Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

DWIE OPOWIEŚCIikonka kopiowania

Autor: Karolina Baumann twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




Noc wlewała się przez małe okna baraku. Kładła swą dłoń na rozgorączkowane czoła więźniarek. Ślizgała się mdłym światłem księżyca po suszących się chustkach i spódnicach, które jakieś ryzykantki postanowiły wyprać w deszczówce, nie mając gwarancji, że na drugi dzień jeszcze je znajdą na swoim miejscu. W ciszy słychać było tylko ponad setkę ciężkich oddechów, łowiących powietrze w duchocie rozgrzanego letnim upałem drewna. Więźniarki spały skulone na ciasnych pryczach przypominających wielkie klatki albo na materacach na podłodze. Pomiędzy spoconymi ciałami przeskakiwały pluskwy. Siostra Julia nie spała. Patrzyła w sufit, bladoniebieski od księżycowej poświaty, jakby się dało z niego wyczytać odpowiedź na bezsensowne pytanie, po co to wszystko. Któryś za nas cierpiał rany, powtarzała i była to jedyna modlitwa, jaką potrafiła wypowiedzieć. Tak, jakby słowa czytanych kiedyś pasjami rozważań dla zakonnic i pism Ojców Kościoła, a nawet psalmów i Ewangelii wyblakły w jej pamięci. Straciły smak. Brzmiały jak drwina. Przypominały o miejscach i ludziach, których straciła. O przeszłości tak bezpowrotnej, że

1




aż bolała. Któryś za nas cierpiał rany… Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami… Tak, to jedno była w stanie wypowiedzieć. To jedno było jak cienka, niewidzialna nić łącząca ją z dawną siostrą Julią. Skazaniec w cierniowej koronie miał oczy wygłodniałego zwierzęcia, ubrany był w pasiak i skakały po Nim pluskwy. Tak, czuła, że stoi obok jej pryczy. Milczący i bezbronny, narażony na kpiny i wołania: JEŚLIŚ SYNEM BOŻYM, ZEJDŹ Z KRZYŻA. Dlaczego nie chce zejść? Dlaczego nie pokaże swojej siły? Dlaczego pozwala się wywozić w towarowych wagonach do fabryk śmierci? Bez słowa daje się zaprowadzić do gazu? Daje się otruć, spalić, zastrzelić, rozebrać i skopać? Dlaczego za nas cierpisz rany…
Z sąsiedniej pryczy dochodził szept: Obdarz pokojem nas i wszystko, co jest Izraelem. Tak. Amen. Ewa Hoff wpatrywała się w ciemność. Straciła wszystko. Nawet ukochaną siostrę, która jej obiecała, że będzie żyć. Nie wiedziała, dlaczego ciągle jeszcze wypowiada słowa żydowskiej modlitwy za zmarłych. Czuła, że Bóg, do którego się modli, odszedł w niebyt dzieciństwa, spłonął wraz z synagogą, domem i rodzinnymi fotografiami. Ale

2




czuła też, że modlitwa do tego milczącego Kogoś – nawet, jeśli Go nie ma - to jedyne, co pozwala przetrwać. I nie chodzi tu o zdobywanie marnej porcji zupy po to tylko, żeby ją wydalić podczas kilkuminutowej przerwy na pójście do latryny. Chodzi o nadzieję. Taką, która będzie odporna na czarny, cuchnący dym obozowego komina.
Któryś za nas cierpiał rany, powtarzała siostra Julia. Obdarz pokojem nas i wszystko, co jest Izraelem, powtarzała Ewa Hoff. Świt otulił ich wspólne wołanie rześkim, różowym blaskiem.
……………………………………………………………………
Jasna, jakby trochę prześwietlona Gerda uśmiechała się z fotografii swoim niewinnym, czarno – białym, bezzębnym uśmiechem. Ulrike odwróciła głowę. Coraz trudniej jej było patrzeć na zdjęcie małej córeczki, chociaż nie umiałaby wytłumaczyć, dlaczego. Nawet sobie. Wróciła do pisania listu.
"Kochany, nie wiem, dlaczego tak długo milczysz. Chcę wierzyć, że obowiązki ci nie pozwalają na pisanie. Bardzo za Tobą tęsknię. Kiedy skończy się wojna…"
Urwała. Długo pisała ten list, już ładnych parę dni, i nie mogła dokończyć.

3




Prześladowały ją ciemne oczy Gerdy. Dziewczynki o imieniu jej córki, która biegła prosto w wycelowane lufy karabinów, ufnie wyciągając ręce. Kiedy skończy się wojna, to nie będzie już ciemnookich dziewczynek.
Do Bund Deutscher Mädel wstąpiła zaraz, jak tylko ta organizacja powstała. Nie miała przekonania.
- Wiesz, że nie zapewnimy ci środków na studia. Nie stać nas, a to może pomóc – powiedziała zimno matka. Ulrike nie miała wyboru. Potem się okazało, że jej koleżanki z BDM też nie miały wyboru. Tak przynajmniej mówiły.
Dano jej białą, krochmaloną koszulę, czarny krawat, czarną spódnicę i lśniące buty, które były jak przepustka do lepszego świata. Zapomniała o ciasnym, wilgotnym mieszkaniu na poddaszu, w którym śmierdziało pleśnią, matce o zmęczonych oczach i twarzy zżartej przez suchoty, i ojcu, który nigdy nie trzeźwiał. Jej koleżanki z BDM zazwyczaj mieszkały w ogromnych, zalanych słońcem willach i były córkami lekarzy albo adwokatów. Ale to nie miało najmniejszego znaczenia. Wręcz jej schlebiało. Poczuła się piękna, silna i niezależna. Poczuła się kobietą przyszłości. Poczuła się ważna dla

4




Sprawy.
- Bądź prawdziwa, bądź przejrzysta, bądź niemiecka – powtarzano im do znudzenia na zajęciach dla organizacji. Z początku hasło brzmiało jak magiczne zaklęcie. Elitarne zawołanie. Modlitwa umożliwiająca przejście na kolejny stopień wtajemniczenia. Ulrike nie zadawała sobie trudu, żeby pytać, do czego konkretnie jest wtajemniczana. Nikt jej też nie wyjaśniał, co to znaczy być prawdziwą. Jakiej prawdy ma się trzymać i czy to na pewno jest prawda. I czym jest przejrzystość. Po czym pozna, że jest wystarczająco przejrzysta. A może nigdy nie będzie wystarczająco. Najtrudniej było z niemieckością. Przecież urodziłam się w tym kraju, mówię w tym języku, chodziłam do niemieckiej szkoły, myślała, czego oni ode mnie chcą. Nie myśl za dużo – mówiły koleżanki, gdy próbowała mówić o swoich śmiesznych dylematach – Nie warto. Zamilkła więc i przestała myśleć, zresztą nie było czasu. Szkolenia z historii Rzeszy, ćwiczenia sportowe, wycieczki, zawody i kursy gospodarstwa domowego nie dawały zbyt wiele czasu na myślenie. Zwłaszcza zabawy, na których pojawiali się adepci Hitlerjugend, nie sprzyjały dłuższym

5




refleksjom.
- Ulrike.
- Johann.
Została zagarnięta przez parę błękitnych, chłopięcych oczu. Wyjątkowo prawdziwych, przejrzystych i niemieckich. Popłynęli przez parkiet. On obejmował ją mocnym, zdecydowanym gestem, ona śmiała się perliście, łowiąc zazdrosne spojrzenia koleżanek. Tych wszystkich córek adwokatów i lekarzy.
……………………………………………………………………
- Kto chętny? – zapytała Ulrike na apelu, wbijając wzrok w szarą masę bezkształtnych twarzy. Więźniarki milczały, nauczone, że lepiej się nigdzie na ochotnika nie zgłaszać.
- To praca lekka, w Strumpfstopkommando – tłumaczyła nienaturalnie spokojnym głosem – Cerowanie pończoch.
Ulrike podniosła zawiniątko, jakie miała ze sobą. Był to spory koszyk wypełniony wełną, drutami, igłami i nićmi. Zapadła cisza.
- Czy są tu więźniarki umiejące cerować i robić na drutach? – zawołała Ulrike. W oddali rozległ się podobny do skowytu krzyk i strzał. Krzyk zawisł w połowie dźwięku jak pęknięta struna. Twarze więźniarek nie wyrażały żadnych emocji. Była to trudna sztuka, ale z czasem każdy musiał ją opanować. O ile

6




chciał przeżyć.
- Będziecie codziennie przewożone kolejką do Gdańska. Praca będzie trwała do wieczornego apelu. Macie tam zapewnione posiłki.
Kilku stojącym w bezruchu kobietom błysnęły oczy. Jedna mimowolnie oblizała wargi.
- …Nawet mięso i ciepłą grochówkę – dodała esesmanka.
- Ja – z tłumu odezwał się słaby głos. Muzułmanka, którą siostra Julia widziała kilka dni temu przy wyrębie lasu, nagle spojrzała przytomnym wzrokiem. Jak gdyby słowo „grochówka” przywróciło ją do życia. I ja, i ja. Więźniarki zaczęły wychodzić przed szereg.
- Gutt – uśmiechnęła się Ulrike szerokim, obiecującym uśmiechem.
Grupa więźniarek poszła ufnym, spokojnym krokiem za esesmanką w stronę dwóch niewielkich wagoników kolejki wąskotorowej. Rozsunięto wejścia. Kobiety zniknęły w mroku.
……………………………………………………………………
Ciepły wieczór miękko opadał na dachy baraków, złocąc je ostatnimi promieniami słońca. Pachniało morzem i czymś jeszcze, gryzącym i szorstkim. Unosiło się to coś w powietrzu, dusiło i mdliło za każdym razem, gdy z obozowego komina unosił się bury dym. Nie

7




rozmawiano o tym kominie. Ani o pochodzeniu dymu.
Ewa Hoff wyciągnęła spod materaca mały kajecik i sfatygowany ołówek. Wymieniła te skarby jakiś czas temu za dzienny przydział żywności. Głód zamknięcia w słowach tego, za czym tęskni, co przeżywa, traci i za wszelką cenę chce ocalić, był silniejszy od głodu fizycznego. Był jedynym sposobem zatrzymania tej cząstki człowieczeństwa, której nie da się upodlić. Przebłyskiem nieśmiertelności.
"Kiedy skończy się wojna – zaczęła i zamyśliła się. To właściwie co wtedy? Wrócimy do swoich sklepików, podwieczorków z przyjaciółkami, randek w parku i świętowania szabasu? Latem będziemy jeździć nad morze. O nie. Wszędzie, byle nie nad morze.
Kiedy skończy się wojna, to nic już nie będzie takie jak dawniej, ale będziemy udawali, że wszystko jest na swoim miejscu. Bo tak będzie lepiej. Wrócimy z obozów, więzień, gett, cudem ocaleni z egzekucji w lasach, łapanek, spalonych domów, gazu i śmierci głodowej, wykąpiemy się, przebierzemy w czyste ubrania, i będziemy się do siebie uśmiechać, rozmawiać o akcjach na giełdzie, najnowszej modzie i pogodzie. Bo tak będzie

8




lepiej. Będziemy jeść lody i kupować naszym dziewczynkom porcelanowe lalki, te najdroższe, w szyfonowych sukniach z falbankami. A chłopcom ołowiane żołnierzyki. O nie, tylko nie żołnierzyki. Tak będzie lepiej. I powrócą nasze duchy. Te, którym nie udało się ocaleć. I będą stały obok naszych krzeseł w salonach, w milczeniu. A my ich nie zauważymy i dalej będziemy rozmawiać o tym, że jakby się trochę ochłodziło. Bo tak będzie lepiej…"
Ewa zamknęła kajet.
……………………………………………………………………
"Kiedy skończy się wojna…"
Ulrike zasiadła do pisania listu.
"Kiedy skończy się wojna, to już nie będzie tego wagoniku, do którego wysłałam dzisiaj dwadzieścia więźniarek. Starych, nieprzydatnych do pracy, wygłodniałych kobiet, naiwnie wierzących w mięso i grochówkę, które dostaną w Gdańsku za swoją lekką pracę. Nigdy niczego nie dostaną. Zamykamy je w wagonach i wpuszczamy tam gaz. Trwa to kilka minut. A kolejka jedzie prosto do krematorium. Gdy należałam do BDM, uczono mnie, żeby być prawdziwą. Co ma wspólnego prawda z opowiadaniem tym kobietom bajek o grochówce.

9




Uczono mnie, żeby być przejrzystą. A ja już sama nie wiem, kim właściwie jestem: słabą kobietą, która tęskni za czułością, czy żołnierzem Rzeszy, kochającą żoną czy rozdzielającą rodziny funkcjonariuszką, stęsknioną za swoim dzieckiem matką czy potworem wysyłającym na śmierć cudze dzieci? Uczono mnie, żeby być niemiecką. Czy to jest właśnie bycie Niemką, rozstrzeliwanie, gazowanie, morzenie głodem, szczucie psami, selekcjonowanie, liczenie trupów w umywalni? Czy ktoś w którymś momencie nie pomylił pojęć i nie wprowadził nas wszystkich w jakiś straszny błąd? Wiem, że nie ma odpowiedzi na takie pytania, ale bardzo za Tobą tęsknię. Johann, dlaczego nie odpisujesz?"
Wiedziała, że nigdy nie wyśle tego listu. Kryteria pisania listów w Rzeszy były prawdziwe, przynajmniej pod pewnymi względami, niemieckie i na pewno przejrzyste. Przede wszystkim nie było w nich miejsca na zwątpienie.

10




Wyrazy: Znaki: