Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Mike, pt2ikonka kopiowania

Autor: Fortune twarz męska

grafika opisu

rozwiń




Atlantis był jedną z najwspanialszych metropolii w historii świata. Zapierającą dech w piersiach Białą Stolica Magii - jak go niegdyś nazywano - unosząca się na gigantycznych latających skałach. Był wisienką na kremowym torcie wszelkiej magiczności, słodką, cukrową flagą z napisem „magia cały czas istnieje i ma się dobrze”.
Może to zabrzmi niewiarygodnie, ale nawet upodobanie do słodyczy nie trwa wiecznie, co tylko udowadnia, że wszystko musi mieć swój koniec…
Legendarny Atlantis również. A im coś jest wspanialsze i legendarniejsze tym bardziej bolesny i tragiczny koniec musi to spotkać. Przechodząc do puenty, końcem Atlantisu był smok i to nie byle jaki – o smoku będzie jednak kiedy indziej.
Po katastrofie, która spotkała nieszczęsną stolicę pozostały jedynie ruiny zatopione głęboko w nieprzeniknionych ciemnościach oceanu. Co istotne - ruiny uchowały sekret.
Tuż przed kataklizmem niewielka część mieszkańców dała wiarę powszechnie uważanemu za szalonego czarnoksiężnikowi Romundowi i zdążyła opuścić metropolię. Ostało się wśród nich kilku czarodziejów, przyjaciół Romunda. - Ich losy to kolejna ciekawa

1




historia na inny czas, ale opowiadając ją w skrócie: nie mogli oni się pogodzić z losem, który spotkał ich ukochane miasto, a na jego zgliszczach – dokładniej, pod nimi - postanowili zbudować kolejne.
Nazwali je Atlantydą.

      Na początku pomysł ten wydawał się niedorzeczny, wręcz niemożliwy do wykonania. Potem, ku zaskoczeniu samych organizatorów, kolejne trudności były pokonywane, a ów nierealna idea stopniowo wprowadzana w życie.
Atlantyda zaczęła nabierać kształtu. Co prawda, na razie była jedynie niewielkim kompleksem jaskiń, który w ostateczności pomieściłby kilka tuzinów mieszkańców, ale to i tak było więcej niż ktokolwiek by się spodziewał.
Komplikacji jednak nie brakowało. W związku ze specyficznym położeniem Atlantisu – to znaczy ani tu, ani tam - nikt nie był w stanie ustalić nawet przybliżonej lokalizacji jego gruzów, a tym bardziej znajdującej się gdzieś pod nimi niewielkiej Atlantydy. Jakby tego było mało, nieskończony i nieprzenikniony ocean tylko to utrudniał.
Jednak coś co na początku było uważane za komplikację, później okazało się być nieocenioną zaletą. Zaginione Miasto stanowiło

2




doskonałą kryjówkę. Kryjówkę na miarę trudnych czasów które miały nadejść.
Jedyną możliwością dostania się na Atlantydę były translokacyjne portale. W dużym skrócie, umożliwiały otwarcie przejścia stąd do dowolnego znanego miejsca docelowego. Stanowiły swojego rodzaju zaproszenie, bo skoro nikt nie wiedział gdzie tak właściwie Atlantyda się znajduje, nikt nie mógł jej obrać za cel. Jacykolwiek goście musieliby skorzystać z tunelu otwartego przez gospodarzy, co zdecydowanie ograniczało sposobność jakiejkolwiek niezapowiedzianej inwazji i w przyszłości będzie doprowadzało listonoszy do pasji.
Wpisywało się to również w inny, dużo poważniejszy problem. Przekształcanie terenu, portacje, a przede wszystkim powstrzymywanie potęgi oceanu wymagało adekwatnie olbrzymich ilości energii. Póki co, zaradni magowie jakoś sobie z tym radzili, ale wszystkie ich rozwiązania były doraźne i tymczasowe. Kamienie żywiołów i pradawne zwoje, których używali jako źródeł mocy dla swoich zaklęć rozwiązywały ten problem, ale tylko na krótką metę. Na dodatek coraz trudniej było owe fanty znaleźć. Musieli wymyślić coś innego,

3




trwałego. I musieli to zrobić szybko.
Tygodnie mijały, a rozwiązanie nie przychodziło. Łowcy, czyli wszechstronni czarodzieje do zadań specjalnych - a w wypadku Atlantydy tacy, którzy byli wysyłani na zewnątrz - coraz częściej wracali z pustymi rękoma. Na miasto padło widmo energetycznego kryzysu, a w dalszej perspektywie - kompletnej destrukcji.
I wtedy sytuacja popsuła się jeszcze bardziej. Jeden z Łowców, ba, jeden z założycieli zniknął. Zupełnie się zapodział.
I nikt nie wiedział gdzie był.

      - Jak to nie wiemy gdzie jest? - warknął krasnolud, wyrastający sponad swojej gęstej, śnieżnobiałej brody. Pod nią krył się elegancki garnitur, skrojony w sam raz pod jego sferyczną sylwetkę.
Energicznym ruchem wstał od stołu i wyładowując nerwy przeszedł się po zastawionej meblami, niedoświetlonej izbie.
Pozostali nie zareagowali. Narada trwała.
- Bracie – zwrócił się w końcu do pierwszego, drugi krasnolud. Był niemal identyczny, ale chudszy i z krótszą, praktyczniej przystrzyżoną brodą. Głos miał niepocieszony - może być wszędzie. Może nawet nie żyć. Lub wręcz nie istnieć. Prawdopodobieństwo wskazywałoby

4




właśnie na coś takiego. Przy rozstrojeniu portacji bardzo rzadko się zdarza, że podróżnik zostaje... no… w całości. A nawet gdyby, to mogło go wysłać do jakiegoś wulkanu, czy nawet jądra świata!
- Tigo – odezwał się do chudszego z krasnali, smukły, wysoki elf, ubrany w luźną, staromodną szatę - jesteś pewny, że teleport się rozstroił, tak?
- Nie mam wątpliwości. - Tigo rozłożył bezradnie ręce - Z resztą i tak oddałem później formuły portacyjne do zbadania. Wykazały całkowitą losowość!
- W takim wypadku… - elf pokręcił opuszczoną głową, westchnął i skierował wzrok na orbitującego dookoła, grubszego z krasnoludzkich braci - Lync, żałuję, ale nie możemy nic zrobić.
- Do licha! - Ciężka dłoń Lynca grzmotnęła o blat stołu. – Nie mówicie chyba, że chcecie go tak zostawić!
- Obawiam się, że Tant ma rację - odezwał się niski, zakapturzony starzec. Ze wzrostu mógłby być niziołkiem lub gnomem, ale pochodził z dużo ciekawszej, niemal całkowicie wymarłej rasy człekopodobnych zółwiów. Z dziobowatej, suchej twarzy zwisała mu wąska strużka szarej brody, zawiązanej u dołu koralikami. - Panie Lync

5




- kontynuował, a budowa pyska sprawiała, że mlaskał co kilka słów - nikt z nas nie chce porzucić Mikego, ale realnie nie mamy w tej chwili możliwości żeby cokolwiek z tym zrobić. Poza tym, mamy inne problemy do rozwiązania. Mike to jedno, ale jesteśmy odpowiedzialni za naszych mieszkańców. Musimy szybko znaleźć kolejne źródło energii do zabezpieczenia się przed wodą, Okruch Ognia, który dostarczył pana wielmożny brat Tigo już prawie się wyczerpał.
- Wielmożny - powtórzył chełpliwie Tigo i zerknął na Lynca, aby upewnić się, że jego świeżo nabyta „wielmożność” nie umknęła uwadze brata. Spodobało mu się to określenie – tak - uznał, że zdecydowanie do niego pasuje.
Żółw kontynuował
-Do tego musimy przecież wydrążyć trzecią strefę i osadzić tam pozostałych ocalałych. Nie przebadaliśmy nawet setnej części ruin, ale już teraz wiadomo, że kryją w sobie dużo więcej niebezpieczeństw niż się spodziewaliśmy. Zabezpieczenie nowych przestrzeni...
- Dobra, zrozumiałem - przerwał mu Lync. Zwrócił twarz ku sufitowi i wyszeptał, bardziej do siebie niż do towarzystwa - Bogowie, jeśli mnie słyszycie,

6




sprowadźcie tego chłopaka z powrotem.
Tant pokręcił smutno głową
- Gdziekolwiek nie trafił – rzekł - nie spodziewałbym się, że nasi Bogowie sięgają tam swoją mocą.
- Tak sobie myślę.... – do rozmowy wtrąciła się młoda kobieta. Na pierwszy rzut oka mogłaby być po prostu urodziwą ludką, jednak jej miedziane włosy dziwnie błyszczały w półmroku. Podobnie jej pełne, bursztynowe usta i tak samo wielkie, tak samo pokolorowane oczy. Teresa rzadko zabierała głos, nie lada więc zdziwiła tym wszystkich. - Czemu w naszych problemach z energią nie sięgniemy po nową magię?
Zapadła cisza. Była podobna do tej, która panuje kiedy nauczyciel zada pytanie niby proste, ale za proste, aby nie miało w sobie haczyka. Zwykle haczykiem było to, że odpowiedź zrodziłaby kolejne, dużo bardziej niewygodne pytania.
Wszyscy zastanawiali się czy Teresa mówi o pochodnych magii elementarnej czy o tym, o czym wszyscy jak jeden mąż pomyśleli. Oszukiwali się, że wcale nie chodzi o to drugie i dali jej chwilę na doprecyzowanie - albo może raczej sobie na łudzenie się.
- Na wszystkie Goplany, dobrze wiecie o czym mówię!
Tigo jako jedyny sprawiał

7




wrażenie rozluźnionego. Spojrzał na swojego brata - krótko, ale Lync zdążył dostrzec w jego spojrzeniu malutki błysk tryumfu.
Lync przewrócił oczami i zabrał głos
- Tereso, technomagia to igranie z prawami natury, zabawianie się w bogów.
- A pozostałe magie wcale nie... - mruknął pod nosem Tigo.
- Ale nawet, czysto hipotetycznie – kontynuował Lync, celowo niedosłysząc uwagi brata - gdybyśmy dopuścili taką możliwość, to skąd niby mielibyśmy wziąć specjalistów w tej dziedzinie? Nie sądzę aby ktokolwiek z nas miał wielu przyjaciół związanych z technomagią. Ktokolwiek? - rozejrzał się dookoła - Nikt?
- Pani – odezwał się Tigo - racz wybaczyć mojemu bratu, to zwykły burak, który chciałby żeby wszystko było jak dawniej i po prostu nie może zrozumieć, że tak nie będzie.
Lync zacisnął zęby. Sięgnął po schowaną pod garniturem różdżkę, ale nie wyciągnął jej jeszcze. Przemówił w jakimś twardym jak kamień dialekcie. Prawie nikt z obecnych nie znał niskogórskiego zanzu, ale również nikt nie musiał aby zrozumieć, że krasnal paskudnie zelżył brata.
Tigo odwarknął coś w odpowiedzi i wyciągnął spod

8




marynarki jeden ze swoich granatów - powodując przy stole niemałe obruszenie. Nikt nie będzie obrażał jego ukochanej mamusi, a już na pewno ten łajdak.
- Panowie, panowie – łagodził sytuację Tant – jesteśmy przecież po tej samej stronie. Waśnie - mimo zapewnienia nam rozrywki - w żaden sposób nie przybliżają nas do rozwiązań. Przywołuję was do porządku. A Panią Teresę proszę o kontynuowanie.
Krasnoludy obrzuciły się jeszcze kilkoma niezrozumiałymi słowami, odwróciły się od siebie, teatralnie odburknęły, zagrymasiły, ale uspokoiły się.
- Dziękuję Tant. - Teresa ukłoniła się. - Szczerze mówiąc, jeśli chodzi o specjalistów, czy to w dziedzinie technomagii czy nawet techniki, myślę, że nie będziemy mieć z tym problemu. Na kontynencie Honaru przebudzają się kolejne smoki, w ciągu samego ostatniego roku aż cztery. Dla tych co nie wiedzą: to więcej niż w przeciągu ostatnich ośmiuset lat. Mówi się, że cały Honar stanie w ogniu…
- Sytuacja na Annium wcale nie jest lepsza - wtrącił się ktoś piskliwy do rozmowy. Głos dobiegał tuż znad stołu, ktoś na nim stał, ktoś kto miał nie więcej niż piętnaście

9




centymetrów wzrostu. Ktoś był diablikiem i kontynuował - Cesarstwo Jagsów podbija kolejne królestwa, a te które już podbiło przyciska do ziemi jeszcze mocniej. Plus, tam również przebudzają się kolejne smoki, a i krążą plotki o jakimś liszu! Sytuacja na obu kontynentach robi się dramatyczna. Przeniesienie na Atlantydę byłoby dla wielu wybawieniem!
- Jest tak jak mistrz Bel’bub mówi - przytaknęła Teresa. - Osobiście zaczęłabym od Terii i wcale nie przez sentyment. Jest tam wielu specjalistów którzy są publicznymi przeciwnikami zaboru i którzy żyją w ciągłym strachu przed cesarzem. Na pewno będą skłonni nam pomóc.
- Dokładnie - zgodził się pod nosem żółw, nie do końca zadowolonym tonem.
- Ale? - wychwycił to Tant i zachęcił go do kontynuowania.
- Ale Atlantyda byłaby wybawieniem dla wszystkich z nich, nie tylko Terrańczyków. Czy są czarodziejami, technikami, technomagami czy zwykłymi drwalami i sklepikarzami.
- Mistrzu – drążył elf - uważasz, że to niesprawiedliwe, dobrze rozumiem?
- Chłopcze, jako magowie musimy wszystkich traktować tak samo. A teraz, kiedy Atlantis się rozpadł ich los jest tylko w naszych

10




rękach. Nie ma już Rady, a i magów, zwłaszcza takich, którzy wyznają jakiekolwiek zasady robi się coraz mniej. Coraz więcej za to daje się skusić i przepada w czarnej magii lub po prostu skupia na własnych, egoistycznych celach. Nikt nie pomoże tym ludziom. Nawet Kreator zniknął.
- Mistrzu – odezwała się nie-ludka - znakomicie rozumiem twoje rozumowanie, ale nie możemy pomóc wszystkim. Ściągając tu tych, którzy mogą nam się przydać możemy pomóc przynajmniej im.
Tigo spuścił wzrok. Teresa miała rzecz jasna rację, ale nie zrozumiała o co chodziło staremu żółwiowi. On zrozumiał. To nie my, potężni czarodzieje, ostatni z Atlantisu powinniśmy polegać na tych zwykłych ludziach. To oni powinni polegać na nas, magach. Wszyscy tak samo. To naszym zadaniem było ich chronić, dbać o równowagę. A teraz... Teraz chowamy się tylko po jaskiniach i wybieramy komu pomóc -jak byśmy wybierali towar z półki sklepu!
- Teresa ma rację - niespodziewanie odezwał się Lync. Tigo spojrzał na niego podejrzliwie i poczekał w jakim kierunku jego brat to poprowadzi. - Przynajmniej dopóki nie wymyślimy nic lepszego. Ale teraz i tak nie ma lepszych

11




rozwiązań. To, że nie możemy pomóc wszystkim, nie znaczy, że nie powinniśmy próbować. Na razie pomóżmy chociaż niektórym. Potem zabierzemy się za kolejnych.
Tigo słysząc to mimowolnie się uśmiechnął. Jego brat chyba to dostrzegł, bo - ku zaskoczeniu Tiga - odpowiedział tym samym.

     ***

      „W zwyczajnych przypadkach to ludzie wybierają się do lasu, aby narąbać drewna, a potem czy to ogrzać izbę czy postawić płot. Ale nie w Królestwie Terii.
Tu od stuleci panuje Pradawna Puszcza, a z Pradawną Puszczą sprawa ma się zupełnie inaczej.
Tutaj to las wybiera się do nazbyt wysuniętych chałup, aby nazbierać sobie czy to trochę dzieci czy to zwędzić bydło tudzież jakieś błyszczące klejnoty, do których w niektórych województwach znajduje największe upodobanie.
Terrańczycy zdążyli się już nauczyć, że Puszcza nie jest czymś co mogą sobie podporządkować, a próba wycinki jest najgłupszym pomysłem z możliwych. Owszem, czasem w rzeczy samej coś zostaje odcięte, ale zwykle nie bywają to drzewa. Poza tym - obficie tryskają krwią.
Jeśli Puszcza by chciała to sama udostępniłaby osadnikom trochę przestrzeni i surowców. I

12




ku mojemu wielkiemu zdziwieniu - rzeczywiście, robiła to.
Wieki starć, prób i przyzwyczajania się doprowadziły do niejakiej koegzystencji, spowodowały, że dzisiaj Terrańczycy żyją w swego rodzaju symbiozie z owym dziwacznym lasem. Obie strony znają swoje prawa, ale i obowiązki. Nawet sam król Jargło oddaje Puszczy największy szacunek. Ciekawi mnie ile jest prawdy w tym, że zabawia się z leśnymi rusałkami… Krasnoludzki monarcha i pradawne, magiczne istoty, to ci dopiero by było!
Teria ma swoje wady, ale prawdziwie - magiczna to kraina. W jakiś sposób zatrzymana w czasie.
No właśnie… A świat idzie przecież do przodu. Ciężko mi uwierzyć, że Królestwo Jargła będzie w stanie dalej trwać w takiej postaci. Szkoda…”

     W 100 dni po obu kontynentach, pamiętnik z podróży.
Aatos z Marmurowej Doliny

     ***

      Na takiej właśnie niedużej przestrzeni - życzliwie ofiarowanej przez Puszcze - leżała Wola. Jedna z wielu Wól, bo w samym województwie mieścin o takiej nazwie można by znaleźć dziesiątki.
Ta jednak Wola miała w sobie coś niezwykłego - nie powiedział o niej nikt nigdy.
Zwykła, malutka wiocha, zbudowana z kilkunastu chałup,

13




poprzecinanych podwórkami, po których biegała dziatwa i hodowlane zwierzęta. Nie budziła zainteresowania właściwie nikogo. Jakakolwiek, typowa dla zawiązywania przygód karczma znajdowała się kilometry stąd toteż nawet najbardziej awanturujący się pijacy i najpijańsi awanturnicy nie docierali do Woli. A jeśli już ktoś by tu zbłądził, to nie dość, że nie znalazłby powodu aby zostać na dłużej – to nie znalazłby również nic co byłoby warte zrabowania.
Wiedziano tutaj, że Teria znalazła się pod zaborem, ale poza zwiększeniem podatków, po które i tak nikt się nie zjawiał, biedna i nieciekawa Wola nie odczuła owego zajścia, a i Cesarstwo miało ciekawsze rzeczy zajmujące jego uwagę.
Nic więc dziwnego, że mieszkańców ogarnęło przerażenie gdy z lasu wyłonił się jeździec na golemicznym, zasilanym parą, rumaku, tak typowym dla cesarskich wyższych oficerów. Co gorsza, prowadził kolumnę żołnierzy.
Wieśniacy obserwowali ze zgrozą jak orszak nadjeżdża do miasta...
A potem spokojnie przejeżdża dalej.
Wszyscy odetchnęli z ulgą, nie zastanawiając się czy bardziej bali się o swoje życie, dzieci, dobytek czy ewentualną

14




konieczność zapłaty wszystkich zaległych podatków.
Po raz kolejny nieistotność Woli okazała się być dla niej zbawienna. Wieśniacy mogli sobie żyć dalej, po swojemu, odcięci od reszty świata, schowani za murem Pradawnej Puszczy.
Przynajmniej na razie.

     ***

      - Braciszku, pomóc ci się pakować?
Lync nawet nie zauważył kiedy brat wszedł do jego izby. Prawdziwie, Tigo skradał się tak samo dobrze jak kiedyś. Starszy z braci postanowił zignorować pytanie i kontynuował pakowanie ogromnego kufra.
Tigo zaś - jak zwykle - kontynuował gadanie
- Nie ładnie tak wymykać się po kryjomu. Ktoś mógłby pomyśleć, że dajesz nogę.
Tigo czekał przez chwilę na jakąkolwiek odpowiedź, rozglądając się przy okazji po jaskiniowej komnacie. Była ciemna, ale akurat ta rasa krasnoludów dobrze widziała w takich warunkach.
Nie doczekał się odpowiedzi, ciągnął więc dalej
- Robić sobie wakacje w takim momencie - nie ładnie. Chociaż, z drugiej strony, ciężko spodziewać się po Tobie więcej. - Podszedł do zbitego z desek regału.
Stała na nim tylko jedna księga, ale taka którą każdy tradycyjny czarodziej w dawnych czasach posiadał. Księga

15




Magii, będąca swojego rodzaju klaserem na wszystkie zebrane i wyuczone zaklęcia. Przed setkami lat zdarzało się wcale często aby mag musiał rozbijać swoją księgę na kilka tomów, teraz jednak ciężko było znaleźć kogokolwiek kto w ogóle praktykowałby tą dawną tradycję. Magowie stali się nieufni, nawet wobec siebie nawzajem i zazdrośnie bronili swoich sekretów. Do tego większość była próżna, a ich potęga mniejsza niż kiedyś. Księgi Magii nie były już pomnikami ich mocy, a raczej nagrobkami ograniczeń - przestali je więc prowadzić.
- Nie dotykaj tego - mruknął Lync, nie odrywając wzroku od kufra.
W jego głosie nie było spodziewanej złości, nie było nawet groźby za ewentualne ruszenie Księgi. Było tam coś innego, coś związanego z jego wyjazdem, coś czego Tigo w żadnym wypadku nie spodziewał się tam spotkać - zimna powaga.
Również spoważniał i spytał
- Tant wie o tym?
- Tylko on. No i teraz Ty. - Lync odwrócił się do niego. Zwykle krzaczastą brodę miał teraz rozplecioną na dwie i wciśniętą za pas pod marynarką, tak żeby mu nie przeszkadzała.
Tigo poczuł na karku chłód.
- Powiesz mi o co chodzi?
-

16




Niestety, nie mogę. Żałuję.
I żałował, szczerze. Żałował nie tylko tego, że nie może mu powiedzieć, ale również tego, że nie może go ze sobą zabrać. Tigo, gadatliwy i denerwujący byłby dla niego wsparciem, takim które miałby ochotę zabić, ale to zawsze wsparcie. Poza tym, cała trójka braci w końcu spotkałaby się w jednym miejscu. Po tak długim czasie.
Nie mógł jednak go zabrać ani nawet nic powiedzieć. Taki był nakaz ostatniego z braci, najstarszego. Lync nie sądził żeby było to spowodowane nieufnością wobec Tiga, na pewno nie. Spodziewał się raczej, że nad najstarszym wisi jakieś niebezpieczeństwo i że jest na tyle poważne iż Tigo nie zmieniłby wiele swoją obecnością. A w ten sposób - w razie gdyby coś poszło nie tak - zostanie przynajmniej jeden z ich trójki.
Najstarszy miał Lyncowi do przekazania jakieś informacje, a środki ostrożności jakie przedsięwziął i to że polecił, aby krasnal przybył osobiście i do tego samotnie sugerowały, że sprawa musi być wielce poważna. Lync nie miał pojęcia o co może chodzić. Ufał obu braciom bezgranicznie, ale miał złe przeczucia.
Zbliżył się do młodszego

17




brata i sapnął, jakby z trudem. Położył mu rękę na karku.
- Gnojek z ciebie, straszny, ale w razie czego wiedz, że nie znałem zacniejszego krasnoluda.
Wyznanie zaskoczyło Tiga tak bardzo, że na moment skamieniał.
- Ale jeśli wrócę – zastrzegł groźnie Lync – zapominamy o tym co teraz powiedziałem! Jasne?
Tigo przytaknął, a po chwili uścisk.
- Jasne! Wiedz bracie, że ja również myślę o tobie podobnie… Gnojek z ciebie. Do tego tępak i siusiak!
Roześmiali się oboje, na chwilę. A potem nastała złowróżbna cisza.

     ***

      Był ledwie przytomny. Twarz miał spuchniętą, a przez zlepione oczy prawie nic nie widział.
Bezmyślnie słaniał się po drewnianych schodach. Nie dobudził się jeszcze po krótkim, kilkugodzinnym śnie, ale nie musiał. Ostatnie tygodnie zdążyły już wypalić w nim poranne nawyki. Codziennie o tej samej porze wstawał, ubierał się i schodził tą samą drogą, schodami oplatającymi gigantyczne czarne drzewo. Na początku było trudno, ale z czasem się przyzwyczaił. Teraz robił to już mechanicznie, zupełnie bez myślenia. Miało to swoje zalety, bo nie myślał o bólu i zmęczeniu, które jeszcze jakiś czas

18




temu tak bardzo uprzykrzyłyby mu poranek.
Zimne powietrze rozbiło się o jego opuchnięte poliki, a Mike rozpłynął się w chłodnej błogości.
Ileż to radości może sprawić zwykły wiatr – pomyślał - nawet w tym dziwacznym świecie...
Dwie świecące sfery powoli wychodziły zza rozmazanego horyzontu. Gdzieś tam, za różową mgłą, znajdowały się góry i aż po nie okolica była zalana czerwonym oceanem - utkanym z koron lasu. To właśnie ponad tym dziwacznym lasem piętrzyły się trzy gigantyczne, kirowe drzewa, nieporównywalne olbrzymy sięgające nieba. Miały w sobie coś z bogów górujących nad wyznającą ich – z ich perspektywy mikroskopijną - sękatą wiarą.
Były na nich wydrążone całe place, wisiały tarasy i wielkie, szkliste, pomarańczowe kule będące budynkami. Wszystko to stanowiło dziwaczną wioskę zamieszkałą przez jeszcze dziwaczniejszą, wężopodobną rasę, zwaną niiderae.
Owe węże od rana do zmierzchu poświęcały się doskonaleniu i zmierzaniu do perfekcji w... właściwie wszystkim. Nawet najzwyklejsze wydawałoby się czynności wynosiły na poziom mistrzostwa i sztuki.
Już teraz - kiedy Mike ledwie zdążył

19




wstać - na jednym z balkonów jeden niiderae z najwyższą czcią, zauważalną w ruchach perfekcją i gracją przygotowywał herbatę, przekazywując tajniki kunsztu swojemu uczniowi. Kawałek dalej, w wiszącym ogrodzie, dwa kolejne węże oporządzały jakieś nieznane Mikemu rośliny, a na placyku kilka pięter niżej trwał poranny trening wojowników używających przedziwnych, wykrzywionych kijów.
Niewiarygodna dyscyplina – pomyślał chłopak - ciągłe zmierzanie do doskonałości. I jeszcze ten spokój... Cóż za niesamowite istoty.
Nikt z nim nie rozmawiał, nikt poza Gahakim – który pełnił rolę podobną do przywódcy wioski i poza bezimiennym, zakapturzonym starcem - który tak jak Mike okazał się być zagubionym podróżnikiem, człowiekiem pochodzącym z tego samego świata co on.
Bezimienny nie chciał zdradzić jak długo przebywał w tym wymiarze, nie ulegało jednak wątpliwości, że wystarczająco długo aby wtopiły się w niego wszelkie tutejsze zwyczaje. Mike nie miał wątpliwości, że starzec pochodził teraz bardziej z tego świata niż z naszego.
To właśnie on czuwał nad treningiem, na którym Mike spędzał całe dnie, od poranka do

20




zachodu. Na szczęście czas w tym miejscu płynął w jakiś inny, niezrozumiały sposób, a dni – mimo wahającej się długości – były krótsze.
Reszta mieszkańców - same węże - traktowały chłopaka z zimną obojętnością. Zachowywały pozory uprzejmości, ale Mike dobrze wiedział, że była to jedynie maska. W ich oczach był kimś na rodzaj bardzo nieproszonego gościa albo po prostu żałosnego, zabłąkanego psa.
Ścieżka, którą schodził zaprowadziła go do wilgotnych, porośniętych korzeniami jaskiń.
Bezimiennego jeszcze nie było, zajął więc swoje miejsce tuż przed niedużą, na pierwszy rzut oka najzwyklejszą skrzynią - obiektem jego ćwiczeń i jedyną szansą na powrót do domu.
Rozgrzał się, wczuł w otaczające go aury i przystąpił do kolejnych prób przełamania się przez pieczęci pudła.
Nie było efektu. Jak zwykle, jak każdego dnia dotychczas...
Co gorsza, dobrze wiedział, że efektu nie będzie. Martwił się jedynie co z nim zrobią wężoludzie kiedy w końcu zrozumieją, że jest dla nich bezużyteczny.

     ***

      - Tigo, naprawdę spodziewałeś się, że ci powiem? - ze znużeniem odparł Tant. Westchnął ciężko i

21




podniósł wzrok znad masywnego biurka, na którym wypisywał jakiś list.
Nie, Tigo nie spodziewał się, że elf opowie mu o szczegółach wyprawy jego brata, musiał jednak spróbować. Tym razem chodziło o coś wyjątkowego, bo pomimo wzajemnej niechęci z bratem, nie miewali przed sobą sekretów.
Coś musiało się dziać, tylko dlaczego Lync chciał go trzymać tak bardzo poza tym? Tylko Tant mógł znać odpowiedź.
- Na moją kochaną mamusię, to mój brat! – wzburzył się krasnolud. - Muszę wiedzieć co się dzieje. To musi być coś poważnego, a on jest zbyt dumny i uparty żeby prosić mnie o pomoc!
- Całe szczęście, że tylko on z waszej dwójki taki jest... - mruknął pod nosem Tant.
Tigo rzucił coś w niskogórskim zanzu, ale nie przeklinał Tanta. Przeklinał wszechświat.
Ten krasnolud miał w sobie coś co sprawiało, że gdyby stanął sam, bezbronny, na tratwie przed olbrzymią falą tsunami podczas szalejącego sztormu to nie przestraszyłby się, a raczej zwyzywał Bogów i wykrzykiwał czy to wszystko na co ich stać. Miał w sobie coś co sprawiało, że ewentualni obserwatorzy owego widowiska zaczęliby się zastanawiać czy rzeczywiście

22




jakimś cudem sobie nie poradzi. Miał w sobie coś, co sprawiało, że mógłby.
Elf pokręcił bezsilnie głową. Wiedział, że nawet jeśli mu nie powie - Tigo i tak nie odpuści, a co gorsza wiedział też, że mu tego nie zapomni. Postanowił podzielić się swoją wiedzą - w końcu i tak nie było jej wiele.
- Lync został wezwany przez ostatniego z waszych braci. Po co, nie wiem. Gdzie, również nie wiem. Wiem tylko, że nalegał, aby Lync zjawił się sam i nie mówił o tym absolutnie nikomu. Mi powiedział tylko dlatego, że musiał z kimś ustalić otwarcia portali. To wszystko co wiem.
To naprawdę wydawało się nie być wiele, ale wyraz twarzy Tigo zmienił się. Stężała, a to było coś co nie pojawiało się często w tak gorącokrwistych rasach krasnoludów.
Rzeczywiście musieli mieć wspólnych przodków z bardziej analitycznymi rasami - ocenił elf. Tak cmentarny chłód na twarzy kogoś takiego jak Tigo robił piorunujące wrażenie. Tant zrozumiał, że nie docenił wagi informacji, które przekazał.
- Co zamierzasz? - zapytał.
- Nie wiem. Musze to przemyśleć - odparł krasnal. Ton miał beznamiętny, ale na ten nieprzyjemny, nieustępliwy,

23




surowy sposób.
- Rozumiem. Mogę cię o coś spytać - chyba, że to nieodpowiedni moment?
- Nie, śmiało, pytaj. - Tigo wydawał się ożywić trochę, ale jego oczy pozostawały zmienione.
Tant znał to spojrzenie, skoncentrowane jak wnętrze gwiazdy, puste i zimne jak nieskończoność kosmosu. Pozostanie takie dopóki krasnolud nie rozwiąże tego co zagnieździło mu się w głowie. Niedobrze...
- Miałem sen. - Elf zrobił pauzę. To był moment, w którym Tigo zwykle rzuciłby jakąś uwagę pokroju „Wszyscy je mamy” albo „To co wyprawiasz z innymi delikatnymi elfikami w marzeniach to twoja sprawa”, jednak krasnolud milczał. - Widziałem Mikego. - Nadal nic, żadnej reakcji. Tigo przepadł, przepadł w swoim celu, a teraz zapewne coś planował. - Może to zwykły sen, a może wizja, ale wydaje mi się, że on żyje.
- Może - rzucił krótko krasnal.
Elf wpatrywał się w niego badawczo. Jeśli był jakikolwiek sposób aby go zatrzymać, był nim Mike.
- Co o tym myślisz?
- Tant, kocham tego chłopaka, ale powiem ci to co i tak sam wiesz. Nie możemy nic zrobić. Żyje, nie żyje, Mike jest zdany na siebie.
Ten chłód, ten przerażająco zimny,

24




pozbawiony emocji krasnoludzki rozsądek...
- Wiem wiem... - Elf pozwolił aby po twarzy przeskoczył mu skrupulatnie wykalkulowany grymas zawodu. Rozsiadł się wygodniej i kontynuował, pozornie bez większej uwagi - Po prostu chciałem wiedzieć co o tym myślisz. Jak to możliwe?
- Co takiego?
- Ten chłopak nie ma żadnego magicznego talentu, wręcz przeciwnie, jest antytalentem, do tego podjął naukę tak późno.
- I nie jest specjalnie bystry - zauważył Tigo, szczerze i bez przekąsu. - Ale trzeba przyznać, daje z siebie więcej niż ktokolwiek inny.
Tant uśmiechnął się blado.
- Wiesz o co mi chodzi.
- Wiem... - - Krasnal sięgnął dłonią do wnętrza marynarki. – Jakim cudem ktokolwiek miałby przeżyć losową portację… Ale prawda jest taka, że ten chłopak, mimo swojego… antytalentu ciągle zaskakuje. To, że tu jesteśmy jest tego najlepszym przykładem, szczerze wątpię czy Atlantyda powstałaby gdyby nie on. Jeśli mówisz, że masz wizje o tym, że jakoś przeżył… - uśmiechnął się lekko, nie przestając grzebać w wewnętrznej kieszeni - nie zdziwiło by mnie to.
Jego uśmiech był szczery, ale nadal zimny. Elf westchnął
-

25




Przeznaczenie szczędzi chłopakowi talentu, a potem rzuca w takie sytuacje. Później z nich wyciąga, ciężko powiedzieć o co chodzi... Może Fortuna zaspokaja w ten sposób swoją ciekawość, a może cechuje ją okrutne poczucie humor. Jak myślisz?
Tigo znalazł w końcu cygaro i spojrzał na Tanta w poszukiwaniu przyzwolenia – to była izba elfa. Gospodarz skinął głową, a krasnal zapalił.
- Tant – zaczął krasnolud i zaciągnął się dymem - nie mam pojęcia czy to kwestia przeznaczenia. Jeśli istnieją jacyś bogowie odpowiedzialni za to, my pewnie pozostaniemy bez wpływu na nie. Nie lubię o tym myśleć.
- A ja myślę... - elf wbił w niego swój wzrok.
- No... - Tigo niecierpliwił się przedłużającą się rozmową.
- Że może jest w tym chłopaku coś czego nie rozumiemy?
Krasnolud parsknął
- To znaczy? - spytał z rozbawieniem.
Tant wzruszył ramionami.
- Coś poza siłą, inteligencją, talentem, mocą… Rzeczami, które pojmujemy.
- Szczęście?
Elf zdał sobie sprawę, że nie będzie w stanie nic ugrać – zwykle obecne emocje krasnoluda były w tym momencie zupełnie gdzie indziej. Wypuścił z zawodem powietrze i postanowił

26




odpuścić. Dodał jeszcze
- Nie, tego akurat też mu zawsze brakowało.

     ***
Mike z hukiem wylądował na plecach. Energia wyzwolona podczas kolejnej nieudanej próby odrzuciła go aż pod samą ścianę.
Chłopak nie miał talentu do magii, wręcz przeciwnie. Nawet ludzie – typowo niemagiczny gatunek – mają predyspozycję do rozwijania się chociażby w jednym z czterech budujących nasz świat żywiołów, on nie miał nawet tego, a jego możliwości można było porównać do pierwotnego diablika, próbującego szczęścia w zawodowej koszykówce.
Mimo to, tytanicznym wysiłkiem i z uporem – jak niegdyś Tant stwierdził odpowiednim jedynie dla głupców - pracował nad władaniem magią. Może nie miał wielkiej mocy, ale panowanie nad tym co miał szlifował do granic możliwości. Dzięki temu jakoś był w stanie opanować kilka prostych zaklęć, w większości nieopartych na żadnym z żywiołów. Dostał się na poziom odpowiedni dla małego, średnio-utalentowanego dziecka.
Ale problem przed, którym stał teraz był poważniejszy niż zwykły brak talentu i mocy. Pieczęci na skrzyni były utkane w czarnej magii, magii wynaturzonej, magii złej, elemencie

27




pochodzącym z obcego, niedostępnego i przerażającego wymiaru.
Manipulowanie czterema podstawowymi elementami naszego i fortunnie również tego świata można by – w dużym uproszczeniu – nazwać Białą Magią. Zdarzało się jednak, że do naszego świata wyciekały elementy z innych światów. Najczęściej jednego, pragnącego pochłonąć wszystko to co jest w naszym. Ten element wypaczał nasze naturalne elementy i to właśnie zjawiska z tym związane nazywano Czarną Magią.
Serią niefortunnych zbiegów okoliczności, taki element – czerń - w przeszłości zadomowił się w Mikem, chociaż chłopak absolutnie nie był w stanie go używać.
Kolejnym zbiegiem okoliczności nie tylko skrzynia, ale cały wymiar do którego Mike trafił był uwięziony w barierze utkanej właśnie z takiego - czarnego elementu. Niiderae zaś dostrzegły w młodym czarodzieju swoją szansę na przełamanie zaklęć i uwolnienie się, potrzebowały bowiem źródła owej czerni, która nie występowała tu naturalnie. Ale przede wszystkim potrzebowały kogoś kto będzie potrafił nią władać.
Jego trening, a może raczej próba, której poddały go węże polegała na wyzwoleniu

28




czarnej magii, która była w nim i wtłoczeniu jej w standardowe zaklęcia przełamujące, kolokwialnie nazywane wytrychami. Bariera otaczająca jego skrzynie – i cały ów plan – reagowała bowiem tylko na zaklęcia zawierające właśnie taki - czarny element.
Mike podniósł się dysząc ciężko i pokręcił z bezsilnością głową.
Gdyby jakimś cudem udało mu się z zaklętą skrzynią, następnie musiałby ściągnąć pieczęci otaczające cały ów wymiar...
Prawdziwie, było to niewykonalne, już sama pierwsza część. Ale nie miał wyjścia, musiał próbować.
- Jak samopoczucie? – w jego głowie rozbrzmiał głos bezimiennego. Zarówno jego nauczyciel jak i wszyscy niiderae porozumiewali się wyłącznie za pomocą telepatii.
Mike nie zareagował, pozostał skupiony całkowicie na skrzyni. Na jej pieczęciach i aurach, które ją otaczały…
Wilgotne skały - lodowate. Głośne jak wybuch kapnięcie wody. Tysiącletnie korzenie gigantycznych drzew - wydawały się skrzypieć i wykręcać, poczuł jak wyrastają na przestrzeni wieków... Na końcu kurtyna mroku wokół pudła. Unosiła się niczym nieważka smoła.
Wszystko to wpływało na siebie

29




nawzajem, wszystko to musiał brać pod uwagę, nawet jeśli chciał się skupić tylko na jednym.
Oddychał ciężko, pocił się.
- Znakomicie - odpowiedział w końcu starcowi, całkiem bez przekonania.
Starzec, albo raczej szata która gdzieś go w sobie zawierała westchnęła, zawirowała i osadziła się w masywnym, wydrążonym w skale siedzisku. Nie odzywała się dalej.
Mówiło się, że czarna magia z czasem opanowuje nosiciela. Prędzej czy później pożera każdego użytkownika, nawet najpotężniejszego, a takowego może i łatwiej.
W rzeczywistości czerń za użyczenie siebie zawsze brała coś w zamian, porcję naturalnej mocy, żywiołów tkwiących w czarodzieju. Nic więc dziwnego, że to najpotężniejsi magowie wiązali się z nią. Albo lepiej może rzec, że przez swój wieczny głód to czerń wiązała się z nimi.
Mike nie miał wielkiej mocy, niewiele przewyższał zwyczajnego nie-czarodzieja. Czarna magia nie miała u niego co pochłaniać, nic więc dziwnego, że nie chciała z nim współpracować.
Nie ma szans... - pomyślał z bezradnością i rozproszył swoje skupienie. - Nie dam rady.
- Oczywiście, że nie - odezwał się

30




starzec.
Mike wiedział, że nie, ale pewność, którą wyraził starzec była dla niego jak bolesny policzek.
- Skoro jesteś taki pewny, to po co to robię? I po co tu ze mną siedzisz?
- Dobrze wiesz po co tu siedzisz. – Głos w głowie chłopaka był rozbawiony.
Tak... - pomyślał Mike sam do siebie. - Przecież nie mam wyjścia. To pudełko i to że im pomogę to jedyny powód, dla którego trzymają mnie przy życiu.
- Chłopcze... Zadziwiasz mnie tym jak bardzo potrafisz być w błędzie.
- To znaczy?
- Oni wiedzą, że ci się nie uda, nie spodziewają się, że będzie inaczej.
Mike poczuł jakby trafił go grom.
- Jak to?
- Chłopcze – szata rozsiadła się wygodniej - nie masz szans tego zrobić, bo cały czas widzisz siebie jako tego, który nie ma szans. Przecież wszyscy tu czytają sobie w myślach, zapomniałeś?
- Ja... Nie... Ale... Skoro wiedzą, że im nie pomogę to czemu jeszcze mnie nie zabili? Czemu o mnie dbają? Przecież mam w sobie cząstkę czerni, która ich tu zamknęła. Wśród nich chodzi zło, które ich tu uwięziło. Muszą czuć tą aurę, muszą odczuwać obecność tego, presję, cały czas. Nie wyobrażam sobie nawet...
-

31




Chłopcze, tacy już są - odparł starzec ze znużeniem, poszukując lepszej pozycji do siedzenia. - Nie musisz wszystkiego rozumieć. A tym bardziej drugiej osoby. - Zaśmiał się.
Mike poczuł nowy wymiar bezsilności. Co dzień próbował poradzić sobie ze skrzynią, bo w innym wypadku straciłby życie, a teraz... Okazuje się, że węże pomagały mu właściwie bezinteresownie, ba, pomagały komuś od kogo promieniuje aura ich najgorszego oprawcy, a on nie jest w stanie nic dla nich zrobić.
Poczuł się jak najgorszy, bezwartościowy śmieć.
- Czyli, że jak? - spytał ironicznie. - Jak zobaczę siebie, że to robię, to niby mi się uda?
- Hmm... To nie do końca tak działa.
- To bez sensu!
- W żadnym wypadku, chłopcze – odpowiedział starzec i bez najmniejszych emocji w myślach kontynuował - świat nie układa się w taki sposób jaki byś chciał i tyle. Dlatego się złościsz.
Młody czarodziej stracił cierpliwość. Skoro nie mieli go zabić, cały jego wysiłek okazał się na nic. Do tego starzec od początku o tym wiedział. Miał dość.
- Wybacz, ale naprawdę gadasz głupoty! Sam sobie przeczysz. Do tego wiedziałeś, że przez cały ten czas

32




zmierzam donikąd!
Bezimienny roześmiał się.
- O nie, chłopcze, to nie ja tutaj gadam głupoty. Widzisz świat takim jakim chciałbyś żeby był, a potem się gniewasz, że jest inny.
Mike pokręcił głową i wytarł z twarzy kałużę potu. Zamknął oczy i odetchnął głęboko.
- Niby jak? - jego ton wskazywał, że chłopak ochłonął już trochę. Gniew ustąpił na tyle, że był w stanie słuchać ze zrozumieniem.
- Po pierwsze, jeśli myślisz, że ci się nie uda, to ci się nie uda - bezimienny kontynuował w swój niezmącony, konwersacyjny sposób. - Nie działa to w dwie strony. Innymi słowy nie znaczy, że samym myśleniem sprawisz, że ci się uda. Chciałbyś żeby działało, ale nie działa. Dopisałeś sobie dalszą historię do tego co ci powiedziałem i gniewasz się, że tak nie jest.
- Ja...
- Po drugie – nie przerywał starzec - widzę to, że nie wierzysz w siebie i absolutnie się zgadzam. Niidarae tak samo. Zgadzają się z tym, że nie dasz rady, bo sam to tak widzisz. Nie ma miejsce na gdybanie, do którego przyzwyczaiłeś się w naszym świecie. Jedynie okoliczności. Przyczyna i skutek. Gdybyś wierzył w siebie, może by ci się

33




udało, wszyscy tutaj to wiedzą. Ale nie wierzysz, takie są obecne okoliczności. Z naszej perspektywy, nie ma sensu gdybać co by było jeśli, im więcej gdybania tym więcej możliwości umyka. Zmienią się okoliczności, wtedy i ja i wężoludzie zmienimy zdanie. Ale to jak w tej sprawie jest, zależy od ciebie, a nie od nas i tego jak my byśmy chcieli aby było. I akceptujemy to takim jakie jest.
Ten bezwzględny sposób myślenia odrzucał Mikego, ale w duchu nie mógł się nie zgodzić - czuł to. Chciał żeby było inaczej, może gdzie indziej łudziłby się, że jest, wypierałby to i sam siebie oszukiwał, ale nie tutaj. Tutaj, teraz, musiał przyznać starcowi rację.
Komedia - pomyślał jego umysł, stając w konflikcie z nowymi przekonaniami. - To nie może tak działać!
Ale z drugiej strony... co miał do stracenia? I tak zmierzał donikąd, a za gościnność jaką go obdarowali niiderae mógłby chociaż spróbować…
Starzec uważnie śledził ciąg jego myśli. Gdzieś we wnętrzu szaty uśmiechnął się.
A Mike, bez słowa, zbliżył się do skrzyni i próbował dalej.
Dzień po dniu. Wstawał, schodził do jaskiń, próbował - nierzadko do

34




momentu, w którym tracił przytomność.
Bez skutku.

     ***

      - On może nigdy nie zrozumieć. - pomyślał do starca Gahaki.
Gahaki był dla Mikego jedynym niiderae, który różnił się od pozostałych. Wszystkie malowały swoje wielkie, wystające z kolorowych szat pyski, ale Gahaki dodatkowo nosił coś co wydawało się być tutejszą biżuterią, zapewne honorową. Jako jedyny miał kilka łusek wymienionych na piękne, śnieżnobiałe, a do tego z lewej strony pyska zwisał mu delikatny łańcuszek. Jego szata również była inna, bardziej neutralna, zazwyczaj w odcieniach beżu lub łagodnego cyjanu. Szaty innych były dużo jaskrawsze.
- Może - zgodził się starzec, przyglądając się ćwiczącemu na tarasie dwa piętra niżej Mikemu.
- Żałosny - ocenił Gahaki.
- Inspirujący - odparł starzec.
- Głupi. -Wąż zasyczał przeciągle, demonstrując swoje ostre jak nici scalające wszechświat kły. - Tak jak i ty.
Wielkie kule zawieszone na olbrzymich drzewach promieniowały kolorami, podobnie jak góry, które - jak każdej nocy - subtelnie rozświetlały horyzont. Łagodne światła tego mistycznego miejsca tańczyły z ciemniejszymi kolorami zachodzącego

35




z góry mroku. Z daleka wyglądało to jak dwie -świetlista i ciemna - chmury, które zderzyły się ze sobą i właśnie rozpoczęły malowniczy romans.
Dzięki olbrzymim, powykręcanym, czarnym gałęziom placyk, na którym stali pozostawał skryty w cieniu.
- Ty mu chce wyjaśnić? - zapytał w myślach wąż. - Pokazać jak?
- Nie mogę. Niestety.
- On za głupi?
- Widzisz przyjacielu - starzec odsunął się od krawędzi i w zamyśleniu zaczął przechadzać po tarasie - my ludzie mamy dziwne myślenie, zupełnie inne od waszego - kontynuował, spacerując i ciesząc swój nos zapachem, a umysł aurą opadających młodych listków, bezlitośnie zerwanych przez podmuch wiatru. - Chodzi o to, że nawet jak ktoś coś powie człowiekowi, to człowiek nie przyjmie tego o ile sam tego nie poczuje. A jeśli nie poczuje to najpewniej zapomni. Wyjaśniając mu teraz, odwlekłbym tylko jego samodzielne dojście do tego. O ile w ogóle do tego dojdzie... Ale teraz, nie jest gotowy aby przyjąć moje nauki. Może i nawet by zrozumiał, ale nie czuł. A jeśli nie poczuje, odrzuci. Może na zawsze.
Gahaki zasyczał z dezaprobatą.
- Ludzie głupsi niż Gahaki myślał. Dziwny

36




musi być ten ludzi świat. Gahaki nie chciałby tam być.
- Jakoś mnie to nie dziwi - odparł ze szczerym zrozumieniem starzec.
Gdzieś niżej, Mike zaklął z goryczą.
- Złość, strach. Ciemność - ocenił Gahaki. - On słaby. I tak nie da rady...
Szata westchnęła markotnie
- A mamy jakiś wybór? - Zaczęła się rozwiewać na wietrze. Mocniejszy podmuch porwał resztki ciemnego dymu i wymieszał z liśćmi, opadającymi z wiszącego nieopodal ogrodu.
Bezimienny pojawił się tuż za Mikem.
- Chłopcze.
Mike wzdrygnął się. Ledwie słyszalny głos bezimiennego zaskoczył go, tym bardziej, że starzec bardzo rzadko porozumiewał się z nim fizycznie.
- Jak Ci idzie? – Głos był zimny, wysuszony, przypominał szept, albo raczej powietrze wypuszczone spod cmentarnej płyty.
- Jak widzisz. Znakomicie. - Chłopak był tak zmęczony, że po chwili przestał zwracać uwagę na nietypową fizyczność głosu starca. Nie miał sił aby się nad tym zastanawiać.
Starzec zerknął na zupełnie nie naruszoną skrzynię.
- Tak.. Najwyraźniej. - wymruczał posępnie.
I wtedy młody czarodziej poczuł na szyi ucisk, coś jak metalową obręcz. Zaskoczony,

37




natychmiast sięgnął rękoma do gardła, ale nic tam nie było. Pomimo tego, nieistniejąca obręcz zaciskała się bardziej i bardziej, odcinając go od cennego jak nigdy powietrza.
Odleciał do przodu i wyrżnął boleśnie o drewnianą powierzchnię tarasu. Uścisk rozluźnił się, ale tylko trochę, jakby celowo umożliwiając mu jedynie kilka płytkich oddechów.
Szata starca wzburzyła się. Mimo że nie było już wiatru, unosiła się i falowała. Miała w sobie coś z burzowych chmur albo jakiegoś innego, niepowstrzymanego żywiołu.
Mike poczuł na sobie przytłaczającą potęgę bezimiennego, poczuł ją mimo że starzec ewidentnie nawet się nie starał. Uwolniona moc chciała go przygnieść do ziemi, chłopak z trudem utrzymywał się na nogach.
Kilka zerwanych przez wzburzone powietrze liści wpadło na taras. Jeden z nich zawirował, zatańczył w powietrzu i wystrzelił w Mikego, prędko niby światło, znacząc przestrzeń jasną smugą. Drasnął chłopaka w ucho.
Niewiarygodne... - myślał bezsilnie Mike - chwycić tak niewielki obiekt, tak precyzyjnie i z takiej odległości. Do tego nadać mu takiej prędkości, niebywałe…
- Chcesz umrzeć? -

38




Grobowy, fizyczny głos oderwał go od refleksji i na nowo przepełnił lękiem. Zalał go strachem jak fala wdzierająca się na tonący okręt i przygniatająca bezlitośnie każdego kogo spotka wewnątrz, pieczętując tym samym jego los.
Tym razem chłopak poczuł obręcz nie na gardle, ale na brzuchu, ta była inna. Tę wykuła jego własna bezsilność i strach.
Bogowie, czego on chce – zastanawiał się przerażony.
- Broń się - rzucił lodowato starzec. - Bo będzie bardziej bolało.
Chłopak powstrzymywał krzyk kiedy kolejne liście nacinały go boleśnie, a każdy coraz głębiej.
Jak najsłabszy w stadzie wilk, podgryzany i doprowadzony do ostateczności, w końcu zareagował. Utkał w dłoni kulę ognia i zamachnął się, aby nadać jej pędu, nic z tego. Ognisty kłąb wybuchł tuż obok jego głowy, ogłuszając go na moment i znowu powalając na deski.
Przez chwilę nawet się ucieszył ze swojej słabości, tylko dzięki temu nic mu się nie stało kiedy bezimienny rozbił jego zaklęcie tuż obok jego twarzy.
Bawi się mną jak kot myszą – myślał - ale po co. Co ma na celu, czyżby jego cierpliwość się w końcu wyczerpała? Czyżby jednak

39




mścił się za to, że im nie pomogę?
Chrupnięcie. Długi, przeciągły krzyk i kostka wyrwana ze stawu. Gdzieś obok sucha gałązka oderwała się od drzewa i obwisła żałośnie.
Szata majestatycznie unosiła się w powietrzu jakby sama śmierć postanowiła zstąpić na plan, jak nieunikniona ostateczność – która wzrok miała zwrócony prosto na bezsilnego Mikego.
- Mówiłem „broń się” - głos starca rozniósł się dookoła szyderczym, posępnym echem.
Oczy Mikego zaszły wodą.
Kolejny krzyk, jeszcze głośniejszy, a w międzyczasie mlaski i chrupnięcia naderwanej stopy, targanej bezlitośnie na wszystkie strony.
Mike wypalił jakimś desperackim, chaotycznym pociskiem, ale zbliżająca się szata odbiła go bez ułamka wysiłku.
Bogowie, już prawie nie widzę. Zaraz zemdleję. Całe szczęście...
Bezimienny roześmiał się.
- Nie chłopcze, nie myśl, że to koniec.
Błysk. A potem mrok.
Spadał w ciemność, ale nie zwykłą ciemność będącą brakiem światła. Ta ciemność dominowała . Napierała. Jakby miała swoją masę, jakby była fizyczna. Swoim ciężarem stłumiłaby jakiekolwiek światło, które miałoby się czelność

40




pojawić.
Mike ze zgrozą rozpoznał to uczucie. Przypomniał sobie tamte wydarzenia... I wtedy poczuł niewidoczną obecność. Otoczyła go. Znowu...
Poczuł jakby coś chwyciło każdą cząsteczkę jego ciała. A potem pociągnęło.
Na początku słabo, potem coraz mocniej, nieustępliwie. Rozrywało go na kawałki, atom po atomie.
Nie mógł nawet krzyczeć, zresztą, po chwili i tak nie miał już ust, rozpadał się na pył.
- Użyj jej - rozbrzmiał wszechobecny, znajomy głos starca.
Tracił swój kształt. Rozsypywał się w mroku.
- Użyj jej, ocal się.
Coś w nim zapłonęło, ale... było zimne, złe. Ogień chciał się rozprzestrzenić. Wychodził z jednego, pojedynczego punktu w jego klatce i chciał pochłonąć wszystko co zostało z chłopaka. Mike z całych sił próbował się zapierać, ale niewiele to dawało.
Zniknął, rozpłynął się w ciemności.
Otworzył oczy. Dookoła buchały płomienie. Żar wdzierał mu się do gardła.
-Nie... Tylko nie to! - mimo, że minęło tyle lat nadal pamiętał to miejsce. Jego dom. Jego i jego wuja.
- Tom! Tom! - wrzeszczał desperacko, zasłaniając się przed szalejącym ogniem.
W końcu go dostrzegł,

41




tam, pod ścianą za jęzorami ognia. Tom leżał obok swojego wywróconego wózka.
- Ratuj go. Oddaj się temu...

- Widzisz to? - pomyślał starzec, stojąc nad nieprzytomnym Mikem.
Chłopak cały czas leżał na tarasie, chociaż umysłem był zupełnie gdzie indziej.
- Ciekawe - odpowiedział w myślach Gahaki. - On pełny złości, ale...
- Ale to złość na samego siebie – dokończył starzec. - Nie na otoczenie, nawet nie na tych, którzy podłożyli ogień. Jest zły na siebie za to, że nie może nic zrobić. Rzeczywiście ciekawe...
Gahaki parsknął wzgardliwie.
- On ma dużo strachu. Jeśli on stanie się potężny, on może stać się bardzo zły!
- Nie stanie się potężny - szybko odparował bezimienny. - Nawet jeśli otworzyłby się na czarną magię, nigdy nie będzie potężnym czarodziejem. A strach... Lepiej żeby rozumiał strach niż nigdy go nie miał. To odróżnia tego odważnego od głupca.
- On nie odważny. Mnóstwo strachu. - Niiderae wyszczerzył w kierunku nieprzytomnego Mikego kły. - A do tego bardzo głupi. I słaby!
-Cóż... To i tak jedyne co mamy. Musimy spróbować.

      ***

      Mike gwałtownie się obudził i natychmiast

42




pomacał czy nadal jest w całości. Z ulgą stwierdził, że ma zbliżoną liczbę atomów do tej, którą powinien. Nie miał żadnych ran - przynajmniej nowych - a i kostka również wydawała się być na miejscu.
Spojrzał za okno niewielkiego pokoiku, była noc.
To był tylko sen – pomyślał z ulgą, próbując sobie przypomnieć wydarzenia z przed tego jak stracił przytomność.
- Nie chłopcze - znajomy głos rozbił się echem po jego czaszce. - Mam coś dla ciebie.
Ciało Mikego przeskoczył dreszcz, chłopak wahał się przez chwilę co powinien zrobić, bał się, ale z drugiej strony - czy miał jakikolwiek wybór. Po kilku wątpliwych sekundach zwlókł się z łóżka.
Wskazówki starca doprowadziły go na jeden z najwyższych placów, zostawiając wioskę i światła pod sobą. Na bezchmurnym niebie rozsypały się tysiące migoczących gwiazd.
- Tutaj - starzec ponownie odezwał się w jego myślach kiedy Mike wodził wzrokiem po tarasie.
Chłopak zbliżył się do krawędzi i niepewnie usiadł obok bezimiennego. Miał pytania, ale nie widział sensu, aby je zadawać. Starzec zapewne sam mu powie o rzeczach, o których powinien wiedzieć. Z resztą… I

43




tak nigdy nie mówił więcej niż to. A może Mike po prostu bał się o cokolwiek zapytać.
- Nie, chłopcze. - Myśli starca brzmiały jakby Mike nie miał powodu do obaw. Były stanowcze, ale w jakiś sposób łagodne i zachęcające. Wyrozumiałe. - Nie opowiem ci o tym co zaszło wczoraj. To była lekcja dla ciebie i to ty musisz z niej wyciągnąć swoje własne wnioski.
O jeden taras niżej ktoś siedział, pojedyncza samotna sylwetka.
- Gahaki... - zorientował się Mike i nim jakiekolwiek myśli doszły do jego świadomości, słowa doszły do ust - co on robi?
- Wpatruje się w gwiazdy. Nie widzisz?
- Miałem na myśli... - wymamrotał cicho chłopak. Ciekawiło go to, ale wstydził się pytać o cokolwiek co dotyczyło perfekcyjnej rasy wężów. - Myślałem, że może jest w tym coś więcej…
- Bo jest – potwierdził starzec i odetchnął głośno, delektując swoje zmysły nocą.
- To znaczy?
Bezimienny wydawał się nieobecny, najwyraźniej się odprężał.
- Gahaki jest wieszczem – wyjaśnił , zupełnie bez pośpiechu. - W gwiazdach widzi przeszłość, przyszłość i to co dzieje się teraz, ale bardzo daleko.
Wow. Zapewne tutejsi wieszczą tak

44




samo dobrze jak czarują - pomyślał Mike i rozpłynął się w zachwycie, wyobrażając to sobie. Stulecia poświęcenia perfekcji sprawiły, że niidarae czarowały tak samo znakomicie jak... robiły właściwie cokolwiek innego. Magia z jego świata nie umywała się do tej, którą spotkał tutaj.
- Cóż... - Starzec chciał skomentować myśli Mikego, ale zawahał się na moment. - Ciężko powiedzieć.
- Jak to? - nie zrozumiał chłopak.
- No... Nie wiadomo.
- Co takiego? - Mike skrzywił się w zdziwieniu, nie wiedząc czego właściwie dotyczy ta rozmowa.
- Mówię o wieszczeniu - sprostował bezimienny. - Nawet jeśli Gahaki zobaczy przyszłość to wcale nie znaczy, że ta się musi spełnić. Przecież jeszcze wiele się może wydarzyć.
- Taa... - gorący entuzjazm i wyobrażenia Mikego o zaglądaniu przez węże w przyszłość przygasły trochę.
Starzec wychwycił to i doprecyzował
- Chłopcze, dopóki przeznaczenie się nie spełni, zawsze można je zmienić. Nawet jeśli jest już ujawnione. A może wtedy tym bardziej.
Mike milczał, wpatrując się w medytującego niżej Gahakiego. W końcu już nie mógł się powstrzymać i zapytał
- I ty w to

45




wierzysz?
Starzec zaśmiał się.
- To oczywiste. Załóżmy, że przewidziałeś wynik rzutu monetą...
- No...
- Wtedy zawsze możesz zapobiec samemu rzutowi. I nie ma wyniku.
Młody czarodziej przez chwilę analizował to co usłyszał.
Bezimienny postanowił to wykorzystać i skupił się na gwiazdach, jeszcze bardziej się odprężał.
- Wybacz – wypalił nagle Mike, przerywając błogą ciszę - ale musisz przyznać, że to mało przekonujące!
- Mnie przekonuje - odrzekł starzec, zapewniając chłopakowi minimalną potrzebną uwagą. - poza tym Gahaki nie patrzy tam żeby poznać przyszłość.
- To po co?
- Gdzieś tam, daleko, po drugiej stronie bariery jest jego rodzina. Gahaki jej wypatruje.
Mike znowu zamilkł. Na chwilę.
- To wzrok też ma taki dobry?
- Bogowie - warknął w myślach starzec, zmuszony do zwiększenia poświęcanej uwagi. - Wypatruje oznak co z nią. Wieszczy!
- Aaa, okej. No wiesz, nie wiem czego mogę się po was spodziewać. Po prostu wszyscy tutaj są dość niezwykli. Znaczy... Jak na moje standardy. Ale pozytywnie - dodał zapobiegawczo chłopak.
` Spojrzał na Gahakiego.
Ten wąż co noc przychodził wypatrywać swoich

46




bliskich. Zapewne trwało to dekady, albo i dłużej, a i nadal nie wiedział czy w ogóle żyją. Mimo to pozostawał taki spokojny. Nie popadał w rozpacz, nie targały nim nawet najmniejsze emocje, jego aura była czysta, doskonała...
- Nie popada w rozpacz – tłumaczył bezimienny - bo nie jest niewolnikiem swoich emocji. W przeciwieństwie do ciebie.
- Przepraszam, ale o czym niby mówisz? - Mike zajrzał głęboko we wnętrze ciemnego kaptura.
- To już sam musisz odkryć - odparł kaptur.
- Jesteś bardzo pomocny, wiesz?
- Bardziej niż ci się wydaje.
- Pewnie masz rację... - Chłopak westchnął i rozłożył się na tarasie. Wpatrywał się w niebo. - A po co mnie tu właściwie sprowadziłeś? To pewnie były lekcje, które będę musiał kiedyś pojąć, tak?
- Tak, w istocie były - potwierdził bezimienny, również wpatrując się w dryfujące nad nimi galaktyki. - Ale sprowadziłem cię, bo mam coś dla ciebie.
- Powinienem się bać? - Lęk z którym Mike tu zmierzał na nowo powrócił.
- To już sam ocenisz.
Starzec sięgnął pod szatę i wyciągnął popękaną, zwęgloną skrzynkę.
A to co takiego - pomyślał Mike.
- To jest mój chłopcze to

47




nad czym pracowałeś przez ostatnie tygodnie.
Mike zamarł. Jego ręce mimowolnie wyciągnęły się po podarek.
- Co... co się z tym stało? - wymamrotał.
- Wczoraj tego dokonałeś. Nieświadomie.
- Nie... Niemożliwe! - zapierał się chłopak. - Ja przecież... Ja nic nie mogłem z tą skrzynią zrobić!
Po jego ciele rozlał się chłód, ale tym razem - pierwszy raz od dawna - przyjemny. Dawno nie był tak podekscytowany. Nadal nie dowierzał w to czego dokonał, ale jednocześnie pękał z dumy.
- Otwórz - zachęcił go starzec.
W skrzyni coś było, książka. Grube, oprawione w starą wysuszoną skórę tomisko.
- Księga Zaklęć! O bogowie… To prawdziwa Księga Zaklęć!
- I to nie byle jaka. Ta księga, chłopcze, to twój bilet do domu.
Mike nie rozumiał co starzec ma na myśli, ale w tej chwili nie miało to większego znaczenia - zapewne dowie się w swoim czasie - teraz pospiesznie wertował księgę, przyświecając sobie kilkoma unoszącymi się w powietrzu iskierkami.
Wiatr zdmuchnął owe płomyki jakby chciał przekierować uwagę chłopaka z powrotem na bezimiennego.
- To Księga Deandrusa, wielkiego maga – wyjaśnił starzec -

48




Trzynastego Kreatora.
Śmieszne, usłyszałem „trzynastego Kreatora” – pomyślał do siebie Mike i parsknął cicho - To by znaczyło, że Księga ma jakieś.... no nie wiem, kilkaset lat.
- Dobrze usłyszałeś.
Jak oparzony odłożył księgę z powrotem do skrzyni.
- Ale ja nie chcę jej zniszczyć!
- Chłopcze, tu przecież i tak nikomu się nie przyda - kaptur szaty przechylił się z lekkim zażenowaniem. - Uważaj i tyle.
- Ja... Ja nie mogę.
- O Bogowie, przestań w końcu biadolić! - głos starca rozbił się po głowie Mikego jak kamyk wrzucony do nieskończonej, kamiennej studni. - Skoro ci ją daję to prostu weź ją i przestudiuj.
- Dobrze – poddał się Mike i znowu sięgnął po bezcenną księgę.
- Wiele kart jest wytartych i nieczytelnych, ale jak już pewnie widzisz, Deandrus zajmował się czymś, czym niewielu się zajmowało. A jeszcze mniej dokumentowało.
- To Czarna Magia... - Mike niecierpliwie wertował strony - Tylko i wyłącznie! Wplótł czerń nawet w najbardziej elementarne zaklęcia!
- Tak. Tworzył wielkie rzeczy, wyjątkowe.
Mina Mikego zrzedła
- Złe...
- Czyżby? - zdziwił się starzec i wstał. Jego szata wzburzyła

49




się lekko i zaszeleściła, bezgłośnie jak nocna chmura. - Czerń to wymówka słabych... To nie miecz tnie, a ręka, która go trzyma. To w ludziach jest zło, które nie tylko posługuje się czernią, ale i sprawia nieporównywalnie więcej krzywdy niż ona! Dla jednych będzie to chciwość, dla innych zawiść, a dla jeszcze innych strach. Ludzie nie potrzebują czerni, aby być źli. Sami w sobie są.
Chłopak słuchał w milczeniu.
Starzec ciągnął wywód, z wyraźnym tryumfem
- Chcesz mi powiedzieć, że czarna magia jest dla ciebie zła, ale tych rzeczy nie uważasz za złe? Rzeczy, które są w każdym i wypełniają codzienność naszego świata? Że nie widzisz ich konsekwencji? A Deandrus... Używał czarnej magii, aby uratować wiele istnień. Największym jego dziełem miał być sam sekret życia.
- Co się z nim stało? - zapytał cicho Mike.
Starzec zamilkł i spojrzał w gwiazdy. Wypuścił ciężko powietrze.
Gwiazdy zamigotały.
- Zdradzono go – wyjawił z żalem. - Zdradzili go nosiciele prawdziwego zła, a nie jakiegoś tam czarnego elementu. A potem inni odwrócili się od niego, ci którym najbardziej ufał. Opuścili go kiedy przestał być

50




dla nich pożyteczny. Umarł pogrążony w smutku, sam, pozbawiony większości swojej mocy...
- A tu są zawarte jego sekrety... - Mike jeszcze raz spojrzał na księgę.
- Niektóre z nich. Jednak nie łudź się, nie zrobi to z ciebie potężnego maga! Masz po prostu zrozumieć czarną magię. Odnaleźć swoje miejsce w niej.
- Ja...Ile mam czasu? - chłopak potrząsnął energicznie głową, a jego umysł przyswajał obecną sytuację.
- Oh, całe mnóstwo! - pocieszył go bezimienny, a Mike odetchnął z ulgą.
- Całe trzy dni - sprecyzował po krótkiej pauzie nauczyciel.
Oczy Mikego niemal wyszły z orbit.
- Co?! To jest jakieś czterysta stron!
- Na Twoim miejscu pospieszyłbym się – starzec wstał i zaczął się oddalać - dni tutaj są krótsze...
- Nie dam rady - rzucił za nim Mike.
- Chłopcze – starzec zatrzymał się, a ton jego myśli obniżył się i oziębił - spójrz na tą skrzynię. Czy wczoraj uwierzyłbyś, że dasz radę?
Chłopak milczał. Po chwili zastanowienia wziął głęboki wdech, chwycił mocno księgę i oświadczył, prawie zdecydowanie i wcale nie przekonująco
- Dobrze... Dam radę.
- No... - bezimienny był wyraźnie

51




usatysfakcjonowany – w końcu zaczynasz rozumieć. A teraz idź, nie marnuj czasu. I pamiętaj, księga do zwrotu!
Młody czarodziej ukłonił się i odszedł bez słowa. W głowie mu się kotłowało, ale zdołał jeszcze rzucić w myślach – dziękuję. Kiedy uczeń zniknął, starzec znowu zbliżył się do krawędzi tarasu i łagodnie na nią opadł. W spokoju spojrzał na niebo.
- Dziwni ludzie są - odezwał się głos w jego głowie. - Gahaki nie rozumie. Po co te wszystkie zabiegi?
- Cóż... - odpowiedział starzec - czasem zastanawiam się czy to wy jesteście dalej w ewolucji z tą swoją totalną szczerością czy my, bez niej.
- Z kłamstwem?
- Drobnymi... – wstrzymał się na ułamek sekundy, szukając odpowiednich słów - zabiegami retorycznymi. Tylko i wyłącznie w dobrej woli.
- Na prawdę pozwoli mu myśleć, że poradził sobie ze skrzynią? - dociekał niiderae.
- To może nas zbliżyć do celu. - Bezimienny znowu zaczął… próbował się odprężać.
- A jeśli nie zbliży?
- Cóż... – starzec zastanowił się i wczuł w przyjemne aury spokojnej nocy - nic nie tracimy. A Ty i tak za nim nie przepadasz.

     ***

      Kawalkada zatrzymała się

52




na linii lasu, a kapitan polecił żołnierzom aby zaczekali. Sam ruszył przez polanę, zabierając ze sobą jedynie swoich dwóch przybocznych.
Polana prowadziła prosto ku stojącemu nad rzeką młynowi. Obok młyna stała nieduża chałupa.
Trzech cesarskich oficerów - z krasnoludem, kapitanem Tauckim na czele - zatrzymało swoje golemiczne rumaki tuż pod chatą.
Kapitan stracił oko w bitwie, jeszcze przed zaborem, a technomagiczna gałka, którą je później zastąpiono stała się jego znakiem rozpoznawczym. Była prezentem i przejawem szacunku od samego cesarza. Tak zaawansowane implanty były dopiero w fazie testów i mogło się nimi pochwalić ledwie kilka osób w całym, rozległym Cesarstwie Jagsów.
Kapitan Taucki i jego wyczyny obrosły taką legendą, że gdy cesarz podbił Terię, zamiast standardowo w takich sytuacjach go powiesić - zaprosił krasnoluda, aby wstąpił w szeregi jego armii. Negocjacje były długie, ale koniec końców Lew Taucki się zgodził. Mówiono, że został postawiony przed propozycją nie do odrzucenia, chociaż i tak nigdy nikomu nie zdradził szczegółów. Ci co go znali wiedzieli, że nie mogło być inaczej - stary kapitan

53




przywiązywał zbyt dużą wagę do zarówno składanych przysiąg jak i honoru, aby zgodzić się na taką współpracę dobrowolnie. Gdyby miał wybór, zamiast ślubować cesarzowi zapewne wybrałby śmierć.
Teraz polecił aby jego dwaj podkomendni zaczekali z końmi pod chatą, a sam udał się – już pieszo - ku młynowi. O tej porze to właśnie tam spodziewał się zastać gospodarzy.
Zniknął we wnętrzu budynku.
- Myślisz, że ich zabije? W końcu Burczykowski to podobno czarodziej - odezwał się skrycie jeden z oficerów, dużo młodszy, do drugiego.
- Zobaczymy. Rozkazy są jasne - odrzekł drugi i skupił się na regulowaniu zaworów przy karku swojego wierzchowca.
- Nie może być - ciągnął młodszy. - Jak to tak? Bezbronnych?
- Witaj w cesarkiej gwardii, synu. A teraz zamilcz.
- Tak jest.

     ***

      W końcu nadszedł ten dzień. Trzy dni minęły szybko, jeszcze szybciej niż Mike się spodziewał, ale nie martwił się. Pierwszy raz od dawna naprawdę się nie niepokoił. Albo przynajmniej, nie pozwalał niepokojowi przejąć nad sobą kontroli. Ku swojemu zdziwieniu, czuł się dobrze. Gotowy. Na tyle na ile mógł.
Nawet wszystkie węże, które

54




mijał wydawały się nie epatować wobec niego tą samą obojętnością co zawsze.
Może dowiedziały się o tym co zrobiłem ze skrzynią – myślał - może liczą, że jednak uwolnię ich z tego więzienia.
Mijał dziarsko kolejne arkady i tarasy, aż w końcu doszedł na miejsce spotkania. Gahaki i bezimienny już na niego czekali.
Starał się ukrywać myśli tak aby nie wiedzieli czego się spodziewać. Chciał zrobić na nich jak największe wrażenie.
Gahaki się nie odzywał. Starzec podszedł do Mikego, odebrał księgę, zamienił z nim kilka słów i polecił, aby chłopak pokazał co potrafi.
- Nie da się ukryć – pomyślał do starca Gahaki - twój mały zabieg wydaje się działać. Jego aura zmieniła się. Myśli również.
Mike stanął na samym środku tarasu i opuścił spojrzenie, koncentrował się. Jego dłoń zapłonęła.
- To już znamy - skomentował otwarcie, mimo że w myślach Gahaki i syknął szyderczo.
Płomienie zadrgały, wykręciły się i zmieniły kolor. Stały się ciemno-purpurowe, przechodziły w gorzką szarość. Powietrze wokół Mikego zawibrowało i wypełniło się podobnie nienaturalnymi iskrami.
Gdzieś, w środku

55




masywnej szaty starzec uśmiechnął się z dumą.
- Zaskakujące - pomyślał z aprobatą Gahaki. Pomyślał otwarcie, tak aby Mike również to usłyszał.
- Istotnie – przytaknął bezimienny. - Kto by się spodziewał, że będzie w stanie cokolwiek zrozumieć z tej księgi.
- Gahaki myślał, że nie ma tam takiego zaklęcia. - Spojrzał pytająco na starca.
- Bo nie ma. Ten chłopak o dziwo zrozumiał o co mi chodzi. Nie uczył się zaklęć na pamięć, zresztą i tak niewiele z nich byłby w stanie wyczarować. - Bezimienny z uwagą przyglądał się swojemu uczniowi i aurze czarnej magii, która go otaczała. - Egzaminował metody, to jak czarna magia działa. Miał ją zrozumieć i przyswoić zasady, którymi się kieruje. Najwyraźniej zrozumiał...
Iskry wokół Mikego zaczęły przyspieszać i wirować dookoła , rozciągająły się w purpurowo-szare spirale.
- Gahaki musi przyznać – pomyślał z aprobatą niidarae - Gahaki się nie spodziewał. Zrobił na Gahakim wrażenie.
- Zrobił. - Starzec zwrócił się tylko do węża - ale nadal nic nam to nie daję. Cieszę się, że zrozumiał zadanie, ale jego moc nie jest nawet bliska temu, aby nam pomóc. I

56




nie będzie.
- Tak. - Gahaki zasyczał. - Ale głupi człowiek zyskał szacunek Gahaki. Mały. Ale zawsze.
I wtedy iskry pękły, a magia wokół Mikego rozwiała się.
Starzec zrobił krok w kierunku chłopaka, aby mu pogratulować. Ten wystawił przed siebie rękę i ku zdziwieniu obserwatorów zakomunikował, że wcale jeszcze nie skończył.
Młody czarodziej spojrzał na nich z zadziornością, której próżno było szukać w jego spojrzeniu wcześniej. To właśnie dla tej chwili starał się nie zdradzać swoich myśli.
Z wielką pieczołowitością utkał w dłoni czarną jak noc igłę i nakłuł wnętrze swojej dłoni. Zaczęły z niej kapać pojedyncze, szkarłatne kropelki, ale nim dotknęły podłoża - znikały, przemieniając się w ciemny dym.
Pobliskie węże - do tej pory zajęte swoimi sprawami - zaczęły z niepokojem odwracać się ku tarasowi. Zaczęły wyczuwać jak moc chłopaka rośnie. Jak wzbiera w nim czerń. Ta sama czerń, która ich tu zamknęła.
Gahaki i starzec spojrzeli po sobie, z jednej strony zaintrygowani, z drugiej zaniepokojeni.
- No proszę, tego się nie spodziewałem... - rzucił starzec.
- Wszystko to wymiana - tłumaczył w

57




myślach Mike. Bezimienny natychmiast domyślił się co chłopak znalazł w księdze. - A nie ma nic cenniejszego niż życie. Skoro nie mam nic co mógłbym oddać czarnej magii w zamian, czemu nie miałbym oddać odrobiny tego.
Bezimiennego wypełniła duma - Gahaki poczuł to od razu choć nie podzielał jego zadowolenia.
- Magia krwi... - pomyślał starzec. - Kto by pomyślał, że na to wpadnie. Że to rozszyfruje, a tym bardziej opanuje.
- Ty nie wpadł - odpowiedział lodowato wężoczłek. - Ty tego nie przewidział.
- Cóż... Rzeczywiście - zgodził się bezimienny. – Nie przewidziałem. a tym bardziej nie przewidziałem, że będzie w stanie się nią posłużyć. - Westchnął głęboko i od razu odpowiedział na kolejne napływające myśli Gahakiego. - Ale nie ma powodu do zmartwień... Masz rację, będzie w stanie wyciągnąć z tego trochę mocy, chociaż sam osobiście nie uważam tego za dobry pomysł. Magia krwi nigdy nie jest dobrym pomysłem... Tak czy inaczej, nie wyciągnie jej za wiele. To nadal za mało, aby nam pomóc. Nie mówiąc już o tym, że nawet gdyby poświęcił życie to i tak nie byłby dla nas najmniejszym zagrożeniem.
-

58




Czerń...
Starzec nie kłamał, ale dobrze rozumiał niezadowolenie węża - czerń wokół tarasu wzbierała i wszyscy w wiosce to czuli. Rozprzestrzeniała się dookoła niby plama ropy po krystalicznie czystym oceanie, niby chmura zarazy po nigdy nienaruszonym mateczniku. A potem, łapczywie wyciągała swoje macki jeszcze dalej.
Mike wystawił rękę, a na niej pojawił się sferyczny, czarno-ognisty orb. Był niemal idealnie okrągły - trzeba przyznać, precyzji chłopakowi nie brakowało.
Kula odleciała w górę, nadęła się i rozpękła w dziesiątki czarnych, rozpływających się w dym płomyków.
W żaden sposób nie było to porównywalne z potęgą kogokolwiek z wioski, ale zaiste, Mike zaskoczył tym wszystkich. Do tej pory nikt nie dawał chłopakowi większych szans na cokolwiek, w końcu on sam w siebie nie wierzył. Ale najwyraźniej był w stanie to zmienić, chociażby trochę. Tak mądra rasa wiedziała jak trudne musiało to być, zwłaszcza dla człowieka.
Mike rozproszył swoją aurę i bezwolnie opadł na taras. Dyszał ciężko ze zmęczenia. Był zalany potem.
Zdołał się jeszcze przekręcić na plecy, ale gdy spróbował unieść powieki, te

59




już odmówiły posłuszeństwa.
Starzec i Gahaki zbliżyli się do niego i wpatrywali z zainteresowaniem. Przypominało to wpatrywanie się w szczeniaka, który niespodziewanie wykonał jakąś ciekawą sztuczkę, a do tego jakimś cudem zrozumiał jej istotę.
- Po tym co tu widziałem… - zaczął w myślach starzec, zwracając się do Gahakiego - jakoś mi się wydaje, że będzie chciał spróbować swoich sił z barierą.
Mike podsłuchał tę myśl i z trudem spróbował pomyśleć o potwierdzeniu.
Potem stracił przytomność.

      ***

      - Nieźle, a oni co na to? - zaciekawił się kapitan i osuszył kufel do dna.
- Spieprzali aż się kurzyło! - wyjaśnił pulchny niziołek, gospodarz, wybitnie rozbawiony wspomniami. - A Danusia jeszcze skoczyła po widły!
Taucki szybko podchwycił śmiech i rozrechotali się oboje.
- Jeszcze piwa?
- Chętnie - nie wahał się Taucki. - Michał, ale jedno mi nie pasuje w tej historii. Jak ich przegoniłeś to nie wrócili? W takiej sytuacji oddział powinien cofnąć się do zamku i wrócić jeszcze większą kupą. Albo po prostu puściliby ci cały młyn z dymem, nawet po cichaczu.
- Łe, a jak mieli niby wrócić? - Gospodarz

60




wytarł ociekające pianą wąsy i przejął od żony kolejne dwa kufle. - Dzięki Danka!
- Dziękuję - ukłonił się kapitan kiedy Burczykowski podał mu napełnione naczynie.
- Nie mogli wrócić - ciągnął gospodarz, nachyliwszy się ku przyjacielowi. Dla atmosfery ściszył ton - bo ledwie zagłębili się w lesie, może na sto metrów i podziurawiły ich rebelianty Starej Terii!
- Szczęśliwy zbieg okoliczności, co? Dali by nogę!
- Gdzie tam, już miałem cisnąć w nich jaką błyskawicą! Miałem nawet jeden zwój przygotowany na taką okazję. Ale wyręczyły mnie te diabły tom się męczyć nie musiał.
- I zrzucać na nich swojej winy! - Taucki z aprobatą pokiwał głową i pociągnął długiego łyka. - Przednie, iście przednie!
- Ano, świeżo uwarzone! Ale jakie tam zwalać winy, gdyby kto znalazł ich, usmażonych niedaleko mojego młyna, zara by się do mnie przyczepił! Ukryć ciała bym musiał... - zagrymasił z niechęcią - kopać doły, łe tam. Nie na moje lata już to!
- Ano - zgodził się kapitan i teraz to on konspiracyjnie ściszył ton. - Powiedz mi Michał, gotowe wszystko jest? Wszystko działa?
Burczykowski podrapał się po

61




brodzie, tak jak większości jemu też pomagało to w zastanawianiu.
- Sprzęt był nieużywany od dawna, ale działa... - Po krótkiej pauzie dodał jeszcze dla czystego sumienia – przynajmniej powinien. To stary sprzęt, ale nie do zdarcia. Nie jakieś tam włażenie do komina i proszki, tfu! Prawdziwa krystalomancja! Nie do wykrycia.
- Cieszę się. - po twarzy kapitana przeskoczył krótki uśmiech spokoju, ale zaraz zniknął - A kiedy będzie?
- Lew, wydaje mi się czy się denerwujesz? - Niziołek roześmiał się głośno. - A niech mnie, naprawdę się cykasz!
- No... wiesz. Dawno się z nimi nie widziałem, a i czasy były inne. Teraz jestem sługą Cesarstwa.
- Poważnym oficerem! - zauważył gospodarz z uśmiechem pod wąsami.
Kapitan zajrzał w puste dno kufla. Przyglądał się mu przez chwilę, jakby szukał tam ukrytych odpowiedzi.
- Nie chrzań głupot! I nie martw się tyle! Jeszcze jedno? - Nie czekając na odpowiedź Burczykowski dał żonie znać aby przyniosła kolejne kufle. - Wszyscy co cię znają wiedzą, że miałeś w tej całej służbie jakiś plan! A pewnie nadal masz. Nie, nie martw się, nie będę pytać. Ale twoi bracia to bystre

62




chłopaki, tak samo zresztą jak i ty. Wiedzą, że coś musiało być na rzeczy. Lync do wieczora powinien się zjawić. Kryształy są już ustawione w gotowości – puścił krasnoludowi oko - tak w razie co, gdyby pojawił się wcześniej.
- Michał, sprawy się trochę pokomplikowały - powiedział markotnie Lew.
- Dzięki Danka. - Gospodarz przyjął kolejną dostawę piwa. - Wielkie mi rzeczy, zawsze były skomplikowane! A przynajmniej od kiedy ten zakichany Jags się pojawił... I zawsze jakoś sobiem radzilim!
– Tym razem to co innego. - Taucki chwycił kufel i spojrzał swoim pół-mechanicznym wzrokiem głęboko w oczy Burczykowskiego.
Niziołek natychmiast poczuł, że jego przyjaciel nie przesadza. Również obniżył ton
- Niby co takiego się dzieje?
- Michał musisz wyjechać - krasnal nie zrywał spojrzenia, nawet nie mrugał - Zabierz Dankę, dzieciaki i jedźcie stąd, jak najdalej. I nigdy nie wracajcie.
- Aż tak źle?
- To dopiero początek. On chce wybić wszystkich czarodziejów. Kategorycznie wszystkich, nawet dzieci, które będą podejrzane o jakiekolwiek zdolności. Będą na was polować. Jak na zwierzynę. Będą kłamać i wzbudzać

63




nienawiść, a w końcu sam lud stanie przeciw wam. Pal licho Jagsończyków, ale nawet rodowici Terrańczycy. Będą szantaże, porwania, nawet przyjaciele odwrócą się do was plecami. A za udzielenie wam jakiejkolwiek pomocy będą srogie kary. To już nie ta sama Teria, a niebawem nic z niej nie zostanie!
- Na Peruna, Ty wcale nie przesadzasz... - odparł ze strachem w oczach gospodarz i odchylił się do tyłu.
Gospodyni uważnie się wszystkiemu przysłuchiwała. Zesztywniała.
- Lew - Burczykowski sapał ciężko, na powrót nachylił się nad stół - miałeś jakieś informacje o Kreatorze? Cokolwiek, może usłyszałeś chociaż jaki meldunek, plotki.
- Niestety. - Kapitan pokręcił głową. - Nic. Po wydarzeniach na Altantisie coraz częściej znikał, nie wiadomo gdzie. Miałem nadzieję, że zajmował się jakimiś ważnymi sprawami, ale teraz... Teraz zaczynam myśleć, że zaszył się gdzieś po prostu. Albo i gorzej... Tak czy inaczej, zniknął. Musimy liczyć na siebie.
- Lew.. - wąsy Burczykowskiego oklapły, a twarz ścięła szczera groza - co będzie dalej? Stolicy nie ma, Rady też nie. Magów jest coraz mniej, a teraz mówisz, że będą nas

64




wybijać. Smoków za to przybywa, wrogów magii najwyraźniej tak samo. Co teraz będzie?
- Trudne czasy, przyjacielu. Trudne czasy...
Gospodyni spojrzała wymownie na męża. Kapitan dostrzegł to i od razu wyczuł, że coś jest nie tak.
Chwilę po tym niziołek wybuchł do niego zapłakanym tonem
- Ja... Ja przepraszam. Musieliśmy!
Taucki niepewnie odstawił kufel
- Na bogów – zaczął powoli, zabierając się jednocześnie do wstania - co wyście zrobili?
Nagle podłoga zapłonęła runami, a kapitan poczuł jak sztywnieje, jak traci kontrolę nad mięśniami. W geście desperacji spróbował sięgnąć do pasa, ale nie zdołał. Całe jego ciało skamieniało.
- Michał... - z trudem mamrotał kapitan. - Jak mogłeś...
- Ja, przepraszam - łkał Burczykowski. - Zrozum, oni porwali nasze dzieci, trzymają ich jako zakładników!
- Głupcze, nie oddadzą wam ich. Spalą je na stosie, a wam każą na to patrzeć! - z całych sił próbował się wyrwać nim runy zasklepią się na dobre, ale jego wysiłek był na nic – A potem spalą was. Nie rozumiesz? Cesarz nie oszczędzi nawet jednego czarodzieja!
- Powiedzieli, że jak tylko dostarczymy ciebie i tego

65




drugiego to je wypuszczą.
- Lync... - żołądek kapitana zassał się do środka, a potem wywrócił na drugą stronę. Świadomość przecięła jego czaszkę i uderzyła o dno jak zerwana kotwica, świadomość, że przecież nadal czekają na jego brata… - Na bogów, Michał, jeszcze nie jest za późno! Wypuść mnie, a przede wszystkim zamknij przejście, zneutralizuj kryształy!
- Ja... Przepraszam. Nie mogę.
W tym momencie porozwieszane dookoła kryształy zaczęły drżeć, a po chwili migotać.
W rogu izby, powoli, zaczął się formować kształt, okrągła sylwetka. Ktoś się teleportował.
- Nie... - krasnolud siłował się z ustami, ale te tężały jak cement - Nie!

     ***

      - To nie może zadziałać - mruknął w myślach Gahaki.
- Może - odmruknął starzec. - Jest wielce nieprawdopodobne, ale może. To różnica. Z resztą - ustaliliśmy przecież, że nie mamy nic do stracenia.
Mike stawiał kroki z ostrożnością sapera. W rzeczywistości nie przechodził po polu minowym, a po największym z niidarańskich tarasów i z całych sił starał się nie nastąpić na magiczne formuły, które były rozrysowane wszędzie dookoła.
- Jesteś pewny, że

66




to zadziała? – chłopak zapytał bezimiennego z wyczuwalnymi wątpliwościami.
- Ależ oczywiście! - ten odparł pokrzepiająco i bez wahania - Wszystko mam obliczone.
Gahaki zaczął się rozglądać dookoła i syczeć nisko i przeciągle - dla ludzi byłoby to odpowiednikiem wymownego chrząknięcia.
- I... Jeśli mi się uda to odeślecie mnie z powrotem na mój plan, tak? Ściślej, do Terii?
- Nie - zadziwił ich Gahaki. - Jak się uda to Gahaki osobiście przegryzie ci krtań i wysiorbie krew. A potem weźmie twoje suche ciało i zrobi z niego buty.
Zarówno Mikego jak i starca zamurowało. Jeden patrzył na drugiego jakby w oczekiwaniu na wyjaśnienia, ale obaj milczeli. Mieli w sobie coś z dwóch jeleni na drodze, naprzeciwko, których szybko powiększało się światło.
Gahaki zaczął syczeć robiąc regularne przerwy, niby na zaczerpnięcie powietrza. To było tutejszym śmiechem.
- Gahaki uczy się myślenia ludzi. To dla ludzi humor, prawda? Gahaki szybko się uczy – wyjaśnił wąż.
- On... - wymamrotał do Mikego bezimienny. - On chyba żartuje. Tak mi się wydaje.
- Wydaje? - powtórzył ze zrozumiałym przerażeniem Mike.
- Tak! - potwierdził

67




najzabawniejszy z żyjących wężoludziów, Gahaki. - Gahaki śmieszny. Gahaki uczy się ludzi zwyczaje.
- Kto by pomyślał... - starzec wychodził z szoku.
- Gahaki coś nie tak? - Wąż wyszczerzył kły, domyślnie był to gest sympatii.
Mike się nie domyślił.
- Cóż... Porozmawiamy o tym przyjacielu, ale później - odpowiedział starzec.
- Rozrywka wzmacnia ludzi morale. Prawda?
- Tak... Na pewno na nie wpłynąłeś. - Starzec starał się nadać swoim myślom ton pochwały. Ciężko było nie docenić wysiłku rasy, która od tysięcy lat żyje w absolutnej bezpośredniości - przeciwieństwie ironii i zapewne pierwszy raz w całym tym czasie ktoś z nich starał się zażartować. - Dziękujemy.
Niidarae wyprostował się i napuszył z dumy. Zaiste, był pierwszym w historii swojej rasy, który pojął zawiłe zagadnienie jakim było poczucie humoru - tak mu się przynajmniej wydawało. Okazało się, że nie jest to aż tak trudne jak się spodziewał, ale czuł, że minie trochę czasu nim doprowadzi je do perfekcji.
Mike domyślał się, że intencje Gahakiego były jak najlepsze, ale dowód na to, że perfekcyjni niidarae również zawodzą był w jakiś

68




sposób budujący. Prawie tak budujący jak to, że Gahaki najwyraźniej zaczął go traktować jak część wioski.
- A więc... – zaczął Mike, z trudem chwytając słowa, które ze zgrozy poumykały dookoła i nie zdążyły jeszcze wrócić. Złapał kilka i skierował do starca - mam stanąć na środku i wtedy zajmiesz się resztą, tak?
- Tak. A raczej, zaklęcia, które wykreśliłem to zrobią. Wzmocnią twoją moc, to powinno wystarczyć do przełamania bariery. Musisz się po prostu dopasować, być odpowiednio nakierowaną soczewką. Musimy wbić się w barierę jak skupiony promień światła. Jak gwóźdź albo nóż. To wystarczy. Kiedy naruszymy jej strukturę chociaż w jednym miejscu, pieczęci same się rozpadną.
- I co wtedy? - Mike z zaciekawieniem rozglądał się dookoła, ale żadnego z rozpisanych zaklęć nie rozumiał.
- Cóż... szczerze mówiąc nie jestem pewny. To bardzo stare czary, ciężko powiedzieć czego możemy się po nich spodziewać. Ale Gahaki twierdzi, że wszystko powinno być dobrze. A on przecież zawsze mówi dokładnie co myśli. Chociaż po dzisiejszym dniu zaczynam mieć wątpliwości... - Ostatnie starzec pomyślał do

69




siebie.
- No dobra, w sumie i tak nie mamy wyjścia - odparł szybko i zdecydowanie Mike.
Bezimiennego zaskoczyła ta postawa u młodego czarodzieja, ale nie ukrywał zadowolenia.
- Tak, istotnie. Chłopcze... pobyt tutaj zmienił cię, bądź tego świadomy.
Mike nadal rozglądał się dookoła, tym razem po sąsiadujących tarasach. Wężoludzie gromadzili się w oczekiwaniu na wydarzenia.
Przez umysł przeskoczyła mu myśl, że efektowna eksplozja zapewne całkiem by ich usatysfakcjonowała - nawet gdyby był jej kluczową częścią.
- To chyba dobrze – odparł do starca – znaczy… Zmieniłem się na lepsze, tak?
Starzec milczał przez krótką chwilę
- Tak. – Zwrócił głębie kaptura centralnie na Mikego i zaskoczył tym, co przekazał mu w myślach – nie musisz tego robić. Oboje wiemy, że szanse są niewielkie.
- Tak. – Odpowiedział ciężko chłopak. – To prawda. Ale kto to zrobi jeśli nie ja? Jestem ich jedyną szansą. – Przejechał wzrokiem po nagromadzonej widowni, a usta wykrzywiły mu się w bezsilny uśmiech. – Uratowali mnie, a potem gościli. Co prawda po swojemu… Ale jestem im to winny. To jedyny sposób w jaki mogę się im

70




odpłacić.
- Naprawdę chcesz wracać do naszego świata? Za moich czasów nie miał za dobrych perspektyw, a z tego co zobaczyłem w twojej głowie, niewiele się zmieniło na lepsze… Poza tym… - zrobił pauzę i spojrzał w niebo tak jakby patrzył prosto na nasz wymiar. – Nawet kiedy nie byłeś w stanie jej używać, dało się w tobie wyczuć czerń. Jeśli tam wrócisz to wszystkie istoty, nawet najgorsze, będą tobą gardzić lub bać się ciebie jeszcze bardziej niż wcześniej. Taka jest natura naszego świata. Wypełniona strachem, złością i nienawiścią.
- To bez znaczenia. – Mike pokręcił głową.
Starzec wsłuchał się w jego myśli i westchnął, zarazem z zawodem jak i z dumą. Głupota i naiwność Mikego względem naszego świata była jednym, ale to nie na tej podstawie chłopak podjął decyzję – ta kwestia była sprawą całkowicie drugorzędną. Mike musiał wrócić, bo po prostu nie mógłby pozostać w tym świecie, nie odpłacając się niidarae. Tak jak było napisane w księdze i tak jak sam starzec mu nieraz wspominał – wszystko jest wymianą. A Mike zamierzał zapłacić swoją część.
- Bogowie… - niecierpliwił się

71




Mike, a jego ekscytacja powoli zaczęła ustępować zdenerwowaniu i strachowi. - Możemy już zaczynać?
- Tak, możemy... – Starzec ukłonił się i rozłożył uprzejmie ręce, a następnie odsunął o krok.
Mike ruszył ku środkowi tarasu. Obserwatorów przybywało.
Nagle pomyślał o Tomie i poczuł jak bardzo mu go brakuje. Tom zawsze wydawał się być jedyną osobą, która go naprawdę rozumiała. Niby miał jeszcze Kreatora, Tigo, Tanta, Lynca, całą Atlantydę, ale to nie było to samo. Zawsze, nie ważne ilu ludzi miał wokół siebie, czuł się w jakiś sposób samotny. Aż do teraz. Tutaj - w tym tak bardzo obcym i odległym miejscu - z jakichś powodów to uczucie zniknęło. Nie miał pojęcia dlaczego, ale z drugiej strony... nie musiał, przestał się nad tym zastanawiać.
Jeśli w jakikolwiek sposób mogę tym istotom pomóc... – pomyślał - zrobię to.
Przypominał sobie każdy dzień kiedy mijał ich rano, oddanych perfekcji, doskonaleniu się. Wytrwale pracujących, aby być lepszymi. Poświęcających się temu w całości. Zamkniętych od stuleci w ich wspaniałym, ale nadal więzieniu. Oddzielonych od przyjaciół, rodzin, którzy mogli już

72




od setek lat nie istnieć.
- Jeśli mogę im jakkolwiek pomóc, zrobię to… Muszę.
Przypomniał sobie jak milczeniem znosili jego obecność, a musieli przecież wyczuwać siedzącą w nim czerń. Do tego jego złość, jego niecierpliwy natłok myśli, zaburzający panującą tutaj aurę i jej harmonię.
Myśli, myśli, znowu dużo myśli – pomyślał z rozbawieniem i postarał się wyciszyć. W końcu miał się zmierzyć ze stuletnimi zaklęciami, splecionymi przez jakiegoś potężnego mieszkańca wymiaru, z którego wycieka pradawne zło i czarna magia. Nierozpraszanie się zbędnymi detalami wydawało się być jak najbardziej na miejscu.

     ***

      - Na wszystkie diabły, co się dzieje! - krzyknął zaskoczony Lync.
Wzrok po portacji nie zdążył mu jeszcze powrócić, a ciało przeszył bolesny prąd, jak... Jak zaklęcie paraliżujące.
Padł na ziemię jak kłoda.
- Zapłacisz mi za to... - mamrotał przez zaciśnięte wargi kapitan Taucki do gospodarza. Próbował się szamotać, ale pułapki runiczne na podłodze były wykreślone tak jak należy. Nie mógł nic zrobić. - Michał... Cesarz was zabije, to pewne. Ale jeśli twoje dzieci jakimś cudem

73




przeżyją, pewnego dnia ktoś upomni się za to co zrobiłeś dzisiaj. Masz moje słowo.
Gospodyni nadal stała nieruchomo, blada jak mąka, którą miała utytłaną całą suknię.
- Ja... Lew, naprawdę nie mieliśmy wyjścia - próbował tłumaczyć gospodarz.
- Lew? - odezwał się sparaliżowany i ślepy Lync. - To ty? Bracie, co się dzieje?

     ***

Trzy zamaskowane postacie obserwowały wydarzenia przy młynie. Obserwowały siedząc ukryte w krzakach, zastygłe w strachu.
Kilka chwil temu obserwowały mistrzowską, prawie bezszelestną rzeź małego oddziału, który znajdował się pod lasem - ledwie sto metrów od nich.
Potem równie mistrzowskie skrytobójstwo dwóch ostatnich żołnierzy znajdujących się już pod samym młynem. Nie padł nawet jeden strzał, nie rozległ się jeden głośny krzyk. Żołnierze nie zdążyli dobyć swoich karabinów, pistoletów czy nawet noży. Rozbrzmiał jedynie świst kilku bełtów, a jedno uderzenie serca później ktoś znalazł się pomiędzy nieszczęśnikami i podcinał wszystkie tętnice. Nikt w całym oddziale nie zdążył się zorientować w tym co zaszło. Zabójca był jak duch. Jak demon.
Trzem zamaskowanym

74




rebeliantom nie było szkoda cesarskiego wojska, ale ktoś kto z taką łatwością odbiera życie innym, z rozpędu mógłby je odebrać również im. Nie mógł być częścią rebelii – na pewno by o nim słyszeli - a i nie spodziewali się żeby miał się zastanawiać nad zabiciem ewentualnych świadków.
- Generale, będziemy tak siedzieć i patrzeć na to? - odezwał się cicho, leżący plackiem elf.
Z wyglądu - jak to u elfa - nie można było ocenić jego wieku, ale wątpliwy i drżący ton sugerował, że jest dość młody.
- A co niby chcesz zrobić? - wycedził przez zaciśnięte zęby generał.
W przeciwieństwie do dwóch pozostałych nie był elfem. Sylwetkę miał podobną, ale był trochę wyższy, bardziej czerwonoskóry a ponad połowę twarzy miał skrytą za bujnymi, krzaczastymi wąsami. Ewidentnie był trollem.
- Szkoda ci cesarskich? – wtrącił się drugi z elfów.
- Czerwone Kaptury zawsze wykonują zadanie - kontynuował generał. - Na prawdę myślisz, że bylibyśmy w stanie coś im zrobić? Przeszkodzić? Lepiej módl się żeby nas nie wyczuli. Tam jest kolejnych dwóch. Będzie razem już trzech.
- A mnie raczej zastanawia – znowu

75




podjął drugi elf - jaki mają w tym cel. Bo z tego co się słyszy to raczej zakolegowali się z cesarzem. Więc niby po co mieliby teraz mordować jego wojsko?
- A ten drugi – pierwszy elf wyciągnął palec - ten którego wyciągają z młyna to kto? I jak się tam znalazł?
- Na Peruna... - zaklął cicho troll. - To drugi z braci. Chyba... Lync jeśli dobrze kojarzę. A więc to nie przypadek, zasadzili się na nich... Ciekawe czy jest też trzeci.
- Braci Tauckich!? Generale, ale jak to tak? Czy to nie właśnie Tauccy szkolili Czerwone Kaptury? A oni ich teraz... - Nie było pomyłki, elf musiał być młody.

***

      Niebo zaszło migoczącymi ciemno chmurami, ale to nie na niebie, a w wiosce węży błyskało.
Mike czuł jak moc wzbiera dookoła, jak warstwy żywiołów ścierają się ze sobą i eksplodują błyskawicami. Jak mieszają się w zupełnie nowe elementy, takie których nie potrafiłby nawet nazwać.
I to on prowadził całą tą moc. Niczym malutki stateczek holujący gigantyczną, lodową górę. Z zamrożonymi wewnątrz przedwiecznymi potwornościami…
Delikatnie sugerował jej gdzie ma się poruszyć, ale nie byłby w stanie jej zatrzymać lub

76




zmienić kierunku gdyby coś poszło nie tak.
Czuł na sobie ciężar wszystkiego co się działo dookoła, magia chciała go zgnieść, wyzwolić się, ale runy rozrysowane na tarasie skutecznie ją powstrzymywały. Trzeszczały i skrzypiały, mieniły się wszystkimi kolorami i strzelały piorunami, ale póki co - jakoś dawały radę.
I wtedy ucisk zniknął, całkowicie. Zniknął cały ciężar, z którym musiał się zmagać, zniknął cały świat, pozostała jedynie ciemność. Jego mięśniom ulżyło.
W ciemności zaczęły pojawiać się błyski, bardzo delikatne, na jakiś sposób... ciemne. Błyski zaczęły rozciągać się na wiązki, a potem krystalizować w nitki. Potem zaczęły się łączyć w gigantyczną, olbrzymią sieć, która objęła cały mrok aż po niewidoczny horyzont.
- Bariera... - wymamrotał Mike. - To jest bariera. To są te pieczęci.
Poczuł wymiar wężów. Nie widział go, nie czuł fizycznie, stopami czy czymkolwiek, ale czuł, że go otacza, że jest tam gdzieś za warstwą ciemności.
Co teraz... Co mam teraz zrobić - zastanawiał się. - Te czary najwyraźniej mnie wchłonęły. Uwięziły wewnątrz bariery.
Poczuł obecność,

77




próbowała się przedrzeć przez mrok, jak samotny promyk światła zagubiony w skomplikowanej jaskini, szukający wyjścia z drugiej strony.
To bezimienny - zorientował się Mike. - Co mam zrobić? Co mam zrobić?!
Liczył, że starzec może jakimś cudem usłyszy jego myśli.
Usłyszał. I odpowiedział
- Musisz przebić się przez barierę. Wystarczy, że ją naruszysz.
Na bogów, ale jak... - intensywnie się zastanawiał, ale tylko jedno mu przyszło do głowy. Utkał w dłoni prostą kulę ognia i cisnął nią w skonstruowane z sieci sklepienie.
Kula rozbiła się -zupełnie bez dźwięku - a potem wchłonęła w plątaninę pradawnych pieczęci.
Wydawało mi się czy naprawdę... - pomyślał i spróbował jeszcze raz.
Nie – tym razem był pewny. Bariera drgnęła, minimalnie, prawie niezauważalnie, ale jednak.
Przy wystarczająco dużej mocy może udałoby mi się ją rozbić - ocenił.
Zamknął oczy, skoncentrował się, a w jego dłoni zmaterializował się ostry odłamek czystej czerni.
Zacisnął dłoń i poczuł jak ciepła krew przecieka mu przez palce, jak wzmaga się w nim czarna moc.

     ***

      - Dobrze cię widzieć - Lync próbował mamrotać przez

78




zaciśnięte usta.
Lew nie odpowiedział. Nawet w pełni sprawny - nie potrafiłby. Nie wiedział czy jego brat ironizował czy nie, ale czuł się paskudnie.
Burczykowski z każdej strony poobklejał ich runami tak aby mieć pewność, że na pewno się nie uwolnią. Dopasował je w taki sposób żeby bracia mogli przynajmniej przebierać nogami. Gospodarz wyprowadził ich przed młyn, a tam odebrała ich rosła, zakapturzona postać w ciemno-szkarłatnym, nieomal czarnym płaszczu. Była wielka, musiała być ogrem lub jakimś mutantem, ciężko było dostrzec pod workowatym kapturem. Lew musiał się jej lepiej przyjrzeć aby to ocenić.
Postać podczas krótkiego marszu przez polanę okazała się być ogrem. Jej twarz nadal była skryta w cieniu kaptura, ale budowa ciała i ruchy były charakterystyczne właśnie dla takiego gatuinku. W równej walce kapitan bez problemu by sobie z nim poradził, ale teraz nie mógł nic zrobić. Co gorsza, dwa kolejne Czerwone Kaptury już na nich czekały, Te były postury ludzi.
Jeden był kobietą, Lew wziąłby ją za zwykłą ludkę, ale błyszczące w cieniu oczy sugerowały coś innego. Obstawiał nimfę, prawdopodobnie o

79




Teriańskich korzeniach.
Drugi miał twarz ukrytą pod maską przypominającą mechaniczną sowę.
Obaj bracia znali tę maskę, znali również jej właściciela. Obaj przed latami byli jego nauczycielami. Lew nie spodziewał się, że okaże im sentyment, wręcz przeciwnie, wiedział, że tak nie będzie. Gdyby było inaczej, może nawet trochę by się na nim zawiódł. Wyszkolił go dobrze. Najlepiej jak potrafił.
Ogr cisnął oba krasnale przed Sową tak, że te wylądowały na kolanach.
Gospodarz schował się w młynie i zatrzasnął drzwi.
Sowa nachylił się do więźniów, przyjrzał runom po czym odkleił po jednej przy szyi, zwanej potocznie kagańcem.
Mogli swobodnie mówić.
- Lync... - zaczął, kręcąc głową, Lew - Ja...
- Wrócimy do tego po drugiej stronie - odparł zdecydowanym i dumnym tonem Lync. - Nie martw się, powinienem być przygotowany na taką ewentualność. Opuściłem gardę, nie sprawdziłem co czeka po drugiej stronie portalu. Nie obwiniaj się bracie.
Lew zupełnie nie wiedział co powiedzieć.
- Spotkanie po latach - zaczął Sowa głosem przytłumionym przez maskę, zupełnie beznamiętnym. - Żałuję, że w takich

80




okolicznościach.
- Nie pieprz - warknął Lync. - Rób co masz robić. Chyba, że chcesz nas puścić, wtedy puść. Ale nie pieprz!
Kobieta parsknęła z ubawem. Lync spojrzał na nią groźnie, ale ta nie przejęła się.
- Nie wiem czemu Czerwone Kaptury zaprzedały się Jagsowi - podjął cicho Lew - ale kiedy cesarz dowie się, że macie w swoich szeregach nimfę, jej też nie oszczędzi. Czego jesteś panią, traw? Brzeginką? A może rusałką? Wybacz, nie widzę dobrze twoich oczu z tej odległości.
- Jest rusałką, wodną - wyjaśnił krótko Sowa i nachylił się do nich. - Moi mistrzowie, wyszkoliliście mnie dobrze, nie wciągniecie mnie w rozmowę o czymkolwiek co nie jest oczywiste. Możesz przestać próbować, mistrzu Lwie. Nawet jeśli bym chciał to i tak nie powiem wam szczegółów tego co się dzieje. Nawet jeśli was zabiję to i tak nie mogę wiedzieć kto przypadkiem słucha dookoła, czyż nie? Dobrze zapamiętałem wasze lekcje.
Lync prychnął
- Za dobrze cię wyszkoliliśmy – rzucił – jak na to co robisz. Gdybyśmy wiedzieli, że tak sko... – urwał i jęknął.
Osunął się na ziemię targany drgawkami. Z prawego ramienia sterczał mu

81




bełt, sam strzał nie był niczym specjalnym, nie raz dostał w ten sposób, ale groty owej rusałki były wzbogacone trucizną, różną w zależności od okazji. Ta akurat nie miała zabić, ale powodowała szok w organizmie. A teraz, arcy-boleśnie rozchodziła się po ciele krasnoluda.
Lew zacisnął zęby i z całej siły starał się zachować spokój. Kiedy tylko zorientował się, że Burczykowski go zdradził - już w chacie - wiedział, że jedynie Czerwone Kaptury gwarantują ich zatrzymanie. Spodziewał się, że biorą w tym udział. Z resztą, część informacji, które miał do przekazania była właśnie o owym cechu i o podjętej przez nich współpracy z Cesarstwem. Wiedział też, że jeśli go pochwycą, znajdzie się w sytuacji bez wyjścia. Mimo to nie przestawał planować, nawet teraz, szukał jakichkolwiek rozwiązań. Przynajmniej dla Lynca - na bogów, nie mógł dopuścić, aby jego brat umarł przez niego, do tego w taki sposób.
- Weźmiecie nas na tortury? - starał się grać na czas.
- Mistrzu, proszę cię - odparł Sowa ze znudzonym wyrzutem. - Wiem, że starasz się grać na czas, szukać rozwiązań, a ty wiesz jak to się skończy. Oboje

82




wiemy, że nic z was nie wyciągniemy, a wy wiecie jakie dostaliśmy zadanie. Moje pytanie natomiast brzmi, czy chcesz to zrobić sam? Wiesz, że ta historia nie ma innego zakończenia. To jedyne co mogę wam zaoferować. Na prawdę chcesz bawić się w przeciąganie tego, może jeszcze mam cię pytać gdzie jest mistrz Tigo i tak dalej? – parsknął z ubawem - No dobrze, jeśli chcesz… Gdzie jest mistrz Tigo? Komu zdążyłeś przekazać informacje?
Lew milczał.
- Widzisz - Sowa wzruszył ramionami - wróćmy do rzeczy, które mogą nas do czegoś doprowadzić. Chcesz to zrobić sam?
Kobieta - nie ukrywając znudzenia - ziewnęła i zakręciła bełtem między palcami.

     ***

      Wicher targał szatą starca na wszystkie strony. Zrywał liście wraz z całymi gałęziami.
Monstrualny grom rozciął niebo na dwie części, przeskoczył po całej długości sklepienia rozsyłając dookoła mniejsze, ale nadal ogromne błyskawice. Niebo wyglądało jak ciemne lustro, które zaczyna pękać.
- Gahaki może jakoś pomóc?! - Wężoczłek osłaniał się masywnym rękawem przed wiatrem.
Runy rozciągnięte dookoła dawały koncert wszystkich możliwych kolorów. Taras –

83




dokładnie tak samo jak niebo – pękał, a pęknięcia strzelały piorunami.
- Nie, niestety! - odpowiedział w myślach starzec. - Pieczęci odpowiadają agresją, starają się odbić całą naszą moc, skierowały ją na Mikego! Jeśli on padnie, cała ta energia wbije się w ten wymiar!
- I rozsadzi go... - zgadywał Gahaki.
- Tak.
- Co Gahaki może zrobić?! - Niidarae pochwycił w dłoń błyskawicę, która w swojej bezmyślności miała czelność się na niego rzucić. W ułamku sekundy zakręcił nią jak biczem i wypuścił w niebo, gdzie w efektownej eksplozji zderzyła się z kolejną - wybuchając milionem iskier.
- Absolutnie nic. - Starzec zajmował się zalepianiem run, które zaczęły się rozsypywać. - Nawet ja i moje runy nie pomogą. Bariera wciągnęła Mikego do wnętrza siebie, straciłem z nim kontakt.
- Ale... On przecież ma wystarczająco mocy, nawet bez kontaktu. Runy sięgają tam i dają nawet więcej niż potrzeba!
Starzec zamilkł na moment, westchnął głęboko i w końcu się odezwał
- Tak, mocy nam nie brakuje...
Zostawił rozpadające się runy i pomaszerował ku środkowi tarasu, ku oku nienawistnej, magicznej burzy.

     ***

      Mike

84




dyszał ciężko. Słabł, choć nie wiedział czy to efekt korzystania z czarnej magii czy sama bariera wysysa z niego siły.
Na porozcinanej paskudnie dłoni rozrysował sobie z krwi symbol, runę, a potem cisnął kolejnym, mrocznym pociskiem.
Sieć przyjęła go tak samo jak wszystkie poprzednie, po prostu wchłonęła, bez krzty dźwięku. Syciła się nimi, karmiła. Bawiła, tak jak lew bawi się z pochwyconą antylopą. Antylopą, która sama wyzwała go do walki.
Czarna magia zwiększyła możliwości Mikego, ale można byłoby ją porównać do nowego, niespotykanego motyla, którego udało się pochwycić kolekcjonerowi. Hipotetyczny problem polegał na tym, że kolekcjoner był akurat zamknięty za szklaną szybą i kończył mu się tlen. Motyl był znakomitym odkryciem i na pewno zrobiłby wrażenie w lepidopterologicznym środowisku, ale do rodzaju wrażenia, które kolekcjoner chciał zrobić w tym konkretnym momencie potrzebował raczej cegły. Albo chociaż motyla o wadzę cegły. Nie miał takiego.
Kolekcjoner sprawny w magii przy odrobinie wysiłku byłby w stanie przekształcić motyla w cegłę, ale masa owej iluzji i tak pozostałaby prawie niezmieniona.

85




Masa we wszechświecie - dokładnie tak jak moc czarodzieja - nie bierze się z niczego i wbrew opinii niektórych - zazwyczaj tłustych – czarodziejów nie przybywa od tak sobie.
- Bogowie - wymamrotał bezsilnie Mike - chyba tracę przytomność... Dlaczego to nie działa... Powinienem mieć wystarczająco mocy żeby ją rozbić na pył.
Coś huknęło i tuż obok niego, w ciemności, otworzyła się wyrwa. Po drugiej stronie stał starzec, otoczony dogorywającymi runami na tarasie. Mike poczuł niespodziewaną ulgę, starzec najwyraźniej przejął na siebie resztki mocy zapewnianej przez runy i sam nią pokierował - ściągnął z chłopaka znaczną cześć przytłaczającego ciężaru.
- Chłopcze! - krzyczał do Mikego w myślach. Wyciągnął do niego rękę, aby ten się chwycił i wrócił do wymiaru niidarae. - Odpuść! Nie damy rady! Bariera odbija całą moc, nie rozpoznaje jej! Potrzebowalibyśmy zdecydowanie więcej czerni żeby to zrobić! Nie jesteśmy w stanie!
- Więcej czerni... - Powtórzył Mike, ignorując wszystko inne.
Spojrzał na wężoludziów stojących w oddali za starcem i zacisnął wargi.
Podjął decyzję… - pomyślał do siebie starzec.

86




Uważnie śledził myśli chłopaka i wiedział, że ten już nie wróci. Zaskoczył go żal, który poczuł.
A potem śledził materializujący się w dłoni Mikego, utkany z ciemności nóż.
Mike stęknął, a przytłaczająca ciemność połknęła i stłumiła jego krzyk. Poczuł jak opuszczają go resztki sił, jak przez rozpłatany brzuch wraz z krwią wyciekają z niego resztki życia. A mrok dookoła chłonął je, jak gąbka. Spijał niczym nektar.
Chłopak próbował zebrać w sobie skupienie ten ostatni raz, dla tych ostatnich czarów. Oddał się ciemności, ale nie tej dookoła, a tej, która była w nim. Poczuł jak zapalił się w jego wnętrzu - ledwie zatlił - zimny płomyk, a potem poczuł jak eksplodował i rozlał się falą po całym jego ciele. Poczuł przypływ czarnej energii. Poczuł jak wypełnia go czerń.
Niespodziewanie uderzyło w niego ciepło płynące z planu wężów, resztki osobistej mocy ofiarowanej przez starca i cała potęga jego run.
Poczuł, że jest w stanie rozbić barierę. I był.
W zakrwawionych dłoniach utkał kulę mrocznej energii. Kulę którą opłacił całym swoim życiem. Wzmocnił ją wszystkim co ofiarował mu

87




bezimienny i wypuścił przed siebie.
W mgnieniu oka wyrwa zamknęła się i starzec stracił go z oczu. Chwilę później na niebie nad planem wężów skrystalizowała się gęsta, magiczna sieć i tak samo nagle jak się pojawiła - spopieliła się niby podpalona nitka.
Niidarae były wolne, ale…
Gahaki drgnął niespokojnie. Na ich wioskę spadały resztki energii wyzwolone w ostatnim oddechu bariery. Pędziły jak niszczycielska lawina - gotowa, aby pogrzebać pod sobą wszystko co spotka na swojej drodze.

****

      Elf kończył zakładać ostatnie pułapki. Zaminował już całą polanę, chałupę, a teraz kończył młyn. Jego zdziwienie było ogromne gdy w potylicę stuknęła go zimna lufa, w akompaniamencie typowego kliknięcia sugerującego odciągnięcie młotka rewolweru.
Uniósł drżące ręce, nie odwracał się.
- Jak... Jak... – jąkał się. Był młody i bardzo przestraszony. - Przecież dookoła roi się od pułapek, jakim cudem mnie podszedłeś?
Młodzieniec spodziewał się najgorszego. Ów ktoś nie tylko ominął jego miny i eksplodujące runy, ale zbliżył się do niego całkiem niepostrzeżenie. Nieczęsto to się zdarzało, właściwie…

88




nigdy.
To musiał być któryś z Czerwonych Kapturów – domyślił się elf. - Najwyraźniej tylko udali, że się oddalają, a potem wszyscy - albo tylko ten tutaj - obserwowali młyn.
Oddech mu przyspieszył, a oczy zawilgociły się.
- Posłuchaj mnie uważnie – odezwał się niski, surowy, krasnoludzki głos - coś tu się wydarzyło, ty wiesz co. I opowiesz mi o tym.
Zaraz... Tego kogoś nie było tu wcześniej? A więc mógł nie być Czerwonym Kapturem? A może to tylko sztuczka, aby wyciągnąć więcej informacji?
- Ja... - elf nie zdążył dokończyć. Wystrzał tuż obok głowy całkiem go ogłuszył.
W podłodze dymiła dziura wielkości koła od wozu.
Młodzieniec odskoczył i odruchowo się odwrócił aby spojrzeć ze zgrozą na broń, która była w stanie wyrządzić takie zniszczenia. Z drugiej strony... taka broń niespecjalnie nadawała się do skrytobójstw.
Pistolet był masywny, a do lufy mógłby wsadzić całą rękę - aż po łokieć. Po bokach wynalazku odchodziło kilka rurek, zaworów i dźwigni.
Elf zastanawiał się czy to nadal technomagia czy już czysta technika, ale jedno było pewne… albo chociaż prawdopodobne - ten krasnolud

89




nie był Czerwonym Kapturem. Gdyby sam oręż nie wystarczył, wykluczał go jeszcze elegancki garnitur. Do tego kopcił cygaro, a i te ciemne okulary oraz melonik również jakoś nie pasowały do legendarnego cechu skrytobójców. Nie tylko nie był Czerwonym Kapturem, ale najpewniej nie pochodził też stąd.
Nieznajomy poczekał aż elfowi przestanie szumieć w głowie i odzyska słuch, nie odzywał się na razie.
- Ja... - podjął elf, kiedy mniej więcej wróciła mu sprawność. Znowu nie zdążył dokończyć.
- Niech zgadnę - wtrącił się basem krasnolud i opuścił broń. Zaczął się nonszalancko przechadzać po izbie, bez śladu wysiłku omijając wszelkie zastawione pułapki, czasem o dosłowne milimetry. Mogłoby się to wydawać dziełem przypadku, niewiarygodną boską opatrznością, ale nie było.
- Nie wyglądasz mi na przedstawiciela cesarstwa - kontynuował tajemniczy krasnal. - Tym bardziej nie miałbyś wtedy powodu na zastawianie tych wszystkich pułapek. Na kogo, zwykłych młynarzy? Szkoda ich nawet na ewentualnego czarodzieja. Może cygaro?
Elf energicznie pokręcił głową. Słuchał ze strachem, ale i najwyższą uwagą.
-Oho! - Krasnal

90




odnalazł w końcu spiżarnie. Sięgnął po butelkę wina, odkorkował, obwąchał, zachwycił się przez moment i przechadzając się z nią, analizował dalej – gdybyś był z cesarstwa, mógłbyś po prostu puścić tą budę z dymem. Chyba, że zasadziłbyś się na grubszą rybę... Ale sądząc po tobie – spojrzał pogardliwie z ponad ciemnych okularów - nie wydaje mi się. Rabuś i złodziej też by się nie kłopotał pułapkami, niby po co. Wniosek pozostaje jeden... Kłopotałeś się i zaminowałeś okolicę nie dla, ale na Cesarstwo! Które pewnikiem się tu zjawi jak ktoś odkryje ten wybity pod lasem oddział…
Elf milczał w zdumieniu.
- Kim pan jest? - przełamał w końcu zaskoczenie i strach.
- Tigo Taucki. - Krasnal chwycił się uprzejmie za cylinder. - Do usług! A teraz, opowiedz mi co tu się stało.

     ***

      Coś wyrwało Mikego ze snu. Cały dygotał. Leżał w lesie, gęstym, zimnym i wilgotnym.
Pomacał się po brzuchu, ale – ku jego wielkiemu zdumieniu - nie było tam dziury.
Coś trzasnęło, bardzo blisko... Obok dogorywało ognisko.
Ktoś musiał tu być - szybko ocenił i odruchowo wyzwolił w dłoni magię ognia, ale pojawił się tam

91




tylko delikatny płomyk i zaraz zgasł. Młody czarodziej z niezrozumieniem pokręcił głową i spróbował sięgnąć głębiej, do czarnej magii, ale ta również nie odpowiadała.
Nagle zorientował się, że coś wisi mu u biodra - jego rewolwer! - Tak dawno go tam nie było, że prawie o nim zapomniał, ale... co się właściwie stało, co takiego się wydarzyło? Ostatnim co pamiętał była ciemność, bariera i... umierał.
Spróbował wczuć się w aury dookoła aby trochę lepiej określić swoją sytuację. Chwile trwało zanim się do nich dopasował – nigdy nie był w tym dobry - ale kiedy to zrobił, zrozumiał.
Aury, całe otoczenie było inne. Pogłębił swoje dopasowanie do otoczenia – cztery podstawowe elementy układały się tutaj trochę inaczej niż w świecie niidarae - i na powrót spróbował wzniecić w dłoni płomienie, tym razem się udało. Chociaż... ogień był mniejszy, i bynajmniej nie tak wspaniały jak zdążył się przyzwyczaić. Przez moment zatęsknił za planem wężów, tam czarowało się łatwiej.
Kojarzył to miejsce, na pewno wrócił do swojego świata, ale czy ten las... Czy to mogła być Pradawna Puszcza? Na prawdę

92




trafił do Terii? I co się stało z planem wężów, udało się?
Coś poruszyło się w krzakach, a Mike natychmiast dobył broni. To uczucie... To znajome uczucie było cudowne, tak bardzo mu tego brakowało, jego wspaniałego runicznego rewolweru. W drugiej dłoni rozpalił ogień, a płomienie w ułamku sekundy pociemniały, zalewając się purpurą.
Cokolwiek nie nadchodziło, Mike był gotowy.
Chwilę potem boleśnie odleciał do tyłu, a jego rewolwer poszybował gdzieś w bok.
Przed nim ukazała się śnieżnobiała szata, z wyszywanymi u podstawy płomieniami. Znał ją.
- Kreator... - Wymamrotał oszołomiony.
- Spóźniłeś się. - Odparł jego mistrz.

     ***
Tigo i elf An’Dudus – jak się krasnoludowi przedstawił - przedzierali się przez chaszcze porastające Pradawną Puszczą. Szlak nie był wygodny, ale elf nalegał, aby wybrać akurat tę, bardzo dobrze ukrytą ścieżkę. Krasnolud rozumiał.
Nie zmieniało to faktu, że po pierwsze: nie spodziewał się iż elf zdradził mu swoje prawdziwe imię, a po drugie: był niemal pewny czekającej na niego zasadzki. Gdyby mu się chciało, może nawet byłby w stanie ją wypatrzeć.
Ale mu się nie

93




chciało. Mimo to, postanowił się przynajmniej na nią przygotować.
- Przepraszam, może mnie pan podrapać po czole? - odezwał się An’Dudus, wykonując głową ruchy na wszystkie strony. - Te węzły naprawdę dobrze trzymają.
Rzeczywiście - Tigo związał go tak, że ten mógł tylko pomału przebierać nogami. Krasnolud dobrze wiedział, że nawet gdyby oboje szli wolni i gdyby mu się chciało, bez problemu dogoniłby elfa jeśli ten zacząłby uciekać.
Nie tylko mu się nie chciało, ale tym razem był jeszcze jeden powód takiego stanu rzeczy. Krasnal wiedział, że lepiej będzie na razie zachować swoją nietypową - wzmacnianą technomagicznymi protezami - sprawność w sekrecie. A że elf zapewne nie podał mu swojego prawdziwego imienia, Tigo uznał to za uczciwą wymianę.
Zatrzymał się.
- Podejdź no tu, dzieciaku - polecił i z lekkim ociąganiem, ale koniec końców zgodnie z życzeniem podrapał więźnia.
Po chwili maszerowali już dalej. Zgodnie z planem - prosto w zasadzkę.
- W życiu nie spodziewałem się, że spotkam prawdziwego Tauckiego - powiedział elf z nieudawaną ekscytacją w głosie. - Krążą o waszej trójce legendy!
- Teraz to

94




już raczej jedynce.
- Ahh... - An’Dudus zmitygował się i spuścił wzrok. Zwolnił trochę i został z tyłu. - Przepraszam, nie powinienem był poruszać tego tematu.
Tigo nie zamierzał na niego czekać, wiedział, że elf nie chciałby zostać tu sam, zwłaszcza związany. Chyba że...
- Skądże! Co się stało to się rozlało. Czy jakoś tak... Trudno – odrzekł krasnal, a jego głos nie zdradzał żadnych emocji. - Nie zmienię tego. A moi bracia na pewno nie chcieliby żebym się za nimi użalał! Powiedz mi lepiej, daleko jeszcze?
Ledwie skończył zdanie, a impuls - dziki instynkt - przeszył jego skronie. Wstrzymał nogę w połowie ruchu - tuż nad rozciągniętą nicią. - Gdyby ktoś był w ogóle w stanie ją dostrzec, przypominała najzwyklejszą, zerwaną przez wiatr pajęczą sieć.
Tigo sam nie wiedział czy rzeczywiście ją dostrzegł, a może po prostu jakimś cudem wyczuł. W każdym razie - dobrze znał takie pułapki. Wiedział jak wielkiej wprawy i precyzji wymagają. Z aprobatą przytaknął głową.
Założyć takie maniczne sidła wcale nie jest łatwo – pomyślał i wyciągnął cygaro, które bez pośpiechu zapalił. W międzyczasie

95




leniwie rozglądał się dookoła, głównie po wysokich, liściastych koronach.
- Zejdą do nas czy nas zastrzelą? – rzucił beznamiętnie w kierunku elfa.
- Przepraszam, ale czy Pan się nigdy nie denerwuje? - An’Dudus nie ukrywał zdziwienia. Tigo spacerkiem ominął wszystkie pułapki przy młynie, potem z równie dziecinną łatwością obalił go i związał kiedy ten starał się uciec. Jeszcze później, sam, gołymi rękoma i jakąś dziwaczną dźwignią powalił dzika, który wyskoczył na nich znikąd, a teraz jak gdyby nigdy nic stał tam, niewzruszony, zdając sobie sprawę, że zapewne mierzą do niego ze wszystkich stron i spokojnie popalał cygaro, bawiąc się wypuszczanym dymem.
- Nie, chłopcze - zaśmiał się krasnolud, ukrywając prawdę. - Nigdy.
Z drzewa przed nimi zeskoczył elf, Tigo od razu poznał po jego ruchach, że musi być starszy od jeńca.
I zdecydowanie bardziej doświadczony... - pomyślał.
Musieli się też z jeńcem znać, a może nawet być w jakiejś zażyłości, bo od razu poczęli rozmawiać, w niezrozumiałym dla krasnala języku.
- Dobra, dość tego blondaski – warknął. - Później dacie sobie buzi. A teraz,

96




prowadźcie mnie do waszego dowódcy. Bo chyba nie dowodzi wami kolejna kobitka, co? - Wbił spojrzenie w starszego z elfów.
- Nie, Panie - szybko potwierdził zza jego pleców An’Dudus i zwrócił się do swojego przyjaciela, już w kontynentalnym-wspólnym - to Tigo Taucki! Uwierzyłbyś?
Mina starszego z elfów pozostawała sroga.
- Mało mnie to przekonuje - odpowiedział, pełen pretensjonalności i wyższości. - Jego parszywy, jednooki brat był psem Cesarstwa. Jaką mamy pewność, że i on taki nie jest?
Tigo sapnął ciężko i machnął od niechcenia ręką na znak aby An’Dudus dołączył do swojego towarzysza.
Ledwie więzień się zbliżył do starszego kompana - Tigo wyciągnął spod płaszcza drugi, mniejszy pistolet i oddał błyskawiczny strzał, tak precyzyjny, że kula rozcięła kilka warstw sznura, zupełnie nie naruszając zakładnika.
Ku przerażeniu starszego elfa, pod sznurem był ukryty cały pęczek górniczych granatów... do których Tigo teraz bezceremonialnie mierzył.
Coś zaszeleściło w koronach dookoła. Starszy elf natychmiast krzyknął coś w górę, zapewne na znak aby wstrzymać ogień.
- Jak widzisz, wasza zniewieściałość

97




– podjął krasnal kładąc teatralny, ale przerażająco przekonujący akcent na to co mówił – gdybym chciał was zabić, już bym to zrobił. A gdybym chciał zabić waszego dowódcę, na pewno nie ryzykowałbym w ten sposób, nie wystawiałbym się na wasze piękne, dziewczęce oczęta. Dlatego bądź tak miły i ściągnij tu swoich kochasiów z drzew. Wszystkich ośmiu. A... - dodał z serdecznym, złowieszczym uśmiechem – i jeszcze jedno. To był ostatni raz kiedy pozwoliłem ci obrazić moich braci.
Młodszy z elfów patrzył ze zgrozą na to co się dzieje. Drugi szepnął coś sam do siebie. Potem odezwał się na głos, z nieukrywaną antypatią
- Czego chcesz od naszego dowódcy? Masz jakieś wieści do przekazania?
- Nie, chłoptasiu - zaśmiał się krasnal. - Właśnie się do was przyłączam. Mam z cesarstwem rachunki do wyrównania. A z tego co opowiadał mi ten drugi – wskazał bronią na An’dudusa – myślę, że mamy ze sobą wiele wspólnego. Może się nawet zaprzyjaźnimy.
Pstryknął w starszego z elfów resztką wypalonego cygara.

     ***

      Zdecydowana część wioski była zniszczona. Rozpadła się wraz z jednym z trzech wielkich,

98




wspaniałych drzew kiedy bariera wydała swoje ostatnie tchnienie i wypluła resztki zapieczętowanej w niej energii.
Gdzieś tam - pod warstwami gruzów - leżało ciało bezimiennego starca. Mike nie poznał nawet jego imienia. Tym bardziej nie dowie się o tym co starzec dla niego zrobił. Nigdy nie usłyszy o tym, że oddał on za niego swoje życie.
Cóż... Zrobił to z uśmiechem na ustach, to było w końcu najwspanialsze z jego zaklęć. Nie istnieje wiele czarów bezpośrednio związanych z życiem, to zbyt skomplikowana dziedzina, ale poświęcenie swojego za czyjeś... Czy mogłoby istnieć piękniejsze zaklęcie?

     *****

99




Wyrazy: Znaki: