Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin
ikonka komentarza

0:07:54

Autor: Kuba Kapral twarz męska

grafika opisu

rozwiń





Jest prawie idealnie. Chrupki serowe w dużej misce, mini wafelki w czekoladzie w opakowaniu własnym, orzeszki ziemne niesolone w puszce, rodzynki jumbo w miseczce z wzorkiem, dwa banany luzem, paluszki z sezamem w szklance, paluszki solone w kubku z Pragi. Wszystkie te smakołyki pełnią już wartę przy otwartym laptopie, do którego wprowadzają się właśnie ostatnie piksele starego dobrego kina akcji. Do tego kanapeczki: z pastą tuńczykową, z pastą jajeczną ze szczypiorkiem, z niebieskim serem i kapką majonezu, z pasztetem. Pysznią się na wielkim talerzu w towarzystwie selera naciowego, garści czarnych oliwek, dwóch garści zielonych, marynowanych cebulek, ogóreczka. Dzielony na czworo rogalik z dżemem truskawkowym na osobnym talerzyku. Jedyne, nad czym ubolewa, to że nie wziął tych biscuitów w ciemnej czekoladzie. Wydawało mu się, że to już będzie za dużo, że to przesada, nie były też tanie. Długo stał przy półce, bijąc się z myślami. Nerwowo zaglądał do swojego koszyka. Wrzucił nawet ciastka na górę zakupów, wyrzut jakiś, wstyd, czy zwykłe skąpstwo, kazały mu jednak odłożyć pudełko na półkę. Teraz, zmierzając ku kanapie

1




bardzo, ale to bardzo żałuje tej niefortunnej decyzji. Jak zwykle zresztą. Jak mógł sobie to zrobić? Jak można być takim złamasem, ćwokiem takim, niedojdą zafajdanym, debilem po prostu?! No, jak!? No, właśnie tak. Ale, ale! Nie bądź srogi dla siebie, kochany, nie psuj sobie zabawy! Jedzonko, przekąski, smakołyczki, filmik, wszystko czeka tylko na ciebie. A, jeszcze picie. Człapie do kuchni, chwyta kubas z miętą (na lepsze trawienie), zgarnia po drodze, tak na wszelki wypadek trochę podeschłe jabłko, zagłębia się w swoje gniazdo w kanapie i oto jest gotowy do akcji.
*
Kobieta opiera rower o drzewo. Puszcza kierownicę, pozwala kołu opaść w bok, przytrzymując jednocześnie siodełko. Upewnia się, że rama nie zsunie się po pniu. Podchodzi do blaszanej miski stojącej na wydeptanej, nieznacznie tylko upstrzonej ptasimi odchodami ziemi. Wylewa resztkę wody w pobliską trawę. Odstawia naczynie, z cichym stęknięciem podrywa pięciolitrową butlę z zamontowanego na bagażniku koszyka. W jej ramieniu pojawia się znajomy ból. Chlusta wodą do miski, wrzuca butelkę do koszyka. Rower się chwieje. Ignorując to, kobieta zanurza dłoń w umocowanym obok

2




butelki jutowym worku, nabiera garść ziaren, rzuca je na ziemię, chwyta kierownicę i już leci dalej.
*
Czarnego, kudłatego psa trzeba właściwie ciągnąć po chodniku. Bydlę jest stare, spasione. Z wielkim oporem człapie za równie starym, patykowatym właścicielem. Co parę kroków przystają, zagapiając się, każdy w swoją pustkę. Po chwili człowiek podsuwa psu pod nos wydobyty z kieszeni kurtki herbatniczek w kształcie kości. Zwierzę nie reaguje, mężczyzna wpycha mu smakołyk do pyska. Niedbałe mlaśnięcie utwierdza starego, że ciastko trafia we właściwe miejsce. Ruszają, by za moment przystanąć i powtórzyć rytuał z pustką i słodyczami.
*
O tej porze park jest cichy i bezludny. Czarny kołnierz drzew ciasno otacza stawek, odbijający w odrobinę ciemniejszej tonacji ołowiany nieboskłon. Smętny łuk linii brzegowej zakłóca stercząca przy samej wodzie postać. Starszy pan w szarym prochowcu miętosi w dłoniach kulki chleba. Rzuca je w kierunku dryfującej po tafli pary łabędzi. Flirtujące z własnymi odbiciami ptaki ignorują człowieka. Twarz starszego pana przecięta cieniem.
*
Film zaczyna się niezłą strzelaniną, na pierwszy

3




ogień idą kanapeczki. W ferworze walki szybko giną też oliwki, seler. Rogal znika w nagłej eksplozji wraz z głównym bohaterem. Jest to oczywiście tylko zmyłka, bo za chwilę wysportowana sylwetka mężczyzny wynurza się z morskich odmętów. Odjazd kamery, wchodzi przyjemna, żwawa muzyczka, napisy. Czas na przekąski. To, zdaje się typowe dla tych starszych filmów, że na początku wymieniani są wszyscy twórcy. Ma to swój urok. Po początkowych fajerwerkach, chwila chilloutu, by na spokojnie schrupać to i owo. Pam, pa ram pam. Na tle nadmorskich widoczków pojawiają się nazwiska aktorów, scenarzystów, kompozytora, producentów, reżysera. Kupa ludzi, co się z nimi dzieje po tylu latach? Mieli swoje pięć minut, a teraz zostały tylko napisy w czołówce. Tak to już jest na tym świecie. Wszystko się kończy. Nawet solone paluszki. Wciska pauzę. Trzeba zajrzeć do lodówki, przeszukać szafki.
*
Ktoś kopnął miskę. Leży w trawie. Ptaki odleciały. To osiedle nie jest przyjazne. Nastawiali tablic. „Zakaz dokarmiania gołębi”, „UWAGA! DERATYZACJA”. A co oni tam wiedzą? Karmicielka odwraca miskę, nalewa wody, sypie ziarna. Kątem oka widzi, że

4




z parapetów już podrywają się pierwsze gołębie. Czekały. Dobrze. Kobieta chwyta kierownicę i prowadząc rower, szybkim krokiem opuszcza skwerek między blokami. Nie chce natknąć się na tego wstrętnego ciecia, który znowu suszyłby jej głowę. Że dokarmiać nie wolno, że to szkodliwe, że latające szczury, że to, że tamto, że sramto. Sam jesteś szczurem, śmieciarzu. Zwierzętom żałuje. Kobieta mocniej zaciska ręce na kierownicy, zaciska usta. Daleka jeszcze przed nią droga. Teraz do centrum, skrzyżowanie Ratajczaka i 27 grudnia, potem park Kasprzaka. I Stary Rynek na koniec, chociaż tam trzeba użerać się z idiotami karmiącymi chlebem.
*
Ciężkie psie dupsko nie chce oderwać się od chodnika. Szarpanie za smycz nie pomaga, pies ani drgnie. Staruszek staje przed zwierzakiem, obaj dyszą ciężko. No, dalej. To jeszcze parę kroków. Mężczyzna wyciąga ciastka, czworonóg nie jest jednak zainteresowany. Patrzą sobie w oczy. Czarne ślepia psa łzawią nadmiernie, podobnie, jak oczy człowieka. Ale to raczej od wiatru. Jeszcze jedno podejście z herbatnikami. Mężczyzna na siłę wpycha psu w pysk całą garść słodyczy. Ciastka sypią się na

5




chodnik. Pies kaszle, ślina ochlapuje spodnie człowieka, którego opuszczają siły. Smycz, kurtka, policzki mężczyzny zwisają bezradnie. Pies skomle cichutko, staruszek miałby na to wielką ochotę. Na ulicę opada wczesna szarówka. Jednorodzinne domki stoją cichutkie i spokojne, w nielicznych oknach pojawiają się światła. Nie możemy tu stać całą wieczność... No, kochaniutki, jeszcze troszkę. Po dłuższej chwili pies dźwiga się z pozycji siedzącej i rusza ociężale za swym panem.
*
Z leniwą, niemalże arystokratyczną gracją łabędzie zginają szyje, by od niechcenia trącać dziobami rozmakające chlebowe ulepki. Do parku wpadają zimne podmuchy wiatru. Starszy pan kuli się w sobie, nie przestaje jednak wrzucać do wody zgniecionego pieczywa. Mniej ostrożny ruch sprawia, że ptaki odpływają. Ich szyje powtarzają znak zapytania rysowany zgarbioną sylwetką mężczyzny. Odpowiedzi wykrzykuje z pobliskich drzew złośliwa wrona. Ostatnie kulki. Starszy pan zastyga. Woda się uspokaja. Łabędzie wracają. Pochylają się i delikatnie rozchłeptując wodę połykają chleb. Usta starszego pana drżą w nieznacznym uśmiechu.
*
Jest chleb, który

6




miał być na śniadanie. Luzik, zje coś po drodze do pracy. Plus dwa kawałki chleba tostowego. Tyle, że masło się skończyło. Smaruje więc pieczywo majonezem, obkłada resztką sera, dorzuca końcówkę oliwek. Jest też ogóreczek, jakież szczęście! A coś słodkiego? No, tak. Czekoladki w kształcie muszelek, za którymi nie przepada i które dlatego właśnie tak długo przetrwały. Prezent od mamy, sam by czegoś takiego w życiu nie kupił. Ale teraz się nadadzą, nie ma wyjścia. Dlaczego nie wziął tamtych ciastek!? Jezu, jaka głupota! Wraca do filmu. Bohater sunie zgrabnym kabrioletem po słonecznych, nadmorskich serpentynach. Jak zna życie, zaraz pojawi się piękna kobieta. Obstawia blondynkę, jest brunetka. W odważnym, jak na rok produkcji filmu negliżu przyjmuje bohatera w rezydencji z widokiem na błękity. Pocałunek jest już bardziej zachowawczy, aktorzy niemrawo ruszają ustami. Muszelki połyka, ledwo przegryzając, tak ich nie cierpi. Wokół rezydencji robi się nagle gęsto od uzbrojonych po zęby komandosów. Niedobrze. Nic już nie ma.
*
Kobieta wstawia rower do piwnicy. Wyciąga z koszyka pustą butlę, dokłada ją do innych

7




opróżnionych butelek. Ładuje na koszyk świeżą wodę. Powinna iść z tym ramieniem do lekarza, ale kolejki są takie, że zostaje tylko prywatnie, a na to szkoda pieniędzy. Na drewnianych półkach stoją piętnastokilogramowe worki z pszenicą, prosem i słonecznikiem. Na podłodze wiadro do robienia mieszanki. Sprawdza spodek z trutką na szczury. Jest, jak było. Na całe szczęście te skurwysyny już się nie pojawiają. Zatrzaskuje solidną kłódkę, zamyka drzwi wejściowe do piwnic, złorzecząc na tych, którzy o tym zapominają. Na nieumyte schody nie ma już siły narzekać. Dawniej ludzie pilnowali swojej kolejki i klatki jakoś wyglądały. Teraz każdy ma to gdzieś, a ona przecież nie będzie za wszystkich myła, dość się już w życiu nasprzątała. Chcą mieszkać w brudzie, to nikt im nie broni. Wchodzi do mieszkania, myje porządnie ręce. Kroi sobie grubą pajdę chleba, smaruje ją smalcem. Przysiada na krześle przy kuchennym stole, sięga po zeszyt. Notuje. Patrzy na równiutkie słupki cyfr. Wszystko musi być dobrze zorganizowane. Po odliczeniu czynszu i opłat, z emerytury zostaje akurat tyle, że jest w stanie nastarczyć na te dwadzieścia

8




jeden miejsc. Ziarna kupuje od rolnika, szczęściem dowozi pod blok raz w miesiącu. A zupka w mopsie wcale jej nie zawstydza, co to ona, jakaś wielka pani, żeby się wstydzić darmowego posiłku? Szczególnie, przy takiej emeryturze. Czterdzieści trzy lata pracy! To oni powinni się wstydzić, nie ona. Spogląda przez okno, z siódmego piętra widać dobrze całe miasto. Wrzuca do ust ostatni kawałek chleba, zamyka zeszyt. Teraz musi tylko poczekać, aż ten dzień zdechnie do końca.
*
Dochodzą do skwerku. Na widok znajomego miejsca pies ożywia się na chwilę. Wyrywa do przodu, nogi mu się jednak plączą, wiotczeją. Ledwo dociera do celu, zwalając się pod ławką. Dyszy z trudem, trochę skomle. Nogi jego pana też się uginają, starzec siada ciężko na sfatygowanych deskach. Chwyta kurczowo poręcz. Są u siebie, to ich skwerek. Spędzają tu każdy pogodny dzień, od wczesnej wiosny, do późnej jesieni. Od czternastu lat. Na tej samej ławce. Czytają, obserwują ludzi, zagadują znajomych i nieznajomych. Czasem podejdzie jakieś dziecko popatrzeć, a jeśli odważniejsze, pogłaskać psa. Nie gryzie, tylko wygląda na groźnego. To najłagodniejszy pies na

9




świecie. Jedynie za wiewiórkami nie przepada, nie wiedzieć czemu. Ale tak, to spokojniutki taki, łagodny. Oczy starego wilgotnieją, tym razem nie od wiatru. Jutro, z samego rana przyjedzie weterynarz z zastrzykiem. Rak jest tak zaawansowany, że to już nie ma sensu. Zwierzę tylko się męczy, nie ma już nic z życia. Starzec długo i dokładnie opróżnia kieszeń z herbatników w kształcie kości. Pies kładzie głowę na łapach, spogląda obojętnie na sypiące się okruchy. Nic to. Niech chociaż ptaszki skorzystają.
*
Łabędziom nie udało się wyjść z wody, ich ciała unoszą się przy brzegu. Szyje falują sztywno, głowy bezwiednie skubią piasek. Wzburzona niedawnymi konwulsjami woda, uspokaja się. Starszy pan bardzo z siebie zadowolony. Pochyla się, by przyjrzeć się martwym ptakom. Dziwne mają te ślipia. Jak paciorki. Złe takie. I co skurczybyki? Kto okazał się górą? Tygodnie poszukiwań, chemicznych eksperymentów, zwieńczone sukcesem. Trutka na szczury, jakie to oczywiste. I banalne, czemu nie wpadł na to od razu? A jakie te diabły nieufne były! Jakby coś przeczuwały. Ale i tak z nimi wygrał. Musiał wygrać, nie było innej opcji.

10




Mężczyzna prostuje się, rozgrzany wewnętrznym żarem rozpina dwa guziki płaszcza. Opuszcza park z uśmiechem, który długo jeszcze nie będzie chciał zejść mu z twarzy.
*
Mój Boże! Z czeluści szuflady, w której trzyma mąkę, cukier i tego typu rzeczy udaje mu się wygrzebać jedynie stare, by nie powiedzieć starożytne sucharki, pamiątkę po którymś tam zrywie dietetycznym. A przecież mógł zrobić większe zakupy! Co go za każdym razem powstrzymuje? Czysta głupota. Sklep już zamknięty, na stację nie będzie leciał, za daleko, za zimno. Zagląda do zamrażarki. O kurwa! Pierogi od mamy! Genialnie! Wyciąga lodowatą grudę i dopada go rozpacz. Przecież to się będzie rozmrażało wieki. Zostawia pierogi na blacie o wraca na kanapę. Sucharki są faktycznie paskudne, ale co zrobić? Uderza w klawisz, akcja rusza. Bohater w niezłych opałach, sytuacja wydaje się bez wyjścia, jednak on sobie poradzi, nie ma co do tego wątpliwości. Ostatni okruszek pieczywa rozmięka powoli na języku. Przełyka ślinę. Jest pełen, niczym worek kamieni, a jednocześnie na wskroś przeszywa go pustka. Oszalała i ssąca. Stopuje film. Patrzy na wyświetlacz czasu.

11




Siedem minut, pięćdziesiąt cztery sekundy. Co teraz? Żarcie podchodzi mu do gardła, splatając się z nienasyceniem w dławiący, śliski warkocz. Musi się ratować! Sięga do klawiatury, filmu jednak nie włącza. I tak zastyga, zastygam z palcem nad klawiszem, z oczami wbitymi w lodówkę. A pustka rośnie, wydaje się nie mieć końca. I jako się rzekło, oszalała jest i ssąca.


     

12




Wyrazy: Znaki: