam, ze względu na dodatkowe bezpieczeństwo, cenił sobie również prywatność, więc nie było to jego stałe miejsce zamieszkania.
Graham był rosłym mężczyzną w kwiecie wieku, jego pulchną twarz zdobiła gęsta, czarna broda, oraz zmarszczki na czole. Brązowe oczy śledziły jakiś tekst na żółtym papierze. Ciemne ubrania podkreślały jego sylwetkę i jednocześnie wyszczuplały. Garet czekał, aż szef zwróci na niego uwagę, nie miał prawa mu przerywać, cokolwiek, kiedykolwiek robił.
Graham odłożył pismo, rozsiadł się wygodnie w swoim fotelu i skupił uwagę na pracowniku. Młodzieniec wyciągnął z torby, przewieszonej przez ramię, pełny, tkaninowy worek. Rzucił go na biurko szefa, a ten po szybkiej ocenie zawartości uśmiechnął się. Widok odciętej głowy pewnej kobiety z wydłubanymi oczyma i pokaleczoną twarzą, nie należał do najlepszych.
Brodaty mężczyzna wyciągnął czarno-białe zdjęcie, odwrócił je i zapisał dane tej osoby. Przesunął karteczkę na brzeg biurka, a obok świstku

29




położył sakiewkę z pieniędzmi, za poprzednie zlecenie. Młodzieniec podszedł powoli i wziął namiary na kolejny cel.
– Jeszcze dotąd mnie nie zawiodłeś – odezwał się Graham niskim, chrapliwym głosem. – Oby i tym razem ci się udało – Garet uśmiechnął się pod nosem.
– Dokąd mam sekret swojego sukcesu, będę wykonywać tę pracę – odpowiedział, po czym opuścił gabinet.
Następnego wieczora, starał się namierzyć mężczyznę ze zdjęcia. Czekał przy miejscowym barze, popalając papierosa. Podobnie, jak jego poprzednie ofiary, wiedział, że cel będzie chciał przemieszczać się jakimiś ciemnymi uliczkami, a może i nawet tunelami. Każdy z nich miał nieciekawą przeszłość, szemrane interesy i na pieńku z Grahamem. Przeważnie to ten ostatni powód był wyjaśnieniem pracy Gareta i wszystkich innych ludzi Grahama.
Dopiero po godzinie cierpliwego czekania, ktoś skorzystał z tylnych drzwi. Niski mężczyzna, trochę przy kości, zatrzasnął swoją drogę wyjścia. Garet wyczuł, że nie był trzeźwy, co znacznie ułatwiało zadanie. Jego cel mamrotał coś pod nosem, zdecydowanie jakaś myśl go nękała.
– Zły dzień? – zapytał,

30




jakby od niechcenia. Mężczyzna podskoczył zlękniony i dopiero po kilku sekundach spostrzegł wysoką postać, podpierającą mur. Machnął pogardliwie ręką na Gareta i potoczył się dalej przed siebie.
Młodzieniec powoli podszedł do niego i uderzył pięścią w jego szczękę. Tęgi mężczyzna upadł na ziemię, nie wiedząc, co się stało. Garet za pomocą swoich wrodzonych mocy pozbawił go możliwości mowy, krzyku i wydawania wszelakich, gardłowych dźwięków. Wróg Grahama próbował się podnieść, lecz zbytnio kręciło mu się w głowie. Smok w ludzkiej postaci rzucił w jego stronę sztylet, który zatopił się w nodze mężczyzny, prawie przebijając tętnicę.
Wyciągnął z kieszeni hebanowego płaszcza ledwo naostrzony, duży nóż o ząbkowanym ostrzu. Kiedy jego zamroczony alkoholem cel miotał się na ziemi, ten obszedł go, chwycił za długie, spięte w gruby warkocz, brązowe włosy i szarpnął mocno do góry, tak, że ciało podniosło się. – Żałosne… – prychnął, kiedy poczuł dłonie, prawie mdlejącego z przerażenia, mężczyzny na swoim ramieniu. Bez wahania przepiłował skórę na gardle pijanego. Czarna krew tryskała na

31




boki, lecz to mu nie przeszkadzało. Po kilku sekundach złamał kręgi szyjne nożem, odrywając głowę od reszty opasłego ciała. Zbyt prosty zarobek, skwitował w myślach, wrzucając głowę do worka.
Ciało jednego z, już byłych, wrogów Grahama zostało przetransportowane na okoliczne bagna i tam utopione, każdych zwłok Garet pozbywał się inaczej, aby nie było zbyt dużych podejrzeń. Te najświeższe prawdopodobnie ukażą się mieszkańcom miasteczka dopiero, kiedy grząskie, wilgotne tereny wyschną, a to zajmie dużo czasu przy tym klimacie.
– Jeżeli dalej tak pójdzie, nie starczy mi pieniędzy dla innych pracowników – zaśmiał się Graham, wręczając młodzieńcowi kolejna sakiewkę złota. – Dobra robota.
Zaczynało świtać, kiedy opuścił tunele. Wiatr automatycznie ustał, powietrze zrobiło się chłodne i rześkie, a na błękitnym niebie nie było prawie żadnej chmurki. Miasteczko budziło się właśnie do życia. Zaczynali swoją pracę wcześniej, aby szybciej ją skończyć. Zmęczenie powoli go odpadało. Dawno nie miał okazji zaznać długiego, mocnego snu.
Wstąpił do pierwszej, lepszej piekarni i automatycznie poprosił o

32




świeże, razowe pieczywo. Odzwyczaił się od patrzenia w twarz ludziom, o tak wczesnej porze i w takim stanie. Mimo to czuł, że kobieta, która powinna go obsłużyć, stoi w miejscu i przypatruje mu się. Westchnął ciężko i podniósł na nią wzrok.
– Mówię niewyraźnie? – jego głos odzwierciedlał stan organizmu. Kobieta była elfką, ta rasa wytwarzała najlepsze pieczywa, więc realizowała się w tej branży. Zwłaszcza specjalny chleb, który wypiekali, zawierający miód i cynamon był na wagę złota.
– Pana twarz wydaje się znajoma…
– Nie znam zbyt dużo elfów, poza tym przychodzę tu każdego tygodnia – uciął rozmowę. Rozpaczliwie chciał znaleźć się w łóżku. Kobieta w końcu dała mu to, czego chciał, zapłacił i wyszedł. Dopiero, kiedy był za bramami miasteczka przemienił się w smoka, aby szybciej dotrzeć do domu, choć to pozbawiło go wiele więcej energii niż przypuszczał.
Od chwili wyłączenia swoich emocji, nie miewał nawet snów. Z jednej strony było to całkiem dobre rozwiązanie, organizm mógł skupić się tylko i wyłącznie na odpoczynku. Zaczął myśleć o porannej sytuacji dopiero, kiedy wstał popołudniu

33




tego samego dnia. Faktycznie kojarzył skądś twarz tamtej kobiety, ale tylko z widzenia, nie przypomniał sobie, aby kiedykolwiek z nią rozmawiał.
Poszedł pod prysznic. Gorąca woda spływała po jego rozluźnionym ciele. Nie miał planów, aby gdzieś wyjść dzisiejszej nocy, chociaż prawdopodobnie znudzi mu się bezczynne siedzenie w domu. W sumie… dawno nie byłem U Syrenki… był to bar, w którym spotykała się pewna część mieszkańców miasteczka. Wszystkie rasy miały wstęp, nie tak, jak niektóre miejsca w poprzednim miejscu zamieszkania Gareta. Tutaj, prawie na granicy kraju, w którym się wychował, przymykano oko na pewne sprawy.
Zaparzył sobie kawę i zrobił kilka bułek do jedzenia. Wcześniej był tak zmęczony, że nawet nie pamiętał teraz czy wziął kolejne zlecenie od Grahama. Jeżeli jednak tak, to powinno być w płaszczu, pomyślał, upijając łyk mocnej, gorącej kawy. Wyjrzał przez okno w kuchni, opierając się o szeroki parapet, na którym spokojnie mógłby usiąść. Ujrzał czerwone, zachodzące słońce. Ten widok nie zrobił na nim większego wrażenia. Przypomniał jedynie o tym, że mężczyzna, który był współsprawcą

34




śmierci jego rodziców powiedział prawdę. Faktycznie dwa dni później dotarły do niego wieści, iż wrogie wojska wkroczyły na tereny tego kraju od południowej granicy. Znacznie zwiększył ostrożność od tamtego czasu. Nikomu już nie ufał. Był tu całkiem sam. Co prawda kiedyś, w tym miejscu mieszkał pewien chłopak, z którym przyjaźnił się, kiedy przylatywał w góry. Często razem wychodzili, spędzali dużo czasu ze sobą, no i oboje byli uzależnieni od zakładów, ale nie pieniężnych. Zakładali się o najgłupsze rzeczy, typu wzlecieć na wysokość kilometra nad jeziorem, zmienić się w człowieka i zanim dotknie się wody znów stać się smokiem, albo coś z późniejszych czasów, coś bardziej prymitywnego, co nie jest warte wspominania. Niestety chłopak ten, zdążył wyprowadzić się stąd kilka lat temu do zupełnie innego kraju.
Wyciągnął z szafy niemal na oślep, pierwsze lepsze hebanowe spodnie, białą koszulę z czarnymi guzikami, na to skórzaną kurtkę koloru guzików. Nie mógł przecież pokazywać się w swoim „roboczym stroju”. W przeciągu dwóch godzin był przed miejscem docelowym. Pokonał całą drogę pieszo,

35




obserwując jak powoli, na bezchmurnym, wieczornym niebie pojawiają się trzy ogromne księżyce i miliony gwiazd.
W barze, pomimo nie dużej ilości osób, panował gwar i o wiele wyższa temperatura niż na zewnątrz. Obszerne pomieszczenie, podzielone na trzy sektory, w których można było znaleźć pokoje dla zamożniejszych gości, loże i najzwyczajniejsze stoliki. Cena dla dwóch ostatnich sektorów niczym się nie różniła, jedynie w specjalnej przestrzeni trzeba było dodatkowo zapłacić za stolik. Nic specjalnego. Garet lubił przesiadywać przy okrągłym stoliku w rogu pomieszczenia, przy oknie. Stamtąd miał widok na wszystko i wszystkich, a sam zostawał prawie niedostrzegalny.
Po kilku minutach podeszła do niego jakaś kobieta z obsługi. Nawet na nią nie zerknął, cały czas obserwując ludzi w barze.
– Podać… – urwała nagle. Jej głos był znajomy. Zmarszczył brwi i podniósł na nią wzrok. Momentalnie uniósł brwi, nie będąc pewnym tego, co widzi. Halucynacji nie doświadczył nigdy przez zmęczenie, ani z żadnych naturalnych powodów. Dziewczyna miała zszokowaną minę, a w jej oczach pojawiły się łzy. Nie był pewien, z jakiego

36




powodu. Nagle, jakby wróciła do rzeczywistości, spoważniała. – Chodź ze mną – powiedziała, po czym udała się w stronę zaplecza, bez słowa, jedynie po chwili zwłoki udał się za nią.
Zamknęła drzwi pomieszczenia, w którym się znaleźli, na klucz. Jak tylko odwróciła się w jego stronę, próbował utrzymać kontakt wzrokowy. Elfka jednak cały czas krążyła spojrzeniem po jego twarzy.
– Doskonale wiem, jak wyglądam. Nie musisz mi tego perfidnie uświadamiać, wgapiając się w te blizny – odezwał się oschle. Dziewczyna podeszła do niego, uniosła dłonie i położyła je na jego policzkach. Niemal natychmiastowo chwycił ją za nadgarstki. Nie chciał, aby ktokolwiek dotykał jego zmasakrowanej skóry. Wymamrotała krótkie przeprosiny, a łzy popłynęły po jej policzkach. Nie spodziewał się tego, co zrobiła sekundę później, a konkretnie mocno go przytuliła.
– Reiden… – wyszeptał, delikatnie ją od siebie odpychając.
– Myślałam, że cię zabili… moi rodzice byli przekonani, że nie przeżyjesz… przenieśliśmy się tutaj dzień po tym, jak mnie wypuścili... testy wskazały, że nigdy nie… nie masz pojęcia, co

37




przeżywałam… dlaczego nie dałeś o sobie znać? – cały czas mówiła, co powoli zaczynało go irytować.
– Z tego, co przekazał mi ojciec, wywnioskowałem, że cię zabili – otarła łzy, próbując się opanować, ale nie potrafiła. Tak bardzo cieszyła się, że go widzi, że z nim teraz jest… żywym.
– Bogowie… nie wierzę, że znowu się spotkaliśmy… kocham cię, Garet, tak bardzo cię kocham – wszystko działo się zbyt szybko. Stanęła na palcach i pocałowała go. Oddał ten gest, lecz szybko się odsunął. – Co się dzieje? – wyszeptała, nie rozumiejąc.
– Nie potrafię – przyglądała mu się przez jakiś czas.
– Co się stało? Co zrobiłeś? – nie odpowiadał, lecz spojrzał jej głęboko w oczy. Nie wyrażał żadnych emocji, nawet nie używał mimiki. Pozostawał zimny dla każdego, od dnia śmierci rodziców.
– To, co było najlepszym wyjściem – odezwał się po chwili ciszy. Zrozumiała. Doskonale wiedziała, że ludzie jego krwi potrafią odebrać sobie prawo do wyrażania i odczuwania emocji, takich jak miłość, nienawiść i tym podobne, mocne uczucia. W całej historii istniało jedynie kilka przypadków istot,

38




które po długotrwałym procesie odzyskali tą zdolność, czyli w dziewięćdziesięciu pięciu procentach przypadków była to nieodwracalna decyzja.
Przez kolejne kilka minut zapewniała go, że to nic nie zmienia, że ciągle coś do niego czuje i że wszystko będzie dobrze. Wspomniała nawet, iż może zamieszkać razem z nią i jej rodzicami, lecz sama doszła do tego, że to nie był zbyt dobry pomysł i zaproponowała swoją przeprowadzkę do niego.
– Reiden. Nie rozumiesz. Nie masz pojęcia, czym się teraz zajmuję, nie będziesz chciała tak żyć – nie obchodziło go, czy sprawi jej to przykrość, czy nie. Po prostu wiedział, że płatni mordercy nie są zbyt dobrym towarzystwem dla normalnie pracujących ludzi. Nalegała i prawdopodobnie mogłaby to robić przez następne kilka godzin. Zgodził się, żeby mieć święty spokój.
Zdecydowała się zostać u niego już tej nocy. Poczekał, aż skończyła swoją zmianę, w między czasie zdążył opróżnić kilka kufli grzanego alkoholu. Około pierwszej w nocy opuścili bar i powędrowali w stronę jego domu. Przez ten czas prawie w ogóle się nie odzywał, przywykł do ciszy, a ona ciągle próbowała

39




nawiązać rozmowę. A to miała być relaksacyjna noc…
Mniej więcej w połowie drogi zauważył, że dziewczyna jest bardzo zmęczona. Dostrzegł torbę, przewieszoną przez jej ramię.
– Daj mi tę torbę – wykonała jego polecenie, nie pytając o nic. – Zaraz wrócę – poszedł gdzieś w stronę gęściej rosnących drzew. Rozebrał się, wrzucił ciuchy do torby dziewczyny, aby ich nie zmarnować, bo naprawdę uwielbiał ten komplet, po czym dokonał przemiany.
Ogromne, majestatyczne stworzenie wyłoniło się z lasu. Garet podszedł do dziewczyny, rzucił torbę w jej stronę i położył się na trawie.
– Uważaj na kolce na karku, jak będziesz wsiadać – odezwał się w jej myślach. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Wiedziała, że to on, lecz nigdy nie widziała go, jako smoka z bliska. Powoli podeszła do niego i wdrapała się na plecy monumentalnego stworzenia.
W przeciągu pięciu minut byli w domu. Reiden bardzo zmarzła, podczas lotu i prawie zasnęła, co było paradoksalne. Myślałem, że to od ciepła ludziom chce się spać, pomyślał, kiedy schodziła z jego grzbietu. Polecił jej zaczekać chwilę, po czym z powrotem zamienił się w

40




człowieka za budynkiem służącym za zewnętrzną spiżarnię. W środku zawsze miał jakieś ubrania, które mógł na siebie zarzucić po powrotnej przemianie. Bez słowa wrócił do niej i wprowadził do domu.
– Łazienka i moja sypialnia są na górze. Pierwszy pokój po lewej – poinstruował ją. – Chcesz się czegoś napić?
– Nie, dziękuję… – wymamrotała, po czym udała się na piętro. Garet zajmował tej nocy kanapę. Jego sen znów był tylko czarną pustką, żadnych obrazów, żadnych odczuć fizycznych… po prostu wypoczynek. Szybko do tego przywykł i pasowało mu to, ponieważ nie męczył się dodatkowo w nocy, gdyby, na przykład miał jakiś koszmar.
Następnego dnia zgodził się, aby Reiden zamieszkała wraz z nim, lecz musiała sama jakoś sobie poradzić z przeprowadzką, ponieważ on starał się nie wychodzić za dnia, aby ludzie nie zwracali na niego uwagi przez stan pewnych fragmentów skóry. Przyjechała z powrotem na koniu, który również niósł jej bagaże. Miała ze sobą tylko dwie, średniej wielkości walizki, nie miał pojęcia jak to zinterpretować i nawet nie chciał o tym myśleć.
Przez pierwsze kilka dni mało się do

41




siebie odzywali, a jak już to zawsze była to Reiden, a jej słowa przeważnie były monologiem. Garet nie miał najmniejszej ochoty z nią dyskutować, zwłaszcza wtedy, kiedy pytała o jego rodziców, dlaczego się tu znalazł i co teraz robi, aby zarabiać. Oboje wychodzili z domu wieczorem do pracy, ona wracała około drugiej w nocy, on dopiero o świcie. Od jakiegoś czasu tropił nowy cel, lecz facet prawdopodobnie wiedział, że Graham chce się go pozbyć, ponieważ przez tydzień był nieuchwytny. Garet złapał go dopiero całkowicie pijanego, przewracającego się, co kilka kroków na ulicy. Dopiero wtedy go dopadł i z lekkim opóźnieniem zaniósł dowód Grahamowi.
Miesiąc zajęło jej złapanie z nim względnie dobrego kontaktu. Zaczęli normalnie rozmawiać o codziennych sprawach, poczuła się przy nim pewniej, a on przyzwyczaił się do towarzystwa elfki. Ciągle czegoś jej brakowało, wiedziała, że to nie to samo, co kiedyś, ponieważ chłopak nie był w stanie przeżyć żadnego mocniejszego uczucia. Mimo to, próbowała w jakiś minimalny sposób nawiązać jakikolwiek kontakt fizyczny. Delikatne, niby przypadkowe, muśnięcia dłoni, poprawianie jego

42




włosów, kiedy się rozczochrały, a kiedy zaczęli spać w jednym łóżku, ponieważ kanapa był zbyt niewygodna, a sypialnia rodziców zamknięta, budziła się, wtulona w jego plecy, niczego takiego nie planując. Kilka razy nawet delikatnie pocałowała go w zdrowy policzek, dziękując za coś. Zauważył to. Wiedział, co próbowała zrobić, lecz nie zaprzeczał. Nie było to konieczne, ponieważ przewidywał jej całkowitą porażkę.
Pewnego, chłodnego wieczora siedzieli obok siebie, pod jednym kocem, wpatrując się w tańczące, czerwono żółte płomienie, trawiące drewno w kominku. Popijali gorącą herbatę o smaku malin. W pewnej chwili po prostu zaczęła mówić. Opowiedziała mu, co się działo, kiedy trzymali ją w małym, zbyt jasnym pomieszczeniu, prawdopodobnie przez kilka dni, uśmiechając się i wspominając o tym, co jej zrobią, kiedy wyniki okażą się świadectwem zmieszania krwi. Pastwili się nad nią psychicznie, a kiedy owe wyniki zniszczyły ich plany, wypuścili ją, jej ojciec i brat zabrali ją do domu. Pytała o Gareta niejednokrotnie, a oni zawsze odpowiadali to samo „istnieją duże szanse na to, że nie żyje”. Nie chciała,

43




żeby ją okłamywali, albo kręcili, zdawali sobie sprawę z tego, że powinni mówić prosto i szczerze. I w tamtych chwilach, bardzo tego żałowała. Opowiadała mu o swojej osobistej żałobie i rozpaczy, przez co nie jadła przez bardzo długi czas, okleiła okna pokoju czarną taśmą, aby nie prześwitywało światło, nie wychodziła stamtąd, z nikim nie rozmawiała, nie odpowiadała na żadne zadane jej pytanie. Była w bardzo poważnym dołku. Pewnego dnia ojciec obwieścił, iż zajmuje teraz niższą pozycje i władze wydały odgórne polecenie, sprawowania pracy właśnie w tym miasteczku w górach. Reiden wraz z bratem była zmuszona przeprowadzić się, aby ojciec mógł mieć podobne warunki po pracy, jak w rodzinnym mieście. Aby miał bliskich w domu. Dostała pracę za nie zbyt dobrą płacę w barze, ale każdy grosz zaczął się liczyć. Zwierzyła mu się, jak nikomu innemu wcześniej, co również mu powiedziała. Nic na to nie odpowiedział przez bardzo długi czas, lecz w pewnej chwili objął ją ramieniem. Wiele to dla niej znaczyło. Oparła o niego głowę, a kiedy prawie usnęła usłyszała jego cichy, głęboki głos. Zaczął mówić o jego

44




pobycie w chwilowej niewoli, o torturach, o wymuszonej wyprowadzce i o morderstwie, dokonanym na jego rodzicach. Stwierdził, że ponieważ nie ma już nic, ani nikogo, a rzeczywistość sprawia zbyt duży ból, woli czuć pustkę, niż cierpieć. W myślach stwierdził, że jest tchórzem, co w pewnym sensie równało się z prawdą. W przeciwieństwie do niego, wyraziła swoje współczucie, w sposób werbalny. Poczuła, że to wzajemne wyznanie zbliżyło ich do siebie. Wyrzucili z siebie jedne z najgorszych rzeczy, które uparcie tkwiły w ich pamięci i prawdopodobnie nigdy nie znikną.
W przeciągu kolejnych tygodni pojawiły się między nimi zaczepki, żarty od czasu do czasu, rozmawiali coraz więcej i coraz częściej. Reiden zaczynała czuć się przy nim tak, jak kiedyś. Chłopak nie chciał tego przyznać i możliwe, że nawet o tym nie wiedział, ale elfka w jakiś sposób roztapiała lód, który kiedyś skuł jego serce.
Pewnego dnia wychodził do pracy, ucałował ją na pożegnanie, wiedząc, iż dziewczyna będzie spać, kiedy wróci. Nowe zlecenie Grahama było dla niego kpiną. Miał dopaść najbardziej żałosnego człowieka, jakiego ludzkość znała. Był

45




to zwykły śmiertelnik, nieposiadający żadnych mocy, co w tych okolicach nie zdarzało się często, z informacji, które zdobył dowiedział się, że nikt nigdy wcześniej nie spotkał bardziej nieporadnej istoty. Niektórzy mówili, że nawet dzieci są od niego bystrzejsze. Ta „misja” musiała być żartem, ale skoro Graham chciał żartować, to proszę bardzo.
Namierzył śmiertelnika w miejscu pracy Reiden. Bardzo słaba głowa nie pozwoliła mu dopić nawet jednego kufla grzanego piwa. Opuścił bar, chwiejnym krokiem, frontowymi drzwiami. Garet westchnął, niedowierzając w to, co robi. Podążył za mężczyzną, chwycił go mocno za kark i zaciągnął za budynek. Nie obchodziło go, że w środku nocy miasteczko pustoszeje. Krew na publicznych drogach po prostu nie wyglądała dobrze. Dzisiaj nawet nie chciało mu się hipnotyzować tego żałosnego śmiecia, przez co przez chwilę można było usłyszeć chrapliwy krzyk. Garet, odcinając żywcem genitalia mężczyzny czerpał niesłychaną satysfakcję z zdawania mu bólu. Dopiero chwilę później zajął się głową, kiedy mężczyzna nie miał już siły krzyczeć, a jego twarz zdobiła czerwona krew i

46




słone łzy.
Pakował do worka dowód wykonania swego zadania, uwzględniając dodatkowy element, za tą komedię, a nie pracę, kiedy tylne drzwi lokalu otworzyły się. Zobaczył w progu Reiden i właśnie wtedy uświadomił sobie, że jego twarz jest całkowicie widoczna. Dziewczyna stanęła w miejscu, będąc w całkowitym szoku. Przyłożyła dłoń do ust, nie wiedząc, co zrobić, jak zareagować i czy czuć większe obrzydzenie do zbezczeszczonych zwłok, czy do Gareta. Nawet się nie odezwał, co świadczyło o przyznaniu się do wszystkiego. Szybko wróciła do środka, zatrzaskując za sobą drzwi. Cudownie… pomyślał wzdychając ciężko.
Wrócił do domu, jak najpóźniej, aby uniknąć konfrontacji z elfką, lecz nie ominęło go to. Dziewczyna nie spała. Siedziała w saloniku, oczekując go. Później wszystko działo się bardzo szybko. Zaczęła krzyczeć, potem płakać, wyzywać go, bić, wpadła w histerię. Po dłuższym czasie milczenia i bezruchu, ujął jej twarz w dłonie, spojrzał głęboko w załzawione oczy, po czym wyszeptał krótkie, ale tym razem nie bezuczuciowe „przepraszam”. Chciała znów zacząć mówić, lecz nie pozwolił jej.

47




Używając swoich umiejętności, pozbawił ją możliwości wydawania z siebie dźwięków oraz przy okazji sparaliżował jej ciało. Położył jedną dłoń na tyle jej głowy, po czym zaczął szeptać, jakąś formułkę. Było to zaklęcie, usuwające wspomnienia. Chciał pozbyć się całego siebie z jej umysłu. W chwili, w której, pod wpływem zaklęcia, pękła jej pierwsza kość poczuł ukłucie w sercu. Po raz pierwszy od bardzo dawna.
Zaklęcie łamało łącznie dwanaście kości, każdą z nich w dwóch miejscach. Nie miał pojęcia, jak to się miało do usuwania wspomnień, ale działało. Nie miał niestety możliwości znieczulenia jej, więc po usłyszeniu trzeciego trzaśnięcia, dziewczyna zemdlała z bólu. Teraz już nie tylko po jej policzkach spływały łzy. Jego uczucia wróciły, nie ze zwiększoną siłą, lecz świadomość, że krzywdzi właśnie ją, była bardzo dobrym argumentem na cofnięcie, podjętej kilka miesięcy temu decyzji.
Na całe szczęście kości elfów szybko się zrastały. Zaniósł ją do domu. Do ojca i brata. Wmówił im, iż znalazł ją nieprzytomną przed barem, w którym pracowała. Rozpoznali go, lecz zahipnotyzował

48




ich i rozkazał nigdy nie wspominać o jego osobie.
Po tym zdarzeniu często obserwował Reiden. Miała się bardzo dobrze, co go cieszyło. Teraz, kiedy jego uczucia wróciły, żałował, że nie poczekał. Że nie poszedł do tego konkretnego miejsca wcześniej. Że popełnił tak duży błąd. Chciał mieć ją tylko dla siebie, lecz zdawał sobie sprawę z tego, że było to teraz niemożliwe.
Po kilku latach młoda elfka miała swoje własne mieszkanie i często wybierała się na kilkudniowe wycieczki w góry. Nie wiedziała, dlaczego, ale ciągnęło ją tam. On sądził, że to umysł próbuje walczyć z dawno temu rzuconym, okrutnym zaklęciem. Każdy czar można złamać… przypomniał sobie słowa swego nauczyciela. Zaczął się zastanawiać. Nie chciał jej obciążać powrotem tych wszystkich rzeczy, oszalałaby przez to. Rozważał opcję ponownego rozpoczęcia znajomości.
Panowała ciepła pora roku. Siedział na zewnątrz jakiejś kawiarenki, popijając mocną kawę i obserwował Reiden, kupującą warzywa na jakimś stoisku. Tak bardzo pragnął do niej podejść i… właśnie. I co dalej? Powiem jej „witaj, czy my się czasem nie znamy?” przereklamowane

49




i idiotyczne. Wiedział, że zaklęcie można złamać, w chwili ogromnych emocji tej osoby, nie miał jednak pojęcia, w jaki sposób to zinterpretować.
Nagle zabrzmiały dzwony. Nigdy wcześniej ich nie słyszał. Zanim się zorientował, na miasteczko runęła fala strzał. Wróg dotarł do północnej granicy państwa. Do spokojnego, odizolowanego od reszty kraju miejsca. Ludzie zaczęli uciekać w popłochu, krzyczeć, nagle zapanował chaos. Wypatrywał Reiden. W końcu zauważył ją, podpierającą ścianę stoiska z warzywami. W jej ramieniu tkwiła ogromna, metalowa strzała. Bez wahania podbiegł do niej. Czarna krew sączyła się z rany.
– Medenok – usłyszał przekleństwo w jej języku. Mimowolnie delikatnie i chwilowo się uśmiechnął.
– Lepiej nie mów tak przy ojcu – powiedział, a ona spojrzała na niego zdziwionymi, wielkimi oczyma, w których po chwili pojawiły się łzy. Nagle zrozumiał słowa, kwestionujące zaklęcie.

50




Wyrazy: Znaki: