Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Niebieski smierzchikonka kopiowania

Autor: BonjurBuonegiorno twarz męska

grafika opisu

rozwiń




Potarł nos zupełnie nieświadomie. We śnie jakaś dama podała mu nawet chustkę. Bez emocji oglądał swój pokój rozświetlony jaskrawym, niebieskim światłem bijącym z okien. Półprzymknięte oczy rejestrowały majaczące sylwetki niebieskich mebli. Coś działo się poza głębiną snu mieszając bodźce realnego świata ze światem sennych fantazji. Był wielorybem. Oglądanie kształtów, które nie miały kolorów poza intensywnym błękitem i czernią było całkiem przyjemne i dziwne. Właśnie miał wydać przeciągły śpiew godowy, kiedy zerwał się wystraszony. To się działo naprawdę. Natychmiast otrzeźwiał. W kolejnej chwili usiadł, a jego głowa zanurzyła się w świetle fotonów bombardujących z zewnątrz. Odkręcił głowę w stronę źródła światła i rażony przysłonił oczy ręką. Nikt do niego nigdy nie zajeżdżał. Nikt nie znał jego adresu. Nie tego. Widział już wiele rodzajów blasku, ale ten był niezwykle intensywny. Nawet jeśli to miałby być samochód, nigdy nie dałby temu wiary. Nie widział już nawet kształtów mebli, wszystko zlało się w jedną plamę. Oczy nie chciały patrzeć. W zamkniętych powiekach widział swoje

1




naczynka krwionośne. Ułożył się ponownie w pozycję leżącą, ukradkiem wymacał spodnie i wsunął je na siebie. Po chwili efemeryczny blask ustąpił gęstej jak ropa ciemności. Rey Crown, bo tak na imię było mężczyźnie, wstał ledwo łapiąc balans, by po chwili sięgnąć latarkę, którą zostawił na jednym ze stołów. Dopiero gdy po akomodacji wzroku spojrzał na przegub z zegarkiem, z którego tliło się zielone światełko fosforu, zdał sobie sprawę, że spał niecałą godzinę. Czuł na sobie ciężar przemęczenia. Gdy w końcu wymacał gruby element, a na nim przycisk, rozświetlił sobie drogę i znalazł swoje buty. Kilka chwil później zszedł na parter, otworzył główne drzwi domu i przeskanował wzrokiem podwórze, które okazało się być puste. Szybko zrezygnował z dalszych dochodzeń i nie zastanawiając się zbyt długo położył się z powrotem spać.
O 7:35 rozległo się donośne pianie koguta. Rey zniechęcony myślą konieczności wstania, skulił się i skrył głowę pod kocem daremnie próbując odizolować się od nieznośnego hałasu. Po chwili jednak odsłonił twarz i wstał z kanapy ubrany w pogniecioną koszulę i jeansowe

2




spodnie w których spał. Zdjął ubranie i udał się prosto do kabiny prysznicowej. Nadal był zmęczony, ale to wrażenie dawało mu uczucie satysfakcji. Wczoraj dużo się wydarzyło - myślał. Wizyta u premiera o 10:00 i... i... - na próżno próbował sobie przypomnieć. Pamiętał tylko niebieskie światła na podwórzu o 2:34, a poza tym nic. Pierwszy raz zdarzyło mu się doświadczyć jak wygląda urwanie filmu, a przecież nic nie pił. Po prysznicu udał się do kuchni po kawałek zeschłej pizzy i kawę. Wrócił do pokoju... Rzeczą, której się wstydził było to, że jego pracownia i sypialnia stanowiły jedno. Otworzył szeroko okna, by zneutralizować zaduch. Nie potrafił jednoznacznie stwierdzić co było źródłem wstydu. Sypialnia połączona z pracownią nie były jakimś wynikiem braku przestrzeni w domu, gdyż dom był średnich rozmiarów. Być może było to zwykłe partactwo w gospodarowaniu przestrzenią, z czym zresztą regularnie forsował się w pracy.
Tarcza Słońca wychynęła poza linię horyzontu. Poranek był iście kuszący. Wiał zimny wiatr, a żar z nieba nieprzerwanie ogrzewał. Nie był to dzień na pracę. Ledwie opuścił swoją

3




posiadłość i zaczął rozmyślać nad celem wyprawy. Miał do wyboru kilka znanych miejsc. Szedł żwirowymi drogami, przeciskał się przez wąskie ścieżki, nurkował między chaszcze, pokonywał tamy i mostki, aż w końcu dotarł do miejsca gdzie zaczynał się las. Nie był to busz o nie wiadomo jak rozległej powierzchni, ale mały lasek, który stanowił czyjąś własność, toteż wędrowiec zatrzymał się tuż przed nim na zwalonym pniu drzewa. Przed sobą miał niewielki staw, wokół biegły łagodne wzniesienia, które również były pozostałością po zlodowaceniu. Tuż za lasem miał kolejny staw, ale to już inna historia. Dlaczego? Bo nie wybrał tamtego miejsca, tylko właśnie to.
Rey uwielbiał przyrodę. Ubóstwiał ją z każdym wdechem i wydechem. Podobnie było z fizyczną aktywnością. Mówiąc bez ogródek, pot był dla niego jak łzy szczęścia. Ten niepozorny młodzieniec był zagorzałym fanatykiem jogi. Potrafił spędzać nad asanami w wolnych chwilach do sześciu godzin dziennie. Tak też się działo i tym razem - uprawiał jogę nie zwracając uwagi na przechodniów, a gromadziła się przy nim nierzadko niezła grupka. I w tym przypadku

4




kilka osób nieudolnie naśladowało jego ruchy.
Nagle ją zobaczył. Zerwał się na równe nogi. Miejsce, które w pewien sposób uważał również za swoje, opuścił szybkim krokiem. On i ona minęli się twardo patrząc sobie w oczy.
- Chyba go zdenerwowałam. - Stwierdziła pytająco kobieta o krótkich blond włosach stojąc w grupce, która uszczupliła się o jedną osobę.
- Co ty gadasz? - Odparł jej towarzysz z wysokim nosem o ulizanych do tyłu czarnych włosach, Robert. - Zdenerwowałaś go staniem?
- Nie wiem. - Powiedziała jakby do siebie. Stała tak jeszcze przez chwilę obserwując malejącą sylwetkę nieznajomego, która właśnie zniknęła z pola widzenia. Wyruszyła z miejsca w tym samym kierunku biegnąc truchtem.
- A ty dokąd?! - Rzucił za nią kolega.
Ann zniknęła gdzieś za zaroślami.
Nie dokończyłem treningu.
Rey stojąc gdzieś między sklepikami otoczony tłumem przechodniów zamarł w miejscu obserwując mijające go sylwetki. Po chwili namysłu ruszył z miejsca. Wychodząc zza zakrętu zderzył się z młodą pięknością. - Przepraszam. - Wypowiedziała frasobliwie jak automat jeszcze w chwili trwania fizycznego

5




kontaktu.
Rey przyjrzał się jej uważniej. Miała na sobie czarne rajtuzy i białe podkolanówki. Czapka z daszkiem skrywała jasne jak łany zboża włosy.
- Śledziłaś mnie. - Zaczął.
Nie spodziewała się tego, ale poczuła się niezręcznie.
- Trochę się jednak do siebie przywiązaliśmy. - Kontynuował.
- No właśnie. Dlaczego uciekłeś?
W myślach przebierał w doświadczeniach, które były jego udziałem. Ile razy próbował wytłumaczyć synchronizację na darmo. Śnił o rzeczach w zawoalowany sposób, by potem przyglądać się im za dnia. - Chciałbym ci odpowiedzieć, ale to nie jest takie proste. - Odparł.
Ann uśmiechnęła się, co nie uszło uwadze drugiej stronie. - Nie przesadzaj. Na pewno da się to jakoś ująć logicznie.
- Ciężko mi to opisać, ale czuję, że nie powinniśmy się spotykać.
- Ale dlaczego? Polubiłam cię. Polubiłam jogę.
- Nie wiesz o co mi chodzi. - Odrzekł łagodnie.
Jeśli nie uda mi się za pierwszym razem to dam sobie spokój.
- Po pierwsze przepraszam, że zgodziłem się was prowadzić. Nie powinienem był tego robić...
- Ale zrobiłeś i nie przepraszaj. - Wtrąciła. Zastanawiała się co

6




tak naprawdę jest stawką w tej rozmowie. Widziała jego reakcję, kiedy po raz pierwszy spojrzał na nią przez chwilę dłuższą niż przelotne zerknięcie. Miała wrażenie, że dopiero wtedy jakby ją rozpoznał.
- Prowadziłem was i nie wiem co z wami teraz zrobić.
Nie rozumiesz dziewczyno, że świat się zmienia!?
- Jak rzecz... - Obruszyła się.
- Nie, nie - Wyjąkał. - Nic nie rozumiesz.
Wpatrywała się w niego oczekując wyjaśnień.
- To nie tak jak myślisz. Czuję, że coś się zmienia. Coś od dawna nie daje mi spokoju, odkąd śnią mi się...
- Co ci się śni? - Zapytała z nieskrywanym zaciekawieniem.
- Śnią mi się kosmici. - Wymamrotał.
Ann wyraźnie rozradowana przyjęła nowinę śmiechem. - I to dlatego tak na mnie patrzyłeś?
- Jak patrzyłem?
- Jakbyś chciał mi nie wiem co zrobić.
- Niczego nie rozumiesz. Przyszłość nie maluje się w kolorowych barwach, to kwestia przeczucia. Czuję, że może się wydarzyć coś nieprzyjemnego i nie zamierzam was w to świadomie mieszać.
Twarz jego rozmówczyni niepokojąco nie wyrażała żadnych emocji.
- Wiem co myślisz. Nie jestem szalony. Wokół mnie dzieją się dziwne

7




rzeczy.
- Jakie rzeczy?
Wziął tak głęboki oddech na ile pozwalała mu pojemność płuc. - Poważnie. Nie powinniśmy rozmawiać.
- Jestem innego zdania. - Odparła. - Każdemu wolno rozmawiać i tobie też. Mam nawet ochotę na dłuższą rozmowę.
Być może przez nieopatrzność, nie zanegował.
- Masz może drobne? Tam jest kawiarnia. - Wskazała ręką.
Stał nieporuszony bez pojedynczej myśli w głowie. Nieznajoma piękność proponowała mu wspólną pogawędkę.
Może się wydarzyć cokolwiek.
- Mam.
- To chodźmy - ponagliła.
Weszli do wielkiego pomieszczenia z piętrem, głębokimi fotelami i oszklonym dachem. Kawiarnia wypełniona była różnego rodzaju roślinnością, a ozdobiona palmami przywodziła na myśl dziką puszczę. O tej porze nie było tu nikogo. Ann podeszła do kosza i zaczęła wybierać w kanapkach. - Zjadłabym coś, a ty?
- Nie dziękuję. Trochę za wcześnie jak dla mnie.
Oboje zbliżyli się do lady, która sięgała do połowy torsu i zamówili każde co innego.
- Cappuccino z mlekiem i cukrem. - Odezwała się Ann.
Czarnoskóry kelner natychmiast skierował się do ekspresu.
- A dla mnie mała czarna.
Czekając

8




na obsługę Ann kontynuowała dialog, który zaczęli trzy minuty wcześniej. - Więc, opowiedz, dlaczego nie możesz nawiązywać kontaktu z ludźmi?
- Trochę przesadziłaś.
- W czym?
- Nie izoluję się od ludzi, tylko od was.
- Jak to?
- W szczególności od ciebie.
Filiżanki wypełniła ciemna, aromatyczna mieszanina. Zabrali je ze sobą i usiedli w głębokich fotelach z wysokiej jakości tkaniny skaj barwy ecru. Nad ich głowami zwisały lampy w tej samej tonacji.
- Mów.
- Mów. - Powtórzył. - Żebym to ja wiedział od czego zacząć.
- Od czegokolwiek.
- Więc najpierw opowiem ci jeden ze snów.
Ann przemilczała chwilę czekając aż nieznajomy rozpocznie opowieść.
- Zaczyna się tak. Jestem w wysokim domu i wychylam się przez okno, które styka się z doskonale gładką taflą jeziora, na której odbija się gwieździste niebo. Sen jest bardzo realny.
- Yhym.
- Do jeziora zstępuje armada rażących świateł i w ten sposób rozpoczyna się inwazja. Obcy lądują w wodzie.
- Jaka inwazja?
- Nie wiem. Ale najlepszy był ten kosmita o chłodnej barwie i typowo kosmicznym kształcie ciała i głowy, jakby człowiek z przyszłości. Statki lądują w

9




wodzie i nagle przed twarzą wynurza mi się wspomniany kosmita. Pokazuję mu środkowy palec, a on do mnie to samo.
- Aha.
- Rzecz działa się w mgnieniu oka. Nie wiem dlaczego, ale zrobiliśmy to niemalże równocześnie bez powodu. Myślę, że to był przyjaciel. - Rey podniósł wzrok i spojrzał rozmówczyni w oczy. - Ciekawi cię to?
- Tak, kontynuuj.
- Za chwilę uciekam schodami w górę i biegnę przez jakąś surową kondygnację z betonu na drugą stronę jeziora. Okazuje się, że cały świat już wie o inwazji i powstają obozy. Ludzie magazynują broń i rozpoczyna się walka, ale coś jest nie tak. Nie wiem skąd, ale wiem, że są dwie rasy obcych i tu zaczyna się cały bałagan.
- Mów dalej.
- Czuję strach ludzi i wiem, że mają problem z rozróżnieniem agresora od protektora. Koniec.
- Już?
Nie odpowiedział.
- Więc to był jeden ze snów. Czy to ma jakiś związek...
- Tak. - Urwał krótko. - Miałem jeszcze jeden sen. Śniłaś mi się. Widziałem wyraźnie każdy detal i nie mógłbym cię pomylić z nikim innym.
- Jak to?
Milczał.
Do kawiarni wszedł klient. - Muszę już iść Ann. - Powstał od stolika.
- Dopiero zaczęliśmy.
-

10




Ktoś mnie śledzi.
Spojrzała na niego z niedowierzaniem.
- Może tu zajrzeć lada moment. - To powiedział i oddalił się w stronę wyjścia.
- Zaczekaj. Jak masz na imię? Spotkamy się jeszcze?
- Rey Crown. Przyjdź jutro w to samo miejsce. - Palnął się w czoło.
Podeszła do niego. - Idę z tobą.
Cholera.
Wyszli na zewnątrz zatrzaskując za sobą solidne drzwi. Wiatr wiał im we włosy.
- Zaprosisz mnie do siebie? - Zapytała.
- Yyy...
- Nie żebym czuła się specjalnie samotnie, ale mam dziś sporo czasu.
- Wierzysz w boga?
- Dziwne pytanie mi zadajesz i to tak znienacka...
- Chcę o czymś z tobą podyskutować. Naprawdę nie powinniśmy...
- O czym?
- O synchronizacji. Czytałaś o tym może?
- Nie.
- To istotne. Mam sny, które przedstawiają mi wydarzenia następnego dnia. Naprawdę powinniśmy się już rozstać.
- To zaprosisz mnie do siebie, czy mam sobie pójść? - Odrzekła poirytowana. - Nie musisz się zgadzać jeśli nie chcesz.
- Chodź. - Chwycił ją za dłoń i ciągnął za sobą.
- Jak ty szybko idziesz. Zwolnij.
- Nie mogę. Przed chwilą widziałem Stewarta. Zaraz mnie zobaczy.
- Stewarta?
Szli uliczkami, by

11




następnie wyjść poza teren zabudowany na zarośniętą ścieżkę, za którą miał znajdywać się mały plac z dębem. Pod drzewem stały rowery do wypożyczenia.
- Stewart... Śledzi mnie od trzech dni. Na szczęście nie wie gdzie mieszkam.
- To chyba coś poważnego.
Nie odpowiedział.
- To jak z tym bogiem? - Zapytał ponownie.
- Wierzę w boga, a ty?
- Świat to jeden wielki hologram Ann. Działanie składowych dynamiki kosmosu jest synergiczne i zawiera w sobie nieskończoną ilość czynników wpływających na ludzkie decyzje. Brzmi zwyczajnie jak determinizm, ale chodzi o coś więcej.
- Dlaczego mi o tym mówisz?
- Chciałem ci coś wyjaśnić. Mam pewną teorię. Chcesz posłuchać?
- No dobrze.
- Naukowcy twierdzą, - rozpoczął tyradę - że na początku istniała osobliwość, rzecz, czy inaczej ujmując mechanizm, który miał warunki początkowe, to jest, wytworzył się tak jak raz nakręcony zegar z którego wszystko powstaje i nic wewnątrz jego zbioru się nie zmienia bardziej niż pozwalają na to warunki początkowe tego zdarzenia, osobliwości. Natomiast przedtem nie było niczego - żadnej historii, po prostu zwykły przypadek załamania

12




się nicości w sposób umożliwiający łączenie się elektronów z protonami, powstanie galaktyk, gwiazd, planet i w końcu życia. Dla większości ludzi wszechświat to rzecz martwa, a jeszcze gorsze jest to, że uważają kreację za przypadek jeden z nieskończenie wielu w którym to składowe w końcu były na tyle precyzyjnie dopasowane, że mogły umożliwić ekspansję i komplikowanie się rzeczy. ...Niech nas bóg ochrania przed pojedynczością wizji, snem Newtona. - Wyrecytował. - I wiesz w czym problem?
- Nie za bardzo.
- Chodzi o to, że osobliwość może leżeć na końcu czasu, a nie u początku. To by wyjaśniało synchronizację. Złożoność struktur, w tym nas samych, staje się coraz bardziej skomplikowana, a to jest odgórne działanie sił przyrody. Człowiek chce czasem wiedzieć dokąd zmierzać, a synchronizacja daje mu o tym znać.
- Synchronizacja? To to coś czego się tak boisz?
- Nie boję się tego tylko...
- Tylko co?
- Nie ważne. I tak pewnie mi nie wierzysz.
- Ale to jest ciekawe to o czym mówisz.
Dotarli na miejsce.
- Rowery? Chcesz jechać rowerami?
- Nie. Kilka ulic dalej jest postój taksówek.
- Nawiązujesz dużo do

13




astronomii.
- Kosmologii. Są ludzie, którzy trochę się w tym orientują. Niektórzy mówią o antropologii.
- Więc to coś pospolitego?
- Nie sądzę. Jest to unikat tak pospolity jak nowa kora mózgu wśród organizmów.
- Ale wierzysz w to wszystko? - Zapytała przymilnym głosem.
- Nie jest to kwestia wary tylko doświadczenia Ann. Gdybym nie wysnuwał żadnych teorii z pewnością bym oszalał. Każdego dnia staram się być inteligibilny. Umysł lubi zwodzić na manowce, zwłaszcza kiedy w grę wchodzą emocje.
- Opowiedz mi. Co się tam u ciebie dzieje?
- Nie chcesz wiedzieć.
Zauważyła bijącą od mężczyzny powagę. Wpatrywała się w niego, ale ten wzrok nie był odwzajemniany. Nowy znajomy znajdował się jakby w zupełnie innym świecie.
- O. Są. - Oznajmił.
Przed nimi znalazł się kordon typowo angielskich taksówek black cab. Podeszli bliżej. Rey otworzy towarzyszce drzwi, a potem samemu zapakował się tyłem do kierowcy.
- Dokąd państwo sobie życzą?
- Villageclose.
Kierowca, brzuchaty starszy pan z siwymi wąsami, włączył taksometr, odpalił silnik i ruszył wolno z miejsca. - Może porozmawiamy o czym? - Zaproponował.
- Nie ma o

14




czym. - Oświadczył Rey.
- Zawsze jest o czym. O gospodarce, o polityce, o footballu. Lubi pan football panie... ?
- Rey. - Dokończył. - Lubię, ale nie jako kibic... Imperia... Ehh, szkoda gadać.
- Nie... Proszę dokończyć. Lubię rozmawiać z nieznajomymi. Czasem mają tyle do powiedzenia i to takie rzeczy, że człowiek wiary by nie dał, albo zdaje się jakbyśmy się znali czas już jakiś.
- A ci drudzy? - Wysnuł Rey. - Jak wygląda druga strona medalu? Pewnie nie mogą przestać gadać, aż żyć się nie chce.
Kierowca zarechotał.
- A co do wiary, - kontynuował Rey - to się wcale nie dziwię. Sam często nie wierzę własnym oczom i uszom. Bóg jeden wie jak weryfikować dane.
- Przesadzasz. - Wtrąciła Ann. - Nauka wszystko może wyjaśnić.
- A co jeśli nauka weszła na taki poziom rozwoju, że wierzyć się nie chce? - Zripostował.
- To może chociaż opowie pan o tym footballu. Co jest w tym tak ciężkostrawnego, że śliny szkoda?
- Imperia u schyłku swojej żywotności, zaraz po tym jak narasta przepaść między bogatymi, a biednymi, po tym jak hedonizm zaczyna brać górę, a postawione przez imperialistów cele okazują się w końcu

15




niemożliwe do osiągnięcia, zaczynają mamić ludzi swoimi igrzyskami, zaczynają odwracać uwagę na wszelki możliwy sposób i wiją się jak pijawki na zdrowym organizmie.
- Hmm. - Mruknęła Ann odwracając wzrok w stronę szyby.
Dalej jechali w milczeniu.
Po dziesięciu minutach jazdy i niemrawych wywodach starszego pana na temat par homoseksualnych Rey i Ann dojechali na miejsce.
- To tutaj? - Zapytała dziewczyna.
- Tak. Wysiądziesz? - Rey otworzył jej drzwi. Następnie wpakował w dłoń kierowcy dwadzieścia funtów. - Dziękuję bardzo.
Para wspięła się drogą po delikatnym wzniesieniu i weszła na podwórze nie większe od kortu tenisowego.
- O. Widzę, że masz róże. - Zakomunikowała Ann. Zbliżywszy się powąchała intensywnie różowy kwiat.
- Tak. A to wysokie to rododendron kurschke.
Oglądali krzaki sięgające dwóch i pół metra wysokości obsypane gęsto fioletowym kwieciem.
- Znowu zakwitły. - Oświadczył.
- Opowiedz mi o sobie Rey. Skąd jesteś?
- Z Californii. A ty?
- Ja się urodziłam w Brighton i mieszkałam tam do osiemnastego roku życia dopóki rodzice nie postanowili się przeprowadzić.
- Chodź.
Poszła za nim.

16




Weszli do średniej wielkości domu z bali mahoniowo-oranżowej barwy z wielospadowym zadaszeniem i z niewielką, gustowną werandą na piętrze, gdzie swobodnie zwisały hamaki. W środku zastał ich na wpół rustykalny klimat i przyjemny chłód.
- Ale masz ładny dom. Wziąłeś pod hipotekę?
- Nie. Firma zapłaciła.
- Firma?
- JetSky. Moja firma.
- A czym się zajmujesz?
Rey rozważał wdrożenie młodej Afrodyty w temat pracy, ale się wzdragał. Nagle do mieszkania wszedł żołnierz, na czym dwójka obecnych zwróciła całą swoją uwagę. Rey przełknął słyszalnie ślinę. - Stewart. - Zagadał na przywitanie.
Mundurowy wyciągnął broń i trzymając ją przy nodze, wycelowaną w podłogę zaczął zbliżać się wolnymi krokami do gospodarza. Podszedł na odległość jednego kroku i po chwili schował broń z powrotem do kabury. - Kurwa Rey... - Wyraził niezadowolenie, z irytacją i niewypowiedzianym pytaniem w głosie. Podali sobie ręce zamykając je w żelaznym uścisku. - Ja mam cię pouczać jak się firmę prowadzi?
- W zasadzie ty też dobrze sobie z tym radzisz.
- Cholera... Zniknąłeś i to w takiej chwili. To natoryjność i nawet się nie

17




stawiaj. Jesteś niezbędny i dobrze o tym wiesz. Zachowujesz się jak jakiś...
- Mam swoje powody.
- Ciekawe jakie. - Próbował zripostować żołnierz. Z jego oczu biła ciekawość.
- Emdrive. - Rzucił słowem Rey, jakby chciał podzielić się kawałkiem ciasta.
Stewart usiadł ciężko gapiąc się na Reya jak sroka w gnat. - Oszalałeś.
- Działa. Emdrive działa. Wyniki badań przeszły pomyślnie wszystkie testy.
- No nie. - Żołnierzowi opadła szczęka. - Chcesz się... - Zamyślony przeniósł wzrok na kominek. - Chcesz zaistnieć na rynku z napędem wnęki rezonansowej? Czy ciebie do reszty posrało?
- Stew. Przywitaj się.
Stewart jakby dopiero teraz uświadomił sobie obecność dziewczyny, która stała cicho obserwując całe zajście.
- To jest Ann. Ann to jest Stewart.
- Bardzo mi miło. Widzę, że sprowadzasz do domu sikorki. A co z Lightningem?
Ann udała, że nie słyszy.
Rey wziął głęboki oddech i nałożył na twarz uśmiech. - Zajmę się tym. Potrzebowałem chwili przerwy.
- Tylko mi nie mów, że ty z tym Emdrive to na serio.
- Dobrze Stew. Przylecę do Pasadeny jak tylko najwcześniej będę mógł. Twoja misja - wypowiedział

18




z naciskiem - zakończyła się powodzeniem. Niech zgadnę. To śledzenie to był pomysł Monic?
Żołnierz milczał.
- Odnalazłeś mnie więc i pogadaliśmy sobie.
- Masz lecieć do Pasadeny Rey. I odbieraj ten cholerny telefon. - Osobnik z bronią wstał i pożegnał się. - Miło było cię poznać Ann. - Wyciągnął do niej dłoń. - Wybacz... mam nadzieję, że innym razem uda nam się bliżej poznać. Muszę wracać z powodów, których Rey najwyraźniej nie może...
- Nie mów o mnie jakby mnie tu nie było - Przerwał zimno Rey. - Stewart natychmiast odwrócił wzrok.
- Mi ciebie również. - Odparła Ann z powrotem kierując uwagę gościa na siebie machając żywo jego ręką. Stew podrapał się po głowie. Stał chwilę zmieszany, po czym wyszedł jakby wypchnięty siłą. Stojąc jeszcze w drzwiach rzucił na odchodne. - Ja tu więcej nie przyjdę Rey...
- Rozumiem.
- Obyś mówił prawdę.
Zostali sam na sam.
- Kto to był?
- Przyjaciel. Służyliśmy razem w sto sześćdziesiątej SOAR.
- A dlaczego tak się ubrał?
- Widocznie nie miał czasu się przebrać. Jest pilotem tak samo jak i ja. Jest ze mną w firmie od samego początku.
- Z nazwy

19




wnioskuję, że zajmujecie się samolotami...
- Dokładnie.
- Dlaczego tak się go bałeś? To twój przyjaciel, tak?
- Nie bałem się go. Bałem się tego co się dzieje. Wiedziałem, że mnie znajdzie.
- Znalazł cię bo cię widział. A co to jest ten Emdrive?
- To nowy silnik oparty na efektach relatywistycznych. Niejaki Roger Shawyer opatentował go w 2016 jako jego drugą generację, choć na chwilę obecną poczyniono badania nad wysokim ciągiem i wysokim przyśpieszeniem. Teoretyczne prace zgłoszono w Ameryce, Chinach i Wielkiej Brytanii. Innymi słowy badania weszły na etap trzeciej generacji. My pracujemy nad modelami samolotów opartych na silnikach odrzutowych. Narażam JetSky... - Wypowiedział ostatnie słowa w zamyśleniu.
- To powód dla którego zniknąłeś?
- Mówiłem ci o moich snach. Myślisz, że nie wysłaliby mnie do czubków, gdybym powiedział drużynie o moich aspiracjach?
- Jakiej drużynie?
- Moi przyjaciele, ludzie z którymi współpracuję, dzielę się pomysłami.
- No ale zgodzili się, tak?
- Jeszcze o tym nie wiedzą. Silnik jest w fazie testowej, a ja nie wykończyłem projektu samolotu. Nie powiedziałem nikomu o silniku,

20




który miałby pracować w atmosferze na zasadach ciągu.
- Przez twoje sny.
- Tak. Problem w tym, że nie wiem skąd wziąć kilka megawatów energii, jeśli to nie będzie reaktor jądrowy, a do tego sprawić by samolot nie rozpadł się przy zawrotnych prędkościach. Potrzebuję chwili przerwy.

     *
Od dłuższego czasu zanosiło się na opady. Biały kombinezon natychmiast przemókł nie pozostawiając na nim suchej nitki. Deszcz był ciepły i wcale mu nie przeszkadzał. Idąc chodnikiem mijał samochody, sklepy, żarzące się ledy i światła lamp. Szedł bez pośpiechu sam, nikt nie odważył się skosztować letniej kąpieli o tej porze. Dwoje ludzi pod skromnym zadaszeniem przerwało dyskusję. Chłopak i dziewczyna spoglądali, a raczej gapili się nieprzerwanie. Nieznajomy wyglądał jakby się cieszył pogodą. Miał na sobie dziwny strój i przewieszony przez tors pas. Nigdzie mu się nie śpieszyło. Minął ich powoli. Miał coś w sobie, coś co rzucało się w oczy. Nikt w tym małym mieście nie miał przy sobie broni, a tym bardziej karabinu maszynowego. Nie wyglądał na żołnierza, a jednak sposób w jaki obchodził się z ciężarem na plecach dawał do

21




myślenia. Springset nie było miastem w którym ludzie wiedzieliby, że przybył do niego ktoś obcy, a jednak na tę chwilę miasto stało się wsią.

      Rozdział drugi

     
W domu Ann po całym dniu przygód nie musiała długo czekać na Morfeusza, posłańca Hadesu, pana sennych marzeń. W dużej mierze zawdzięczała to swoim regularnym wysiłkom fizycznym. Można by powiedzieć, że grzeszyła wyglądem, a w szczególności wyglądem sylwetki. Tej nocy jednak nie powinna była kłaść się spać.

      - Co się dzieje?! Kim jesteście?!
W pokoju, przy jaśniejącym słupie światła pojawiło się pięć bardzo wysokich istot. Każda z nich miała co najmniej dwa metry wzrostu. Ann nie mogła się ruszyć. Wewnątrz ogarnęła ją nieopisana panika i przerażenie. Istoty podeszły do niej ciekawsko się przyglądając z bardzo bliska tak, że mogła widzieć ich twarze, ale nie wiedziała sama czy to senny koszmar, czy rzeczywistość. W całości ogarnął ją paraliż tak, że nie mogła wydać z siebie pojedynczej sylaby, a miała największa ochotę krzyczeć wniebogłosy.
Istoty przemierzyły jej pokój by następnie wziąć ją na swoje zimne ręce i zaprowadzić z

22




powrotem w lśniącą strugę. Ann natychmiast znalazła się jak przypuszczała na pokładzie statku, na dziwnej kozetce. Poniekąd czuła się jak u lekarza ponieważ wszystko wręcz zalatywało sterylnością (co genialniejszy umysł mógłby się domyślić, że podróżnicy odwiedzający inne habitaty, muszą się zabezpieczać). Próbowała wzywać kogoś na pomoc, ale paraliż na nic jej nie pozwalał. Były to najgorsze momenty w całym jej życiu, ale na tym nie koniec. Po chwili jedna z istot ułożyła jej nieruchomy dotąd korpus w pozycję siedzącą, wdrożyła w usta coś w rodzaju inhalatora i zaaplikowała z niego opary, które w mniemaniu Ann zdecydowanie były toksyczne.
Po chwili badaną ogarnął nieopisany lęk, do takiego stopnia intensywny, że obezwładniał wszystkie jej myśli. Miała ochotę zemdleć bądź zwymiotować, ale żadne z tych dobrodziejstw nie mogło się przytrafić. Siedząca jak zahipnotyzowana czuła się jak małe dziecko. Wszystko na pokładzie, włącznie z najeźdźcami jej prywatności, było większe, czy też wyższe. Obcy, który w tej chwili ją badał, szczególną uwagę zwrócił na pewien element jej ciała. Z niewiadomych

23




powodów wykonał przy pomocy nieznanego narzędzia obdukcję kolana. Wbił długą igłę przebijając się przez więzadło rzepki natrafiając na łękotkę. Obyło się bez znieczulenia. Ann zaczęła przewracać oczami dysząc ciężko. Na czole wystąpił jej pot. Następnie po dokonaniu oględzin jej układu kostnego, w jednej chwili znalazła się w pozycji leżącej na zimnej podłodze, gdzie jedna z istot nadal kontynuowała obserwacji jej układu stawów, wyginając elementy ciała dopóki nie zaczęły stawiać oporu. Później istota stojąca bliżej, jak myślała, kokpitu, nałożyła jej na głowę metaliczny wieniec, który kończył się wypustkami łączącymi go ze skórą głowy. Mimo silnych zawrotów usiadła mimowolnie naprzeciwko białego, chudego olbrzyma ze skośnymi oczyma, po czym zaczęła koordynować swoje ruchy z jego. Wymachiwała rękami od wewnątrz do zewnątrz, od zewnątrz do wewnątrz ... Koszmar nie miał końca, był wiecznością. Przez cały ten czas Ann błagała o litość, wołała w myślach o pomoc, a nawet modliła się. Strach paraliżował.

      Rano ofiara obdukcji nadrobiła zaległe torsje. Nie wiedziała co ze sobą zrobić, nie

24




przespała reszty nocy. Przeszła się do mamy żeby opowiedzieć jej o całym zdarzeniu. Ta jednak jej nie uwierzyła, ale widziała całe przerażenie malujące się na twarzy swojej córki. Cięgle się dopytywała co tak naprawdę się stało, ale w odpowiedzi słyszała tylko jedną historię, o obcych. Dziewczyna cały czas chodziła przygarbiona z miejsca na miejsce obserwując widoki z okien. W przeciągu zaledwie jednej nocy, cały wszechświat stał się niebezpiecznym miejscem, gdzie nigdzie nie można było się bezpiecznie skryć. Kiedy wyszła do przyjaciółek, obserwowała niebo z przeczuciem, że istoty nadal ją śledzą w zakamuflowanym statku. Patrzyła podejrzliwie na kierowców samochodów tak jakby mieli ją zaraz porwać. Jej świat wywrócił się do góry nogami. Przeszukiwała internet w poszukiwaniu wskazówek, które mogłyby odpowiedzieć na to co jej się przytrafiło. Długo czekała na dziewiątą żeby móc spotkać się z Reyem i wszystko mu opowiedzieć. Miał być w tamtym miejscu, miał na nią czekać, miał jej wszystko wytłumaczyć.
- Rey!
Przyszedł w końcu w umówione miejsce spotkania.
- Miałeś rację. Nie uwierzysz co mi się

25




przytrafiło!
- Witaj Ann. Co się stało? Blado wyglądasz.
- Porwali mnie.
- Kto?
- Ci kosmici o których mówiłeś. Nie mogę się pozbierać. Robili na mnie eksperymenty. Już nic nie jest takie jak przedtem. Miałeś rację. Rey, boję się.
- Spokojnie Ann. Oddychaj. Poćwiczymy jogę? Może to ci pomoże.
- Nie mam ochoty na żadną jogę. Nic nie rozumiesz. Oni istnieją naprawdę.
- Opisz wszystko co się stało.
Ann zdała relacje ze wszystkimi szczegółami, razem z opisem wnętrza statku na którym się znalazła.
- Biali i wysocy?
- Tak.
- To nie tych widziałem w moich snach, tamci wyglądali inaczej. Czułem z nimi jakąś więź.

26




Wyrazy: Znaki: