Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Teoikonka kopiowania

Autor: Gilbert twarz męska

grafika opisu

rozwiń




1.

     
- Myślisz, że dam sobie radę, mamo?
- Chodź tu – objęła go jak wtedy, gdy był małym chłopcem – już nie pamiętam kiedy powiedziałeś do mnie mamo. Jesteś jego jedyną szansą.
- Nie wiem co myśleć.
- Zaufaj sobie i zaufaj jemu. Nie myśl. Czuj – zmrużyła wilgotne oczy głaszcząc go po głowie – po prostu przyprowadź go do mnie.
- Jak mam do niego dotrzeć?
- Musisz pozwolić by to on znalazł ciebie, to jedyna droga.
Lekarz uchylił szklane drzwi pokoju. Kiwnął głowa. Oboje nawet nie drgnęli.
- Już czas. - głos miał spokojny jak nigdy - Wszystko gotowe.

     

      Doris przymknęła oczy i odchyliła lekko głowę rozpuszczając włosy. Chciała pozwolić słońcu przeniknąć w każdy zakamarek jej skóry. Stara zielona ławka, na której siedziała, była na tyle wygodna, że pozwalała utrzymać się w tej pozycji w nieskończoność. Włosy lekko ruszane przez wiatr dawały wrażenie nieważkości. Lubiła ten miejski park o tej porze roku. Szczególnie w słonecznie dni. Wszyscy w tym miasteczku go lubili. I można by powiedzieć, że w ciepłe dni wszyscy tu byli. Ale nie było gwaru. Każdy jakby podświadomie delektował się

1




spokojem i zapachem świeżej trawy. Nawet dzieci bawiły się ciszej.
Nie myślała o niczym. Była. Za niecałą godzinę miała być z powrotem w klinice i wiedząc co ją czeka wolała się wyłączyć. Zawód psychiatry dawał jej wielka satysfakcję, jednak od czasu do czasu doprowadzał do odrętwienia, musiała się spinać w sobie by nie eksplodować. Nie czuła wtedy tego luzu, tej pewności siebie, która doprowadziła ją w to miejsce. Ale miała swój park, swoja ławeczkę tuż obok niedawno zasadzonych, młodych drzewek. I miała słońce.
Tutaj czas był dla niej czymś czego nie było.
Poprawiła torebkę na kolanach, zasłoniła spódnicą kolano i na ułamek chwili otworzyła oczy. Nagle poczuła się nieswojo. Odniosła wrażenie, że nie jest w tej chwili sama. Spojrzała przed siebie. Kilka ławek dalej siedział dziwnie wyprostowany mężczyzna. Światło słoneczne rozpraszało jej widok, ale wyraźnie odczuła jego wzrok na sobie. I nie zwróciła by na niego uwagi gdyby nie miał tego czegoś, co znała. Tej postury, tego kształtu, jakby znajomej sylwetki. Od razu przyszedł jej na myśl Oliwier. Miała świadomość, że jej mąż dość często

2




zaskakiwał ja w ten sposób, lecz to nie mógł być on. Wracał teraz ze zgrupowania, kilkanaście minut temu nawet z nim rozmawiała, wiedziała dokładnie gdzie jest i kiedy się znowu z nim zobaczy. Był bardzo konkretnym, poukładanym facetem, dawało jej to poczucie pewności. Ceniła go za to.
Nieznajomy jakby delikatnie się uśmiechnął, ale Doris nie miała w zwyczaju odwzajemniać uśmiechów, zwłaszcza w chwili kiedy to był czas tylko dla niej, istniała tu sama. I czuła, że wszystko wokół odczuwa tą chwilę tak samo, a przynajmniej wszystko wokół tak ją odczuwać powinno. Torebka zabzyczała w środku. Telefon. Wzięła głęboki oddech i powoli wypuściła powietrze. Nie, dzisiaj nie odpocznie! Szukając pospiesznie komórki spojrzała w stronę tej ławki, na której siedział mężczyzna. Był tam i ciągle się w nią wpatrywał. Nie wiedziała czemu ale odniosła wrażenie jakby on do niej dzwonił, zmrużyła oczy by dojrzeć czy trzyma w ręku telefon, ale nie miał. Jest. Komórka wpadła jej w rękę. Nie znała tego numeru.
- Pani Keller? Dorota Keller? - miły kobiecy głos zdawał się drżeć – Pani mąż brał udział w wypadku

3




samochodowym, jakieś pół godziny temu, zaraz przy zjeździe z autostrady. Jest teraz w drodze do szpitala. Powinien tam dotrzeć lada moment.
Zrobiło się jej zimno. Zaschnięte gardło nie wydało z siebie żadnego dźwięku. Musiała się wysilić by coś odpowiedzieć. Podniosła się szybko, złapała opartą o ławkę teczkę z dokumentami i ruszyła przed siebie. Nie wiedziała czemu ale odwróciła się w stronę nieznajomego. Siedział tam dalej, dalej się uśmiechał, odniosła wrażenie ze poruszył ustami i powiedział, że będzie dobrze.
A może po prostu chciała by to teraz usłyszeć?

      Nie wiedziała dlaczego ruszyła pieszo w stronę szpitala. Nie pomyślała o taksówce lub czymkolwiek innym. Po prostu wstała i zaczęła biec. Słońce zaszło, kilka szarych chmur pojawiło się złowrogo. Biegnąc poczuła zapach deszczu. Przed oczami miała Oliwiera. Uśmiechał się. Zawsze mówił, że lubi deszcz. Szczególnie w parne dni, kiedy czyści powietrze i nawet wieczorem można poczuć poranny chłód. Zrobiło się jej zimno. I jakoś tak cicho.
Słyszała jak ciężko oddycha biegnąc. Mijała ludzi, eleganckie buty stukały o chodnik a Doris oddychała

4




głośno. Nie docierało do niej co się stało. Natłok myśli, a między nimi wpatrzona w nią uśmiechnięta twarz męża, wprawił ją w stan odrętwienia. Sunęła trącając ludzi, uderzając w latarnie, ktoś kilka razy coś do niej krzyknął. Podświadomie chciała wierzyć, że nic nie mogło się stać złego. Oliwier był niezwykle silnym mężczyzną, wysportowanym i zawsze pewnym siebie. Czuła się przy nim bezpiecznie i nigdy nie wyobrażała, iż jest coś lub ktoś, co może naruszyć ten stan. Był zorganizowany, nie robił niczego co wykraczało poza granice, które sam wyznaczał. Z wewnątrz mogło by to się wydawać nudne, ale dla niej było to oznaką bezpieczeństwa.
Poczuła krople deszczu na twarzy. Ściemniło się jeszcze bardziej i zimny wiatr rozproszył jej włosy. Zatrzymała się na skrzyżowaniu. Lało już mocniej, a deszcz spływał jej po policzkach niczym łzy. Dlaczego tu jest taki ruch o tej porze? Szpital był kilka ulic dalej. Wiedziała, że za chwilę będzie już na miejscu i bała się tego okropnie. Ale gdy tylko światło zmieniło się na zielone ruszyła pełną parą by być tam jak najszybciej.
Stanęła prze wielkimi szklanymi

5




drzwiami, wzięła głęboki oddech, zacisnęła zęby i jednym mocnym pchnięciem znalazła się w środku. W jednej chwili ruch uliczny zamienił się w ciszę szpitalną. Zupełnie ją to zaskoczyło. Spodziewała się biegających lekarzy, pacjentów po brzegi i totalnego chaosu. Tymczasem kojące spojrzenie pani w recepcji przyciągnęło ją do siebie.
-Proszę pani szukam męża, przywieziono go tutaj z wypadku – powiedziała jednym tchem - Oliwier Keller, mój mąż.
Kilka szybkich kliknięć w klawiaturę recepcjonistki trwało wieczność.
- Tak, tak. Pacjent jest na bloku operacyjnym, za chwilę ktoś do pani zejdzie. Proszę poczekać – ruchem ręki wskazała Doris miejsce, gdzie mogła usiąść – proszę się nie denerwować.
Doris wzięła głęboki oddech, odgarnęła mokre włosy, już nie deszcz spływał jej po policzkach. Usiadła. Z trudem panując nad drżeniem rąk wyciągnęła telefon. Zawsze gdy coś się działo niedobrego dzwoniła do męża. Obróciła go parę razy w ręku i schowała z powrotem. Oparła się wygodnie jak jeszcze niedawno na słonecznej ławce w parku i starała się zebrać myśli. Przymrużyła oczy jakby słońce nadal

6




raziło ją w oczy. Chciała na chwilę się uspokoić i jakoś to sobie poukładać.
Młody mężczyzna w białym fartuchu stanął naprzeciw niej. Otworzyła oczy i zerwała się z krzesła lecz on powstrzymał ją kładąc jej rękę na ramieniu.
- Niech pani siedzi. Proszę się nie bać. Wszystko będzie w porządku. Mąż ma silny organizm. Wyjdzie z tego.
Milion pytań przewinęło się jej przez głowę ale nie mogła wydusić z siebie słowa. Stał przed nią ten sam człowiek, którego jeszcze chwilę temu widziała w parku. Ten sam uśmiech, ta sama sylwetka.
- Proszę tu jeszcze chwilę poczekać – mężczyzna uśmiechnął się delikatnie i ruszył w głąb szpitalnego korytarza. Doris zdumiona odprowadziła go wzrokiem ale nie ruszyła się z miejsca. Na czas jednego oddechu odczuła dziwny wewnętrzny spokój.
Kilka sekund później delikatny ale donośny głos recepcjonistki wskazał jej drogę. Pospiesznie wstała i ruszyła w stronę, gdzie przed chwilą zniknął doktor. Za zakrętem zobaczyła starszego, poważnie wyglądającego lekarza. Podeszła do niego.
- Panie doktorze, chciałabym się dowiedzieć co się dzieje z moim mężem, nazywam się Dorota

7




Keller, mąż miał wypadek, chwilę temu inny lekarz kazał mi czekać. Nie mam żadnych informacji! - podniosła głos mimowolnie.
- Nie wiem kto z panią rozmawiał ale ja jestem teraz tutaj sam na oddziale. Reszta lekarzy jest na salach operacyjnych. Pani mąż brał udział w karambolu na autostradzie. Jest teraz operowany. Wszystkiego dowiemy się po operacji. Na razie musi pani czekać.
- Ale...
- Proszę czekać – przerwał jej lekarz – nic więcej nie jestem w stanie pani powiedzieć. Odwrócił się zniknął zamykając za sobą drzwi jednej z sal.
Doris wróciła na krzesło. Zrezygnowana oparła się i próbowała się uspokoić, zebrać myśli. Chciała by do kogoś zadzwonić, z kimś porozmawiać. Ale zdała sobie sprawę, że najbliższą jej osobą jest Oliwier i tylko on mógłby ją teraz pocieszyć.
Nikt inny. Kochała go a on kochał ją. A teraz wszystko to było w rękach losu i lekarzy. Zamknęła oczy. Znów przez chwilę była w słonecznym parku gdzie jeszcze niedawno grzała się, odcinając od świata zewnętrznego, świata, który teraz może się zawalić.
- Wstań, biegnij dalej! – takie pierwsze słowa usłyszała z ust Oliwiera i te

8




słowa trzymają się jej do dziś. Podał jej wtedy silną rękę w parku, postawił na nogi by mogła biec dalej. Ale nie pobiegła. Zostali razem. On był silnym, postawnym mężczyzną, zajmował się sportem, pracował z ludźmi. Ona drobna studentka trzeciego roku psychiatrii była pełną energii entuzjastką naprawiania świata. Urzekła ją w nim jego indywidualność, wielki dystans do wszystkiego i wszystkich mimo pracy z ludźmi i dla ludzi. Nie był samotnikiem ale tez nie można było powiedzieć, że był popularny, a nawet lubiany. Wymagał wiele od siebie i jeszcze więcej od innych.
Kiedy spotykał ją niby przypadkiem na ulicy i zabierał gdzieś by pobyć tylko we dwoje czuła się bezpiecznie. Wraz z nim odcinała się od reszty świata, nabierała siły, a on robił wszystko by trzymać ją tylko dla siebie. Zgodziła się bez chwili zawahania by zamieszkali razem, a po roku od spotkania w parku wsunął na jej palec pierścionek.
- Proszę pani – cichy głos pielęgniarki wyrwał Doris z zamyślenia. Nie miała pojęcia jak długo tak trwała w bezruchu ale gdy się podniosła zachwiała się na odrętwiałych nogach a wyschnięte usta wydawały się

9




drżeć.
Chwiejnym krokiem, ściskając torebkę w ręku ruszyła na spotkanie z doktorem. Czekał na nią przed salą operacyjną, z kroplami potu na czole, oddychał głęboko. Gdy podeszła zaczął mówić bez zawahania, wyraźnie chciał mieć to już za sobą.
- Poskładaliśmy pani męża jak tylko mogliśmy, obojczyk, lewa noga, żebra, wszystko to z czasem dojdzie do normalności. Silny człowiek. - nabrał powietrza – niestety kilka kręgów szyjnych zostało poważnie naruszonych.
- Będzie żył?
- Jego życiu nie zagraża nic, obawiam się jednak, że jeśli potwierdzi się najgorsze, może mieć niedowład kończyn dolnych – lekarz starał się być rzeczowy.
- Jak mam to rozumieć?
- Może na początku mieć problem z chodzeniem, ale tak naprawdę wszystkiego dowiemy się z czasem. Proszę być dobrej myśli. - położył jej rękę na ramieniu – niech pani idzie zobaczy męża, jest dalej w narkozie ale potrzebuje tego, teraz przepraszam bardzo, mam jeszcze kilka takich rozmów.

      Drżącą rękę oparła na drzwiach do sali. Ciężki oddech pomógł jej pchnąć je do środka. Przywitała ją prawie zupełna cisza, przerywana tylko rytmicznym

10




syczeniem aparatury. Jego oddech zdawał się wypełniać pomieszczenie. Żył. Leżał tam nieruchomo cały w rurkach i opatrunkach. Przykryty na biało wydał się jej taki spokojny. Zbliżyła się do niego. Ułamek sekundy wahała się czy może dotknąć jego ręki lecz końcu musnęła dłoń męża.
- Oli... - przełknęła ślinę i stłumiła w sobie płacz. Zawsze powtarzał jej, że cokolwiek by się nie działo trzeba być silnym. Albo udawać silnego. On nigdy nie rozczulał się nad nikim. Nikim z wyjątkiem jej. Usiadła obok łóżka i spuściła głowę. Wodospad myśli przygniatał ją od środka.
Wyglądał tak spokojnie. Zresztą zawsze taki był. Ale potrafił się szybko zmienić, kiedy to było naprawdę potrzebne. Wiedziała to Dorota i widzieli to wszyscy wokół niego. Miał w sobie nieograniczoną energię, którą zdawał się kontrolować. Żonglował emocjami innych. Sam trzymał swój łańcuch napięty ale zawsze trzymał go krótko. Teraz tego potrzebowała. Szukała w głowie jego słów. Gestów. Wiedziała, że będąc na jej miejscu wiedziałby co robić. Nie wahałby się przez moment.
Poczuła nagle ukłucie w brzuchu. Odruchowo

11




chwyciła nieruchomego męża za rękę i ścisnęła mocno. Wzięła głęboki oddech i zacisnęła rękę jeszcze mocniej. Usłyszała syczenie świetlówki. Spojrzała w górę na migające światło. Piskliwy jednolity dźwięk wydobył się z aparatury, do której podpięty był Oli. Spróbowała wydobyć z siebie głos lecz ponowna fala bólu przeszyła jej wnętrze. Skuliła się w sobie. Dłoń męża wyślizgnęła się z jej uścisku. Osuwając się na ziemie usłyszała trzask z hukiem otwieranych drzwi. Nie zdążyła upaść. Ktoś trzymał ją mocno a ona bezwładnie szukała reki Oliwiera.
- Oli...

12




Wyrazy: Znaki: