Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Wakacje w domu cieniikonka kopiowania

Autor: Rafaello twarz męska

grafika opisu

rozwiń




***
Gorąc przedostawał się do wnętrza sali nr 37, wywołując siódme poty i ogólne zmęczenie. Odeszła już wiosna, byliśmy tutaj wszyscy w okowach lata, na progu jego, vis-a-vis upału za oknem, gdzie rozciągał się mały park i kilka skwerów, bardzo zadbanych przez jakiegoś tutejszego ogrodnika, kto wie, może nawet etatowego. Było południe, a ja nic nie miałem do roboty. Czarna dziura, z której się wraca, a jeśli nawet, to tylko półgębkiem, zawsze ostrożnie, aby nie znaleźć się tu ponownie. Moje auto przywiózł mi pod szpital odwiedzający mnie z dalekiego południa ojciec, który nie zdążył zapobiec najgorszemu - mojemu pobytowi w tym domu umarłych, zakładzie zamkniętym czy jak to jeszcze nazywano dawniej.
Leżałem na łóżku ze sprężynami, takim polowym i gapiłem się w okno - szyba była umyta, ale drzwi balkonowe zabite pewnie gwoździem. Wszak nie byłem w sanatorium, więc nie mogłem mieć o to pretensji i żalów. Już pierwszego dnia, a był 19 czerwca tego niespokojnego roku, który dla wielu okazał się ostatnim, przeczuwałem, że coś mnie tu zatrzyma na dłużej. Nawet mi o tym mówili moi bracia w niedoli, pacjenci. Pamięć

1




szwankowała i nie potrafiłem sobie przypomnieć nic konstruktywnego, poza podróżą przez cały kraj z południa aż do zaplanowanego miesiąca wakacyjnego u stryja w płn.-zach. Polsce. Pamiętałem, że ostatnie dni przed wyruszeniem w feralną trasę nr 11 na Szczecin, byłem na tropie. Codziennie wsiadałem w auto, które kupiłem za zarobionego gdzieś tam pieniądze i wyruszałem na przejażdżki po okolicach drugiej stolicy Polski. Szukałem momentu w swoim życiu, kiedy to wszystko się rozpoczęło.
Teraz było już po wszystkim - w połowie podróży pogotowie ratunkowe przywiozło mnie spod klasztoru dominikanów, gdzie dostałem śniadanie, prosto na izbę przyjęć w szpitalu. I to nie byle jakim szpitalu...Wedle tygodnika “Wprost” z feralnego roku, oddział “B” dla mężczyzn był najlepszą lecznicą w kraju. Czemu nie wierzyć? Na bok sceptycyzmy i różne krytycyzmy. Nikt to nikogo nie cenzurował, panowała absolutna wolność myśli i słowa. To mi się pewne spodobało najbardziej.

     
***
Przemijały jak woda w rzece dni i noce, a nic się specjalnego nie zdarzyło. Wszyscy grzecznie trzy razy dziennie ustawiali się w kolejce po leki, a podejrzliwa

2




pielęgniarka każdemu kazała pokazać język. Stare numery szpitalne - lek pod język i szybciutko do toalety, gdzie biała albo kolorowa pigułka kończyła swoją misję - były już zbyt dobrze poznane przez stewardessy, które się nami opiekowały.
Jednak nadszedł dzień, w którym coś drgnęło. Od rana na oddziale panowało dziwne napięcie. Pacjenci chodzili tam i z powrotem, przewalali się z kąta w kąt, wydeptywali drogę i zdarte linoleum podłogi, nie mogli niczym się zająć. Ich zajęciem jedynym było cierpienie. Nie wiedzieli, dlaczego tu są, no, może prócz kilku z nas, bardziej świadomych, “czujących więcej i inaczej rozumiejących, więc dlatego bardziej cierpiących”. Również nie bardzo miałem pomysły na puste dni, które panują w każdym szpitalu, a co dopiero w tym, którzy zajmował się naszymi duszami nieśmiertelnymi. Niepodobna było się czymś zająć - ordynator powiesił w kuchni pod sufitem nowy telewizor, ale sala terapii zajęciowej, gdzie w rogu stała mała biblioteczka z gazetami i książkami, była zamknięta na amen.

     ***
Nadszedł dzień, pozornie tylko taki sam, jak reszta. Gdzieś w połowie miesięcznego pobytu w

3




tym szpitalu, się to zaczęło, ale do dziś nikt nie wie, jak i dlaczego. Wstałem rano, poszedłem do toalety, spaliłem papierosa mentolowego i zjadłem śniadanie, marne dwie kromeczki ledwie maźnięte jakimś dżemem truskawkowym, a następnie stanąłem w kolejce po codzienny rytuał - wydawanie przepisanych przez lekarzy leków. Kiedy to wszystko już przeminęło, usiadłem w sali nr 37 i zacząłem przeglądać album o polskich sanktuariach, podarowany przez Darka, tego nieuleczalnego, który nawet po końskich dawkach neuroleptyków nie przestawał się modlić i medytować, przekonany, że jest w kontakcie z Bogiem. Album mi się spodobał, bardziej niż biografia Mozarta, podarowana na początku mej tu bytności przez samego ordynatora.
Gdzieś w okolicach południa, już po porannej gimnastyce, zaczęło się ściemniać na oddziale. Pacjenci jak jeden mąż włóczyli się po zamkniętym dla osób postronnych korytarzu, kilkoro z nich drzemało w salach, ale już czułem, że to się zaczyna. Zawsze po przyjmowanych półdobrowolnie lekarstwach, działy się te rzeczy. Najpierw zawołano nas wszystkich na mierzenie ciśnienia. Stałem gdzieś z tyłu kolejki, zaraz

4




za łysym Arturem, z którym lubiliśmy się spotykać w palarni do późnego wieczora, a czasem w nocy. Artur miał diagnozę “schizofrenii” i wybierał się do egzorcysty. Tak więc stałem za nim i nagle doszedł mnie okrzyk pielęgniarki - “wszyscy mają to samo ciśnienie, 120/70. Zbaraniałem. Jak to możliwe, a jednak nijak nie dało się zaprzeczyć wynikom pomiarów - były dla nas wszystkich te same, wręcz wyzywająco takie same. “Tu się dzieją cuda” - do dziś pamiętam to zdanie, które wypowiedziała starsza stażem i rangą stewardesa i dodała: “Ja też chcę mieć takie zdolności…” - mówiła w przestrzeń, przed siebie, gdzieś ponad nami, nieszczęśnikami, o których w świecie zdrowych lepiej wcale nie wspominać.
Mierzenie dobiegło końca. Wszyscy mieli dokładnie to samo ciśnienie tętnicze, czego żadna ze stewardess nie potrafiła wytłumaczyć. Ja też nie, ale w głowie już rozpoczynał się ten proces. Nie wiem, jak nazwać. Po raz pierwszy spotkało mnie to na wakacjach w Chorwacji, dokąd pojechaliśmy razem z bratem. Już wtedy rzeczywistość ostrzegała. Przed lekami, które muliły, otępiały, pozbawiały witalności i

5




sztucznie pobudzały, ale do bezcelowej aktywności. Nie posłuchałem. Rzadko kogoś w życiu słucham - szukam na własną rękę. I znowu spotkała mnie kara - świadomość nagle przeszła w inną aktywność, taką paranormal activity. Naraz, gdy napięcie na oddziale sięgnęło zenitu, wyrzucono nas wszystkich na ogród pod czujnymi oczami naszej oddziałowej i kazano tam czekać. Po chwili zrozumiałem, że diabeł może istnieć. Po raz nie wiem, który świadomość zaludniły demony. A na nich nie ma mocnych. Ordynator najpierw przysłał faceta, który w jakimś narzeczu obcym, nieznanym, przypominającym trochę języki ugrofińskie, rozmawiał z kimś przez telefon z dyżurki. Nie rozumiałem, po co to robi, ale uwierzyłem, że gość odprawia egzorcyzmy. “Nie widziałem jeszcze takiej reakcji na leki...uspokajające pobudzają, a pobudzające uspokajają” - mówiła tymczasem inna stewardesa. Kiedy rozmowa przez telefon trwała w najlepsze, mój umysł pracował nad wyjaśnieniem zagadki obcego faceta na oddziale. Skończył, wyszedł i więcej już się nigdy nie pokazał. Po południu wpuszczono nas z powrotem na oddział. Profesor R. znowu kogoś przysłał.

6




Tym razem był to kapelan, który tym, co chcieli rozdał “chleb aniołów”. Po czym również nas opuścił.

     ***
Międzyczasie z dwudziestoletniej śpiączki wybudził się starszy mężczyzna, którego nazywałem w myślach “Ojciec Pio”, bo fizys miał bardzo podobną do słynnego zakonnika. Pokój wybudzeń celowo pomalowano mocną, żółtą farbą. Janusz, bo tak się naprawdę nazywał, dwadzieścia lat wcześniej ledwie przeżył koszmarny wypadek samochodowy. Po wybudzeniu nie pamiętał nic. Wszystko go interesowało - komórki, laptopy i inne gadżety. Poszedłem do ordynatora po “akineton”, który chronił przed skutkami ubocznymi zafundowanej nam terapii. Ordynator bez słowa wpisał lek do codziennej karty i spytał, czy coś jeszcze może załatwić. Odpowiedziałem, że bardzo mi potrzebne leki osłonowe, których lekarka mi skąpiła. Bez leków nie miałbym szans, ale bez akinetonu nie mogłem wytrzymać na neuroleptykach. Po kilku godzinach udało się na oddziale przywrócić normalność. Pacjenci po wizycie kapelana się mocno uspokoili, a mi pomagał podany przed momentem “akineton”. Sprawdziłem w słowniku - akineton to nieruchomy punkt

7




archimedejski w filozofii Arystotelesa. Proszę, jak wyprzedził swoje czasy.
Jeszcze parę dni lipca i pobyt zbliżał się do końca. Rozmawialiśmy, paliliśmy papierosy, wymykaliśmy się nawet na miasto i byliśmy szczęśliwi. Wiedziałem, że los się do mnie uśmiechnie. I tak się stało. Ale o tym w innym czasie…

     ***

8




Wyrazy: Znaki: