Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Ostatni czarodziej (Aisel 1, ver. nowa, poprawiona)ikonka kopiowania

Autor: Fortune twarz męska

grafika opisu

rozwiń




Pomału, zupełnie bez pośpiechu, spod ziemi wypełzał strumień, stokrotki rozciągały się leniwie ku górze, a dookoła szumiał gaj - trochę na podobieństwo bardzo długiego ziewnięcia. Zaiste, piękny to był poranek. Pierwszy poranek lata.
- A niech to diabły pochłoną, ile można! - Białowłosy młodzieniec cisnął prowizoryczną wędkę w potok i spojrzał błagalnie ku górze.
Przez liściaste sklepienie przebijało się jak na złość czyste, niebieskie niebo. Gdyby było paromobilem, Aisel z przyjemnością poprzebijałby mu opony - dawno nie czuł się tak rozgoryczony jak teraz.
Mruknął jeszcze coś pod nosem, po czym zaczął się konspiracyjnie rozglądać.
Upewniwszy się, że nikogo nie ma w pobliżu, wczuł się w aury - rosa na liściach orzechów ścięła go chłodem, jakby przenikając przez skórę i wnikając bezpośrednio do krwioobiegu. Poczuł przyjemny, orzeźwiający dreszcz.
Po chwili ściągnął twarz w skupieniu, a przed jego oczami zaczęła się krystalizować cieniutka, błyszcząca nić. Wiła się przez moment w powietrzu, a potem wystrzeliła w kierunku strumienia i z pluskiem zanurkowała w wodzie.
W przeciągu kilku

1




oddechów wróciła, już z nadzianym nań i obwiązanym wokoło łososiem.
Na twarzy Aisela zagościł szeroki, wygłodniały uśmiech. Uniósł rękę, aby upiec zdobycz, ale zorientował się, że coś się zmieniło... Nie był już sam.
Aura obecności promieniowała zza pobliskiego drzewa.
Chłopak wywrócił oczami na myśl o układaniu ogniska - żaden szanujący się czarodziej nie powinien wykorzystywać magii z czystego lenistwa. Przynajmniej nie kiedy ktoś patrzy. Bo kiedy nikt nie patrzy, żaden szanujący się czarodziej nie będzie przecież fatygował się takimi głupotami jak zbieranie opału.
- Wychodzisz? - zawołał ze znudzeniem. - Wiem, że tam jesteś.
- Ja... – odpowiedział drżący, przestraszony głos. - To chyba nie jest dobry pomysł, naprawdę.
Taka odpowiedź zaciekawiła czarodzieja, tym bardziej, że on sam nie wyglądał groźnie. Po prawej części jego twarzy ciągnął się, przechodząc przez oko, romboidalny tatuaż - przywodził na myśl jakąś rytualną pamiątkę, raczej spoza kontynentu, ale nie psuł ogólnie sympatycznego wrażenia jakie sprawiała młoda twarz Aisela. Do tego miał na sobie zwykłe, wytarte bawełniane

2




spodnie i starą koszulę. I żadnej broni. Ciężko było się spodziewać, że tak ubrany, chudy, na oko ledwie pełnoletni młodzian kogoś wystraszy czy chociaż onieśmieli. Owszem, większość mieszkańców lasu podświadomie wyczuwała niebezpieczeństwo jakim był dla nich niepozorny Aisel i nawet się nie zbliżała, ale gatunki zdolne do mowy zwykle nie posiadały takiej umiejętności.
- Nie bój się, nic ci nie zrobię – rzekł uspokajająco czarodziej.
- Nie, naprawdę. Ja już pójdę...
Mag nie odpowiedział.
Przeciągła chwila milczenia musiała zaciekawić ową tajemniczą postać, bo ta w końcu zdecydowała się - z ogromną ostrożnością - wyjrzeć zza konaru.
Po białowłosym nie było śladu... Prawie. Na trawie pozostał soczysty łosoś.
- O nie! - Postać jak poparzona wyskoczyła w kierunku ryby i z wielką czcią chwyciła ją w dłonie. - Ja, przepraszam! Nie chciałem, naprawdę!
- Nie martw się - odezwał się głos zza jej pleców. Aisel nonszalancko opierał się o drzewo. - Tu jestem. I nic mi nie jest.
Ledwie skończył zdanie, wzdrygnął się - tajemnicza postać nie była człowiekiem, właściwie ciężko było określić czym

3




była naprawdę. Jej głowa była wielka, ciemna i cała owłosiona. Ogromne, owadopodobne ślepia błyszczały od wilgoci, a w miejscu nosa i ust miała wypustki przypominające króciutkie macki.
- Ty... Jesteś czarodziejem - stwierdził niepewnie potwór i zawahał się na krótki moment. - Nie boisz się mnie?
- Nie... - odparł Aisel, starając się ukryć drżenie głosu. Rzeczywiście, nie bał się, choć był nie lada zdziwiony takim spotkaniem. - Kim jesteś?
- Cóż... Właściwie to nie mam imienia. Możesz mnie nazywać jak chcesz.
- Ja jestem Aisel - przedstawił się białowłosy i podszedł do dziwnej istoty. Wyciągnął przyjaźnie rękę, ale na widok owłosionych łapsk szybko zacisnął ją w pieść.
- Co robisz? - Postać zamrugała z niezrozumieniem.
- To taki gest, na powitanie. Też musisz tak zrobić i stuknąć moją rękę.
Nieznajomy zapłonął dziecinną ekscytacją, zacisnął pięść i powoli, próbując na początku od każdej możliwej strony, przystawił swojego żółwika do tego zaciśniętego przez Aisela.
- W ten sposób? – Potwór musiał mieć w sobie coś z radu, bo wręcz promieniował radością.
- Teraz musisz ją zabrać

4




– wyjaśniał cierpliwie mag. - Chodzi o to żeby tylko stuknąć.
Potwór szybko cofnął dłoń. Ekscytacja wylewałaby mu się uszami, gdyby tylko je miał.
- Uuu... Rozumiem. Dziękuję!
- Naprawdę mogę cię nazywać jak chcę, nie masz nic przeciwko? - Aisel postanowił nie ukrywać zdziwienia, potworowi i tak wydawało się być wszystko jedno.
- Tak.
Czarodziej pogładził się w zadumie po podbródku.
- Może być na przykład... Bob?
- Tak! - Nieznajomy wyrzucił z siebie kolejną dawkę podniecenia. Nie, to jednak nie była dziecinna ekscytacja. To była ekscytacja z rodzaju tych, które nie znikają z wiekiem. Tych o niezidentyfikowanym źródle, tych niebezpiecznych, tych które trwają podczas przelotu nad wulkanem – pomimo tego że nasza lotnia zaczyna się rozpadać. A może wtedy właśnie nasilają jeszcze bardziej.
Największe niebezpieczeństwo polega na tym, że taka ekscytacja ma tendencje do udzielania się otoczeniu. A gdy już owinie kogoś swoimi mackami, często ciągnie go ze sobą dalej, ku otchłani różnych nierozsądnych działań, które nagle ofiara uznaje za wrrr… „dobrą zabawę”.
Aisel nie spędził nocy dobrze: przeziębił

5




się, dręczyły go koszmary i jakby tego było mało - nie mógł sobie złowić śniadania. Od kiedy pamiętał był odporny na destrukcyjne działanie takiej ekscytacji, ale dzisiaj, o dziwo, zdołała mu trochę poprawić humor.
- Niech tak będzie, będę cię nazywać Bob – oznajmił. - Miło cię poznać! Powiedz mi Bob, też jesteś czarodziejem?
- Ja? - macki na twarzy potwora zadygotały - Dlaczego tak myślisz?
- Kiedy zobaczyłeś rybę, pomyślałeś, że się w nią zamieniłem. Albo raczej... że ty mnie w nią zamieniłeś? Zdarzały ci się podobne wypadki?
- Ja... - Potwór spuścił głowę i zaczął wykręcać sobie owłosione palce. - Jakoś miesiąc temu byli tacy ludzie… I oni mieli widły. I rzucili na mnie… Ale ja naprawdę nie chciałem. Poza tym dbam o to żeby nie mieli korników!
Nieźle – pomyślał mag. - Transmutował ich samą myślą, bardzo rzadki talent.
- Czyli jesteś czarodziejem, tak? – powtórzył, już nagłos. - Choć niewyszkolonym.
- Ja... Nie, chyba nie jestem czarodziejem.
W głowie Aisela zadomowiła się zuchwała, najpewniej nieprawdziwa - ale nie na pewno - hipoteza. Postanowił ją sprawdzić.
- Powiedz mi, Bob

6




– rzucił niby mimochodem i udał się z powrotem do łososia - długo już tu jesteś?
- No... Yyy.. Trochę.
- Fajnie się mieszka w lesie, co?
- Tak... - Bob miotał głową na lewo i prawo. - Chyba tak.
- A pamiętasz jak było śmiesznie jeszcze zanim budowali tu te miasta?
- Yyy... Tak.
- Wiesz, dopiero jak zaczęli się tu osadzać, budowali wam wtedy te wszystkie posągi i czcili was, kojarzysz?
- Tak! - odparł z radością Bob.
- No proszę... - Do czarodzieja powoli docierało z kim ma do czynienia. Nadal nie mógł w to uwierzyć, ale dowody wydawały się być niepodważalne. Miał jeszcze jeden pomysł jak może się upewnić.
Błyskawicznym ruchem wypuścił z dłoni niedużą kulę ognia. Miała rozmiar nie większy od kolibra i z równie nieuchwytną prędkością poszybowała w kierunku pobliskiego orzecha.
Jeszcze nikomu nie udało się odparować zaklęcia, które puściłby tak szybko. Pomimo tego pocisk nie dotarł do celu. Rozproszył się tuż przed drzewem, owiewając je resztkami rozgrzanego powietrza.
Czarodziej z trudem przełknął ślinę.
- Czemu to zrobiłeś?! - oburzył się Bob.
Aisel zignorował go i zbliżył się do drzewa.

7




Pogłaskał ciepłą korę. Była nienaruszona…
- Wybacz, chciałem mieć pewność – odparł w końcu i spojrzał na Boba, starając się ukryć swoje niedowierzanie. - Nie martw się, nie zrobiłbym mu krzywdy. Nawet gdybyś mnie nie zatrzymał.
- Pewność?
- Zwykłe czary nie byłyby w stanie rozproszyć tak szybkiego zaklęcia, to fizycznie niemożliwe. Ale zmiana natury czaru… Niewiele istot byłoby do tego zdolnych. Wiem kim jesteś, Bob. Jesteś pradawnym bożkiem, tak przynajmniej nazywają cię gatunki spoza Puszczy.
Bob nie odzywał się.
Aisel zaśmiał się przyjaźnie.
– Nie zamierzam cię czcić – zażartował ze szczerym uśmiechem - ale jeśli masz ochotę to z przyjemnością przespaceruje się z tobą po lesie. Nie żebym jakieś spotkał, ale mam wrażenie, że dość nietypowe z ciebie bóstwo, co?
Bob przytaknął nieśmiało.
- Znakomicie! Zabiorę jeszcze tylko to – mag nie zapomniał o łososiu, jego brzuch również, zaburczał głośno – Zapewne od niedawna jesteś w takiej formie, hmm?
Bożek przytaknął energiczniej.
- Wcześniej byłem drzewem – dodał.
- I znudziło ci się?
- Trochę - zaśmiał się Bob. Wydawał się

8




powoli rozluźniać.
- Szalenie mnie to ciekawi, jak to jest być drzewem? - zapytał Aisel i zainicjował wolną przechadzkę. Bob podreptał za magiem.
- Hmm... Po prostu inaczej. Wszystko jest inne. To przez to, że czas mija tak szybko.
- Co masz na myśli?
- No na przykład zaprzyjaźnisz się z sąsiednimi drzewami. A tu nagle, nawet nie zdążysz zauważyć, a ich nie ma. Zostają jedynie ścięte pnie, nawet nie wiesz kiedy! Jak ostatnio przypadkiem zamieniłem się w drzewo to minęło kilka miesięcy zanim się w ogóle zorientowałem, że nim jestem. Gniazdo na ramieniu dało mi do myślenia… Poza tym te nagłe skoki temperatury! Raz jest śnieg, a za chwilę strasznie gorąco, a potem znowu śnieg. Bez przerwy jesteś przeziębiony, wiesz jak to wpływa na korzonki? Inne drzewa opowiadały mi, że kiedyś było inaczej, że jak był śnieg to leżał dekadami, a nie tak jak teraz, jest i zaraz go nie ma. A będąc huma… hummusa… humana…
- Humanoidem? – pomógł mu czarodziej.
- Tak! Będąc humananinem postrzegasz to inaczej. To tak jakbyś miał więcej czasu!
Aisel słuchał z zaciekawieniem. Lekkim strachem i niepewnością również, ale przede

9




wszystkim zaciekawieniem.
- A... - powiedział w końcu - są tu jeszcze jakieś inne pradawne bożki, w sensie poza tobą?
- No... Nie spotkalem ich ostatnio... Nie sądzę.
- Aha...
- Ale jest ktoś! - znowu rozpalił się Bob - Yyy... Nie wiem jak go nazwać po ludzkiemu, nie używamy imion, ale jest moim... chyba przyjacielem? Tak byś go chyba nazwał.
- O, to ciekawe. Kto to taki?
Bob zawahał się po raz kolejny.
- Ciężko to wyjaśnić... Ale musisz go poznać!
Nie jestem przekonany czy to taki dobry pomysł - pomyślał w odpowiedzi czarodziej.
- A nie będzie chciał ofiary z moich organów? – spytał zapobiegawczo. - Czy czegoś takiego? Nie pożre mnie, nie wyssa duszy? Wiesz, nie żebym go o coś podejrzewał... Tak tylko pytam, na wszelki wypadek.
- Nie... - Bob zastanowił się głęboko i dodał po chwili, bez przekonującej pewności - raczej nie.
- Raczej? Jak bardzo raczej?
- No... Bardzo! Tak pół na pół. Albo to zrobi albo nie - wyjaśnił z zadowoleniem bożek.
On naprawdę nie widzi żadnego problemu? – zastanowił się Aisel i jeszcze raz przemyślał propozycję.
- To może ja podziękuję...
- Nie, musisz go poznać! On też się

10




ucieszy! To bardzo miły... ktoś.
Czarodziej wahał się jeszcze przez chwilę, ale w końcu uległ. Przeczuwał, że nie jest to najrozsądniejszy pomysł, ale z jakiegoś powodu musiał się zgodzić – sam nie wiedział dlaczego. Może dlatego, że nie często spotyka się starożytnego bożka, nie ważne jak szalonego. Albo może dlatego, że zapewne jeszcze rzadziej zaprasza taki do poznania jego przyjaciół.
- O nie... - Bob posmutniał, spojrzał na niebo i oznajmił lekko i bez głębszych wyjaśnień - Dzisiaj już nie da rady. Musimy poczekać do jutra. Zobaczymy się z nim jutro. Wieczorem.
Aisel odetchnął z ulgą i postanowił zmienić temat.
- Nie ma was już chyba za dużo, co Bob? Mam na myśli pradawnych bożków. Z tego co czytałem kiedyś było was więcej.
- Nie... Cały czas mniej więcej tyle samo.
Aisel poczuł się zbity z tropu.
- To co się z nimi... z wami stało? Gdzie oni są? Gdzie są bogowie i boginie, którzy przechadzali się polanami i kniejami, którzy huśtali się na niebiańskich zorzach?
- Wyemigrowali.
- Przepraszam, co? - Mag nadstawił uszu, aby tym razem się nie przesłyszeć.
- Wyemigrowali – powtórzył Bob. -

11




Głównie do miast.
Wyobraźnia Aisela była dość elastyczna, ale rozmowa z bożkiem Pradawnej Puszczy przebiegała w sposób, który mimo wszystko wykraczał za wszystko czego mag by się spodziewał. Nie wiedział co odpowiedzieć. Przynajmniej przez chwilę.
- Jak to? I co tam robią? - zapytał ze zdziwieniem.
- No są. Po prostu. A co mieli tu robić? Wyznawców mieli coraz mniej, jednym się znudziły lasy, inni sami się zmienili. Niektórzy bardzo. Zdysk... Zdyzysk... Zdysykr... To tak jakby odnieść śmierć społeczną. Tylko względem Puszczy.
- Zdyskredytowali się? Względem Puszczy? Chcesz mi powiedzieć, że po Teriańskich miastach przechadzają się zdyskredytowani w oczach Puszczy pradawni bogowie?
- Tak - odparł Bob tonem, który towarzyszy oznajmianiu najprostszych oczywistości.
- I może jeszcze kiedyś spotkałem jakiegoś, nawet o tym nie wiedząc?!
- To bardzo prawdopodobne – kontynuował stwór, w najnaturalniejszy sposób.
- Nie wierzę... - Aisel pokręcił głową.
- Naprawdę? - Bob posmutniał. – Widzisz, mówiłem ci! Nikt już w nich nie wierzy. – Stwór nie wiedział wiele o retoryce. Nie musiał, bo zarówno drzewa, bożkowie

12




jak i większość zwierząt pozostają dość bezpośredni w wymianie myśli.
- Nie - sprostował czarodziej. – Nie o to chodzi… Tak naprawdę to wierzę. To po prostu... Dość zaskakujące. To co mówisz.
- Niby dlaczego? – szczerze zdziwił się bożek.
- Jakby się nad tym zastanowić to w sumie... nie wiem. Tak jakoś, po prostu.
- Mówiłeś, że nigdy nie spotkałeś, a przynajmniej nie wiedziałeś, że spotkałeś kogoś takiego jak ja – zauważył Bob z zaskakującą łatwością i swobodą w głosie.
- Tak - odparł białowłosy.
- W takim razie nie sądzisz, że to niezbyt mądre spodziewać się czegokolwiek po kimś, kogo właściwie nigdy nie spotkałeś i tak niewiele o nim wiesz?
Czarodziej milczał, analizował słowa Boba i swoje położenie w obecnej sytuacji. Prostota sposobu myślenia Boba była rozbrajająca, w jakiś sposób genialna. Istotom uważającym się za rozumne nad wyraz często umyka ten rodzaj geniuszu. Aisel zdał sobie sprawę, że zamienili się miejscami i teraz to on czuł się niepewnie.
- Śmieszne z was istoty! - Macki na twarzy Boba zatrzęsły się, prawdopodobnie się zaśmiał. - Dopowiadacie sobie historie do

13




wszystkiego, a potem jesteście zaskoczeni, że dzieje się inaczej. A ludzie chyba najśmieszniejsze ze wszystkich!
Mag uśmiechnął się lekko.
- Tak, chyba masz rację – przytaknął.
- Wielkie nieba, muszę już iść! – Bożek złapał się za głowę. - Przepraszam bardzo. Ale jesteśmy umówieni, tak?
- No wiesz, po co ten pośpiech... - zwątpił ponownie czarodziej.
- Jutro jest pełnia, poznasz mojego przyjaciela!
- Nie jestem pewny czy...
- Nie mogę się doczekać aż mu o tobie opowiem. Będzie mu smutno jeśli nie przyjdziesz.
- Ja... – Aisel był bezsilny. Mimo wątpliwości, czuł, że nie ma innego wyjścia niż tylko się zgodzić, choć sam nie potrafił zrozumieć dlaczego. - Dobrze, może być jutro.
- Świetnie! To... do widzenia!
- Do widzenia... Do widzenia, Bob.

     ***

      „A jak czarodziej umie robić wystarczajonco dużo ziuum i buum, to mistsz morze zdecydować, że czarodziej jest gotowy aby przyjonć tytuł. I wtedy on sam staje się terz mistszem ale musi dbać o dobre imie czarodziejuw, dbać o ruwnowange i jeszcze kilka innych nudnyh rzeczy. Kiedyś tytuły nandawała specjalnie zbierana Rada czarodziejuw ale obecnie jusz nie. Bo nie

14




żyjo. Wiencej o tym jak działa proncendura w następnym rozdziale.
Dzisiaj jedynom radom jakom sie uznaje jest Rada Atlantyndzka. A nad nimi, zwyczajowo, jest jusz tylko Kreator. Nad nim z koleji jusz tylko Bogowie. A nad nimi oczywiście krul goblinow, któremu oni wszyscy mogom – jak pozwoli - czyścić buty.”

     Wprowandzenie do magji, klasa pierwrza
Rozdział siudmy, o mistszah i uczniah
Spisane renkom Tai-ka Ka’Ki, profezora czaruw pszypatkowyh
na Pierwrzym Magicznym Uniwersytecie Goblinuw.
Wydana w pierwszej dekacie po Katanklinźmie,
dokuadna data nieznana

     ***

      - Nie! – Aisel obudził się z wrzaskiem. Twarz miał zlaną potem. Przez chwilę musiał uspokajać swój oddech.
Koszmary pojawiały się ostatnio coraz częściej, niemal każdej nocy, ale nie to go martwiło najbardziej. Wiedział, że były oparte na rzeczywistych wydarzeniach z jego przeszłości, tylko wspieranych lękiem i poczuciem winy. Sny stawały się jednak coraz bardziej niejasne, coraz częściej zdarzały się sceny, których nie rozpoznawał i coraz trudniej było mu zidentyfikować ich podłoże. Bał się, że wkradły się do nich wizje, a jego wizje nader często miały nieprzyjemną

15




tendencję do urzeczywistniania się.
Młody czarodziej odruchowo sprawdził aury otoczenia. Obozował tylko w znajomych i sprawdzonych już miejscach, wiedział, że tam stworzenia Puszczy nie powinny się do niego zbliżać, a i sama Puszcza nie powinna mieć do niego pretensji. Nigdy jednak nie mógł mieć pewności, że tak pozostanie i wolał się ubezpieczać.
Jego zabezpieczenia wydawały się być na miejscu. Pomiędzy czarnymi konturami drzew, w zalanej gęstym wywarem z nocnej ciemności okolicy rozciągnięta była sieć z niemal niezauważalnych nitek, utkanych z najczystszego powietrza. Przypominała dzieło gigantycznego pająka, ale działała trochę inaczej. Gdyby ktokolwiek dotknął dziwacznej wici, nitka po prostu łagodnie by się rozpłynęła się, a po chwili zespoiła na nowo. Intruz zapewne nawet nie zdałby sobie z tego sprawy, ale niewątpliwe zostałby dostrzeżony.
Owe zaklęcie może nie wydawałoby się niczym specjalnym dla laika, ale każdy kto wiedział chociaż odrobinę o magii, zdawał sobie sprawę jak niezwykle widowiskowy był to pokaz mocy. Większość stworzeń Puszczy również to wyczuwała, tym bardziej starała się trzymać z

16




daleka.
Najwybitniejszym specjalistom magii powietrza opanowanie podobnego zaklęcia zajęłoby od kilku do kilkunastu lat, Aisel potrafił to już teraz, mimo tak niepozornie młodego wieku. Zresztą, dysponował równie niewiarygodnym talentem i potęgą w każdym z czterech podstawowych żywiołów. Już teraz niewielu czarodziejów mogłoby stawić mu czoła… Jego mistrz był jednym z takich magów.
- Mistrzu… - wymruczał tęsknie Aisel i z żalem spojrzał w górę.
Przez niewidoczną strukturę cieniutkiej bańki powietrza, która służyła mu za schronienie, pomiędzy koronami drzew przebijał się świecący jasno jak kość radioaktywnego szkieletu księżyc oraz wykruszony z niej i rozrzucony po całym niebie pył - gwiazdy.
Niektórzy wierzyli, że na gwiazdach zamieszkują wyżsi bogowie, a gdy potężny czarodziej umiera, bogowie zapraszają go do siebie i rozpalają specjalnie dla niego kolejną gwiazdę.
Aisel nie wierzył, ale w tej chwili chciał żeby to rzeczywiście była prawda. Miał swojemu mistrzowi tak wiele do powiedzenia.
Stary Kreator zapewne wiedziałby co teraz zrobić, pokierowałby go dalej. Pomimo tych wszystkich niewypełnionych przez

17




Aisela zadań, tych wszystkich rozczarowań.
Stary Kreator był legendą, nawet wśród Kreatorów. Wchodził w skład Wielkiej Piątki – pięciu najpotężniejszych czarodziejów swoich czasów. A może nawet wszystkich czasów. A Aisel… Aisel zamordował starego Kreatora.
Znowu pomyślał o swoich koszmarach, o cichnącym krzyku dochodzącym z płomieni, o tym w jakim stanie znajduje później swojego mistrza. Wtedy zwykle sen zaczynał się rozmazywać, zmieniał się.
Dawne wydarzenia zastępowały sceny, których nigdy wcześniej nie widział. Brunatne pustynie ciągnące się po horyzont, zasypane spalonymi ciałami. Brutalne egzekucje w zrujnowanych miastach, jedynych jakie się ostały po jakimś globalnym kataklizmie. Do tego owe egzekucje były wykonywane tylko i wyłącznie na czarodziejach. Również tych najmłodszych. Oczywiście najpierw, na wszelki wypadek, wydłubywano im oczy.
Nie robiono tego po to, aby się nad nimi znęcać, a przynajmniej nie tylko. Oczy bowiem są bardzo interesującym organem. Pozwalają zajrzeć w umysł właściciela, zobaczyć przeszłość, niektórzy nawet twierdzą, że i samą duszę, ale przede wszystkim są najlepszym

18




przekaźnikiem pomiędzy mocą maga, a światem.
Aisel rzeczywiście słyszał o szerzących się anty-magicznych nastrojach w Terii, ale miał jednak nadzieję, że jego sny nie były niczym więcej niż tylko snami.

     ***

      Zatrzymał się przy strumieniu, dokładnie tam gdzie spotkał Boba wczoraj. To tu się omówili.
Wieczór przeistaczał się w noc, pierwsze gwiazdy - te które zawsze muszą przychodzić na spotkanie trochę wcześniej - zaczynały do siebie mrugać, a młody czarodziej – zaczynając się powoli nudzić – rozmyślał nad sensem życia.
I niby co robią w miastach? – rozważał Aisel. - Chociaż... Może łatwiej im tam o wyznawców?
Bożkowie Pradawnej Puszczy byli niespotykanymi już, potężnymi istotami, które na dodatek, pomimo tego co prezentował sobą Bob, cechowała niezwykła przebiegłość. Aisel był skłonny uwierzyć, że byliby w stanie wykorzystać swoje umiejętności i wiedzę tak żeby wypracować sobie pozycję w bardziej współczesnym otoczeniu. Taki bożek mógłby na przykład przybrać ludzką postać i stać się kimś wpływowym, kimś do kogo zwykli śmiertelnicy przychodziliby prosić o pomoc w najróżniejszych

19




sytuacjach. W końcu właśnie tak to kiedyś działało. A gdyby tak do tego za każdym razem prosił o drobną przysługę…
Albo mógłby po prostu stać się jakimś niemożliwie biegłym doradcą. Na przykład finansowym? Albo prawnikiem? A może po prostu nad wyraz sprawnym przedsiębiorcą… Albo burmistrzem? W sumie… Stamtąd już całkiem niedaleko do posiadania grupki interesownych, acz wiernych wyznawców – ocenił mag.
Jego rozważania przerwało pojawienie się łagodnej aury. Chwilę później, rozżarzone podnieceniem ślepia wyłoniły się z ciemności. To musiał być Bob.
Bożek po krótkiej pogawędce zabrał Aisela w głąb Puszczy. Spacer niemal od razu przyprawił czarodzieja o niepokój, a zaraz potem o dreszcze. Aisel starał się pozostać jak najbardziej rozluźniony i zachować niezmącony umysł – mogło się okazać, że będzie tego potrzebować - ale ciemność wokoło wydawała się gęstnieć, a nieprzyjazne pomruki z jej wnętrza wcale mu nie pomagały.
Nagle dookoła zaroiło się od setek malutkich świetlików. Mimo, że były wszędzie, ich mizernego światła ledwie wystarczało aby ukazywać kontury wykręcających się w

20




ciemności, leśnych kształtów.
Czarodziej sam nie wiedział czy jest im wdzięczny, bo cienie, które się pojawiły zaczęły wchodzić w powolny, niemal hipnotyczny taniec z rzucającymi je, szepczącymi między sobą drzewami. Najbardziej niepokojące było to, że cienie odklejały się od właścicieli i podpełzały bliżej, wyciągając ku Aiselowi ramiona i pomrukując złowrogo niby wygłodniałe zombie. Lub zapijaczone menele. Sam nie wiedział czego nie lubił bardziej.
Nie miał pojęcia czy macki ciemności rzeczywiście miały jakieś złe zamiary czy jedynie go prowokowały, ale to i tak pozostawało bez znaczenia. Czymkolwiek nie były, poradziłby sobie z nimi kilkoma prostymi zaklęciami- problem polegał na tym, że zresztą rozgniewanej Puszczy nie miałby już najmniejszych szans. Nie mógł więc nic zrobić. Pozostawał przyklejony do Boba i starał się nie reagować.
- Pradawna Puszcza… - prychnął z wątpliwym rozbawieniem.
Nie lubił pchać się w sytuacje bez wyjścia, nie lubił nie móc nic zrobić, zawsze musiał mieć możliwość działania i najlepiej szczegółowy plan. Lub kilka. A teraz…. Teraz był zdany tylko i wyłącznie na

21




humor ciemnego lasu. Co gorsza, znał ten las – przynajmniej na tyle na ile mógł – wiedział jak kapryśny i bezwzględny potrafi być.
Zupełnie niespodziewanie, wszystkie świetliki zadrgały i zawirowały, aby po chwili ułożyć się przed nimi w świecący dywan - ścieżkę, która ewidentnie wskazywała kierunek.
Jęzory ciemności zaczęły się odsuwać od ścieżki, powracały do drzew i uspokajały się. Czarodziej spojrzał pytająco na bożka.
Stwór nawet nie odwrócił głowy. Po prostu szedł dalej w niezachwianym milczeniu.
Aisel wziął głęboki wdech i zauważył, że kilkanaście metrów przed nimi świetliki urywały się, pochłonięte przez czarną głębię.
- Jaskinia... – zorientował się po cichu.
Jeśli istniałyby we wszechświecie osobliwości na tyle chciwe, że połykałyby wszystko - nawet światło - i nie wypuszczały nic z powrotem, to zapewne właśnie tak by się prezentowały. Monstra czerni absolutnej, tak fizycznej, że niemal można by trochę oderwać, wsadzić do słoika i zostawić na później.
Bob bez zawahania wstąpił do groty i zniknął. Rozpłynął się w ciemności.
- No chodź! – zawołał po chwili mrok.

22




Potem już się nie odzywał.
Aisel stał tak przez chwilę, do momentu aż wicher zaszeleścił gęstymi koronami drzew i zachęcająco smagnął go zimnem po karku. Mag dopiero teraz zorientował się, że nie widać już gwiazd ani księżyca. Nie był pewny czy zasłoniło je liściaste sklepienie czy po prostu chmury. Jedno było pewne, zrobiło się jeszcze ciemniej niż przedtem. Jakby tego było mało, świetliki – zaczynając od najdalszych – zaczynały gasnąć z postępującą prędkością.
Zamiast nich w ciemności pozostawały jakieś błyski, coś jak… ślepia. Pojawiało się ich coraz więcej, a pomruki przybierały na sile. I wtedy maga owładnął strach jakiego nie czuł od dawna. Wywrócił jego żołądek na drugą stronę jak skarpetkę, a potem napchał do niej czegoś zimnego, ciężkiego i przerażającego.
Nie… Tu nie chodziło o sama Puszczę. Dopiero teraz to poczuł - przytłaczający ciężar pradawnej magii, sączącej się z wnętrza czarnej jamy. Magii starszej niż wszystkie spisane teksty, niż wszystkie świadomie gatunki. Starszej nawet niż ten las.
Jak niespodziewanie gryząca woń, uderzyła w niego prastara równowaga mocy, która

23




pozostawała niezaburzona od tysiącleci, która pomimo upływu czasu nadal się nie ulotniła z jaskini. Wiedział, że taki stan rzeczy rzadko kiedy bywał przypadkowy.
Czyżby… Czy to tu może mieszkać ten znajomy Boba? – zastanawiał się Aisel - Na Peruna, kim on może być.
Niegdyś żaden czarodziej nie ośmieliłby się czarować w miejscu gdzie panowała pradawna magia. Każde zaklęcie w jakimś stopniu zaburza równowagę otoczenia, a najważniejszym dogmatem magów było to, że dano im zdolność władania magią właśnie po to aby delikatną równowagę wszechświata pielęgnować. Przynajmniej niegdyś, bo teraz świat wyglądał zgoła inaczej. Czarodzieje również.
Ale Aisel nie zamierzał przywoływać nawet najmniejszego płomyka, aby pomógł mu z mrokiem. Nie spodziewał się, że byłby w stanie wpłynąć na ową prastarą równowagę, ale z samego szacunku do niej, nie zamierzał tu czarować.
Nagle poczuł na ręce ucisk, coś pochwyciło go i szarpnęło, wciągając do wnętrza jaskini. Puszcza zniknęła i została tylko ciemność. Wszystkie aury lasu również się rozmyły. Pozostała jedynie zatęchła mieszanina nierozpoznawalnych aur i

24




magii sprzed milleniów.
Nadal coś go trzymało, ale nie wyrywał się. Po chwili odważył się zapytać
- Bob. To ty?
Nikt nie odpowiedział. Chwyt zacisnął się mocniej i pociągnął go za sobą, przyspieszając tempa bardziej i bardziej. Serce Aisela również przyspieszyło, wpadło w prawdziwy galop.
Bob roześmiał się w końcu.
- Tak, to ja. – bożek zwolnił kroku i poluzował uścisk - Przepraszam, tak tylko sobie żartuję. Bo chyba tak to robicie? Śmieszny żart? Przestraszyłeś się?
- Tak... - wydukał mag, odruchowo spoglądając w kierunku Boba, ale jedynym co spotkał była ciemność. - Śmieszny, rzeczywiście… Udało ci się mnie nastraszyć.
Coś ponad nimi błysnęło. Okazało się, że dookoła rozchodziła się niezliczona ilość kominów i korytarzy. Delikatne odbłyski w ich głębiach sugerowały, że każdy dokądś prowadził.
Czarodziej skupił wzrok na jednym. Głęboko w nim, na samym końcu, dostrzegł mnóstwo migotliwych punkcików. A obok coś wielkiego, jakby wielki czerwony ocean galarety. Pokrywał całą planetę!
- No chodź. – Bob znowu pociągnął go za rękę. Stwór znakomicie sobie radził w panującym tu

25




mroku.
Aisel ruszył się, ale po dwóch krokach znowu przystanął - kolejny tunel przykuł jego uwagę. Tym razem to było coś więcej niż tylko przypadkowa ciekawość. Korytarz go wołał. Przyciągał jego wzrok jakby ten był przyczepiony do sznurka.
Czarodziej zajrzał we wnętrze i skamieniał. W ułamku sekundy korytarz powiększył się i otoczył maga. Nie było już Boba. Nie było jaskini.
Stał na pustkowiu, wszystko wydawało się być lekko zniekształcone, jakby przez mgłę, nawet dźwięki, ale kojarzył to miejsce aż nazbyt dobrze. Właściwie… Nigdy nie wyglądało tak realnie jak teraz.
Wypalona ziemia ciągnęła się aż po horyzont, z kilkoma tylko wystającymi z niej resztkami pni.
Niedaleko rozległ się przeraźliwy huk, przypominał kotłujący się w kanionie grom, popędzany lawiną gigantycznych głazów. Wielka jak krasnoludzki statek-miasto ściana ognia wystrzeliła w górę, a z jej wnętrza rozbrzmiał kolejny grzmot.
- Nie, to nie grzmot… - zorientował się Aisel i mimowolnie cofnął o pół kroku. - To ryk.
W płomieniach dało się dostrzec olbrzymi, podłużny kontur rozciągniętych skrzydeł.
Do Aisela dobiegły kolejne

26




grzmoty, jeden po drugim - te dochodziły z czerwonego nieba. Zaroiło się na nim od poruszających się bardzo daleko punktów.
- Ale… Skąd miałoby się ich tyle wziąć! Do tego na raz i w jednym miejscu?! To niemożliwe!
Poczuł jak coś go pociąga. Ręka. Bob.
- No chodź – popędzał osłupiałego towarzysza bożek. Wizja rozpłynęła się nie wiadomo kiedy, a Aisel znowu znajdował się w jaskini.
- Co… Co to było? – wydukał, starając się uspokoić oddech.
- Ohh… A więc wciągnął cię jakiś. - Bob spoważniał, - W tej jaskini… Przecinają się różne plany. Wiesz co to są plany, prawda?
- Tak jakby światy?
- Tak jakby. Dlatego musisz się trzymać mnie. Któryś mógłby cię wciągnąć na dobre. Jedne są prawdziwe, inne nie. Jedne już się wydarzyły, a inne dopiero wydarzą. Albo mogą się wydarzyć. No i są też te złe, głodne… Lepiej idźmy dalej!

     ***

     Aisel powoli dochodził do siebie, choć nie potrafił jednoznacznie stwierdzić ile czasu upłynęło od wizji. Może dwadzieścia minut. Może godzina, a może kilka godzin. Nie wiedział, że wszystkie te odpowiedzi były prawdziwe. Wszystkie względem któregoś z wielu

27




przecinających się w tym miejscu światów się zgadzały.
W końcu natrafili na ścianę, wielki głaz blokujący dalszą drogę.
Głaz rozjarzył się runami.
- To portal? – zapytał czarodziej i bliżej przyjrzał się świecącym symbolom.
- Zwykłe drzwi - odparł beznamiętnie bożek.
Aisel aż zachłysnął się powietrzem - owym drzwiom daleko było do zwykłości.
Otwieranie run działało jak otwieranie zamka. Opierało się na ich niedoskonałościach, które pozwalały zablokować jeden symbol i zająć się kolejnym. I tak dalej aż w tym samym momencie przełamane będą wszystkie. Krążyły już plotki o magicznie przygotowanych, idealnych zamkach, ale idealnie spreparowane runy… To było dla Aisela coś niewyobrażalnego. Przynajmniej do dzisiaj.
Znał może jednego lub dwóch czarodziejów na całym świecie, którzy byliby w stanie otworzyć te „zwykłe drzwi” i to po bardzo długim przygotowaniu, ale przede wszystkim założeniu, że w ogóle zrozumieliby pradawne, pieczętujące symbole.
- O nie… - jęknął Bob – Chyba zapomniałem klucza.
Czarodziej wpatrywał się w niego obojętnym spojrzeniem. Był już na tym etapie, na którym

28




właściwie nic ze strony bożka nie mogło go zdziwić.
- Co teraz? – zapytał.
- A nie! - tryumfalnie oznajmił Bob. – Jednak mam! Całe szczęście, inaczej musiałbym łamać je ręcznie. – Dodał ze zniechęceniem - zajęłoby nam to pewnie kilka minut.
-Kilka minut? - Aisel zaśmiał się bezsilnym śmiechem. – Kilka minut…
Bob wbił stary, ciężki klucz w skałę, a głaz stawał się coraz mniej wyraźny, aż w końcu kompletnie się rozpłynął.
Po drugiej stronie było jaśniej. Wąską ścieżkę w ogromnej, niekończącej się grocie rozświetlały dziesiątki lewitujących, płonących błękitnie kul. Były rozmiaru ludzkiej pięści.
- Dalej musisz iść sam - oznajmił Bob.
Do głowy Aisela znowu zaczęły napływać wątpliwości. Spojrzał na oświetloną dróżkę. Cóż, przynajmniej nie było tam już rozgniewanego, ciemnego lasu ani setek planów, które mogłyby go wciągnąć. Wzdłuż ścieżki ciągnęła się jedynie czarna, wyjąca przepaść.
Skierował niezbyt przekonany wzrok na bożka.
- Będzie dobrze! - rzucił pokrzepiająco Bob.
- Doprawdy? – Aisel uniósł brew. – A ty nie chcesz się spotkać ze swoim

29




„przyjacielem”?
- Bardzo bym chciał! – Bożek aż podskoczył, ale zaraz zmarkotniał. – Ale nalegała żebyście spotkali się we dwójkę.
- Nalegała? – powtórzył Aisel i zaczął wertować w głowie listę wszystkich jaskiniowych potworów płci pięknej, które mogłyby być dla niego zagrożeniem. Wyszło mu, że prawie wszystkie.
- Tak. Przepraszam – Bob przyjrzał się mu badawczo – ale czy ty się przypadkiem nie boisz?
- Ja? – zdziwił się mag, starając się nie zdradzić drżeniem głosu. – No coś ty!
- Uff… Bo wiesz, można odnieść takie wrażenie. Twój oddech, tętno i jeszcze kilka rzeczy. W takim razie chyba dobrze byłoby gdybyś odwiedził jakiegoś uzdrowiciela czy coś. – od bożka promieniowała szczera troska - To może być coś poważnego, ze zdrowiem nie ma żartów!
- Tak… Tak zrobię Bob. - Aisel przekroczył miejsce, w którym chwilę temu stał głaz. – Dzięki. Chyba powinienem ruszać, hmm?
- Tak! To trzymaj się! Do zobaczenia!
- Mam nadzieję… - mruknął Aisel, ale Boba już nie było.

     ***

      Aisel poprosił błękitne orby, aby podfrunęły pod sklepienie. Był ciekaw rozmiarów pieczary, którą

30




podążał już od dobrych kilku minut. Okazało się, że sklepienia nie było. Pustka zdawała się nie mieć końca.
Ogniki wróciły i zawirowały wokoło czarodzieja. Wcześniej nie wiedział czego się po nich spodziewać, ale szybko okazało się, że nie stanowią dla niego zagrożenia. Wręcz przeciwnie, wyrażały przyjazne zainteresowanie jego postacią, a z czasem zorientował się, że jest w stanie przekazać im w myślach gdzie chciałby aby się poruszyły. Wykonywanie jego poleceń najwyraźniej sprawiało im radość.
Aisel w końcu przemógł swoje wątpliwości i stwierdził, że lepiej będzie dowiedzieć się również tego co takiego znajduje się w przepaści pod nim. Z dziwnie nieprzekonującą ulgą przyjął to, że tam także znajdowała się tylko i wyłącznie ciemna pustka, uformowana w pobudzającą wyobraźnię otchłań.
Może i wędrówka stała się spokojna, a przynajmniej monotonna, ale zaczynała się mu coraz bardziej dłużyć. Nawet błękitne kule wydawały się co jakiś czas lekko opadać, a potem gwałtownie podrywać jakby przysypiały ze znudzenia. Aisel postanowił w końcu przywołać kilka swoich własnych orbów i wysłać je

31




do zabawy z tymi tutejszymi. Rozpędzone niebieskie i czerwone smugi rozjarzyły się nad dróżką, a przedwieczne ogniki wydawały się bawić niemniej dobrze niż te wyczarowane przez niego. Ścigały się ze sobą, tańczyły, a niektóre, te bardziej szalone, zderzały się ze sobą powodując zjawiskowe deszcze błękitno – pomarańczowych iskier.
W końcu wąska ścieżka zamieniła się w skarpę, a ta rozrosła się w grotę.
Czarodziej dostrzegł wąski przesmyk w skale, który najwyraźniej prowadził do kolejnej pieczary. Gdy tylko się do niego zbliżył, niebieskie ogniki zawirowały, zakręciły się i odleciały w siną dal.
To chyba było pożegnanie – westchnął.
Przecisnąwszy się przez szczelinę na drugą stronę, poczuł coś dziwnego. Tutaj magia nadal była dzika, starożytna, ale... pomimo tego wydawała się dziwnie spokojna, zorganizowana. Przypominała najbardziej zajadłego żmija, teraz spokojnie drzemiącego na skale.
Wokoło, na podobieństwo przewracającego się domina, zapłonęły przybite do ścian pochodnie. Ukazały gładką, zakurzoną posadzkę, która wypełniała prawie całą grotę i prowadziła prosto pod kolumny budowli,

32




przypominającej jakąś pradawną, zrujnowaną świątynię.
Zaraz za wejściowymi kolumnami znajdowała się wypełniona posągami skromnie ubranych elfów sala.
Figury nie miały żadnych zdobień, wszystkie szlachetne wykończenia, których musiało być mnóstwo, zostały rozkradzione. Pomiędzy ciałami, w samym centrum sali stał kamienny, żłobiony batalistycznymi scenami i mnóstwem ognia ołtarz. Na ołtarzu znajdował się pusty uchwyt - zapewne na jakąś otoczoną czcią broń lub inny przedmiot.
Zawiły tunel powstały pomiędzy labiryntem posągów zaprowadził Aisela dalej w głąb pomieszczenia, a następnie do jeszcze jednej rozległej pieczary. Kiedy ją minął, ujrzał ogromne, podziemne jezioro. Tu również rozpaliły się pochodnie, oświetlając akwen wzdłuż całego obwodu i łącząc się gdzieś daleko po drugiej stronie, podkreślając jego rozmiary.
Rozejrzał się, ale nie wyglądało, aby mógł powędrować gdzieś dalej, przystanął więc nad jeziorem.
Martwa cisza, która tu panowała zwielokrotniała głośność każdego, pojawiającego się co jakiś czas, zagubionego kapnięcia.
Zupełnie niespodziewanie, podkreśliła też dalekie,

33




na początku niemal niesłyszalne, stukanie. Odgłos stukających o posadzkę… Obcasów? Nie… nie zwykłych obcasów. Szpilek.
Kroki zdawały się nadchodzić z wnętrza świątyni. Po chwili z budynku wyłoniła się kobieta.
Była odziana na podobieństwo tamtejszych posągów - o ile masę biżuterii i przewieszoną przez biodro chustę można nazwać jakimkolwiek odzieniem. Kończące się na ramionach loki miała jaskrawo-rudę, a usta kusicielsko czerwone. Był to wizerunek zupełnie nietypowy dla naturalnie bladej, nocnej elfki.
Aisel w ułamku sekundy znalazł co najmniej garść powodów aby jej nie ufać. Po pierwsze - była nieznajomą, po drugie - kobietą. Po trzecie - była ruda, po czwarte - nader atrakcyjna. Ale przede wszystkim po piąte - jej ametystowe spojrzenie było przerażająco inteligentne. Są pewne rodzaje inteligencji, które – zwykle w połączeniu ze świadomością owej inteligencji i pewnością siebie, a tych elfce nie brakowało - potrafią wzbudzić prawdziwą grozę.

     ***

      - Przeszkadzam? – podjęła zadziornie.
Zbliżając się, łagodnie przeciągnęła palcami po pobliskiej kolumnie, demonstracyjnie wyginając dzwoniący od

34




bransolet nadgarstek. Krok miała spokojny, wolny, w jakiś sposób zuchwały, sugerujący typową dla wysoko urodzonych elfów nieustępliwość. Biodra wyrzeźbione na kształt Bogini Aide. Do tego, bez dwóch zdań, umiała nimi kołysać.
- To chyba prędzej ja przeszkadzam - odparł Aisel, tak obojętnie jak tylko potrafił. Starał się utrzymywać niezainteresowany wzrok na tafli jeziora. Średnio mu wychodziło.
Elfka podeszła bliżej i tak jak swój gość odwróciła ciało ku wodzie.
- Nie możesz przeszkadzać jeśli zostałeś tu zaproszony.
- To Ty jesteś przyjacielem B... – urwał Aisel.
- Boba? - zachichotała. - Wiem jak go nazywasz, nie martw się. Zdążył mi się pochwalić. Do tego zdaje się być bardzo zadowolony ze swojego świeżo nabytego imienia!
- Cieszę się. - Czarodziej odetchnął. Po chwili podjął na nowo - podobno chciałaś mnie poznać.
- Tak. I z tego co widzę nadal nie wiesz czego się spodziewać. – sięgnęła dłonią ku szyi i zakręciła lok wokół palca - Nie martw się, nie musisz się mnie obawiać.
Jej zapewnienia miały w sobie coś z łagodnego posykiwania węża, starającego się przekonać mysz o tym, że tak

35




naprawdę prędzej pożarłby własny ogon niż spożył gryzonia.
- Skoro tak mówisz… - odparł Aisel, niezbyt przekonany. – Mogę zapytać kim jesteś?
- Kiedyś, daleko stąd wołano na mnie Oganj. – Wbiła w niego wzrok tak ostry, że mógłby oddzielać od siebie atomy.
- Oganj, Oganj... Skądś to kojarzę... – Wszystkie atomy Aisela wydawały się pozostać tam gdzie powinny. Owszem, tak nieludzko pewne siebie spojrzenie na każdym wywarłoby jakiś efekt, ale młody mag nie zamierzał tego okazywać. Domyślał się, że elfka go testuje.
Oganj, zupełnie jakby zmieniła maskę, uśmiechnęła się i podjęła łagodnie
- Ty zaś jesteś Aisel. Czy może – skinęła z udawaną uprzejmością – powinnam cię tytułować wasza ekscelencjo? Wasza wielebność? Jak wolisz?
- Wystarczy Aisel – odparł chłodno. Nie zamierzał wchodzić w jej gierki. Przynajmniej dopóki nie zrozumie ich sensu. - Pod warunkiem, że nie będziesz się specjalnie obnosić z moim imieniem, nie lubię się nim dzielić.
Elfka uśmiechnęła się przelotnie, odwróciła się na nodze i spokojnym krokiem ruszyła z powrotem w kierunku budowli.
- Możesz być spokojny –

36




zawołała, nie zatrzymując się i nie przestając kołysać biodrami. - Poza tym i tak nie miałabym okazji. Jak się pewnie domyślasz nie mam tu wielu gości. Nie, nie musisz się martwić – dodała z rozbawieniem - nie będę cię tu więzić! Chodź!
- Gdybym miał kogoś więzić – mruknął do siebie Aisel – zapewne właśnie tak bym powiedział. – I podążył za nią.
Sala wyglądała zupełnie inaczej niż przedtem. Była jasna, ciepła i nie było w niej już ani posągów ani ołtarza. Jedynie piękny, drewniany stół zastawiony wymyślnymi potrawami. Na jednym jego końcu siedziała Oganj i raczyła się czerwonym winem. Miejsce przy drugim czekało na Aisela.
- Proszę, siadaj – rzekła elfka i wytarła usta chusteczką.
- Dziękuję. – Aisel nie bez wahania przystał na propozycję.
Kilka rozstawionych na blacie świec rozpaliło się z cichym trzaskiem.
Oganj nachyliła się do przodu i oparła głowę na złączonych dłoniach.
- To dość niespotykane żeby kwalifikowany czarodziej tułał się po Teriańskich lasach… – zaczęła. - A ten, którego nazywa się ostatnim z nich, tym bardziej. Kiedy Bob mi o tobie powiedział… Przyznaję,

37




spodziewałam się raczej jakiegoś podszywańca. A tu proszę! Kreator we własnej osobie.
- Oto i jestem. - Nie zorientował się kiedy go pochwycił, ale trzymał w dłoni kielich z białym winem. Na stole również zrobiło się luźniej, zostało tylko kilka dań - dokładnie tych, na które miał ochotę.
Zaniepokoiło go to, bo nie poczuł żadnych drgań magii, żadnych czarów. Intensywna, pradawna aura była jak oślepiająco jasne światło. Poza nią, nie był w stanie nic dostrzec. Niedobrze… - pomyślał.
– A jaką masz pewność, że jestem, no… Mną? – zapytał, starając się zachować zimną krew. Skosztował trunku. Wino było wyborne.
- Dostateczną – rzuciła krótko elfka i dodała po pauzie – Namiestnik wszystkich czarodziejów, ba! Samej magii! Szkoda tylko, że nie udźwignął odpowiedzialności. -wydęła usta w udawanym żalu – Wielka szkoda, że nie może znieść rozczarowania jakim się okazał i ukrywa się przed wszystkimi i wszystkim... Nie zapominajmy również o tym jak zabiłeś poprzedniego Kreatora, twojego ukochanego mistrza. A teraz przypadkiem znalazłeś się niedaleko mojej jaskini... - udała głębokie zastanowienie –

38




Czy może jednak pomyliłam się i to nie ty?
- Dużo wiesz – wycedził przez zaciśnięte zęby Aisel – jak na elfkę…
- Nie żartuj sobie. – Oganj skubnęła winogrono i figlarnie zarzuciła głową do tyłu – Oboje wiemy, że nie jestem elfką. Ciężko żeby elf zaszył się w jaskini, a tym bardziej tutaj. Do tego księżycowy? – jej ton na chwile stał się lodowaty, znowu wbiła w niego to spojrzenie. Było w nim coś prawdziwie niebezpiecznego. Nie potrafił tego zidentyfikować, ale było… groźne. I dzikie jak diabeł. - Proszę cię, nie udawaj – dodała.
Diabeł, który z jakichś powodów siedzi spokojnie. Niebywałe.
Aisel starał się ukryć wzdrygnięcie, ale nie był pewny czy nie zdołała go dostrzec.
Na wszystkich bogów – zastanawiał się z bezsilnością gryzonia, który zdał sobie sprawę, że wydostanie się z gardła węża może nie być takie proste jak się wcześniej wydawało – kim ona jest?
Przyglądał się nieznajomej z narastającą ostrożnością. Pomimo, tego że odkryła jego tożsamość, nie wykazywała żadnych oznak nerwowości, wręcz przeciwnie - pogrywała sobie z nim. Wiele demonic byłoby zdolnych do takich

39




zabaw, ale ta istota tutaj… Ona wcale nie udawała potęgi. Ona naprawdę wierzyła, że Aisel nie stanowił dla niej żadnego zagrożenia! Czuł to. Czuł też że jakiś cudem… Mogła mieć rację. Do tego ten wzrok. Do piekła, kim ona jest!
Niespodziewanie odsunęła krzesło i wstała.
- Skoro nie zamierzasz korzystać z uczty, może wyjdziemy na zewnątrz? -zaproponowała. - Pokażę ci coś, chłopcze.
„Chłopcze”? – Skroń Aisela drgnęła. Uciekał przed tym, ale formalnie jednak pozostawał Kreatorem. Gierki to jedno, ale tak jawne spoufalanie się z Najwyższym Magiem?!
Odprowadził ją wzrokiem do drzwi, a potem ostrożnie podążył za nią z powrotem nad jezioro. Tutaj raczej nic się nie zmieniło, za wyjątkiem tego, że niedaleko pojawiło się jedno i tylko jedno, białe drzewo.
Oganj nie wykazała zainteresowania rośliną i zatrzymała się tuż nad taflą jeziora. Aisel, bez zbędnych analiz, uczynił podobnie.
Czekał przez chwilę aż ona wykaże się inicjatywą, ale oboje milczeli. W końcu zapytał wprost
- Jesteś jakimś wyższym bóstwem?
- Naprawdę jeszcze się nie domyśliłeś kim jestem? – Jej twarz ułożyła się w wyraz

40




lekkiego rozczarowania. - Spodziewałam się więcej po uczniu ostatniego Kreatora. Szkoda, że go zabiłeś, bo jeszcze wiele mógł cię nauczyć.
- Pogrywasz sobie ze mną? – Szczęka Aisela sama się zacisnęła. - Co masz na celu? Próbujesz mnie sprowokować?
- Ostatni z Wielkich Magów, ostatni, który powinien sprawować pieczę nad równowagą... A ty tymczasem, doprowadziłeś własnego mistrza do przedwczesnej śmierci. Potem z kolei - roześmiała się jakby ktoś opowiedział jej przedni dowcip – zawaliłeś wszystko co ci zostawił. Ba, nawet Atlantis upadł! Kto by w to uwierzył jeszcze parę lat temu?!
Zagubiony podmuch wiatru zawtórował jej kpiącym wyciem.
- Tak... - ciągnęła, zwróciwszy uwagę na wahania aury maga. - Poddaj się temu, wypuść swój gniew. Pokaż mi je.
W ułamku sekundy, aura Aisela uspokoiła się. Czarodziej również.
- A więc o to ci chodzi… - powiedział zupełnie spokojnym tonem - Jeśli chciałaś je zobaczyć, wystarczyło poprosić. Oszczędź sobie czasu i daruj prowokacje. I tak nie zadziałają.
- Wygląda na to, że twój mistrz jednak cię czegoś nauczył – skomentowała, zadzierając brodę. Komentarz był

41




uszczypliwy, ale zawierał w sobie echo satysfakcji, którego Aisel się nie spodziewał. - Nie oczekiwałam po nim ani trochę mniej…
Zawahał się.
- Znałaś go?
Oganj parsknęła krótko, uśmiechnęła się i jakby nigdy nic, wkroczyła na taflę jezioro. Spacerowała po nim jakby było skute lustrzanym lodem. Nie było.
- Powiedzmy, że mieliśmy kiedyś okazję zamienić parę słów – odparła po kilku krokach.
Aisel czekał pod krawędzią akwenu. Milczał.
- Moja magia zatrzyma cię nad powierzchnią – rzuciła, powoli oddalająca się elfka. - Możesz się odprężyć. No chodź.
Czarodziej niepewnie wkroczył na staw. Spacerowało się po nim jakby po nieco rozmiękłym szkle.
Zawiało. Silnie, zimno.
Ta magia... – pomyślał, czując jak aury otoczenia powoli wdzierają się do jego ciała. Nie przypominał sobie spotkania z taką ilością prastarej magii. Nawet w Nekropolii Azad an’ Rtaku, nawet w grobowcu żałobnego cesarza, a przecież on sam przemienił się w Lisza! Nawet w królestwie żywiołów. - Na wszystkich bogów i diabły, co tu się dzieje? I kim ona jest…
Nawet Bob, nawet pradawny bóg Teriańskiej Puszczy wydawał się być

42




niczym przy obecnej tu, pradawnej mocy. Gdyby współczesną magię porównać do zabawkowego, plastikowego miecza, to ta pradawna nie byłaby po prostu dobrym, stalowym orężem. Byłaby kowalem, który może wziąć ten plastikowy i bez wysiłku złamać na kolanie, a potem wykuć czego tylko sobie życzy. Kowalem, który teraz w postaci wiatru targał włosami Aisela na wszystkie strony.
Oganj zatrzymała się i odwróciła.
- Zapewne chcesz zobaczyć moją prawdziwą formę…
Czarodziej zastanowił się przez chwilę i doszedł do wniosku, że w sumie aż tak mu się nie spieszy. Taka forma mogła ową istotę w jakiś sposób ograniczać, a skoro sama zapytała…
- Nie, w sumie to nie. Odpowiada mi taka – odpowiedział.
Elfka nie odzywała się przez moment. Krótki, ale wystarczający, aby Aisel zdążył dostrzec, że nie tego się spodziewała. Możliwe, że dostrzegł tam nawet nutę… Rozczarowania? Nie, nie może być… Rozczarowania, jakie towarzyszy komuś kto właśnie sprawił sobie swój wymarzony prezent, a teraz nikt nawet nie chce na niego popatrzeć.
- Jesteś pewny? – spróbowała ponownie. – Nie chcesz zobaczyć mojej prawdziwej mocy i tego z kim

43




masz do czynienia?
- Nie, poważnie – Z każdą chwilą nabierał coraz większej pewności. Oganj wydawało się zależeć na okazaniu się w swojej prawdziwej postaci, a on nie zamierzał jej dawać pretekstu. Nie był pewny czy to najrozsądniejsze, ale był szczerze ciekaw co elfka zrobi.
- Cóż… - Zawód przebijał się zza kamiennej twarzy Oganj tak subtelnie jak księżycowe promienie przebijają się zza grubych chmur. Niemal niezauważalnie, ale jednak. – To… W sumie to nie do końca tego się spodziewałam.
Nastała jedna z tych sekund, które cisza wydaje się złośliwie rozciągać w minuty, wypełnione niezręcznymi spojrzeniami i niepewnym zaciskaniem warg.
- To… Co teraz? – Aisel był nie mniej zaskoczony niż elfka. W powietrzu wisiała atmosfera w jakiś sposób spowinowacona z taką, która towarzyszy randce w ciemno dwójki introwertyków.
- No… Ogólnie pokazałabym ci swoją prawdziwą formę, ty drżałbyś z przerażenia, a potem wyjaśniłabym ci, że wcale nie jestem zła.
- Wszystko sobie zaplanowałaś, co?
- Wiesz… - elfka poprawiła kilka ze swoich bransolet, po czym spojrzała w głębie jeziora - Miałam na to mnóstwo czasu.
-

44




Zresztą, ja wcale nie uważam, że jesteś zła. Chyba… Tak mi się wydaje. Przynajmniej na razie. – Mięśnie Aisela dały mu sygnał, że w sumie byłyby gotowe się rozluźnić. Póki co, nie zamierzały. Kimkolwiek była owa istota, niewątpliwie była potężna i nieprzewidywalna, ale w razie czego i przy odpowiednio sprzyjających zapewnieniach elfki, mięśnie maga były gotowe zrobić sobie przerwę od ciągłego i wyczerpującego napięcia.
- No… - Zmieszanie przestało się powstrzymywać i zaczęło bezlitośnie zalewać twarz Oganj – Widzisz! Wszystko byłoby prostsze gdybym najpierw ci pokazała co potrafię, a ty byś się przestraszył! A ja wtedy bym powiedziała, że nie, że to nie tak… I w ogóle! Jesteś pewny, że nie chcesz? Wszystko szło całkiem dobrze.
- To… - czarodziej, sam nie wiedząc czemu, poczuł się jeszcze bardziej niezręcznie niż wcześniej – Może po prostu mi opowiesz?
- Daj mi chwilę! – warknęła Oganj, zamknęła oczy i wzięła długi, głęboki wdech. A potem wydech. Potem znowu wdech. I wydech. Ona… Chyba się uspokajała. – Dobrze. Co mówiłeś?
Aisel uniósł brew.
- Chyba właśnie dochodziliśmy do tego

45




kim jesteś – powiedział bez emocji.
- A, tak… - Zrobiła groźną minę i rozłożyła ręce. – Nadal się nie domyśliłeś, marny śmiertelniku!
- Czy ty… - ton Aisela nie mógł się zdecydować czy bardziej zdradza zmieszanie czy zaciekawienie – Czy ty przypadkiem nie starasz się zrobić wrażenia?
- Co… Nie… W żadnym wypadku! – poprawiła się szybko elfka. – Drżyj przed moją…
- Dobra, chyba rozumiem… - wtrącił się mag, ryzykując nieco bardziej poufałą strategię. – Zdecydowanie starasz się zrobić wrażenie. Ale już trochę za późno na to pierwsze, wiesz?
Czerwone usta Oganj wydęły się smutno.
- Jesteś pewny?
- Tak… Chyba tak… - odparł niepewnie Aisel. – Ale wiesz, tego… Zawsze możemy pomyśleć o drugim!
- Drżyj więc! Poz…
- Nie – przerwał jej szybko – nie o tym mówię. Co powiesz na inny rodzaj wrażenia? Nie koniecznie przerażające, ale na przykład, no… - zastanowił się. W sumie, co miał do stracenia – Miłe? Empatyczne?
- Ja… Nie mogę! Nie mogę być miła! Ja… - wyraźnie biła się z własnymi myślami – Dobra, zrobimy inaczej.
- To znaczy? – Aisel podrapał się po głowie.

46




Najpierw dziwaczny pradawny bożek, a teraz to… Statystyka nie sprzyjała spotkaniu dwóch tak potężnych istot w tak krótkim czasie, a tym bardziej temu żeby obie okazały się takimi wariatami. Z drugiej strony, statystyka nie mogła tego wykluczyć. Nie mogła też wyeliminować, że zarówno Oganj jak i Bob tylko udawali. Mogli się nim zabawiać, wszak niewątpliwie przerastali go zarówno wiekiem, mocą jak i wiedzą. Pozostawał więc w pełnej gotowości.
- Skoro już i tak wszystko zepsułeś – zgromiła go spojrzeniem – to po prostu powiem ci co tu robisz. Jesteś bystry, dość… – dodała z pogardliwym chrząknięciem. – Ale wygląda na to, że nadal się nie domyśliłeś.
- Czego miałem się domyślić?
- Tego, że nie trafiłeś tu przypadkiem. To Przeznaczenie cię tu ściągnęło. Magia sobie tego zażyczyła.
Aisel wywrócił oczami. Bardzo szanował starego Kreatora, ale to była jedna z niewielu rzeczy, do których mistrz nigdy nie był w stanie go przekonać. Przeznaczenie, wola magii, siła, która kierowała światem w taki sam sposób jak twórca krzyżówek tworzył krzyżówki. Precyzyjna sieć kratek, z których każda miała tylko

47




jedną odpowiednią literę.
Samo to, że teoretycznie mogło się zdarzyć iż inny wyraz będzie pasował w danym miejscu, a już na pewno to, że ktokolwiek mógł wziąć długopis i pouzupełniać okienka jak chciał – mimo iż nie miałoby sensu – sprawiało iż Aisel nie był fanem tej teorii. Choć musiał przyznać: Przeznaczenie bywało bardzo wygodnym wytłumaczeniem bardzo wielu zjawisk.
- Nadal w to nie wierzysz… - zauważyła elfka, przechadzając się po jeziorze.
- Ja… Nie, no wiesz… - miotał się czarodziej. – No dobrze, nie wierzę. Wybacz, ale niezrozumiała siła, która steruje naszym losem… Jakoś niezbyt mnie to przekonuje.
- A jednak znalazłeś się akurat tutaj.
- To że się tu znalazłem – Aisel pokręcił głową – może być spowodowane mnóstwem rzeczy.
- Naprawdę tak myślisz?
- Tak. A co do mojego mistrza… - postanowił ubiec jej argument - rozumiem, że w tym miejscu przecinają się różne plany – zaatakował – a ty najpewniej potrafisz z tego faktu korzystać. Nie zdziwiłbym się gdybyś rzeczywiście kiedyś na niego trafiła. W końcu i on potrafił w nie zaglądać, mogliście się spotkać. Przypadkiem.
-

48




No proszę, nie jesteś taki głupi. Jak na człowieka – dodała chłodno. – Czyli jeśli ci powiem, że rzeczywiście spotkałam go w ten sposób, to nie będzie to Przeznaczenie, hmm?
- Zwykły przypadek – powtórzył cierpko Aisel. – Statystyka.
- A twoje wizje? – zdziwiła się – I to, że pojawiły się akurat teraz?
Czarodziej nie dał po sobie poznać zaskoczenia faktem, że Oganj wie o jego wizjach.
- To samo – odparł krótko. Plus kilka czynników, które mogły mieć na to wpływ, jak choćby moja podświadomość, czy nawet obecność niecodziennej aury Boba.
- „ Niecodziennej”? - wychwyciła, jakby coraz bardziej podirytowana czymś, elfka - Bob jest bardzo starą istotą, przynajmniej względem was. Jest codzienniejszy dla tej okolicy niż cokolwiek co ci przyjdzie do głowy.
- Możesz mnie łapać za słówka jeśli chcesz – Aisel wzruszył obojętnie ramionami – ale wiesz co miałem na myśli.
- Zaiste, wiem… - Oganj prychnęła. – Że taki pyłek na płaszczyźnie czasu jak wy, ci nazywający się „świadomymi gatunkami”, nie jesteście w stanie wyjaśnić Przeznaczenia więc uważacie je za nic. W końcu, nie rozumiejąc nie

49




jesteście w stanie założyć mu obroży i nagiąć do własnych celów, a właśnie na tym polega wasza żałosna egzystencja – zakończyła z goryczą, wpatrując się w jego tatuaż.
Jej oczy zapłonęły gniewem, jezioro ścięła delikatna, prawie niezauważalna fala, a czarodziej poczuł, że sytuacja na nowo zrobiła się poważna.
- Nie miałem nic takiego na myśli – wycedził najspokojniej jak potrafił.
- Oczywiście, że nie – syknęła elfka. – bo nie macie nawet świadomości jaką marnością jesteście!
- Jeśli cię uraziłem – kontynuował powoli Aisel – to przepraszam.
- Nie mógłbyś mnie urazić, chłopcze – tym razem znowu nie odgrywała roli. Biła od niej mieszanka powstrzymywanej złości, pogardy i jakichś innych emocji, których Aisel nie potrafił jasno określić. Ale przede wszystkim biła od niej, jak lawa przeciekająca przez hamujące ją palce, pradawna potęga.
- Pokażę ci je – powiedział czarodziej zdecydowanym, nieugiętym głosem. Takim jak na Kreatora przystało. – A potem ty pokażesz mi kim jesteś.
Nie wiedział co mogło ją tak rozgniewać, ale jej spojrzenie jasno sugerowało, że miało to jakiś

50




związek z jego okiem.
Oganj nie odpowiedziała. Zrozumiał, że się zgadza.
Zamknął powieki. Schowane pod nimi oczy zadrgały, a kiedy je otworzył, coś się zmieniło - jedno z nich. Jego tatuaż rozjarzył się malutkimi symbolami, a oko które otaczał… Źrenica zamieniła się w pionową kreskę, a oko przypominało gadzie.
Ułamek sekundy później, smocza źrenica Aisela eksplodowała chmurą świetlistej energii, rozjaśniając całą grotę aż pod sklepienie, burząc wodę na jeziorze i zrywając ognie z otaczających je pochodni.
Aisel używał swojego oka tylko w ostateczności, dobrze wiedział jak destrukcyjną, a przede wszystkim niekontrolowaną moc ze sobą niesie, w końcu należało wcześniej do smoka, ale ta istota przed nim… Ta istota nawet się nie wzdrygnęła. Stała przed nim, zupełnie niewzruszona, a kimkolwiek nie była, nawet ją taka potęga musiała przecież przerosnąć! Nie zdziwiłby się gdyby wybuch smoczej mocy sprawił, że Oganj by najzwyczajniej w świecie wyparowała, a ona… Stała tam jak gdyby nigdy nic. Na wszystkie diabły i bogów, ona… Uśmiechała się przebiegle.
- Teraz ja – oznajmiła niskim, zwielokrotnionym

51




głosem, a jej oczy zapłonęły jeszcze gorliwiej.
Fala energii, którą Oganj wyemitowała odrzuciła Aisela do tyłu. Pomimo tego, że jego oko pozostawało aktywne!
- Niech mnie piekło pochłonie - wymamrotał, powoli podnosząc się z tafli jeziora. – Pewnie tu umrę. – Uśmiechnął się do siebie i spojrzał na Oganj. – Ale… Warto było.
Woda wokoło elfki płonęła ogniem jakiego nigdy wcześniej nie widział. Do tej pory w magii ognia nikt nie mógł się z nim mierzyć, przewyższał w niej nawet swojego mistrza pomimo, że tamten był trollem, ale przed tymi płomieniami tutaj nawet Aisel musiałby ustąpić.
Ogień szalał. Rozlewał się po całej grocie i lubieżnie oblizywał sklepienie, jakby chciał się pokazać w całej swojej okazałości.
I zaiste, robił to.
Ten żywioł, ta monstrualnie przerażająca potęga była tak dzika, ale zarazem w żaden sposób chaotyczna. Jak najpiękniejszy w historii świata taniec, jak poemat lub inne dzieło improwizowanej sztuki. Mistrzowsko precyzyjna. Ciężko byłoby wirować w takiej doskonałości dłużej niż chwilę, ale ten tancerz tutaj… On nie kończył. Dzikie ognie rozwijały się, zakręcały,

52




rosły i mogłyby rosnąć w nieskończoność.
Z ognia wystąpiła sylwetka. Oganj z jakichś powodów zachowała dawną formę, czym zrobiła na Aiselu jeszcze większe wrażenie. Była w stanie władać taką mocą pozostając w postaci zwykłego, śmiertelnego elfa, niewiarygodne. Tylko jedno rozwiązanie przyszło mu do głowy.
Odruchowo spojrzał na jej oczy i znalazł tam dokładnie to czego się spodziewał. Obie, płonące żywym ogniem źrenice były gadzie, ale w przeciwieństwie do Aisela, ona nie dostała ich w prezencie. Były jej.
Uśmiechnął się pod nosem, akceptując to co zaraz się z nim stanie.
Cóż – pomyślał - chyba ciężko wymarzyć sobie lepszy sposób aby umrzeć.
Wyciągnął ręce na boki i pozwolił, aby potęga jego smoczego oka wypełniła całe ciało. Może i wynik był już ustalony, ale nie zamierzał się poddać bez walki.
Wokoło czarodzieja materializowały się kolejne ogniste orby.
- Wow… - westchnął. Wypełniająca go potęga mieszała się z dziwnym, przyjemnym ciepłem i dumą, której nie czuł od lat. Nikt nie potrafił stworzyć lepszych orbów od niego, ale pomimo tego – jeszcze nigdy nie stworzył ich aż tak

53




wspaniałych jak teraz.
Oganj od niechcenia machnęła ręką. Szalejące po jaskini płomienie zatańczyły, a podmuch powietrza rzucił Aiselem jak szmacianą lalką, zdmuchując jego ogniste kule niby najtańsze zapałki.
Czarodziej odbił się od jeziora i wylądował na brzegu, uderzając z hukiem o pień białego drzewa. Nawet samo drzewo wydawało się jęknąć.
Oganj kroczyła po jeziorze. Nadchodziła.
Niespodziewanie, wszystkie ognie zniknęły, aura wokoło nie-elfki również wydawała się uspokoić.
Podeszła do czarodzieja.
- Musisz mi wybaczyć chwilę uniesienia. Ale tak naprawdę nie chcę z tobą walczyć – oznajmiła łagodnie.
- Przecież jesteś… - walczył z bólem w plecach i klatce, próbując złapać oddech – Jesteś smokiem. Wy tylko… Mordujecie… Niszczycie.
- Jakoś na razie cię nie zamordowałam – Wzruszyła ramionami. – Poza tym – dodała kąśliwie – nie sądzę aby mój gatunek specjalnie różnił się w tym od twojego.
- Ja…
- Ale musisz przyznać – Oganj uśmiechnęła się z satysfakcją. – To było niezłe.
Aisel spróbował się zaśmiać. Bolało, ale żebra chyba nie były złamane.
- Twój pokaz? Tak

54




– rzeczywiście, musiał przyznać jej rację - To było niezłe…
- To było takie… - ciągnęła smoczyca z nieukrywanym samozachwytem – Epickie!
Czarodziej jeszcze raz spróbował się uśmiechnąć, skrzywił się i zdecydował, że skinienie głowy musi wystarczyć.
Tak, to dobre słowo – pomyślał. – Ale ona… Ona jest jeszcze bardziej szurnięta niż Bob. Do tego zupełnie nieprzewidywalna!
- Gdybyś – odezwał się i wstał z trudem – łaskawa była już tak przy mnie nie robić, dobrze? Mało brakowało, a byłb…
- Oj tam – machnęła ręką. – No dobrze… Przepraszam. Może być?
Mogło być. Nie mógł się spodziewać po niej więcej. Jak na smoka to chyba i tak było dużo.
- Skoro uprzejmości mamy za sobą – odezwał się, strzepując pył z ubrania - to co teraz? Bo z tego co zrozumiałem, uważasz, że trafiłem tu nie przez przypadek, tak? „Przeznaczenie”.
- A ty nadal swoje… - Oganj pokręciła ze znudzeniem głową. – Tak, dokładnie tak uważam. To magia tak zdecydowała. A skoro już się zaprzyjaźniliśmy, myślę, że powinniśmy porozmawiać o twoich wizjach. I smokach.
- Skąd o nich wiesz? – zapytał Aisel,

55




starając się ukryć zaniepokojenie. Nie wydawało się aby Oganj była w stanie czytać w myślach, więc do wszystkich diabłów, niby skąd miała wiedzę o jego snach.
- Może jednak zechcesz coś zjeść? – ciągnęła smoczyca, kompletnie ignorując pytanie. – Musisz być głodny. Zapewniam cię, że moje jedzenie ci nie zaszkodzi. W końcu mogłabym mieć później niestrawność jeśli zdecyduję się ciebie pożreć! – Roześmiała się, ale widząc paskudnie wykrzywiony uśmiech Aisela dodała po chwili, – Nie martw się! Tylko żartuję…
Jakoś nie do końca go przekonała.

     ***

      - Czyli mówisz, że mój mistrz też miał wizje o smokach? – upewniał się, uspokojony już trochę Aisel, choć nadal nie dostał odpowiedzi na pytanie skąd smoczyca o tym wie. Krojąc soczysty stek, spojrzał na drugą stronę stołu. Oganj, rozwalona na fotelu, bawiła się ogryzkiem od gruszki.
- Niestety – rzekła od niechcenia.
– Nie wyglądasz na zbytnio zadowoloną z tego faktu. Nawet jeśli rzeczywiście moje sny miałyby się spełnić, chyba akurat tobie powinno to odpowiadać, czyż nie? Nie chcesz żeby coraz więcej twojego gatunku się

56




wybudzało?
Smoczyca leniwie poprawiła pozycję.
- No właśnie nie do końca.
- Jak to? – zdziwił się Aisel. – Nie cieszysz się, że równowaga aur zmienia się w sposób najwyraźniej wam odpowiadający?
- Nie bardzo – odparła Oganj, szczegółowo przyglądając się ogryzkowi. Wydęła wargi i po chwili, zupełnie bez pośpiechu, spojrzała na czarodzieja. – Nie wiem… Może dlatego, że wcale tak nie jest?
Aisel odłożył sztuczce i skupił na smoczycy całą uwagę.
- Co sugerujesz? – zapytał.
- Dokładnie to co myślisz. – Westchnęła ze znużeniem. – Sugeruję, że wybudzanie się smoków wcale nie jest spowodowane zmianą równowagi aur. A skoro tak, to znaczy…
- To znaczy, że coś innego musi na to wpływać… – dokończył cicho czarodziej.
- Widzisz, mój drogi Kreatorku… - Oganj wyprostowała się trochę bardziej. - Smoki są nieco inne niż ci się wydaje. Są dużo starsze niż przewiduje wasza historia, przybyły na ten plan jeszcze kiedy ziemia była gorąca, a po niebie zamiast chmur płynął ogień. Przybyły w nieco innej formie, ale musiały się dopasować do brutalnych i gwałtownych warunków jakie tu panowały.

57




Przybrały więc formę potężnych, twardoskórych bestii jakie dzisiaj znacie. I mimo całego ich… Nazwijmy to temperamentu, tak naprawdę ciężko jest wywrzeć na nich jakikolwiek wpływ. Byle wahania aur nie są w stanie ich obudzić.
- To znaczy? – Zęby Aisela zacisnęły się, a nozdrza rozchyliły. Dobrze wiedział do czego były zdolne smoki, nieraz widział skutki ich działań na własne oczy. A ona nazwała to „temperamentem”?! Nawet jeśli niektóre mogły być łagodniejsze, nie zmieniało to faktu iż były bezlitosnymi potworami. Zresztą, nawet dzisiaj pokazała jak bardzo natura smoków jest nieprzewidywalna i gwałtowna. Ktokolwiek inny niż on zapewne by tego nie przeżył.
- Nie zrozum mnie źle – powiedziała, dostrzegłszy jego wyraz twarzy. – Tysiąclecia czy nawet stulecia przebywania w takiej postaci odcisnęły swoje piętno i niewątpliwie w każdym smoku siedzi monstrum, które może w każdej chwili może dać o sobie znać. Wcale nie twierdzę, że jesteśmy najlepszym przykładem samokontroli! – Zaniosła się śmiechem.
Aisel prychnął. Oganj kontynuowała
- Ale nie jesteśmy też tacy jak nas postrzegasz – zawahała się i

58




szybko doprecyzowała - przynajmniej nie większość. Przed milleniami, kiedy tutejsze aury zaczęły się zmieniać, a świat stygnąć i uspokajać, smoki zrozumiały, że nie jest już miejscem dla nich. Kolejna zmiana postaci była już niemożliwa, więc zeszły do jaskiń, pochowały się między górami i w głębinach jezior, a potem zapadły w sen. Czekały i czekają aż świat na powrót będzie dla nich odpowiednim miejscem. Zapewniam cię, że zmiany jakie zachodzą dzisiaj, powodowane zresztą głównie przez wspaniałomyślność twoich świadomych gatunków – uśmiechnęła się szyderczo – nie są wystarczającym powodem, aby któregokolwiek wybudzić.
- A więc niby co takiego jest? Co powoduje, że pojawia się ich… was więcej i więcej?
Czerwone usta Oganj wykrzywiły się w wyrazie złośliwego tryumfu.
- Czarodziej – wyjawiła.
- Bzdura!
- Ohh, doprawdy myślisz, że to takie niemożliwe? Że nikt by się nie ośmielił? – sparodiowała zdziwienie. – Nie udawaj, że nie widzisz jak wielu czarodziejów odwróciło się od wszystkich zasad jakie kiedyś wyznawaliście! Jak coraz więcej przestaje postrzegać to jako służbę i pędzi za

59




własnymi pobudkami. Ba… - zmrużyła oczy – nawet sam Kreator odwrócił się od wszystkich, bo przestraszył się tego, że nie jest w stanie udźwignąć narzuconej na niego odpowiedzialności. – Wybuchła śmiechem. – Jakby to miało pomóc!
Aisel pozostawał niewzruszony, Oganj dopiero teraz spostrzegła dlaczego: w jego działaniach było coś więcej.
- Nie… – zorientowała się. – Ty wcale nie uciekłeś.
Nie odpowiedział.
Smoczyca, z wyraźnym zaintrygowaniem, układała swoje myśli nagłos
- Jeśli nowy Kreator okazałby się zwykłym dzieciakiem, wyparł się służby, załamał i uciekł, nie stanowiłby dla nikogo zagrożenia. Nikt raczej nie zawracałby sobie nim głowy. Nikt by mu nie przeszkadzał…
Aisel nadal milczał.
- Ale w czym nikt by ci nie przeszkadzał? – zapytała cicho smoczyca, choć bardziej sama siebie.
Czarodziej tylko wzruszył ramionami, nie chciał przerywać jej wywodu.
- Nie… Nie mogłeś wiedzieć, że smoki wybudzają się same, niby skąd… – ciągnęła ze szczerym zaintrygowaniem, a może nawet lekkim podziwem. – Wiedziałeś?
- Przypuszczałem – sprostował. – Wahania aur niezbyt się pokrywały z

60




miejscami aktywności smoków. Chciałem znaleźć ewentualny powód, choć szczerze mówiąc nie spodziewałbym się, że może to być czarodziej.
- Szukałeś go, Dzikiego Ognia, liczyłeś, że pomoże ci wyjaśnić co się dzieje – kontynuowała Oganj. – Szukałeś najpotężniejszego żyjącego maga. Dlatego przybyłeś do Terii!
- Szukałem. – Aisel westchnął ciężko. – I nadal szukam. Wiem, że zaszył się gdzieś w tych krainach, ale raczej słabo mi idzie. Nasze ostatnie spotkanie… Powiedzmy, że nie wróżyło ciepłych relacji w przyszłości. Właściwie, nie dziwi mnie, że nie chce dać się odnaleźć.
Mag na powrót zajął się swoim stekiem.
- Ale nawet on nie byłby w stanie dokonać tego o czym mówimy – podjął ponownie, znowu porzucając jedzenie. – Nawet Dziki Ogień nie byłby w stanie samemu wyciągnąć smoka ze snu, a powiedziałaś, że robi to czarodziej. Miałaś zapewne na myśli lidera jakiegoś kultu, loży czy czegoś podobnego?
- Miałam na myśli jednego, jedynego, pojedynczego czarodzieja.
Sztuczce wypadły Aiselowi z rąk, a źrenice zwęziły się.
Kiedy był mały, stary Kreator często opowiadał mu bajkę o magu

61




tak potężnym, że ten był w stanie samodzielnie polować na smoki, potem jednak ów mag oszalał i trzeba było go uwięzić - ale to była tylko bajka. Gdy dorósł, rzeczywiście obiły mu się o uszy plotki, które pokrywałyby się z ową historią - ale przecież wiele krąży takich wymyślonych opowieści. Zaraz, jak on się nazywał…
- Czarnoksiężnik Zakuty w Lodzie – wymruczał Aisel. – To wcale nie bajka. On naprawdę istnieje. Naprawdę jest gdzieś zamknięty.
- Był zamknięty – poprawiła go Oganj, a Aisel wstrzymał oddech. – Ale twój mistrz nie powiedział ci o nim wszystkiego. Zresztą… Sam tego nie wiedział. Ja wtedy również nie.
Ty spryciarzu – pomyślał Aisel. Stary Kreator nieraz wspominał mu o owym Czarnoksiężniku, ale w taki sposób, aby ten brał to tylko za bajki lub żarty. Jednak… Dlaczego nigdy nie powiedział mu prawdy o tej postaci? Dlaczego nigdy nie mówił o nim wprost? No tak, pewnie spodziewał się, że wiedza o tym iż mityczny mag rzeczywiście istnieje sprowokowałaby kogoś, aby wyruszył na jego poszukiwania! Takie coś nie mogło się przecież skończyć dobrze... Ale czy to znaczy, że mu nie ufał? A może

62




był jakiś inny powód?
- Zaraz… – Aisel nadal nie do końca wierzył w to co się działo – Ile jest prawdy w opowieściach o nim? O tym, że polował na smoki?
- Większość – rzekła Oganj. – Tylko, że nawet twój mistrz, nawet kiedy go zamykał, nie rozumiał dlaczego Czarnoksiężnik to robił.
Włoski na karku Aisela zjeżyły się.
- A więc to on go uwięził… - Dreszcz przebiegł po całym jego ciele na samą myśl o starciu starego Kreatora z kimś na tyle potężnym, że byłby w stanie pokonać smoka. Cóż to musiał być za pojedynek!
- Tak. I zapewne domyślasz się, że musiał go uwięzić, bo nawet ze wszystkimi swoimi przyjaciółmi był za słaby aby go zniszczyć.
Aisel kiwnął głową.
- I twierdzisz, że to ten Czarnoksiężnik wybudza teraz smoki, tak? –zapytał, nadal z lekkim niedowierzaniem. – Ma jakieś motywy, czy standardowo: jak większość szaleńców chce zniszczyć świat?
Oganj parsknęła i nabiła na widelec kawałek mięsa.
- Nie robi tego żeby zniszczyć świat. - Mięso wraz z całym widelcem w ułamku sekundy zamieniło się w rozgrzany popiół i rozwiało na wietrze – Po swoim upadku, utracił znaczną

63




część gromadzonej przez wieki mocy. Robi to, aby odzyskać utraconą potęgę. A właściwie… Aby stać się jeszcze potężniejszym. – zacisnęła gniewnie pięści - Potężniejszym niż kiedykolwiek.
„Gromadzonej przez wieki mocy”… Tak, pewnie. Łatwizna. Niby czemu miałbym go nie powstrzymać. – pomyślał młody Kreator. – Chociaż, może nadal jest szansa. Skoro już raz został pokonany, a przecież wtedy był silniejszy…
Oganj kontynuowała z narastającą złością
- Ten plugawy Czarnoksiężnik już dawno temu odkrył sposób na wchłonięcie smoczej mocy i nie mówię tu o przeszczepie oczu. – twarz jej drgnęła w grymasie obrzydzenia. Trwał krócej niż mrugnięcie, ale mag zdążył go dostrzec - Mówię o pochłonięciu całej mocy jaką dysponuje smok. Po niezliczonych eksperymentach, w końcu udało mu się tego dokonać. Powtarzał to kilkukrotnie i tylko zupełny przypadek sprawił, że akurat zanim zdążył się zregenerować, odnalazł go twój mistrz. Kreator powstrzymał go i zamknął w lodzie. A teraz… Czarnoksiężnik znowu jest wolny.
No tak… - skomentował w myślach Aisel. – Jak zwykle. Jeszcze tylko jakaś

64




przepowiednia o wybrańcu i mamy komplet.
- I teraz, z tego co rozumiem, wybudza jeszcze więcej smoków? - zapytał, powstrzymując się od innych komentarzy.
- Dziwi ci, że tak reagują? – W oczach smoczycy zapłonęła wściekłość, a Aisel przypomniał sobie kto siedzi po drugiej stronie stołu i co mógłby z nim zrobić gdyby tylko sobie zażyczył. Skoncentrował uwagę, a Oganj kontynuowała – Smoki budzą się w świecie z tak bardzo niesprzyjającą im aurą. Aurą, która drażni je, żeby nie powiedzieć: torturuje.
- Dlatego są takie rozwcieczone – zrozumiał. - Ale… Jak ktoś byłby w stanie to zrobić? Jak pojedyncza osoba byłaby w stanie je wybudzić?
- Nie wiem – odparła krótko Oganj, ale Aisel poczuł, że nie jest z nim do końca szczera.
- Nawet jeśli odnajdę Dziki Ogień… - podjął, nie dając po sobie nic poznać. - Nawet z jego pomocą nie sądzę, abym był w stanie się zmierzyć z taką potęgą.
Oganj dostrzegła aluzję, ale najwyraźniej postanowiła ją zignorować.
- Teraz przynajmniej wiesz z czym się mierzysz – odparła obojętnie.
- A ty? – Aisel nie dawał za wygraną.
- Ja?
- Z tego co zrozumiałem, chcesz

65




pomóc swoim.
Z niepozornego ciała elfki wyrwał się przeraźliwy ryk. Spokojnie mógł konkurować z rykiem z jaskiniowej wizji.
- Żaden smok nie może się zbliżyć do Czarnoksiężnika Zakutego w Lodzie!
Teraz to chyba rozkutego – pomyślał Aisel, ale ponownie zatrzymał uwagę dla siebie. Nie spodziewał się, że w tym momencie rozluźniłaby atmosferę.
- Poza tym… – smoczyca warczała groźnie – Ja… Ja nie mogę opuścić tej jaskini.
- Dobrze – Aisel uniósł ręce, starając się załagodzić sytuacje. – W porządku.
Poskutkowało, uspokoiła się trochę. Na chwilę
- Ten, którego uczył martwy! Ten który rozmawiał ze smokiem! Ten, który zabił własnego mistrza. Ostatni czarodziej zapewni magii pokój!
- Brzmi jak jakaś przepowiednia… - zauważył Aisel i dodał w myślach – raczej kupiona na straganie. Do tego tania. Ale jednak: mamy komplet!
- Bo to jest przepowiednia! – Ryknęła Oganj, - A teraz, kiedy spotkanie ze smokiem masz już za sobą, zejdź mi z oczu!
Aisel wstał bez słowa, a wokół niego zaczęła się materializować wspaniała, śnieżnobiała szata, z powyszywanymi u dołu płomieniami. Był to symbol każdego

66




Kreatora, przekazywany każdemu kolejnemu od wieków.
Czarodziej wstrząsnął szatą, dodając kilka małych błyskawic i iskier dla efektu.
- Wróciłem – powiedział, starając się zachować jak największą powagę i pokazać Oganj jak najwięcej prawdziwej epickości.
Jej wyraz twarzy pozostawał niezmieniony.
- To… Tego… - zawahał się - Którędy do wyjścia?
- Tamtędy – syknęła lodowato i wskazała ręką.
- A jeśli będę chciał się znowu spotkać? Wiesz, nie od razu „chciał”, ale na przykład „potrzebował”… Dla dobra misji. Świata – poprawił się szybko.
Nie był pewny, ale wydawało mu się, że smoczyca zaczyna się rumienić. Na pewno zaczęła kontrolować swój oddech.
- Znajdziesz mnie – odparła krótko, będąc na granicy… ciężko powiedzieć na granicy czego. Aisel obstawiał cierpliwość.
- W takim razie, dziękuje. I żegnaj – powiedział z powagą.
- Żegnaj.
Kiedy tylko Oganj upewniła się, że czarodziej się oddalił, wypuściła gwałtownie powietrze i zaczęła głęboko oddychać. Nie była przygotowana na tak konsekwentne zachowywanie powagi, enigmatyczności i wszystkich innych, w jej mniemaniu

67




atrakcyjnych rzeczy. W końcu była smokiem, a jak często ktoś rozmawia ze smokiem? Musiała się przecież pokazać od jak najlepszej strony!
Ogólnie, była w miarę zadowolona z tego co zaprezentowała, choć na pewno będzie musiała jeszcze popracować, głównie po to aby nie wypadać z roli.
A może by tak dodać jeszcze trochę zmysłowości? Albo krwiożerczości? I mgłę, dużo mgły… Tak, z tymi małymi błyskawicami! To byłoby dobre!

     ***

      - Pani - odezwał się zakapturzony łowca i popchnął związanego mężczyznę, gnoma, przed siebie tak, że ten upadł na płasko. - Oto Karst Varn. Piekarz. To on wydał cesarskim tych dwóch młodocianych czarodziejów. Obiecywał im schronienie… Kanalia.
Łowca splunął po czym pokornie się skłonił i usunął do tyłu, prosto w ogarniający komnatę cień.
Nad związanym pojawiła się ciemna postać, miała w sobie coś niewymownie złego. W ręce dzierżyła kruczoczarną kosę.
- Ja … - związany łkał w przerażeniu – ja naprawdę nie miałem wyjścia. Zabiliby nas, mamy trojkę dzieci! Proszę mi darować, na pewno mogę się jakoś przydać. Ja zrobię wszystko, ja…
Ostrze kosy przecięło

68




powietrze bez najmniejszego drżenia. Bez wątpliwości. Bez skrupułów.
Mimo całego swojego doświadczenia, łowca zadrżał i przełknął ślinę. Nim znowu zdążył wziąć oddech, coś głucho stuknęło i poturlało się po drewnianej podłodze.

     ***

      - Do tego Mike… O ile będzie w stanie ukończyć swój trening - głośno zastanawiał się Aisel, wyszukując po krzakach odpowiednich gałązek. – Ale przydałby się ktoś jeszcze…
Nagle oczy mu rozbłysły.
- A może… Tak, on! Na dodatek chyba kwalifikuje się jako martwy, idealnie! Ale, do wszystkich diabłów, jak ja go przekonam? Chyba prędzej gobliny nauczą się czarować!
Ustawił chrust w stożek, a poniżej napchał trochę zeskrobanej kory i liści. Nadal jednak brakowało mu źródła ognia.
Wykrzywił twarz w zamyśleniu.
- Na Peruna, jak to się robiło bez czarów?

     ***

      Oganj siedziała nad brzegiem jaskiniowego jeziora i wpatrywała się w taflę.
- Długo tak zamierzasz? – zapytała jakby w pustkę, bo poza nią i białym drzewem nie było w grocie nikogo.
Drzewo milczało.
- Pytałam czy długo tak zamierzasz? – powtórzyła smoczyca, bardziej stanowczo.
Drzewo łagodnie się

69




poruszyło, mimo że nie było wiatru, jakby zaprzeczało.
- Doceniam twoje starania, ale nie sądzisz, że czegoś nie wziąłeś pod uwagę? – kontynuowała smoczyca i rozejrzała się dookoła z teatralnie pytającą miną.
Drzewo obróciło się, podążając za jej wzrokiem, ale nie wydawało się, aby Oganj mogła mieć coś konkretnego na myśli. W końcu poza nimi grota była pusta.
- To trochę dziwne żeby tak nagle, pod ziemią pojawiło się jedno, samotne, pojedyncze drzewo, nie sądzisz?
W miejscu gdzie przed chwilą stało drzewo, mrugnięcie później stał pradawny bożek.
- No… Chyba rzeczywiście masz rację… Muszę nad tym popracować – przyznał Bob, a po chwili zapłonął entuzjazmem. – Ale Aisel i tak się nie domyślił! Czyli jednak zadziałało!
Smoczyca uśmiechnęła się lekko. Nie odpowiedziała, bo gdyby to zrobiła musiałaby przyznać przyjacielowi rację.
- Czemu to zrobiłeś? – podjęła po chwili, ignorując wcześniejsze.
- No… Ja byłem ciekaw. Ja…
- Bałeś się, że zrobię mu krzywdę?
Bob milczał, wpatrując się w ziemię.
- Miejscami byłam blisko – mruknęła z rozczarowaniem Oganj. – Ale koniec końców

70




nic się nie stało. Co o nim myślisz?
- No… - Bożek usiadł obok niej. – Lubię go. Jest miły. Choć dźwiga w sobie mnóstwo ciężarów.
- Co masz na myśli? – Oganj zmrużyła oczy z zainteresowaniem.
- Na przykład swojego mistrza. Moglibyśmy mu powiedzieć, że ta przepowiednia pochodzi właśnie od niego. I że to nie było tak! Na pewno przestałby się tak obwiniać…
- Nie, Bob… - odparła smoczyca z żalem. – Nie możemy tego zrobić.
- Dlaczego? – Bob zamrugał z niezrozumieniem.
- Sam musi sobie z tym poradzić. Zresztą, prędzej czy później sam odkryje prawdę. A wtedy, dzięki temu, stanie się potężniejszy niż kiedykolwiek. Nie możemy mu odbierać tej szansy.
- Ja… Rozumiem, ale wiesz – oponował Bob – ludzie to nie smoki. Ludzie nie byli hartowani w ogniu i pyle. A poza tym, to… Myślisz, że ta przepowiednia naprawdę dotyczy jego?
- Tak, tak myślę – odparła bez zachwytu smoczyca. – Martwi mnie tylko jaką zajmie w niej rolę.
- O czym mówisz? – teraz to Bob się zainteresował.
- Ah, nieważne. Przeznaczenie pokaże… – ucięła temat.
- Nie wiem jak możesz zostawiać to na pastwę Przeznaczenia!

71




Zwłaszcza, że… - bożek urwał, zorientowawszy się, że mógł powiedzieć o jedno słowo za dużo.
Oganj podchwyciła to i wbiła w niego ogniste spojrzenie.
- „Zwłaszcza, że” co?
- Nic. – Bob zasłonił usta… Twarz.
- Chciałeś coś powiedzieć – cedziła powoli.
- No… - bożek unikał jej spojrzenia na wszystkie sposoby, ale w końcu ustąpił - Zwłaszcza, że go polubiłaś… Prawda?
- Polubiłam? – Oganj zaczerwieniła się lekko. Całe szczęście Bob nie był w stanie tego zinterpretować.
- No… On też jest taki stanowczy i poważny. Albo przynajmniej też stara się być, a tak naprawdę… - znowu urwał.
- A tak naprawdę co. – Oganj starała się kontrolować przypływ czerwieni na jej bladym, elfim licu. Bez efektu.
- A tak naprawdę oboje jesteście całkiem mili. Jesteście do siebie bardzo podobni! Tylko, że on nie denerwuje się aż tak łatwo…
Smoczyca milczała.
Bob wyraźnie rozprężony tym faktem i ustabilizowaną sytuacją kontynuował, już swobodniej.
- Ale i tak by się tobą nie zainteresował! – rzucił w szczerej intencji pokrzepienia.
Oganj zamarła. Normalnie rozgniewałaby się niewymiernie, ale w tym

72




wypadku złość ustąpiła jeszcze większemu zdziwieniu i zaskoczeniu, które wydawały się na moment przegrzać jej wszystkie neurony.
- Słucham? – wybąkała po chwili.
- No wiesz przecież, widzieliśmy to! – wyjaśniał z zachwyceniem Bob. – Tą dziewczynę! Kochają się! Ale on jej tego nie powie, odrzuca ją aby wypełniać swoje obowiązki. – Jego głos przybrał rozmarzoną barwę. – To takie tragiczne… Poza tym ona jest przynajmniej zbliżona do niego wiekiem. Nie to co ty!
Oganj pobladła, coś się w niej gotowało, ale ku swojemu ogromnemu zdziwieniu jej złość wcale nie była skierowana na Boba. Tym razem miał szczęście…
- Przyszłość jest niejasna – wyartykułowała powoli smoczyca, starając się głęboko oddychać. – Ta „dziewczyna”… Zawsze może przecież przypadkiem powiesić się na własnych jelitach lub najzwyczajniej w świecie spłonąć.
- No coś ty, nie mów tak! – Bożek ewidentnie nie zdawał sobie sprawy jak blisko mu było do przypadkowego, tragicznego spłonięcia lub wypatroszenia, bo ciągnął dalej – To takie piękne! A zarazem smutne. Mam nadzieję, że jednak ułoży im się inaczej, jak myślisz?
-

73




Tak… - syknęła Oganj. – Mam nadzieję, że ułoży im się inaczej. – Bob uśmiechnął się, jednak tylko na chwilę. – Bo wtedy sama będę mogła im urządzić tragedię.

     *****

74




Wyrazy: Znaki: