Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Pianistka ( poprawione)ikonka kopiowania

Autor: Ronnie twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




Zielone tęczówki dziewczynki wodziły w ciemności, jakby usilnie szukając jakiegoś punktu zaczepienia wzroku. Próbowała zająć myśli czymkolwiek, aby tylko odpędzić nieprzyjemne myśli, które wiły się, niczym jadowite węże. Ciemność spowijała jednak pomieszczenie, niczym całun. To dobrze, pomyślała dziewczynka. Dla Lynette było to ukojenie. W ciemności mogła stać się niewidzialna, mogła nie czuć, nie myśleć. Mogła nie być. Niestety wraz z rozwarciem się starych drzwi i dźwiękiem zardzewiałych zawiasów cała ta ułuda pękła niczym bańka mydlana. Mała Lynne zamknęła oczy, jakby sprawić to miało, iż mężczyzna opuści pokój. Tak się nie stało. Zamiast tego usłyszała, jak deski wyginają się pod jego ciężarem. W myślach błagała Boga, aby pozwolił jej umrzeć właśnie w tym momencie. Bóg jednak nigdy nie słuchał, pozwalając żyć z potworem.
Kiedy silna dłoń zdarła z jej małego ciała kołdrę, zimno panujące w pokoju sprawiło, że dostała gęsiej skórki. Zwykła nocna koszula bynajmniej nie dawała ciepła. Zwłaszcza że okna były nieszczelne, przez co do domu przez każdą możliwą szczelinę wdzierał się

1




zimny, listopadowy wiatr.
Lynette nie potrafiła opanować drżenia ciała, jakby stało się ono oddzielnym mechanizmem, odmawiającym posłuszeństwa. Wiedziała, że nie przyniesie jej to niczego dobrego, dlatego starała się choć w minimalnym stopniu opanować zbyt szybkie bicie serca. Nie było to łatwe zadanie. Zważywszy na fakt, iż stojący przed nią mężczyzna napawał ją tak wielkim strachem, iż brakowało jej tchu. Tym razem nie było inaczej. Oślizgłe macki strachu owinęły się wokół niej, najciaśniej jak to możliwe, sprawiając, że nie miała kontroli nad niczym. Oddychała spazmatycznie, dostarczając do płuc niewystarczającą ilość tlenu. Tym razem wiedziała, że jej starania spełzną na niczym. Wiedziała też, że nie dane jej będzie w spokoju przespać nocy, aby zregenerować siły i wyleczyć niezasklepione rany. Nie, nie. Zamiast tego zadane zostaną nowe.
Mężczyzna chwycił ją za ramię, prostując wątłe ciało do pionu. Czuła od niego wódkę, którą to zastępował jedzenie, a nawet mydło. Każdy milimetr sześcienny jego skóry przesiąknięty był wonią alkoholu, nie mówiąc już o oddechu. Na dodatek zawsze towarzyszył

2




mu zapach zgnilizny, jakby w środku wszystkie jego narządy zaczęły gnić. Lynette pragnęła, aby pewnego dnia jej ojciec po prostu się nie obudził.
Powłócząc nogami, szła posłusznie za swym rodzicielem. Ten szarpał nią, celowo obijając o każdy napotkany mebel, jakby była zwykłym, nic nieznaczącym przedmiotem, trzymanym w dłoni.
Bała się tego, co zaraz nastąpi. A wiedziała, że nie będzie to przyjemne. Za każdym razem, kiedy przestąpić miała próg czerwonych drzwi chciała wrzeszczeć, kopać, gryźć, czy wierzgać nogami. Nic by to jednak nie dało, a jedynie sprawiłaby sama sobie więcej cierpienia. Zdążyła się już nauczyć, że jakiekolwiek nieposłuszeństwo jest nieopłacalne. Za to bardzo bolesne.
Ze ściśniętym w supeł żołądkiem wkroczyła do pokoju, który nazywała Pokojem Gry. Było to miejsce tortur. Ojciec popchnął ją w stronę obitego skórą taboreciku tak mocno, że wylądowała na dywanie, obijając kolana. Nie było jednak czasu na narzekanie, czy tym bardziej łkanie. Musiała wstać, usiąść przy fortepianie i zacząć grać. Musiała grać bezbłędnie, siedzieć bezbłędnie, oddychać bezbłędnie. Cała musiała

3




być bezbłędna, tylko że było to trudne, skoro ojciec ciągle powtarzał, iż była jedynie wielkim błędem w jego życiu.
Nienawidził jej. Nienawidził jej, a zadawanie bólu Lynne z czasem stało się jego hobby. I był wtedy szczęśliwy. Zielone oczy mężczyzny iskrzyły się dziwnym blaskiem, kiedy to wymierzał jej kolejne ciosy. I pomimo tego, iż na umięśnionego nie wyglądał, to potrafił dotkliwie zranić.
Kiedy pokój wypełniły słodkie dźwięki instrumentu, mężczyzna zaczął krążyć wokół Lynne, niczym drapieżnik. Tylko czekał na błąd. Choć właściwie nie musiała popełnić błędu, wystarczyło, że miał zły dzień.
Na uderzenie nie musiała długo czekać, nastąpiło już po około minucie. Ojciec zamachnął się, uderzając córkę w twarz. Jako że rok szkolny się zakończył, mógł sobie pozwolić na bicie w widocznych miejscach. Drugi cios nastąpił zaraz za pierwszym.
- Ile razy powtarzałem, że masz zrobić w tym miejscu pauzę? Jak ty w ogóle siedzisz, głupi bachorze. Nie mam z Ciebie żadnego pożytku, zero jakiegokolwiek talentu. Jesteś nic niewartym śmieciem, który przyszło mi wychowywać!- Każde kolejne słowo

4




bolało, niczym uderzenie bata. Chwilę później, ojciec krzyknął tak głośno, że Lynette spadła z taboreciku.- GRAJ, TĘPA! GRAAJ.- Słone łzy zaczęły płynąć strumieniem po bladych policzkach dziewczynki. Przysłaniały też widok na świat, który stał się jedynie gamą rozmazanych kolorów.
Ojciec podniósł ją z ziemi, sadzając na stołku. Tym razem stanął za nią, bacznie obserwując dłonie młodej Lynne. Wiedziała, że już niedługo znowu oberwie, może za jakiś błahy błąd, może za nic. Ale niczego na świecie nie była tak pewna, jak tego, że zaraz poczuję silne uderzenie.
***
Nerwowe stukanie o skórzane obicie fotela odbijało się echem od białych ścian. Dźwięk ten w panującej ciszy równie dobrze mógłby być odgłosem młota pneumatycznego. Słońce świeciło jasno, ludzkie ciała spragnione były jego ciepła, natomiast umysły blasku, który wypędzał mrok. Nie w jej przypadku. Nic nie było w stanie pomóc ciemnowłosej kobiecie. Mrok był nieodłączną częścią jej codzienności. Tkwił w niej, niczym cierń. Zdążyła przywyknąć, a z czasem go ignorować.
- Co takiego powróciło, Lynne?- Głos należał do mężczyzny w

5




średnim wieku, tu i ówdzie ciemne włosy przyprószała siwizna. Tworząc z włosów coś na kształt pędzla, stwarzał pozory bycia młodszym, niż w rzeczywistości.
- Od czego by zacząć? Nocne koszmary, stany lękowe, napady paniki, bezsenność....- Nim zaczęła dalej wymieniać, siedzący przed nią mężczyzna uniósł dłoń. Doskonale znał litanię, którą wymieniła. Sam ją zdiagnozował. Westchnął przeciągle, jakby ze zmęczenia. Piwne oczy wodzące po twarzy Lynne były tak smutne, wyrażały tak wielkie współczucie, że kobieta musiała odwrócić wzrok.
- Jak często miewasz napady?- zapytał, po czym poprawił się na swoim fotelu. Lynette nie odrywała wzroku od swych splecionych, mlecznych dłoni.
- Na początku nawet kilka razy na dzień. Teraz sporadycznie, ale nadal występują.- Kątem oka zauważyła, jak mężczyzna kiwa głową. Ciekawe, o czym myślał. Czy to, że jej współczuł było szczere, czy była to jedynie idealnie zagrana rola?
-To bardzo niepokojące. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, dlaczego napady wróciły. Myślałem, że poza nie częstymi koszmarami, które miewasz, nic innego nie powróci. Sądziłem nawet, może zbyt

6




zuchwale, że jesteś zdrowa. Może nie w pełni, ale jednak. Hm...- Znów nastąpiła cisza. Piwnooki mężczyzna zamyślił się, wpatrując w swój notes. Miał tam wszystkie zapiski dotyczące stanu zdrowia psychicznego Lynette. Regał znajdujący się za jego biurkiem wręcz uginał się pod ciężarem setek podobnych notesów. Każdy do innego pacjenta. Spojrzała na mężczyznę siedzącego przed nią, jakby szukając ratunku. Wiedziała jednak, że nic i nikt nie zdoła jej naprawić. Sama musi posklejać i poukładać pękniętą psychikę. Szkoda tylko, że niektóre fragmenty pogubiła na przestrzeni lat.- Wydaję mi się, że coś musiało się stać w przeciągu minionego miesiąca. Coś, co podświadomie przypomniało ci o Twojej przeszłości.- Posłał jej uśmiech, który miał za zadanie być pokrzepiający. W głowie Lynne krążył obraz plakatu informującego o konkursie talentów. I wielki, czarny fortepian na czerwonym tle.
***
Przemierzając szary korytarz, poza odgłosem jej kroków słychać było jedynie dudnienie serca. Szpitale wzbudzały w niej zbyt negatywne emocje, aby mogła kroczyć jego przejściami spokojnie. Toteż pełna wstrętu zmierzała do

7




szpitalnego pokoju numer sto siedemnaście.
Otwierając brudno-białe drzwi do nozdrzy studentki dotarł dziwny zapach, którego wolała nie identyfikować. Sączące się przez szare firanki promienie słoneczne tworzyły na zielonym linoleum różnorakie wzory. Z nieukrywaną niechęcią przestąpiła próg pokoju, starając się odpędzić wszystkie złe wspomnienia. Ilekroć próbowały przebić z trudem postawiony mur, Lynette brutalnie je tłamsiła.
Przełknęła gulę w gardle i przysiadła na krawędzi łóżka swojej mamy, posyłając jej delikatny uśmiech. Gdzieś z tyłu dobiegało czyjeś kasłanie, gdzieś z boku ktoś rozmawiał przez telefon. Tylko jej matka siedziała cicho, pogrążona w lekturze. Brązowe tęczówki uniosły się, gdy poczuła czyjś ciężar na materacu.
- Cześć, skarbie.- rzekłszy to odłożyła książkę. Podkrążone oczy wodziły po twarzy córki, jakby szukając dawnych oznak załamania.- Jak było?- usłyszawszy jej cichy, zachrypnięty głos Lynette zwróciła zielone tęczówki ku rodzicielce. Wpatrywała się uważnie w bladą twarz matki, przeżyte lata i alkohol odznaczyły się na twarzy Lidii w postaci zmarszczek i

8




podkrążonych oczu. Niegdyś piękna, brązowooka kobieta zamieniła się w przemęczoną imitację człowieka. Naturalne piękno zanikało latami.
Lynne wzruszyła ramionami.
- Jak zwykle.- rzekła, odwracając wzrok.
Lydia pokiwała głową, bacznie studiując twarz córki. Lynette pomyślała, że bladość twarzy rodzicielki niemal zlewa się ze szpitalną pościelą. Kontrast stanowiły jedynie duże brązowe oczy i ciemne włosy, układające się niedbale na wychudzonych ramionach.
- Wiesz, że możesz mi wszystko powiedzieć?- spytała Lydia. Studentka nie patrzyła na matkę. Nie mogła znieść tego, że kobieta leżąca obok niej wcale jej rodzicielki nie przypomina.
- Wiem.
Lydia ponownie pokiwała głową. Splotła swoje dłonie na pościeli, odwracając wzrok w stronę zabrudzonego okna. Widok nie był ciekawy. Poza skrawkiem nieba i zielonych koron drzew Lydia nie mogła dostrzec niczego innego.
- Za kilka dni powinni mnie wypisać.- powiedziała, posyłając Lynne smutne spojrzenie. Tak bardzo kochała córkę, że prawie ją to zgubiło.
- Cieszę się.- Lynette powiedziała to tonem wyzbytym z jakichkolwiek emocji. Może i była w szpitalnej sali ciałem,

9




ale z pewnością nie duchem. Głowę zielonookiej zaprzątały zupełnie inne sprawy. Wiedziała, że zaoszczędzone pieniądze nie wystarczą na uregulowanie zapłaty za pobyt matki w szpitalu. Musiała bardzo szybko w bardzo krótkim czasie zdobyć określoną sumę pieniędzy. Sprawa wyglądała dość żałośnie. Mózg studentki ciągle podsuwał obraz tego cholernego plakatu, jednak uparcie go wypierała.
Przeżyta trauma nie pozwalała jej na podjęcie innej decyzji. Nie zamierzała zbliżać się do instrumentu. Nie wiedziała, jak bardzo się myli.
***
Kiedy Lynne szła na pierwszy tego dnia wykład, jej wzrok już po raz wtóry zarejestrował wielki plakat wiszący na korkowej tablicy. Niemal wszystkie korytarze zostały nimi oklejone, jakby osoba za to odpowiedzialna chciała zrobić jej na złość. A plakaty zdawały się uśmiechać szyderczo, czego znieść nie potrafiła. Odwróciła wzrok, szybko wchodząc do sali.
Nie zrobi tego. Choć czuła, że wychodzi na samolubną, rozkapryszoną dziewczynkę to wiedziała, że ostatecznie i tak wybiegła by z sali.
Podjęta decyzja ciążyła niemiłosiernie, przyprawiając Lynette o wyrzuty sumienia. Nawet większe,

10




niż zakorzeniony głęboko strach przed grą na fortepianie. Sama nie wiedziała, czy to wspomnienia tak ją przerażały, czy sam instrument. Bała się powrotu do tego, co było. Za każdym razem, kiedy budziła się w nocy z krzykiem narastającym w gardle miała wrażenie, że znów jest w domu, że wróciła do przeszłości. Bała się wrażenia jego ciągłej obecności.
To nie były tylko sny, ale i wspomnienia, które dawno temu zakopała głęboko w podświadomości. Otoczyła kilkukilometrowym murem, drutem kolczastym i polem minowym, aby nigdy nie wydostały się na powierzchnię. Wiedziała, że tylko dzięki zapomnieniu uda jej się osiągnąć spokój ducha. A co za tym idzie uleczyć zszarganą przez ojca psychikę. Właściwie nie sądziła, aby kiedykolwiek się to w pełni udało. Zdawała sobie sprawę, że już do końca życia będzie nosić na barkach ciężar swojego dzieciństwa. I nigdy do końca nie wyzdrowieję. Ale może stworzyć ułudę normalności, w którą z czasem zacznie wierzyć, że nie jest wymyślonym przez nią kłamstwem. A to ją uleczy. Tak myślała.
Niejednokrotnie próbowała zbliżyć się do instrumentu, czy nawet na nim zagrać.

11




I o ile stanie przy fortepianie nie sprawiało już problemu o tyle sama myśl o grze wprawiała ją w stany lękowe i nocne koszmary. Może pewnego dnia się uda, nie wyklucza takiej możliwości. Chciała przecież uporać się z przeszłością, która owinęła się wokół jej szyi, niczym wisielczy sznur, zabraniając normalnie funkcjonować.
Wychodząc z sali wykładowej, automatycznie skierowała się w stronę wyjścia. Potrzebowała zastrzyku energii w postaci kofeiny. Niezbyt dużo spała, nie tylko przez koszmar, ale i rozmyślania nad konkursem. Było to absurdalne, aby tak intensywnie rozmyślać nad, zdawałoby się, tak błahą decyzją. Niestety owa błaha decyzja wiązała się z niezbyt błahymi konsekwencjami. Nie była pewna, czy jest na nie gotowa.
Krocząc pośpiesznie w stronę drzwi wyjściowych, nagle usłyszała cichą melodię. Przystanęła na chwilę, nasłuchując i próbując zorientować się, z której strony dobiega ów dźwięk. Marszcząc brwi postawiła kilka kroków w tył i skręciła do korytarza po prawej stronie. Prowadził on do sali muzycznej, gdzie uniwersytecka orkiestra miała próby.
Im bliżej dużych, drewnianych drzwi się

12




znajdowała, tym melodia stawała się wyraźniejsza. Nie wiedzieć czemu serce młodej studentki zaczęło bić pospiesznie. Lynne nie zorientowała się, iż wstrzymała oddech, dopóki nie stanęła przed wejściem do sali. Wtedy to wypuściła z płuc powietrze, drżącą dłoń wyciągając ku mosiężnej klamce. Przez chwilę się wahała.
Co ona właściwie wyprawia? Po co się tam pcha? Mało jej nocnych koszmarów?
Zaciskając lewą dłoń w pięść, chwyciła za klamkę i uchyliła nieco drzwi. Przez niewielką szparę dostrzegła czyjeś plecy. Po chwili obserwacji stwierdziła, iż musi to być mężczyzna. Miał zbyt krótkie włosy, jak na kobietę.
Najciszej jak potrafiła, uchyliła stare mosiężne drzwi. Niestety odmówiły posłuszeństwa, postanawiając wydobyć z siebie ciche skrzypnięcie. Mężczyzna grający na fortepianie zamarł w bezruchu, salę wypełniła ogłuszająca cisza. Lynette miała w tym momencie okazję do ucieczki przed nieznajomym. Jakaś niewidzialna siła nie pozwoliła ruszyć się z miejsca. Ponadto, pchnęła ją ku otwartym drzwiom. Lynne przekroczyła próg sali i niepewnym wzrokiem zaczęła wodzić po sylwetce pianisty. Widziała

13




jedynie czarną koszulkę i burzę ciemnych włosów. Przez chwilę wydawało się jej, że dostrzega również siwe pasemka, jednak doszła do konkluzji, że to tylko optyczne złudzenie. Promienie słońca wpadające przez wielkie okna mogły takowe spowodować.
Nagle nieznajomy zaczął odwracać się w jej stronę, serce studentki przyspieszyło, a sama dziewczyna zaczęła się denerwować. Zmieszana zetknęła opadające na oczy włosy za ucho i wlepiła wzrok w podłogę. Czuła się, jak niesforne dziecko przyłapane na gorącym uczynku. Miała dwadzieścia trzy lata.
W końcu uniosła wzrok. Ciemnooki mężczyzna patrzył na nią z ciekawością. Ku swojej uldze nie dostrzegła na jego twarzy nawet krzty złości, czy zirytowania. A na to się przygotowywała, w końcu przerwała mu grę. Osobiście, nie lubiła kiedy ktoś jej przerywał jakąkolwiek czynność, na której była w danym momencie skupiona.
Zaraz za mężczyzną, na niewielkim podeście stał fortepian. Majestatyczny i złowieszczy. Rzucał na nią swój cień, przez co poczuła się jeszcze bardziej bezradna wobec swej traumy, niż była do tej pory. W tamtym momencie dotarło do niej z całą mocą,

14




że ponowna gra to bardzo zły pomysł. Nie była na to gotowa.
- Przepraszam. Nie powinnam tu przychodzić nikogo wcześniej nie informując- rzekła cicho. Ze względu na akustykę sali jej delikatny głos rozniósł się echem po wielkim pomieszczeniu. Przeniosła spojrzenie swych zielonych tęczówek z nieznajomego na klawisze fortepianu. Kłęby kurzu tańczyły w pojedynczych promieniach słońca, odgrywały chaotyczny taniec z wielką pasją, kończąc go ostatecznie na czarnej, niczym smoła powierzchni instrumentu.
Kątem oka Lynne zauważyła, jak na ustach mężczyzny pojawia się uśmiech. Krzywy uśmiech. A właściwie półuśmiech. Nie była pewna, starała się utrzymać swój wzrok na klawiszach instrumentu.
- Nie przepraszaj.- aksamitny głos rozbrzmiał echem w pustej sali. Posłał młodej kobiecie czarujący uśmiech, który Lynette zauważyła i o mało się nie zarumieniła.
Nie miała bladego pojęcia, jak zachować się w towarzystwie tego mężczyzny. Chodziła ostatni rok do tej uczelni, jednakże nigdy wcześniej jego twarz nie została przez nią zarejestrowana. Czuła na sobie jego spojrzenie, dlatego uniosła wzrok i również zaczęła mu się

15




przyglądać. Miał ładne oczy. Nie potrafiła dostrzec ich koloru, były po prostu ciemne. Czarna koszulka pasowała do jego włosów. Choć brzmi to dziwnie, to właśnie tak było. Była niemalże takiego samego koloru. -... Słucha mnie pani?- Męski głos wyrwał ją z transu. Och, ileż to już razy coś podobnego przytrafiało się studentce. Potrafiła zawiesić się w środku rozmowy intensywnie o czymś myśląc, czy coś obserwując. W tym przypadku kogoś. Nieco zakłopotana wróciła wzrokiem do ciemnych oczu mężczyzny.
- Tak, tak.- odpowiedziała cicho.- Przepraszam, ja...- Właściwie to nie wiedziała, co powiedzieć. Mężczyzna zaczął przyglądać się jej uważnie, studiując każdy milimetr twarzy. Nieco ją to onieśmielało. Lynette nie należała do kobiet, które lubiły być w centrum czyjegoś zainteresowania. Prędzej reprezentowała typ osoby, która chowała się po kątach, obserwując, lecz nie biorąc czynnego udziału w wydarzeniach.
Nieznajomy zdając sobie sprawę, że Lynne nie ma zamiaru kontynuować swej, jakże błyskotliwej, wypowiedzi, podjął temat na nowo.
- Pani też gra?
Młoda kobieta odgarnęła z czoła jakiś niesforny kosmyk

16




i omiotła nieznajomego spojrzeniem.
- Nie gram- rzekła niemal automatycznie. Bo nie grała.- Dlaczego to pana interesuje?- zapytała. Zbyt późno ugryzła się w język. Miała to po matce, tak samo jak ona, najpierw mówiła dopiero potem myślała. Speszona odwróciła wzrok, który spoczął na jej bladych dłoniach złączonych na kolanach. Nie chciała widzieć rozbawienia w oczach nowo poznanego mężczyzny. Zrobiłoby jej się jeszcze bardziej głupio. Musiała zacząć ćwiczyć sztukę hamowania swego języka. Niekiedy zadawała pytania bezwiednie, niektóre tak niedorzeczne, iż dziwiła się, że zdołały przejść jej przez gardło. Kobieta odchrząknęła i spróbowała jeszcze raz.- Przepraszam, nie było pytania. Nie gram, ale... był pewien okres w moim życiu, kiedy… to robiłam. Nie zamierzam do tego wracać.- powiedziała spoglądając na fortepian.
- Dlaczego?- Mężczyzna zmarszczył brwi.- O ile mogę spytać. Przecież muzyka to coś… wspaniałego.- Nieznajomy podniósł się ze swojego miejsca i zszedłszy z podestu, zmniejszył między nimi odległość. Zachowując bezpieczny dystans, co Lynette z ulgą zauważyła. Stał blisko, jednak

17




wystarczająco daleko. Młoda kobieta nie lubiła, kiedy ktoś naruszał jej przestrzeń osobistą. Zwłaszcza ktoś dopiero co poznany.
- Witam, Dylan Rems. Miło mi Cię poznać.- Mężczyzna posłał w jej stronę czarujący uśmiech, ukazując rząd białych zębów. Przez dłuższą chwilę pianistka wlepiała w niego wzrok, starając przypomnieć, jak się nazywa. Otrząsnąwszy się z szoku, podała Dylanowi bladą dłoń, szepcząc cicho:
- Lynette. Lynette Glan. Mnie również.- Była z siebie dumna, powiedziała coś więcej, niż tylko to jak się nazywa. A zważywszy na zaćmienie jakie spowiło jej mózg, był to nie lada wyczyn.- Studiujesz tutaj?- zapytała. No, teraz to zaszalała.
Mężczyzna posłał w jej stronę rozbawiony uśmiech. Nie ma się co oszukiwać, był przystojny. Co prawda nie wyglądał, jak Ci wszyscy modele, czy aktorzy. Nie miał idealnych proporcji twarzy, idealnego nosa i cery bez zmarszczek, czy innych niedoskonałości. Ale był przystojny. Miał ładne, ciemne oczy. Posiadał olśniewający uśmiech i czarne jak smoła włosy. Jego sylwetka nie była muskularna, był szczupły. I chyba jakieś umięśnienie posiadał. Chyba. Jakieś.
-

18




Nawet nie wiesz, jak mile łechtasz teraz moje ego. Dobrze jest wiedzieć, że wciąż wyglądam na studenta.- szeroki uśmiech nie schodził z twarzy mężczyzny. Wyglądał naprawdę młodo, szczery uśmiech tylko to doznanie potęgował. Zmieszana Lynne nie wiedziała, co odpowiedzieć.- Dziękuję za miłą rozmowę, niestety muszę wracać do gry.- Przez jeszcze jedną chwilę studiował jej twarz ciemnymi oczyma, po czym uśmiechając się, wrócił na podest.
Lynette opuściła salę przy dźwiękach wcześniej przerwanej melodii. Słyszała ją dopóki nie opuściła murów uczelni. Odetchnęła wtedy głęboko, czując jak wraca do niej skruszona jasność umysłu.
Wolała nie myśleć, jak wypadła przed nowo poznanym mężczyzną. Wolała nie czuć ponownie tego zażenowania.
***
Cisza, która panowała w sali była ogłuszająca. Każdy krok, szelest ubrań, czy oddech wydawał się tysiąckroć głośniejszy, niż w rzeczywistości. Przez wielkie okna do sali wpadało pomarańczowo różowe światło zachodzącego słońca. Jasne smugi wiły się na drewnianym parkiecie, niby węże. Rozświetlały pomieszczenie, które tonąc w złocistym blasku wydawało się

19




bardziej majestatyczne i magiczne, niż było faktycznie. Owa pora dnia miała to do siebie, iż zalewając w swym boskim świetle otaczający nas świat dodawała wszystkiemu równie boski charakter.
Lynette każdy krok stawiała bardzo ostrożnie, jakby skradała się do skarbca, a nie stojącego na podwyższeniu fortepianu. Nie wiedziała, czemu tu wróciła. Zupełnie nie rozumiała swojego postępowania i gdyby ktoś właśnie teraz zapytał, o czym myślała przychodząc tutaj- nie poznałby odpowiedzi, bowiem ona sama jej nie znała.
Wodząc zielonymi tęczówkami po pomieszczeniu, bardzo szybko dostrzegła złowieszczy zarys instrumentu. Miała wrażenie, że otwiera ku niej wielką, zębatą paszczę, chcąc pożreć w całości. Wzdrygnęła się mimowolnie, jednak nie zatrzymała się. Weszła na podest, chcąc doprowadzić do tego co postanowiła. Nie było to łatwe, pomimo że szła naprzód to nogi co chwilę odmawiały posłuszeństwa stawiając krok w tył. Starała się temu zapobiec, nie myśleć o tym co ją czeka, dać się ponieść emocjom. Ciało było gotowe, mózg sprawiał problemy. Przyprawiał ją niemalże o palpitacje, czy też zawał serca. A o tej

20




porze nikt by jej tutaj nie znalazł, toteż cały psychiczny wysiłek włożyła w to, aby się uspokoić.
Robiła to po części dla siebie, chcąc uporać się z dręczącymi ją demonami przeszłości. Tak naprawdę jednak sytuacja finansowa jej i matki nie pozwalała na kręcenie nosem, jeżeli nadarzyła się okazja do zarobku. Toteż pełna obaw weszła na podest i usiadła na skórzanym taboreciku. I dobrze, że to zrobiła. Bowiem nogi stały się wątłe niczym łodyżki jakiegoś delikatnego kwiatu.
Lynette uniosła dłonie, zlewające się niemal z bielą klawiszy. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że on za nią stoi i patrzy. Wystarczył jeden błąd, żeby zabolało. Zamknęła oczy pozwalając wspomnieniom wynurzyć się na powierzchnię. Chwilę czasu zajęło jej zburzenie muru, który stworzyła. I już po chwili, niczym film wyświetlany w kinie, Lynette ujrzała całe okropieństwo swego dzieciństwa. Bądź mechanicznie, bądź z przyzwyczajenia palce zaczęły same sunąć po klawiszach, wydobywając z nich słodko gorzkie nuty. Chciała się pogodzić z przeszłością i pozwolić odejść. Pozwoliła emocjom zmienić się w dźwięki, pozwoliła

21




pochłonąć się w całości. Wspomnienia zlewały się ze sobą, muzyka stawała się coraz szybsza, jakby klawisze fortepianu paliły delikatne opuszki palców Lynne.
Wracając do lat dzieciństwa, spod zamkniętych powiek młodej kobiety poczęły płynąć łzy. Błyszczące na alabastrowej skórze jakby diamenty. Złociste promienie, wpadające przez wielkie okna spoczęły na smukłej sylwetce pianistki. Smugi te nadały Lynette niezwykle boskiego wyglądu. Ciemne włosy opadające kaskadą na łopatki, zdawały się lśnić własnym blaskiem. Skóra koloru kości słoniowej przybrała niemalże złotą barwę. Mokre od łez rzęsy rzucały ciemne cienie na złociste policzki. Twarz jej, po części ukryta w cieniu gęstych kosmyków dodawała tajemniczości. W tamtym momencie dla kogoś obserwującego owe zjawisko równie dobrze mogła być boginią napełniającą swym królewskim blaskiem ten bezbarwny kawałeczek świata.
Lynette nie zdawała sobie jednak sprawy, jak wielkie wrażenie na widzach (gdyby takowi byli) by wywarła. Nie wiedziała, bo w środku cała się trzęsła, czekając na uderzenie ojcowskiego pasa. Pod całą tą maską boskości kryła się

22




kruchutka istotka, która lada moment mogła się rozpaść na kawałeczki tak małe, iż trudno byłoby je poskładać. Kryło się dziecko, któremu nie dane było poznać ojcowskiej miłości. Kryła się nastolatka, która została pozbawiona jakiegokolwiek towarzyskiego życia. Krył się człowiek przez całe życie więziony w mackach strachu i niepewności. Kryła się dziewczyna, która pragnęła zrzucić z siebie ciężar przeszłości. Krył się ból tak wielki, iż nie można go jakkolwiek nazwać.
Mięśnie miała napięte, twarde niczym skała. Bowiem podświadomie czuła jego uderzenia. Jakby działo się to naprawdę, znów do nozdrzy Lynne uderzył zapach wódki i czegoś, czym pachniał ojciec. Oczyma wyobraźni widziała, jak krąży wokół niej i szykuję się do zadania ciosu. Widziała, jak wyciąga rękę, w której trzyma skórzany pas, całym ciałem robi zamach i...
Nagły ból w okolicach barku wybudził ją z transu. Cała we łzach, spocona i drżąca leżała na zimnym parkiecie. Dłonią dotknęła policzka, na którym czuła palące uderzenie, jakby faktycznie miało ono miejsce. Rozglądając się dokoła, szukała jego zgarbionej sylwetki. W

23




sali panował półmrok, poza nią nie było nikogo.
Mrugając próbowała odegnać łzy, które nieprzerwanie napływały do oczu. Po czasie, zdając sobie sprawę, iż jest to bezcelowe, poddała się. Położyła znów na parkiecie, drżąc i dławiąc łzami.

     ***

     Nie miała pojęcia, ile minęło czasu. Wiedziała tylko, że zrobiło się ciemno i powinna wracać do domu. W takich momentach jak te żałowała, że nie miała nikogo, kto mógłby ją teraz podnieść, przytulić i powiedzieć, że wszystko w końcu się ułoży. Tylko w takich. Na co dzień uważała, że przyjaźń zabierała zbyt dużo czasu i energii.
Czując, że ma wystarczająco siły podniosła się całkowicie do pionu. Nogi wciąż miała, niczym z waty. Stawiając jednak pierwsze kroki odpędziła obawy o upadku. Dla pewności przysiadła na chwilę na taboreciku. Był zimny, musiało minąć trochę czasu. Ile? Nie wiedziała. Leżąc bez ruchu na podłodze czas zdawał się być zastygłą bryłą. Dlatego Lynette nie mogła stwierdzić, czy minęło pięć, czy może piętnaście minut. Równie dobrze mogła to być godzina.
Wychodząc z uczelni, uderzyło w nią zimne, wieczorne powietrze.

24




Wdychając je do płuc, czuła jak sznur dotychczas owinięty wokół szyi rozluźnia się. Schodząc po zniszczonych czasem stopniach pustka w środku poczęła rozwijać swe korzenie. Jakby pozostawiła w tamtej sali wszystkie dotychczasowe lęki. Jakby to czego się obawiała było lekarstwem, którego tak desperacko szukała. Czuła się teraz tak lekko, jakby faktyczny ciężar przeszłości pozostawiła za sobą. Wiedziała, że wyleczenie zszarganej psychiki nie może nastąpić z dnia na dzień. Był to jednak wielki krok ku normalności.
Kierując się w stronę swego auta, wyciągnęła z kieszeni płaszcza papierosa. Odpaliła go szybko, gdyż zimny wiatr doskwierał. Drżącymi dłońmi przykładała do ust filtr i wciągała szary dym. Paliła rozkoszując się każdym trującym wdechem. Niegdyś uważała, że papierosy skrócą dni jej męczarni. A kiedy zorientowała się, iż takie myślenie jest głupie to było już za późno. Wpadła w nałóg, którego nie mogła, czy raczej nie chciała się pozbyć.
Rzuciwszy żarzącą się końcówkę papierosa pod stopy wsiadła do samochodu, z ledwością mogąc go otworzyć. Zmarznięte palce odmawiały

25




posłuszeństwa.
- A co jeśli on wróci, co jeśli…- szeptała w kółko, opierając głowę na kierownicy. Szmaragdowe tęczówki Lynne zaszkliły łzy. Natomiast krótki spazmatyczny oddech pozbawiał drogocennego tlenu w płucach. Drżała na całym ciele, nie potrafiąc w żaden sposób tego opanować. Tak wiele kłębiło się w jej głowie, że nie wiedziała jak ten bałagan uporządkować. Potrzebowała pomocy. Wiedziała, że tylko jedna osoba jest w stanie pomóc. Osoba, którą zraniła, ale która gotowa była nawet teraz wskoczyć za nią w ogień. Jedyny przyjaciel w świecie sztucznych relacji.
Lynne co do niego miała mieszane uczucia. Wzbudzał w niej poczucie bezpieczeństwa, do którego lgnęła odkąd tylko pamiętała. A skoro potrafił jej zapewnić stabilizację, to nic innego się nie liczyło. Opiekował się nią, sprawiał, że czuła się kochana, wręcz wielbiona. A ona upajała się jego miłością, niczym najwyższej jakości alkoholem.
Lynne podobało się jego posłuszeństwo, bezgraniczna miłość i gotowość do zrobienia dla niej wszystkiego. Zbyt późno zdała sobie sprawę, iż z jej strony to nie miłość. Prędzej zauroczenie w

26




emocjach, jakie dzięki niemu czuła. Z drugiej strony wzbudzał w niej uczucia, jakich dotąd nie znała. Nie wiedziała nawet, jak je nazwać. Coś w nim było; jego uśmiech, to jak na nią patrzył. Wszystko to sprawiało, że nie potrafiła o nim zapomnieć. Ale to nie miłość, Lynette nie potrafiła kochać. To oraz problemy z przeszłości sprawiły, że się rozstali. Nawet, jeśli zaczęła by coś do niego czuć, to wolała nie zadręczać Willa swoimi problemami i popapranym życiem. Zasługiwał na szczęście. Dała mu je odchodząc i dając szansę na poznanie kogoś kto nie będzie nią. Choć tyle mogła dla niego zrobić.
Wyciągnęła z kieszeni telefon i wybrała numer, który gdyby był książką, pokryłby się porządną warstwą kurzu.
- Poproszę z Kadersonem.- Starała się mówić głosem pewnym, wyzbytym z wszelkich emocji. Zważywszy na ściśnięte gardło, było to trudne.
Sekretarka bez słowa przełączyła ją do biura Willa, kazał jej czekać dwa sygnały.
- Kaderson, słucham?- Jego głos nadal wzbudzał w niej dreszcze.
- Cześć.- rzekła łamiącym się głosem. Przed nim nie musiała udawać, ani bawić się w zbędne gierki. Na chwilę

27




zapadła cisza, podczas której Lynette starała się ułożyć sensowną wypowiedź. Niestety znalezienie odpowiednich słów było trudne. Powrót do tego, co zdarzyło się w sali, jak również do tego co kiedyś ich łączyło, sprawił że Lynette nie mogąc wytrzymać natłoku emocji rozpłakała się jak małe dziecko. Płakała i płakała, nie mogąc zaczerpnąć tchu. I tylko głos Kadersona tworzył złudne poczucie bezpieczeństwa.
Will ciągle próbował ją uspokoić, pytał gdzie się znajduję, co się stało. Niestety Lynne nie była w stanie wydobyć z siebie nawet najprostszego słowa. Zmęczone gardło, ciągle ściśnięte niewidzialną dłonią po prostu przestało działać. Jak reszta ciała. Lynne nie miała żadnej kontroli. Trzęsła się jak galareta i kwiczała jak prosię nie potrafiąc temu zapobiec. Całe ciało stało się oddzielnym mechanizmem.
Nagle drzwi po jej stronie otworzyły się i jakaś silna dłonią wyciągnęła ją z samochodu. Studentka nie miała nawet siły krzyczeć. Z resztą dobrze wiedziała kto to. Znała te perfumy bardzo dobrze.
Kaderson trzymając Lynette w pionie uważnie wodził oczyma po jej twarzy. Zauważywszy to

28




dziewczyna ukryła swe opuchnięte oczy, zaczerwieniony nos i pogryzione wargi za kurtyną włosów. Nie chciała, aby widział ją w takim stanie. Choć sama się o to prosiła, dzwoniąc do niego.
Unosząc wzrok na Willa, dostrzegła tak wiele emocji malujących się na jego twarzy, że poczuła ohydne wyrzuty sumienia. Przestało być ważne to co czuła. Wyrzucała sobie bycie wielką egoistką. Mimo że Will zrobi dla niej wszystko to nie dawało jej to żadnego prawa do ponownego włażenia do jego życia, niczym jakiś szkodnik. A co jeśli w przeciągu roku zdążył ułożyć sobie życie, z kimś na kogo zasługuje? Nie miała prawa do niego dzwonić. Mimo to cieszyła się, że to zrobiła. Będąc w jego ramionach czuła spokój jakiego dawno nie było jej dane zaznać. Wtulając się w Willa, wdychała jego słodki zapach. Upajała się bliskością, cieszyła wsparciem jakie dawał w danym momencie i dziękowała za jego miłość. Choć wiedziała, iż na nią nie zasłużyła.
Kaderson trzymał Lynne mocno, jakby bał się że ta delikatna istota zaraz się rozpadnie i nie będzie czego po niej zbierać. W głowie miał mętlik. Z jednej strony cudownie było znów

29




być przy niej. Obudziły się w nim dawne instynkty i uczucia, które zakopał w podświadomości umysłu i które nie miały prawa wydostać się na powierzchnię. Z drugiej owa chwila przyjemności z pewnością przysporzy mu kłopotów. Ale akurat do tego zdążył przywyknąć.
Bał się o nią odkąd się rozstali. Była zbyt delikatna, aby żyć w tak okrutnym świecie. Przeżyte lata bynajmniej nie były powodem do radości, prędzej codziennym zmaganiem z masą depresyjnych uczuć. Toteż ilekroć dzwonił telefon, bał się go odbierać. Bał się, że będzie to telefon od jej matki, która powiadomi go, że Lynne już z nimi nie ma.
Dlatego teraz, trzymając ją w niedźwiedzim uścisku, czując pod palcami drobne ciało, czuł spokój. Miał pewność, że oddycha i nadal go kocha. Choć ona tego nie wiedziała.
- D-dziękuję, Will.- rzekła tak cicho, że Kaderson ledwo usłyszał. Przez chwilę panowała cisza, jakby nie wiedział co powiedzieć. W końcu przytulił ją mocniej do siebie, nie mówiąc nic.
***
Popołudniowe słońce miało barwę pomarańczową, przedostając się do salonu przez wielkie tarasowe okna spoczęło na szklanym stoliku kawowym.

30




Stolik ów odbijał promienie rażąc Lynne w oczy. Mimo tego kobieta wpatrywała się w niego martwym spojrzeniem, jakby oślepiający blask wcale jej nie przeszkadzał. Zamknęła oczy dopiero gdy te zaszkliły się łzami.
Wracając wspomnieniami do chwil wspólnie spędzonych z Willem w tym salonie serce Lynette ściskało się z żalu. A może nawet i tęsknoty. Niczym na filmowym seansie pod powiekami poczęły przewijać się przeróżne sceny z ich wspólnego życia. Chwile namiętności, gniewu, smutku, ale przede wszystkim szczęścia.
Will potrafił sobie z nią radzić. Czytał z niej niczym z otwartej księgi, co dawało mu znaczną przewagę. Lepiej wiedział czego pragnęła, niż ona sama. A w tamtym okresie była niezwykle zagubiona. Dotąd, nie zaznała ze strony mężczyzny żadnej czułości, skoro ojciec był jedynym przedstawicielem płci przeciwnej z jakim miała styczność. Poznając Willa była zagubiona, ale przede wszystkim przerażona. Nie wiedziała, jak radzić sobie z komplementami, czy chociażby okazywaniem uczuć. Było to dla niej tak obce, jak obce jest rybie prowadzenie samochodu. To Will wszystkiego ją nauczył. Krok po kroku pokazywał,

31




jak kochać. I choć miłość kwitła w niej niezwykle mozolnie, to udało mu się ją w niej zaszczepić. A kiedy uczucie rozkwitło, Lynette odeszła przerażona jak bardzo jest od niego zależna. Poza tym, boleśnie świadoma tego, że nie da mu szczęścia na jakie zasługuję. Sądziła, że postępuję słusznie. Nie wiedziała, iż wynikało to z przedkładania czyjegoś dobra nad swoje, co koniec końców jest oznaką miłości. Tego jednak nikt Lynne nie powiedział. Toteż żyła w przekonaniu, iż miłość do Willa wcale nie jest miłością.
Pozwalał jej w to wierzyć, choć co noc, przed zaśnięciem pluł sobie w brodę. Żałował, tak bardzo żałował, że pozwolił jej wtedy opuścić mieszkanie. Poddał się bez walki, licząc że Lynette sama zrozumie, że go kocha. Każdego kolejnego dnia czekał na dzwonek do drzwi i na jej widok za nimi. Na ujrzenie bladej twarzy, zielonych oczu i gęstych pukli ciemnych włosów. Zawsze jednak okazywał się to kto inny. Will pragnął, aby Lynne przekonała się o swoich uczuciach do niego bez niczyjej pomocy, żeby nie musiał jej tego tłumaczyć, jak dziecku w przedszkolu. Dotychczas właśnie tak to wyglądało. A o

32




tym, że go kochała wiedział doskonale, bowiem dobrym był obserwatorem. Zwracał uwagę na każdy, najmniejszy gest, który wykonywała. A wykonywała ich wiele, wiele nieświadomie. Najbardziej lubił, kiedy wpatrywała się w niego, gdy pracował i myślała, że tego nie widzi. Widział.
Nie ukrywał, że z początku było mu ciężko, Lynette przypominała dzikie zwierzę. Trzeba było ją oswoić i mieć do tego tony cierpliwości. Jako istota delikatna, nawet krucha i niezwykle dotknięta przez życie, zaufanie komuś, zwłaszcza mężczyźnie przychodziło jej z wielkim trudem. W pewnym momencie Will pomyślał, iż jest to nawet niemożliwe. Toteż cieszył się, gdy przestała wzdrygać się na dźwięk jego głosu, niespodziewane gesty, odgłos jego kroków, a w końcu jego bliskość.
- Chcesz dziś u mnie zostać?- zapytał cicho, jakby cofnęli się w czasie i tak jak wtedy oswajał ją ze sobą. Kaderson usiadł naprzeciwko niej, wpatrując się w ciemne kosmyki włosów zakrywające jej trupio bladą twarz. Próbowała unikać jego wzroku, czasami zatrzymywała go na przypadkowym przedmiocie.
Lynette bardzo chciała zostać i tak jak kiedyś zasnąć wtulona w

33




niego. Ułożyć głowę w zgięciu jego ramienia, objąć rękoma i przez całą noc wsłuchiwać się w spokojny, jednostajny oddech. Był to jedyny sposób, który uspokajał kobietę. Jedyny, który działał.
- Obejdzie się, ale dziękuję.- rzekła. Wszystkie negatywne emocje zdawały się powoli ulatniać. Natomiast przekonanie, że nie mogła mącić w życiu Willa, wzmacniać.
- Powiesz mi, co się stało?- Kaderson nadal intensywnie się w nią wpatrywał. Lynette natomiast na samo wspomnienie tego, co się stało robiło się słabo.- I nie mów mi, że to nic takiego. Nie wmówisz mi, że byłaś w tak złym stanie emocjonalnym, bo ''nic się nie stało''.
Lynne westchnęła. Miał prawo domagać się od niej wyjaśnień, jednak była wykończona. Z ledwością trzymała w rękach kubek, który wydawał się ważyć tonę. Unosząc wzrok, pianistka czuła jak gardło ponownie ściska gruby sznur.
- Będę potrzebowała czegoś mocniejszego, niż mięta, żeby ci to opowiedzieć.- rzekła, w końcu unosząc wzrok na pełną zmartwienia twarz Willa.

34




Wyrazy: Znaki: