Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Bez boom – boxikonka kopiowania

Autor: Parias twarz męska

grafika opisu

rozwiń




Głupio nie wiedzieć, z kim się sypia, ale jeszcze głupiej jest nie spać wcale – tak mówiłem sobie w myślach, prąc naprzód. Pierwszą przeszkodą okazała się dość zaradna para. Rozłożyła ona w wąskim przedsionku dwa koce na podłodze, kolejne dwa zarzuciła na siebie i tak opatulona, oparłszy się plecami o ścianę, wyciągnęła nogi, blokując przejście.
Dziewczyna spała, a chłopak miał nad wyraz zmartwione spojrzenie tępo wymierzone przed siebie. Zamyślony. Nie zauważył, jak wchodzę, więc pomyślałem też, że nie usłyszy, gdy rzucę kurtuazyjne „Przepraszam bardzo”. Musiałem zaryzykować; rozkraczyłem się, próbując nie nadepnąć ani na ich legowisko, ani, co gorsza, na ich nogi, i przerzuciłem drugą stopę nad nimi. Ledwie zachowałem równowagę, wieńcząc ten manewr, ale zakochani pozostali nietknięci, a ja mogłem przejść dalej.
Tam czekał mnie wąski korytarz, na którym tłusty mężczyzna wystawiał obwisłą twarz ku strumieniowi wiatru pędzącego od otwartego okna i ciągnącego za sobą hałaśliwy stukot kół. Ta bryła mięsa nie umiałaby mi utorować drogi, nawet gdyby chciała, pomyślałem i z nadzieją

1




otworzyłem drzwi do pierwszego przedziału.
– Dobry wieczór... – odezwałem się cicho do siedzących w ciemności współpasażerów.
Moje pytanie zawisło bez odpowiedzi. Rozbrzmiewające w pomieszczeniu chrapanie, niemalże chórem wydobywające się z kilku gardeł, stanowiło jednak pewną informację zwrotną. Sięgnąłem po telefon i odwracając go ekranem w kierunku śpiących, zacząłem szukać wolnego miejsca.
Wytrącona z drzemki starsza pani jęknęła i drgnęła, a odnotowawszy moją obecność, nasrożyła się.
– Zajęte wszystkie – warknęła.
– Dobrze, dziękuję – szepnąłem i wycofałem się.
Na szczęście zamiast grubasa na korytarzu stał już młody mężczyzna rozmawiający przez telefon. Zamknął okno, by zapewnić sobie ciszę i spostrzegłszy mnie, od razu przywarł do ściany, pozwalając mi przejść. Natomiast gdy chciałem otworzyć drzwi do kolejnego przedziału, odezwał się:
– Pan poczeka minutkę.
Zaciekawiony skinąłem głową. Dokończył rozmowę, a następnie podał mi rękę, mówiąc:
– Antoni.
– Maciej – odparłem.
– Mam wolne miejsce, nie musi pan szukać – oznajmił, spoglądając z troską na

2




mój plecak.
– Chętnie skorzystam.
Gestem nakazał, bym poszedł za nim. Gdy wszedłem do przedziału, rzucając „Dobry wieczór”, każdy z przebywającej tam czwórki podniósł głowę, uśmiechnął się oraz odpowiedział tak, jak nakazywała etykieta. Usadowiłem się.
– To Maciej – przedstawił mnie Antoni.
Zaraz potem posypały się ich imiona; równie szybko zresztą się ze sobą zmieszały i przestałem próbować je zapamiętać.
– Kiedy wysiadasz? – rozległo się pytanie zaadresowane do mnie.
Spojrzałem na zegarek. Jeszcze kilka godzin.
– Rano, koło siódmej.
– Długa podróż.
– Tak się złożyło.
Zapalone światło nie współgrało z moim planem wyspania się w pociągu, a głupio mi było występować do tych ludzi z prośbą o odbycie dalszej podróży w mroku, szczególnie że na ich ożywionych twarzach brakło oznak zmęczenia. Odchyliłem zatem głowę do tyłu, przymykając oczy oraz głęboko oddychając, dając tym samym znak, że raczej nie jest ze mnie dobry kompan do rozmowy. Postanowiłem spróbować się zdrzemnąć pomimo warunków.
W przedziale zapadła cisza. Zastanawiałem się, czy nadal podtrzymują kąciki ust

3




na odpowiedniej wysokości, by móc raczyć się wzajemnie serdecznością. I nawet chciałem to sprawdzić, lecz powstrzymałem się przed tym z obawy, iż takie podglądanie mogłoby zostać dostrzeżone i zagęściłoby atmosferę.
Minęło kilka, a może kilkanaście minut, nim Antoni się odezwał:
– Może zgasimy światło? Maciej chyba chce spać.
– Nie, proszę się tym nie przejmować – wtrąciłem niemrawo, otworzywszy oczy.
– To cudownie.
Siedział po mojej prawej. Pozwalał zębom pobłyskiwać między wygiętymi wargami. Reszta zawtórowała mu:
– Wyśmienicie.
– Superancko.
– Wyśpisz się po śmierci, Macieju.
– Sen jest dla słabych.
I zaczęli potakiwać sobie nawzajem, powtarzając podobne kwestie. Ze zmarszczonymi brwiami spoglądałem to na wytworną damę siedzącą przy oknie, to na brodatego bruneta koło czterdziestki zajmującego miejsce naprzeciwko niej. Ona i on mieli wyciągnięte nogi do przodu i przekomarzali się, szturchając się nawzajem stopami.
– A po co jedziesz? – zapytał Antoni.
– Na próbę teatralną – odpowiedziałem zbity z tropu.
– Aktor! – podchwyciła kobieta i cofnęła swoje dolne kończyny,

4




wychylając się, by złapać ze mną kontakt wzrokowy. – Kogo grasz?
– To bardzo nowoczesny spektakl. Nie ma tam zbytnio określonych postaci.
Pokiwała głową z uznaniem. Wywarłem niemałe wrażenie; otaczające mnie twarze zdawały się rywalizować w podciąganiu brwi do góry celem ukazania zachwytu.
– Ale – niespodziewanie wyłamał się brunet – jak ty zagrasz Hamleta?
– Hamleta...?
– Każdy szanujący się aktor powinien raz w życiu zagrać Hamleta i na tej podstawie budować swoją wielkość. Nic dziwnego, że w dzisiejszym świecie nie mamy już do czynienia z wielkimi aktorami, skoro nie grają Hamletów.
I rozejrzał się w poszukiwaniu poparcia dla swej tezy, lecz sprowokował tym tylko damę do protestu:
– Maciej znajdzie lepszą ścieżkę, by być wielkim. Taką, która nie wiedzie przez obleśne grobowce. Prawda, Macieju?
Zawiesiła na mnie swoje kokieteryjne spojrzenie i puściła oczko.
– Mam taką nadzieję – rzekłem speszony.
– No – odezwał się Antoni, unosząc ręce ku górze oraz biorąc na siebie rolę arbitra – to nie widzę innego wyjścia, panie i panowie...
Powiódł niespiesznie po nas wzrokiem, budując

5




napięcie.
– Maciej zaprezentuje się nam w jakiejś nowoczesnej roli i wtedy osądzimy.
Towarzystwo przyjęło pomysł z entuzjazmem. Młoda para siedząca obok siebie, do tej pory nie wyróżniająca się w żaden sposób podczas dyskusji, poklepała mnie po kolanach, okraszając ten gest przyjacielskim:
– Nie bój się, dasz radę.
Przełknąłem ślinę, odruchowo zacząłem gnieść własne dłonie i skrzywiłem się.
– To tak nie...
– To tak, tak – przerwał mi od razu Antoni. – Damy ci czas do namysłu, spokojnie.
Zerknął na zegarek, po czym dodał:
– Pięć minut spokojnie wystarczy. Tak że ćśśś. – Przyłożył palec do ust.
I wszyscy zamilkli. Spojrzenia, do tej pory ogniskujące się na mnie, rozproszyły się, wypadając za okno lub zagnieżdżając się w suficie czy podłodze.
Zostałem pozostawiony z dziwacznym zadaniem. Pierwszym pomysłem było zdezerterowanie; nawet zacząłem się głowić nad jakąś wymówką, lecz wtem wpadłem na coś ciekawszego. Stwierdziwszy, że skoro oni sami postępują dziwnie, to i ja mam ku temu prawo i mogę wykorzystać tę ich dziwność na własną korzyść. Sprawdziłem kieszenie – telefon,

6




pieniądze oraz dokumenty spoczywały w ciasnocie, tak by nie można było ich zgrabnie wyjąć, a że mam płytki sen, stanowiło to wystarczające zabezpieczenie. W plecaku natomiast, leżącym na półce nade mną, nie nosiłem nic cennego, co najwyżej dresy i podstawowe kosmetyki.
Wziąłem kilka głębszych wdechów, zbierając odwagę, aż wreszcie rzekłem:
– Zagram wam coś, tylko potrzebuję odpowiednich warunków.
– Oczywiście – odparł uroczyście Antoni. – A co to będzie?
– Sen.
Pokiwali głowami zdumieni, akceptując rolę.
– I czego potrzebujesz?
– Ciszy, ciemności i waszej cierpliwości.
– Masz to – rzekł zdecydowanie brunet i sam się wychylił, by wyłączyć światło. – A teraz pokaż, co potrafisz.
Zamknąłem oczy. Co ja właściwie robię? – pomyślałem, znalazłszy się wśród czerni. Ledwie dochodził mnie szmer powietrza wciąganego w płuca Antoniego, a poza tym; nic. Tamci przestali istnieć i nie upominali się o powrót do mojego świata. Posłusznie czekali.
Uśmiechnąłem się nerwowo, zastanawiając się nad tym, co teraz myślą, ale czym prędzej przegoniłem z umysłu wszelkie wątki powiązane z

7




nieznajomymi, chcąc się rozluźnić i jak gdyby nigdy nic zasnąć.
Mignął mi przed oczami grubas blokujący drogę. Zamierzałem poprosić, by mnie przepuścił; skleciwszy już odpowiednią formułkę i mając ją niemal na języku, zorientowałem się, że to tylko niewinna wizja utkana przez popadające w sen ciało. Tłuścioch się rozsypał, pozostawiając mrok nieskalanym. Wiedząc, że wkrótce i moja świadomość się rozproszy, odprężyłem się, pozwalając wyobraźni kreować świat snów na moich oczach.
Ciemność pode mną zbrązowiała, a nade mną – zajaśniała bladym księżycem. Widziałem wyrzynające się z ziemi nagrobki w kształcie prostokątów o zaokrąglonych górnych krawędziach. Na jednym z nich przysiadł jednym pośladkiem czarnoskóry mężczyzna z boomboxem trzymanym na barku. Odziany w kamizelkę, na głowie miał kaszkiet. Jedną nogą, luźno zwisającą, tupał w powietrzu do rytmu. Cztery czwarte, ćwierćnuty. Akcentował na jeden, wysuwając głowę do przodu i zaciskając oczy, że aż cała jego jedynego twarz się marszczyła wokół nich. A boombox boksował bezdźwięcznie. Nie burzył barachłowatych grobów

8




milczenia.
Burczał błogo Antoni – miarowo; wdech, wydech. Gdzie wcięło resztę? Wszyscy zsunęli się w sen, stwarzając swoje światy. Strzepnęli z siebie rzeczywistość. Sen im pokazałem, abstrahując od sceniczności Hamleta; i sam się w niego zsunąłem.
Roztrzaskał go budzik. Rozwarłem powieki; wszyscy dookoła przecierali oczy, ziewali, wiercili się, próbowali uchwycić jeszcze umykające im wizje, przekręcając swoje ciała na fotelach. By im nie przeszkadzać i nie zwracać na siebie uwagi, czym prędzej wydobyłem z kieszeni ryczący telefon i wyłączyłem alarm. Była 6:50.
Za oknem dostrzegałem już znajomą okolicę; Bydgoszcz. Wyrywając się ostatecznie z onirycznego otępienia, rozprostowałem kości, zdjąłem plecak z półki, a następnie opuściłem przedział. Obejrzawszy się przez ramię, złapałem jeszcze spojrzenie Antoniego.
Kilka minut później odetchnąłem, stojąc na Dworcu Głównym i mając całą podróż za sobą. Czułem się rześki, gotów do działania – i nawet nie potrzebowałem kawy.
Moja matka spała, gdy wróciłem od domu, a ojca w ogóle nie było. Cały obowiązek godnego powitania gościa spadł na Hummusa;

9




radośnie merdającego ogonkiem mieszańca. Wspiął się na tylne łapki, przednimi oparł się o mnie i ledwie sięgnąwszy, zaczął lizać moją rękę. Ja nie stawiałem oporu. Zostałem zaabsorbowany przez satysfakcję wynikającą z rzucenia ciężkiego plecaka w kąt.
Wreszcie dom, powtarzałem w myślach. Potem starym zwyczajem ruszyłem ku lodówce, by należycie uczcić powrót. Hummus podreptał za mną, czyhając na odpowiedni moment, by dopuścić się manewru wyprzedzania i paść na grzbiet, żebrząc o drapanie. Ale tym razem mu nie wyszło; zbyt burczało mi w brzuchu, bym dał się prześcignąć.
A wpakowawszy w siebie tosty oraz twarożek, zaszyłem się w swoim pokoju. Wysunąłem szufladę biurka i ujrzałem tam plik kartek podpisany moim imieniem. Runąłem z nim na łóżko, po czym uważnie przeczytałem każdą napisaną na nim linijkę tekstu. Następnie powtórzyłem całość, lecz już z zamkniętymi oczami, a za trzecim razem włączyłem w cały ten proces wyobraźnię; odtwarzałem w myślach scenę za sceną, skupiając się na własnej roli.
Lina. Muszę ją przywiązać do krzesła, potem przeciągnąć przez scenę, zahaczając ją też o

10




inne siedziska i jeszcze raz przywiązać do krzesła stojącego w kącie. Szybko, ale bez paniki – nie mogę pozwolić sobie na niedokładność. A co jak wyjdzie supeł? Jeszcze nigdy nie wyszedł, ale...
Przy okazji krzeseł – rzut trzeba wykonać tak, aby nie trafić w publiczność. Chwycić za oparcie i wtedy zatoczyć łuk ramionami; ono samo poleci. I do lustra na ścianie...
Podczas pierwszej próby podszedłem do niego, wyciągając przed siebie ręce. Niczym mumia. Wzbudziłem tym śmiech; Maciej, mistrz naturalnego podchodzenia do lustra. Muszę o tym pamiętać. Albo i nie. Może mi weszło już w nawyk i skupianie się na tym wywołałoby efekt wręcz odwrotny?
Ty szmato, sprowokowałaś mnie! Lubię wrzeszczeć tę kwestię. Móc stanąć na scenie i wyrzucić z siebie takie słowa, wiedząc, że widzą to wielce kulturalni ludzie, przybyli na widownię, by się odchamić – to jest prawdziwie satysfakcjonujące. Przywilej dostępny jedynie artystom.
Może powinienem był startować do szkoły aktorskiej, a nie na filologię?
Podobne myśli krzątały mi się po głowie aż do momentu wyjścia z domu. Mając pół godziny do początku próby, postanowiłem

11




porzucić wszelkie związane ze sceną zmartwienia i nieco się odświeżyć, koncentrując uwagę na urokliwym miejskim krajobrazie. Październikowy wiatr chłostał ulice, siejąc grymasy na twarzach przechodniów, którzy najwidoczniej hołdowali słońcu. Ono jednak pozwoliło się nakryć gęstym kłębom szarych chmur, skąpiąc swojego ciepła.
Co nie znaczy, że byłem osamotniony w cieszeniu się taką pogodą; istnieje pewien typ ludzi lubujących się w chłodzie. I nie tylko; w melancholii, w smutku, w tragedii, a nawet w śmierci. Tych życie satysfakcjonuje, gdy zapada jesień, a potem zima i widać, jak roześmiane twarzyczki, do tej pory tak chciwie wystawiające się na grzejące promienie słońca, teraz kostnieją.
W takich warunkach oddycham pełną piersią – czując schyłkowość. Zanik. Może to i chore, ale bardzo podniecające. Szczególnie gdy widzi się innych, z zachwytem patrzących na podobne zjawiska i wytwarza się wtedy nić solidarności nawiązywana bez żadnych słów; samym spojrzeniem posłanym ku chmurom, gołym drzewom czy drwiącym uśmieszkiem wykwitłym na widok opatulonych, lecz zmarzniętych wrażliwych ciałek.
Tak samo nęciły

12




mnie obskurne zaułki pojawiające się jak gdyby znikąd pośród zabytkowych kamienic i biegnące nie wiadomo gdzie i nie wiadomo po co. Czasem, zajrzawszy w głąb uliczki, dostrzegałem niechlujnie ubranych ludzi, a raczej strażników tajemnicy tych miejsc, którzy działali odstraszająco na wszelkich poszukiwaczy przygód, będąc granicą. Za nią ciekawość już się nie zapuszczała.
Po drodze do sali teatralnej zbłądziłem wzrokiem i pozwoliłem mu się wśliznąć w głąb jednej z mijanych przeze mnie bram. Podziurawiona taflami kałuż dróżka biegła między dwoma budynkami i skręcała na podwórko otoczone ruderami. Tam, kilkanaście metrów przede mną, siedział zgarbiony mężczyzna na zgniłozielonym kontenerze. Kolebał się. Jego nogi luźno zwisały, a twarz zasłaniał daszek. Obok głowy natomiast trzymał jakiś przedmiot.
Zatrzymałem się instynktownie, by się temu fenomenowi przypatrzyć. Nawet zrobiłem krok w głąb bramy, by nikt kroczący chodnikiem na mnie nie wpadł. Z początku myślałem, że mam do czynienia z wariatem i że najlepszym wyjściem będzie pozostawienie go w spokoju, jako iż na podwórkach ulokowanych poza zasięgiem

13




wzroku ciekawskich tego typu patologie są na porządku dziennym, ale wtem mężczyzna zeskoczył z kontenera.
Podczas krótkiego lotu uniósł głowę; jego twarz wydała mi się smugą czerni, nim ponownie zawisła niemal równolegle do ziemi. Obrócił się i ruszył, wciąż podrygując, ku kręgowi posępnych budynków. Noszony przez niego przedmiot okazał się podłużnym urządzeniem.
– Boombox – wyrwał mi się szept.
A wraz z tym słowem powróciło wspomnienie niedawnego snu. Od razu ruszyłem za nieznajomym, lecz ten, jeszcze nim zdążyłem zamknąć usta, zniknął mi z pola widzenia, przez co ogarnęły mnie wątpliwości. Zatrzymałem się w pół drogi do kontenera, otrząsnąwszy się z natłoku myśli.
I cofnąłbym się – gdyby nie napis. Na zgniłej zieleni dojrzałem wyrytą czymś ostrym wielką literę M. Ostrożnie, skradając się wręcz, zbliżyłem się, by odczytać resztę. Głosiła:
Maciej Rebelak.
A poniżej:
25.06.1998 – 15.10.2017.
– Kurwa – wykrztusiłem.
Potrząsnąłem głową, oparłem się o ścianę budynku i starałem się uspokoić. Ciągłe zerkanie na jutrzejszą datę umiejscowioną tuż przy dacie moich urodzin nie

14




pomagało. Wśród zamętu zrodził się pomysł, by wejść na podwórko; pójść śladem mężczyzny, ale rozsądek bił na alarm.
Odwróciwszy głowę w kierunku chodnika, spostrzegłem idących ludzi i nagle zapragnąłem być wśród nich. Dać się porwać temu potokowi i pozwolić kontenerowi się rozpłynąć wśród natłoku codziennych spraw.
Skąd obcy ma moje nazwisko? Imię? Datę? I skąd wiedział, że będę tędy przechodził? Kurwa, skąd zna moje sny? – pytania rozpleniły mi się w myślach, rozrywając mnie. Ciekawość, a raczej heroiczna chęć wyjaśnienia całej tej sprawy, stanięcia z nią twarzą w twarz, pchała ku ruderom. Przeciwdziałał jej instynkt samozachowawczy. Przez niego czułem, że choćby robiąc krok w stronę podwórka, wszystko zawiruje, a mój niezawodny organizm, by się ratować, zwali się nieprzytomny w błoto.
Uległem mu, zarządzając odwrót, i chwilę później znów byłem bezpieczny wśród przechodniów. Nie potrafiłem określić, co dalej, dlatego krążyłem bez celu, byle tylko nie trafić w ponure zakamarki miasta. Sen przeplatał mi się z jawą w pamięci, tworząc wrażenie efemerycznej zjawy, gotowej się

15




rozpierzchnąć, jeśli tylko dostarczyć jej odpowiedni bodziec. Jakbym zdał sobie sprawę, że potrzebuję się obudzić.
Nie szczypałem się w rękę – uznałem ten gest za nie na miejscu. Dziecinny. Jeszcze nie zwątpiłem we własną percepcję, pocieszyłem się. I od razu – lżej. Wystarczyło spoważnieć, wydorośleć. Nie być dzieckiem, lękającym się potwora spod łóżka, ale rodzicem, który przychodzi i bez zastanowienia wpycha rękę w ciemność, udowadniając, że nic się w mroku nie czai.
Próba! – wzdrygnąłem się. Spojrzałem na zegarek. Za pięć minut się rozpoczynała. Rozejrzałem się i z ulgą stwierdziłem, że wcale tak daleko nie zaszedłem. Czym prędzej pognałem ku sali teatralnej.
Tam już wszyscy czekali. Znajome twarze, uśmiechnięte i tryskające energią; od podniecenia przed jutrzejszą premierą aż iskrzyło w powietrzu. Na środku pomieszczenia stał wór z rekwizytami.
– Przygotowany? – zapytał mnie prowadzący zajęcia Adam.
– Już, już – odparłem, zanurzając dłonie w zawartości ogromnej sakwy.
Peruki, butelki, plastikowe banany wraz z plastikowymi pistoletami, aż wreszcie i moja lina. I plecak.

16




Włożyłem pierwsze w drugie, drugie założyłem na plecy i odciągnąłem wór w kąt.
Na ścianie wisiało lustro. Byle do niego naturalnie podejść, powtarzałem niczym mantrę. Adam tymczasem z kimś rozmawiał, inni też między sobą. W grupkach po trzy, cztery osoby. Łącznie nas było trzynastu. Duża grupa.
Nie spartacz tego. Spektakl klecony przez cały zeszły rok. Mieliśmy wystawiać w czerwcu, ale nie wyszło. Potem wakacje. Teraz reaktywacja; ci, co powyjeżdżali na studia, wracają, byle dokończyć, byle mieć coś z tego. Zebrać taką oddaną trzynastkę to jest cud. Z drugiego końca Polski przyjadą.
Pociągiem po nocach będą się tłuc. Pociągiem wśród nieznajomych. Spać będą, nie wiedząc z kim, byle wyspać się przed próbą. Śnić będą, też nie wiedząc przy kim. Tłuścioch w pociągu, murzyn na cmentarzu. Boombox; buja, nie bombiąc, bez buczenia but wytupuje ćwierćnuty. O zgniłozielony kontener...
– Maciej?
Oderwałem wzrok od lustra, nie potrafiąc ukryć swojego rozkojarzenia.
– Ty pierwszy raz w życiu siebie widzisz, że taki wryty stoisz? – zapytał Adam z uśmiechem na ustach.
– Chciałbym – próbowałem

17




wybrnąć – miałbym wtedy dziewiętnaście pełnych radości lat za sobą.
Zaśmiał się, po czym odwrócił się ku reszcie i zawołał:
– No, kochani, nie marnujmy czasu. Ustawiajcie się.
Utworzyliśmy posłusznie krąg. Stojący po mojej lewej Daniel szepnął:
– I jak tam studenciku?
– Nie pytaj.
Uśmiechnął się usatysfakcjonowany odpowiedzią. A mogłem pójść do technikum, pomyślałem. Kolejny rok w Bydgoszczy, wśród znajomych, bez przeprowadzki, bez dojeżdżania, bez pociągów. Bez dat na kontenerze.
Adam majstrował coś przy mikserze dźwięku; kręcił potencjometrami. Reszta trwała w skupieniu. Prócz Daniela. Ten z ciekawością obserwował zręczne ruchy palców prowadzącego.
Zaraz wejdzie muzyka. Muzyka na nasze wejście syknie z głośników, zacieśni nasze szyki; sprzęgnie nas. Trzynastka zyska sobie szansę zostania scalonym ciałem. Skorzysta – zewsząd wystąpimy na światło sceny. Nie zniesiemy ciszy.
Sygnał dla pierwszej osoby do działania; próba ruszyła. Nie myśleć – upomniałem siebie. Naturalnie. Wszystko naturalnie.
I naturalnie zakończyłem. Cały spocony opadłem na krzesło umiejscowione pod jedną ze

18




ścian. Wystarczyło okamgnienie; tyle właśnie odgrywa się dobrze role. Jakiekolwiek fałsze sprawiają, że czas na scenie się dłuży, że między słowa bohatera wkradają się dysonanse i niechciane myśli. A wystarczy dać się porwać, wytrwać w kreacji do końca, nie pozwalając masce pęknąć.
Adam klaskał nam oraz gratulował.
– Daliście z siebie wszystko, widzę – mówił, spoglądając na zasapanych. – I dobrze, to wymaga energii! Tak właśnie macie kończyć. Spoceni i śmierdzący!
– Wypraszam sobie – zawołał Damian – ja użyłem wcześniej dezodorantu, więc to nie moja wina, że tu tak pachnie.
Litości, pomyślałem.
– Teraz jeszcze tylko ustalmy pewne kwestie organizacyjne – zarządził Adam.
Kiwnął ręką, by wszyscy się zbliżyli.
Niedługo potem byliśmy już wolni. Wyszliśmy przed dom kultury całą zgrają i zatrzymaliśmy się zmieszani, musząc uzgodnić, co dalej.
– Piwko?
Znalazło się kilku entuzjastów tego pomysłu. Ja natomiast wyjaśniłem przepraszająco, że muszę wracać do domu i trochę pobyć z rodziną, skoro już przyjechałem.
– No jedno, stary – namawiał Marcin.
– Jutro, kiedy będzie, co

19




opijać – odparłem.
Po chwili namysłu przystali na tę propozycję, stwierdzając, że na kacu nie wypada grać. Skierowałem się ku domowi.
Przez moment towarzyszył mi Daniel, ale wkrótce nasze drogi się rozeszły i musieliśmy się pożegnać. Dochodziła czwarta. Jeszcze się nie ściemniało, co nie znaczy, że myśl o mijaniu bramy wiodącej ku kontenerowi mnie nie przerażała; ostatecznie postanowiłem nadłożyć trochę drogi i ominąć tamto miejsce.
Ciężko mi było się skupić na podziwianiu krajobrazu, w ogóle na czymkolwiek niezwiązanym z niedawnymi tajemniczymi wydarzeniami skoncentrować się nie mogłem. Każda myśl wiodła drogą skojarzeń do tych cudacznych kwestii, a niemyślenie okazało się niemożliwe, bo właśnie wtedy to, co niechciane, wynurzało się z podświadomości i drażniło umysł.
Złapałem się na uznawaniu za pozytyw tego, iż to dopiero jutro ma się coś stać; dziś jestem bezpieczny. Odtrąciłem owo spaczone rozumowanie, starając się uspokoić. Ale na nic wszelkie wysiłki, z równowagi wytrąciła mnie para siedząca na ławce. Uśmiechnięci, po drugiej drugiej stronie ulicy.
Ona i on. Patrzący tym samym

20




wzrokiem, co w pociągu. Na mnie. Prosto. Gdy się zorientowałem, że ja sam przecież się ostentacyjnie zatrzymałem zwrócony w ich stronę, miałem ochotę uciec stamtąd, ale nie potrafiłem drgnąć. Ile to trwało, nim przełamali ten impas? Kilkanaście sekund? Ale przy kiepskim aktorzeniu przecież czas się rozciąga. W każdym razie wreszcie zawołali, przy czym każde z nich podniosło rękę:
– Nie bój się, dasz radę!
Trzymali kciuki. Z trudem zmusiłem się do pomachania im i skinienia głową, po czym poszedłem dalej.
Zbity z tropu, zmieszany i przeżuty przez niewytłumaczalne zbiegi okoliczności – dotarłem wreszcie pod własny blok. Chciałem wstukać palcem kod do domofonu, ale dostrzegłem wetkniętą w obudowę urządzenia ulotkę. A raczej napisane na niej imię. Wyjąłem ją; okazała się czymś na kształt wizytówki.
Antoni Marczewski – psychoanalityk. Metody alternatywne oraz niekonwencjonalne.
Metody Alternatywne? Co to znaczy? Podany telefon. Wchodząc po schodach, postanowiłem poprosić matkę, by tam zadzwoniła i wypytała. Może to w ogóle nie ten Antoni. Może panikuję...
Zbiegłem na dół, wypadłem przed blok; rozejrzałem

21




się. Pod nogami, na przystanku, do sąsiednich domofonów, w śmietnikach – nie zobaczyłem ani jednej ulotki jak ta, którą trzymałem.
– Ty skurwysynie – syknąłem, mnąc karteczkę.
I ją wyrzuciłem. Ale oddaliwszy się na kilka kroków, uznałem to za nieprzemyślany do końca ruch. Może by jednak podjąć tę grę i zadzwonić. Dzień dobry, czy dodzwoniłem się na cmentarz? Cudownie, ale czy mógłby pan ściszyć tę bezdźwięczną muzykę? Tak, Maciej z tej strony, mam zaplanowaną wizytę na jutro i chciałem się dowiedzieć, czy się ona przedłuży. Na wieczność? Aha, dobrze.
Stop. Nie myśleć o tym. Wróciłem na klatkę schodową, a potem do domu. Matka podała obiad, stwarzając mi możliwość zatopienia smutków w rosole. Ale ciężko cokolwiek utopić, gdy trzeba jednocześnie opowiadać o studenckim życiu i o bólu spowodowanym odcięciem od maminego cyca – tęsknię, mamo. Brakowało mi tego rosołu. Nie, nie jestem zmęczony. Niewyspany też nie. Spałem świetnie w pociągu.
A śniłem jeszcze lepiej.
Rozmowa zahaczyła o ojca; że wyjechał do Warszawy i nie wróci na noc. Niby szczegół, nigdy i tak nie mieliśmy bliższych relacji,

22




ale poczułem się dziwnie samotny. Jakbym pierwszy raz go potrzebował, a raczej po prostu jego niemej obecności, a go zabrakło.
– Całe szczęście, że chociaż Hummus jest – rzekłem, wstając od stołu
Podniósł łeb, słysząc swoje imię, więc schyliłem się, by go podrapać.
Zdałem sobie sprawę, że właściwie nie wiem, czym się zająć. Matka wsadziła naczynia do zlewu. Skorzystałem z okazji:
– Ja pozmywam.
I tułając się od jednej takiej czynności do drugiej, dotrwałem do późnego wieczoru, kiedy to stwierdziłem, że czas wziąć kąpiel i do łóżka. Wpakowawszy się pod kołdrę, sprawdziłem godzinę. Kwadrans przed północą.
Ostatnie minuty bezpieczeństwa. Zaraz się zacznie. Oczka kalendarzy zostaną przesunięte, czternastkę zastąpi piętnastka. Co wtedy? Może ja po prostu we śnie... Może ten cały psychoanalityk Antoni tak mnie nastawił, gdy spałem, że nagle mi serce stanie i tyle. Szach-mat. I kto tu kogo wykiwał? Chciałem mieć sen, będę miał wieczny. Ale jak mi się uda wczuć w rolę, to nawet wieczność okaże się okamgnieniem. Muszę się tylko temu oddać, nic więcej, bezboleśnie będzie...
Znowu tłuścioch

23




zatarasował przejście. Tym razem jednak widziałem, jak zabiera swoją obleśną twarz od okna i odwraca się ku swojemu przedziałowi. Zatrzymać go – rozkazałem sobie.
– Proszę pana!
– Hm? – odburknął niepocieszony, że musi tak kręcić brzuchem wte i wewte.
– Mógłby pan tu chwilę jeszcze postać?
Zakołysał się z grymasem na twarzy, rozważając tę prośbę. I myślał, myślał, kołysał się, myślał, oddzielając mnie od tej piątki, myślał, myślał...
Dzyn-du-din-diń – wyciągnąłem rękę. Macałem, ale wymacać nie potrafiłem. Odzwyczaiłem się już od spania we własnym łóżku oraz szukania budzika w tym pokoju. A on dalej dzwonił w najlepsze, aż musiałem zrzucić z siebie kołdrę i poderwawszy się do pozycji siedzącej, rozpocząłem łowy.
Echolokacją gnoja, pomyślałem. I zaraz miałem go w ręce wyciszonego. Opadłem na łóżko. Dochodziła dziewiąta.
Przeżyłem, stwierdziłem, święcąc pierwszy triumf nad dzisiejszą datą. Poczułem z tego powodu zastrzyk energii; korzystając z niego, dotarłem do kuchni, a dokładniej – do lodówki. Może jajecznica?
– O tak – szepnąłem sam do siebie. – To jest

24




to.
Drzwi do sypialni rodziców były zamknięte. Matka musiała spać. Z Hummusem, bo i go nie było. Postanowiłem zatem przygotować dwie porcje i zaserwować śniadanie do łóżka. Nic tak nie poprawia humoru jak odrobina altruizmu.
Nim przełożyłem jajecznicę na talerze, matka ospałym krokiem opuściła pokój, przecierając oczy i ziewając. A obok jej bosych stóp dreptał pies. Pokrzyżowała mi ambitne plany, ale przynajmniej zjedliśmy razem.
Potem toaleta. I wyjście na miasto, ale przedtem rzucone jeszcze przez drzwi przypomnienie o dzisiejszej premierze. Matka odparła, że będzie, ale nie wie, co z ojcem.
– Jego strata.
Chwilę później kroczyłem ulicą skąpaną w promieniach słońca. Nawet mnie one cieszyły; ich kojące ciepło w końcu stanowiło pewien wyjątek jesienią, a na takie wyjątki zawsze patrzy się łaskawiej.
Naturalnie myślałem o tym, co zdarzyło się minionego dnia, ale wszystkie te sprawy wydały mi się odległe, a wręcz niebyłe. Czułem się lekki. Z takim też nastawieniem dotarłem na próbę generalną i tym razem się nie spóźniłem.
Poszło łatwo, czysto i naturalnie. Adam wniebowzięty. Zakomenderował dwie

25




godziny przerwy, potem wracamy, przygotowania, a na końcu gramy przed publicznością.
Do domu – prysznic – znów do domu – kultury.
Większość właśnie tam czekała, rozmawiając i próbując nie dać się porwać atmosferze zwycięstwa mogącej prowadzić na manowce. Radość oraz podniecenie czuć było jednak w każdym głosie. Żarty. Oczywiście wypłynęła znowu sprawa lustra oraz mojego podchodzenia do niego. Wystartował konkurs naśladownictwa – chodzili po korytarzu z wystawionymi rękami. Daniel potrącił przy tym przypadkowo jedną z dziewczyn, Anetę. Ta od razu się oburzyła ostentacyjnie, na co on, stanąwszy w patetycznej pozie zawołał, parodiując mnie:
– Ty szmato, sprowokowałaś mnie!
Wybuchły śmiechy. I śmialiśmy się wszyscy. Zamilkliśmy, dopiero stanąwszy za kurtyną. W kręgu. Za warstwą czarnego materiału, po drugiej stronie, znajdowali się nasi najbliżsi mający przywilej ujrzeć spektakl jako pierwsi. Wybrańcy.
Patrzyliśmy po sobie, nie mogąc już wytrzymać. Ciała rwały się do akcji. Zaraz się zacznie, powtarzałem sobie, nie stawiaj oporu, daj się ponieść, daj się ponieść...
Ruszyło. Kurtyna. Muzyka.

26




Nasz czas.
Krzesła, lina – bez supła – do tamtego, przez to i to. Znów zawiązać. Czy nie ma supła? Czy coś... Odłożyć plecak, rzucić nim – zaraz tak krzesłem. Obrotowy ruch ramienia. Co, gdybym trafił w matkę? Chryste. Dalej, dalej, Daniel.
I poleciało. Tak, kurwa, rzut w dziesiątkę. Snajper Maciuś. A tam to lustro. Ale jeszcze nie teraz. Teraz Martusia – szmata – coś tam mówi. Muszę pamiętać – szmato – by wejść odpowiednio. Nie w nią. A w sumie niebrzydka. Jezu, nie na scenie o czymś takim. Zaraz, zaraz... Oho!
– Ty dziwko, sprowokowałaś mnie!
Dlaczego? Czy powiedziałem coś innego? Będę musiał się zapytać matki, co powiedziałem. Albo Adama. Pewnie mnie zabije. Daniel się uśmiecha zza kulis po drugiej stronie. Czyli źle powiedziałem. Dobra, mam nadzieję, że chociaż poleciałem po synonimach.
A zaraz lustro. Dynda sukinsyn na tej ścianie. Zaraz do ciebie tak podejdę, że zapamiętasz to do końca swojego dyndania. Dam ci sztukę nowoczesną. Walić Hamleta.
Kiedy? Już? Czy to nie trwa za długo? Co tu robi to pytanie? Cholera, coś muszę knocić, że się o to – ale nieważne, bo...
Byle nie jak mumia! I widzę

27




siebie w blasku reflektorów. A za sobą – morze czerni. Przez tę jasność bijącą po oczach nawet nie widać ani jednego koniuszka nosa wyłaniającego się z widowni. Ciekawe, czy ojciec zdążył...
No i za kulisy i voila! Koniec. Koniec!
Marcin po drugiej stronie składał ręce niczym do modlitwy i rozpływał się w błogości, że już po wszystkim. Uczyniłem podobnie, by nie czuł się osamotniony w swojej uldze.
A zaraz potem – zapadła ciemność. Spowiła wszystko na kilka sekund. Gdy światło wróciło, salą wstrząsnęły oklaski. Wybiegliśmy na samą krawędź sceny i zaczęły się ukłony. Widownia została oświetlona, więc pozwoliłem sobie przeczesywać wzrokiem nieznane twarze w poszukiwaniu rodziców.
Ale to nie oni ściągnęli na siebie moją uwagę. Uczyniła to jedna twarz; kłębowisko czerni. Okalały ją czarne kudły od góry, a od dołu jeszcze czarniejsza szczecina. Ta czerń zdawała się pełznąć w stronę oczu, ust i wspinać się na czubek nosa. Nie tylko się zdawała; faktycznie to robiła.
Czarna twarz się nie uśmiechała. Nie towarzyszyły jej klaszczące dłonie. Jej wzrok był skierowany prosto na mnie. Obróciła się w

28




prawo, w lewo, wciąż patrząc. Czemu kręci głową?
Tkwił w niej fałsz. Ta czerń – zwykły kamuflaż. Celowo rozmazana po twarzy bruneta. Brunet? To on. Z pociągu. Unosi umorusaną czernią dłoń. Nakłada na głowę kaszkiet.
Coś mnie pociągnęło w tył. Patrzę; Aneta. Wyszeptała:
– Schodzimy.
Faktycznie – braw już nie było słychać. Wycofałem się więc speszony na zaplecze. Tam gwar. Wir komentarzy. Każdy coś mówił, rzucał opiniami albo tylko się cieszył, że koniec, ale po kolei wszyscy skupili się na mnie.
– Co ty taki blady? – zapytał Daniel.
– Nic, nic – odburknąłem. – Chyba to przez emocje...
– Nazwałeś mnie dziwką, a nie szmatą – wtrąciła Aneta. – Wypraszam sobie.
I pogroziła mi palcem. Wtedy wszedł Adam, włączając się w dyskusję:
– Następnym razem niczym cię nie nazwie, bo to jeszcze usłyszą wiesz. – Dłonią wskazał ku sufitowi. – Góra. I stracę robotę.
– Już widzę, że Maciejowi się to i tak wymknie – odezwał się Damian. – On cały czas tylko na to czekał.
Potem Adam zaczął mówić, że parę niuansów go zaskoczyło, ale opowie nam o nich za tydzień, jeśli będziemy

29




chcieli dalej coś z tym spektaklem robić. Póki co wydał rozkaz zebrania opinii publiczności. Usłuchaliśmy i ruszyliśmy ku bliskim.
Rozglądałem się za brunetem. Nie dostrzegłem go wśród wychodzących. Czerń zniknęła. Czy naprawdę go widziałem? – zadałem sobie pytanie. Może to przez stres. Przewidziało mi się. Duszno było na sali, więc możliwe.
Wilgotne ciepło na karku; oddech. Struchlałem. Wokół rozmawiający ludzie. A ja jak dźgnięty sztyletem pośród tego. Dźgnięty szeptem:
– Tak się gra sen, gówniarzu. Marny z ciebie aktor. Jeden do zera dla grobów. Wiesz, gdzie się zgłosić po dogrywkę.
I pośród hałasu miałem wrażenie, że najgłośniejsze dla mnie są jego oddalające się kroki. Cichsze, do rytmu. Z akcentem na jeden. Cichsze... Ostatecznie zagłuszył je głos matki:
– Synku – powiedziała, stając przede mną – ale ty masz ekspresję na scenie! Nie spodziewałam się.
Potakiwałem, starałem się uśmiechać i tłumaczyć bladość zmęczeniem. Przejęta przytuliła mnie, po czym odciągnęła w mniej zatłoczone miejsce.
– Chodź do domu – zaproponowała.
Zgodziłem się.
A dotarłszy, padłem na łóżko.

30




Myśli krążyły mi po głowie. A najgorszą z nich była świadomość, że wieczorem muszę wracać pociągiem. Jutro poniedziałek.
– Nie pociągiem – mruknąłem i zwlokłem się z łóżka.
Sięgnąłem zwitek banknotów z półki. Miałem go w czasie podróży razem z dokumentami w kieszeni. I nic nie wydałem z niego w czasie wyjazdu – pocieszenie. Musiałem przeliczyć środki. Czy starczy na coś lepszego niż pociąg?
Spomiędzy banknotów wypadła karteczka. Niewielka. Uniosłem ją na wysokość oczu.
Reszta jest milczeniem.
Odrzuciłem ją i podbiegłem do okna. Spojrzałem na ulicę.
– Więc stąd wszystko wiecie. Grzebiecie w rzeczach i myślach, co? Pierdolone metody alternatywne.
Ulica wydawała się opustoszała.
Milczała.
Byle nie pociągiem.

31




Wyrazy: Znaki: