Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin
ikonka komentarza

Obraz jak sen

Autor: Adam Gabrysz twarz męska

grafika opisu

rozwiń




Nastało zimno, przenikliwe zimno mrożące łzy które ociekały po mych polikach gdy ujrzałem ją we śnie. Humanoidalna postać o rysach wygłodzonego człowieka z nadnaturalnie długimi kończynami przysunęła się bliżej mnie, mogłem poczuć jej zapach... zapach stęchlizny, potu i czegoś, czego opisać nie potrafię... położyła swą bezwłosą rękę na moje kolano po czym szepnęła nie otwierając ust jak ogromna blizna: „Jutro”

     Obudziłem się z krzykiem, cały w łzach, pocie i z ciągle wyczuwalnym, niemożliwym do opisania zapachem unoszącym się wokół. „Odwiedził mnie” to była pierwsza myśl jaka wpadła mi do głowy, natychmiast zeskoczyłem ze starego, śmierdzącego łóżka i chwyciłem małą, ale za to grubą książkę oprawioną w czarną skórę bydlęcą. Była już nadgryziona zębem czasu, z popękanej okładki dało się jeszcze wyczytać napis „Notatnik”. Otworzyłem ją, przekartkowałem do najbliższej niezapisanej strony co jakiś czas spoglądając na krótkie zapiski wieńczone szkicami ów przybysza na których zawsze rękoma wstydliwie zasłaniał twarz. Pusta, gotowa do wypełnienia kartka znalazła się mniej więcej w

1




połowie notesu, „To już dwa lata”, pomyślałem. „Dwa lata męki, strachu przed własnym cieniem i wiecznej izolacji we własnym domu”. Tak, zaiste dwa lata nie wychodziłem z własnego domu, w dobie dzisiejszej technologii zamawiałem jedzenie przez internet, a na życie zarabiałem malując obrazy. Słabo dochodowe zajęcie, ale mnie wystarczyło aby przeżyć. Chwyciłem stare, pozłacane pióro, pamiątka po ojcu i zapisałem:

      22 Kwiecień 2015 rok.

      Odwiedził mnie dziś, nie mówił za wiele. Pierwszy raz odważył się na dotyk, przez pierwszy rok w snach widywałem go jako cień, coś na ostatnim planie moich nocnych mar, teraz już nie kryje się ze swoim jestestwem, budzi to niepokój bo myślałem, że to kolejny wytwór mojej chorej wyobraźni, ale myliłem się. Niestety przez tak długi czas nie zdążyłem się mu przyjrzeć, zawsze gdy tylko staram się wyłapać szczegóły jego anatomii to wydaję się być bardzo smutny, w tym wściekły i rozgoryczony, jakby nie lubił gdy ktoś na niego patrzy. Kilka dni temu gdy również mnie odwiedził, z całych sił starałem się wypatrzyć tego jak wygląda, ale on zasłonił swą twarz i zaczął

2




przeraźliwie szlochać, gdy patrzyłem się dalej począł jęczeć, wrzeszczeć a następnie warczeć żałośnie, wtedy opuściłem wzrok a on odszedł.

     Jutro...co ma być jutro?

     
Skończyłem pisać. Odłożywszy notes na stary, drewniany stolik z ciemnego drewna, zdjąłem okulary i przetarłem oczy. Dobra, Adam mimo wszystko masz obraz do namalowania - powiedziałem na głos. Odszedłem od stolika i zajrzałem ukradkiem przez okno, niewiele widziałem bo było niemiłosiernie brudne. Przez grubą warstwę kurzu, ptasich odchodów i ogólnego syfu przebijały się promienie słoneczne. „Ładna pogoda”pomyślałem, ale cóż z tego skoro i tak nie wyjdę na zewnątrz, zbytnio się boję... Mimo, że dokładnie widuję go tylko w snach... a może... może to ON chcę żebym myślał, że to są sny? W każdym bądź razie prawie zawsze mam wrażenie, że widzę go kątem oka, stoi na swoich długich, chudych nogach i patrzy na mnie, jednakże gdy zwrócę swój wzrok w owe miejsce, okazuję się że nic tam nie ma... Pora zacząć pracę, obraz sam się nie namaluje.

     

     
Sztaluga na której stała deseczka była starsza ode mnie, należała do mojego dziadka. Nie

3




trzymam jej dlatego, że mam do niej sentyment. Po prostu nie stać mnie na kupno nowej, mimo że malowanie obrazów pozwala mi nie umrzeć z głodu, to nie mogę sobie pozwolić na nic innego... Dobrze, że jest ciepło. Bo inaczej musiałbym lwią część tego co zarobię wydać na opał.
Klient poprosił mnie abym namalował mu obraz sielanki nad jeziorem... Sielanki.. jakże obce i niespotkane dotąd przeze mnie zjawisko... Mimo to jestem profesjonalistą z szeroko rozwiniętą wyobraźnią, dam sobie radę!

     Kilka godzin później

      Arcydzieło! Krzyknąłem głośno. Odstąpiłem kilka kroków do tyłu i spojrzałem na obraz z różnych perspektyw. „Dałem z siebie wszystko” Pomyślałem klepiąc się mentalnie po ramieniu. Przez kilka następnych chwil zachwycałem się kompozycją barw i światłocieniem. Gdy już skończyłem się fascynować moim własnym kunsztem spakowałem obraz ceremonialnie w... szarą gazetę i zabezpieczyłem taśmą. Wyciągnąłem swój telefon który dostałem od przyjaciela na urodziny, była to jakaś stara nokia, żaden cud techniki, ale mi wystarczyła. Zadzwoniłem najpierw po moją przyjaciółkę Elizę aby przyjechała i

4




wysłała dla mnie ten obraz do kupca. Robiła to bardzo często, na szczęście nie dopytywała się dlaczego sam nie mogę tego zrobić... Nawet gdyby zapytała, skłamałbym, wymyślił historyjkę o skręconej kostce, czy coś w tym stylu. Następnie wybrałem numer Arkadiusza, człowieka który zlecił mi namalowanie obrazu. Krótko poinformowałem go o tym, że malowidło jest skończone i że będzie na pewno zadowolony.

      Po niespełna połowie godziny Eliza zapukała do mych drzwi, głupi ma zwyczaj bo wie, że i tak nie otwieram a ona ma przecież klucz. Następnie usłyszałem znajomy chrobot klucza o zamek i charakterystyczny dźwięk przekręcania mechanizmu. Drzwi skrzypnęły, przeraźliwie i głośno. Równie głośno trzasnęły zamykając się za nią. Wysoka, szczupła, jak na mój gust zbyt szczupła kobieta stanęła w progu drzwi do mojego pokoju. Włosy miała koloru kasztanowego, oczy zaś błękitne jak niebo w letnie popołudnie. Jej delikatne rysy twarzy skutecznie maskowały jej wiek, o który nie odważyłem się spytać, bo nie wypada. Ale na moje malarskie oko wyglądała na maksymalnie dwadzieścia pięć lat, a z moich domysłów miała około

5




dziesięć więcej. Mimo posiadania znikomej ilości tkanki tłuszczowej jej biodra i piersi były pokaźnych rozmiarów. Więc w skrócie można by było stwierdzić, że Eliza jest piękną kobietą. Co zaiste jest prawdą.

     Cześć, Adam. - powiedziała lekko unosząc brwi – mógłbyś wreszcie naoliwić te drzwi.
Witaj Elizo – odpowiedziałem uśmiechem – wierz mi, że miałem to zrobić, ale uprzedziłaś mnie swoim niebywale szybkim przyjazdem.
Tak, tak. Oczywiście miałeś to zrobić już za poprzednim razem, ale widocznie masz ważniejsze sprawy na głowie. Gdzie jest ten obraz?
Tutaj, proszę. - powiedziawszy to podałem jej pakunek.
Dzięki. O, widzę, że adres już napisałeś, to dobrze. Mam słabą pamięć do takich rzeczy i mogłabym zapomnieć.
Zostaniesz na jakąś herbat... - Urwałem w pół zdania, bo przypomniałem sobie, że nie mam herbaty.
Nie, śpieszę się. Mam kilka ważnych spraw do załatwienia na mieście. Do zobaczenia.
Do zobaczenia. I dzięki za fatygę.

     Odpowiedział mi jedynie trzask zamykających się drzwi.

     No nic – powiedziałem głośno sam do siebie. „Pora posprzątać” dodałem w myśli upychając już dobrze wysłużony

6




stelaż do niemniej wysłużonej szafki. „No, farby kiedyś tam zgarnę...” zwieńczyłem mój arcytrudny wysiłek wytłumaczeniem, że kiedyś znowu będę musiał przelać swoje myśli na płótno, więc nie ma co sprzątać, bo i tak się pobrudzi, nie?

      Dzień miał się już ku końcowi, z jednej strony przerażała mnie ta myśl, bo wiązała się ona z odwiedzinami mojego „nieśmiałego gościa”. Z drugiej zaś strony byłem potwornie zmęczony i sen był mi potrzebny jak nikomu innemu. Hmmm... „nieśmiałek”... ciekawa nazwa na to COŚ i jakże adekwatna, nazwa na obraz w sam ra... Szybkim ruchem uderzyłem się w czoło, „Idiota, normalnie debil i bezmózg.. Jak mogę myśleć o nadawaniu mu jakichś nazw.. nie wspominając już o malowaniu obrazu o jego tematyce.” skarciłem się w myślach. Po czym ległem na łóżko, na tyle gwałtownie że tumany kurzu wzniosły się prawie aż po sam sufit.

      Ughh... te poduszki od co najmniej roku powinny gnić na jednej z tych wielkich hałd wszelakiego śmiecia produkowanego przez człowieka i zanieczyszczającego środowisko poprzez okres rozkładu wynoszący najmniej setki lat, ale nie gniją... nie gniją

7




tam, bo gniją tutaj razem ze mną w tym łóżku.

      Trzask, ryk i płacz – te trzy dźwięki przeplatały się ze sobą tworząc potworny, ale zarazem mający coś tajemniczo-pięknego w sobie kakofoniczny akompaniament do koszmaru jaki dzisiejszej nocy mi się przyśnił, jednak to nie był ON, tutaj chodziło o coś innego. Nim go ujrzałem do moich nozdrzy dostał się przykro kojarzący się znajomy zapach nieznanej mi natury... Nieśmiałek – chcąc, nie chcąc zacząłem go tak nazywać tym razem tylko stał nade mną, tuż przy łóżku.. ale wydawał się być nie zainteresowany mną, jedynie spoglądał w górę, na sufit mojej sypialni... ja idąc jego śladem również skierowałem swój wzrok tam gdzie on. Spodziewałem się zobaczyć hodowlę wszelkich rodzai grzybów, pleśni i innych narośli które tworzy wilgoć na tynku.. ale nie tym razem, miast grzybów ujrzałem coś.. coś demonicznie fascynującego, diablo pięknego ale odrażającego i przyprawiającego o wymioty zarazem... był to obraz batalii na morzu, na statkach z trupich paznokci... nie, zaraz... nagle statki zamieniły się w wielkie, strzeliste wieże, a ocean z ciemnej posoki przybrał

8




kształt zamczyska, całego w dziurach, jakby pustych oczodołach z których toczy się ciemna jak noc krew z okazjonalnymi częściami ludzkiego ciała w różnym stopniu rozkładu... chwila, gdzie jest upiory zamek? Teraz widzę tam tylko twarz.. twarz mężczyzny w sile wieku który... dynda na żyrandolu... wszystko jakby w przyspieszonym tempie, jego ciało zaczęło się rozkładać, ale nie w normalny sposób, jak to jest zazwyczaj.. wyglądało to raczej na rozrost jego kończyn kosztem tkanki tłuszczowej i mięśniowej, w skrócie mówiąc zaczął się.. wypaczać. Ani się obejrzałem a jego usta zrosły się w jedną, wielką bliznę... dokładnie taką, jaka wisiała teraz nade mną... Musiał podejść gdy ja byłem zajęty oglądaniem (nie)cudu architektury zamku z oczodołów. Teraz mogłem się przyjrzeć jego twarzy... była nad wyraz ludzka, sprawiała wrażenie smutnej, tak smutnej, że aż chciałoby się przytulić jej właściciela aby ten przestał się tak strasznie smucić, ale był jeden fakt który sprawiał, że uczucie te znikało w jednej chwili... jego oczy. Pełne nienawiści, żądzy mordu i masakrowania oczy zdradzały wszystko... i zarazem nie

9




zdradzały nic. Nos miał... oglądaliście kiedyś Harrego Pottera? Przypomnijcie sobie Voldemorta... taak dokładnie tak wyglądał jego „nos”. Blizna która była kiedyś ustami zaczęła się energicznie poruszać... w pewnym momencie pękła chlapiąc mnie resztkami skóry i krwi, odsłaniając pustkę, bezdenną czerń która wręcz wylewała się z jego ust. Nagle usłyszałem najstraszniejszy krzyk, który dosłownie zmroził krew w żyłach, wysokie tony uderzały w moje bębenki niczym młoty w kuźni samego Antychrysta, pana Zniszczenia. Czułem jak mrok spływał na moją twarz zalewając moje rozdziawione z przerażenia usta i nos. Zastanawialiście się kiedyś jak smakuje mrok w esencji? Ja nie. Ale ja w przeciwieństwie do was się dowiedziałem. Smak pustki paradoksalnie nie był pusty... oj nie. Był pełny goryczy, cierpienia i żalu. Zapach zaś mroku jest dość niespodziewany, ale łatwy do wyobrażenia, wystarczy, że wsadzicie nos w gówno, najlepiej takie jeszcze świeże. Gdy zacząłem się dusić cierpieniem i pożogą poczułem jakbym zemdlał.. ale nie... ja się OBUDZIŁEM.

      Gdy tylko otworzyłem oczy wszystko było w jak najlepszym porządku,

10




smród starych poduszek znowu przyjemnie drażnił mój zmysł węchu, a grzyby na suficie nie były już statkami z trupich paznokci ani zamkiem. Wstał kolejny dzień.

      Do południa niewiele zdążyłem zrobić, jedynie krążyłem po domu, od pokoju do pokoju nie wiedząc co czynić, koszmar był tym razem wyjątkowo... realny i abstrakcyjny. Moją pielgrzymkę przerwało coś wibrującego w prawej kieszeni. Telefon. Podniosłem niewielkie urządzenie do oczu i zobaczyłem nieznany numer. Odebrałem, bo cóż innego miałem zrobić? Może to nowy klient.

     Halo? - rzuciłem niechętnie.
Witam pana, ja w sprawie obrazu. - Nie rozpoznałem głosu, więc uznałem, że moje przypuszczenia się potwierdziły.
Słucham, w czym rzecz?
Można u pana zamówić jakiś malunek?
Owszem, można.
Świetnie. Interesowałby mnie obraz o...

      Da się zrobić – rzuciłem na sam koniec i odłożyłem telefon na stół, starając się utrafić miejsce gdzie nie przykleiłby się do brudu.
Coś mnie uderzyło, jakby ktoś ciężkim wojskowym butem sprzedał kopniaka prosto w brzuch, w głowie mi zawirowało a żołądek podszedł pod samo gardło. Upadłem najpierw na klęczki, trzymając

11




sztywno głowę która sprawiała wrażenie napompowanej za mocno piłki której za chwilę puszczą szwy, przymknąwszy oczy w obawie wylecenia ich z orbit zwymiotowałem raz, potem następny i kolejny. Gdy już nie miałem czym wymiotować dopadł mnie atak najbardziej gwałtownego kaszlu, dosłownie wyplułem płuca. I tak leżąc w kałuży z resztek moich skromnych posiłków i soków trawiennych płakałem, nie wiedziałem dlaczego, ból już ustał dobrą godzinę temu a ja dalej szlochałem niczym noworodek wyciągnięty z bezpiecznego łona matki na ten padół łez. Po dobrych kilku latach tarzania się jak prosię we własnych płynach ustrojowych i nie tylko, pozbierałem się do kupy.
Obraz dalej mi się rozmazywał, sprawiało to wrażenie upojenia alkoholowego, ale nie było w tym nic przyjemnego, mało tego czułem się tak jakbym razem ze śniadaniem pozbył się resztki radości z życia. Cały brudny doczłapałem się do łazienki zostawiając ślady stóp na widok których każda gospodynia domowa dostałaby ataku padaczkowego. Łazienka swoim stanem nie odstępowała reszcie domostwa, ba – była chlubą. Pobite zwierciadło, pęknięta umywalka i złoty,

12




ale nie ze złota tron, miejsce gdzie król chodzi pieszo. Na szybko pozbyłem się okrycia wierzchniego które zwinąwszy w pokaźnych rozmiarów kulę cisnąłem w kąt, za pralkę która pamiętała jeszcze chrzest polski. Zupełnie nagi, tak jak mnie natura? Bóg? Ufo? Ojciec i matka stworzyli wkroczyłem do swojego pokoju, ordynarnie ale z gracją wytarłem stopy z resztek jedzenia, w których doszukałem się chleba razowego i szynki, w dywan i ubrałem nowe (nie)czyste ubrania i przystąpiłem do sprzątania, nie myśląc nad przyczyną owego zdarzenia.

     

     

     

13




Wyrazy: Znaki: