Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Pozórikonka kopiowania

Autor: Magdalena Lipniak twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




Czy mieliście kiedyś poczucie, że grunt osuwa się wam spod nóg, a świat, który znaliście, świat, który stanowił dla was bezpieczną przystań, w ciągu jednej sekundy obraca się w perzynę?
Czy zdarzyła się wam sytuacja, kiedy mieliście wszystko, a kolejnej chwili – zupełnie, zupełnie nic?
A może chociaż mieliście wrażenie bezpowrotnej straty czegoś, co było wam bliskie?
Być może na wszystkie powyższe pytania odpowiedzieliście twierdząco. Być może przytrafiły się wam tragedie, po których inni już by się nie podnieśli, przygwożdżeni ciężarem przeciwności bezlitosnego losu.
A może w waszym przypadku chodziło o coś tak błahego jak to, że jakiś nicpoń przestraszył krowę i biedaczka przestała dawać mleko.
Nie, żeby przestój mleka u krowy był błahostką. To bardzo poważny problem. Powiem więcej – urasta on do rozmiarów katastrofy, ale tylko wówczas, gdy nie ma się żadnych innych zmartwień, które mogłyby odciągnąć twoją uwagę od przerażonego zwierzęcia.
Czy doszczętne spłonięcie domu, w którym się urodziłeś i mieszkałeś przez całe życie, całkowite zniszczenie twojej rodzinnej wioski, a na dodatek

1




nagła śmierć ukochanego braciszka są wystarczającym powodem, by uznać problem braku mleka za błahy?
Mam na imię Nawojka i w tej chwili razem z mamą, tatą oraz bratem Radowitem biegnę przed siebie w popłochu, zakrywając usta przed gryzącym dymem, uciekając przed płomieniami liżącymi moje stopy. Mój drugi brat, maleńki Witosz, leży martwy i sztywny wewnątrz płonącego domu. Niebo, zwykle niebieskie i spokojne, jest brunatne od dymu i pomarańczowe od strzelających w górę, podniecanych wiatrem płomieni.
Na tym niebie, tym nieprzyjaznym niebie roją się jak w mrowisku ogromne cielska smoków.
Smoki szybują nad wioską, zataczając kręgi i ognistymi oddechami palą wszystko, co napotykają na swojej drodze.
Obok nas biegną sąsiedzi – kowal z otyłą żoną, która ledwie dyszy, podtrzymując rękami podskakujące piersi, a także kołodziej Żegota oraz golibroda Krzesimir – ten ostatni rozbieganymi oczami wypatruje ścieżki pośród płonących budynków. Krzyczy coś od czasu do czasu i wymachuje rękami, popędzając nas do biegu, ale my nie zwracamy na to uwagi. Ja, mama, tata oraz Radowit mamy przed oczami tylko jeden obraz – maleńkiego

2




trupka, który leży w łóżku w gorejącym domu. Trupka, który jeszcze poprzedniego wieczoru był całkiem żywym Witoszem.
W tym miejscu należało zadać pytanie, jak do tego wszystkiego doszło. Jak to możliwe, że cała wioska, wynik pracy kilku pokoleń, w ciągu kilku chwil poszła z dymem, spalona doszczętnie przez rozwścieczone bestie?
Odpowiedź jest prosta – my te bestie przebudziliśmy. Tego wszystkiego można było uniknąć, ale byliśmy na to zbyt głupi.
Oceniliśmy po pozorach i pozory doprowadziły do tragedii.

     *

     – Jesteś tak ślamazarna, że kiedy biegniesz, wyprzedzają cię ślimaki!
– Nieprawda! I sam jesteś ślamazara!
– Wolniej można tylko stać!
– A może się przekonamy?
– Kto ostatni u Borzywuja, ten zdechła makrela!
Puszczamy się biegiem ku linii nadbrzeża, śmiejąc się przy tym jak wariaci; to taka nasza stała gra: przekomarzamy się, które z nas jest szybsze, a następnie wyznaczamy cel, do którego musimy dotrzeć, żeby to udowodnić. Tym razem mama wysłała nas – mnie i Witosza – po świeże ryby do Borzywuja. Poczciwy staruszek jest właścicielem najbardziej wysłużonego kutra, jaki widział świat, a mimo to

3




codziennie o świcie wypływa na morze i zarzuca sieci; jeśli mam być szczera, poczciwy Borzywuj musi być jeszcze starszy niż jego wysłużona łajba, która sprawia wrażenie, jakby w każdej chwili mogła się rozsypać. Jej właściciel ma prawie sześćdziesiąt lat i jest najstarszym mieszkańcem osady.
– Że też ludzie tak długo żyją – mruczy pod nosem Witosz za każdym razem, kiedy spotykamy się z Borzywujem i wyciągając ku niemu mieszki pełne brzęczących monet, prosimy o ryby na kolację. Ja tylko kiwam głową, bo słowa są zbędne – zgadzam się z bratem w zupełności. Zresztą, z Witem zgadzamy się prawie we wszystkim. Łączy nas niesamowita więź. Witosz jest ode mnie młodszy o rok, ale niecały – ja urodziłam się w czasie zbiorów zboża, a on w kolejnym roku, kiedy następne rośliny były dopiero wysiewane.
Nasz drugi brat, Radowit, jest od naszej dwójki dużo starszy – wielki jak dąb, strzelisty jak baszta i już zapuszcza brodę, chociaż na razie wygląda to tak, jakby ktoś przykleił mu do twarzy pojedyncze kłębki waty. Radowit jest już na tyle dorosły, że pomaga ojcu w warsztacie – pracują razem całymi dniami i tak

4




naprawdę obu widujemy tylko wieczorami. Mnie i Witosza mama non stop wysyła po sprawunki. Do Borzywuja udajemy się średnio dwa razy w tygodniu, bo tato przepada za rybami.
Tym razem Witoszowi udaje się mnie przegonić. Biegnie szybciej niż zazwyczaj, pędzi jak wiatr, który rozwiewa jego jasne włosy; w pewnym momencie znika mi z oczu, a mnie brakuje tchu, by zawołać za nim i poprosić, by zwolnił; pozostaje mi jedynie zacisnąć zęby i spróbować wyciągnąć nogi, ignorując spływający po czole pot.
Droga na nadbrzeże prowadzi przez rynek; już z daleka dostrzegam tłum kłębiący się na zwykle o tej porze opustoszanym placu. Wśród mieszkańców udaje mi się wypatrzeć Witosza; stoi z tyłu, usiłując przecisnąć się między kolanami i przemknąć pod lasem łokci, nie obrywając przy tym w oko. Marszczę brwi – skoro Witosz zatrzymał się, rezygnując z pewnej wygranej w zawodach, musiało mieć miejsce coś naprawdę nadzwyczajnego.
Docieram wreszcie na placyk dysząc ciężko. Już od jakiegoś czasu dobiegają do mnie pokrzykiwania tłumu – im jestem bliżej, tym więcej pojedynczych głosów rozróżniam.
– Zabić go, zabić! – wrzeszczy z

5




uniesieniem kowalowa.
– Co za poczwara! – piszczy wysoko zezowata córka kołodzieja.
– Widłami! Widły bierz! – skanduje z werwą parobek u szczerbatego cieśli Falibora, mały huncwot Mszczuj.
Ciekawość skręca mi żołądek w równym stopniu co wysiłek. Ostatkiem sił podbiegam bliżej i staję obok Witosza.
– Co się dzieje? – przekrzykuję tłum brzęczący jak rój os.
Witosz odwraca głowę i patrzy na mnie roziskrzonymi oczami. Policzki mu płoną i intuicja mi mówi, że to wcale nie od biegu.
– Tam jest smok! – sapie mój brat, wymachując ręką w bliżej nieokreślonym kierunku. – Najprawdziwszy smok! Jest pomarańczowy i wije się jak piskorz! I skamle jak Buczek, kiedy zatrzasnęliśmy go w beczce po piwie!
Przewracam oczami. Buczek, nasz pies, teraz stary i wyleniały, przypałętał się na podwórko lata temu, kiedy ja nie potrafiłam jeszcze sklecić zdania, a Wit był ledwie odrośniętym od ziemi oseskiem gibającym się na wszystkie strony, nie mogąc złapać równowagi na krępych niemowlęcych nóżkach. Buczek dorastał razem z nami i, jeśli mam być szczera, przeszedł przez naszą dwójkę prawdziwe piekło – zamknięcie w pustej

6




beczce i spuszczenie jej ze skarpy, by stoczyła się na dno doliny, było jedną z łagodniejszych form rozrywki, jaką sobie – jego psim kosztem – zafundowaliśmy.
Pierwsza część wypowiedzi Witosza dociera do mnie z całą mocą dopiero po kilku sekundach. Wciągam głęboko powietrze i przepycham się przez tłum, nie zważając na pojedyncze syknięcia, kiedy depczę kogoś po stopie. Smok! – dudni mi w głowie, a serce w piersi trzepocze, jakby chciało wyrwać się z więzienia żeber. Najprawdziwszy smok!
Nigdy jeszcze nie widziałam smoka, co jest dość osobliwe, zważywszy że mieszkamy na terenie, na którym smoki są równie pospolite co krowy. Przynajmniej tak powtarzają rodzice i w sumie jestem skłonna im uwierzyć – w końcu nawet góry rozciągające się na horyzoncie, kiedy spoglądam przez okno w swoim pokoju, noszą nazwę Wielkich Gór Smoczych, zaś gęsta puszcza opasająca wioskę od zachodu ochrzczona została mianem Lasu Smoków. Z drugiej strony, tak jak wspominałam, nigdy nie dane mi było na własne oczy przekonać się, czy aby te wszystkie nazwy nie są nadane na wyrost.
Ogarnia mnie podniecenie na myśl, że wreszcie rozwieją się

7




wszelkie wątpliwości.
Udaje mi się przecisnąć przez kłębowisko ciał i ląduję na kolanach na brzeżu utworzonego przez mieszkańców osady kręgu; tuż za mną pcha się Witosz, czuję na karku jego gorący, urywany oddech. Nie zwracam na to uwagi, patrząc jak urzeczona na zjawisko, które mam przez sobą.
Smok.
Najprawdziwszy, żywy smok!
W pierwszym odruchu składam w myślach dziękczynienie wszystkim bóstwom, jakie przychodzą mi do głowy: najpierw Rarogowi, bogowi ognia, bo smoki to stworzenia ogniste i Raróg mógł mieć coś wspólnego z jego pojawieniem się w wiosce; w następnej kolejności Welesowi, bóstwu magii, bo to spotkanie było najbardziej magicznym momentem w moim krótkim życiu; wreszcie, nie wiedząc, do kogo jeszcze mogłabym się zwrócić (smoki nie stanowią standardowego obiektu zainteresowania naszych bóstw), w krótkich, ale szczerych słowach podziękowałam Żmijowi, który, co prawda, sprawuje opiekę nad wodami, ale swoją formą przypomina smoka, więc być może i on ma władzę sprowadzać te istoty przed ludzkie oblicza.
Pierwsze wrażenie mija dość prędko i zastąpione zostaje obezwładniającym poczuciem zawodu, kiedy widzę,

8




co tak naprawdę wije się na środku placyku.
To coś jest wyjątkowo mało imponujące.
Długie, obłe ciało podobne do ciała jaszczurki, krótkie, krępe łapki i ogon zakończony haczykowatą naroślą. Skóra pokryta pomarańczową łuską i pysk – muszę przyznać, dość paskudny – z oczami wyłupiastymi jak, nie przymierzając, u mojej kuzynki Dziwy, która urodziła się za wcześnie i przez to nie jest do końca normalna. Stworzenie kręci się w kółko, szukając drogi ucieczki, ale z każdej strony napotyka kłębowisko nóg oraz ostro zakończone zęby wideł – osaczone, piszczy żałośnie na wzór kopanego szczeniaka.
Smok nie jest ani przerażający, ani drapieżny. Nie ma w sobie nic z tych wszystkich potworów z zapierających dech w piersiach legend i opowieści, w których bestie wielkości stodoły wzlatywały nad miasto, po czym popieliły jest ognistym oddechem, pierwej nurkując nad pastwiskami i chwytając w zębiska pojedyncze sztuki bydła. Ten smok jest inny – nieforemny, dziwaczny, karykaturalny, ze zbyt wielką głową i przykusymi nóżkami, niezdolnymi do wykonania kroku.
Nie jestem w stanie opisać rozczarowania, które mnie

9




ogarnia.
Nigdy wcześniej nie widziałam smoka, a kiedy los się wreszcie do mnie uśmiecha, trafiam na najbardziej niepozorny okaz, jaki nosiła Matka Ziemia.
Przez jedną krótką chwilę w mym sercu kiełkuje nadzieja, że to pomarańczowe maleństwo wcale nie jest smokiem, że się przesłyszałam albo że Witosza poniosła wyobraźnia; może to jakiś dziwny wąż z łapkami? Gatunek zaskrońca, który przypełznął zza wielkiego boru i dlatego nigdy wcześniej nie widzieliśmy niczego podobnego?
Okrzyki tłumu nie pozostawiają jednak wątpliwości.
– Zabijcie to szkaradztwo, zabijcie, szybko! – wrzeszczy kowalowa, falując obfitym biustem. – To smocze młode! Widziałam coś podobnego dziesięć lat temu, kiedy rodziłam Leszka u mojego stryja po drugiej stronie Wielkiego Jeziora, cztery dni drogi stąd. Wypełzło toto z ogródka warzywnego i tak mnie przeraziło, że od razu skurczów dostałam i syn mi wyskoczył spomiędzy nóg jak korek!
Wzdrygam się, zniesmaczona; zresztą, nie tylko ja – nobliwy Czesław otrząsa się i gromi kowalową wzrokiem.
– Mogłabyś oszczędzić nam szczegółów, kobieto – mówi oschle. – Wiemy, że jest to smok; co do tego

10




nie ma żadnych wątpliwości. Pozostaje pytanie: CO z tym zrobimy?
– Zarżnąć! – wrzeszczy kowalowa.
– Zarżnąć! – podnoszą się głosy reszty mieszkańców wioski. Widły poruszają się zgodnie z rytmem przyspieszonych oddechów, a smoczątko oplata się własnym ogonem, jakby chciało uciec przed hałasem.
Kowal podchodzi do stworzenia tak blisko, jak to możliwe, przyczaja się, a następnie rzuca się ku niemu z lnianym worem rozpostartym między ramionami. Smoczątko jest zbyt powolne, by zareagować – nie wydaje nawet stęknięcia, kiedy ląduje we wnętrzu worka, który kowal szybkimi ruchami ogromnych jak szufle łap związuje konopnym sznurkiem. Dopiero po chwili uwięziony smok zaczyna się szarpać, jak oszalały szukając słońca.
– Zrobimy to jak należy – mówi kowal, stojąc z wyciągniętą ręką i patrząc z odrazą na szamocące się, niewidoczne stworzenie; wyraźnie robi wszystko, by worek nie dotknął jego ciała. – Smoka trzeba zabić pośród nocy, odrąbując mu głowę jednym ruchem.
– Tak, tak – ironizuje cicho stary Ziemowit, niegdyś znakomity łucznik, teraz zmurszały kaleka z bezwładnym ramieniem, które swego czasu

11




przeszył grot wrogiej strzały. – Tarcza księżyca musi świecić jasno, a trzonek siekiery być wykonany z dębowego pala.
Kowal puszcza mimo uszu uwagi Ziemowita. Podchodzi do najbliższego budynku – jest nim oberża – i mimo protestów właściciela, chromego Mieczysława z okiem pokrytym bielmem („Gdzie mi z tym ohydztwem? Precz! Nie chcę smoka w swoim lokalu, to przynosi pecha!”) – wiesza wór na poprzecznej belce wystającego nad wejście dachu.
– Nikt nie tknie tego smoka aż do nocy – mówi kowal, odwracając się do tłumu, a jego głos brzmi mocno i dumnie, i kryje w sobie pogróżkę, pod wpływem której uniesione ramiona opadają, widły lądują na ziemi, a głowy pochylają się w pokorze. – Wtedy przyjdę i odrąbię mu łeb. Rozpalę ognisko i wrzucę cielsko do ognia, a następnie złożę ofiarę Chorsowi, bogowi księżyca, i Jutrzence, bogini nowego dnia. Jemu – za to, że pod osłoną nocy udało się pozbawić życia bestię, jej – że kolejny poranek pozwoliła powitać bez wijącej się nam u stóp poczwary.
Szamocący się worek z paskudną, pomarańczową, skamlącą żałośnie zawartością zawisa pod dachem oberży, ku zgrozie

12




półślepego Mieczysława.
Ludzie powoli zaczynają się rozchodzić, wracając do swoich zajęć. Sprawa smoka została ostatecznie rozwiązania.
Ja i Witosz wymieniamy znaczące spojrzenia – jego jasne oczy błyszczą wesoło pod grzywką w kolorze słomy.
Milcząc, jednocześnie kiwamy głowami.
Nie potrzebujemy słów, by wiedzieć, co będziemy robić dzisiejszej nocy.

     *

     W tym miejscu należy się wytłumaczenie. Prawda jest taka, że nasza wiedza o smokach ograniczała się do zabobonów i gdzieś dawno temu zasłyszanych mitów. „Kiedy smok syknie na kurę, ta przestanie się nieść; kiedy smagnie ogonem ciężarną, dziecko urodzi się z fioletową naroślą na policzku; jeśli złym wzrokiem zmierzy konia, a jego oczy przybiorą na ten czas barwę krzepnącej krwi, zwierzę oszaleje i rzuci się do ucieczki, taranując wszystko, co napotka na swej drodze”. Skutecznym lekarstwem na te wszystkie przypadki było zwykle złożenie ofiary jednemu z czczonych przez nas bóstw i – zależnie od sytuacji – ogień, ostrze ze srebra albo gorzkie zioła gotowane w kozim mleku z dodatkiem pajęczyny. Tak naprawdę – wbrew obiegowej opinii, wbrew wyniosłym nazwom,

13




„Smoczym Jeziorom” i „Gadzim Dolinom” – smoki były na tyle rzadkie, że przedstawiciele ich gatunku oraz mieszkańcy wiosek nie wchodzili sobie w drogę. Gdy jednak – sporadycznie – do takiego spotkania dochodziło, tych drugich ogarniała panika i chwytali się wszystkiego, byle pozbyć się nieproszonego gościa.
Liczne opowieści o smokach-zabójcach kołujących nad miasteczkami spędzały sen z powiek ojcom rodzin i wykorzystywane były przez matki jako straszak dla nieposłusznych pociech.
Cała nasza trójka – ja, Witosz oraz Radowit – również przez to przeszliśmy. Znaliśmy doskonale konsekwencje obcowania ze smokiem. Ten, kto smoka dotyka, przebywa z nim, ten, za którym smok podąża, nie dając się odgonić – zostaje naznaczony klątwą i z całą pewnością w niedługim czasie spotka się z bóstwem zaświatów. Do tej pory nie wiem, skąd rodzice czerpali ową wiedzę, jednak opowieści te zawsze robiły na mnie i na braciach (nawet na racjonalnym i wynoszącym się Radowicie, który nos trzymał wyżej niż głowę i potykał się na prostej drodze, bo duma nie pozwalała mu spojrzeć pod nogi) ogromne wrażenie. Co jak co, ale ewentualna

14




klątwa i konanie w męczarniach nie jest tym, na co ma się specjalną ochotę.
Oczywiście te wszystkie zagrożenia tracą na znaczeniu, kiedy jest się dzieckiem spragnionym przygody i pod osłoną nocy wykrada się uwięzionego w przestronnym worze małego smoka, żeby ukryć go pod łóżkiem w swoim domu i hodować jak kanarka.
Bo dzieci, jak to dzieci, są bardzo, bardzo głupie.

     *

     Kowal, który tej samej nocy o ustalonej porze przychodzi pod oberżę Ziemowita, by dobić smocze dziecko, odkrywa ze zdumieniem, że po worku – razem z żywą popiskującą zawartością – nie został nawet ślad. Jakby nigdy go tam nie było. Mężczyznę oblewa zimny pot; domyśla się, że smok uciekł. Ma jednak nadzieję, że bestia nie przyczaiła się w pobliżu domostw, by nad ranem uderzyć z pełną mocą żądnego zemsty potwora, lecz zbiegł do boru i już tam pozostanie.
Mimo wszystko mężczyzna odprawia modły, pali ognisko i wznosi oczy ku niebu, szukając aprobaty bóstw. Kiedy kończy, odchodzi, zostawiając dogorywające ognisko i spopielone szczapy złożone w płytkim dołku.
Kowal nigdy nie przyzna się przed mieszkańcami wioski, że nie dotrzymał obietnicy

15




unicestwienia bestii.
Wszystko ma wyglądać tak, jakby smok przepadł na wieczność.

     *

     „Kto ze smokiem obcuje, za kim smok podąża...” – ćmi mi się z tyłu głowy za każdym razem, kiedy patrzę na ocalonego od okrutnej śmierci gada. Z jednej strony czuję strach, że te wszystkie legendy mogą okazać się prawdą, z drugiej jednak dziecięca fascynacja jest zbyt silna, by zrezygnować z przygody z powodu potencjalnego niebezpieczeństwa.
Zresztą, wszystkie znaki na niebie i ziemi świadczą, że ja akurat nie mam się czego bać. Szybko okazuje się, że osobą, którą upodobał sobie smok, jest Witosz; między nami nigdy nie było zazdrości – dzieliliśmy się wszystkim od chwili narodzin, wszystkim, nawet słowami, tworząc własny, unikalny, dziecięcy język, którego nikt poza nami nie mógł pojąć, a my zaśmiewaliśmy się do rozpuku z dezorientacji rodziców. Zazdrość to złe uczucie i mimo młodego wieku (choć z drugiej strony aż taka młoda nie jestem, umiem już oporządzać zwierzęta i jestem niezastąpiona w dojeniu – nikomu nie udaje się udoić tyle, co mnie!) zdaję sobie z tego sprawę... Cóż mi jednak po tej wiedzy, skoro to

16




właśnie zazdrość ogarnia mnie, kiedy widzę Mruczka włażącego Witoszowi na ramiona, oplatającego swoim długim, obłym ciałem jego szyję, wylizującego mu uszy postrzępionym, szorstkim językiem?
Witosz śmieje się, że nie mam czego żałować, bo język Mruczka jest jak tarka i to wcale nie jest przyjemne, ale wiem, że kłamie, żeby nie było mi przykro. Ale mnie JEST przykro i jestem zazdrosna. I chcę mu wygarnąć, że jeszcze pożałuje takiej poufałości z „piekielnym stworzeniem”, ale wtedy przypominam sobie, że w jego uprowadzeniu braliśmy udział wspólnie.
„Kto ze smokiem obcuje...”
Imię Mruczek wymyślił Witosz – ja nie byłabym w stanie tego zrobić, ponieważ smok nijak nie kojarzy mi się z mruczeniem. Pewnie dlatego, że Mruczek, owszem, mruczy – ale wyłącznie w obecności mojego brata. Wodzi za nim wyłupiastymi oczami i giba zabawnie karykaturalnie wielkim, nieforemnym łbem – i wydaje z siebie wibrujący, niski pomruk, kiedy ten jest w pobliżu. Jak wielki, najedzony kocur.
Czuję się poszkodowana, że Mruczek Witoszowi okazuje prawdziwe, żywe przywiązanie, mnie zaś co najwyżej – brak jawnej wrogości. Mimo wszystko

17




przełykam tę gorzką pigułkę i zaciskam zęby. My wspólnie wyszarpaliśmy Mruczka ze szponów śmieci i wspólnie dbać będziemy o jego dobro.
Mama od małego uczyła mnie cierpliwości. Sadzała mnie na stołku, o wiele za wysokim dla pulchnych, przykrótkich nóżek kilkulatki, i pokazywała, jak pleść warkocze z czosnku albo jak wiązać szynki do wędzenia. Konopny sznurek ranił moje delikatne palce, a mama pozostawała niewzruszona na moje żałosne pojękiwania, pokazując po raz setny, że sznurek ma tworzyć na mięsie idealne pętle, bo inaczej konstrukcja nie wytrzyma i produkt zmarnuje się.
Pamiętam te nauki doskonale i teraz jestem cierpliwa. Cierpliwie wymyślam wymówki, jakim cudem nagle z naszej spiżarni zaczynają w zastraszającym tempie znikać zapasy mleka, chleba i jaj.
Jak to się dzieje, że nasz wyliniały, poczciwy Buczek, ten sam, co w szczenięctwie przeżył traumę w beczce, spróchniałymi zębami daje radę grubym wołowym gnatom, które do tej pory jedynie oblizywał i zostawiał, nie mogąc ich pogruchotać?
I dlaczego nagle zaczęłam z takim zapałem chodzić na nadbrzeże do rybaka Borzywuja?
Borzywuj, kiedy dostrzega mnie z daleka,

18




macha wesoło i śmieje się ochrypłym, ostrym śmiechem.
– To znowu ty! – Kiedy mówi, jego skóra pokryta zmarszczkami porusza się, falując; przypomina to płachtę papieru, którą ktoś wrzucił do wody i wysuszył na słońcu. – Domyślam się, że przychodzisz po resztki?
Potakuję.
– Głowy, ości, płetwy, kręgosłupy... – wyliczam jak zwykle.
Borzywuj przerywa mi gestem dłoni, a po chwili wręcza cały wór śmierdzących jak padły szop szczątków. Krzywię się i z głową odwróconą w drugą stronę odbieram pakunek.
– Możesz mi wytłumaczyć, Nawojko – mówi Borzywuj, nie zwracając uwagi na mój odruch wymiotny – po co wam nagle tyle rybich flaków?
– Mamy nowego kota – mówię, bo ustaliliśmy z Witoszem, że to właśnie będziemy mówić, gdy ktoś zapyta.
Borzywuj ze śmiechu dostaje ataku starczego kaszlu.
– Ten kot musi być wielkości cielęcia, skoro tyle żre!

     Ryzykujemy, to prawda. Ryzykujemy za każdym razem, kiedy zdobywamy jedzenie dla Mruczka; kiedy ukrywamy go w pokoju, pod łóżkiem, a rodzice albo Radowit kręcą się w pobliżu; kiedy staramy się nauczyć smoka pozostawania w ciszy, żeby nikt nie mógł go

19




usłyszeć, kiedy mama wysyła nas do sąsiadki po ser.
Kochamy jednak naszego Mruczka – ja równie mocno jak Wit, mimo że to Wit jest dla Mruczka panem i władcą. Pogodziłam się już z tym. Jestem dumna, że jako jedyna dziewczynka w wiosce mogę pochwalić się tak niezwykłym zwierzątkiem domowym – smokiem brzydkim jak noc, o wyłupiastych ślepiach, pomarańczowym ogonie i nieforemnie wielgachnym łbie.

     *

     Z katastrofami jest tak, że nikt się ich nie spodziewa do momentu, kiedy mają miejsce. Wówczas człowiek staje w samym centrum tajfunu i zastanawia się, co, u licha, poszło nie tak.
W naszym przypadku katastrofa następuje w spokojny ciepły wieczór, dokładnie dwa tygodnie od pojawienia się Mruczka w domu. Wit – z Mruczkiem na ramionach – sięga po coś na półce, a w tej samej chwili drzwi do naszego pokoju otwierają się z łoskotem i do środka wpada wzburzony Radowit. Żadne z nas nie słyszało jego kroków na schodach, żadne nie było w stanie przygotować się na to, co zaszło.
Mruczek, przerażony, umyka z ramion Wita i skacze na półkę, strącając ciężki, gliniany kubek. Naczynie spada prosto na głowę mojego brata, a potem

20




rozpryskuje się na podłodze.
Wit wrzeszczy z bólu i chwyta się za głowę. Ja podskakuję na łóżku, przerażona, że starszy bat dostrzeże wijące się na półce, drżące pomarańczowe ciałko.
Radowit zdaje się tego wszystkie nie zauważać.
– Ojciec zostawił tu ponoć cęgi – mówi, ocierając czoło umorusaną dłonią i zostawiając na nim burą smugę. – Macie je tutaj?
Kręcę głową tak intensywnie, że zaraz mi odpadnie. Kątem oka ogarniam resztę pokoju – Mruczka trzęsącego się za bibelotami, skorupy dzbanuszka walające się po podłodze i pochlipującego Wita w dłonią przyciśniętą do czubka głowy.
Czuję, że za moment dostanę zeza.
– Nie mamy tu narzędzi – bąkam, błagając w myślach, by Radowit wyszedł, teraz, zaraz, natychmiast. Wyszedł i nie zobaczył tego, co nie jest przeznaczone dla jego oczu.
Moje modlitwy zostają wysłuchane. Radowit wzdycha zniecierpliwiony i mrucząc pod nosem: „Poszukam w piwnicy”, wychodzi, zamykając za sobą drzwi.
Zrywam się z łóżka i dopadam do Witosza. Rozgarniam mu lniane włosy i uciskam palcem narastającą na jego głowie bułę w kolorze dojrzałej śliwki.
– Auuu! – wyje Wit,

21




strącając moją dłoń. Przerażony hałasami Mruczek piszczy cichutko i zakrywa oczy ogonem.
Ze mnie powoli schodzi napięcie.
– To tylko guz – mówię, już spokojna, bo dociera do mnie, że mimo zagrożenia wszystko dobrze się kończy. – Nic się nie stało.
Wtedy jeszcze nie wiem, że owszem – stało się.

     *

     Wieczorem Witosz źle się czuje.
– Boli mnie głowa, Nawojko – mówi, a jego oczy są szkliste, zaś wargi popękane. – Tak strasznie mnie boli. Jakby ktoś wsadził mi do środka pręt i dźgał rozżarzoną końcówką.
Mruczek wodzi za nim oczami intensywniej niż zwykle. Wydaje się poruszony i niespokojny. Wyraźnie chce być blisko niego – wdrapuje mu się na barki, łasi się, tuli do jego boku. Nawet mruczenie przybiera na intensywności.
Wzruszam ramionami, uznając to za skutek nieoczekiwanego wtargnięcia Radowita. Zganiam Mruczka z brata, a Witoszowi mówię mu, żeby się położył.
Kiedy w środku nocy budzi mnie łaskoczący po powiekach księżycowy promień, spod uchylonych powiek rzuca mi się w oczy zwinięte w kłębek ciało Mruczka spoczywające na głowie mojego brata.

     *

     Na pewno kojarzysz to dziwacznie uczucie niepokoju,

22




które pojawia się znienacka i nie daje wam spokoju. Po prostu w pewnym momencie dochodzi do ciebie, że coś na pewno, z całą stanowczością, jest nie w porządku – nie masz pojęcia, skąd to wiesz, bo wszystko wydaje się dokładnie takie jak wcześniej, ale jednak gdzieś w środku coś ci mówi, że zaraz, za moment, wydarzy się coś złego.
Kiedy budzę się następnego poranka, rozgrzana ciepłymi promieniami słońca – chwała niech będzie Jutrzence – ogarnia mnie właśnie takie uczucie.
W pierwszej chwili nie wiem, o co chodzi; rozglądam się nieporadnie i ziewam rozdzierająco, trąc zaropiałe oczy – i szukam przyczyny dziwnego skurczu w żołądku. Kiedy tak omiatam pokój spojrzeniem, nie znajdując w nim nic niepokojącego i niemal wzruszam ramionami, gotowa na powrót zapaść w błogi sen – wtedy właśnie mój wzrok pada na łóżko Witosza i dziwne uczucie wraca ze zdwojoną siłą.
Odrzucam baranią skórę i idę w stronę łóżka brata, a krótki dystans w moich oczach urasta do kilku długości głównego traktu osady.
Staję nad Witoszem i widzę, że Mruczek leży przytulony do jego policzka, zwinięty w kłębek jak kocię. Patrzę na

23




twarz brata, gotowa wrzasnąć mu nad uchem w odwecie za te wszystkie poranki, kiedy to on budził mnie w ten brutalny sposób...
Lico Witosza jest kredowobiałe, a mój braciszek patrzy w dal szeroko rozwartymi oczami.
Martwymi oczami.
Przez chwilę jeszcze tłumię w sobie wrzask, ale już sekundę później dociera do mnie z całą stanowczością, że mam przed sobą trupa i rozhisteryzowany ryk samowolnie wyrywa się z mojej piersi.
To, co ma miejsce potem, pamiętam jak przez mgłę. Wszystko dzieje się w ułamku sekundy – rodzice, zaalarmowani krzykiem, wpadają jak burza do pokoju; matka, której wystarczy rzut oka na łóżko Wita, by zrozumieć, co się stało; ojciec, który kątem oka dostrzega skulonego w kącie Mruczka, patrzącego ufnie swoimi wyłupiastymi oczami osadzonymi w wielkiej, nieforemnej głowie.
I ja, wrzeszcząca wniebogłosy, niepanująca nad emocjami.
Ojciec zajęczym susem dopada do Mruczka, który jest zbyt powolny, by wykonać choćby ruch; wyszarpuje mamie z ręki wielki rzeźnicki nóż, który ta zgarnęła z kuchni, gdy tylko dobiegły do niej moje krzyki; jednym szybkim ruchem podrzyna Mruczkowi gardło, tnąc bezlitośnie przez kręgi, a

24




potem po kolei odpiłowuje łapy i ogon, a smocza posoka tryska na jego ramiona, na twarz, oblewa owłosioną, nagą pierś.
Rzeczywistość załamuje mi się przed oczami i jedynym, co dochodzi do mnie wyraźnie, jest przenikliwy gwizd, który wydaje z siebie Mruczek wraz z ostatnim tchnieniem. Gwizd, którego nigdy wcześniej u niego nie słyszałam – rozdzierający, wysoki, taki, który jak strzała trafia w samo serce i mrozi nerwy niczym zimowy powiew.
Matka klęczy przy martwym Wicie, wyjąc w jego chudą, zapadłą pierś, a ojciec, skąpany we krwi, patrzy na mnie z furią. Ja jednak nie zwracam na to uwagi. W mojej głowie kłębi się, wiruje, wraca na nowo i na nowo jedna jedyna myśl, która zagłusza wszystkie inne. „Kto ze smokiem obcuje, do kogo smok się garnie... Kto ze smokiem obcuje, do kogo smok się garnie...”
I kolejne wydarzenia, wszystko w ciągu sekundy, świat jak w kalejdoskopie. Nim groza sytuacji dociera do nas z całą mocą, nim ojciec otwiera usta, żeby na mnie wrzasnąć, nim pierś zimnego Witosza wilgotnieje od maminych łez – nad miasteczkiem zbierają się czarne chmury, które, jak się ma okazać, wcale nie są chmurami, ale masywnymi

25




cielskami smoków. Smoków jest więcej i więcej, a potem każdy z nich rozwiera paszczę i rozpętuje się piekło.

     *

     Gdy chwilę później razem z mamą, tatą i Radowitem biegniemy jak opętani pośród płonących chałup, mając obok siebie kilkoro sąsiadów, a biust zadyszanej kowalowej podskakuje rytmiczne na jej klatce piersiowej, raz po raz wydając z siebie głuche dźwięki tworzące symfonię z trzaskiem palących się budynków – właśnie w tym momencie przychodzi mi do głowy myśl, że te wszystkie opowieści o brataniu się ze smokiem nie są jednak wyssane z palca.

     *

     O tym, jak bardzo groźne bywają pozory, dowiaduję się lata później, kiedy rozpoczynam studia w oddalonej od kilkanaście dni jazdy od mojej – byłej – wioski Winecie. Pośród bibliotecznych manuskryptów, zbyt cennych, by dotykać ich gołymi rękami, znajduję masę informacji o smokach. Nasza wiedza oparta była na stereotypach i dawnych historiach przekazywanych z pokolenia na pokolenie – ale o tym, jakie ma to znaczenie, dowiaduję się dopiero z książek.
Smok, którego razem z moim zmarłym tragicznie bratem nazwaliśmy Mruczkiem, należał do gatunku spiżowych smoków

26




wędrownych. Charakteryzują się one niewysłowionym instynktem. Posiadają szósty zmysł – na wzór kotów wyczuwają złe nastroje i choroby, ale u nich ta umiejętność jest o wiele bardziej rozwinięta. Wiedzą, kiedy ktoś ma się źle, kiedy jego zdrowie jest zagrożone... i garną się do takiej osoby, udzielając jej, na swój własny, zwierzęcy, łuskowaty sposób – wsparcia. Ich działania osiągają apogeum, kiedy dana osoba znajduje się u kresu wieczności.
To właśnie przydarzyło się mojemu bratu. Podczas studiowania ksiąg medycznych odkryłam, że istnieją chorobliwe narośle wewnątrz głowy, które tkwią w danej osobie przez całe lata, a potem – pod wpływem uderzenia – pękają jak rybi pęcherz, zalewając mózg trującym płynem. Nie smok sprowadził na Witosza śmierć – Mruczek nie miał z tym nic wspólnego. Powodem był gliniany garnek, który, spadając na głowę Wita, odebrał mu życie.
Skąd pewność, że narzędzie zbrodni Wit od początku nosił w głowie? Lata po tym wydarzeniu, kiedy przestudiowawszy księgi wysłałam do rodziców list opisujący podobne przypadki, mamie przypomniało się, że tak samo zmarł jej pradziad –

27




nieoczekiwanie, nagle, w zupełnie tajemniczych okolicznościach. Jednego wieczoru był całkiem zdrowy, ale kiedy wracał z synem z pola, jego koń spłoszył się i szarpnął wozem, a pradziad mamy uderzył się tyłem głowy o deski wozu. Nie było to mocne uderzenie, zaledwie takie, żeby przekląć siarczyście, a potem zapomnieć o siniaku rozkwitającym pod spoconymi włosami.
Wyciągnięcie wniosków, powiązanie ze sobą tych dwóch przypadków nie jest bynajmniej zadaniem trudnym. Wydaje się oczywiste, że skoro taki przypadek miał już miejsce w naszej rodzinie, to znaczy, że coś podobnego mogło przytrafić się ponownie. Oczywiście, tamtego feralnego dnia, stojąc nad łóżkiem, w którym spoczywało drobne ciałko małego trupka, mamie nie przyszło coś takiego do głowy. Ona widziała jedynie nieżywego syna i smoka strzegącego jego ciała niczym wrót świątyni. Nie mam jej tego za złe, ale prawda jest taka, że rodzice, którzy pod wpływem impulsu, nie myśląc racjonalnie, poćwiartowali Mruczka żywcem, chcąc w przypływie desperacji odwrócić bieg wydarzeń, zmusić diabelską istotę do przywrócenia życia ich najmłodszemu dziecku, przyczynili

28




się do dzieła pożogi, które nastąpiło potem. Smoki spiżowe posiadają bowiem mechanizm obronny, który w chwili zagrożenia życia każe wydawać im z siebie przenikliwy gwizd. Gwizd ten jest sygnałem dla innych smoków, by się pojawiły, zebrały się w grupę i całym stadem przybyły z odsieczą. Jest prośbą o pomoc.
Wszystko wskazywało na to, że smok zamordował mojego brata. Okazało się coś zupełnie odwrotnego – on instruował nas, że na Witosza trzeba szczególnie uważać, bo pęcherz tkwiący w jego głowie w każdej chwili, pod wpływem upadku, potknięcia albo zderzenia z drzwiami, może rozlać się i doprowadzić do tragedii.
Mruczek nas ostrzegał. My, nie rozumiejąc jego języka, zignorowaliśmy to i zamordowaliśmy z zimną krwią posłańca przynoszącego złe nowiny.
Posłaniec zemścił się i w ostatniej minucie życia wezwał pobratymców, którzy zmietli z powierzchni ziemi całą naszą osadę.
To nie smoki pozbawiły nas domu. To nie smoki zrujnowały nasz mały, uporządkowany świat. Zrobiliśmy to sami.
Gdyby nie przedwczesna śmierć Witosza i trauma po utracie domu, być może nigdy nie poczułabym potrzeby wyruszenia do Winety w

29




celu zgłębiania arkanów wiedzy, która do tej pory wydawała mi się w życiu zbędnym dodatkiem.
A gdyby nie Mruczek ze swoją nieproporcjonalnie wielką głową i wyłupiastymi ślepiami, z pomarańczowym ogonem poruszającym się jak wierzbowe witki smagane wiatrem, prawdopodobnie do końca życia nie dotarłaby do mnie oczywista poniekąd prawda, że nigdy, przenigdy nie powinno się oceniać po pozorach.

30




Wyrazy: Znaki: