Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Vivat superbia septentrionis ikonka kopiowania

Autor: RikaEllen  twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




Śnieg smętnie skrzypiał pod jej stopami, a zdające się sięgać rozgwieżdżonego nieba potężne drzewa pochylały się nad nią złowrogo. Lodowate podmuchy północnego wiatru ślizgały się pomiędzy nimi, a ich niepokojący szum brzmiał zupełnie niczym skowyt potępieńców. Nocą nawet najczęściej odwiedzane miejsca wydają się zupełnie obce.
Mimo tego Accalia nie odczuwała strachu. Zmarznięta dziewczyna maszerowała poprzez mroczny las, który był przecież jej domem. Znała wszystkie tajemnice kniei i umiała perfekcyjnie czytać jej wszelkie znaki. Jednak była zła na siebie, że polowanie znów się przedłużyło, co zmusiło ją do powrotu do domu po nocy. Nie uśmiechało jej się to ani trochę, pomimo że znała tu każdy zakątek.
Trzeba było nie włóczyć się tak długo.
Zewsząd otaczały ją przerażające szepty dobiegające nie wiadomo skąd. Wrażenie, że mróz przeszywa każdy kawałek jej ciała, przybierało na sile. Nerwowo przenosiła wycieńczone spojrzenie z czubków własnych butów na obłoczki pary, w które zamieniał się oddech.
— Już niedaleko. — powtarzała szeptem — Jeszcze tylko trochę...
Niosła na skostniałych

1




plecach worek wypełniony zdobyczą tej wyprawy, czyli kilkoma wychudzonymi królikami, które nie miały szans schronić się przed śmiercionośnymi strzałami perfekcyjnie wystrzelonymi przez nią z łuku.
Po chwili zaczęła iść coraz wolniej, dysząc ciężko i usiłując za wszelką cenę nie upaść ze zmęczenia, aż trafiła nad sporych rozmiarów urwisko. Ten widok wywołał uczucie ulgi. Urwisko oznaczało tylko jedno - wioska już niedaleko. Momentalnie jej uwagę przykuł niecodzienny widok. Zazwyczaj bezludna okolica w dole tej nocy gościła pokaźną grupę ludzi. Accalia przyjrzała się uważniej i w blasku ognisk wśród dziesiątek namiotów, tworzących całe miasteczko spostrzegła, iż większość przybyszów nosiła ciężkie zbroje, a gdzieniegdzie rozstawiono wozy wyładowane po brzegi bronią i sprzętem, którego dziewczyna w nie była w stanie zidentyfikować w półmroku. Nigdy nie widziała tylu ludzi naraz w jednym miejscu. Nawet podczas najważniejszych religijnych świąt, gdy całe jej plemię  zbierało się, by uczestniczyć we wspólnych obrzędach, nie powstawał tłum mogący się równać z tym, co widniało w dole. Dziewczyna wzruszyła

2




ramionami, odwróciła się i ruszyła przed siebie.
Ani trochę ją to nie obchodziło.

     Ringean nienawidził przegrywać. Zwłaszcza jeśli chodziło o jego ukochane łowiectwo, myśl, iż jest ktoś lepszy od niego, napawała go irracjonalną złością. Emocjonowała go każda minuta pogoni. Zupełnie inne podejście miał jego brat, Drangirr, dla którego nie miało znaczenia, komu uda się ustrzelić zwierzynę.
Ten poranek był wyjątkowo mroźny, nawet jak na tę porę roku. Był środek zimy, ale temperatura od dawna nie spadła tak bardzo. Mimo tego Ringeanowi i młodszemu o dwa lata Drangirrowi wcale to nie przeszkadzało. Pierwszy raz od jakiegoś czasu udało im się wyrwać z nawału obowiązków na krótką wyprawę, dlatego nic nie mogło zepsuć im humoru. Nawet popielate niebo czy mróz złośliwie szczypiący policzki. Ich myśli skupione były tylko wokół celu – sarny skrytej między nagimi drzewami. Ringeana tym bardziej przepełniała determinacja, gdyż silny głód dawał się we znaki całemu plemieniu. Gdyby w tak trudnym okresie wrócił z polowania z łupem – nie byle jakim zającem czy marnym ptakiem, ale okazałą sarną – dowiódłby, iż

3




będzie dobrym przywódcą, potrafiącym sobie radzić nawet w najbardziej niesprzyjających okolicznościach. Że będzie tak doskonałym wodzem jak ojciec. Dzięki temu zyska powszechny szacunek. Tak przynajmniej uważał.
Bracia poruszali się bezszelestnie, podążając za ofiarą niczym drapieżne zwierzęta. W jednej chwili zatrzymali się, skrywając za potężnymi pniami, gdy tylko dostrzegli szaro-brązowy smukły łeb ich ofiary rozglądającej się wokół.
Od zawsze ze sobą rywalizowali. Dawniej, gdy byli dziećmi, polegało to raczej na zabawie, ale z czasem ich relacje się zaostrzyły. Ringean nigdy nie przepuścił okazji, by dogryźć bratu, oczywiście w granicach rozsądku. Szybko nauczył się rozpoznawać kiedy żarty idą za daleko - wtedy musiał odpuszczać. Ale nie zawsze kończyło się to dobrze, bardzo często zachowanie Ringeana doprowadzało do bójek. Teraz, po długiej przerwie, chcieli przekonać się, czy ich umiejętności wciąż prezentują ten sam poziom, co ostatnim razem.
Dogodny moment. Zwierzę nie wyczuwało zagrożenia, więc spokojnie spuściło głowę. W tym momencie Ringean ostrożnie naciągnął łuk i nieznacznie wychylił się

4




zza potężnego drzewa. Drangirr postąpił tak samo. Gdy już miał puścić cięciwę, stało się coś zupełnie niespodziewanego. Żaden z nich nie wypuścił strzały, a mimo tego jedna trafiła sarnę idealnie między oczy, zabijając ją na miejscu. Zwierzę z runęło na ziemię, a po chwili śnieg wkoło jego martwego ciała zaczął przyjmować karminową barwę. Osłupieni młodzieńcy spojrzeli w kierunku, z którego strzała została wystrzelona.
Stała tam młoda, na oko dwudziestoletnia dziewczyna o ciemnobrązowych włosach, sięgających prawie do pasa. Ubrana była po męsku w lekką skórzaną zbroję. Jej śliczną, delikatną twarz szpecił kawałek materiału przewiązany na lewym oku, a raczej na oczodole, który po nim został. Lekko i zgrabnie, acz całkowicie pewnie ruszyła w kierunku swej ofiary.
Ringean przyglądał się jej ze zdziwieniem, podziwem i obrzydzeniem zarazem. Ukradkiem zerknął na Drangirra, który wydawał się równie zaskoczony. Jak to możliwe, że wcześniej jej nie zauważyli?
,,To ta wiedźma.” — warknął w duchu. — ,,Tylko nie ona.”
Ale nic nie powiedział.
Dziewczyna chwyciła ciało sarny i z wysiłkiem je uniosła, a

5




jej rozbiegany wzrok trafił prosto w oczy Ringeana. To spojrzenie było zupełnie puste i zarazem niepokojąco nieobecne, co przyprawiło Ringeana o dreszcze. Nie wyrażało absolutnie nic, tkwił w nim jedynie błysk lodowej pustki.
— Hej, ty! — zawołał niepewnie.
Wyglądała, jakby w ogóle nie zdawała sobie sprawy z jego obecności.
Ta ignorancja wytrąciła go całkowicie z równowagi. Ruszył w jej stronę, gdy nagle poczuł szarpnięcie za ramię.
— Co ty robisz?! — Drangirr usiłował powstrzymać swój szept, by nie przeszedł w krzyk. — Nie zbliżaj się do niej!
— Nie pozwolę, by sprzątnęła nam sprzed nosa naszą zdobycz! To tylko głupia czarownica.
Dziewczyna ani drgnęła, stała nieruchomo ze wzrokiem wlepionym w braci.
— Daj spokój, zbierajmy się stąd. — Drangirr pod presją jej spojrzenia szybko zaczął się wycofywać.
Ringean zmierzył kobietę wzrokiem, po czym z rezygnacją dołączył do brata.

     Zimowe słońce spokojnie chyliło się ku zachodowi, przyozdabiając niebo czerwono-pomarańczowym blaskiem. Drzewa wyciągały ku niebu swe poskręcane, pozbawione liści gałęzie, zupełnie jakby za wszelką cenę chciały chwycić jak

6




najwięcej niknących promieni słońca.
Accalia właśnie rozpaliła ognisko przed swoim domem, a właściwie szałasem, kryjącym się na leśnym wzgórzu nieopodal plemienia Slieyae.
Dziewczyna zawiesiła niewielkie naczynie nad ogniem, a gdy woda znajdująca się wewnątrz zaczęła bulgotać, dorzuciła pokrojone kawałki upolowanej dziś sarny oraz trochę suszonych ziół.
Nie myślała o dzisiejszej wyprawie. Wszelkie spotkania z ludźmi starała się wyrzucać z pamięci. To bardzo wygodne, jednak niestety nie zawsze się udawało. Reakcja synów wodza Slieyae nie wywarła na niej najmniejszego wrażenia. Przyzwyczaiła się do tego.
Oszalała.
Zdziczała.
Wiedźma.
Tak na nią mówiono. Nie dziwiło jej to, gdyż sama się za takową uważała.
Już bardzo dawno temu zauważyła, że coś jest z nią nie tak. Wszyscy tak mówili. Wuj tak mówił. Głos tak mówił. Głos, który od zawsze był obecny w jej głowie. Z którym musiała nauczyć się żyć, bo nikt nie umiał jej pomóc. Gdy podrosła, pewnego dnia wuj powiedział jej prosto w twarz: „Cierpisz na chorobę umysłu, ale nie martw się, zrobimy wszystko by się jej pozbyć.” I próbowali. Wiele razy

7




odwiedzali zielarzy, szamanów, medyków, a oni zalecali najróżniejsze rzeczy: od maści z leśnych chwastów, przez wywary z oczu wiewiórek, po surową wątrobę króliczą czy krew młodych lisów. Bez skutku.
Nie tylko Głos był jej zmorą, dręczącą ją nieustannie i odbierającą spokojny sen. Czasem zachowywała się dziwacznie pod wpływem niepokojącego impulsu i nie potrafiła odczuwać emocji tak intensywnie jak inni. Wszelkie odczucia, jakich doświadczała, zdawały się raczej kłębić gdzieś obok, a ona nie była w stanie posmakować ich w pełni. Jakby nie należały do niej. Nie były one rzeczywiste.
Ale zimny Głos już tak.
Nigdy nie została oficjalnie wyklęta ze społeczności, jednak ludzie omijali ją szerokim łukiem. Straszono nią niegrzeczne dzieci, powtarzano krążące plotki. Mówiono, że jej choroba to kara zesłana przez bogów. Nikt z nią nie rozmawiał, a gdy zbliżała się do wioski, wszyscy udawali, że jej nie widzą, albo chowali się w domostwach.

     Myślisz, że jesteś taka silna?
— Wynoś się.
To, że umiesz wymachiwać mieczem, o niczym nie świadczy.
Dusiła się po raz kolejny. Coś zdawało się miażdżyć jej klatkę

8




piersiową i przypalać ją od wewnątrz.
— Przestań! — wycharczała.
Nie ma takiej opcji. Nawet o tym nie myśl.
Czuła, że spada. Nie widziała nic wokół, otulał ją mrok, ale była pewna, że tonie coraz głębiej w czeluści czerni.
— Nienawidzę cię!
Tylko tyle masz mi do powiedzenia? Nie jesteś wcale taka dzielna, jak ci się wydaje.
— Proszę...
I co? Umiesz tylko żebrać o litość?
Jej oszalałe serce z każdym uderzeniem przysparzało niemiłosiernego bólu, smagającego niczym uderzenia batem.
Eh, doprawdy żałosne.
Accalia obudziła się gwałtownie, chciwie łapiąc oddech. Usiadła na posłaniu z ususzonej trawy przykrytej zwierzęcą skórą. Wnętrze jej szałasu wypełniała pusta cisza zawieszona w otchłani nocy. Dziewczyna rozejrzała się, a samotna źrenica ślizgała się wokół. Wszędzie leżały porozrzucane rzeczy istotne i potrzebne w codziennym funkcjonowaniu, jak i te absolutnie zbędne. Accalia wiedziała, że powinna w końcu tu choć trochę posprzątać, ale nigdy nie czuła tej potrzeby na tyle intensywnie, by zamienić zamysł w czyn. Wmawiała sobie, że wtedy nic nie będzie mogła znaleźć.
Powoli wstała i wyszła na

9




zewnątrz. Skąpany w czerni nieprzebyty las sprawiał wrażenie znacznie mniej rozmownego niż za dnia. Powietrze było lodowate, a dziewczyna, mimo to miała na sobie jedynie koszulę i cienkie spodnie. Bosymi stopami stąpała po śniegu
Zatrzymawszy się w blasku księżyca, nabrała w dłonie trochę białego puchu i zatopiła w nim twarz. Jego otrzeźwiające zimno zmyło z zaspanej powieki strzępki koszmaru.
Znów to samo. Głos nie dawał jej spokoju nawet we śnie. Wtedy też umiał ją znaleźć. A raczej w ogóle nie musiał jej szukać, przecież zawsze był obecny. Czasem jedynie się nie odzywał. Momentalnie otoczyły ją setki nieprzyjemnych szeptów, uporczywie kąsających jej zmęczony umysł. Najpierw powoli, ostrożnie, potem z coraz większą pewnością. Nie była w stanie rozpoznać poszczególnych słów, ale jeden szept brzmiał znajomo. To był Głos.
Accalia upadła na kolana, po czym usiadła na stopach. Nawet przez myśl jej nie przemknęło, że za chwilę przeraźliwy chłód pochwyci ją swymi szponami. Zamknęła oko.
Sen rzadko kiedy oznaczał dla niej prawdziwe wytchnienie. Często był kolejną walką, tym razem z czymś gorszym od znoju

10




codzienności - z demonami skrytymi w jej głowie. Z paskudnym Głosem, kochającym zsyłać na nią wycieńczające mary. Budzenie się z krzykiem w środku nocy stało się czymś notorycznym i Accalia zdążyła do tego przywyknąć. Ale nie zmieniało to faktu, że wciąż było męczące. Dopiero po chwili dotarło do niej, że z jej bezwiednie poruszających się ust zaczęły płynąć recytowane słowa pieśni w prastarym języku plemion, już od dawna nieistniejących, której nauczył ją wuj:
— Delle eiumi ret' ghueled,
Thou'el reath qewatl innif,
Byeq te, lerate te,
Winnde te.
Uluy ďet ma tyui er.
Dziwne, że wciąż ją pamiętała. Nie mogła przypomnieć sobie tytułu, ale wiedziała, że to hymn pochwalny na cześć jakiegoś wodza z plemienia Ormstaoir, dawno temu zniszczonego przez Kedath - kraj, który swego czasu prowadził intensywną ekspansję na północ, podbijając wszystkie krainy na swej drodze, aż stał się olbrzymim państwem, przyćmiewającym swą potęgą wszystkie inne.
Ale to było dawno temu. Accalia nie znała się na bieżącej polityce, nie miała w niej rozeznania i nie chciała mieć. Pozyskiwanie takich informacji stanowiło nie lada

11




problem: we wsi nie była mile widziana. Wszystko, co wiedziała o zamierzchłych czasach, przekazał jej wuj. To on nauczył ją wszystkiego, co umiała: wytropienia, pochodzenia i zabijania zwierzyny, walki mieczem oraz wytwarzania prostych narzędzi. On przekazał jej wiedzę o ziołach i zastosowaniach różnych roślin i o tym, gdzie najlepiej rozstawiać pułapki na zające czy borsuki. Dzięki temu radzenie sobie samej w lesie, mimo blisko położonej wioski, było o wiele łatwiejsze.
Głupia jesteś.
— Ciągle mi to mówisz. — odezwała się szeptem.
Nie dość, że głupia to jeszcze nienormalna. Nic dziwnego, że wszyscy cię omijają.
Accalia spojrzała z bladym uśmiechem na księżyc.
— Wcale mi to nie przeszkadza. Wiesz, nie dziwię im się, a nawet ich rozumiem.
Nie pasujesz tu. Powinnaś się stąd wynieść.
Westchnęła gorzko i powstała z kolan.
— Sama nie wiem. To chyba jedyne, co mogę ze sobą zrobić. — pokręciła głową. — Ale z drugiej strony, czemu miałabym dać za wygraną? Co mnie obchodzą tamte ścierwa?
Weszła do szałasu i po chwili wróciła ze starym mieczem, wątpliwej jakości. Machnęła nim parę razy w powietrzu,

12




jak to miała w zwyczaju, po czym uderzyła tępym ostrzem w jedno z pobliskich drzew, służące jej za słup treningowy. Uważała, że wykonanie oddzielnego to zbędny wysiłek. Zawsze gdy wiedziała, że ponowne zaśnięcie nie będzie tak oczywiste, trenowała, mając nadzieję, że zmęczenie ćwiczeniami choć odrobinę jej pomoże. Ponad to, gdy pozwalała całkowicie się pochłonąć jakiejś czynności, przestawała zwracać uwagę na szepty.
Spojrzała w kierunku osady. Dostrzegła nikły blask ogniska w oddali.
No tak, dziś święto religijne. Gdy była młodsza, pobożny wuj często ją zabierał na rozmaite uroczystości. Accalia w przeciwieństwie do niego nie wyznawała żadnego bóstwa. O ile na początku obawiała się przyznawać do ateizmu, z czasem zmęczyło ją ukrywanie tego. Była w pewien sposób z tego dumna. Ślepe podążanie za tym, co mówili duchowni, było dla niej czymś niepojętym, niemniej szanowała wiarę w bogów i nikogo za nią nie potępiała.

     Przygotowania do uroczystości szły pełną parą. Wszędzie krzątali się ludzie, a Ringean pragnął, by to wszystko się już skończyło. Lubił słuchać śpiewu szamana, ale całe

13




zamieszanie poprzedzające wszystko - nie, to nie dla niego.
W tym roku święto na cześć bogini Equeny, przypadające zawsze na drugą pełnię, przebiegało znacznie skromniej niż zazwyczaj. Wszystko przez skąpe zapasy i głód, spowodowane wyjątkowo mroźną zimą. Ringean zerknął w górę. Okragły księżyc prezentował się na czystym niebie w całej okazałości.
Młodzieniec stał na uboczu, oparty plecami o ścianę jednego z domostw, obserwując wszystko spod czarnej czupryny.
Jego myśli błądziły, nie zatrzymując się nigdzie na dłuższą chwilę, aż zupełnie niespodziewanie chwyciły się dzisiejszego polowania i trzymały go uporczywie. Ringean znał Accalię tylko z widzenia i plotek, a i tak nigdy nie miał okazji aby się jej dokładniej przyjrzeć. Dzisiaj było inaczej. To beznamiętne spojrzenie jej jedynej źrenicy o ciemnobrązowej barwie. Przerażało go. Wciąż tkwiło w jego pamięci, intrygując jednocześnie.
Mieszkańcy stopniowo gromadzili się wokół ogniska, Ringean więc postanowił uczynić to samo. Stanął na tyłach rosnącego tłumu, czekając na rozpoczęcie obrzędu. Wtedy z jednej z większych chat w wiosce wyszła kobieta

14




o złotych włosach sięgających do ramion, a dotychczasowy gwar rozmów ucichł. Miała około czterdziestu lat, jej niebieskie oczy zawsze spoglądały łagodnie i z troską. Niektóre blond kosmyki zostały zaplecione w warkocze, gdzieniegdzie widniały wpięte ptasie pióra. Ubrana była w długą zieloną szatę o szerokich rękawach, bogato wyszywaną w przepiękne wzory bajecznie kolorowymi nićmi. Ringean nigdy nie mógł się wystarczająco nacieszyć widokiem tak niezwykłego stroju. Kobiety z plemienia ubierały się skromnie, głównie z powodu biedy, jak również i wygody, ale nawet matka Ringeana - żona wodza - nigdy nie miała na sobie nic tak dostojnego jak szamanka Deirdre.
Kobieta zatrzymała się przed ogromnym, wzbijającym swe płomienie wysoko w górę ogniskiem, a następnie złożywszy dłonie, zaczęła mówić głośnym, uroczystym głosem:
— Matko Księżyca! Opiekunko gór i lasów! Boska Equeno! Prosimy, ześlij nam urodzaj, przegoń mróz, obdarz nas promieniami wiosennego słońca. Zebraliśmy się dziś tutaj, by wspólnie wielbić Twą potęgę...
Ringean w tym momencie się zamyślił, wpatrzony w ciepły, pomarańczowy blask ognia. Co roku

15




działo się to samo. Zawsze chciał wysłuchać szamanki do końca, ale nigdy nie mógł utrzymać skupionej uwagi choćby do połowy. Rozejrzał się ukradkiem po zgromadzonych. Plemię Slieyae nie należało do największych na Północy, jednak gdy wszyscy zbierali się w jednym miejscu, powstawał całkiem pokaźny tłum. Młodzieniec dostrzegł swoich rodziców zajmujących miejsca w pobliżu Deirdre. Ojciec Veilsveind był rosłym mężczyzną o długiej czarnej brodzie, poprzecinanej nielicznymi srebrnymi nitkami i o równie długich włosach. Pewien czas temu postanowił ich nie ścinać ku czci boga Ledohra, z którym czuł szczególną więź. Surowy wyraz pooranej zmarszczkami twarzy odzwierciedlał osobowość właściciela. Był on wyjątkowo wymagający, ale nie bezduszny, zarówno dla rodziny, jak i całej wioski.
Obok stała Hughna, jego żona i matka Ringeana oraz Drangirra. Zawsze spinała swe ciemne włosy w kok. Była drobna i posiadała trójkątną twarz. Zdawała się być zupełnym przeciwieństwem Veilsveinda. Podczas gdy jemu często nie udawało się pohamować gniewu, ona uosabiała absolutny spokój ducha.
Gdy tylko Deirdre skończyła głosić

16




liturgię, zza jednej z chat wyszedł pomocnik kapłanki, młody chłopak, ciągnący za sobą kozę. Zwierzę wyglądało na przerażone i zdezorientowane, próbowało zapierać się kopytami, jednak bezskutecznie. Nadszedł kulminacyjny moment całej uroczystości, czyli złożenie ofiary bogini. Zazwyczaj odbywało się na Świętej Polanie w głębi puszczy, jednak w tym roku postanowiono, by wyjątkowo przebiegało na głównym placu w centrum wioski. Szamanka chwyciła przypięty do pasa zdobiony sztylet i sprawnym ruchem dłoni poderżnęła ofierze gardło. Wszyscy obserwowali ją w napięciu. Rzuciła ciało nieszczęsnego zwierzęcia w ogień ku uciesze zgromadzonych. Języki tańczących płomieni pożerały martwą kozę wśród wypełnionych entuzjazmem okrzyków, wzlatujących ku niebu.
Wtedy Deirdre zaczęła śpiewać.
Ringean nigdzie nie mógł znaleźć Drangirra. Gdy tylko tłum zaczął rozchodzić się do domów, młodzieniec wypatrywał brata z nadzieją, że ten zaszywszy się gdzieś z boku, za chwilę się pojawi. Prędko okazało się, że nie było go na uroczystości, a to mogło oznaczać tylko jedno – znów pojechał do Fonhes, swojej ukochanej,

17




córki druida z plemienia Clauqua. Jedynego plemienia, z którym Slieyae utrzymywało w miarę neutralne stosunki.
Generalnie plemiona barbarzyńskie na Północy były silnie ze sobą skłócone, rzadko kiedy udawało się nawiązać sojusz, a jeśli już, to bardzo szybko wygasał. Ciężko dociec przyczyny takiego wyglądu sytuacji, ale najprawdopodobniej wynikało to z silnie zakorzenionej nieufności do obcych, nawet tych dobrze znanych. Każda wioska stanowiła odrębny świat, zamknięty w sobie, z własnymi zwyczajami i wierzenami.
Marzeniem Ringeana było zjednoczenie chociaż części plemion. Niemożliwym było, by udało się połączyć wszystkie, ale jego marzycielska natura wciąż go dręczyła podobnymi pomysłami.
Zamyślił się. Dwudziestodwulatek wiedział o małżeńskich planach brata. Związki między członkami różnych plemion zdarzały się, nie stanowiąc niczego niezwykłego, wprawdzie często nie bez przeszkód. To właśnie reakcji rodziców, zwłaszcza ojca, najbardziej obawiał się Drangirr. Ringean w pełni go rozumiał.
Pozostał przy ognisku, wpatrując się w zmęczoną twarz Deirdre, której zamyślone spojrzenie wciąż tkwiło w powoli

18




umierających płomieniach. Spojrzał na wschód, na ciężkie chmury kłębiące się ponad drzewami na bezkresnej czerni nieba, zwiastujące gniew bogów. 

     
Nadeszła śnieżyca. Drangirr wiedział, że nie był to dobry pomysł, wiedział, że będzie tego żałować. Nie mylił się. Był pewien, że zdoła uniknąć burzy, jednak ona dopadła go szybciej niż podejrzewał.
— Psiakrew — warknął, piętami popędzając zmęczonego konia, przedzierającego się przez zaspy śniegu.
W lewej ręce trzymał pochodnię, która już dawno zdążyła zgasnąć. Jego gruby, futrzany płaszcz o zwykłej, szarobrunatnej barwie teraz miejscami przyozdobiły czysto białe plamy, utworzone przez osadzające się na nim sypiące szaleńczo płatki śniegu. 
Mimo, że do osady zostało mu niecałe pięć mil, dotarło do niego, że ten ostatni odcinek drogi, podczas zamieci, będzie najtrudniejszy. Burze śnieżne na Północy były najgorszym z żywiołów. Przychodziły nagle i równie szybko znikały, siejąc spustoszenie, napawając grozą tubylców i nie pozwalając im zapomnieć, kto tak naprawdę ma władzę w tych krainach. 
Mężczyzna musiał się gdzieś schronić. Burza

19




dopiero się rozpocząwszy, nie przybrała jeszcze pełni swej śmiercionośnej siły. To była jego jedyna szansa. Jeśli ją przegapi, jego los zostanie przesądzony.
— Musi gdzieś tu być...
Szukał jaskini, którą zawsze widywał po drodze. Pamiętał, że powinna się znajdować gdzieś w pobliżu. Niepozorna, teraz mogła ocalić mu życie. Czuł, jak desperacja narasta, gdy po pewnym czasie wciąż nie mógł jej dostrzec. Przestał zwracać uwagę na nieustające podmuchy mroźnego powietrza, boleśnie smagającego go po wycieńczonej twarzy. 
Jest. Raczej malutka nora, a nie jaskinia, skutecznie przysłonięta świerkami, była ciężka do wypatrzenia, a wszechobecna biel w tym nie pomagała. Pozostała mu tylko nadzieja, że nie zastanie jej lokatorów. Miał szczęście, że okazała się pusta. Odetchnął z ulgą. Prędko zeskoczył z konia i wszedł do środka, ciągnąc zwierzę za sobą.
Potężny koń ledwie się zmieścił. Teraz Drangirr mógł tylko przeczekać burzę i modlić się, by w międzyczasie nie zamarznąć na śmierć. Postanowił oderwać myśli od tych ponurych scenariuszy i skupić uwagę na czymś innym. Usiadł na ziemi i przyjrzał się

20




panującemu chaosowi na zewnątrz. Sypiący z nieba śnieg wirował, działając niemal hipnotyzująco na tle mroku niebezpiecznej puszczy. 

     Nie miał pojęcia, ile czasu minęło, może godzina, dwie, a może pięć minut. Przestało to mieć znaczenie, gdy wtem posłyszał niepokojąco znajome szmery na zewnątrz. Wytknął nos poza ściany schronienia, a do jego uszu dobiegło mrożące krew w żyłach, smętne wycie, które jedynie potwierdziło jego najgorsze obawy. 

21




Wyrazy: Znaki: