Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

KARCZMAikonka kopiowania

Autor: PaulU twarz męska

grafika opisu

rozwiń




ODCINEK 1
23.12.2017
22.30
Nie sądziłem, że wszystkie nasze decyzje, które podejmujemy, wpływają na to, w jakim żyjemy świecie. Myślałem też, że ludzie niższego pułapu tacy jak ja, nie mają na ten temat nic dopowiedzenia. Myliłem się. Na dworze prószy teraz śnieg, a ja wraz z moim przyjacielem sunę SUV-em przez zaśnieżoną drogę. Mocno sypie i stuka nam w szybę. Ledwo co widać. Siedząc za kierownicą, zastanawiam się: jak do tego wszystkiego mogło dojść. Wiem, popełniłem wiele błędów w życiu, ale kto ich w końcu nie popełnia...
12.00
Drzwi karczmy były uchylone. W środku świeciło pustkami...coś mi się wydawało, że lata świetności tej placówki już dawno przeminęły. Siedziałem sobie za ladą z gazetą, przerzucając strony w poszukiwaniu jakiegoś ciekawego artykułu, gdy tu nagle coś huknęło, jakby ktoś zaliczył glebę. Usłyszałem wrzask i oderwałem się od swojego dotychczasowego zajęcia. Odłożyłem gazetę i ruszyłem w stronę drzwi. Wyjrzałem przez szybkę i mimo prószącego śniegu ujrzałem kogoś klęczącego na ziemi. Ubrany w wojskową kurtkę, czarne spodnie, glany i zimową czapkę, człowiek patrzył na

1




coś pod sobą. Trząsł się z zimna, a z jego ust wydobywały się żałobne dźwięki. Zrobiło mi się go żal, więc postanowiłem sprawdzić, co się dzieje.
Wyszedłem na zewnątrz. Spojrzałem na jegomościa I wypowiedziałem kilka słów w jego stronę.
- Wszystko okej?- z moich ust uleciała para. — Nic ci nie jest? Chcesz wejść do środka? - wskazałem ręką lokal. On uniósł głowę, po czym podniósł coś z ziemi...to był zbity telefon, próbował się podnieść, ale nie mógł. Popatrzył się jeszcze raz na mnie, tym razem bezradnie i jak by chciał mnie o coś poprosić.
- A tobie co?- cmoknąłem — Coś z nogą? - przyjrzałem mu się dokładniej — Jak tak...to chyba będę ci musiał pomóc -podniosłem go, wziąłem pod ramię — No to hop i do przodu — I weszliśmy do lokalu.
- Bardzo dziękuję — powiedział, po czym kaszlnął — Nie wiem, co się ze mną dzieje...- syknął z bólu, a po policzku popłynęła mu łza...aż mi się zrobiło go żal.
Weszliśmy do środka I pierwsze pytanie, jakie usłyszałem z jego ust, brzmiało:
- Ma pan tu jakieś miejsce do ogrzania? - trząsł się z zimna i pocierał dłonie.
- Tam jest kominek —

2




wskazałem ręką — zaraz przyniosę coś na opał, I zobaczę co z tą twoją nogą, bo nie wygląda zbyt ciekawie- usadowiłem go przy ławie obok paleniska.
Zanim jednak wyszedłem do kuchni po polanka, przyjrzałem się dokładnie jego twarzy. Skądś znałem tę facjatę, tylko że tamta nie miała tej blond koziej bródki I wygolonych boków...czyżby to mogła być to sama osoba, o której myślę?
22.30
- No to, co z tym robimy? - spytałem pasażera.
- No jak to co? - zmarszczył brwi czarnoskóry mężczyzna — Pogrzebiemy.
- Szybki pogrzeb?-dopytałem żartobliwie.
- A mamy inne wyjście?
- No niby nie...-uśmiechnąłem się, wierząc, że może nam się to wszystko uda.
- No to właśnie.-popatrzył na mnie i poprawił swoją czarną czapkę na głowie.
- A tak ogólnie: jak sądzisz...uda nam się czy nie za bardzo?-spytałem, żebyśmy mieli o czym pogadać...chociaż w sumie mogłem poruszyć każdy inny temat. Mogłem się go zapytać: Jak tam się trzyma? (czyli klasycznie), jak tam obowiązki? (czyli tak już nieco bardziej udając zainteresowanego jego życiem prywatnym, ale równie dobrze mógłby to uznać za niestosowne do sytuacji.) i o święta, które

3




już jutro miały się rozpocząć...ja jednak spytałem o to, czym w obecnej chwili martwiłem się najbardziej. Nie potrafiłem tego jakoś ukryć...po prostu było to dla mnie zbyt ciężkie.
- Jeśli zwątpisz, to nic ci się nie uda. Musisz człowieku uwierzyć w nasze możliwości. - Takiej właśnie odpowiedzi od niego oczekiwałem. To się nazywa podnosić człowieka na duchu.
- Dzięki Omar, że jesteś tu ze mną -powiedziałem po chwili. - Dzięki tobie czuję, że może jednak to wszystko się jakoś ułoży.
-No to kieruj i się stary nie stresuj...bo ponoć stres urodzie szkodzi.
Wybuchliśmy śmiechem. Omar to zawsze wiedział jak rozluźnić atmosferę... Nie ważne co by się działo, nigdy nie opuszczał go humor. Nawet w najgorszych sytuacjach, nawet w takiej jak ta...ten potrafił wszystkich rozśmieszyć. To właśnie chyba za to go lubiłem, bo sam byłem strasznie drętwy.
12.10
Rozstawiłem drewno w kominku i rozpaliłem. Zapach Dębu powoli zaczął roznosić się po pomieszczeniu, a ogień, który przed chwilą, co zapłonął, zaczął je rozgrzewać.
- Liczę na to, że teraz będzie ci cieplej — przyjrzałem się chłopakowi, który powoli

4




przestawał się trząść z zimna- A teraz, zajmijmy się twoją nogą, bo jak już mówiłem, nie wygląda za ciekawie.
Obadałem nogę, jak najlepiej potrafiłem. Chłopak syczał z bólu, ale starał się współpracować. Po chwili połapałem, się co jest nie tak. - Skręcona, usztywni się i będzie po robocie.
- Co skręcona? - spytał.
- Kostka, ale to minie, byle tylko się zbytnio nie przeciążać i dużo odpoczywać.
- Pan jest lekarzem? - spytał.
- Gdzież? - uśmiechnąłem się po przyjacielsku — Karczmarzem, a wiedzę mam po prostu od kilku znajomych co poszli na medycynę, czasami mnie odwiedzają no i człowiek wie dzięki nim co nieco...
- To fajnie mieć takich znajomych, no i znać się co nieco na medycynie — odparł chłopak.
- Czy ja wiem, mi do szczęścia wystarcza to, co mam — odparłem, po czym powiedziałem — Ty tu siedź, a ja zaraz wrócę, trzeba tę nogę czymś posmarować, żeby się krwiak nie zrobił...chociaż pewnie i tak jest już za późno. -Wyszedłem na chwilę do kuchni i zacząłem szukać czegoś w swojej apteczce.
- Jest — uśmiechnąłem się pod nosem, gdy znalazłem poszukiwaną maść, opatrunek i

5




bandaż.
Założyłem mu to i popatrzyłem się na to...może być, pomyślałem po chwili.
- A teraz pytanie prosto z mostu: Co młodzieńcze zamawiasz? - uśmiechnąłem się, trzymając w ręce maść, którą przed chwilą co nałożyłem mu na opatrunek i przyłożyłem do kostki. - No bo nie będziesz tu w końcu głodny siedział.
- No co pan da...byle nie ryby, bo jakoś za nimi nie przepadam ostatnio — odparł.
- Może być coś podgrzane z wczoraj? - spytałem — Bo jak widzisz, dopiero co otworzyłem I nie miałem jeszcze okazji nic przygotować.
- Dobrze, tylko mam pewien problem — powiedział powoli — Jestem spłukany.
Cmoknąłem i popatrzyłem na niego, stwierdziłem, że choć ten jeden raz będę dobrym człowiekiem.
- Zafunduję ci — odparłem stanowczo- w nagrodę zmyjesz potem naczynia...bo z tego, co widzę, nie masz gdzie iść, zgadza się?
- No niestety...a do tego mam rozpierdolony telefon... - spochmurniał, a mi się zrobiło niedobrze, gdy usłyszałem tę słowa. Strasznie nie lubiłem wulgaryzmów, bo wiązała się z tym pewna historia, jak próbowałem się ich kiedyś oduczyć, tak dobrze mi to wyszło, że ciężko było komuś potem

6




uwierzyć, że potrafiłem klnąć jak szewc.
- Z telefonem to ja ci niestety nie pomogę — stwierdziłem. - Ale mógłbyś nieco panować nad swoim językiem?
- Przepraszam, proszę pana...
- Pan John Waltz do usług — pokłoniłem się.
- Chuck Tidderman — przedstawił się chłopak.
22.45
Powoli dojeżdżaliśmy na miejsce. Wjechałem na leśną ścieżkę i zagłębiliśmy się nieco w gęstwinie drzew. Ciemność otaczająca nas niezbyt korzystnie wpływała na moją chęć do roboty, ale nie mogłem teraz tak tego spieprzyć. Zostawiłem uruchomione krótkie światła i wraz z Omarem wyciągnęliśmy łopaty z tylnego siedzenia. Ruszyliśmy kawałek od samochodu i zabraliśmy się zakopanie.
- Jak sądzisz jakiej głębokości powinien być ten dół? - spytałem.
- No wiesz co...ja za bardzo w tym nigdy nie siedziałem. Tymi sprawami zazwyczaj zajmował się grabarz. U nas w wiosce kilku takich było, bo i robota była...no ale wiesz, trzeba zakopać na takiej głębokości, by nikt potem tego nie znalazł...- ładnie mi to wytłumaczył...prawie jak ksiądz na kazaniu. Szkoda tylko, że nic z tego nie zrozumiałem. Byłem zbyt podenerwowany...bałem się o wszystko. W

7




jednej chwili mogłem stracić wszystko to, co kochałem najbardziej. Przez jedną głupią decyzję moja rodzina mogła zostać sama...a do tego jeszcze mój przyjaciel mógł na tym ucierpieć, to było nie do pomyślenia...
- To znaczy? - dopytałem.
- Od półtora do dwóch...ale to nam może trochę czasu zająć...
- Pięknie, czyli raczej przed północą nie wrócimy.
- No gdzież... - odparł Omar — Nie ma nawet takiej opcji.
- A myślałem, że pomogę żonie, chociaż przy pierogach na Wigilię.
- Przykro mi stary — poklepał mnie po plecach-Naprawdę mi przykro.
12.15
Po zamówieniu zwalił mnie z nóg. Rozmawialiśmy chwile o kulturze i tak dalej i wtedy ten wyskoczył z tym:
- Chciałbym o coś jeszcze poprosić, jeśli mogę.
- Prosić nikt nie zabrania, ale to ja ocenię czy pomóc, czy nie.
- No to: Mogę porozmawiać z pańską córką?
- No...- jak już mówiłem, zwalił mnie tym pytaniem z nóg- Z Ashley?
- Tak proszę pana — odparł- z Ashley Waltz.
- Po co?
- Po prostu dawno jej już nie wiedziałem i...
- Tylko to?
- Byliśmy przecież sąsiadami...chyba mogę się z sąsiadką zobaczyć — stwierdził.
1.10 następnego dnia
- Uff- sapnąłem i

8




wytarłem mokre od potu czoło ręką- Chyba nam się udało.
- W połowie- uspokoił moją radość Omar — tylko w połowie, więc nie chwalmy dnia przed zachodem słońca.
- To żeś sobie dobrał metaforę — zauważyłem- No ale jesteśmy już bliżej niż dalej.
- No może i tak — udał się w kierunku bagażnika samochodu, po drodze rzucając mi parę białych rękawiczek — Teraz ładujmy to ciało do ziemi i spadajmy stąd.
Złapałem rękawiczki i zacząłem je nakładać.
- Nikt tego nie znajdzie? - spytałem.
- Człowieku skąd ja mam to wiedzieć? - wydukał słowo po słowie — Jestem tylko księdzem, nie jakimś śledczym czy innym fachowcem, kapiszimo?-zaczął nakładać swoje rękawice.
12.25 poprzedniego dnia
Znalazłem coś w karczmianej lodowce i włożyłem do mikrofalówki...to się nazywa ekspresowa kuchnia. Nastawiłem placki węgierski na 5 minut i postanowiłem zadzwonić do córki, bo do kominka już podłożyłem, a jedyne co mi zostało to obsłużyć gościa. Przez chwile leciała jakaś nuta w telefonie, a po niecałej minucie usłyszałem głos mojej córeczki.
- Słucham?
- To ja, Tato, jesteś w domu? - spytałem, licząc na pozytywną

9




odpowiedź.
- Jeszcze jestem — odparła- ale zaraz muszę znikać.
- Bo? -spytałem zaciekawiony — znowu jakaś impreza? - spytałem ze zniesmaczeniem, słysząc z drugiej strony jakieś dziwne sapanie.
- No...ale się nie martw, nie zrobię tym razem nic głupiego — odparła.
- Ja tak myślę, bo wiesz co, sądzę na temat tych twoich głupich imprez, wracając jednak do tematu, mogłabyś wpaść do mojej karczmy?
- Po co?- zdziwiła się -Trzeba coś pomóc, nie dasz sobie sam rady?
- Bardzo śmieszne młoda damo, bardzo śmieszne, po prostu ktoś na ciebie czeka...
- Kto?- spytała.
- Jak przyjedziesz, to się dowiesz...dopóki pilnujemy z matką twojego dziecka, posłuchaj się choć raz mnie...- powiedziałem stanowczo.
- Tato, kto na mnie czeka? - spytała, po czym usłyszałem ponownie sapanie i jakieś krzyki.
- Nasz stary znajomy — odparłem — A tam u ciebie co się dzieje? Co to za krzyki?
- Pracuję, pa tato — powiedziała
- Moment! Nie rozłączaj się jeszcze!!
- Co jeszcze? - spytała.
- Przyjedziesz?
- Tak, postaram się wpaść, specjalnie dla ciebie, Tato, a teraz pa...- rozłączyła się. Nie zdążyłem już o nic więcej się ją spytać.
1.11

10




następnego dnia
Omar miał już nałożone rękawice. Chciał otworzyć bagażnik, gdy nagle usłyszeliśmy ten przeraźliwy dźwięk, wycie syren. Ktoś nasłał na nas policję. Nie wyglądało to za ciekawie. Mogliśmy uciec, ale w aucie miałem dowód.
- Omar! -krzyknąłem do niego - Uciekaj stąd!
- Stary nie ma takiej opcji! - Było ich coraz wyraźniej słychać.
- No weź, nie chcę, żeby ciebie o coś oskarżyli!!
- A ja, żeby ciebie!!
- Kurwa mać, przestań odpierdalać bohatera i stąd spierdalaj klecho!!! - zdenerwowałem się nie na żarty. Niektóre słowa z moich ust wyszły niepotrzebnie. Policja już zajeżdżała na ścieżkę. Mieliśmy jakby to ładnie ująć w słowa: prze-je-bane.
Tak ogólnie to nic tego nie zapowiadało. Nic, a nic nie było powodem, żeby myśleć, że ten dzień przyniesie mi takie nieszczęście. Kto by przecież pomyślało tym, że będzie w środku nocy wiózł trupa do lasu...no kto? Ja akurat nie, ale to w moim bagażniku leżał.

     ODCINEK 2
23.12.2017,
12.30
Po rozłączeniu się, zapipczała mikrofalówka. Wyjąłem danie ze środka, na talerzu położyłem nóż i widelec...czyli tak jak wypadało i zaniosłem przed

11




klienta.
- Smacznego — położyłem przed nim talerz ozdobiony niebieskimi kwiatkami (wymysł żony) z plackami po węgiersku i surówką — Liczę na to, że będzie ci młody smakować.
- Raczej nie będę marudzić — odparł i dokładnie przyjrzał się daniu — Wygląda nawet apetycznie, więc...
- Na pewno tak jest — uśmiechnąłem się. Już chciał się zabrać, za jedzenie biorąc widelec do ręki, lecz ja rzekłem do niego.
- Poczekaj — zatrzymałem go — Jeszcze gorące...może porozmawiamy w tym czasie?
- Na jaki temat?
- Może najpierw powiesz mi: Po co tutaj wróciłeś?
- Tutaj? Nie wiem, może po prostu stęskniłem się za domem...może tam, gdzie byłem ostatnio,
nie było tego, do czego się przyzwyczaiłem przez te wszystkie lata tutaj.
-Za domem?-spytałem.- Za tym, od którego tak chciałeś uciec?-na mojej twarzy wymalowało się zdziwienie.
- Możliwe proszę pana...ale w końcu jest to moja sprawa, co się dzieje u mnie w domu — odparł.
- Może I tak, ale chcesz rozmawiać w końcu z moją córką i wolę wiedzieć po co?
- Po co?-zdziwił się- Już nie mogę nawet z nią porozmawiać, bo coś panu przeszkadza?
- Spokojnie...ugościłem cię

12




mimo tego, że nie możesz mi się za to odpłacić. To może, chociaż uchylisz ten rąbek tajemnicy przede mną i powiesz, po co dokładnie chcesz się z nią spotkać...
10.30
-Eeeh — ziewnąłem. Przed chwilą co wstałem. Nigdy mi się jakoś na weekendzie nigdzie nie śpieszyło, a karczmę otwierałem dopiero za półtora godziny, więc miałem jeszcze jakby nie patrzeć jakąś godzinkę dla siebie, żeby spokojnie wyjść i dojechać do roboty. Wychodząc z pokoju w szlafroku i naszykowanymi na dzisiejszy dzień ubraniami przez moją ukochaną żonkę (wie co lubię), zauważyłem uchylone drzwi do pokoju mojej córki.
Sprawdziłem, lecz jej tam nie było. W śmietniku leżała natomiast jakaś zużyta prezerwatywa. Nie będę jej robił żadnej awantury na święta...bo ona i tak tego do siebie nie weźmie i dalej będzie robić swoje, byle mi tylko ciśnienie podnosić...ładnie to żeś my ją z żonką wychowali.
Z tego, co niestety zauważyłem, ona jest, jakby to powiedzieć: taką łatwą dziewczyną, przykre mówić jest takie rzeczy na własne dziecko, ale cóż człowiek zrobi...jak taka jest prawda. Liczę na to, że chociaż tym razem nie zajdzie w ciążę

13




albo, że chociaż trafi na jakiegoś normalnego faceta, a nie jakiegoś ruchacza , co zrobił i spada.
Przymknąłem drzwi do jej pokoju, bo był u niej bajzel jak diabli...a nie chciałem, żeby przez przypadek wszedł tam jej mały Jacob...który pewnie już od rana własną babcię męczy.
Sam natomiast udałem się do toalety, żeby na spokojnie się przebrać, aby potem już bez pośpiechu wyjść z domu. Na pralce położyłem swoje ładnie złożone ubrania i zabrałem się strzyżenie brody, żeby wyglądała w miarę przyzwoicie...bo jakby nie patrzeć, to jedyne co mi na łbie z owłosienia zostało, włosy odpadły.
Ubrania, które ze sobą przyniosłem, dostałem kilka tygodni temu na Mikołaja i dalej w nich chodzę, chociaż oczywiście raz na jakiś czas rzucam je tam do prania, żeby nie śmierdziały. Obecnie dopiero dzisiaj wyciągnąłem je z szafy (chociaż w sumie zrobiła to Elise), więc są, jak to się mówi: nówka sztuka. Czerwona koszula w czarną kratę (czyli prawie jak u drwala) to jak nie patrzeć na razie numer jeden u mnie. Niebieskie dżinsowe spodnie też nie są złe...ale wyglądają jak każde inne, które mam w szafie...ale chociaż mam w

14




czym wybierać. Po nałożeniu tego, co trzeba, zszedłem na dół do kuchni...gdzie żona stała już przy garach, a mały Jacob oglądał coś przed telewizorem...w końcu trzeba było go jakoś zająć, bo Mama nigdzie nie weźmie.
...
Chwilę później siedziałem już jak zwykle rano przy stole. Piłem swoją poranną porcję kawy I zajadałem grzanki z dżemem truskawkowym, czyli to, co lubiłem najbardziej. Ubrudziłem przy okazji swoje gęste rude wąsiska, co rozśmieszyło pewną osobę w pomieszczeniu.
- Co się tak śmiejesz?-spytałem, biorąc łyk kawy.
- Oj nic...nic - odparła chichocząc pod nosem - Po prostu tak śmiesznie wyglądasz z tymi wąsami.
- Hahaha — odparłem — Są bardzo męskie.
- Tak jak ten dżem na nich — chichotała dalej.
- Ty nie zapominaj, że jest to element mojej brody — odparłem, dalej jedząc.
- No gdzież kochany, mogłabym o tym zapomnieć — uśmiechnęła się, dosiadając do stołu ze swoim talerzem.-Dobrze podcierają przy okazji — wybuchła śmiechem.
- Zmieńmy temat. Co tam jutro na stół będziesz kłaść, tak zmieniając temat.
- Jutro? - spytała zdziwiona — Aaa... ty o zastawę wigilijną pytasz- uśmiechnęła

15




się po chwili — Jak wrócisz z roboty, to się dowiesz...
- Będziesz męża w niewiedzy trzymała? - spytałem — No nie bądź taka...-popatrzyłem na nią błagalnie.
- Mogę ci co innego zdradzić...
- Co?
- Mój Brat i rodziną z ojcem do nas wpadną...
- To super — choć może niekoniecznie...ale tego już nie powiedziałem.
24.12.2017
1.15
Koło mojego SUV-a zaparkował policyjny radiowóz. Stanąłem jak wyryty, na nic nie zdały się już krzyki na Omara, żeby uciekał, było już po prostu za późno. Przerażenie przejęło nade mną kontrolę, chciałem się ruszyć w którąkolwiek stronę, ale nie mogłem. Wraz z Omarem mieliśmy już nałożone rękawiczki, a on stał obok bagażnika. Wyglądało to niezbyt ciekawie. Z policyjnego wozu wysiadła ruda funkcjonariuszka i przyjrzała nam się uważnie. Była niczego sobie, na co nawet zwrócił uwagę Omar, bo tak wlepił w nią oczy, że po prostu brak słów. Od strony kierownicy wysiadł natomiast jakiś blondyn. Nie przepadałem za nimi, przez nich tylko jeszcze bardziej cierpiałem, może chociaż ten będzie normalny...
23.12.2017,
12.35
- Pyta pan: Po co chcę się spotkać z pańską córką? -

16




powtórzył sobie albo chciał się upewnić, czy o to mi chodziło- Nie wiem jak to wytłumaczyć, ale po prostu potrzebuje z nią porozmawiać na kilka dość ważnych tematów.
- I to akurat musisz z nią, nie wystarczy ci, to co zrobiłeś jej przed laty?
- Co? - spytał. - Co ja jej niby zrobiłem? To, że wyjechałem stąd? Zrobiłem jej tym jakąś wielką krzywdę? Że nie mogłem tu wysiedzieć?
- To nie to...- odparłem — Ale zależało jej na tobie.
- Miała 14 lat, gdy stąd wyjeżdżałem...jak niby mogło jej na mnie zależeć?
- Nie wiem...ale płakała po tobie, ale co my temat zmieniamy — oprzytomniałem — Wziąłeś ją kilka lat temu na tę głupią imprezę, nie odezwałem się wtedy. Byłem pewny, że nic się tam nie wydarzy. Myślałem, że dotrzymasz słowa, jak na osobę dorosłą przystaje...niestety się myliłem.
- Myśli pan, że ja jej to wszystko zrobiłem?-spytał z żalem w głosie.
- Nie wiem — odparłem — Nie wiem, Liczę na to, że to nie byłeś ty, ale mogłeś, chociaż przy niej zostać, może łatwiej jej byłoby przez to wszystko przejść. Na swój sposób... kochała cię.
- Skąd pan może to niby to wszystko wiedzieć? -

17




spytał.
- Długa historia... - odparłem.
- Ale póki mi jeszcze jedzenie nie wystygło, to może mi pan opowie... - ładną obrał taktykę, ale co mi tam.
- Dzień za dniem...nie mogliśmy się pogodzić z tym, że zaszła w ciąże. Było to dla nas bardzo ciężkie...ona ciągle ryczała, że nie chciała tego, że to wszystko przez przypadek i że chce, żebyś do niej wrócił...taki lament nastolatki. Tylko że nie każda nastolatka chodzi z brzuchem- popatrzył na mnie wielkimi oczami, dłubiąc widelcem w plackach po węgiersku.
11.00
Śniadanie okazało się w miarę przyzwoite mimo tego, że gotowanie nie było jej zbyt mocną stroną. Ona preferowała bardziej sztukę i tego typu rzeczy, tak samo, jak ta jej cała rodzinka... co u mnie w domu raczej by nie przeszło, ale te lata na szczęście dawno już minęły...
- Miło, że ich zapraszasz- odparłem, kończąc ostatnią kanapkę- Tylko niech tym razem się trochę zachowują.
- Co masz na myśli?-spytała.
- Dość długa lista -odparłem i popatrzyłem się jej oczy- Ale mogę ci ją streścić. Po pierwsze niech twój brat przestanie wszędzie szukać sensacji, jego żona niech nie próbuję o wszystkim, co w

18




naszym domu się dzieje, pisać książek, ich syn niech nie ogląda pornosów na telefonie przy stole, a Ojciec niech tak nie chleje...to tak w dużym skrócie.
- I tobie to przeszkadza?-spytała.
- Tak — odparłem stanowczo.
- A sam wszędzie się wpierniczasz, wszystko ciebie interesuje, lubisz sobie popić...a jak nikt nie patrzy to włączyć pornola. Nie komentowałam tego nigdy, ale ty tak po prostu wyrzucasz brudy mojej rodziny tutaj!-wybuchła.-W naszym mieszkaniu!!
- No, ale...-chciałem coś powiedzieć.
- Nie ma żadnego „ale”, ty po prostu widzisz małe drzazgi u kogoś, ale kija we własnym oku to ty w ogóle nie widzisz...mimo że codziennie stajesz przed tym swoim lustrem!!
- Nie kłóćmy się- powiedziałem przytłoczony- Niech mały nie słucha niepotrzebnych kłótni...
- No to niech ktoś nie czepia się detali!!!
- Dobra, niech sę robią, co chcą- dokończyłem kanapkę i wstałem od stołu.- Byle tylko było spokojnie.
- Niech sę robią, co chcą?!!!-wydarła się na mnie.
Nałożyłem swoją ciepłą beżową kurtkę, wziąłem klucze ze stołu i chciałem dać żonie całusa na do widzenia, ta jednak nie chciała. Poszła prosto do Jacoba, po tym,

19




jak się na mnie wydarła. -Chcesz się pobawić?-spytała go- Może wyłączymy w końcu ten telewizor?
-Nie, nie... Babciu, zostaw! Moja bajka leci!
Nagle zadzwonił jakiś telefon, ale nie zwracałem na to zbytnio uwagi.
-Jeszcze tylko jedną i koniec...-odparła, wracając do kuchni odebrać stacjonarny.
Nie odezwaliśmy się już do siebie, wydało mi się, że się na mnie obraziła...no cóż. Wziąłem gazetę ze stołu, którą wcześniej zamierzała czytać i udałem się do garażu, po samochód...może do wieczora jej przejdzie, bo inaczej nie będę miał z kim spać...a na kanapie mi się nie chcę.
24.12.2017,
1.20
- Co my tu mamy? - zapytała rudowłosa policjantka, dopinając swoją kurtkę — Cóż panowie porabiają w lesie o tak późnej porze? - poprawiła czapkę, zasłaniając swój rudy kosmyk — Hmm? - kiwnęła głową w stronę naszych rękawic, bagażnika i dołu. Byliśmy przerażeni.
- Nic nie powiecie? - zapytała, a ja nie byłem w stanie nic z siebie wydusić, podobnie jak Omar,
który się tak w nią wgapił, jakby była jakimś dziełem sztuki, ach ta jego wyobraźnia.... - Nie zamierzacie się jakoś bronić? - spytała po długiej chwili

20




ciszy, na jej twarzy pojawiło się zdziwienie
- Tom sprawdź bagażnik panów — wskazała partnerowi tył SUV-a- A panowie — popatrzyła na nas- Ręce na plecy I na kolana.
- Na śnieg?-oburzyłem i zdziwiłem się, że w końcu odzyskałem głos.
- Możesz nawet na murzynie, byle byś tylko klęczał — odparła.
Ciekawa ta kultura u obecnych policjantów, ale co ja się na tym znam. Jestem tylko zwykłym karczmarzem, który ma obecnie pewne zatargi z policją...
23.12.2017,
12.35
- Wydaję mi się, że jej naprawdę na tobie zależało... - odparłem.
- czternastolatce?-dopytał Chuck.
- Tak....coś was mogło łączyć.
- Co mnie niby mogło z nią łączyć...byliśmy tylko sąsiadami.
- No, ale nie mów, że obecnie ci na niej nie zależy.
- Nie mówię — odparł- Ale te cztery lata temu było inaczej.
- Wiesz co? Ja zaraz wrócę — Coś zaczęło mnie napierać na pęcherz, więc musiałem na chwilę zakończyć rozmowę. Półtora godziny temu było podobnie, jak tylko przyjechałem do roboty, prawdopodobnie dlatego drzwi do środka były uchylone. Zostawiłem na chwilę chłopaka, a sam ruszyłem do WC. Musiałem się odlać. On tymczasem coś wyciągnął z torby

21




i położył na stole. Otworzył sobie I zaczął czytać do jedzenia.
- Smacznego — powiedziałem po drodze i zamknąłem za sobą drzwi do ubikacji.
- Dziękuję — odparł Tidderman.
24.12.2017,
1.19
Blondyn powoli otwierał klapę bagażnika. Mogłem wcześniej zamknąć auto i spierniczyć wraz z Omarem daleko stąd. Prędzej czy później I tak by mnie znaleźli. Wytłumaczyłbym się jakoś, że ktoś ukradł mi auto czy coś w tym stylu. Szkoda tylko, że teraz wszystko da się zbadać, a ja im to jeszcze wszystko ułatwiłem, zostawiając dowód osobisty w aucie, plus odciski wszędzie gdzie się tylko da...brawo John.

     ODCINEK 3
23.12.2017,
12.43
Jak już wcześniej wspomniałem, coś zaczęło mnie okropnie skręcać przy rozmowie. Rano pęcherz, przez który zapomniałem domknąć drzwi, a teraz to... Złapałem gazetę z lady i pognałem do ubikacji, przerywając przy okazji iście interesującą rozmowę z iście nietypowym sąsiadem. Zamknąłem za sobą drzwi do jednej z kabin I usiadłem na klopie, rozkładając przed swoimi oczami tygodnik, który rano podwędziłem żonie...taki mały grzeszek, ale może mi wybaczy, chociaż po tej porannej kłótni, to nie

22




wiem, czy w ogóle zwróciła na to uwagę...
Zastanawiałem się trochę nad tym, czy jak może dam jej te prezenty, które sobie naszykowałem na jutro, plus oczywiście jeszcze mały bonusik w postaci tego, co kupiłem dzisiaj rano, to jej przejdzie. Prawdopodobnie nie potrzebnie mówiłem niektóre rzeczy dzisiaj przy śniadaniu. Wiem, że sobie nie radzi z tym wszystkim...a do tego chce jeszcze pomóc naszej córce wychować jej małego Jacoba, tylko że to Elise odwala całą brudną robotę, a Ashley po prostu cały czas żyję na nasz koszt...a nas przecież przez całe jej życie nie będzie, w końcu odejdziemy, a ona zostanie sama i ciekawe jak wtedy sobie poradzi ta młoda dama. Zacząłem kartkować gazetę w poszukiwaniu jakiego ciekawego artykułu, który mógłby mi umilić tę posiadówkę. Ktoś, kto to projektował ten biuletyn, nie pomyślał jednak o tym, jaką praktyczną i pożyteczną rzeczą jest spis treści i tym oto sposobem, żeby do czegokolwiek się do kopać, musiałem spędzić chwilę, przewracając wszystkie strony po kolei, aż udało mi się dogrzebać do tego:
,,Wielcy świata, tzn.artyści przez duże,,A” są tacy, że raz się mówi o nich

23




strasznie dużo i prawie nie znikają z okładek gazet, a my jesteśmy na bieżąco z ich życiem publicznym, jak I prywatnym, że aż dziwne, iż nikt jeszcze nie pozwał nas z tego powodu o ciemięstwo. Są też takie przypadki, że nasz bohater bądź bohaterka znika z desek teatrów czy kin na dość długie lata i albo powraca, bądź już nigdy więcej o nim lub o niej nie słyszymy. Podobnie było w przypadku Pani Penelopy Cortez, która porzuciła drogę aktorstwa z powodu tragicznych wydarzeń ze swojego życia. (piszemy o tym w artykule na 87 stronie pod tytułem ,,morderstwo czy samobójstwo- dylemat wszystkich”) Po tym, jak już się z tym wszystkim pogodziła i poukładała swoje życie prywatne, postanowiła powrócić na ścieżki kariery, tym razem jednak nie deklamując zwykłych teksów jak przed laty, ale śpiewając w musicalu Adama Kurewicza o podobnej treści do tego sprzed 15 laty, gdzie wystąpiła po raz ostatni. Jest to dość ambitny projekt, któremu oczywiście gorąco kibicujemy całą redakcją I z chęcią 1 stycznia zaraz po sylwestrze wybierzemy się na premierę...no, chyba że nie uda nam się tam dojść, co w naszym wypadku jest bardzo

24




prawdopodobne. Spektakl może spodobać się tym, co interesują się choć trochę tematyką II wojny światowej, mimo że wszystko rozgrywa się w jednym pomieszczeniu, to fabuła jest przeładowane tym wszystkim...a bohaterowi ponoć są jak żywi, ale w końcu mamy z nimi bardzo bliską styczność, bo siedzimy przed sceną, a oni na niej występują. Po więcej informacji zapraszamy na stronę teatru pod adresem..."
Bla, bla, bla, kto takie bzdety piszę?-zamarudziłem pod nosem - Zamiast pisać coś normalnego - przetarłem ręką oczy- To piszą, nie wiadomo ile, o nie wiadomo kim...a przecież jutro mamy święta. Mogliby nawet o tym Home: Alone napisać i o tym, czy ktoś planuje remake tej serii albo o co w ogóle chodziło w tym filmie, dlaczego rodzice zostawili dzieciaka samego w domu, bo zawsze jakoś spóźniałem się na początek i nikt nigdy nie chciał, mi wyjaśnić o co tak naprawdę chodzi...
24.12.2017,
1.22
Klęczeliśmy tak na tym śniegu, prószyło na nas...a my nie mogliśmy się nigdzie ruszyć. Jasnowłosy policjant tymczasem unosił powoli klapę bagażnika. Po otworzeniu go, chwilę patrzył się do środka... oniemiały, jakby nie mógł

25




uwierzyć w to, co w nim znalazł. Taka przynajmniej była moja teoria.
- O żesz kurwa! -wybuchł — Alice! Mamy tu trupa!! -zaczerwienił się cały ze złości — To, to-prawie jak z karabinu -to, to są mordercy!! - Wyciągnął spluwę z kabury - Pierdoleni mordercy!!! - wycedził przez usta i wycelował w Omara — Ten murzyn musiał go zabić!!! - Nikt nie wiedział co robić. Mój przyjaciel był w niebezpieczeństwie, a ten policjant trzymał go na muszce, nikt nie zareagował. Blondyn pociągnął za spust, śnieg wokół Omara się zaczerwienił.
- Nie!! - wydarł się ze mnie opóźniony okrzyk bólu, a potem płacz...do czego ja dopuściłem?
- Stój! - krzyknęła zbyt późno policjantka.
Ja natomiast nie potrafiłem się pogodzić z tym, że to prawdopodobne też była też moja wina...nie tylko tego, co strzelał. Policjantka była natomiast spokojna niczym anglosaska suka albo po prostu była to dla niej zwykła codzienność, przecież codziennie umierają ludzie. Co to dla niej za różnica, że ten człowiek był...nie! Jest czyimś przyjacielem, może ma rodzinę, która za nim tęskni... że ma pikantną wyobraźnię i na jaką kobietę nie popatrzy, to

26




sobie pozwala...to tylko człowiek i tak samo, jak ja jest mężczyzna....ale czy był jakiś powód, żeby do niego strzelać, bo co bo czarny? Ja myślałem, że epizody z rasizmem w policji mamy już dawno za sobą...przecież u nich też pracują afrykańce, żółtki i tak dalej...ale jak coś złego, to wiadomo, chociaż na kogo zrzucić.
23.12.2017,
11.15
Czułem się trochę głupio... Żona się tak zawsze o wszystko i wszystkich martwi, a ja jej po prostu wyskoczyłem z takimi pierdołami. Ona jest naprawdę dobrą kobietą, tak o wszystkich dba i nigdy nic nie powiedziała niczego złego o nikim, aż do dzisiaj, kiedy to ja wyleciałem jej z tymi brudami na temat jej rodziny. Może czasami powinienem trzymać język za zębami, pomyślałem, otwierając drzwi garażowe. Żyję z nią już tyle lat, nie mówię, że nie zdarzyły się nam nigdy żadne kłótnie, ale zawsze po nich następowały ciche dni, a one nigdy nie były przyjemne. Wsiadłem do samochodu i zacząłem się zastanawiać czy nie warto byłoby wstąpić do kwiaciarni po jakiegoś kwiatka, czy coś innego dla niej, może ją tym udobrucham i zapomni o tym, co jej powiedziałem...to nie było specjalnie,

27




po prostu nie pohamowałem się w odpowiedniej chwili. Wiele osób mi już mówiło, że najpierw trzeba myśleć, a potem mówić... a ja wtedy im tylko przytakiwałem, nigdy nie brałem ich słów na poważnie...a chyba powinienem. Odpaliłem swoje auto i wyjechałem z garażu. Niektóre słowa nie powinny nigdy paść...
13.00
Artykuł o tej kobiecie mocno mnie zbulwersował. Strasznie za nią nie przepadałem. Ona w porównaniu do jej świętej pamięci męża, Charlesa była nikim. Na nim to właśnie się wybiła i to jeszcze jego widownie starała się pozyskać. Jego to na scenie oglądało się bardzo przyjemnie, umiał się wczuć w swoje role, a ona...deska jak to na czym występowała. Teraz znowu chce wrócić...a jeszcze ten odnośnik do artykułu,,zabójstwo czy samobójstwo”, po co to? Przecież wiadomo jak było i nie ma co tego rozkopywać, no, chyba że facetka znowu coś kombinuje. Z mojego toku myślenia wyrwał mnie jednak czyjś niski głos.
- Szczęść Boże panie gospodarzu- Serio? Już po domach łażą? Znowu jakieś datki na kościół? Ile to im można płacić. Chociaż w sumie jak tak się przyczepić szczegółów, nikt u nas w kościele nie ma

28




takiego głosu, może to nie jest żaden klecha od nas...złożyłem gazetę, zrobiłem, to co należy i w pośpiechu umyłem ręce, gazetę zostawiłem w ubikacji, a przez przypadek chyba upadło mi mydło w ubikacji na podłogę...
24.12.2017,
01.24
Omar wydarł z siebie okrzyk bólu i upadł przed siebie...nie wyglądało to zbyt ciekawie.
- Moja jebana noga, ty skurwysynu!-wycedził Omar przez zęby.- Chuju, to tak się teraz księży traktuję... ja ci załatwię, że kurwa nie dostaniesz żadnego rozgrzeszenia.-zaczął bladnąć.-Jak będziesz zdychał kutasie to pójdziesz prosto do piekła, ty pizdo...żadnych rozgrzeszeń dla morderców!
- Boże! - krzyknąłem przerażony w stronę jasnowłosego gliny — postrzeliłeś go!
Blondyn przypatrzył się dokładnie leżącemu na ziemi murzynowi. Z nogi tryskała mu krew.
- Jezu, poniosła mnie! Przepraszam!! - odparł.
- Nie ma co tu Jezuskać — powiedziała policjantka — trzeba z nim coś teraz zrobić.-popatrzyła się na dół, który z nim wcześniej wykopaliśmy.
- Trzeba go do szpitala zabrać! Nie ma nad czym się zastanawiać!!-krzyknąłem do niej.
- Tak, tak to właśnie miałam na myśli — odparła, jakby

29




się nad czymś zamyśliła.
- To ja go zawiozę — powiedziałem.
- Proszę pana...pan to z nami na posterunek jedzie — odparła.
- No, ale...
- Nie ma żadnych ,,ale”, proszę pana...zostaliście złapania na gorącym uczynku — wytłumaczyła.
- Czego?
- A co przywieźliście do lasu?
- No to niech ktoś go, chociaż zawiezie do tego szpitala, ja wszystko wytłumaczę, tylko nie pozwólcie mu tu umrzeć!!! - byłem bliski płaczu. Naprawdę się o niego martwiłem, nie chciałem, żeby przeze mnie jakoś tu ucierpiał.
- Adam możesz się tym zająć? - spytała blondyna.
- Oczywiście — powoli zaczynał się uspokajać — tylko mamy jeden problem, mamy tylko jeden wóz.
- To proszę wziąć mojego SUV-a - wskazałem pojazd- w środku są kluczyki.
- Mogę?-spytał policjantki.
- Po co się mnie głupio pytasz...czas leci, wsiadajcie i jedźcie — odparła zirytowana. - A my proszę pana — skierowała się tym razem do mnie — Jedziemy na komisariat, tam się pan ze wszystkiego ładnie wytłumaczy, dobrze?
- Dobrze — odparłem i posłusznie wsiadłem do radiowozu.
23.12.2017,
13.01
Ale jaja, własnego przyjaciela po głosie nie rozpoznałem. Wystarczyło jednak

30




wyjść mu na spotkanie i dokładnie się przyjrzeć, od razu rozpoznałem w tym olbrzymie swojego druha.
- Kopę lat Omar...co cię tu sprawdza? - ruszyłem w jego stronę z otwartymi ramionami.
- No wiesz, postanowiłem was odwiedzić — uśmiechnął się, a ja go uścisnąłem jak starego dobrego przyjaciela, bo w końcu takim był.
- To miło z twojej strony... - poklepałem go po plecach — Usiądziesz gdzieś?
- W sumie to tak, ale najpierw muszę gdzieś powiesić tę kurtkę...masz tu gdzieś jakieś miejsce na to... - spytał.
- Na zapleczu coś się znajdzie...przy okazji trochę porozmawiamy, co nie?
- No to chodźmy- odparł i ruszył za mną. Po chwili powiesił kurtkę obok mojej i usiadł na fotelu przy stoliku — Dość bogato tutaj- zaśmiał się.
- Wystarczająco — odparłem - Nie ma co wywalać kasy w błoto, lepiej w mieszkanie zainwestować.
- No i jak tam się trzyma? Jak rodzinka? - spytał zainteresowany.
- O mój drogi...mieszkanie prawie jak chata boga, a rodzinka trzyma się rewelacyjnie, pomijając małe problemy z córką. - odparłem
- A ta, co znowu zrobiła?- spytał.
- Zamiast opiekować się dzieciakiem, którego urodziła...ta ciągle lata

31




na te swoje imprezy i filtruję. Zaraz znowu znajdzie z kimś w ciąże i będzie trzeba kolejnego dzieciaka wychować, co potem sobie ludzie pomyślą? Ona a ni męża nie ma, ni pracy...wstyd totalny, ale z domu przecież własnej córki nie wyrzucę.
- No tak, tak- odparł, przerywając mi.
- Ładnie to tak przytakiwać, trzeba jeszcze wiedzieć jak porządnie dziecko wychować, a Ojciec to ksiądz i raczej się na tym nie zna.
- Ja tam tylko siostrzeńcami się zajmuję — odparł urażony — Ale nie oceniaj mnie, po ty kim jestem...bo jeszcze nic nie powiedziałem, na temat tego, co porabiam u siebie w Afryce...a tak zmieniając temat: jak tam żonka?
- Opiekuje się młodym... a do tego coś obecnie niezbyt ciekawie się nam układa.
- Dlaczego? - spytał
- Pokłóciłem się z nią dzisiaj o jakieś pierdoły i strasznie wybuchła, do tego jeszcze uważa, że zbyt często daję córce do zrozumienia, że robi źle...że powinienem ją jakoś wspierać. A co ja niby robię? Kto daję jej pieniądze na te jej wszystkie ciuszki? Dzięki komu ma się gdzie umyć, zjeść i tym podobne...dzięki mnie.
- Liczę na to, że to wszystko się jakoś wam poukłada...bo nie wygląda

32




to zbyt ciekawie, a do tego chyba nie potrzebnie pytałem.
- Oj tam...wszystko cię przecież kiedyś będzie musiało ułożyć.
- No to liczę...w razie czego we mnie zawsze masz oparcie.
- Wiem — uśmiechnąłem się — Na ciebie stary zawsze można liczyć.
11.20
Wyprowadziłem samochód z garażu. Już chciałem go zamknąć, gdy nagle SUV zaczął powoli staczać się z górki. Początkowo tego nie zauważyłem, bo dalej rozmyślałem nad tym, jak udobruchać swoją ukochaną...jakie to jej kwiaty kupić i czy spodobają się jej prezenty, które postanowiłem jej kupić na jutrzejszy wieczór oraz czy przyjmie ode mnie przeprosiny.
24.12.2017,
1.32
Usiadłem z tyłu policyjnego radiowozu. Poczekałem, aż kobieta odpali wóz i ruszymy do przodu. W międzyczasie patrzyłem się przez szybę, jak jasnowłosy mężczyzna nieudolnie próbuję załadować Omara na tył mojego SUV-a. Chciałem mu pomoc, ale kobieta niestety się na to nie zgodziła...tylko kazała mi wsiąść do środka, bo śpieszyło się jej do domu, gdyż jutro w końcu miały być święta. Nie chciałem jej nazywać suką...ale żadne inne słowo nie potrafiło mi przejść w danej chwili przez głowę.

33




Liczę na to, że chociaż na komisariacie pracują jacyś normalni ludzie, a ta ciota załaduje w końcu mojego przyjaciela do auta i zdąży zawieźć go do szpitala, bo inaczej potraktuję ich, jak jedna z moich ulubionych postaci z komiksów to znaczy Punisher...w końcu jesteśmy w Ameryce, a tu z dostępem do broni nie ma problemu.
23.12.2017,
13.15
Omar był człowiekiem, na którego zawsze można było liczyć. Można z nim było rozmawiać o wszystkim I o niczym, a jego zaczęło obecnie zastanawiać właśnie to:
- Kto to jest ten młody?
- Ten, co tak tam piszę?-odparłem pytaniem- Chuck Tidderman.
- Czyli?
- Mój dawny sąsiad, który nie wiadomo, po jakiego grzyba tu przylazł.
- Nie wiadomo? - dopytał. - A ty go tu nie wpuściłeś? I na pewno nic ci nie powiedział, po co tu przyszedł?
- Oj coś tam mówił, że chce się spotkać z moją córką...ale co to może mieć do rzeczy.
- Dużo...

     ODCINEK 4
23.12.2017,
13.30
- Dużo? - zdziwiłem się jego niedopowiedzeniem — Co masz przez to na myśli?
- A to mój drogi, że mogli się kochać — odparł.
- Hmm...w sumie nie jest to takie niedorzeczne — popatrzyłem na niego, a potem wzrok zwróciłem w stronę

34




chłopaka — Sam kilka chwil temu, wspominałem mu o tym, jak Ashley wciąż na nim bardzo zależy. Prawdopodobnie była to jej pierwsza prawdziwa miłość.
- I nie pielęgnowała jej? - spytał Omar — Nie starała się o nią jakoś po bożemu dbać?
- Wydaję mi, że jako tako zaangażowała się w ten związek, no ale Bóg niestety nie pozwolił im na zbyt wiele.
- Co masz na myśli?
- Chłopak wyjechał na cztery lata...nie wiadomo gdzie. Może do wojska — wskazałem jego mundur- A może po prostu się bawić, kto to wie?
- No i wtedy wszystko zaczęło się powoli sypać? - dopytywał dalej.
- Zgadza się...
- A próbowałeś z nią jakoś na ten temat rozmawiać, wytłumaczyć jej, że na tym nie kończy się świat.
- Próbowałem...ale wiesz, na czym to się skończyło...
- Nie wiem, John...
- Papieroski, alkohol i coraz częstsze znikanie pieniędzy z portfela... - zamilkłem na chwilę — W sumie wolałem nawet to, niż to, co jest teraz... Nie chcę nazywać swojej córki prostytutką, naprawdę, ale to, co ona robi...
- Bardzo dobrze ciebie rozumiem, rozumiem też, że domyślasz się, po co ten facet tu przyszedł — przerwał mi Omar, nie chcąc widocznie

35




słuchać, jak obrażam własną córkę. Domyślał się pewnie, że byłoby to dla mnie zbyt bolesne. Ale to, co zamierzałem, powiedzieć było niestety prawdą.
- No niby tak... -odparłem pochmurnie. -Ale ten człowiek zniszczył moją dziewczynkę. Ona była taka grzeczne...a przez te jego odejście... - zacząłem się rozklejać — Ona tak wielu straciła — pociągnąłem nosem — Zbyt wielu.
- No to słuchaj stary, skoro ten człowiek jest dla ciebie niewygodny...zrób z nim coś — Poczułem w tym podtekst.
- Ksiądz mnie namawia do morderstwa?-przeraziłem się.
- A broń boże...załatw to polubownie — uśmiechnął się.
- Ale ja jestem dzisiaj kumaty... - odwzajemniłem uśmiech.
- Widzę, dlatego mam do ciebie jeszcze jedno pytanko — zaczął dalej, obierając ziemniaki. - Ty wpuściłeś tu tego jegomościa z bronią? - machnął głową w kierunku Tiddermana.
- Co masz na myśli? - zdziwiłem się.
- To ty się mu dokładniej przyjrzyj — polecił mi.
Zrobiłem to, o co prosił i wtedy ten spytał.
- No i jak?
- Ja ciebie bardzo przepraszam, ale ja naprawdę nie widzę...nie wziąłem dzisiaj okularów, więc wiesz — zacząłem się tłumaczyć.
-

36




Moment...ty przyjechałeś do roboty bez okularów? - zdziwił się Omar.-To jak ty, żeś ludzi nie pozabijał?
- Źle się wyraziłem...widzieć jak to tako widzę, ale nie potrafię, zobaczyć jakichś małych rzeczy, a okulary mam przy sobie... ale nie chcę mi się ich szukać.
- Dobra, no to inaczej...popatrz na jego pas... Widzisz kaburę?
Ponownie dokładnie mu się przyjrzałem, nie siedział daleko, ale lekka wada wzorku trochę uniemożliwiała mi dojrzenie czegoś tak oczywistego, jak pewna wypukłość na biodrze mężczyzny.
- Coś tam lekko widzę, jak żeś mnie naprowadził — odparłem, przecierając oczy.
- To weź skoczy po te okulary — powiedział Omar — Masz je gdzieś tutaj?
- W szafce są — uśmiechnąłem się.
- I ty leniu — poklepał mnie po plecach- Nie chciałeś ich wyciągnąć...jeszcze takiego typa jak ty świat nie widział.
Wyciągnąłem okulary z szuflady z małego biureczka przy fotelu i je nałożyłem na nos. Niezbyt mi pasowały, a i nie zwiększały statystyk na inteligencję...ale cóż zrobić.
- Widzisz lepiej? - spytał Omar, patrząc na mnie.
- Niby tak — odparłem.
- To i widzisz tę kaburę?
- Tak, jaki w niej jest

37




problem?
- Ty chcesz, żeby ktoś taki spotkał się z Ashley? -spytał mnie — Ty jesteś, choć odrobinę odpowiedzialny?
- O co ci chodzi Omar? Toż to Ameryka, każdy może mieć tu broń. Takie mamy prawo.
- Nie neguję tego mój przyjacielu...ale chodzi mi o bezpieczeństwo twojej córki. Znałem wielu ludzi co z miłości popełniali różne głupstwa.
- I ty sugerujesz... - zacząłem powoli łączyć fakty — Że on też na sto procent coś odwali?
- Nie sugeruję, a wiem...wiele razy miałem do czynienia z podobnym sytuacjami. Ty się mu po prostu przyjrzyj, przecież to facet, a piszę pamiętnik...takie rzeczy kojarzą mi się tylko z osobami dwóch typów.
- Jakich? - dopytałem.
- Pedałami albo...-zaczął.
- Pedałami? Dlaczego niby? — zdziwiłem się.
- Bo chcą być jak dziewczyny...ubierają się w jakieś legginsy, chuj wie co, malują się, no i przykładowo piszą takie rzeczy-popatrzył się na mnie, tak jakby to wszystko miało być dla mnie takie oczywiste.
-Gdzie ty widzisz na nim legginsy albo make-up?
-No teraz może nie ma — sprostował Omar- Ale skąd wiesz, jak się zachowuje w innych miejscach?
- Nie wiem...ale nie wiem też, skąd ty bierzesz

38




takie farmazony...ale dobrze, mówiłeś jeszcze wcześniej ,,albo"...i tu chodziło ci o? - chciałem wrócić do wcześniejszego wątku.
- Na poważnie? Nie domyślasz się, o kogo może mi chodzić? - spytał.
Pokiwałem przecząco głową.
- Chłopak ma przy sobie broń, więc pomyśl, jakby mógł jej użyć?
- Napaść na moją karczmę? - roześmiałem się.
- Nie...strzelić sobie w łeb — poprawił mnie - Wiesz, jakby to mogło wpłynąć na renomę twojego lokalu?
- Niekorzystnie — zdałem sobie z tego sprawę.
- No właśnie...tak więc mój drogi zastanów się nad tym, czy dalej chcesz, by twój gość miał przy sobie broń...
- Może i masz rację, ale jakoś wątpię, by którakolwiek z tych opcji była prawdziwa — stwierdziłem po krótkim namyśle — Mimo to, pójdę z nim porozmawiać, dla świętego spokoju.
- Ja tak myślę... tylko weź tam coś, wymyśl sensownego po drodze...bo wątpię, by chciał ci ją ot, tak oddać.
- Tak też zrobię- I jak powiedziałem, tak uczyniłem. Po drodze obmyśliłem sobie, co mógłbym mu powiedzieć...żeby bez zbędnych pytań oddał mi to, czego wcześniej nawet nie zauważyłem...czyli całą tę jego

39




broń.
11.24
Domykałem garaż, gdy nagle usłyszałem jakiś podejrzany dźwięk. Przerażony, powoli popatrzyłem się za siebie. Mój samochód właśnie zaczął zsuwać się z górki. Byłem zdruzgotany. Nabierał prędkości, mogło się teraz wydarzyć naprawdę wszystko. Mógł kogoś potrącić, co nie skończyłoby się tylko na polubownym mandaciku. Równie dobrze mógłby wjechać też na czyjąś posesję...a potem, no cóż, walnąć w pierwszy lepszy dom. ,,Łubudubu", jakby to powiedział pewien jaskiniowiec. Nie zamierzałem się jednak teraz nad tym zastanawiać. Wziąłem nogi za pas i rzuciłem się w pościg za moim SUV-em. Po drodze czekały mnie różne przeszkody w tym worki na śmieci. Nie było czasu, żeby je omijać. Musiałem odważyć się na skok. Nie były wysokie. Rozpędziłem się i ku mojemu zdziwieniu, zahaczyłem o nie nogą. Poleciłem centralnie na ziemie. Szybko się wziąłem w garść. Nie zwracając uwagi na ból dupy i innych części ciała, ruszyłem w dalszy pościg. Czułem się niczym zawodowy traucer albo jak ten Assasin co biega po dachach...tylko ten chyba nie zaliczał gleby na workach, przynajmniej nie w grze. (kiedyś

40




lubiła go moja córka), lecz notabene nie zamierzałem tego powtarzać, bo wcale nie było, to takie łatwe jak pokazują, ani tym bardziej przyjemne...a mogłem się kiedyś zabrać za biegnie, może miałbym lepszą kondycję i ominąłbym dzisiejszą glebę. Byłem coraz bliżej mojego auta. Zadyszany doścignąłem swojego SUV-a i otworzyłem drzwi, żeby wskoczyć do środka. Zredukowałem biegi i pojechałem dalej w świat...czułem się naprawdę jak bohater, bo dorwałem go kilka metrów przed przejściem dla pieszych...chociaż nikt tak naprawdę przez nie, nie przechodził. Minus był jednak taki, że rozsypałem śmieci sąsiadowi...ale to w słusznej sprawie.
24.12.2017,
01.30
Siedziałem tak sobie w tym radiowozie i starałem się o nic nie pytać. Moją głowę wciąż jednak zaprzątały pytania dotyczące mojego przyjaciela, czy będzie z nim wszystko okej?. Martwiłem się o niego, mimo, że nigdy jakoś tego nie ukazywałem. Nie zwracałem uwagi na drogę przez którą jechaliśmy, bo wiedziałem gdzie stoi posterunek. Niedaleko parku. Coś zaczęło mi jednak nie grać, gdy oddalaliśmy się od mojego miasta i zaczęliśmy kierować się w stronę jakiegoś

41




lasu...lecz nie tego z którego wyjechaliśmy, tylko całkowicie innego...
23.12.2017,
13.34
- Mogę? - spytałem podchodząc do Chucka i stukając go w pas z kaburą, skąd dobył się metaliczny dźwięk.
- Ostrożniej proszę pana...chce pan tu kogoś zabić? - spytał.
- Nie... - odparłem szybko.
- To proszę mi nie stukać w spluwę...
- Naładowana?
- Możliwe.
- To mógłby mi ją pan oddać na czas pobytu tutaj?
- Moją broń?
- Tak. Tak dla formalności...goście nie powinni nosić sprzętu w moim lokalu, rozumiesz o co mi chodzi? - spytałem licząc na to, że znajdziemy wspólny język.
- Nie, nie rozumiem. Nigdy nie rozstaję się z moją Rose, więc wie pan, panie Waltz - odparł i poklepał się po kaburze. - W tym świecie nie można nigdzie chodzić bez broni.
- Czyli jednak nie naładowana? - spytałem.
- Widocznie nie... – odparł - Ale wydawało mi się, że ją ładowałem dzisiaj.
- No dobrze, ale wiesz co...może zrobimy tak. Ty chcesz spotkać się z moją córką, co nie?
- No tak.
- To weź mi dają tą broń na przechowanie.
- Dopiero teraz pan mi to mówi?-zdziwił się - Ale okej, dla niej mogę to zrobić...tylko proszę o jedno, niech się pan

42




dobrze opiekuję Rose -uśmiechnął się, ku mojemu zdziwieniu.
- To ci mogę zagwarantować - powiedziałem, a on rozpiął pas z bronią i mi go podał. Przyjąłem go w dłonie i poszedłem położyć gdzieś na zapleczu.
Łatwo poszło...
11.40
Dojechałem do kwiaciarni. Wyskoczyłem prędko z auta i ruszyłem do środka. Na moje szczęście nie było kolejki.
- Dzień Dobry - uśmiechnąłem się i pokłoniłem w sklepie.
- A dobry, dobry Panie Waltz...czego pan sobie dziś życzy? - spytała facetka przy ladzie.
Byłem wiernym klientem tego sklepu, nigdzie indziej nie kupowałem akcesoriów ogrodniczych, nasion ani kwiatków. Byłem z parą prowadzącą ten sklep na Dobrę i na złe, tak jak oni często bywali u mnie w karczmie i w domu na obiadach, gdy żona zapraszała czy sam się przełamywałem na ten dobry uczynek, tak ja u nich robiłem zakupy.
- Mam dwie sprawy: po pierwsze potrzebuję dwóch łopat... - zacząłem.
- Do odśnieżania? - spytała sprzedawczyni.
- Jedną taką, a drugą do ogródka - odparłem.
- Toż to daleko jeszcze do robienia obrządków -zdziwiła się.
- Ale wolę kupić już teraz, niż żeby potem żona zawracała mi z tego powodu głowę.
-

43




Rozumiem - uśmiechnęła się po chwili kobieta - coś jeszcze panu potrzeba?
- Potrzebuję jakiegoś...ładnego kwiatka - dodałem po chwili - takiego co się spodoba mojej żonce.
- Coś dla pani Waltz... - zastanowiła się głośno i wyszła na chwilę z sali- Pan za mną!- machnęła do mnie ręką.
Poszedłem za nią. Wziąłem dwie łopaty, które mi wskazała, a ona znalazła jakiegoś kwiatka.
- Może być coś takiego? - spytała, pokazując mi storczyka.
- Może być - odparłem, trochę mi się śpieszyło, warto jednak też podkreślić, iż na kwiatach to ja nie znałem się za bardzo...to była bajka kobiet, a ja tam wolałem się zielska już nie czepiać. Miałem z nim złe wspomnienia...
- Ile płacę?-spytałem stojąc przy kasie.
- Tyle-wskazała mi licznik przy kasie, a ja podałem jej zwiniętą w rulon gotówkę.
- Reszty nie trzeba - odparłem i zabrałem zakupy - Wesołych Świąt - Wyszedłem i położyłem to co kupiłem na tylnym siedzeniu.
13.40
- John, jak sądzisz jaka to może być broń? - spytał Omar, przypatrując się pistoletowi, który przed chwilą co odebrałem Chuck'owi.
- Wygląda jak rewolwer-stwierdziłem, wyciągając go z kabury i

44




dokładniej mu się przyglądając.
- Jest coś na nim wygrawerowane chociaż?
- Colt Python ,,Rose", tylko tyle...
- Colt Python, nie głupia broń, ale raczej mało wojskowa...nie w tych czasach.
- No z tym akurat się z tobą zgodzę, ale lepiej już schowam ten rewolwer. - włożyłem go do kabury i otworzyłem drzwiczki pod szufladą, po czym ładnie ułożyłem tam spluwę.
- A to co?-spytał zaciekawiony Omar, widocznie zwracając uwagę na pudełka poskładane na podłodze biureczka. - Do handlu znowu wracasz? Miałbyś jakąś działkę dla mnie - spytał po cichu spod oka.
- Ja już się w to nie bawię - odparłem.
- Czemu? - zdziwił się - Dobre pieniążki z tego były...
- Długa historia...
- Mamy czas.
- Sprzedałem kiedyś działkę nieodpowiedniej osobie i teraz, żona tego jegomościa ciągle ma do mnie jakieś fochy.
- A to su... - powstrzymał się - Niewychowana kobieta. Przecież to tak nie bo bożemu, ciągle się kogoś czepiać
- Dobre-prawie wybuchnąłem śmiechem - Lepiej bym tego nie ujął.
- Może i tak... - popatrzył się na pudełka, ale o nic nie spytał, po prostu wrócił do obierania ziemniaków. Ja w sumie też już chciałem to

45




zrobić...ale coś zauważyłem, że jednak zbyt mocno zżera go ciekawość.
- Chcesz wiedzieć co jest w środku? - spytałem tak od niechcenia.
- Jak już wiem, że nie jest to trawka...ale jak chcesz możesz powiedzieć -odparł.
-No to słuchaj, to są prezenty dla żony i córki, mogę ci powiedzieć co to jest dokładnie, ale pod jednym małym warunkiem.
- Jakim?
- Cichosza...nic im nie powiesz.
- Przecież jutro święta.
- Dlatego, nie chcę im zepsuć niespodzianki...a tak a propo, świętujesz jutro z nami?
- Jak można to z chęcią, chociaż tak trochę wbiłem bez pytania-odparł.
- Nie szkodzi, dla ciebie nasze drzwi są zawsze otwarte, nie wbijasz przynajmniej jak ksiądz na kolędę...
- A co w niej takiego złego?-zdziwił się Omar.
- Koperta.
- Aha...dobra - chyba zrozumiał.
- Ale wracając do tematu, nic im nie zdradzisz?
- Spokojna głowa mój miły... - uśmiechnął się- Będę milczał jak ksiądz w konfesjonale.
- No to słuchaj... - wskazałem pierwszą paczkę - Tam kryję pewna maszynkę o której moja żona od dość długiego czasu marzyła. Ponoć służy do jakiegoś prostowania włosów... i jest to jakiś lepszy model. Nie znam się na tym za

46




bardzo, ale ponoć kupiłem, to co trzeba...tak przynajmniej mówiła mi sprzedawczyni.
- One w sklepie ci wszystko wcisną - popatrzył na mnie. - Nie będziesz nawet wiedział, kiedy kupisz puste pudełko.
- No niby tak...ale wyobraź sobie, że ja specjalnie z karteczką poszedłem...
- Mówisz? - zdziwił się.
- Wolałem nie ryzykować i kupić to, co trzeba...
- No dobrze, ale wiesz jakie są kobiety...ciesz się chociaż, że twoja Elise nie chciała żadnych szpilek - roześmiał się Omar.
- Ona I szpilki?-spytałem rozśmieszony.
24.12.2017,
2.40
Zakuty zostałem wprowadzony na komisariat przez frontowe drzwi. Na korytarzu świeciło światło, a ruda policjantka prowadziła mnie przed siebie.
- Proszę usiąść tu sobie na chwilę - wskazała ławkę przy ścianie - A ja zaraz po pana wrócę.-przykuła mnie do krzesła, a samo to miejsce wydawało mi się strasznie podejrzane. Kto normalny stawia komisariat w środku lasu. Rozumiem, że góry nie są zbyt korzystnym miejscem do stawiania żadnych placówek, ale przykładowo moja karczma stoi w normalnym miejscu...w centrum miasta, a obok niej inny komisariat. To tam zazwyczaj składamy różne sprawy, tu jednak nigdy

47




nie byłem. Nie przypominam sobie przynajmniej tego miejsca. Kurczę, mogłem jednak zwrócić uwagę na drogę...
23.12.2017,
13.44
- No przecież wiem...co kupiłeś córce? - spytał po chwili
- Jej? Pas cnoty - odrzekłem.
- Jaja sę robisz.- popatrzył na mnie jak na chorego.- Nie możesz mówić tego poważnie.
- Czemu nie?- chwila ciszy - Może w końcu przestanie się pieprzyć jak królik z kim popadnie.
- Ona chyba jest pełnoletnia... - zauważył Omar.
- Ale ciągle jest pod moją jurysdykcją.
- Pod czym?
- Opieką.
- Aha...no ale wiesz, nie warto się chyba cofać do średniowiecza.
- Nie no, tak na poważnie tu kupiłem jej taką niebieską sukienkę o której marzyła...poprosiła mnie raz o nią, ale ja niczego wtedy nie obiecywałem. Nie chcąc zdradzić swoich zamiarów.
- No to dobry z ciebie tatuś i żartowniś przy okazji .- pochwalił mnie mój własny przyjaciel. Miło było to usłyszeć z jego ust.
- Dzięki, stary...szkoda tylko że dla ciebie nic nie kupiłem - zauważyłem po chwili.
- Czym ty się martwisz?-spytał- To ja przyjechałem do was, a nie wy do mnie - wziął łyk herbaty po czym łyżeczką wyciągnął cytrynę I zjadł.
- Smakuję? -

48




spytałem
- Kwaśne... - skrzywił się - Ale może być.
Chcieliśmy dalej kontynuować rozmowę, ale w drzwiach karczmy, pojawiła się jakaś młoda para

     ODCINEK 5
24.12.2017,
1.45
Siedząc tak sobie na ławce i wlepiając oczy w brudnobiałą ścianę, zacząłem snuć swoje rozmyślenia. Właśnie przed chwilą zdałem sobie sprawę z tego, że w ogóle nie znam tego miejsca, a ni tym bardziej jego personelu. Było to dla mnie o tyle dziwne...ponieważ miałem (tak przynajmniej mi się wydawało) znajomości w okolicznej psiarni, a tu patrz...ani jednego psa nie znam. Tak to już jest, jak człowiek próbuję się wzbogacić na handlu ,,leczniczymi" substancjami. Teraz to mało kto powie, że marihuana działa jakoś pozytywnie...chociaż na przykład w kilku innych Stanach mają całkowicie inną podejście co do tego tematu. No, ale w życiu nigdy nie było łatwo. Jeżeli człowiek chce wzbogacić się nielegalnie, to musi liczyć się z tym, że powinien mieć plecy. Wystarczy jednak, jedna osoba, przykładowo taka pani aktorka...Penelope Cortez i już bym leżał w piachu z rozstrzeloną głową, lub siedział bym za kratami z dala od rodziny. W sumie to chyba nawet

49




jestem na dobrej drodze, żeby mnie zapuszkowali. Dlatego właśnie, kilka lat temu...po tragicznych w skutkach wydarzeniach, rzuciłem tę robotę. Postanowiłem założyć karczmę i nigdy więcej nie mieć już nic wspólnego z handlem narkotykami, nawet jeśli był by to dobrze płatny interes. Nie zdziwiłbym się jednak wcale, gdyby ta kobieta dalej się na mściła za to wszystko co przeze mnie utraciła. To było dla niej ciężkie przeżycie, patrzeć jak jej mąż umiera w jej ramionach, plując krwią przed siebie w stronę publiczności. Mógłbym się jakoś tłumaczyć, że nie miałem z tym jakiegoś dużego związku...ale to, iż oszukam innych, nie znaczy, że wmówiłby to sobie samemu. Zastanawia mnie jednak dlaczego policja przyjęła wezwanie od pijanej osoby i dlaczego ten odział, a nie jakiś inny...na przykład ten co ma posterunek niedaleko mojej karczmy. Dlaczego dopiero teraz? Przecież ta cała sytuacja, nasza kłótnia miała miejsce kilka ładnych dni temu... 
20.12.2017,
21.10
Przed chwilą co skończył się mecz, wyłączyłem odbiornik telewizyjny i pożegnałem gości. Byli to bardzo kulturalni kibice, bo też starszej daty. Aż miło się

50




oglądało jak targają nimi emocje, jak się cieszą z każdej bramki i śpiewają różnego rodzaju przyśpiewki. Aż korciło mnie, żeby spytać...skąd oni biorą te teksty, ale jak zwykle sobie darowałem. Niby znałem tych ludzi, ale koniec końców, nie za dobrze. Przed wyjściem kufle położyli na ladzie, żebym nie musiał po nich zbierać, widać wyuczeni przez reżim jakim jest tak zwane ,,małżeństwo". Możliwe, że właśnie dlatego przychodzili mecze oglądać tutaj, bo żony im nie pozwalały robić tego w domu(zapewne oglądając w tym czasie jakieś telenowele lub pokazy mody)...albo po prostu chłopy się już przyzwyczaiły. 
Do zamknięcia lokalu została raptem godzina, może pół. Kończyłem już powoli wycierać kufle, które przed chwilą co umyłem. Ten dzień wydał mi się naprawdę ciekawy i spokojny. Myślałem też, że tak samo się skończy...ale harmonie zburzyło pojawienie się pewnego pasztetu. Nie, żebym nie miał szacunku do swoich klientów, ale żeby się tak zapuścić...to trzeba po prostu mieć coś nie tak z głową, lub być chorym. Częsta wymówka tłuściochów...,,Ja nie mogę schudnąć, bo jestem chory", albo coś

51




w takim stylu: ,,Mój lekarz mi mówi, że nie jestem do tego zdolny bo to i tamto". Zwykłe brednie...jak się chce, to można osiągnąć wszystko. To coś wchodząc do mojej karczmy nie powiedziało mi ,,Dobry Wieczór", tylko od razu ,,Flaszka wódy, raz!" (jak w wojsku normalnie...), a ja wtedy do niej ,,Nie za dużo na dzisiaj?", bo już po jej kroku wiedziałem, że ledwo chodzi.
- A pan...coś nie za ciekawy-odrzuciła, ledwo sklejając słowa.
- Dla pani dobra...proszę pójść do domu – powiedziałem - Odpocząć, wyspać się i najważniejsze wytrzeźwieć, żeby nie przynosić sobie samej wstydu. Jak pani chcę, to nawet mogę panią podwieźć, bo zaraz zamykam...a jak nie chce się pani tyle czekać, to mogę zamówić taksówkę, będzie w try miga...tylko proszę niech pani nieco umiarkuję w piciu...bo potem dzieci będą się za panią wstydzić.
- Pan mi grozi?-wydukała - Tak? Chce pan zgwałcić biedną kobietę, która przyszła się tylko napić? Pan już nie ma wstydu? 
- A broń boże... - nie będę przecież takiego pasztetu tykał, a do tego mam szacunek do jej zmarłego męża...więc nie tknę tego co jego. Ciężko mi jednak

52




pojąć, jak mógł on wyjść za coś takiego. Nigdy nie miała przecież jakiejś rewelacyjnej figury. Nie, żebym miał coś do grubszych kobitek...bo nie są złe, ale ta i charakter miała, ba ma dalej dupny. Po jego śmierci stała się jeszcze gorsza, zaczęła w siebie wlewać hektolitry wódy i bóg wie czego jeszcze. Cud, że nic tam jej w środku jeszcze nie popękało...ja to pewnie od razu miałbym jakieś kłopoty z wrzodami, czy co tam wyskakuje. Niektórzy to po prostu mają szczęście.-Po prostu nie wygląda pani na trzeźwą-dodałem po chwili- I martwię się trochę o panią, żeby nie zrobiła pani sobie krzywdy...
- Zadzwonię na policję!
- A po co?-zdziwiłem się?
- Te ,,po co", niech sę pan w dupie wsadzi...a nie do mnie się przystawia...jakieś fake taxi, zboczeniec.
O mały włos nie wybuchłem ze śmiechu...
- Proszę pani...obecnie to akurat ja mogę zadzwonić na policję, ale dobrze dam pani tę jedną flaszkę pod jednym małym warunkiem.
- Zboczeniec! 
- Proszę się uspokoić i wysłuchać mnie do końca...- zacząłem gestykulować, żeby nie wybuchnąć i nie powiedzieć kilku słów za dużo.
- Zboczeniec! Zabierz pan tę łapy ode

53




mnie!! Chcesz mnie jeszcze zabić?!! Tak jak mojego Charlesa?!!!
- No, co pani wygaduje? - to zaczynało być coraz bardziej irytujące. Nie dało się z nią w ogóle rozmawiać jak z cywilizowanym człowiekiem. Truła mi jedynie, wyzywając mnie ciągle. Bogu dzięki, że nikt tego nie słyszał. Ona sama jak wytrzeźwieję to zapomni...Ja jednak dalej będę miał wyrzuty z powodu jej męża. Dalej będę rozmyślał nad tym, że gdyby nie ja to on może by jeszcze żył... Nie powinienem sprzedawać mu tej działki, szkoda, że nie pomyślałem o tym wcześniej.
12 lat wcześniej, dokładnie nie pamiętam kiedy... 
Dokładnie wszystko przeliczyłem. W woreczku miałem nasypane kilka gramów trawki.
Mimo późnej pory, bo było chyba około 19 albo 20...zapakowałem je do kieszeni swojej kurtki wraz z portfelem i udałem się na zaplanowane spotkanie. 
Miejsce wybrane przez mojego klienta nie było dla mnie zbyt dogodne, ale nie zamierzałem z nim dyskutować na ten temat...w końcu w życiu obowiązuję pewna zasada ,,kto płaci, ten rządzi". Wszedłem do przebieralni w teatrze, tylnym wejściem i przywitałem się po przyjacielsku z aktorem. Nie wiedziałem jednak

54




jeszcze wtedy, iż będzie to mój ostatni transfer, że nigdy więcej już nikomu tego towaru nie sprzedam.
- Cześć, Charles - wyciągnąłem do niego rękę i po przyjacielsku nią potrząsnąłem. Dobrze się znaliśmy. Często bywałem na jego występach i bardzo sobie ceniłem to, że chciał mnie wraz z moją żoną na nie zapraszać. Dzięki temu zauważyłem i usłyszałem jakim jest on wspaniałym aktorem...jak potrafi się wczuć w swoje rolę, przekazać ból odgrywanych przez siebie postaci i zagwarantować swoim widzom niezapomniane widowisko. W zamian...sprzedawałem mu trawkę po kosztach, które go zadowalały, bo niestety nie mogłem być tak samo hojny jak on i dawać mu działki za darmo, nawet jeśli bym chciał...
- Dzięki, że wpadłeś-uśmiechnął się do mnie, idealnie wygolony mężczyzną z bujną kruczą czupryną. - Masz to o co ciebie prosiłem?-spytał po chwili.
- Oczywiście, trzymaj-wyciągnąłem mały woreczek z kieszeni i podałem mu go do ręki.
- Dobrej jakości? Na długo powinno mi wystarczyć?
- Inni klienci bardzo sobie chwalą ten towar, więc raczej marych powinna być porządna, sam sprawdzisz...bo wiesz, ja tylko handluję, sam nie

55




jaram.
- To szkoda...myślałem, że będę miał z kim zajarać.
- Przed występem?-zdziwiłem się.
- Może być nawet po...tylko po prostu nie mam z kim-powiedział tak jakby go coś od dłuższego czasu męczyło.
- No przykro mi, w tym wypadku ci nie pomogę. 
- No cóż...-odparł - Ile płacę? - spytał, chowając towar do kieszeni.
- 50 dolców...tylko nie wypal tego za jednym machem - uśmiechnąłem się.
- O to się już nie martw John...zostaniesz dzisiaj na przedstawieniu?
- No właśnie nie za bardzo...
- Jakieś problemy?
- Córki chore, w łóżku leżą...
- A Elise nie mogłaby się nimi dzisiaj zająć? 
- No nie chcę jej tego wszystkiego na głowę zrzucać...wiesz jak jest.
- No niby wiem... - odparł, widocznie nie zadowolony z mojej odpowiedzi - Z dzieciakami to zawsze musi być jakiś problem.
- Stary, co z tobą jest? - spytałem przerażony jego zachowaniem.
- Nic, wszystko jest w porządku...po prostu potrzebuję z kimś porozmawiać.
- To możemy zrobić to teraz.
- No jak? Za chwilę zaczyna się przedstawienie.
- Zostanę specjalnie dla ciebie...
- Dziękuję - na jego twarzy pojawił się nikły uśmiech - Bardzo ci dziękuję...usiądź sobie

56




gdzieś na widowni, zaraz zaczynamy.
Nie zamierzałem go już pytać o to co grają. Niech sobie przypomni rolę...Nie mogę teraz go zostawić. Z nim jest coś nie tak...Szkoda, że nie postanowiłem z nim poczekać w tej przebieralni, może wtedy nie wypaliłby całej tej działki naraz...Może gdybym mu tego nie przywoził...to do tego wszystkiego by nie doszło, ale ja wtedy byłem głupi. Straciłem przyjaciela za 50 dolców...Doprowadziło to do tego, że podczas jednej ze scen, jednej z początkowych...serce odmówiło mu posłuszeństwa. Służby sanitarne nie zdążyły przyjechać na czas...Nikt nie mógł już go uratować...
20.12.2017,
20.25
Ciężko było mi się z tym wszystkim pogodzić, z tą całą odpowiedzialnością. Najprościej było mi o tym wcale nie myśleć, nie przyjmować do zrozumienia, że mogę mieć z tym cokolwiek wspólnego. Od własnych myśli oderwało mnie dopiero donośne smarknięcie. Kobieta stojąca przede mną wytarła palce o ladę..
- No co pani do kurwy nędzy robi za przeproszeniem? - oburzyłem się.
- Wychodzę - odparła i wymaszerowała, trzęsąc swym tłustym cielskiem w stronę drzwi.
- Głupia krowa...- mruknąłem pod nosem,

57




wycierając szmatą zasmarkany blat.  
24.12.2017,
1.47
Wracając do wydarzeń tutejszych i dzisiejszych...szkoda, że nikogo w ogóle tutaj nie znałem. Samo miejsce stawało się natomiast dla mnie coraz dziwniejsze...nie dość, że stało w głębi lasu, bóg jeden wie gdzie, to jeszcze personel był jakiś porypany. Nie wiem czasem, czy chłopak który strzelił Omarowi w nogę, nie był najnormalniejszy ze wszystkich którzy tu pracują. Domyśliłem się, że prócz kobiety, która piszę coś przy biurku, pewnie szuka informacji na mój temat w kartotece (chociaż nie zapytała mnie nawet jak się nazywam), jest tu jeszcze jedna osoba...Pojawia się jednak pytanie kim jest i gdzie jest...ten Mr.Enigma. Moją głowę znowu zaczęły zawracać pewne myśli. Nie dotyczyły jednak tym razem tej sprawy sprzed kilku dni, a tego co miało miejsce wczoraj. Tej młodej dziewczyny, która pojawiła się w mojej karczmie, tej której nigdy nie widziałem na oczy, a wydało mi się, że ją znam i to nawet bardzo dobrze...
23.12.2017,
14.10
Bardzo dobrze pamiętam moje wczorajsze zdziwienie, gdy ujrzałem tą brunetkę i usłyszałem jej imię. Wraz z chłopakiem dosiadła się do

58




jednego ze stołów i zaczęli sprawdzać kartę dań. Swoje długie włosy zarzuciła za krzesło, na którym przedtem powiesiła swoją fioletową kurtkę.
- Chloe? - popatrzył na nią jej chłopak - Co zamawiamy?
Czy ja dobrze usłyszałem? On ją nazwał ,,Chloe'' popatrzyłem na Omara.
- Stary, czy ty to słyszałeś?
- Co? - zdziwił się.
- Jak ona się nazywa...
- Nie, nie słuchałem - odparł od razu.
- Chloe...czyżby to mógłby być przypadek? - spytałem.
Może to Bóg ją tutaj zesłał, żebym jeszcze raz mógł ją ujrzeć. Wiem, że to brzmi niedorzecznie, ale od czasu, kiedy ona zaginęła zawsze o tym marzyłem, żeby po prostu na nią popatrzeć, już nie mówiąc o cofnięciu czasu, (co jest możliwe tylko w tych serialach, filmach i tak dalej, ale w życiu to się już nie sprawdza...niestety) i niedopuszczeniu do tego wszystkiego, czym...no właśnie czym to w ogóle było. Ona zniknęła czy uciekła? 8-latka? Jeżeli to ona...To tak fajnie z tym swoim chłopakiem rozmawia, zastanawiając się razem nad tym co zamówić. Fajnie byłoby zobaczyć jak przyprowadza swoje ukochanego do domu. Przedstawia go nam wszystkim...A potem ceremonie i tego typu

59




rzeczy...
24.12.2017,
1.48
Z moich głębokich rozmyślań wyrwał mnie czyjś przeraźliwy krzyk. Wydobył się on za metalowych drzwi naprzeciwko mnie. Przerażony prawie podskoczyłem, ale skuta do krzesła ręka skutecznie ściągnęła mnie na ziemię. Nawet gdybym chciał gdzieś wyjść, przykładowo skorzystać z WC, to musiałbym to pewnie uzgodnić z panią policjant, (niektórzy po prostu przeziębiają się w nieodpowiednich momentach). Pociągnąłem rękę w swoją stronę, ale prócz metalicznego szelestu kajdanek i bólu z powodu uciśnięcia nadgarstka, nic to nie dało. Prawdę mówiąc, nie wiedziałem, co tu się w ogóle dzieję, a to miejsce stawało się dla mnie coraz bardziej podejrzliwe, a do tego te krzyki... 
23.12.2017,
14.11
Omar popatrzył się na mnie zdziwiony, robiąc wielkie oczy.
- Ty tak na poważnie? Ty myślisz, że to naprawdę może być ona, po tylu latach?
- Tak - odpowiedziałem poważnie - Nie wierzysz mi?
- Nie, nie o to chodzi mój przyjacielu...po prostu jest to dla mnie jakoś tak mało możliwe -odparł.
- Ale jest...nie możesz temu zaprzeczyć.
- Stary, nawet nie zamierzam. Bardzo bym chciał, byś miał nawet rację -

60




zaczął- Ale weź pod uwagę, ile to już minęło lat.
- Ile? - spytałem sam siebie - Będzie już z 10...
- No właśnie...i ty myślisz, że to może być ona? Ile ona miała wtedy lat?
- Z 8...-odparłem bez zastanowienia- Była miesiąc po urodzinach, taki fajny prezent dostała...taki, nie wiem jak ci to powiedzieć... Kurczę, nie pamiętam nazwy, wybacz-odparłem.
- Nic nie szkodzi...naprawdę. Wracając do tematu, teraz miałby równo 18...a ta na ile ci wygląda? - machnął głową w stronę brunetki.
- Na tyle samo...- odparłem.
Nie czekałem już na jego odpowiedź. Twarz tej dziewczyny z takimi delikatnymi rysami rozerwała we mnie starą ranę...która nigdy, ale to nigdy do końca się nie zagoiła.
Zaginięcie Chloe sprzed ponad 10 lat było dla mnie czymś bardzo bolesnym. Do końca nie potrafiłem się z tym pogodzić. Marzyło mi się, żeby moja córeczka była kimś. Ona zawsze była ambitna, nie to, co Ashley...chociaż obie kochałem tak samo. Marzyło mi się, żeby jedna poszła na medycynę...a druga zajęła się prawem, ale niestety moje plany poszły się...powstrzymam się przed użyciem tego słowa. Jednej nie ma, a druga woli balować i to już

61




od 14 roku życia, nie będzie przecież żyła w żałobie po siostrze. Nie chciałbym nawet tego, to byłaby dla niej zbyt wielka krzywda, a do tego sama nie miała z tym nic wspólnego. Musiała jakoś pogodzić się z utratą bliźniaczki. Na pewno nie było to dla niej łatwe, tak samo, jak dla mnie czy Elise. Wątpię też, żeby kiedykolwiek się nam to udało... Szkoda, że Chloe nie ma już wśród nas. Jak ja żałuje tego wieczoru sprzed ponad 10 lat, kiedy naprawiałem tego pieprzonego SUV-a. Gdyby nie ten samochód... Gdybym zajął się wtedy moją kochaną córeczką...
1.07.2007,
17.30
- Kochanie - zawołała do mnie żona, zaprzątająca się przy garach w kuchni - Mógłbyś zająć się dziećmi? 
- A co? - uśmiechnąłem się, wchodząc tam, żeby nalać sobie coś do picia.
- Kolację trzeba przygotować - schyliła się, żeby wyciągnąć garnek z szafki.
- No wiesz...-popatrzyłem na nią spod oka, po czym ściągnąłem szklankę z suszarki nad zlewem - Ja też mógłbym to zrobić.
- No tak kochanie, ale to baby są od siedzenia w kuchni...faceci tego tak nie czują- nalała wodę do garnka- Nie potrafią robić tego tak jak my - roześmiała się -

62




popilnujesz dziewczynek?
- No tak...tylko chciałbym coś jeszcze w garażu dokończyć - nalałem sobie wody do szklanki. - A ty moja kochana, tak sobie nie schlebiaj - napiłem się.
- To weź je na dwór, bo ja muszę dokończyć kolację...dobrze? - spytała.
- A tak w ogóle, co ty tam gotujesz?
- Jajka...
- No to takiego talentu to by ci Gordon Ramsey nie pozazdrościł - uśmiechnąłem się i wyszedłem z kuchni.
- Weźmiesz je?! - spytała na moim odchodnym.
- Dobra-odrzekłem - Jak sobie życzysz- Ashley, Chloe idziecie na dwór?!
-Tak tatusiu!- odkrzyknęły uradowane obie naraz. Jak mi to ktoś kiedyś powiedział, te moje bliźniaczki to mają dar porozumiewania się ze sobą bez słów.
Wyszliśmy na zewnątrz. Azor, to znaczy nasz buldog angielski, już na nie czekał. Nasz mały piesek...lubiły się z nim bawić, ale nie mogliśmy go trzymać w domu z powodu jednego dość nieprzyjemnego epizodu. Biedaczysko siedziało sobie pewnego razu na dywanie i jedna dziewczynka złapała go za ogon, a on wtedy popuścił...był mały, to go w moich oczach tłumaczyło...ale żona swoja i Azor, a ni ja nie mieliśmy z nią szans na żaden kompromis. Zostawiłem dziewczynki

63




z psem, sam udałem się natomiast do garażu, dokończyć to, co planowałem. Biały podkoszulek do roboty pod autem nie wydawał się  zbyt mądrym pomysłem, ale zbyt bardzo za nim przepadałem...a do tego i tak był już umazany w smarze. Czego nie robiłem to zawsze w nim, tak samo, jak w swoich niebieskich spodniach z Adidasa do biegania. Pamiętam, jak je kupowałem i obiecywałem sobie, że zacznę ćwiczyć. A jak teraz na siebie patrzę, to efektów w ogóle nie widzę. Po prostu nie mam zbytnio dużo czasu na bieganie, no, chyba że w kuchni w mojej karczmie. Robiłem tak ten samochód I nagle usłyszałem przeraźliwy i piskliwy krzyk. To była Ashley, coś się stało. Podniosłem automatycznie głowę do góry I pieprznąłem w podwozie samochodu. Syknąłem, bolało i wiedziałem, że bez guza się nie obędzie. 
Wysunąłem się spod auta i zobaczyłem, że Ashley jest zalana łzami.
- Co się stało kochanie?-klęknąłem na jedynym kolanie naprzeciwko niej i położyłem rękę na jej ramieniu- Czemu płaczesz?
- Tatusiu...- chlipała - Ona...ona zniknęła - płakała coraz mocniej - Ja tylko na chwilę poszłam do domu...na siusiu i jej już nie

64




było...
Rozejrzałem się po podwórku, faktycznie Chloe gdzieś zniknęła, nie było też nigdzie Azora. Zacząłem się zastanawiać nad tym czy czasem nie poszła gdzieś z psem na spacer do lasu. Często chodziliśmy tam z żoną i dzieciakami. Były to też nasze skróty do kościoła.
- Ashley...idź do domu i powiedz o tym mamie, poproś ją żeby zadzwoniła na policję i zrobiła to co uważa za słuszne- Wiem, że może trochę za bardzo się z tym wszystkim pośpieszyłem. Domyślam się też, że nie powinienem takiego zadania dawać dziecku...ale teraz muszę poszukać mojej drugiej córki.
Szybkim krokiem opuściłem podwórek, Ashley w tym czasie udała się do domu, tak jak jej kazałem, co zauważyłem przez ramię. Udałem się w stronę lasu wołając- Chloe!- Miałem nadzieję, iż mnie usłyszy, że odpowie coś w stylu ,,tutaj jestem tatusiu...piesek mi uciekał", albo coś innego, byle tylko nic jej się nie stało - Chloe!!- Moje krzyki jednak na nic się nie zdawały. Odpowiadało mi jedynie moje własne echo. Zacząłem biec i coraz głośniej krzyczeć - Chloe!!! - Bliski łez darłem się już w niebo głosy. Boże pomóż! Przebiegłem całą

65




ścieżkę w lesie. Nie było jej tam. Powoli zbliżała się się 20, jeszcze dwie godziny i całkowicie się ściemni. Ona nie może być o tak późnej porze na zewnątrz. Nie ośmioletnie dziecko. Nie sama. Coś jej przecież może się jeszcze stać. Wróciłem do mieszkania. Żona dała mi znać, że poinformowała już policję, powiedziała coś jeszcze...co mocno mną wstrząsnęło. Pobiegłem do sąsiada. Był myśliwym czy tam leśniczym (nie miałem pojęcia), ale wiedziałem, że zna się na tropieniu. Po drodze modliłem się, żeby nie był dziś tylko zalany...co po utracie pracy było u niego rzadkością... (w sensie to, żeby był trzeźwy.)
24.12.2017,
1.49
Krzyki nadal wydobywały się z sali obok. Były coraz głośniejsze, ale w niezrozumiałym dla mnie języku. Wyłapałem jedynie jeden zwrot ,,Watashi o nokoshi nasai !", który i tak nic mi nie mówił. Chciałem spytać co się dzieję, ale coś w głębi duszy mówiło mi ,,Chcesz dłużej pożyć? Zamknij mordę i o nic nie pytaj". Tak więc, starałem się jakoś tym nie interesować, nie zwracać uwagi  na nieludzkie krzyki i grzecznie poczekać na swoją kolej, chociaż ciarki

66




przechodziły mi po plecach na myśl tego, że mógłbym być podobnie przesłuchiwany. Chciałem jednak mieć to już z głowy i na spokojnie wrócić do domu. Stanąć przed swoimi drzwiami z tekstem typu ,,Jestem", a nie jak kilka lat temu, kiedy musiałem latać po sąsiadach i prosić ich o pomoc, licząc na ich łaskę, którą niekoniecznie musiałem otrzymać...Coś ponownie wyrwało mnie z moich rozmyślań. Tym razem był to metaliczny dźwięk, otwierających się drzwi. Ktoś muskularną ręką z wieloma dziarami na niej, wystawił za framugę wiaderko. Prysnęło z niego kilka kropi krwi...

     ODCINEK 6
24.12.2017,
1.50
Metalowe drzwi po kilku minutach ponownie się otwarły. Nie słyszałem już żadnych krzyków, a jedyne co ujrzałem prócz białej sali z drewnianym stołem i krzesłami, to olbrzyma niosącego coś na plecach. To wyglądało jak korpus jakiegoś człowieka. Było całe posiniaczone, ale nie miało kończyn. To było obrzydliwe, aż strach było mi sobie wyobrazić...co tam się działo, czy ten ,,ktoś dalej żyje?" , gdzie są jego ręce i nogi...Odchodzili w kierunku ciemnego korytarza. Starałem się nie patrzeć w ich stronę, nie

67




myśleć o tym, ale nie potrafiłem...Chciałem stąd wyjść, ale kurwa powtórzę raz jeszcze, bo zaczynam się już denerwować: nie mogłem...
- Proszę za mną - przede mną pojawiła się  rudowłosa policjantka. Pierwsze pytanie, jakie przyszło mi w tej chwili do głowy to: Skąd on się tu u diaska wzięła...przecież była przy tym swoim biurku, pisała coś...do cholery gdzie ja jestem? Co tu się dzieję? Najpierw typo bez kończyn, teraz facetka co się teleportuję, brakuję jeszcze jebanego nimfomana, co chciałby mnie zgwałcić...prawie jak w Pulp Fiction...No może trochę przesadzam, stwierdziłem sam po chwili...ale powoli zaczynałem się bać, a włosy zaczynały stawać mi dębem.
- A może mnie pani najpierw rozkuć? - spytałem niepewnie - Bo raczej ciężko, będzie mi się tak gdziekolwiek ruszyć... - próbowałem wysilić się na uśmiech, po czym demonstracyjnie ruszyłem ręką w jej stronę. Bez słowa nachyliła się nade mną. Zawisły nade mną jej piersi. Byłem nieco przerażony. Nie wiedziałem, czy nietaktem będzie: jak mi stanie...Musnęła mnie, po czym odpięła od krzesła. – Dziękuję - odparłem, pocierając obolałą rękę...
-

68




A teraz poproszę za mną-wskazała rękę salę, z której przed chwilą co wyszedł olbrzym. Odwróciła się do mnie plecami, przy pasie miała zaczepioną broń. Chwilę rozmyślałem nad ucieczką, ale ta broń całkowicie mnie zniechęciła. Mogłem przecież dostać kulkę i pójść w piach. Wziąłem przykład z rudowłosej (może zrozumie swojego współplemieńca...w końcu też byłem rudy, może wypuści mnie stąd) i ruszyłem za nią. Po drodze popatrzyłem jeszcze w ciemny korytarz, ale nic tam nie ujrzałem, po czym zwróciłem wzrok w stronę wystawionego przed drzwiami wiaderka. W środku oprócz wody i krwi znajdowała się jeszcze jakaś mokra szmata i narzędzia do operowania...
07.07.2007,
20.10
Późną porą stanąłem przed domem państwa Tiddermanów. Światło jednak jeszcze dalej się  w nim świeciło...w końcu to było lato, ludzie później się kładli i tak dalej. Zasapany zadzwoniłem dzwonkiem do ich mieszkania, licząc na to, że ktoś mi otworzy.
- Dobry Wieczór...przepraszam -skierowałem słowa do dzieciaka stojącego w drzwiach. Chwilę później połapałem się, że to Chuck...ichni syn, nie wiele starszy od moich córek, bo jedynie o

69




trzy lata. -Jest twój tata?
- Tato! - krzyknął młody w kierunku jednego z pomieszczeń - Jakiś pan do ciebie przyszedł!
- Ile razy ci mówiłam, żebyś nie otwierał drzwi obcym - oburzył się kobiecy głosy z innego pomieszczenia.
- Oj, daj mu spokój! - odkrzyknął męski głos z przeciwnej strony -To przecież nasz sąsiad przyszedł - Z innego pokoju wyszedł grubszy mężczyzna w dresie, po czym dokładnie mi się przyjrzał. - Tak jak sądziłem, to nasz sąsiad - odkrzyknął do kobiety po czym pogłaskał swojego syna po głowie i pognał gdzie indziej. - Chuck idź do pokoju, weź sobie coś tam obejrzyj lub porysuj... -Po krótkiej przerwie zwrócił się do mnie: Co pana tu sprowadza, panie Waltz? 
- Potrzebuję pańskiej pomocy... -zacząłem tłumaczyć. - Moja córka zaginęła...proszę pomóc mi ją odnaleźć, dobrze się za to wszystko odpłacę. - rzekłem pewny siebie, że w razie czego pieniądze mogą wszystko załatwić...
- Kiedy?
- Kiedy tylko będę miał jak...proszę mi tylko pomóc. Pieniądze nie odgrywają dla mnie obecnie żadnej roli, dam ile tylko pan sobie zażyczy... - odparłem - Proszę mi tylko pomóc ją odnaleźć.
- Panie Waltz,

70




niech mi pan tu teraz nie pierdoli o pieniądzach i powie kiedy zaginęła twoja córka, bo się chyba nie zrozumieliśmy -odrzekł przecierając oczy.
- Hmm...Dwie godziny temu - stwierdziłem po krótkim namyśle.
- I nie pomyślałeś pan, żeby wpaść do mnie wcześniej?
- Myślałem, że samemu uda mi się coś zdziałać, że po prostu gdzieś poszła, ale jej nie ma już od ponad dwóch godzin.
- To w końcu dwóch czy ponad? - spytał zdezorientowany słuchacz.
- Ponad...
- To jeszcze lepiej - odparł lekko zirytowany - Może jeszcze będzie jakiś ślad. Po drodze opowiesz mi co i jak? Która to córka ci zaginęła i tak dalej...dobrze? - spytał w pośpiechu.
- Dobrze...słyszałem, że jest pan w tym dobry - rzekłem, gdy ten skierował się do jakiegoś pomieszczenia. Podajże było to te same, z którego wcześniej wyszedł.-W sensie, w tych poszukiwaniach i tak dalej...
- Zobaczy się...nie chwalmy dnia przed zachodem słońca.
Zniknął mi na chwilę z oczu, sam natomiast rozejrzałem się wzrokiem po ich mieszkaniu. Było nieco skromniejszego od mojego. Po utracie przez Thomasa pracy...nie mogli sobie pozwolić na wszystko, ale jakoś żyli...nie narzekali. Nie

71




ciągnęli pieniędzy ze skarbu państwa, jakby to zrobili inni ,,biedni" (chociaż jest to chyba nieco obraźliwe określenie w stosunku do nich). Podobnie jak inni, nie wyciągnęliśmy wtedy do nich dłoni. Wszyscy uważali, więc musiała to być prawda, że wina leży wyłącznie po stronie Thomasa. Gdyby tyle nie pił, toby nie stracił tej pracy. Szef by się nie oburzył i nie wyrzuciłbym go na zbity pysk na ulicę. Widocznie nie każdy nadaję na dziennikarza, tym bardziej nie moczymorda. Nie pomogliśmy im się z tego podnieść...można powiedzieć, że się nawet trochę od nich odwróciliśmy. Oni jednak nigdy nie prosili o żadne wsparcie...a teraz, to ja przychodzę do nich błagając o pomoc. Czy tak pizda jak ja na to zasługuję?
- Chodźmy - powiedział, wychodząc z jednego z pokojów Thomas, ubrany prawie jak wcześniej, tylko że teraz miał jeszcze na sobie czarną kamizelką, z zawieszonym na ramieniu sztucerem i kowbojski kapeluszu na głowie.
- Po ci broń? - zdziwiłem się.
- Nigdy nie wiadomo, kiedy moja Angel się przyda...Dzisiaj rano o ciekawych rzeczach w gazecie pisali, więc wiesz...wolę nie ryzykować. - potarł swój sumiasty wąs (a la

72




,,Piłsudzki")
Serio? nazwał swoją broń... okej, jeszcze czegoś takiego nie widziałem, chociaż słyszałem o podobnych sytuacjach. Ruszyliśmy na poszukiwania. Nie było czasu na zwlekanie. Każda minuta była wiele warta...w każdej chwili mogło się coś wydarzyć, coś niekoniecznie dobrego.
24.12.2017,
1.53
Policjantka wskazała mi ręką, jedno z krzeseł przy stole. Posłusznie na nim usiadłem. Nie zamierzałem jednak zbyt długo tu siedzieć. Chciałem jak najszybciej się stąd wydostać, ale bałem się odpowiadać na pytanie, które mogłem otrzymać. Obawiałem się, że skończę tak samo jak tamten człowiek, jak worek mięsa. Strasznie mi się marzyło, żeby wrócić do domu, do żony. Uściskać ją oraz przeprosić za spóźnienie i inne głupstwa, które by mi na sto procent wyliczyła. Oprócz tego miałem do pogadania jeszcze z pewną osobą...niech mi się tylko próbuje wymigać od tej rozmowy. Ma mi to wszystko wytłumaczyć, bo ja robię za nią to, tu i teraz. I tak wystarczająco dużo czasu zmarnowałem w poczekalni oczekując na swoją kolej. Będę musiał się potem jakoś żonie wytłumaczyć, no a teraz pora na małe pytanko...obym tylko

73




znał odpowiedzi
- Pan John Waltz? Zgadza się? - spytała policjantka.
- Wszystko się zgadza - odparłem tak jakby wszystko miał być w porządku, ale skąd ona wiedziała jak ja się nazywam, chociaż w sumie grzebała coś w kartotece...ciężko takiego faceta jak ja nie rozpoznać po zdjęciu, no ale ja jestem po raz pierwszy na tym komisariacie.
- Zobaczymy...
07.07.2007,
23.10
Długie godziny zabrało nam jej poszukiwanie. Wraz z Thomasem przeszukaliśmy prawie każdy metr kwadratowy lasu...podobnie jak mi, tak i jemu zależało na tym, żeby ją znaleźć. Gdy zacząłem upadać na duchu...starał się mnie jakoś pocieszyć. Gdy jednak zaczęło mi powoli braknąć sił fizycznych i opadłem na pniaku, nic nie mogliśmy już zrobić.
- Zróbmy sobie przerwę - popatrzył na mnie ze współczuciem. - Bo coś widzę, że dalej już nie zajdziesz...nie teraz, a i mnie nogi zaczynają do dupy włazić.
- Nie dam rady...naprawdę - odparłem ze smutkiem - Nie zasługuję też na to, żeby być ojcem, prawdziwy ojciec nigdy nie dopuściły do tego, żeby jego dziecko zaginęło. Prawdziwy ojciec szukałby dalej i nie kryłby się pod płaszczem zmęczenia.
- Przykro

74




mi...-popatrzył na mnie sąsiad- Ale nawet tak nie myśl. Zdarza się, ale ona na pewno się znajdzie...a ty musisz sobie chwilę odpocząć. Jest jeszcze policja...
- Która nic nie robi...psiarnia przyjęła zgłoszenie, ale stwierdziła, że musi odczekać przynajmniej 24 godziny od zaginięcia...bo to nie jest porwanie.
- No to pięknie - przytaknął. - Kiedy człowiek potrzebuję pomocy, to nie ma się do kogo zwrócić.
- Właśnie...nie ma do kogo.-powtórzyłem- Jesteśmy zdani wyłącznie sami na siebie. Ale dziwne jest też to, że była i zniknęła...tak po prostu-po policzku popłynęła mi łza- Ja tego nie rozumiem. Jak my mamy ją niby znaleźć... Policja nawet swojej dupy nie chce ruszyć, to co my mamy zrobić...
- Coś wymyślimy...-skierował się w stronę krzaków - Zaraz wznowimy poszukiwania-rozpiął rozporek i chciał się odlać, gdy nagle ze strachu prawie podskoczył- Jezu...!
- A tobie co? - spytałem.
-To chodź i zobacz... - odrzekł podenerwowany 
Podszedłem do niego... Na krzakach wisiały czyjeś flaki. Jezu, to nie mogła być ona. Niżej była czyjaś głowa. To był łeb Azora, pojawia się pytanie gdzie jest Chloe...w czyich

75




rękach...
24.12.2017,
1.55
- Mam do pana kilka pytań - zaczęła policjantka, gotowa do notowania wszystkich moich słów.
- Słucham-odparłem, starając się ułożyć w miarę spójną historię, by na spokojne odpowiadać na wszystkie pytania i mieć to wreszcie z głowy.
- Co w pana bagażniku robił ten trup? - pokazała mi zdjęcie młodego chłopaka ze zmiażdżoną głową.
- Mam powiedzieć? - spytałem sam siebie na głos, po czym w myśli dodałem ,,Muszę odpowiednio dawkować słowa...tak, żebym mógł stąd jakoś wyjść.
- Tak proszę pana...ma pan powiedzieć, jest to pański obowiązek.
- I co ja niby z tego będę miał?
- Wiedzę, że postąpił pan dobrze.
- Dobrze? -wkopując kogoś bliskiego...nieźle
Popatrzyłem się na nią, a ona zadała mi kolejne pytanie.
- Dobrze, nie chce pan mówić, tak więc...co pan robił w lesie o tak późnej porze?
- Hmm...zwiedzałem.
- Las? O tak późnej porze? -zdziwiła się policjantka. - Proszę mi mówić prawdę...bo możemy oskarżyć pana o składanie fałszywych zeznań.
- Na jakiej to niby podstawie? - zdziwiłem się.
- Coś się znajdzie. - na jej twarzy pojawił się nikły uśmieszek, który tak szybko jak

76




się pojawił, tak samo zniknął.
Coś mi się jednak wydaję, że wolę nie odpowiadać na te pytania bez swojego obrońcy...potrzebuje tu jego jak diabli. Na swoje szczęście, w kieszeni zawszę noszę jego wizytówkę.
07.07.2007,
23.15
Starałem się nie popuścić pawia, ale ten widok był dla mnie zbyt drastyczny. Trzyletni pies, którego kupiłem moim córkom na urodziny, kilka lat temu...właśnie został rozwieszony na krzakach, na które właśnie teraz patrzę. Ta psiunia, nigdy nikomu nie wadziła. Wszyscy ją lubili. Do nikogo nie skakała, nikogo nie atakowała, a ni nic. Kto może być takim potworem?
- Kurwa - wyrzygałem się centralnie na krzaki - Co tu się odpierdala?!
- Nie wiem stary, naprawdę nie wiem - poklepał mnie po plecach Thomas - To mi się za chuja nie podoba. - podrapał się pod kapeluszem i sięgnął po sztucer - Pokaż się, ty Skurwysynu -krzyknął w stronę lasu i zaczął machać bronią - Tak szanujesz zwierzęta?! Takie masz do nich podejście?!  Poczekaj tylko, aż ciebie dorwiemy ty oszołomie pierdolony!! Powieszę ciebie jako moje trofeum nad fotelem ty potworze jebany. - Wystrzelił w stronę lasu. Nic jednak prócz huku broni

77




więcej nie usłyszałem. Zapadłem się w swoim rozmyślaniach....zacząłem coś sobie przypominać. Artykuł z gazety dla której dawniej pracował Thomas(nie żeby on go pisał...), który jeszcze dziś rano przed pójście do pracy czytałem. Było on tak, mało realistyczny, ale tak dobrze udokumentowany, że wzbudził we mnie śmiech, a powinno być chyba inaczej...
,,Tydzień temu został porwany 10-letni chłopiec Abelard Stroch. Policja nie znalazła jeszcze porywacza, ale wciąż go szukają. Ponoć szykuje się nam kolejny Kuba Rozpruwacz...ponieważ ciało dziecka znaleziono przedwczoraj w lesie. Dla osób o słaby nerwach...specjalnie grubą krechą podkreślimy to, co można ominąć... (Flaki były rozwieszone na jednym z drzew.) Prawdopodobnie chłopiec został poddany torturom... Jego zaginięcie zgłoszono dwa tygodnie wcześniej. Wraz z psem udał się na spacer. Gdy po dwóch godzinach, nie pojawił się w domu, państwo Stroch zaczęło się niepokoić. Poprosiło o interwencję policję. Tydzień później znaleziono, to o czym wyżej już wspomnieliśmy. Czy nasze bezpieczne miasto właśnie przestaję takie być? Czy ludzie powinni zacząć się bać i

78




lepiej pilnować swoich dzieci, prawdopodobnie tak"
- Prawdopodobnie, kurde - burknąłem pod nosem. Kto ludziom takie rzeczy wciska? No, ale jeśli są tutaj zdjęcia, tak więc musi to być prawda...przyjrzałem się fotografii. Nie był to obrazek odpowiedni do śniadania, ale na szczęście jajecznicy nie zawróciłem...żal byłoby zużytych jajek. Jeszcze rano, śmiałem się tego artykułu, a możliwe, że serio mamy w mieście jakiegoś pieprzonego mordercę. Jeżeli on dorwał również moją Chloe i cokolwiek jej zrobił...to ja go uduszę własnymi rękami, nie interesuje mnie, kim on jest. Może być nawet księdzem, nauczycielem czy burmistrzem. Wolałbym się mylić...ale nigdy nic nie wiadomo. Dzieci się nie tyka, są najważniejsze.
- Stary, ocknij się - po telepał mnie sąsiad za ramię - Nie patrzmy już nawet na to -wskazał głową wiszące na krzakach flaki -jutro się to posprząta, jak tylko znajdziemy twoją córkę...a teraz wracajmy do domów, bo o tej porze już nic nie zdziałamy...wrócimy jutro do poszukiwań z samego rana, specjalnie po ciebie przyjdę. Może przy okazji policja weźmie dupę w kroki i razem coś zdziałamy, słyszysz mnie? -

79




po telepał mnie jeszcze raz za ramię.
- No tak.. - pokiwałem głową - Trzeba to odłożyć, bo przestało być widno...w takiej ciemności to my już jej nie znajdziemy. Biedna... pewnie gdzież marznie, boi się, chce wrócić do domu, ale się zgubiła. Jezu...co ja powiem żonie?
- Że się znajdzie...musisz mieć nadzieje - poklepał mnie po plecach.
- Łatwo powiedzieć....
- Trzeba wierzyć - odparł i ściągnął kapelusz na pożegnanie - Do jutra - oddalił się w stronę swojej posesji, a ja tymczasem poszedłem do siebie. Ze smutkiem popatrzyłem na swoją ukochaną, wyczekującą mnie w oknie.
- I jak?-spytała gdy tylko wszedłem.
- To wszystko twoja wina! - zdenerwowałem się - Gdybyś nie kazała brać mi ich wtedy na dwór, gdy siedziałem nad samochodem, to nic by się jej nie stało - Uderzyłem ręką w ścianę - Gdyby nie twoje pierdolenie ,,Kochany...ja muszę kolację zrobić, weź dzieciaki na dwór", to Chloe dalej by tu była - uderzyłem ręką mocniej o ścianę - Ale nie! Moja ukochana żona zawsze wie wszystko lepiej, No żesz kurwa!! - pierdolnąłem rękę tak mocno w ścianę, że aż posypał się tynk - Jesteś suko wszystkiemu winna, ty

80




tępa pizdo, gdyby nie ty...to ona by już dawno spała w swoim łóżeczku - Popatrzyła się na mnie ze łzami w oczach...Nic jednak nie powiedziała, po prostu weszła po schodach na górę.  Sam natomiast oparłem się o ścianę - Dlaczego Chloe? - zaczęły płynąć mi łzy po policzkach. - Dlaczego właśnie ona? - Oparłem się o ścianę - To wszystko to moja wina...!!! - Zsunąłem się po niej i podłamany upadłem na podłogę. Nie miałem już przy sobie nikogo kto mógłby mi pomóc wstać. Rozryczałem się jak bóbr, nie potrafiłem już dłużej tego w sobie trzymać...

     ODCINEK 7
23.12.2017,
17:00
Może to była ona...a może po prostu robiłem sobie złudne nadzieja. Tak chciałem mieć rację, tak chciałem być tego pewny, że moja kochana córeczka żyję i trzyma się dobrze, że bałem się zapytać, a miałem okazję się dopytać. Patrzyłem jedynie na tą młodą parę. Jak kładą sobie ręce na rękach. Jak się całują. Zauważyłem, że brakuję jej jednego palca (albo po prostu mi się przewidziało...może już nawet okulary mi nie pomagają). Tak długo zwlekałem z podejście do nich i jakiejkolwiek rozmowy z nią, że telefon w mojej kieszeni

81




zaczął dzwonić i wibrować. Nirvana zrobiła swoje i wyciągnąłem ją pośpiesznie. Na ekranie wyskoczyła wiadomość ,,Ashley dzwoni". Już wcześniej wysłała mi kilka SMS-ów, ale tego nie zauważyłem. Prawdopodobnie byłem zajęty przygotowywaniem posiłków dla gości. Przeprosiłem na chwilę Omara, z którym prowadziłem przed chwilą ciekawą rozmowę, stojąc samemu przy garach...co bardzo lubiłem, mimo tego, że to kobiety przejęły tą pałeczkę...Udałem się w kąt sali, oparłem się o ścianę i odebrałem...
- Słucham, Ashley to ty? – spytałem - Co się dzieję? czemu płaczesz? Że co ci zrobił? -zdenerwowałem się - Dorwę go! On się już nie pozbiera, żeby próbować podnieść rękę na moją córkę...Że jak? - zdziwiłem się - Co mu zrobiłaś? Boże i ktoś to widział? - przeraziłem się.- Nie? Długo już tam jesteś? Tyle?-przełknąłem ślinę- Trochę...zaraz po ciebie przyjadę, jest na miejscu policja? Nie? To dobrze...trzeba będzie się tym jakoś zająć...już po ciebie jadę kochana. Niczym się martw, tatuś się wszystkim zajmie - rozłączyłem się na chwilę, żeby zająć się sprawami w karczmie i móc zaraz na

82




spokojnie wyskoczyć.
Popatrzyłem się na Omara...
- Stary, ja ciebie bardzo przepraszam, że nie ugościłem ciebie jak gościa, że nie przygotowałem ci prawdziwego posiłku, ale...
- Nie szkodzi... - odparł. - Zjem sobie na mieście, chociaż już trochę u ciebie siedzę.
- Nie, nie...zrób sobie tutaj co chcesz, tylko ja mam do ciebie pewną prośbę.
 - Jaką? - spytał po chwili ciszy.
- Mógłbyś popilnować karczmy podczas mojej nieobecności?
- A ile ciebie nie będzie?
- Troszkę... – odparłem - Po prostu mam pilną sprawę, zajmiesz się gośćmi podczas mojej nieobecności?
- Postaram się, no i rzecz oczywista dokończę te ziemniaki - uśmiechnął się, zwracając głowę w stronę gotujących się kartofli - Ale ty mi powiedz jedno: Gdzie ci tak śpieszno?
- Nie słyszałeś, jak rozmawiałem?
- Mój drogi... - popatrzył się na mnie przeszywającym wzrokiem - Nie mam w genach podsłuchiwania cudzych rozmów.
- A twoja ciekawość?
- To już co innego...tak więc o co biega?
- No to słuchaj: Ashley ma kłopoty.
- O mój Jezu kochany... - złapał się za głowę. -Cóż ta twoja córka znowu narozrabiała? 
24.12.2017,
2:40
Ruda policjantka mało ze

83




mnie wyciągnęła. Na jej twarzy zaczęło malować się zniecierpliwienie. Patrzyła na mnie tak, jakby za chwilę miała wstać i mnie udusić.
-Proszę pana siedzimy już tutaj prawie godzinę, a pan ciągle nie chce nic powiedzieć...myśli pan, że dzięki temu damy panu spokój? Nie, ja mam dzisiaj jeszcze święta i nie zamierzam tutaj z panem dłużej ślęczeć, ale mnie może zastąpić ktoś gorszy...tak więc powie pan coś wreszcie przydatnego czy mam się z kimś zamienić?
Ale ona się powtarza...Wiadomo, że nie każdy jest po humanistyce, ale żeby ciągle powtarzać ,,pan to, pan tamto", to kurczę, trzeba już mieć jakieś kwalifikacje ...uszy bolą od takiego klekotania.
- Powiedziałbym coś więcej, ale nie zrobię tego bez mojego obrońcy - Poważnie, nie zamierzałem bez niego mówić tu nic, a nic. Nie dość, że to wszystko wyglądało jakoś podejrzanie, to jeszcze personel był jakiś taki, jakby to ująć ,,dziwny"...- Mam przy sobie nawet jego...-już chciałem zacząć szukać jego wizytówki w kieszeniach spodni...ale nawet nie zdążyłem do kończyć zdania, gdy drzwi się uchyliły. Do sali wszedł ogromny mężczyzna. Miał na sobie

84




biały podkoszulek na ramiączkach i dżinsowe spodnie. Miał mocno owłosioną twarz, ale nie tak zadbaną jak moja. W odróżnieniu do mnie, miał też włosy na głowię i do tego gęste, aż mu zacząłem zazdrościć... 
- Długo ci to jeszcze zajmie? - spytał policjantkę, drapiąc się po kroczu, nie zwracając nawet na mnie uwagi - Bo jedzenie powoli zaczyna stygnąć, a wiesz jak potem zimne smakuję. Ni to dobre, ni to złe, ale jakoś ciężko się to je.
- No i widzisz? - zwróciła się do mnie kobieta - Przez ciebie będę musiała jeść zimne...-pokiwała w moją stronę palcem, jakbym był jakimś brzdącem, który zrobił coś złego.
- Ja? - zdziwiłem się, zastanawiając się nad tym co się w ogóle odpierdala. To jakiś cyrk czy co? Gdzie tu jest kamera? Bawimy się w ,,Big Brothera"?
- Zamknij się kurwa...bo ci zaraz sam ten ryj zatkam - policjant po raz pierwszy zwrócił na mnie uwagę... - Wracając do tematu - ponownie zwrócił się do swojej partnerki - Ile to coś może ci jeszcze zająć?
- Troszkę - odparła schmurzona - Ten jegomość - wskazała na mnie - Nie chce nic powiedzieć.
- Nic? - zdziwił się - Czyżby czekał na mnie? -

85




uśmiechnął się po chwili...byłem przerażony, w zębach miał jakieś kawałki mięsa. - Wiesz co?
- Słucham?
- Pójdź sobie, zjedz to co ci naszykowałem, a ja się tym czasem zajmę naszym niepokornym jegomościem. - odparł i poczekał aż wstanie, po drodze dał jej małego klapsa...
- Niegrzeczny jesteś... - uśmiechnęła się do niego przez ramię.
- Wiem, koteczku - zamknął za nią drzwi - No to teraz się zabawimy - zwrócił się do mnie.
23.12.2017,
17:03
Narzuciłem na siebie kurtkę, wrzuciłem telefon do kieszeni i wyskoczyłem na środek sali. Nie było tam może jakoś wielu gości, bo jedynie Chuck...oczekujący przybycia swojej księżniczki (ciekawe jednak, czy wiedział jak ta jego ukochana się zabawia, to znaczy pracuję na życie…przejęzyczyłem się.) oraz młoda para siedząca ze sobą przy jednym ze stołów, potajemnie się mi ziając.
- Życzę państwu miłego wieczoru. - ukłoniłem się teatralnie - Państwem zajmie się teraz mój przyjaciel. - wskazałem Omara klienteli i wybiegłem na dwór. Nie słyszałem już niczyich komentarzy. Ściągnąłem koc z przedniej szyby mojego SUV-a i wrzuciłem go do tyłu na dwie łopaty. Sam

86




natomiast usiadłem przed kierownicą z nadzieją, że bez problemu odpali...
Przekręciłem kluczyk w stacyjce, ale zgasł. Zrobiłem to jeszcze raz i jeszcze raz, i nic. Nadzieja powoli zaczynała mnie opuszczać, przez głupi samochód mogłem stracić kolejną córkę. Uderzyłem ręką w kierownicę i jeszcze raz spróbowałem go odpalić, do skutku. 
- Odpal się wreszcie ty pieprzony SUV-ie! Nie po to cię kupowałem, byś stał i świecił...a żebyś jeździł, do kurwy nędzy...odpalaj się!! - Powoli zacząłem nawet myśleć nad zakupem innego auto i wtedy cud...wózek odpalił. Tym razem wyszło na moje, mimo tego, że musiałem trochę poczekać.  ponownie zadzwoniłem do córki...
- Gdzie jesteś? Aha...to jest kawałek od mojej karczmy...ale zaraz będę kochanie, niczym się nie martw. - dałem gazu i ruszyłem przed siebie. - Wszystko się jakoś ułoży. Nie denerwuj się tam. - starałem się ją jakoś uspokoić. Przez telefon wydawała się zdruzgotana. Odpaliłem radio, włożyłem płytę z utworami Nirvany (mojego ukochanego zespołu i w tle zaczęła lecieć piosenka ,,The man who sold the world") Gnałem przed siebie nie zwracają uwagi na znaki i

87




na to, że może być ślisko na drodze. Nikt nie wyciągnął w moją stronę suszarki, a ni nie zrobił mi zdjęcia. Gnałem jak poparzony. Po dojechaniu na miejsce...powoli zacząłem łapać, co się wydarzyło, nie wyglądało to zbytnio ciekawie, chociaż w sumie nic co wygląda chujowo, nie wygląda zbytnio, jak to już ująłem ,,ciekawie".
24.12.2017,
2:45
- Nic nie chcesz mówić? - olbrzym popatrzył na mnie z tym swoim uśmiechem - Wiesz jak kiedyś traktowano nieposłuszne dzieci? - Wyciągnął pasek ze swoich spodni i uruchomił radio stojące po drugiej stronie sali (nawet go wcześniej nie zauważyłem). W tle zaczęła lecieć nuta niczym z ,,Wściekły Psów" Tarantino.
Zaczął się do mnie zbliżać tanecznym krokiem w rytm muzyki machając przy tym paskiem na jedną i drugą stronę.
- O co ci chodzi? Co ty chcesz zrobić?! - próbowałem się zerwać z krzesła.
- Siedź grzecznie kundlu - wymachnął paskiem w górę - Bo może się zrobić nieciekawie - Był już prawie przy mnie. - Odpowiadaj posłusznie na nasze pytania, a nic ci się nie stanie - uderzył mnie paskiem po kolanie, a metalowa część przejechała mi po jajkach - Dobrze się

88




rozumiemy?
- Kurwa! - skręciłem się, na tyle ile mogłem z bólu. - Co ty odpierdalasz do kurwy nędzy człowieku, wypuść mnie! Nie masz prawa mnie tak traktować. - Przysłuchiwał mi się tak przez dłuższą chwilę machając twierdząco głową.
- Odpowiadaj na pytania, a nie pierdol coś tam pod nosem - uderzył mnie ponownie paskiem - Co ty robiłeś w tym lesie? - Tym razem dostałem po klacie...zapiekło nie mniej.
- Nie powiem nic bez mojego obrońcy!!! -wykrzyknąłem i ponownie dostałem paskiem, tym razem centralnie w twarz, aż zrobiło mi się niedobrze, a na mojej mordzie pojawił się czerwony ślad...po chwili wyplułem coś ciepłego i podobnego koloru co usta...przegryzłem własną wargę, pięknie. On natomiast w rytm muzyki przechodził z nogi na nogę, powoli rozpinając i zrzucając  swoje spodnie - A teraz ssij...
23.12.2017,
17:44
Zaparkowałem kilka metrów od srebrnego Audi Sportbacka. Moja córka chodziła wokół niego zrozpaczona. Wyszedłem z auta i podbiegłem do niej. Przytuliłem ją do siebie...jej łzy popłynęły mi po kurtce.
- Co tu się stało? - spytałem, patrząc, to na trupa z rozpiętymi spodniami i zsuniętymi slipami, to na

89




nią - Proszę, wytłumacz mi to.
- Chciał... – Chlipała - Chciał mnie zgwałcić... chciałam się bronić.
- Zgwałcić dziwkę? To tak się da? - zdziwiłem się - Ale do rzeczy...Ty wiesz co ty zrobiłaś?
- Tato, pomóż mi...ja nie chcę siedzieć. - wyła.- Ja już będę grzeczna, tylko proszę pomóż mi z tym trupem...
- A to nie był jakiś twój klient?
- Był...
- To ty ciesz się, że nauczyciel w szkole nie widzą jak ty pracujesz. Jeszcze tego by brakowało, by ludzie do karczmy mi przychodzili i mówili za co ty masz oceny...czułbym się zażenowany, słuchając czegoś takiego...
- No ale co to ma do tego? - zdziwiła się.
- Całkowicie nic, po prostu tak sobie pomyślałem - planując powoli w głowie co tu by zrobić - Ale wracając do pytania, kim w ogóle jest ten twój klient?
- Antonio Vortex...
- Że kto? Nie mogłaś sobie wybrać jakiegoś innego zawodu dziewczyno? 
- Tato! Mówiłeś, że żadna praca nie hańbi...żeby pracowała gdzie chcę i ja chcę, byle bym tylko miała co do gęby włożyć...
- No, ale nie miałem na myśli tego. - pokiwałem z niezadowoleniem głową.- Takie rzeczy to się powinno robić z osobą którą się kocha, a

90




nie sprzedawać się pierwszej lepszej osobie, bo on przez całe życie nie będzie ciebie utrzymywał...Zestarzejesz się i już wtedy nikt nie będzie ciebie chciał. Korzystaj z życia...ale tak jak należy, póki możesz. Bo widzisz, ten to ciebie już w ogóle nie utrzyma...
- Ten którego kochałam...odszedł już dawno ode mnie, nawet się nie żegnając.
- Znam tą historię...ale może wystarczyło po prostu poczekać.
- I co, on by wrócił? Dalej by mnie kochał?
- A może on wrócił? - spytałem.
- Chuck? - zdziwiła się - Wątpię w to, ale...
- Dzwoniłem przecież do ciebie...
- Tak
- Ale ty mnie chyba nie słuchałaś, wtedy zbyt uważnie...
- Pracowałam...
- No i wiesz co przegapiłaś? - spytałem.
- Twój ukochany właśnie powrócił.
- Ty tak na poważnie? - zrobiła wielkie oczy.
- Wyłącznie...ale teraz posprzątajmy, bo jest to syn bardzo wpływowego człowieka i lepiej, żeby jego śmierć nie wyszła na światło dzienne. 
- To co robimy? - spytała, zacierając dłonie.
- Wywozimy - machnąłem głową w stronę bagażnika - Wywiózłbym go nawet w tym jego Sportbacku  na złomowisko, ale dzisiaj raczej jest już zamknięte...tak więc ładujemy go

91




do mojego złomu.
- Mówisz? - spytała.
- Tak właśnie mówię. - Otworzyłem tylną klapę auta i złapałem jegomościa z przedniej strony - Łap bogacza za nogi - powiedziałem do niej - I hop - Podnieśliśmy go w try miga i wrzuciliśmy do bagażnika. Kamień, którym oberwał, schowałem do kieszeni...nie mogłem przecież ot, tak tu go zostawić. To był przecież bardzo obciążający dowód zbrodni.
- A co z samochodem? - spytała.
- Nie wiem...może niech tu zostanie. - odparłem. - Chociaż... - zacząłem się zastanawiać nad tym czy nie jest to zbyt głupie. - Mniejsza z tym...jedźmy.
Wsiedliśmy do SUV-a i odjechaliśmy wraz z trupem z miejsca zbrodni, a w tle leciała sobie jakaś nuta. Po chwili oberwałem po oczach jakimiś długimi światłami.
- Psy! Kurwa!! - zdenerwowałem się i dałem gazu, żeby zniknąć z miejsca zbrodni jak najszybciej. Ale czy to była naprawdę policja, ciężko było mi  to stwierdzić, mimo to ciarki przeszły mi po plecach. 
24.12.2017,
2:47
Moje usta ratuję, przybycie kobiety do sali. Wchodząc do pomieszczenia z zniesmaczeniem patrzy na mężczyznę zrzucającego spodnie wraz z gaciami.
- Myślałam, że taki rzeczy tylko ze

92




mną robisz...
- Ja tylko chciałem... - zaczął się tłumaczyć
- Wystarczy - zatrzymała go gestem ręki policjantka - Nie popisuj się tu przed nikim, bo i tak każdy wie, że masz małego.
- Ej! - oburzył się mężczyzna i odwrócił w jej stronę - Po co to mówiłaś przy nim? Ja nikomu jeszcze nie powiedziałem na przykład o tym, że...
- I tak by zobaczył, a teraz się zamknij Faun! - rzuciła w niego kubkiem z kawą, którą przed chwilą ze sobą przyniosła. Na moje nieszczęście to właśnie mnie się oberwało. Gorący napój rozlał mi się po spodniach w moim bardzo czułym miejscu. Starałem się nie krzyczeć...ale ból był nie do opanowania. Już drugi raz dzisiaj oberwało mi się po jajcach, za jakie grzech dobry boże?
- Kurwa! Jajka mi się smażą!! - Nikt nie zwrócił jednak na mnie uwagi. Byli pogrążeni w swojej dyskusji, kiedy człowiek obok nich cierpiał straszliwe katusze.
- A ty to, co...będziesz sobie pozwalała?! - spytał po chwili oburzony - Myślisz, że miło mi się słucha jak ktoś ciągle mnie poniża, ty wysterylizowana suko, chcesz się ze mną pieprzyć to mów, możemy zrobić to tu i teraz jak ci będzie lżej. Nie chcesz

93




się patrzeć na to co robię z nim...to mogę to zrobić z tobą... - zaczął coś tam pierdolić, ale z powodu bólu nie mogłem się zbytnio skupić na jego słowach, w sumie to miałem w dupie te jego wyżalanie...mnie na przykład nikt nie słuchał.
- Zajmij się lepiej więźniem. - stwierdziła krótko. - A nie marnujesz mi czas. Bardzo ci dziękuję za posiłek który mi przyrządziłeś, po tym jak cię poprosiłam. Szkoda tylko, że przypomniałeś sobie o nim gdzieś o 1 w nocy...lepsze to niż wcale, ale teraz pozwalasz sobie na za dużo. Przez ciebie idioto możesz... - ugryzła się w język.
Mężczyzna już jej nie słuchał. Już chciał wrócić do mnie, gdy do głowy naszło mi pewne pytanie. To była moja jedyna szansa, postanowiłem spytać.
 - Kim wy w ogóle jesteście?
- Gliniarzami - odparli zdziwieni pytaniem.
- Ale tak naprawdę...- ciągnąłem dalej.
- Ja na przykład  jestem Faunem...lubię się bzykać - odparł olbrzym.
- A po co to, komu idioto? - spytała go ruda policjantka - A ty co tak się interesujesz wszystkim? - zwróciła się tym razem do mnie. - Pilnuj lepiej swojego nosa i odpowiadaj na nasze pytania. Jesteśmy zwykłymi

94




policjantami, którym śpieszy się do domu, a taki debil jak ty to wszystko nam psuję. Odpowiedz na nasze pytania, bo inaczej gorzko tego pożałujesz.
- Zrobię to, jak otrzymam obrońcę - odparłem stanowczo.
- Wiesz co...szkoda mi już na ciebie czasu, jak ten twój obrońca się nazywa? - spytała.
- W kieszeni mam jego wizytówkę...nie, nie w tej, w tej drugiej - odparłem, gdy mnie przeszukiwała - O właśnie to...
- Obrzydliwości...jako można się tak zeszczać - z obrzydzeniem popatrzyła na ręką, którą przed chwilą oparła na moim kroczu. Po chwili natomiast udało jej się znaleźć wizytówkę.-Cesar Austin... - przeczytała powoli. - Wyprowadź go-wskazała olbrzymowi mnie.
23.12.2017,
18:10
Podczas drogi do karczmy postanowiłem opowiedzieć jej kilka rzeczy, wiedząc, że tej sprawy obecnej z nią tu nie załatwię. Do tego potrzeba fachowców, a nie rozhisteryzowanych nastolatek.
- Przykro mi z powodu tego wszystkiego, ale postaram się jakoś tym zająć...tymczasem posłuchaj mnie uważnie. Od samego południa, w karczmie czeka na ciebie pewien młodzieniec. 
- Chuck? - spytała.
- Tak...chcesz go zobaczyć? - zadałem jej te pytanie, gdy już

95




mieliśmy zajeżdżać pod karczmę.
- Mogę - odparła
- To zrób to...bo bardzo mu zależy na tym spotkaniu.
- Mi też - odparła.
Skierowaliśmy się do środka, gdy weszliśmy tam...młodej pary już nie było. W lokalu została jedynie nasza czwórka czyli ja, oni i Omar. 
- Porozmawiajcie sobie - powiedziałem do Ashley, gdy dosiadła się naprzeciwko Chucka.
Zostawiłem ich, mimo to do końca słyszałem ich rozmowę. Siedząc z Omarem i opowiadając mu o tym wszystko co przed chwilą miało miejsce, nasłuchiwałem się ich wyznaniom. Nie dowierzał mi w to co usłyszał, ale wiedział też, że na niektóre tematy nie potrafię kłamać.
- Cześć, Ashley - uśmiechnął się niej Chuck.- Miło cię widzieć. 
- Cześć - odparła chlipiąc.
- Co się stało, czemu płaczesz?
- Nic, nic...po prostu...Czego ode mnie chciałeś?
- Porozmawiać...wyjaśnić ci kilka rzeczy z którymi nie potrafię się pogodzić.
- Jakich?
- To, że dalej ciebie kocham i że przykro mi...

     ODCINEK 8

     23.12.2017,
18:10
Siedziałem naprzeciwko Omara.
- Ja wiem stary jak to brzmi...
- Mało prawdopodobnie... - przytaknął. - Ale jak tak mówisz... - uniósł ręce w geście bezradności.
- No

96




właśnie, ale potrzebuję twojej pomocy, odpłacę ci się za to kiedyś.
- Co? Jak niby? Datkami na kościół w Afryce, czy paczuszką dla wiernych? - uśmiechnął się.
- Ale tak na poważnie, to jak ty sobie to sobie wyobrażasz? Jak do tego w ogóle mogło dojść? 
- A ja wiem...będę musiał w domu z nią porozmawiać na ten temat.- Popatrzyłem się na swoją córkę. Cały czas podsłuchiwałem ich rozmowę. Wiem jak to brzmi, ale po prostu od dłuższego czasu zżerała mnie już ciekawość. Chciałem się w końcu dowiedzieć, czego ten sąsiad od niej chciał...dlaczego, aż tak bardzo zależało mu na tym spotkaniu. 
24.12.2017,
Nieznana Godzina
Wrzucił mnie do ciemnej celi. Sam natomiast odszedł, nie kierując w moją stronę już ani jednego słowa. Słyszałem jedynie jego kroki, jak powoli się ode mnie oddalał. Obolały położyłem się na jednej z prycz, którą po omacku znalazłem. Chwilę później zacząłem zastanawiać się nad losem młodego mężczyzny, którego języka nie rozumiałem. Widziałem jak wcześniej olbrzym niósł go w podobną stronę. Nie widziałem, ani nie słyszałem go jednak tutaj. Może po prostu spał. W końcu to całe

97




przesłuchanie... co mogę powiedzieć nawet poprzez swoje doświadczenie musiało być bardzo męczące, nie tylko psychicznie, ale i fizycznie. Sam zostałem stamtąd wyprowadzony, a co dopiero mówić o nim...Brakowało mi kilku kończyn. Czy było to efektem przesłuchania, czy może po prostu taki tu trafił? Dlaczego nikt nie zawiózł go do szpitala? A jeżeli tak samo potraktowana Omara, tylko że w innym miejscu. To mi się wcale nie podobało. Cud jednak, że w ogóle wyszedł z tego cało, podobnie jak ja. Szkoda tylko, że nie wiedziałem która jest godzina...bo mój zegarek podczas tego ,,przesłuchania" niestety stanął w miejscu, ale i tak nie rozczytałbym wskazówek w tej ciemności. Leżąc na pryczy czułem się lekko przygnębiony. Smutno było mi z wielu powodów. Jednym było to, że nie miałem się do kogo przytulić, że nie byłem w swoim domu...tak chciałem do swojej żony. A drugim to, iż nie wiedziałem co się dzieję z moim przyjacielem. Może on wcale nie wyjechał z tamtego lasu. Może ten policjant go tam po prostu zakopał...po co inaczej robił by to wszystko tak ślamazarnie...
23.12.2017,
18:15
Siedzieli przy stole, nic nie

98




zamawiając. W sumie to i tak nie zdołałbym ich dzisiaj obsłużyć. Miałem w pełni załadowany bagażnik i musiałem go jakoś opróżnić...najlepiej to w takim miejscu, gdzie nikt nigdy nie wpadłby na pomysł, żeby szukać. Gdybym jednak wiedział ile zajmie mi ta rozmowa z Omarem, to spytałbym by ich o to czy coś im podać...a tak biedni siedzieli głodni. Przeżyją.
- Z jakiego powodu ci niby przykro? - moja córka spytała Chucka.
- No wiesz...
- Bo z tym co przed chwilą się wydarzyło nie miałeś nie wspólnego, mam rację?
- Nie wiem o czym mówisz, miałem akurat na myśli wydarzenia sprzed czterech lat, kiedy to bez żadnego pożegnania tak po prostu cię opuściłem...właśnie za to chciałem ciebie przeprosić.
- Mam gdzieś to co było przed laty...przyszłości nie można ufać. Przed chwilą właśnie chciał mnie zgwałcić mój najlepszy przyjaciel. Człowiek, którego oboje znaliśmy. I jak tu komukolwiek można ufać?
 - Hmm? To co było przed laty mocno leżało mi na sercu...Może ty sobie jakoś z tym poradziłaś, ale ja nie potrafiłem. Czułem się bardzo źle z tego powodu, że bez pożegnania cię opuściłem.
- Pewnie miałeś jakieś

99




ważne sprawy - zauważyła.
- Pieprzona kłótnia w domu...to niby miała być jakaś ważna sprawa?- spytał starając się nie podnosić głosu, a ja starałem się nie ingerować w ich rozmowę i jej nie przerywać, bo jeszcze potem córka miałaby mi to za złe.
- To zawsze jakiś powód, ale może wrócić do tego co zaczęłam?
- Tak... - przytaknął.
- Jim...ten Jim z którym dawniej się przyjaźniliśmy próbował mnie zgwałcić.
- Fałszywy człowiek. - stwierdził krótko Chuck.
- Dowiedziałam się tego na własnej skórze.-odparła przecierając łzy- Rozjebałam mu z tego powodu łeb, cegłą.
- Co?!
- Zabiłam go...-ugryzła się w język.
- Chyba nie powinnaś mi tego mówić....- popatrzył się na nią przerażony.
- A co już nie chcesz mnie wspierać?
- Nie, nie to...po prostu ja nie wiem co powiedzieć...Przyjaźniłem się z nim kiedyś. Uważałem go za swojego brata i myślałem, że znam tego człowieka, a teraz słyszę coś takiego, że gwałciciel, że nie żyję. No naprawdę nie wiem co myśleć.
- Że był to fałszywy człowiek, jak to powiedziałeś wcześniej-podsumowała Ashley, powoli przestając płakać z powodu zbyt dużej dawki emocji.
-

100




Niech ci będzie...Pamiętasz tą imprezę na którą kiedyś poszliśmy razem?
- Coś tam pamiętam-Na jej twarzy pojawił się nikły uśmiech- A co?
- To nie był mój pomysł, żeby ciebie tam zabierać...
24.12.2017,
Nieznana Godzina
Obudziłem się cały obolały. Na ciele miałem mnóstwo siniaków. Nie wiem jak z tego wytłumaczę się żonie, ale jeżeli powiem, iż tak potraktowała mnie policja...to zaraz dojdzie do jakiegoś skandalu. Zaraz jakaś gazeta o tym napiszę. No chyba, że coś takiego jest normą. Nie rozumiałem jak gliniarze mogli mnie tak potraktować...prawowitego obywatela Ameryki i do tego jeszcze białego...to jest po prostu nie do pomyślenia. Trzeba to będzie jakoś załatwić z Cesarem, jak tylko stąd wyjdę. Tego nie można od tak po prostu zostawić. Przetarłem oczy i popatrzyłem się przed siebie na prycz mojego sąsiada...bo okazało się, że takowego posiadam, chociaż bardziej powinienem powiedzieć, że posiadałem. Ku mojemu zdziwieniu, wisiał on tam na hakach(przybitych do sufitu), które przebijały mu suty. Podbiegłem do niego, chcąc mu jakoś pomóc. Starłem się nie krzyczeć. Był cały zsiniały, trochę już tam wisiał.

101




Nie było już czuć u niego tętna...spóźniłem się o przynajmniej kilka dobrych godzin, szkoda chłopaka, nigdy nie dowiem się za co tu siedzi i będę miał o to wieczny ból dupy. Dziwne jest też to, że wcześniej go tu nie zauważyłem. Może to by w czymś pomogło...
23.12.2017,
18:23
- Co? - zdziwiła się? - On mi o tym mówił, ale nie potrafiłam mu w to uwierzyć...Czyli to wszystko to był jego plan, żeby mnie tam zabrać?
- Tak...niestety tak, może gdyby nie to, to by do tego wszystkiego nie doszło...
- Czyli to nie ty mnie tam zgwałciłeś?
- W życiu bym ci tego nie zrobił... - odparł.
- A ja głupia w to wierzyłam...Cały czas myślałam, że Jacob jest twoim synem, a ty uciekłeś bo nie chciałeś go wychować...to było dla mnie takie oczywiste-wyrzuciła to z siebie.
- No to niestety tak nie jest, ale jak chcesz... - podrapał się po głowię. - To mogę ci  pomóc z jego wychowaniem. Chciałbym być lepszym Ojcem od mojego...mimo, że to nie moje dziecko to zaopiekować się nim jak swoim własnym. Marzyłbym o tym, żeby być z tobą i wnieść jakiś wkład w wasze życie...pod warunkiem, że ty byś chciała.
- Przemyślę to - uśmiechnęła

102




się.
- Dziękuję, a tak ogólnie...liczę na to, że nie uznasz mnie za zbyt wścibskiego, ale chciałbym o coś spytać...Jak doszło do waszego spotkania? To znaczy twojego z Jimem.
- Wiesz jak pracuję? - spytała powoli.
- W jakimś sklepie? Pomagasz ojcu? -próbował zgadnąć, a ona kiwała przecząco głową. - No to jak? - spytał wreszcie.
- Jako prostytutka... - odparła.
- Uuu - ta odpowiedź zwaliła go prawie z nóg, ale na szczęście siedział... - Ty tak na poważnie? Nie żeby to była jakaś zła robota...bo raczej nie brakuję klientów do tak pięknej laski, ale czy warto marnować się w takim zawodzie?
- Teraz to już nie wiem...ma obecnie zbyt wiele minusów ta praca...bo zawsze można złapać jakiegoś syfa czy chuj wiec co...A do tego trzeba się kochać z tymi co płacą. Najgorsze jest to jak przyjdzie jakiś starszy dziad...ale to był mój wybór, mój sposób na życie.
- Poproszę bez opisów- rzucił szybko Chuck. - Może po prostu opowiesz mi jak doszło do twojego spotkania z Jimem?
- Chciał się po prostu zabawić...stać go na to.
- No i akurat wziął ciebie?
- Burdelmama poleciła mnie po prostu jemu...Ty wiesz co on sobie wymyślił?!
-

103




Co?
- Że chce przelecieć wszystkie pracownice naszego burdelu.
- Ładnie je określiłaś - uśmiechnął się. - Ale to był głupi wybór...
- Czyj?
- Tej twojej burdelmamy, że poleciła ciebie, a nie jakąś inną laskę, może wtedy Jim by jeszcze żył...
- Przykro mi...
- Mniejsza z tym, Mam do ciebie pewne pytanie.
- Słucham?
- Rzuciłabyś ten zawód, gdybym był w stanie jakoś was utrzymać?
- No nie wiem...z czego byś chciał to niby zrobić.
- Z wypłat które otrzymuję po misjach... - odparł.
- Misjach? Co ty jakiś agent? - uśmiechnęła się.
- Nie- roześmiał się. - Jestem po prostu zwykłym człowiekiem kochającym wojaczkę. Prócz tego - tym razem zaczął na poważnie. - nie chcę słyszeć jak moja kobieta zarabia na swoje utrzymania. Ja ciebie naprawdę kocham i nie mógłbym sobie pozwolić na to, żebyś aż tak się upokarzała. Takie rzeczy moglibyśmy robić w domu...może by nawet Jacob otrzymał dzięki temu rodzeństwo.
-Jaka to ze mnie kobieta?-zdziwiła się i wybuchała śmiechem.- Jestem zwykłym dzieckiem, które nie potrafi odnaleźć się w tym świecie... 
24.12.2017,
Nieznana godzina
- Co tu się odpierdala?! - Z moich ust wydobył

104




się krzyk. Nie potrafiłem się już dłużej opanować. Trup wiszący w mojej celi...to już było za dużo jak dla mnie.
- Uspokój się człowieku! - ochrzanił mnie policjant zwany Faunem...tak przynajmniej przedstawił się podczas przesłuchania ten pieprzony olbrzym, który chce mnie teraz uspokajać. Pogrzało go? - Ludzie tu chcą spać, jest jeszcze wczesna godzina.
W myślach zadałem sobie pewne pytanie: ,,Spać na komisariacie?"...trochę dziwne, ale okej.
Przekręcił kluczem drzwi do celi. Już chciałem się wyrwać, ale odepchnął mnie od wyjścia, a sam powoli zaczął ściągać wisielca...chociaż coś mi się zaczęło wydawać, że mężczyzna raczej sam tam się nie powiesił, no bo jak? 
- Bądź grzeczny, bo obrońca nie przyjdzie...
- Co tu się dzieję? - spytałem z przerażeniem w oczach.
- Nie widzisz? - spytał sarkastycznie - Człowiek przez ciebie się powiesił - roześmiał się i zniknął z mojego widnokręgu.
- Co? - Spytałem, ale na te pytanie nie otrzymałem już żadnej odpowiedzi.
23.12.2017,
18:50
Wystarczy już tego podsłuchiwania...stwierdziłem po dłuższej chwili. Niech sobie  rozmawiają o czym chcą. Niech pozałatwiają

105




ze sobą swoje sprawy.  Teraz całkowicie skupiłem się na rozmowie z Omarem. Oczywiście w międzyczasie wszystko mu opowiedziałem, wytłumaczyłem i tak dalej.
- Przepraszam, że cię w to motam-powiedziałem do niego.
- Nic nie szkodzi-odparł- Jesteśmy przecież przyjaciółmi, na dobre i na złe...co nie?
- No ale nie ma tam żadnej wzmianki o sytuacjach ,,zjebanych"
- A czy życie jest lub było kiedykolwiek normalne...Jedyne co w nim takie jest... to pewno stwierdzenie: ,,Rodzimy się po to, żeby umrzeć".
- Fajnie jest mieć przy sobie kogoś takiego jak ty - Wstałem z fotela, bo sobie coś przypomniałem - Oddam chłopakowi broń, bo potem zapomnę...
- Dobrze - przytaknął Omar - Rób jak uważasz. Już teraz raczej nie zrobi sobie krzywdy. -uśmiechnął się. - Znalazł osobę której szukał...tak mi się przynajmniej wydaję.
24.12.2017,
Nieznana godzina 
Stało się to na co stawiałem. Po oczekiwaniu nadeszła wreszcie ta chwila kiedy pojawił się mój przyjaciel...mój wybawca.  Cesara znałem od kilku dobrych lat. Poznaliśmy się, kiedy on jeszcze chodził na studia. Podrzuciłem mu kiedyś małą paczuszkę. Z typem rozmawiało się

106




rewelacyjnie i mimo tego, że jarał zioło to idealnie nadawał się na męża dla mojej córki. Tą jednak zawsze ciągnęło do innych, ale  co mi do tego...(może kiedyś dzięki temu poznam jakiegoś niesamowitego zięcia) kontakt z tym człowiekiem przecież zawsze mogę utrzymywać. Idealnie ogolony mężczyzna w czarnym garniturze i czarnych okularach (które nosił niezależnie od pogody...ponoć problemy ze spojówkami...) stanął przed moją celą. Uśmiechnął się do mnie i rozpoczęliśmy konwersacje.
- Kopę lat, John...przepraszam cię, że musiałeś na mnie czekać, ale dopiero dzisiaj dostałem telefon...coś ty najlepszego narozrabiał?
- Wytłumaczę ci po drodze...ja nie chcę tu już dłużej siedzieć.
- Wierzę ci... - odparł- Ale słuchaj :muszę wiedzieć o co tu w ogóle biega.
- No to sprawa wygląda następująco: Zostałem skatowany - pokazałem mu siniaki - Jestem oskarżony o coś czego nie zrobiłem. Siedzę tu za jakieś morderstwo...
- Czyje? - spytał. - W coś ty się do cholery wpakował? Obstawiałem na powrót do handlu, ale nie na to...
- Tylko, że ja nic nie zrobiłem. Moglibyśmy to omówić poza aresztem...ja tu już nie chcę

107




dłużej siedzieć.
- Niby mógłbym ci to załatwić, ale...
- Proszę cię tylko, beż żadnych ,,ale", bo dostanę tu zaraz pierdolca...to miejsce to jakieś wariatkowo.
- To w końcu areszt - uśmiechnął się. - Ale zaraz postaram się coś załatwić.
- Miałeś nie mówić ,,ale"...
- Dobra,  zaraz zawołam gliniarza, zabiorę cię stąd i pogadamy na temat tego wszystkiego w drodze, może jeszcze gdzieś wstąpimy, zjemy coś i uporządkujemy to...
- Dobrze... - pokiwałem dynamicznie głową. - Podoba mi się twój pomysł. - po czym szeptem dodałem. - Byle z dala stąd.
23.12.2017,
22:20
To co miało być powiedziane...zostało. Goście którzy mieli przyjść i wyjść, już poszli, dawno temu. Moja córka wraz ze swoim ,,chłopakiem" uzbrojonym w rewolwer (w razie czego? Nie...po prostu to była jego własność) poszli na spacer nocą. Niczym ta wcześniejsza para o czym opowiadał mi Omar oddalili się od karczmy w kierunku światła lamp. 
Nieco później natomiast po ustaleniu wszystkiego (tak przynajmniej myślałem) odpaliłem samochód i zaczęliśmy jechać przed siebie w kierunku lasu.
- Ta sytuacja nie miałaby nigdy miejsca, gdyby nie

108




dotyczyło to Ashley - skierowałem te słowa do Omara.
- Rozumiem.- przytaknął.
- Nie mogę pozwolić by ktokolwiek się o tym dowiedział. Nie chciałbym, żeby moja córka w tak młodym wieku miałaby trafić za kraty i cierpieć przez jeden swój głupi ruch. Nie wiem ile jest w tym jej winy...ale werdykt w tym wypadku byłby oczywisty, Zabiła to winna...trupa przecież nikt nie skażę za próbę gwałtu.
- Spokojna głowa mój drogi, nikt się nie dowie... - próbował mnie pocieszyć- Mogę ci nawet pewną historię opowiedzieć co nieco związaną z moim zawodem.
- Jaką? - spytałem kierującą samochodem - Może to jakoś rozluźni klimat...
- Mówiłeś, że trupa nie da się skazać co nie?
- Przed chwilą tak właśnie powiedziałem.
- No to słuchaj...w IX wieku doszło do bardzo ciekawej sytuacji. Jeden papież osądził swojego martwego kolegę na trupim synodzie...więc wiesz.
- A co to ma do twojego zawodu? Wybierasz się na papieża?
- Nie, nie... - uśmiechnął się. - Po prostu jestem księdzem...a od tego, do wyższych święceń już niedaleka droga. Nie wiem jednak czy ktoś chciałby czarnego papieża... 
24.12.2017,
Nieznana godzina 
- Władzo! -

109




krzyknął w stronę korytarza, gdy usłyszeliśmy zbliżające się kroki. - Mógłby pan wypuścić mojego klienta?! - Odwrócił się w jego stronę. Nad głową mojego obrońcy zawisła siekiera. W moich jak i jego oczach pojawił się strach.
- Co pan robi?! - spytał przerażony, próbując odepchnąć od siebie gliniarza - Zostaw mnie pan!!.
Policjant zamachnął się i przeciął głowę Cesara na pół. Prysnęła na mnie i na niego krew obrońcy. - Chyba za duże wiecie - Popatrzył się na mnie ze spokojem w oczach i w głosie policjant. - A ponoć co za dużo to nie zdrowo, a do tego...
Do pomieszczenia wraz z metalową miską pełną mięsa weszła ruda policjantka
- Powoli kończy nam się jedzenie - złapał go za nogi, a ona oblizała swoje palce.
- Kim wy kurwa jesteście?! - krzyknąłem przerażony, gdy zarzucił sobie Cesara na plecy- Czego ode mnie chcecie?
- Milczenia... -odparła kobieta i zgasło światło.
- Tylko tego? Puścicie mnie, jak nic nikomu nie powiem? - spytałem przerażony.
- Najpierw musimy sprawdzić jak smakuję twoja rodzinka - odpowiedział powoli cichnący kobiecy głos.
- Nie wystarczyła wam moje córka, wy pieprzeni mordercy?!!
- Co? -

110




zdziwił się kobiecy głos - Masz na myśli tego małego smarkacza, co się tak rzucał, że aż zrobiło się nam go żal? Chociaż w sumie skąd ty to możesz wiedzieć. Jeżeli masz na myśli tą małą dziewczynkę która miała na metce wyryte inicjały C.W, to jedyne czego ją pozbawiliśmy to jedynie jej jednego małego palca. Smakował okropnie, a do tego sfajdała się podczas rozmowy...Ale po co ci to? Jak skończymy twojego przyjaciela, wrócimy po ciebie. Bardzo ci dziękujemy za darmowy katering...jak chcesz możemy się z tobą podzielić-głos powoli cichnął, aż jedyne co pozostało, to cisza i ciemność która mnie otaczała.
To chyba właśnie był mój...KONIEC

111




Wyrazy: Znaki: