Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin
ikonka komentarza

Trębacz

Autor: Dos twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń





Na końcu świata, we wsi tak małej, że nawet nie ma ona nazwy, wraz z Mamcią i Tatkiem mieszkał Klemens. Chłopiec nie miał magicznych mocy, nie potrafił latać ani przenikać przez ściany. Chodził zwyczajnie do szkoły, po lekcjach zwyczajnie odrabiał zadania domowe, czasami zwyczajnie psocił – jak to ośmioletnie dziecko. Nie wyróżniał się niczym spośród swoich rówieśników. Chociaż… Właściwie, to było coś, co sprawiało, że Klemens był inny niż jego koledzy. Bowiem kilku z nich marzyło o zostaniu najlepszym napastnikiem świata i pilnie trenowało grę w piłkę, a pozostali planowali zostać albo strażakiem, albo ewentualnie policjantem. Na tym tle Klemens zdecydowanie się wyróżniał. Nie miał bowiem bladego pojęcia o tym, kim chciałby zostać w przyszłości. Nie wiedział, co chce robić, bo kompletnie nic go nie interesowało. Nie lubił grać w piłkę, nie lubił malować ani kredkami, ani nawet farbami, latem nie chciał pływać w jeziorze, a zimą zjeżdżać na sankach.
Spytacie zatem, co ten chłopak wyprawiał całymi dniami? Gdy po szkole Klemens wracał do domu, rozwiązywał zadane przez nauczycielkę równania

1




matematyczne, uczył się ortografii i stolic państw europejskich. A później przychodziła pora obiadowa. Ale ulubionej potrawy Klemens także nie miał, zjadał więc wszystko, co przygotowała dla niego Mamcia. Po posiłku albo szedł z Tatkiem na ryby, albo do garażu, bo przy starym, pordzewiałym już samochodzie ciągle było coś do naprawy. Jednak, ku niepocieszeniu rodziców, Klemens nie miał zapału ani do wędkarstwa, ani do mechaniki. Wieczorem chłopiec wraz z rodzicami zjadał na kolację swoje nieulubione danie, po czym mył się szybko (chyba, że akurat był wtorek albo piątek – wtedy nie ominęła go dłuższa kąpiel) i szedł spać. Tak wyglądał przeciętny dzień Klemensa. I właściwie tylko sobota i niedziela różniły się od reszty tygodnia. W sobotę bowiem mógł dłużej pooglądać telewizję, a w niedzielę wraz z rodzicami i całą wsią udawał się do sąsiedniego miasteczka, gdzie znajdował się jedyny w okolicy kościół.
Rodzice już sami nie wiedzieli, co począć z synem, który nie ma żadnych pasji i którego nie interesuje absolutnie nic. W chwilach załamania pytali siebie wzajemnie:
– Co wyrośnie z tego naszego

2




Klemensa?
Nie znali jednak odpowiedzi na to pytanie. Sam Klemens też nie wiedział, co na nie odpowiedzieć. Bo co on, biedny, mógł poradzić na to, że nic go nie interesowało?

Tak mijał dzień za dniem w wiosce bez nazwy, Klemens rósł i ani się obejrzał jak minął kolejny rok jego życia. Trochę się zmartwił, że jako dziewięciolatek nadal nie ma żadnej pasji. Szybko jednak o tym zapomniał, gdyż okazało się, że Mamcia zorganizowała dla niego przyjęcie-niespodziankę. Cóż, nie do końca była to niespodzianka, bo Klemens dowiedział się o niej wcześniej – sam przecież wręczał kolegom z klasy kolorowe zaproszenia na urodziny.
Przyjęcie odbyło się w ciepłe, sobotnie popołudnie. W przydomowym ogródku zgromadzili się wszyscy koledzy Klemensa oraz pozostali mieszkańcy wsi.
– Jestem przeszczęśliwa! – pokrzykiwała co i rusz Mamcia, widząc swojego syna to ganiającego z innymi chłopcami za piłką, to rysującego kredą po asfalcie przed domem, to wybierającego z obficie zastawionego stołu co lubi, a czego nie lubi jeść.
– Niech to trwa wiecznie! – przytakiwał wzruszony Tatko, obejmując żonę ramieniem.
Wreszcie, zgodnie z

3




tradycją wioski, sołtys wzniósł toast za jubilata sokiem z czerwonej porzeczki i – koniecznie! – jedną, niezbyt dojrzałą truskawką.
– Klemensiku nasz drogi. – zaczął przymilnym głosem, a jego gęste i podkręcone wąsy uniosły się wraz w pojawiającym się na pulchnej twarzy uśmiechem. – Witaj w gronie dziewięciolatków!
Sołtys uniósł w górę swoją kryształową szklanicę z sokiem. Pozostali goście zrobili to samo, upili łyk napoju, po czym odstawili je i zaczęli bić brawo. Ale nikt nie wiedział, czy klaszczą na cześć Klemensa, czy może dla sołtysa, który uśmiechał się dumnie pod wąsem. Gdy wrzawa nieco ucichła, sołtys uniósł rękę, dając znak, że będzie przemawiał dalej.
– Być może jeszcze tego nie zauważyłeś, Klemensiku, ale czas bardzo szybko mija. Nie tak dawno przemawiałem na twoim chrzcie. Zresztą, tak, jak i na chrzcie każdego z was, moi najukochańsi. – wyznał sołtys i teatralnym gestem objął wszystkich gości. – Teraz, Klemensiku, przemawiam na twoich dziewiątych urodzinach. To, do prawdy, jedna z takich chwil, gdy wzruszenie odbiera głos i ściska za serce.
Sołtys zamilkł, by koronkową

4




chustką otrzeć niewidzialną łzę, niby skapującą z jego ślepia. Mieszkańcy wsi ponownie wykorzystali moment przerwy i ciszę przerwała burza oklasków. I tym razem, gdy tylko opanował ogarniające go wzruszenie, sołtys dał znać, że będzie mówił:
– Klemensiku, to prawda, że jestem najważniejszym mieszkańcem wsi, ale myślę, że i ci mniej wybitni, twoi sąsiedzi i koledzy, chcieliby złożyć ci życzenia urodzinowe. – powiedział, po czym rozejrzał się wokół, czy jego wyborcy potwierdzają jego słowa (na szczęście odpowiedziało mu nieme kiwanie głów). – A zatem, Klemensiku, jako przedstawiciel naszej wiejskiej elity życzę ci, by wiodło ci się w życiu dobrze. Byś dumny był ze swego pochodzenia i, niezależnie od tego, gdzie pośle cię nieprzewidywalny los, byś zawsze chętnie wracał do naszej wsi, a jeśli nie będzie to możliwe, by chociaż twoje myśli były przy nas. Ze swojej strony, Klemensiku, przysięgam, że uczynię wszystko, by wieś nasza była dla ciebie przyjaznym miejscem.
Zarówno Mamcia, Tatko, jak i inni starsi mieszkańcy wsi odnieśli wrażenie, że sołtys z przyzwyczajenia już wymawia formułki używane w trakcie

5




wyborów do samorządu gminy, a nie życzenia urodzinowe dla dziewięciolatka. Nikt jednak nie znalazł w sobie tyle odwagi, by ośmielić się odezwać na głos.
– A teraz, Klemensiku, nadeszła chwila otwierania prezentów. Jako gość honorowy na twoim przyjęciu, otworzę pierwszy z podarunków. – oznajmił sołtys i zadowolony z siebie ruszył w stronę sterty opakowań w kolorowych papierach ozdobnych.
Tego już było za wiele!
– Sołtys przesadza. – sapnęła Babka Franka, najstarsza mieszkanka wsi, zielarka, którą podejrzewano o czary.
Świdrujący wzrok sołtysa odszukał ją w tłumie i zaczął przeszywać na wylot chudziutkie, wysuszone ciało staruszki.
– To urodziny Klemensa. – Babka Franka nie dawała za wygraną. – Jego przyjęcie, jego prezenty. I jeżeli ktoś tu jest gościem honorowym, to właśnie on.
Sołtys ze złością zacisnął zęby, a jego żuchwa zaczęła groźnie pulsować. Wszyscy mieszkańcy wstrzymali oddech z przerażenia. Do tej pory nie zdarzyło się, by ktoś sprzeciwił się sołtysowi. Babka Franka dzielnie wytrzymywała jego spojrzenie i nie pozwoliła się zbić z tropu. Była bardzo odważna, a wszyscy mieszkańcy

6




podziwiali ją za to, jaka jest dzielna. Jednak w środku staruszka cała trzęsła się ze strachu.
Na przyjęciu zapanowała głucha cisza. Nikt nie oddychał, nawet żadna mucha nie odważyła się przelecieć. Goście podzielili się na tych, którzy z zapałem wpatrywali się w ziemię lub czubek swoich butów oraz tych, którzy zatrzymali swój wzrok na spoconej ze złości twarzy sołtysa.
– Zatem dobrze. – zapiszczał w końcu sołtys. – Klemensiku, otwórz prezenty.
Klemens spojrzał na Babkę Frankę, jakby pytając ją o zgodę. Wraz z nim cała wieś patrzyła na zielarkę jak na wyrocznię. Na szczęście nikt już nie patrzył na ośmieszonego sołtysa, który właśnie po cichu wymykał się z przyjęcia.
– Idź, chłopcze. – staruszka skinęła głową.
Jubilat na trzęsących się nogach podszedł do piramidy ustawionej z przyniesionych przez gości podarunków. Sięgnął po leżące na samym szczycie płaskie, żółte pudełko. Wyjął z środka najnowszą z możliwych grę planszową, o jakiej marzyły wszystkie dzieciaki ze wsi. Nawet teraz, gdy Klemens oglądał prezent, z ust kilkorga z nich wyrwał się delikatny jęk zazdrości. A Klemens?

7




Klemens obejrzał opakowanie z każdej strony, podziękował darczyńcy za prezent i odłożył grę na bok. Podobnie uczynił z grubaśną księgą bajek, piłką do koszykówki, atlasem dzikich zwierząt, kolejką elektryczną i wszystkimi innymi zabawkami, które po kolei wyjmował z pudeł i ozdobnych toreb. Mamcia i Tatko byli bliscy płaczu. Jak to możliwe, żeby tego dziewięciolatka nie interesowało absolutnie nic?!
Klemens sięgnął po ostatni prezent, który nie leżał w piramidzie, lecz obok, jakby odrzucony. Było to podłużne pudło, owinięte w ozdobny, czerwono-złoty papier. Chłopiec ostrożnie rozwiązał kokardę, by nie uszkodzić wstążki i rozchylił opakowanie. Gdy z pudełka wyjął prawdziwą trąbkę, na jego twarzy zaw najpiękniejszy uśmiech świata! Był to prawdziwy uśmiech radości.
– Och. – westchnął cicho, a w tym westchnieniu zawarte były najgłębsze uczucia i emocje.
Klemens pokochał tę trąbkę od pierwszego wejrzenia. Trzymał prezent ostrożnie, by czasem go nie uszkodzić. Bardzo delikatnie dotykał blaszanych elementów swojej trąbki. Była idealna: blask zachodzącego już powoli słońca odbijał się w jej

8




błyszczącym, srebrnym metalowym ciele tak, że instrument skrzył się najpiękniejszymi barwami.
Chłopiec rozejrzał się po gościach w poszukiwaniu tego, który wręczył mu tę piękną trąbkę. Niestety, nikt się do tego nie przyznawał. Klemens poczuł się nieco nieswojo, chciał bowiem poznać osobę, która podarowała mu pasję. Z rozmyślań wyrwały go głosy gości:
– Zagraj coś! – prosili koledzy.
– Ale… – zawahał się Klemens. – Nie umiem grać.
– Spróbuj!, wystarczy dmuchać! – krzyknął ktoś.
Klemens niepewnie zbliżył się do chłodnego ustnika trąbki, wziął bardzo głęboki oddech, a następnie wypuścił całe powietrze z płuc. Z trąbki jednak nie wydobył się ani jeden dźwięk. Chłopiec powtórzył wszystkie czynności raz jeszcze. A później jeszcze raz, i jeszcze… Niestety, nadal bez skutku. Coś tu było nie tak. Dlaczego ta trąbka nie gra?
– Widzę, że będziemy musieli dużo ćwiczyć, by wydobyć dźwięki z tego pięknego instrumentu. – zaśmiał się dobrodusznie Tatko.

      Gdy tego wieczora wszyscy goście opuścili już ogród Klemensa i chłopiec leżał w swoim łóżku, ponownie spróbował zagrać na

9




swoim nowym instrumencie. Efekt był taki, jak przy poprzednich próbach: trąbka milczała jak zaklęta.
– Nic nie szkodzi. – szepnął Klemens. – Mam całe życie, by nauczyć się grać.
Jeszcze raz przytulił trąbkę na dobranoc, ułożył ją wygodnie w futerale i poszedł spać.

      Mimo dużej ilości czasu, który Klemens poświęcał swojej trąbce, nauka gry na niej szła mu bardzo opornie. Kilka tygodni zajęło mu, by wydobyć z instrumentu pierwsze dźwięki. I, niestety, nie były one przyjemne dla ucha. Wręcz przeciwnie: trąbka skrzeczała, piszczała, piała i zawodziła, niczym ranne zwierzę.
– Synu, zlituj się nad nami. – prosiła czasami Mamcia, która troszkę żałowała, że jej dziecko nie znalazło nieco cichszej pasji – Wyjdź ćwiczyć do ogrodu.
– Chłopcze, nie możesz iść grać gdzieś indziej? – pytali sąsiedzi, którzy zmuszeni byli słuchać nieustającego jazgotu dochodzącego z podwórka.
– Hej, może potrąbisz nad jeziorem? – proponowali koledzy, gdy Klemens pojawiał się z futerałem przy szkolnym boisku.
Szedł więc biedny Klemens nad jezioro, gdzie nie było ludzi, którzy cierpieliby przez jego kocią muzykę.

10




Czasami tylko widział, jak dzikie gęsi, które wcześniej pływały po tafli wody, przy dźwiękach trąbki podrywały się spłoszone do lotu.
Klemens jednak nie zrażał się niepowodzeniami i wytrwale, dzień po dniu, godzina po godzinie, trenował granie. Z chłopca, którego nic nie cieszyło i który nic nie lubił, stał się pasjonatem, który poświęcił się całkowicie ukochanej czynności. I to za sprawą jednej małej trąbki! Mamcia i Tatko w niemym zdumieniu obserwowali syna, który przeszedł taką metamorfozę, że aż chwilami zastanawiali się, czy czasem ktoś go nie podmienił. I nawet jeżeli czasami prosili, by choć na chwilkę przestał grać, bo bolą ich głowy (a od takich dźwięków może rozboleć głowa, uwierzcie!), to i tak z całych sił kibicowali mu i wierzyli, że kiedyś wyrośnie na prawdziwego muzyka.
Być może ich marzenie by się spełniło, gdyby nie wizyta sołtysa, który niespodziewanie zjawił się pewnego sobotniego poranka w domu Klemensa. Zastukał do drzwi i czekał, podczas gdy do jego uszu dobiegły fałszujące dźwięki trąbki. Aż się wzdrygnął.
– Pan sołtys, co za zaszczyt. – powiedział zdumiony Tatko, który

11




nie spodziewał się wizyty władz w swoim domu.
– Przychodzę w dosyć, ekhm, nieprzyjemnej sprawie. – zaczął. – Niestety, pojawiły się liczne skargi na Klemensika. Podobno zakłóca ciszę nocną, niepokoi ptactwo nad jeziorem i uniemożliwia kolegom trenowanie piłki nożnej, a to niedopuszczalne.
– Co to oznacza? – spytał Tatko, pocierając nerwowo czoło.
– Otóż, odbyło się tajne zebranie oraz głosowanie. Oto, co następuje. – sołtys rozwinął zwitek papieru, który do tej pory ściskał w spoconej dłoni – Niniejszym ustalone zostało, że zabrania się Klemensikowi grania na trąbce w obrębie wsi w dni robocze w godzinach od 13:00 do 7:00.
– Czyli mogę ćwiczyć między 7:00 a 13:00? – spytał zdezorientowany Klemens, który znienacka pojawił się za plecami Tatka – Przecież wtedy jestem w szkole.
– Spokojnie, synku, pozostają jeszcze sobota i niedziela. – odparła Mamcia, która także dołączyła do zbiegowiska przy drzwiach.
– To jeszcze nie koniec dokumentu. – upomniał ją ostro sołtys i wrócił do czytania – W weekendy zakaz obowiązuje całą dobę.
Rodzice z bólem patrzyli na syna, który był bliski płaczu.

12




Nic się nie da zrobić? – spytała bezradnie Mamcia – Przecież jest pan sołtysem, ma pan władzę.
– Proszę pani, taki jest wyrok społeczeństwa. – obruszył się sołtys – Ja jestem tylko uniżonym posłańcem, przynoszę decyzję tłumu.
– Kto tak głosował? – chciał wiedzieć Tatko.
– Jak już mówiłem: były to tajne wybory. Nawet ja nie wiem, czyj głos był decydujący. – odparł wymijająco sołtys, wpatrując się w swoje skórkowe sandały.
– Dziękujemy za informację, do widzenia. – rzucił ostro Tatko i zatrzasnął drzwi tuż przed nosem sołtysa.
Zapowiadał się trudny czas dla rodziny. Klemens siedział otępiały na fotelu, z trąbką na kolanach, i gapił się w jeden punkt na białej ścianie salonu. Mamcia szlochała bezradna po kątach. Tatko natomiast chodził w tę i we w tę po pokoju i można było odnieść wrażenie, że lada moment wydepcze w podłodze dziurę i wpadnie do piwnicy. Jednak tak się nie stało, bo nagle, bez zapowiedzi, po prostu wybiegł z domu.
Gdy Tatko wrócił, w salonie niewiele się zmieniło: Mamcia nadal płakała, Klemens w dalszym ciągu z zainteresowaniem przyglądał się ścianie.
– Pytałem

13




wszystkich mieszkańców. Nikt nigdy nie był na żadnym zebraniu i nikt nigdy nie głosował przeciwko Klemensowi. Przeciwnie, wszyscy cieszą się, że wreszcie ma pasję. – oznajmił Tatko.
Odpowiedziały mu tylko nieme, pytające spojrzenia żony i syna.
– To sprawka sołtysa. Zapewne nie może się pogodzić z tym, że został poniżony na przyjęciu urodzinowym Klemensa. – powiedział.
– Co teraz będzie? – spytał cichutko Klemens.
– Synu. – Tatko spojrzał poważnie w jego oczy – Czy jesteś gotowy zrezygnować z gry na trąbce?
– Nie, na pewno nie! Nigdy! – krzyknął Klemens.
Mamcia już wiedziała, co to oznacza:
– Pójdę przygotować ci kanapki na drogę. – westchnęła, wychodząc do kuchni.
– Przykro mi, synu. Nie wygramy z sołtysem. – szepnął Tatko.
Następnego dnia z samego rana cała wieś (oczywiście poza sołtysem) zgromadziła się przy bramie wyjściowej, by pożegnać chłopca, który tak pokochał swoją pasję, że był dla niej w stanie zrezygnować ze wszystkiego innego. Klemens poczuł ogromne wzruszenie, że wszyscy sąsiedzi przyszli, by się z nim zobaczyć. Nawet stara Babka Franka przykuśtykała, chociaż ze

14




swojego domku w lesie miała do przejścia całkiem spory kawałek. Mieszkańcy wioski wyściskali swojego trębacza, życząc mu dużo szczęścia, kazali mu ciepło się ubierać, bo noce bywają chłodne, a i deszcz bywa nieprzyjemnie zimny, i, nie kryjąc łez, patrzyli, jak chłopiec szykuje się do drogi. Klemens narzucił na plecy bagaż, w rękę wziął futerał ze swą srebrną trąbką, uściskał płaczących rodziców i ruszył w świat.

      Najgorsze w tym wszystkim było to, że Klemens sam nie wiedział, dokąd zmierza. Jakże więc miał tam trafić? Nie licząc przerw, podczas których zjadał przyrządzone przez Mamcię kanapki z dżemem wiśniowym, Klemens nieustannie maszerował. Mijał nieznane mu wioski i miejscowości, skromne chatki i luksusowe apartamenty. Gdzieniegdzie towarzyszyło mu bicie kościelnych dzwonów, innym razem szczekanie psów biegających za bramą przydomowego podwórka.
Klemens przechodził przez niewielkie miasteczko, gdy dzień zaczął chylić się ku końcowi. Znużony całodzienną podróżą zaczął się rozglądać za noclegiem. Szybciej jednak zauważył ogłoszenie wydrukowane na żółtym papierze i przyklejone do słupa

15




ulicznej latarni. Powoli, gdyż za szybko jeszcze czytać nie potrafił, Klemens złożył litery w całość:

     UWAGA!
Orkiestra filharmonii poszukuje trąbki!
Jak masz trąbkę, przyjdź do nas!

     Jakie to szczęście, że Klemens miał trąbkę! Uradowany szybko odnalazł wskazany w ogłoszeniu adres i zastukał do mosiężnych drzwi.
– Mam trąbkę! Mam trąbkę! – krzyczał podekscytowany, gdy niewysoki, okrągły pan w zielonym fraku wyszedł na próg.
– Cieszę się, chłopcze, ale czy wiesz jak jest późno? – odparł zdezorientowany mężczyzna – Filharmonia jest już zamknięta, wróć jutro rano.
– Nie mogę! – wrzasnął Klemens (może nieco za głośno) w obawie, że drzwi zatrzasną mu się przed nosem – Nie mam dokąd pójść na noc.
Mężczyzna spojrzał na niego podejrzliwie, zmarszczył brwi, a kciukiem i palcem wskazującym zaczął pocierać spiczastą brodę. Sam nie wiedział, czy przenocowanie w filharmonii zupełnie obcego chłopca jest dobrym pomysłem. Jednak zaproszenie go na wieczorną herbatę to co innego. W końcu dla dziewięciolatka całodniowy marsz to spory wyczyn.
– Gdzie twoi rodzice? – zapytał, gdy Klemens zajął miejsce

16




przy okrągłym stoliku, a pan we fraku postawił przed nim szklankę z parującą herbatą malinową.
– A więc… – zaczął Klemens i na jednym oddechu opowiedział pracownikowi filharmonii swoją historię.
Od momentu, w którym nie miał żadnych zainteresowań, poprzez przyjęcie z okazji dziewiątych urodzin, przemówienie sołtysa i odważne wystąpienie Babki Franki, aż do wyrzucenia go z wioski i samotną wędrówkę po nieznanych terenach. Wspomniał oczywiście o najpiękniejszym prezencie jaki w życiu dostał i o tym, jak codziennie trenował – niestety bez sukcesów – grę na trąbce.
– Naprawdę od kilku miesięcy ćwiczysz w każdej wolnej chwili, znasz doskonale wszystkie gamy, a mimo to z twojej trąbki nie wydobył się ani jeden ładny, przyjemny dla ucha dźwięk? – spytał z niedowierzaniem okrągły pan we fraku.
– Tak jest. – przyznał Klemens.
– To dziwne. – wymruczał mężczyzna – Pokaż no mi, chłopcze, tę trąbkę.
Klemens posłusznie sięgnął po futerał i ostrożnie, z wielką dozą delikatności, wyciągnął swój największy skarb. Pan w zielonym fraku wziął do ręki trąbkę i obejrzał ją dokładnie z każdej

17




strony. Uważnie przypatrzył się srebrzystej powykręcanej rurze, tłokom i wentylom. Zbliżył swoje wąskie jak suwak wargi do ustnika i pytająco spojrzał na Klemensa. Gdy ten skinął głową, muzyk głęboko zaciągnął się powietrzem i z całej siły zadął w trąbkę. W tym momencie z rozkloszowanej czary głosowej wyskoczyła mała kuleczka. Pan we fraku i jego gość rzucili się w stronę miejsca, gdzie wylądował tajemniczy przedmiot. Na podłodze leżał… najzwyklejszy, pomarszczony orzech włoski.
– Ha! Sprawa wyjaśniona! – krzyknął rezolutnie muzyk – Teraz pokaż co potrafisz!
Klemens nie był do końca pewny czy jego nieudane do tej pory próby były spowodowane tylko orzechem, który zatykał czarę. Wziął jednak trąbkę, którą podawał mu pracownik filharmonii i nieśmiało zbliżył się do ustnika. Nabrał w płuca duży haust powietrza i zrobił to, co od kilku miesięcy robił niemal bez przerwy. A z czary głosowej popłynęły przepiękne dźwięki, które w przeciągu kilku sekund wypełniły sobą cały pokoik muzyka. Łagodne, miękkie brzmienia unosiły się od podłogi po sam sufit i z każdym kolejnym oddechem Klemensa grane

18




przez niego melodie sprawiały coraz większą przyjemność i jemu, i panu w zielonym fraku, który aż podskakiwał z ekscytacji.
– Niewiarygodne! Toż to prawdziwy talent! – pokrzykiwał raz po raz, jednak na tyle cicho, by nie zagłuszyć muzyki płynącej ze srebrnego instrumentu.
Na twarzy Klemensa malowały się spokój i niezmierna radość. Mogę się założyć, że gdyby otworzył oczy, też można by w nich dostrzec szczęście i niesamowitą satysfakcję z tego, że te ciężkie miesiące przyniosły wreszcie upragniony skutek. Gdy skończył, odstawił trąbkę od ust i wyczekująco spojrzał na człowieka, który uczynił z niego prawdziwego muzyka. Ten pochwycił go w ramiona i obracając się wokół własnej osi, śmiał się w głos.
– Pięknie! Pięknie! Sam nie zagrałbym tego lepiej! – cieszył się, stawiając oszołomionego chłopca na podłodze – A teraz: czas spać. Musisz się wyspać, jutro debiutujesz w mojej orkiestrze.
– Ja? Naprawdę? – zdziwione oczy Klemensa zrobiły się wielkie jak talerzyki.
– Naprawdę, naprawdę. – zapewnił go dyrygent – A teraz chodź, pokażę ci, gdzie będziesz spał.
Gdy tego wieczora leżał już

19




przykryty fioletowym puszystym kocykiem, Klemens nie mógł uwierzyć we własne szczęście. Czy ktoś uwierzyłby w to, że zagra w prawdziwej filharmonii z prawdziwą orkiestrą? Co powiedzieliby mieszkańcy wioski, gdyby się dowiedzieli? A rodzice? Myśl o tym, że muszą usłyszeć go jutro Mamcia i Tatko była ostatnią, którą z tego dnia pełnego wrażeń zapamiętał chłopiec. Szybko zasnął bowiem kamiennym snem.

     – Trębaczu! Trębaczu! Nie ma już czasu na spanie, ach, trzeba wstawać, trzeba ćwiczyć! – nerwowe pokrzykiwania, które obudziły Klemensa tego ranka uświadomiły mu, że cały wczorajszy dzień nie był tylko pięknym, nierealnym snem.
Szybko założył na siebie przygotowany przez dyrygenta seledynowy frak i wyszedł na salę ćwiczeń, gdzie rozstawiali się już pozostali muzycy z orkiestry. Jego oczom ukazało się kilkanaście osób, a każda z nich miała na sobie frak w innym kolorze: niebieskim, pomarańczowym, różowym, a nawet żółtym. Aż oczopląsu można było dostać!
– Nie ma czasu, nie ma czasu! – wciąż pokrzykiwał dyrygent, chodząc między muzykami i przestawiając ich na odpowiednie miejsca.
Klemens został

20




ustawiony między wiolonczelistką w fioletowym fraku a drugim trębaczem, który miał na sobie ubranie w kolorze arbuza.
– Uwaga! Zaczynamy na mój znak. Wszyscy gotowi? – zapytał mężczyzna w zielonym fraku i, nie czekając na odpowiedź, wybił batutą rytm.
I z wszystkich instrumentów popłynęły dźwięki tak, że cała sala wypełniła się melodią. Dla Klemensa, który nie dość, że nigdy nie grał w orkiestrze, ale nawet nie słyszał na żywo takiej muzyki, było to wielkie przeżycie. Przez chwilę bał się, że nie będzie umiał wpasować się w rytm, ale jego obawy okazały się nieuzasadnione, bowiem poszło mu fantastycznie! Grał pięknie jak nigdy dotąd, jego serce było wypełnione szczęściem, a w oczach błyszczała radość ze spełniania marzeń. Z niecierpliwością czekał więc na wieczorny koncert. Było mu tylko bardzo przykro, że Mamcia i Tatko nie będą obecni w tej ważnej dla niego chwili.

      Dzień minął na kolejnych próbach oraz na charakteryzacji, co również było dla Klemensa nowym doświadczeniem. Śmiał się cicho, gdy przy nakładaniu pudru pani kosmetyczka łaskotała jego twarz pędzelkiem. W ogóle kto to widział,

21




żeby malować chłopców? Wytłumaczono mu jednak, że jest to konieczne, by jego twarz nie błyszczała się w świetle jaskrawych lamp, które podczas koncertu rozbłysną na scenie. W takich okolicznościach Klemensowi nie pozostawało nic innego, jak zgodzić się na makijaż. Po charakteryzacji była jeszcze próba generalna, a gdy wszyscy na niej zagrali idealnie, dyrygent przemówił do swoich muzyków:
– Jesteśmy gotowi na ten koncert! Brawo! Brawo! – po czym uściskał każdego z osobna i ponownie poustawiał wszystkich zgodnie z tylko sobie znaną logiką.
Chwilę później ciężka purpurowa kurtyna poszła w górę, dyrygent w zielonym fraku wystukał rytm batutą i muzycy w kolorowych frakach wypełnili salę filharmonii przyjemną muzyką. Klemens poczuł się oszołomiony atmosferą i był naprawdę wdzięczny losowi za taką szansę. Gdy jego oczy oswoiły się nieco z rażącym światłem reflektorów, jego radość urosła jeszcze bardziej. Bowiem w jednym z rzędów foteli dostrzegł siedzących Mamcię i Tatka! Chłopiec miał ochotę odrzucić trąbkę i zbiec ze sceny, by ich uściskać. Również i rodzice pękali z dumy, gdy siedząc na widowni

22




widzieli swojego małego synka, z którego aż parowało szczęście. Patrzyli, jak dobrze czuje się na scenie i słuchali pięknej muzyki wybrzmiewającej z jego trąbki. Naprawdę bardzo się cieszyli, że sołtys nie zdołał zrealizować swojego niecnego planu i nie zniechęcił ich do tego, by przestał grać na trąbce. I byli niezmiernie wdzięczni Babce France, która dzięki swojej intuicji odgadła co może zainteresować małego Klemensa i podarowała mu trąbkę swojego zmarłego męża.
Wkrótce rozbrzmiały ostatnie dźwięki i wszyscy muzycy wyszli na środek, by się ukłonić. Za przepiękny koncert zostali nagrodzeni potężnymi brawami, a niektóre kobiety rzucały nawet na scenę pojedyncze kwiaty. Widzowie byli zachwyceni. Gdy oklaski ucichły, Klemens pobiegł wprost w otwarte ramiona Mamci i Tatka.
– Skąd wiedzieliście? – zapytał, tonąc w objęciach rodziców.
– Babka Franka nam powiedziała, że Albert, jej syn, zatrudnił cię w swojej orkiestrze.
– Albert? Dyrygent w zielonym fraku to syn Babki Franki? – Klemens zmarszczył brwi ze zdziwienia – Babka Franka jest taka mądra.
– Nie da się ukryć! – wykrzyknął dyrygent Albert, który

23




pojawił się tuż obok chłopca i poczochrał go zadziornie po blond czuprynie – A teraz chodźmy, czas jechać do wioski. Czeka tam na ciebie przyjęcie.
– Tylko ciii… – szepnął konspiracyjnie Tatko – To ma być niespodzianka.
– Przecież mam zakaz wstępu do wioski. – przypomniał bliski płaczu Klemens.
– Zakaz wstępu ma teraz sołtys! Gdy się dowiedział o tym, że grasz w orkiestrze, aż zzieleniał z zazdrości, spakował walizkę i wyjechał gdzie pieprz rośnie. Raczej już nikt z mieszkańców nie chce, by do nas wracał. – wyjaśniła Mamcia i poprowadziła syna w stronę wioski która, jak się okazało, wcale nie była tak daleko, bo Klemens cały dzień maszerował naokoło niej.
Mimo, że filharmonia i dyrygent, który zachwycił się Klemensem, byli bardzo blisko, chłopiec przeszedł długą drogę, by spełnić swoje marzenia. Gdy jednak zobaczył mieszkańców wsi, swoich przyjaciół, sąsiadów i kolegów, którzy byli z niego tak bardzo dumni i tak bardzo cieszyli się z jego sukcesu, wiedział jedno: było warto.

24




Wyrazy: Znaki: