Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin
ikonka komentarza

Opowieści mojego dzieciństwa

Autor: Killjoy twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




W latach, gdy chodziłam do podstawówki zajęcia z niemieckiego odbywały się w podziemiach szkoły. Źródłem światła w sali były małe okienka, zza których szyb mogliśmy podziwiać nogi od kostki do poziomu kolan innych uczniów, którzy grali w piłkę lub inne gry zespołowe na dziedzińcu szkoły. Oczywiście, świetliki zostały okratowane z zewnątrz, by nie narażać dyrekcji na dodatkowe szkody. Wszystkie te elementy powodowały, że atmosfera pomieszczenia, gdzie podczas lekcji odmienialiśmy w myślach czasownik hassen na wszystkie możliwe sposoby, była wyjątkowo klaustrofobiczna. Zawsze przynosiła mi na myśl skojarzenia z więzieniem. Pamiętam, że tego dnia – ostatniego ciepłego dnia tej jesieni, gdy cienie krat kładły się po całej sali, wyjątkowo tęskniłam za wolnością lata. Chyba właśnie dlatego, zamiast słuchać nauczycielki wolałam obserwować średnio ciekawy, widok za oknem. Pod koniec lekcji zauważyłam coś dziwnego. Chłopcy, którzy do tej pory biegali za piłką, odbijali między sobą coś czarnego. Z tej odległości ciężko było mi określić co to, ale szybko moja ciekawość została zaspokojona. Nagle, to coś,

1




kopnięte z dużą siłą przez otyłego Marcina z równoległej klasy, poleciało prosto na jedną z szyb naszej sali. Okazało się, że to pisklę dosyć sporego ptaka. Jego mała główka utknęła między kratami, a otwarty dziób i rozpaczliwe trzepotanie skrzydeł wywołało przenikliwy pisk wśród damskiej części klasy. Pamiętam, że germanistka powiedziała coś w stylu: Jak tak można? Ale natychmiast wróciła do dalszego prowadzenia zajęć. Kompletnie nieczuła na krzywdę zwierzęcia. Dzięki Bogu - zadzwonił wtedy dzwonek. Pobiegłam do sklepiku szkolnego i poprosiłam o jeden z kartonów. Następnie, wyszłam z nim na dziedziniec szkolny, rozgoniłam młodocianych socjopatów, którzy w tym czasie nadal znęcali się nad biednym ptakiem - dżgając go patykami. Uwolniłam jego głowę z pułapki i wsadziłam wymęczone pisklę do kartonu. Potem, ujmując rzecz kolokwialnie, olałam resztę zajęć i poszłam z nim do domu. Oczywiście, nie spotkało się to z aprobatą mojej wychowawczyni, zwłaszcza że nadal chodziłam do podstawówki, ale ostatecznie nie dostałam żadnej uwagi do dziennika. Ptak, na szczęście, nie ma niczego złamanego. Do tej pory moje

2




działania dyktowała adrenalina i zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę nie wiem, co zrobić z tym ptakiem. Nie zastanawiałam się jednak nad tym długo, bo zrozumiałam, że po opatrzeniu w drugiej kolejności powinnam je nakarmić. Pisklę w pierwszych godzinach krzyczało przeraźliwie doprowadzając do szału moją i tak znerwicowaną matkę. Ostatecznie, za radą ojca wzięłam łopatę, poszłam za garaże przy naszym bloku i w wilgotniej ziemi zaczęłam szukać dżdżownic i innego robactwa. Po jakiejś godzinie miałam już całkiem imponującej wielkości słoik. Na szczęście, Hektor – jak nazwałam i jak poźniej okazało się był pisklęciem kruka, połykał robaki w całości i nie musiałam ich dodatkowo rozdrabniać. Podawałam mu je pęsetą do brwi. Ptak był w większości pokryty szarym puchem, ale od spodu miał już piękne, czarne pióra w świetle słońca połyskujące fioletem. Nie lubił siedzieć w kartonie, który starałam się przystosować do wyglądu gniazda wyściełając je małym kocem. Właściwie już po kilku dniach chciał być wszędzie tam gdzie ja. Zabawnie podskakując chodził za mną po całym domu. Lubił spać na mojej

3




głowie tworząc sobie na nim widocznie bardziej przytulne posłanie. Bardzo szybko rósł i potrzebował coraz więcej jedzenia. Strzałem w dziesiątkę okazało się kupowanie robaków na ryby, ale nie zmieniało to faktu, że łopata była od tego momentu moim nieodłącznym atrybutem. Hektor i ja szybko otrzymaliśmy status miejscowej atrakcji. Nie widziałam potrzeby zdejmowania mojego kruka z ramienia lub głowy, gdy np. wychodziłam na klatkę schodową, by sprawdzić co przyniósł listonosz. Niestety, jego pazurki stawały się również coraz ostrzejsze i wkrótce mogłam go trzymać tylko i wyłącznie na ogrodniczej rękawicy. Nie szybko zaakceptował tę zmianę. Wychodzenie na dwór z Hektorem również sprawiało wiele problemów. Każdy spacer sprawiał, że stawałam się bohaterem filmu Hitchocka. Momentalnie wszystkie kawki, kruki, gawrony - całe żałobne ptactwo zaczynało krążyć nad naszymi głowami. Obsiadały drzewa, bloki, chodniki. Nawoływały się, obserwowały nas. Było to naprawdę przerażające. Zanim Hektor trafił pod mój dach – raczej nie zwracałam uwagi na te ptaki. Były, po prostu, stałym elementem krajobrazu. Nie oczekiwałam po

4




nich jakiegoś zorganizowania, głębszych uczuć, a w tym momencie - zwierzęta, które codziennie omijałam, miały teraz konkretny plan - zabić mojego małego towarzysza. Byłam pewna, że gdyby nie moja obecność, zaatakowałyby go bez wahania. Hektor też źle reagował na spacery. Choć zwykle lubił przesiadywać na moim ramieniu - uciekał z niego i instynktownie chował się pod najbliższe krzaki. Szybko więc z nich zrezygnowaliśmy. Jakiś miesiąc później nadszedł ten dzień. Moja matka miała to jedno ze swoich nerwicowych wahań nastrojów.

Masz natychmiast to wypieprzyć, to tylko smród robi i hałasuje. Wyjeb to!

Miała, na myśli-oczywiście Hektora. Na podwórku był wieczór i większość ptaków wróciła do swoich gniazd. Dosyć szybko to zaobserwowałam. Nie mieliśmy wtedy problemów z krótkimi pobytami na dworze. Ponieważ krzyki mojej matki napędzały Hektora i również powodowały jego głośny skrzek, obawiałam się, że rodzicielka może zrobić mu krzywdę. Powzięłam więc plan. Wzięłam kruka i posadziłam go na samotnym drzewie, niedaleko domu. Nie wiem, co wtedy myślałam. Sama byłam chyba roztrzęsiona po nieoczekiwanym

5




wybuchu matki. Stwierdziłam, że odbiorę Hektora po tym, jak rodzicielka się uspokoi. Rzeczywiście, po około 15 minutach matka zaczęła pytać o kruka. Szczęśliwa, wróciłam po Hektora. Już po wszystkim - myślałam z ulgą. Kiedy pobiegłam do drzewa na której go zostawiłam - na gałęzi nie było już po nim śladu. Leżał pod drzewem. Bez głowy. A nad nim stał kot. Właśnie zżerał jego ciało. Widziałam tylko krew, która sączyła się z korpusu mojego przyjaciela. Uciekłam z krzykiem. Długo płakałam. Matka przyjęła to w sobie zwyczajny sposób - z obojętnością.

Właśnie dlatego nie lubię kotów.

6




Wyrazy: Znaki: