Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin
ikonka komentarza

Gość

Autor: Nives twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




Butelka była opróżniona do połowy. Szklanka stojąca tuż obok czekała na dolewkę, ale siedzący przy niej mężczyzna nie wydał się specjalnie zniecierpliwiony. Być może wiek sprawiał, że był cierpliwy i wyrozumiały dla młodziutkiego służącego, który pobiegł po lód. Krótkie włosy, w odcieniu palonego karmelu były wyraźnie przerzedzone, ale czarne oczy ukryte wśród bruzd patrzyły twardo acz spokojnie na rozciągający się przed nim horyzont. Taras letniej willi rodziny Va, rozciągał przed nim piękny krajobraz jasnożółtych i zielonych pól, upstrzonych gdzieniegdzie pojedynczymi drzewami. Szum pobliskiej fontanny nadawał temu ustroniu idylliczną aurę. To było jego ulubione miejsce, od kiedy stracili swój dom, tylko tu umiał odpoczywać. Wystarczyło jedno spojrzenie na widnokrąg, aby skołatane nerwy w końcu przestały mu dokuczać. Ostatnie dwa lata były dla niego szczególnie trudne. Co prawda, przeżył już tyle lat, że potrafił myśleć trzeźwo, nawet w ciężkich sytuacjach. Tym razem jednak życiowe doświadczenie mu nie pomagało i będąc świadom rozpadu rodziny, coraz częściej czuł ciężar upływających lat.
Nie widział

1




syna od prawie dwóch lat. Uratował jego ogon przed sądem wojskowym i kazał mu się trzymać z dala od swojej dawnej grupy zadaniowej. Zresztą zadbał, żeby ich rozdzielono. Bracia Furi dostali karne przydziały, małego szpicla Bridsmana wysłano na koniec Galaktyki, żeby oglądał gwiazdy, póki sprawa nie przycichnie. Specjalistka Mimishi, mimo wcześniejszych zapewnień lekarzy jednak nie zmarła, więc wyekspediowano ją na Forumo. Jej umiejętności wystarczały za pięciu mechaników, a jeśli burze magnetyczne by ją wykończyły, oni mieli czyste sumienie. Ki to była inna sprawa. Miał żal do ojca, że pozwolił wystawić ich na przynętę i postawił dobro Konsorcjum nawet ponad własnym synem. Szczególnie, że wiele lat wcześniej, sam wskazał mu na lądowisku małą dziewczynkę, którą miał się zająć. Wychodząc z aresztu, odwrócił się od niego i więcej nie dał znaku życia.
Oczywiście Do Doku doskonale wiedział co robi i gdzie jest, ale nie ingerował. Wszyscy mieli swoje obowiązki, a on jako Przewodniczący nie mógł się przyznać, że w duszy był z niego dumny. Może nie zawsze z tego, co robi. Ale współpracownicy go lubili i szanowali,

2




był doskonałym nauczycielem i niezłym żołnierzem. Przede wszystkim zaś był szczery i robił wszystko z sercem, bez wyrachowania.
Został jeszcze rok do kolejnych wyborów Przewodniczącego, ale Do Doku Va już teraz podsumowywał ostanie pięć lat. Chciał doprowadzić jeszcze do końca uruchomienie ośrodka na Kuch, w którym miano kontynuować to, co udało się osiągnąć na Ohama. Tworzono ją przez ostatnie dwa lata w najwyższej tajemnicy, brakowało kilku tygodni aby mogła ruszyć. Na Kuch planowano przenieść też cała Akademię. Jura 20 nie była odpowiednim miejscem do nauki, za dużo rozrywek dla specjalistów. Na małej bezludnej planecie będą w końcu mogli zająć się tym, do czego ich tworzono.
Niezawodny słuch ostrzegł go, że oprócz służebnego chłopca zbliża się ktoś jeszcze. Nie podniósł się jednak aby sprawdzić, kto przeszedł go odwiedzić. Chłopak uzupełniał jego szklankę, gdy do wygodnego fotela na którym się wylegiwał podszedł lokaj i zaanonsował w miejscowym języku przybyłych. Gospodarz skinął tylko głową, zezwalając na przyprowadzenie niezapowiedzianych gości. Wysoki, błękitnooki, uśmiechnięty pół

3




ziemianin, pół krygijczyk podszedł do niego z prawie szczerym uśmiechem.
- Cieszę się, widzieć Pana w zdrowiu, Do Doku. – Skłonił się lekko Wiliani. – Przepraszam za najście, ale nie udało mi się porozmawiać z Panem na ostatnich obradach…
- Nic dziwnego, nie było mnie. – Przerwał mu. – Siadaj! – Powiedział rozkazującym tonem i skierował kilka słów do służącego.
Przez chwilę przyglądał mu się spod zmrużonych powiek. Nigdy nie lubił Wilianiego Adery. Był zbyt ambitny, zimny i logiczny. Nie sposób było jednak nie przyznać, że był przy tym piekielnie inteligentny i sprawny w działaniu. Dla Do Doku był jak maszyna, bezustannie przeliczająca tabelki i analizująca wyniki. Zero polotu i emocji. Dla niego tacy ludzie byli przede wszystkim skrajnie niebezpieczni, nie wiedzieli gdzie są ich granice.
- Przypomnę ci tylko, że jestem na wakacjach – powiedział, gdy chłopak napełnił szklankę Wilianiego. – Więc cokolwiek masz do mnie, mam nadzieję, że nie popsujesz mi humoru.
Wiliani upił łyk dla odwagi i z trudem się nie skrzywił. Do Doku lubił bardzo mocne alkohole.
- Coraz częściej dochodzą mnie głosy naszych

4




dowódców. Chcą lecieć na Ziemię. Uważają, że zatrzymanie floty kilka miesięcy temu było błędem i straciliśmy efekt zaskoczenia...
- Nie obchodzi mnie co uważają!- Do Doku wyprostował się gwałtownie na krześle i wpił swoje oczy w twarz Wilianiego. – Chcieli lecieć? Czym, albo raczej powinienem powiedzieć, z kim? Nie dosyć, że na fiasku z kupnem Omy straciliśmy sporo specjalistów, to kilkudziesięciu zwiało, jak tylko się dowiedzieli co się stało. Chcesz mi powiedzieć jak się dowiedzieli? – Wyciągnął w jego kierunku kościsty palec, po czym wstał i obserwując widoki, mówił dalej. – Ledwo co odbudowaliśmy zasoby ludzkie, a nie są takiej jakości jak wcześniej.
- Poradzimy sobie! Ziemia ma teraz naszych najlepszych specjalistów, krok po kroku będą nadrabiać zaległości!
- Nawet ci, cenni specjaliści, nie wiedzą wszystkiego. –Prychnął z pogardą. – Ziemia też nie. Wiesz przecież , że nie wszystko było raportowane. Nie jesteśmy też pewni kto przeżył na Comdorii.
- Ale z naszymi ludźmi tam, mogą powtórzyć procedury, które ….
- I zajmie im to piętnaście lat! – Do Doku ponownie nie pozwolił dokończyć

5




gościowi zdania. – My będziemy gotowi wcześniej. Zanim oni zdążą przyuczyć swoich naukowców, lub wykształcić nowych. Ich wojsko, też stoi na straconej pozycji. – Odwrócił się do Wilianiego. – To chłopaczki, którzy nigdy nikogo nie zabili, nie widzieli walki na oczy. Ba, większość nawet nie opuściła planety!
- I właśnie dlatego, teraz, mamy taką przewagę! – Niebieskooki mieszaniec upierał się przy swoim.
Do Dokku podszedł do stolika i uniósł szklankę do ust. Jednym haustem opróżnił ją do dna i skinął na służącego. Siłą woli powstrzymywał się, żeby nie wyrzucić gościa za drzwi. Irytował go, miał czelność przeszkadzać mu w wypoczynku. Nie uszanował jego decyzji jako Przewodniczącego. Parę miesięcy temu to jego głos przeważył o wstrzymaniu ataku na Ziemię i spowodował silne tarcia w Zarządzie organizacji. Ale jaka ta decyzja by nie była, rozłam i tak by się pojawił. Do Mogomi Daja nadchodziła zmiana nie tylko pokoleniowa , ale i ideologiczna. Do Doku Va zdawał sobie sprawę, że jego czas dobiegał końca, ale póki był Przewodniczącym, to jego zdanie się liczyło.
- Posłuchaj mnie! – Podniósł w

6




końcu głos i machnął w powietrzu ogonem niczym biczem. – Wiem, widzę, że czujesz się prawie już moim następcą. Ale informuję cię, że póki żyję, lub Rada nie zdecyduje inaczej, to ja jestem twoim szefem! Nachodzisz mnie, wcześniej wkręciłeś w te swoje matactwa mojego syna, a nie potrafiłeś dopilnować najpierw sprawy Ohama, a później kupna Omy! I ty chcesz atakować Ziemię?
Wiliani zbladł. Do Doku wypomniał mu najgorsze momenty z życia, musiał szybko się odgryźć, żeby nie zostać upokorzonym.
- Zaufałem złym ludziom! Ale Ki był jednym z nich! Wybrał dezercję, zamiast rodziny. Odrzucił twoją rękę, którą tak często mu podawałeś!
To był błąd. Wiliani spostrzegł to dokładnie w chwili gdy długie, sinawe palce chwyciły go za gardło. Spięta w nerwowym grymasie na wspomnienie syna, twarz Do Doku, była oczywistym obrazem furii.
- Mój syn, wybrał swoją drogę sam! Nie zawsze byłem z niej zadowolony, ale przynajmniej poznał się na tobie. – Wycedził pogardliwie w twarz Wilianiemu. – Jesteś zwykłym, małym gnojkiem, który wspiął się po plecach ojca na wysokie stanowisko. Nie dorastasz do pięt ani jemu, ani nawet

7




mojemu synowi. Nie wiesz kiedy należy się zamknąć i odejść!
Wiliani zagotował się w środku na słowa Do Doku. Czując kościste palce na swoim gardle, wiedział, że to ostatnia chwila, żeby ocalić swoje słabnące wpływy. Sięgnął do lewej kieszeni kaftana. Mały pneumatyczny dozownik, szybko znalazł się niezauważenie przy nieosłoniętej skórze dłoni Do Doku. Ten nie spostrzegł zagrożenia, dopóki nie poczuł znajomego rozpierania po dotknięciu strzykawki. Wściekłość w jego oczach nagle ustąpiła miejsca zdziwieniu i tak zastygła, nie pozwalając mu nawet zamrugać. Nawet nie walcząc , upadł na kamienne płyty tarasu, nadal patrząc na Wilianiego pustym, teraz już nic niewidzącym wzrokiem.
Wiliani uśmiechał się do siebie łagodnie, jak do dziecka, spoglądając przez okno swojej najnowszej Boji. Był zadowolony z przebiegu akcji.

8




Wyrazy: Znaki: