Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Z nimi najlepiejikonka kopiowania

Autor: Bjabi twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




Budzi mnie odgłos wiertarki. Felga znowu próbuje doprowadzić nas do szału i tym razem zaczyna od samego rana. Już dawno nie dziwi mnie fakt, że z jego mieszkania ciągle słychać jedynie to urządzenie i przestałam się zastanawiać po co mu tyle dziur. Tata twierdzi, że to po prostu samotny i bardzo wkurzający człowiek, który wiedząc jak na wszystkich działa ten hałas, po prostu ją włącza, trzyma w powietrzu i próbuje wyprowadzić z równowagi swoich sąsiadów. Gdyby nie mama, tata codziennie waliłby do jego drzwi, albo dzwonił po policję, bo jest dość nerwowy i łatwo wzbudzić w nim złość, ale ona za każdym razem umie go uspokoić. Ewentualnie po prostu mu zabrania, a on nie ma innego wyjścia, jak tylko ją posłuchać. Czasami, gdy ma dobry humor razem ze mną zastanawia się kiedy został takim pantoflarzem. Gdy ma gorszy po prostu stwierdza, że mama wyprała mu mózg i uważa, że nie jest w stanie sam racjonalnie myśleć. Ona zazwyczaj, żeby go jeszcze bardziej podjudzić dodaje, że dobrze, że w końcu to zrozumiał.
Odruchowo szukam ręką drugiej poduszki, by choć trochę zminimalizować ten hałas, ale natrafiam na oparcie kanapy.

1




Przecieram oczy i orientuję się, że zasnęłam w salonie na najniewygodniejszym meblu do spania jaki jest w naszym mieszkaniu. Wiele razy prosiłam rodziców by w końcu się jej pozbyli, ale zawsze mówili, że mają do niej zbyt duży sentyment. Bo to mebel po praprababci, bo to rodzinna pamiątka, bo potem przekażemy ją tobie. I na nic się nie zdawał mój sprzeciw i przekonywanie ich, że wcale jej nie chcę. Próbuję się podnieść i rozetrzeć zesztywniałe mięśnie, ale to niewiele daje. Właściwie zupełnie nie pomaga i mija dłuższa chwila, nim jestem w stanie z niej wstać. Poprawiam narzutę i odsuwam porozrzucane klocki chłopaków pod ścianę, tak bym mogła przejść. Salon jest zasypany ich zabawkami jak każde pomieszczenie w tym mieszkaniu, ale przestałam na to zwracać uwagę i po prostu zaakceptowałam fakt, że chłopcy opanowali już całe nasze życie. Idę do kuchni, gdzie nikogo nie ma, nalewam sobie soku i dopiero wtedy zdaję sobie sprawę, że coś jest nie tak. Nie ma rodziców. Pomijając fakt, że mnie nie obudzili, kiedy wrócili, teraz powinni już tu być i robić śniadanie. Tata za pół godziny musi wychodzić do pracy i jeszcze ani

2




razu nie zdarzyło mu się zaspać. Idę na palcach, zaglądając po drodze do pokoju chłopaków, którzy jeszcze śpią i pukam do ich sypialni. Odpowiada mi tylko cisza. Uchylam powoli drzwi, wchodzę do środka i wpatruję się w ich puste łóżko. Idealnie zaścielone, takie, jakie zostawili je wczoraj. Na fotelu ciągle leżą rozwalone sukienki mamy, które zostawiła, gdy wczoraj szykowała się do opery. Obiecałam je odwiesić do szafy, ale zapomniałam, więc robię to teraz. A potem zaczynam zastanawiać się gdzie oni właściwie są. Poszli do sklepu? Na pewno nie, bo wczoraj zrobili zakupy. Może tata pojechał wcześniej do pracy? To było bardziej prawdopodobne, ale nie wyjaśniało, gdzie jest mama. Wracam do kuchni i szukam na lodówce jakiejś karteczki z wiadomością, ale znajduję tylko stare listy zakupów. Sprawdzam telefon, dzwonię do nich, ale od razu włącza się poczta. Zaczynam panikować i szukam w szafie w korytarzu ich kurtek. Bezskutecznie. Nie ma ich rzeczy, w których wyszli wczoraj, co oznacza, że nie wrócili. Ciągle zadaję sobie w myślach pytanie dlaczego, ale nie znajduję żadnej logicznej odpowiedzi. Po operze mieli jechać na

3




kolację i nawet gdyby ona im się przedłużyła powinni wrócić po północy. Może nie chcieli wracać nocą i zatrzymali się w jakimś hotelu? To całkiem nie było w ich stylu, ale takie wyjaśnienie było jedynym, jakie miało sens. Zerkam na zegarek i postanawiam dać im pół godziny, zanim zupełnie zacznę panikować. Więc robię sobie herbatę i zaczynam sprzątać zabawki, które wczoraj chłopcy rozwalili. Wrzucam klocki do pudełka, a potem zbieram samochodziki i zanoszę to wszystko do ich pokoju. Chłopaki strasznie bałaganią, ale mama zawsze tłumaczy, że to dlatego, że jest ich dwóch. Tata wtedy się śmieje i stwierdza że jest ich o jednego za dużo.
Odstawiam pudełko najciszej jak potrafię, ale Maciuś i tak się budzi i idzie ze mną do salonu, gdzie włączam mu bajkę. Potem wracam do kuchni i po raz kolejny, zupełnie bezskutecznie próbuję do nich dzwonić. Staram się nie tworzyć w głowie żadnych przerażających scenariuszy, ale czuję ulgę, gdy słyszę pukanie do drzwi. Idę otworzyć, zamierzając walnąć im kazanie o totalnej nieodpowiedzialności, jakim oni raczyli mnie zawsze, gdy zdarzało mi się zabalować. Ale to nie oni. Gdy

4




otwieram staje przede mną dwóch policjantów. Zdaję sobie sprawę, że ciągle jestem w piżamie w truskawkowe torty i biorę szybko mamy bluzę, wiszącą w korytarzu. Próbuję ją założyć z jakąś gracją, ale rękawy są na lewej stronie i zanim udaje mi się je odwrócić mija jedna, zbyt długa minuta ciszy.
Pytają czy tu mieszkają rodzice, a ja kiwam głową, bo nagle odebrało mi głos. Pytają czy mogę wejść, więc ich wpuszczam. Pytają też kim jestem, więc mówię, że ich córką. Pytają czy jestem pełnoletnia i kiedy odpowiadam twierdząco patrzą na mnie ze współczuciem. Chyba zrobiło się zimniej. Przychodzi mi do głowy, że zapomniałam Maćkowi ubrać skarpetki i mam nadzieję, że siedzi na kanapie, a nie chodzi po zimniej podłodze, bo mama znowu stwierdzi, że jakimś cudem jego kolejne przeziębienie będzie z mojej winy. I tym razem będzie miała rację.
Wchodzimy do kuchni, gdzie na stole stoi już całkiem zimna herbata i przez chwilę na nich patrzę nic nie myśląc. Nie chcę myśleć, bo gdy zaczynam to robić, przychodzą mi do głowy nieprawdopodobne wytłumaczenia ich wizyty. W końcu to oni przerywają ciszę.
- Wczoraj

5




wieczorem o 23:25 na pięćdziesiątym kilometrze A4 miał miejsce wypadek. Zginęło dwoje ludzi jadących w czerwonej toyocie. Znaleźliśmy przy nich dokumenty pani rodziców.
Nie rozumiem. Nie wierzę i każę im wyjść, ale nie słuchają i stoją nieruchomo, jakby ktoś zabronił im się ruszać, a przecież to ja wrosłam w podłogę. Zdrętwiałam. Zamarzłam. Zastygłam. Przypominam sobie co usłyszałam. Wypadek. Gdzieś. Kiedyś. Ktoś. Myślą, że byli tam rodzice, ale się mylą. Muszą się mylić.
- To niemożliwe - nie wiem czy w ogóle mówię to wystarczająco głośno, żeby usłyszeli - Zaraz do nich zadzwonię.
Miotam się po kuchni usiłując znaleźć telefon, ale wtedy policjant wyciąga z kieszeni foliowy worek.
- To zostało znalezione w samochodzie. Proszę je przejrzeć. Czy to są rzeczy pani rodziców?
Nie chcę. Nie wytrzymam tego, kręcę głową, w końcu policjant wysypuje jego zawartość na stół, miażdżąc mnie tym. Wpatruję się w portfel taty, skórzany, który dostał ode mnie na czterdzieste szóste urodziny. Obok leży jego telefon - stary grat, który by wytrzymał nawet pod kołami czołgu. Mama miała nowszy, dlatego jest

6




złamany i porysowany. Ale ciągle widzę naklejkę samochodu którą przykleił jej Kuba, części jej brakuje.
Biorę oddech. Nie pomaga. Znowu biorę wdech, ale powietrze nie wpływa do moich płuc. Duszę się. Muszę przestać się dusić, bo Maciek jest za ścianą, a Kuba w każdej chwili może wstać. Zmuszam się do skinięcia głową, choć chciałabym zaprzeczyć.
- Czy może pan to schować? Albo ja… bo moi bracia nie mogą tego zobaczyć.
- Są niepełnoletni?
- Tak.
Policjant pakuje wszystko znowu do foliowego worka i po raz drugi mi podaje. Tym razem to biorę i wrzucam do pierwszej szuflady. Zdaję sobie jednak sprawę, że tutaj chłopcy znajdą to bez problemu, więc wyciągam go, wstaję i chowam do najwyższej szafki. A potem siadam znowu i nie wiem co powinnam zrobić. Płaczę. Drżę. Panikuję. Próbuję odepchnąć to i ciągle wierzyć, że to nieprawda, że zaraz wrócą.
- Pan Dariusz zmarł w trakcie operacji, pani Ewa w karetce, w trakcie drogi do szpitala.
Nie chcę tego słyszeć.
- Nie chcę tego słyszeć - powtarzam na głos, bo nie chcę. Chcę zostać sama, więc wychodzą, a ja płaczę. Myśl, że rodzice nie obudzili mnie, nie

7




wrócili, nie zadzwonili, bo nie żyją jest nieprawdopodobna. Nierealna. Niemożliwa. Nieprawdziwa. Ale boli, jakby była najbardziej autentyczną myślą jaką mam w głowie. Chcę do nich zadzwonić, ale przecież ich telefony schowałam do szafki, żeby chłopcy ich nie znaleźli. Nie mam siły się podnieść, ale jednak wstaję, biorę telefon do ręki i zamykam się w łazience, by ukryć się przed chłopcami. Potem siadam na krawędzi wanny i próbuję się opanować, bo nie mogą usłyszeć jak płaczę.
Cała drżę i dopiero po wzięciu kilku głębokich oddechów jestem w stanie wziąć telefon do ręki. Dzwonię do Patryka, ale nie odbiera. Pewnie śpi. Babcia też nie odbiera, u Izy włącza się poczta. Nie jestem w stanie dłużej powstrzymać łkania, mój płacz, mój ból odbija się od ścian i mnie miażdży. Czuję się zmiażdżona, rozdeptana, niezdolna do niczego, kiedy słyszę pukanie do drzwi.
- Inga? Jesteś tutaj? - pyta Kubuś.
Muszę wziąć się w garść, bo przecież jestem teraz z chłopcami i oni nie mogą widzieć mnie właśnie takiej… Mówię mu, że źle się czuję, każę iść do Maćka i obiecuję, że zaraz zrobię im

8




śniadanie, dziwiąc się, że jestem w stanie myśleć o tak błahych rzeczach, kiedy wszystko się zawaliło.
Nie wiem co zrobić. Nie wiem co mam im powiedzieć. Nie wiem jak się opanować i nie wiem jak przestać płakać. Znowu przykładam telefon do ucha, i choć wcale nie liczę, że w ogóle odbierze, Agnieszka odzywa się po dwóch sygnałach. Pyta czy coś się stało, bo przecież zwykle do niej nie dzwonię. Nie pamiętam kiedy robiłam to ostatni raz.
- Oni nie wrócili - wyjękuję, przełykając łzy.
- Kto? Inga, kto nie wrócił?- dopytuje, bo nic nie rozumie. Potrzebuję kilku chwil, by opanować kolejny napad płaczu, przez który nie mogę mówić.
A potem mówię jej wszystko. Że nie wrócili. Że mnie nie obudzili. Że była tu policja. Że był wypadek i że zmarli i nie chcę by uwierzyła w żadne z tych wszystkich słów, bo to by znaczyło, że to wszystko prawda. Ale ona mi wierzy. Akurat teraz mi wierzy, choć przecież tyle razy ją okłamałam. Teraz już obie płaczemy, ale Agnieszka szybciej bierze się w garść i każe mi zrobić to samo. Każe mi się ubrać, zrobić chłopcom śniadanie, zaprowadzić ich do babci i pojechać do

9




szpitala. Bo muszę wszystko wyjaśnić, wszystkim się zająć. Obiecuje przyjechać jak najszybciej i zaczyna szukać biletów lotniczych.
-Tylko weź się w garść. Ogarnij się, nie mów jeszcze nic chłopcom. Dopiero jak się wszystko wyjaśni.
-Ale przyjedziesz?- dopytuję, bo muszę się upewnić. Muszę wiedzieć, że to nie jest płytka obietnica, jakimi nas raczy od kilku lat. Że przyjedzie, że się odezwie, że napisze.
-Przyjadę.
Wierzę jej. Ufam jej. Bo jest moją starszą siostrą i nagle bez znaczenia jest fakt, że nie mam o czym z nią rozmawiać. Znowu wycieram oczy, tym razem ręcznikiem i wstaję by umyć twarz. Za drzwiami czekają chłopcy i skoro teraz mają tylko mnie, muszę wziąć się w garść. Jeśli nie jestem w stanie zrobić tego dla siebie, muszę zrobić to dla nich.

10




Wyrazy: Znaki: