Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Zapomniane (Dedai 1)(ver1, do poprawki)ikonka kopiowania

Autor: Fortune twarz męska

grafika opisu

rozwiń




- Mistrz powiedzieć w końcu po co być ten spacer? - zapytała zniecierpliwiona orczyca.
Stary ork przystanął i rozejrzał się. Powoli przejechał wzrokiem po ich małej wiosce, położonej między górskimi szczytami. Wyglądała jak żywcem wyciągnięta z poprzedniej epoki, jeszcze zanim nastały czasy golemów i pary. Chaty były drewniane, jednopoziomowe, niewielkie. Dzieci hałasowały bawiąc się na pobliskim polu. Mieszkańcy byli zajęci swoimi sprawami, ktoś rąbał drewno, ktoś wieszał pranie, ktoś parzył w kociołku herbatę. Wszystko wydawało się współgrać ze sobą w niemożliwej wręcz harmonii. Wszystko do siebie pasowało.
- Mistrz? - ponowiła pytanie.
Jej skóra miała jasno-zielony kolor. Twarz miała pokrytą plemiennymi tatuażami, włosy miała długie, gęste, grube i bardzo szorstkie, ciemno-purpurowe. Nosiła czarny, elastyczny, ściśle przylegający do jej wytatuowanego ciała kostium, kończący się dopiero pod samą żuchwą. Nie pochodziła z kontynentu Annium.
- Dedai... - odezwał się w końcu mistrz.
Jego skóra była inna, zdecydowanie bardziej pomarszczona, ale poza tym, kolorem przypominała ludzką. Jemu z warg nie

1




wystawały żadne, nawet malutkie kły. Z podbródka zaś wisiała gładka, zakończona kolorowymi koralikami broda.
- Moja droga Dedai... – powtórzył stary ork. - Rozejrzyj się dookoła i powiedz mi co czujesz.
Orczyca powoli wypuściła powietrze, starając się zachować cierpliwość.
Przejechała wzrokiem po górzystym krajobrazie dookoła wioski. Słońce pieściło iglaste drzewa ostatnimi smagnięciami światła i ciepła. Żegnało się z dniem. Jej mięśnie drgnęły i rozluźniły się.
- Spokój - odparła cicho.
Mistrz uśmiechnął się.
- Tak... - wymruczał z zadowoleniem. - Spokój. Nie ma wątpliwości, że w tym miejscu panuje spokój. Myślę też, że zapewnia ono spokój duszy tego kto tu przebywa, nie sądzisz?
- No... - odpowiedziała wątpliwie Dedai - Tak.
- Tak... Doskonale. W takim razie może zechcesz mi wyjaśnić, jak to jest – mistrz zrobił pauzę, zamknął oczy. Wsłuchał się w śpiew ptaków - że twoja dusza jest taka niespokojna, hmm?
- Ja...
- Zastanów się.
Dedai zmarszczyła brwi w intensywnym zamyśleniu.
- Skoro tu być spokój, to musieć znaczyć, że ja nie mieć spokój. Ja w środku.
- Tak, moja droga Dedai,

2




dokładnie tak. Nawet w tak wspaniałym miejscu nie zaznasz spokoju, jeśli najpierw nie odnajdziesz go w sobie.
Położył rękę na jej ramieniu.
- To jest dzisiejsza lekcja - dokończył.
Orczyca ukłoniła się nisko.
- A teraz - zaczął znowu – Wakta'Da opowiedziała mi o tym jak poradziłaś sobie z tym zmiennokształtnym technomagiem, tym co zamieniał się w zielonego wielkoluda jak się denerwował.
- Mistrz, ja...
- Nie martw się – stary ork uśmiechnął się ciepło - wiem, że pozwoliłaś mu odejść! Właśnie dlatego uważam, że jesteś już gotowa na zadanie, które czekało na ciebie od dawna.
Dedai ukłoniła się po raz kolejny.
- Czeka cię długa podróż, moja droga. Popłyniesz do Honaru.
- Do... Honaru?
- Tak. - Ork uśmiechnął się jeszcze cieplej. - Odwiedzisz Zgubne Góry. Twój dom.
- Ja... - Dedai nie mogła wydusić z siebie słowa. Jej usta zaczęły drżeć, a oczy zeszkliły się od wilgoci.
Po chwili, zupełnie niespodziewanie, wyskoczyła do góry i wybuchła dziką, nieokiełzaną radością. - Ja odwiedzić dom! Dom!

     ***

      - Panie, na prawdę odradzam jakiekolwiek naciski - przekonywał kapitan straży, wyjątkowo chudy

3




krasnolud. - Wioska Zapomniane zawsze pozostawała neutralna. W tym miejscu uchowały się dziesiątki zapomnianych tradycji. Nie sposób spotkać ich nigdzie indziej! To prawdziwy pomnik historii.
Jadący tuż przed nimi troll, przewodnik, prowadzący zarówno ich jak i dwie kolumny ciężko uzbrojonych jeźdźców zatrzymał się.
- Obserwują nas, panie - odezwał się troll.
Kapitan rozejrzał się niepewnie. Po obu stronach drogi roztaczał się gęsty jak jego broda las. Nie wątpił w umiejętności trolla, ale zastanawiał się jakim niby sposobem był w stanie cokolwiek dostrzec!
- Jedziemy dalej - polecił beznamiętnie elf, jadący tuż obok kapitana.
Jego zbroja różniła się od pozostałych, błyszczała ozdobnymi runami i herbami.
Elf był młody, w przeliczeniu na ludzki wiek miałby może ze 25 lat. Pomimo tego, zarówno dużo starszy troll jak i krasnoludzki kapitan słuchali jego poleceń bez najmniejszego szemrania.
Kawalkada jechała dalej.
- Widzisz, kapitanie – przemówił elf – to właśnie te tradycje są problemem. Dopóki istnieją w tej krainie przejawy starych zwyczajów i minionych dekad, ta nigdy się nie ugnie przed nowym porządkiem.

4




Zawsze będzie się opierać. A wraz z nią cała Teria. – kapitan pokręcił smutno głową. Elf ciągnął dalej - Oczywiście dam im szansę na podporzadkowanie się i okazanie uległości, ale chyba oboje wiemy jaki będzie rezultat. Niestety, dla dobra i spójności całego Cesarstwa nie możemy tego tak po prostu zostawić.
W powietrzu świsnęła strzała. Wylądowała tuż pod kopytami konia przewodnika. Orszak zatrzymał się.
- Panie – wymamrotał, nie otwierając ust, troll. - Co teraz?
- Tak witacie swojego nowego pana?! - odezwał się głośno, wręcz wyzywająco, elf. - Jestem Valf An Darvu! Z woli jego wysokości, wspaniałego Cesarza Jagsa III, zwierzchnik województwa Minorii, a co za tym idzie i tych krain! Pokażcie się!
Korony drzew zaszeleściły.
Kapitan rozglądał się nerwowo. W końcu spostrzegł, że tuż przed nimi, na samym środku drogi, stoi jakaś niezidentyfikowana postać. Pojawiła się znikąd.
- Tam! – wrzasnął, wymachując palcem.
Towarzyszący im żołnierze ożywili się, ich konie również stały się niespokojne.
Przewodnik ryknął dziko, bestialsko, uspokajając jednocześnie i gwardzistów i ich zwierzęta. Wiedział,

5




że nie mogą sobie teraz pozwolić na takie zachowanie. Okazywanie niepokoju czy słabości mogłoby być tragiczne w skutkach. Nie było wiadomo kto jeszcze siedzi w krzakach, albo raczej... Ilu ich tam siedzi.
Niezidentyfikowana postać zrobiła krok w ich kierunku, wyciągnęła przed siebie kamienny nóż. Była orkiem, nie... Była orczycą. Zieloną orczycą z pomalowaną twarzą i krótko ściętymi, płomiennie rudymi włosami.
- Uuauuaauu! Blada twarz żegnać się ze skalp! - wywarczała z obcym, złowrogim akcentem. Nie mogła pochodzić stąd.
Kapitan przełknął ślinę, spojrzał na elfa. Ten na pierwszy rzut wydawał się zachowywać zimną krew, jednak wszystkie kropelki potu na jego karku podważały hipotezę o jego spokoju.
Orczyca gwałtownie uniosła ręce. Cały orszak aż podskoczył, cały poza trollem, który po raz kolejny - tym razem wystarczyło groźne spojrzenie - uspokoił ekipę.
Nieznajoma opuściła ręce i westchnęła z rezygnacją.
- Dobra, nie martwcie się! - roześmiała się. - Tylko żartowałam! Nazywam się Wakta'Da! A Wy wyglądacie na kogoś, kto chyba próbuję się dostać do Zapomnianego, co nie?
Kapitan, nie do końca

6




wiedząc jak się zachować, postanowił, że najlepiej będzie wzorować się na zachowaniu przewodnika, który jako jedyny nie przejawiał żadnych większych oznak przerażenia czy nawet zwyczajnego dyskomfortu.
Rzeczony troll wyjechał do przodu i zsiadł z konia.
Nie, jednak wzorowanie się na nim wcale nie jest takim dobry pomysłem – szybko zmienił zdanie krasnolud.
Troll odezwał się językiem nieznanym ani kapitanowi, ani Valfowi An Darvu, ani nikomu z całej reszty zbrojnej kawalkady.
Nieznajoma zmarszczyła brwi. Odpowiedziała coś gniewnie, chyba tym samym dialektem. Gwałtownie wymachiwała rękoma.
W końcu, ostentacyjnie odwróciła się na pięcie.
Pomimo tego, przewodnik nie przestawał mówić.
Zajęło to chwilę, ale orczyca w końcu pokręciła z dezaprobatą głową i ponownie spojrzała na trolla. Uniosła dłoń ponad głowę i zakręciła nią kilka razy, rysując w powietrzu niewidzialne okręgi.
Drzewa zaszumiały. Po chwili, szumienie ustało.
- Czaruje? - zwrócił się do elfa chudy krasnolud.
- Nie - odrzekł elf. Cokolwiek nie działo się teraz w jego głowie, starał się utrzymywać wyniosły, niezachwiany wyraz twarzy. - Dała im

7




jakiś sygnał. Wygląda na to, że jesteśmy bezpieczni.
Nieznajoma rzuciła coś nieprzyjemnego na odchodne i zakończyła rozmowę. Zaczęła się oddalać, w kierunku, w którym do tej pory zmierzał orszak.
- Poprowadzi nas - wyjaśnił powracający troll. Schylił się po wystrzeloną wcześniej strzałę i przyjrzał się jej uważnie.
Metalowy grot miał w sobie zatopione jakieś zielonkawe, szklane ziarenka.
- Panie – odezwał się, już nieco ochłonąwszy, kapitan. – Proszę zobaczyć, gdzie w Terii znajdzie pan jeszcze Indian?
Valf an Darvu ponaglił swojego konia.
- Jej skóra niespecjalnie przypominała Teriańskiego orka – wycedził.- Nie sądzi pan? Powiedziałbym nawet, że wątpliwe, aby pochodziła z naszego kontynentu.
- Tak, panie – energicznie przytaknął krasnolud. – Bo widzi pan, w Zapomnianym odnajdują się najróżniejsze gatunki, przodkowie niektórych przybyli tu z końca świata! Czy to nie niesamowite, że wszyst…
Elf przerwał mu uniesioną dłonią. Kapitan zamilkł.

     ***

      Wyjechali z lasu. Droga wychodziła na rozległą, zieloną halę. Na hali znajdowała się nieduża, archaiczna, drewniana wioska.
Przed prowizoryczną,

8




ustawioną z dwóch okorowanych pali bramą czekał na nich kilkuosobowy komitet powitalny.
Dosłownie kilkanaście metrów dalej oddział łuczników ćwiczył się w strzelaniu na zaimprowizowanym, prymitywnym poligonie. Właśnie tam udała się prowadząca ich orczyca.
Troll przewodnik kierował kawalkadę ku bramie. Obrócił głowę i spojrzał na młodego elfa, chudego krasnoluda i bagatela dwa rzędy zbrojnych jadące za nimi. Znał tutejsze tereny bardzo dobrze, a w życiu miał do czynienia z najprzeróżniejszymi dziwactwami. Pomimo tego, jeszcze nigdy nie był w sławnym Zapomnianem, które tak bardzo izolowało się od Cesarstwa.
Nie wiedział czego może się spodziewać, jednak doświadczenie podpowiadało mu, że uzbrojeni żołnierze z aroganckim elfem na czele nie są najlepszą formą nawiązywania pierwszego kontaktu.
- Cóż za prymitywy, spójrz na nich - burknął do krasnoluda Valf An Darvu, marszcząc pogardliwie twarz. - Te budynki... Paskudne! Jak można tak mieszkać? Założę się, że w całej tej ich zapyziałej wsi nie ma nawet jednego silnika! Ciekawe czy w ogóle się myją. - Parsknął.
Na przeciwko nich stała grupka osób. Była nie tyle

9




archaiczna, co... Dziwaczna.
Przewodził jej stary, ubrany w obwisłą, szarą szatę ork. Dość neutralny kolor skóry wskazywał, że pochodził ze środkowego Annium, może nawet z Terii.
Obok niego stała młodsza, zielono-skóra orczyca. Była dość podobna do tej, którą spotkali po drodze, ale różnice w rysach i tatuażach na twarzy, kolor włosów i ogólne wrażenie mówiły trollowi, że nawet jeśli pochodziły z jednego miejsca to zapewne z dwóch różnych plemion.
Owym orkom towarzyszyła dwójka ludzi. Ci akurat nieszczególnie się wyróżniali, mogli pochodzić stąd.
Stała tam jeszcze jedna osoba, krasnolud. Był całkiem łysy i... Z jakichś powodów nie miał brody.
- Banda cudaków – mruknął z rozbawieniem Valf an Darvu.
Przewodnik rozglądał się uważnie dookoła. Większość mieszkańców zajmujących się właśnie swoimi zajęciami nie wyróżniała się niczym specjalnym. Byli to ludzie, krasnoludy, kilka gnomów i niziołków, ewidentnie pochodzili z Terii, jednak znajdowały się tam również perełki pokroju orków o różnych kolorach skóry, trolli czy - już niespotykanych właściwie nigdzie - bardzo długouchych elfów.
-

10




Witam w Zapomnianem - przemówił z łagodną uprzejmością stary ork. - Przewodzę tej społeczności, nazywają mnie Strażnikiem.
Orszak Valfa an Darvu przystanął kilka metrów od starca. Elf śmiało wyjechał naprzód.
- Nazywam się Valf an Darvu! – rozpoczął z wyższością. – Z woli jego wysokości Cesarza jestem namiestnikiem województwa Minorii, a co z a tym idzie, również tej ziemii!
Pobliscy łucznicy przestali strzelać. Nie tylko oni zareagowali na pretensjonalny ton młodego elfa, wszyscy najbliżsi mieszkańcy przerwali swoje zajęcia i poczęli się bacznie przyglądać.
Kapitan i przewodnik wymienili niepewne spojrzenia. Valf an Darvu zapewne dopiero się rozkręcał.
Ork uśmiechnął się serdecznie.
- Znakomicie - odparł, bez najmniejszej ironii. – Co panów sprowadza?
Z pobliskiej chałupy wyszła niewysoka postać, gnom. Czyścił szmatką jakiś metalowy przedmiot.
Gnom, zorientowawszy się z niezapowiedzianych odwiedzin, zatrzymał się w półkroku, a na jego twarzy namalował się strach. Było tam też coś więcej, kwadrato-podobna blizna na prawym policzku. Blizna skazańca.
Gnom stanął nieruchomo, obserwował.
Krasnoludzki

11




kapitan dostrzegł go jako pierwszy i otworzył szeroko oczy w odruchu zdumienia. Milczał. Po krótkiej chwili ukłonił się delikatnie, prawie niezauważalnie.
Gnom odwzajemnił zakonspirowaną uprzejmość.
- Siłą cesarstwa – przemawiał elf – jest to, że działa jak jeden organizm! Wszystkie fragmenty współgrają ze sobą, nie możemy pozwolić na to, aby jakiś pozostawał w izolacji!
Strażnik pogładził się po brodzie. Stojąca obok Dedai zmrużyła oczy. Valf an Darvu zsiadł z konia i wolnym, aroganckim krokiem podszedł do Strażnika.
- Panie – zaczął łagodnie starzec – dzięki takiemu stanowi rzeczy, Zapomniane zawsze mogło pozostawać neutralne, niezależnie od tego kto stał na czele Terii. To pozwoliło nam, niezależnie od konfliktów i wojen, zachować dziedzictwo tych ziem. I jak widzicie – zatoczył ręką okrąg, wskazując na przeróżnych gatunkowo mieszkańców – nie tylko tych ziem. Przetrwało tu wiele tradycji i innych reliktów przeszłości, których nie spotka się już nigdzie indziej, nie tylko w Terii, ale może i na świecie. Królowie zawsze wydawali się rozumieć i doceniać taki stan. Nie mamy nawet własnego

12




wojska...
- Królowie to przeszłość! – gwałtownie wtrącił się elf. - Nie macie wojska? Nie żartuj sobie, starcze! A ten oddział łuczników to niby co takiego?!
Łysy krasnolud drgnął nerwowo, ale jeden z ludzi złapał go pod ramieniem.
- Panie – cierpliwie tłumaczył ork – każda sztuka walki, czy z bronią czy też bez, z założenia jest sztuką. Z resztą – roześmiał się – dokładnie tak jak wskazuje na to nazwa. Te treningi mają właśnie takie podłoże. I tylko takie. Nie mamy żadnych zorganizowanych...
- Do prawdy? - znowu przerwał Valf an Darvu. - To bardzo ciekawe... I może nie zapewniacie też schronienia wrogom cesarstwa?! - Spojrzał na gnoma. Teraz zwracał się do niego – Witaj Nito. Co, myślałeś, że zapomniałem jak wyglądasz? Nie, nie mój drogi, bardzo dobrze cię pamiętam.
- Panie – wciął się do rozmowy krasnoludzki kapitan - doktor Nito został oczyszczony z zarzutów! Sąd stwierdził, że zaszło ogromne nieporozumienie, poza tym...
- Sąd starej Terii! - warknął elf. - Z resztą, tamten sędzia jest już o głowę niższy. Ale nie martw się Nito, nie mam dla ciebie teraz czasu. Możesz sobie być

13




najzdolniejszym golemologiem, ale jesteś dla mnie teraz tak samo istotny jak najzdolniejszy karaluch. - odwrócił się spowrotem w kierunku Strażnika i wymierzył w niego palcem - Za to ty... posłuchaj mnie teraz uważnie. Wiem, że zapewniacie schronienie zbiegom. Mówi się też, że kultywujecie tu nielegalne sztuki magiczne. Co jeszcze, hodowle nielegalnych używek? A może – zrobił pauzę – nielegalne gildie? To byłoby dobre miejsce dla jakiejś gildi zabójców.
- Panie! - stanowczo sprzeciwił się starzec – My nigdy, Zapomniane pielęgnuje spokój i harmonię! Te plotki to nic więcej niż kłamstwa. Owszem, tych którzy proszą nas o pomoc nie pytamy o pochodzenie, ale...
- Zamilcz starcze! - Valf an Darvu z obrzydzeniem pokręcił głową. - Cokolwiek nie powiesz i tak ci nie uwierzę... Ale znaj moją dobrą wolę! Niecałe dwadzieścia kilometrów stąd dostrzeżono smoka. Nie wiemy dokąd się udał ani tym bardziej jakie ma zamiary. Chętnie założyłbym tutaj stanowisko obserwacyjne…
Ork spuścił wzrok. Elf kontynuował
- Budowa wież i obozu zajmie może z tydzień. Zostawiłbym tu kilka oddziałów moich ludzi. Co ty na to, staruszku, na pewno

14




wyjdziesz nam na przeciw?
- Ja... - Zaczął z trudem, Strażnik - Ja nie mogę się na to zgodzić.
Kapitan przełknął ślinę, spojrzał na przewodnika. Ten również był spięty, obaj pozostawali w gotowości.
Na twarzy młodego namiestnika pojawił się złośliwy, tryumfalny uśmiech.
- No tak... - zaczął z teatralnym smutkiem. - Nie możesz. - Uśmiechnął się jeszcze podlej. - Niestety, nie będę mógł pominąć tego w moim raporcie. Zobaczymy się jeszcze, starcze! Tymczasem – uśmiech zniknął, a usta wykrzywiły się cierpko, pogardliwie - żegnam.
Elf obrócił się, odszedł i wsiadł na konia.
Wieś, ze Strażnikiem na czele, obserwowała w milczeniu jak kawalkada odjeżdża i znika w lesie.
- Mistrzu – odezwała się Wakta'Da. Stała teraz tuż za orkiem, obok Dedai i pozostałych. - Możemy ich jeszcze zatrzymać, w lesie nikt ich nie znajdzie.
- Nie, moja droga – odparł, jakby z wysiłkiem, Strażnik. – Prędzej czy później zjawią się kolejni i kolejni. Musimy zaakceptować, że czasy się zmieniają, że tak jak jest teraz nie będzie zawsze. Nie wiem co przyniesie przyszłość, ale jeśli teraz ruszysz za nimi, możesz być pewna,

15




że Zapomniane niewątpliwie przepadnie. Spójrz na nich. – Obejrzał się na mieszkańców, którzy powoli wracali do swoich prac. – Musimy zrobić wszystko co w naszej mocy, aby ich chronić. Jeśli zabijesz tego elfa, rozpoczniesz wojnę. A wojna prawie nigdy nie przynosi nic dobrego. Co dopiero wojna, której nie możesz wygrać.
Łysy krasnolud westchnął. Dedai pokręciła z niezadowoleniem głową.
- W lesie zawsze móc być wypadek - w końcu się odezwała.
- Nikt w to nie uwierzy - szybko skontrował jeden z ludzi. - Ten troll, ten który ich prowadził, to był Zagward Śladownik. Znakomity tropiciel, a są tacy co zaklinają się, że niegdyś był łowcą! Zna te tereny jak własną kieszeń. Mówią, że kiedy jesteś z nim w lesie, nie może ci się przydarzyć żadna krzywda. Tym bardziej nikt nie uwierzyłby w nieszczęśliwy wypadek!
- Taki z niego łowca – parsknęła Wakta'Da – a gdybym chciała, ustrzeliłabym go na drodze nie trudniej niż zająca.
- Tak myślisz? – zaśmiał się człowiek. – Tylko on nadal żyje! Co więcej, właśnie sobie odjechał.
Wakta'Da wyszczerzyła groźnie zęby.
- Spokój - odezwał się stary ork. - Co było

16




to było, musimy się teraz zastanowić co robimy dalej. Albo raczej... Czy jest cokolwiek co możemy zrobić.
- Mogę się zakraść do jego pałacu... - powiedział drugi z ludzi, ale łysy krasnolud nie pozwolił mu dokończyć
- To nic nie zmieni! Przynajmniej nie na lepsze. Nie lubię tego elfiego dzieciaka, ale mogliśmy trafić gorzej. Nie wiemy jaki będzie następny... Zwierzchnik? Czy jak tam oni się tytułują! W każdym razie, mogli tu przyjechać bez ostrzeżenia, z armią. Co jak co, elfik ma na pewno wiele wad, ale wydaje mi się, że nie chce tylko bezmyślnie niszczyć. Jak myślisz, jeśli go zabijesz to pewnie przyślą kogoś o łagodniejszym temperamencie, co?.
- Dobra, zrozumiałem! Niech ci będzie - odwarknął człowiek.
- Ten krasnolud, ten chudy, ten co był na przedzie - odezwał się gnom, który wyszedł wcześniej z chaty. - Ja go znam. Pracował w pałacu jeszcze za czasów Krawlussa, ba! Nawet za Jargła!
- I co w związku z tym? - rzucił nieprzyjemnie pierwszy z ludzi.
- On, on jest na prawdę rozsądny. Aż dziw, że zatrzymali go w służbie. Wcześniej, podczas wojny był jakimś oficerem. Gdy Jagsowie wygrali, wzięli go do niewoli, a

17




stamtąd raczej się nie wraca. Nie dość, że pozwolili mu żyć to na dodatek wygląda na to, że nadal posiada jakąś pozycję.
- Co sugerujesz, Nito? - dociekał łysielec. – No mówże!
- Sugeruje – to Strażnik podjął się wyjaśniania – że owy oficer może w jakiś sposób wpłynie na naszą sytuację, dobrze rozumiem?
- Tak, nie, nie wiem - odpowiedział niepewnie gnom. - Na pewno właśnie tak by zrobił wtedy, gdy go znałem! Nie wiem co zrobi teraz. Poza tym... Nie wiem na jakich zasadach z nimi współpracuje, nie wiem co się stało, że go zatrzymali.
- Obawiam się – odparł starzec – że schodzimy na obszar teoretyzowania i hipotez. Nie wiele nam z tego przyjdzie. Skupmy się na konkretach i rzeczywistości. Wakta'Da, myślę, że dobrze byłoby mieć na oku to co się dzieje i decyduje w naszej sprawie.
Orczyca przytaknęła z wigorem. Ork kontynuował
- Chciałbym żebyś udała się za tym elfem, obserwuj go, ale w żadnym wypadku nie rób mu krzywdy. To bardzo ważna misja! Pamiętaj, absolutnie nikt nie może cię zauważyć, to by tylko przypieczętowało nasz los.
- Tak jest. – Orczyca uśmiechnęła się chwacko. Spojrzała na Dedai i

18




mrugnęła jednym okiem. - Będę jak cień. Chodźmy Dedai!
- To misja jednoosobowa - ostudził ją Strażnik. - Dla Dedai mam inne zadanie.
Wakta'Da westchnęła z grymasem.
- No trudno. Skoro tak... Idę się przygotować. - Odeszła w kierunku jednej z chałup.
Dedai również nie wyglądała na zadowoloną.

     ***

      Pakowała walizkę. Przestrzeń wewnątrz była ciasno upchana najróżniejszymi pamiątkami, które wiozła dla swojego plemienia, począwszy od zabawek, słodyczy i śmiesznych okularów z wąsami, a skończywszy na książkach i różnych odczynnikach, niespotykanych tam skąd pochodziła.
Izba Dedai była ciemna, a przynajmniej byłaby gdyby nie malutka, latająca, ognista kula, która przyświecała jej tuż ponad ramieniem.
Ktoś wszedł do chaty.
- Ja... - odezwał się znajomy głos – Ten... Pomyślałem, że to może się spodobać twojej rodzinie... Plemieniu... No wiesz, tym do których jedziesz.
Doktor Nito wyciągnął przed siebie ręce, trzymał w nich nieduże zawiniątko. Spuścił wzrok.
Dedai uśmiechnęła się szeroko, przyjęła prezent i natychmiast rozpakowała.
- Co to być? - Przyglądała się niewielkiej, metalowej puszce, na

19




której stała jakaś wielkoucha sylwetka.
- Zaraz Ci pokażę! - Gnom, cały podekscytowany, wyrwał podarek z rąk orczycy. Przekręcił śrubę przyczepioną do puszki, a urządzenie rozbrzmiało przyjemną melodią. Wielkoucha postać zaczęła się obracać.
- Super! - ucieszyła się Dedai i natychmiast wyściskała gnoma. - To być zaklęcie? Urok? A może, w środku igły kłuć mały demon, a on musieć grać muzyka? - Roześmiała się szczerze, choć złowrogo.
- To nie czary! - dumnie sprzeciwił się Nito. – To czysta technika! Proste mechanizmy, ale połączone sprawiają, że... – Muzyka przestała grać, a gnom ponownie nakręcił pozytywkę. - Sprawiają, że gra muzyka!
- Fantastyczność!
- Wiem! - ekscytowali się oboje.
- Ale... - orczyca posmutniała. - Ale ja nie mieć nic dla ciebie...
- Nie żartuj nawet! – Gnom parsknął śmiechem. - To prezent, nie musisz mi nic dawać w zamian. Tak działają prezenty, są bezinteresowne!
Dedai zacisnęła mocno wargi, próbując się nie rozkleić. Malutki, wystający, górny prawy kieł trochę jej przeszkadzał.
- Ja... Ja przywieść ci coś z dom! Ja obiecać!
- Nie musisz! Na prawdę.
- Nie! -

20




odpowiedziała stanowczo orczyca, nie zostawiając najmniejszego pola do sprzeciwu.
- No... Dobrze... Jak chcesz. Ale nie musisz!

     ***

      - Panie, wzywałeś mnie - odezwał się chudy krasnolud.
Elf wydawał się nie zwracać na niego uwagi. Siedział za biurkiem pogrążony wypełnianiem jakichś papierów.
Kapitan rozejrzał się dookoła, rzadko kiedy odwiedzał gabinet zwierzchnika. Pomieszczenie było ogromne i prawie całe było wypełnione księgami, teczkami i innymi, ułożonymi w kupy papierami. Jedne stały na półkach, inne nas stołach, jeszcze inne na podłodze.
- Kapitanie. – Valf an Darvu przerwał mu obserwacje.
Kapitan na powrót skoncentrował uwagę na elfie.
- Tak jest, panie.
- Chciałbym z tobą porozmawiać o czymś, poznać twoją opinię.
Elf odsunął dokumenty na bok i spokojnie odłożył, tak ostatnio modne wśród cesarkich namiestników, mechaniczne pióro. Położył łokcie na biurku i z typowo elfią manierą oparł, albo raczej wyeksponował podbródek na dłoniach.
- W jakiej sprawie, panie?
- W sprawie Zapomnianego. Tej odizolowanej wioski w górach.
- Cóż... Zna pan moje zdanie, na prawdę uważam, że lepiej to

21




zostawić.
Valf an Darvu wydawał się być rozczarowany.
- Kapitanie... Mówiłem już panu, że nie możemy tego tak zostawić. Dostałem jasne wytyczne, ten problem musi zostać rozwiązany. Chciałbym, aby doradził mi pan w jaki sposób.
- Cóż... – Krasnolud namyślał się. – Jeśli uważa pan, że nie ma innego wyjścia... Informacja o takich działaniach nie wpłynie dobrze na opinię publiczną. Musielibyśmy jakoś sprawić, aby nikt się o tym nie dowiedział.
- Oboje wiemy, że to niemożliwe. Nie powstrzymamy czy to prawdziwych informacji, czy tym bardziej plotek. – kapitan chciał się wtrącić, ale młody namiestnik powstrzymał go ruchem ręki - Niby możemy surowo karać każdego kto o tym wspomni, ale moim zdaniem rządy terroru nie są najefektywniejszą metodą sprawowania władzy. Nie sądzi pan?
- Tak, panie. Też tak sądzę. W takim razie, nie mam pomysłu.
- Proszę się zastanowić, nie ma nic co mogłoby nas wybawić z tej patowej sytuacji? Co musiałoby się stać, aby uzasadnić atak na Zapomniane?
- No... Oczywiście, Zapomniane mogłoby sprowokować interwencję, ale Strażnik przecież nigdy na to nie pozwoli.
- Dokładnie. - Oczy

22




Valfa an Darvu błysnęły, a na twarzy pojawił się chytry uśmiech. – Strażnik na to nie pozwoli, panie kapitanie...
- Nie. Nie chce pan chyba...
- Ciszej - nie pozwolił mu dokończyć elf. - O niektórych rzeczach lepiej jest nie rozmawiać za głośno. Ale proszę przyznać, to ułatwiłoby sprawę. Tym bardziej, że wątpię aby Zapomniane mogło przetrwać taki cios. Nie ma tam nikogo kto cieszyłby się aż tak jednoznacznym autorytetem jak Strażnik, a utrzymać w harmonii tak wiele różnych gatunków wcale nie jest łatwo. Tym bardziej tylu czarodziejów. Wiedział pan, że większość mieszkańców tej wioski posiada mniejsze lub większe umiejętności magiczne? – Prychnął. – Niebywałe!
- Tak, panie, wiedziałem – odpowiedział cicho krasnolud.
-Poza tym – ciągnął elf, na razie nie zwracając na kapitana uwagi - takie rozwiązanie ma jeszcze jedną ważną zaletę. Ucięcie jednej głowy jest zdecydowanie mniej problematyczne niż tysiąca. Do tego można to zrobić niemal niezauważalnie.
Nastała cisza, którą krasnolud zinterpretował jako zaproszenie do komentarza.
- Myśli pan, że wystarczy odciąć jedną głowę? – zapytał.
-

23




Szczerze mówiąc spodziewam się, że będzie trzeba ich odciąć trochę więcej. Tak na wszelki wypadek. Przy tylu czarodziejach… Po drodze zapewne pojawią się trudności.
- Chce pan użyć… - kapitan zawahał się, jakby nie chciał dokończyć.
- Tak. – Elf wybawił go z opresji. - Już wyruszyli.
Mały, zielony pająk pospiesznie podreptał po ścianie w kierunku okna.

***

      Wakta'Da pędziła przez las, pędziła ile tylko jej rumak miał sił w nogach. Obawiała się, że to mogło nie wystarczyć.
Zwierzę, pomimo panującej w lesie nocnej ciemności, w jakiś cudowny sposób omijało wszelkie drzewa i korzenie, nawet nie zwalniając.
Orczyca wiedziała, że jest już niedaleko. Wiedziała, że może uda jej się zdążyć.
I wtedy gwałtownie zatrzymała konia, równie szybko wciągając go w pobliskie chaszcze.
Ktoś tam stał, ktoś stał na samym skraju lasu, na tle rozgwieżdżonego nieba rozciągającego się nad halą.
Wakta'Da zaklęła w myślach, zastanawiając czy to może być ktoś inny niż wysłannik tego elfa.
Próbowała go zidentyfikować, jednak ani odległość, ani bezkompromisowa ciemność nie działały na jej korzyść. Pozostało

24




jej jedynie mieć nadzieję, że postać nie zdołała jej zauważyć i że wcale nie radzi sobie z mrokiem lepiej niż ona.
Postanowiła podejść bliżej.
Tajemnicza sylwetka nie poruszała się. Stała jak głaz.
A może jej się tylko wydawało, może to zwykły konar albo kamień… Tak czy inaczej, musiała się jak najprędzej dostać do Zapomnianego, a nie było innej drogi.
W jednej ręce niosła łuk, drugą miała wolną, gotową, aby w każdej chwili dobyć strzał. Poruszała się cicho jak kot, jak wprawiony w łowach kocur. Jak bezszelestna śmierć na czterech łapach.
Z każdym, powolnym, ostrożnym krokiem zbliżała się do tajemniczej postaci. Ta była odziana w długą, ciemną pelerynę z kapturem. Nadal pozostawała nieruchoma.
Coś trzasnęło cicho, prawie niesłyszalnie, a orczyca zaklęła w myślach. Nadepnęła na drut, połączony zapewne z jakąś pułapką. Nie mogła teraz poruszyć stopy nawet o milimetr, bo to zwolniłoby mechanizm.
- No proszę - odezwała się zakapturzona postać, nadal pozostając w bezruchu. Wpatrywała się w górską halę i w położone na niej, świecące pojedynczymi światełkami Zapomniane. - A jednak dobrze mi

25




się wydawało. Ledwo cię dostrzegłem. Nie ma co, potrafisz się poruszać po lesie.
- Kim jesteś?! - warknęła rozdrażniona orczyca.
Postać odwróciła się, a księżyc oświetlił jej młodą, elfią twarz. Na pierwszy rzut oka przypominała trochę Valfa an Darvu, ale dla Wakta’Dy wszystkie młode elfy wyglądały mniej więcej tak samo. Orczyca potrafiła jednak stwierdzić, że ten był prawdopodobnie jeszcze młodszy niż namiestnik.
- To akurat jest bez znaczenia - rzucił beznamiętnie młodzieniec.
- Nie przedstawisz się? Strach cię obleciał? – próbowała go sprowokować.
Elf uśmiechnął się z jedynie delikatną wyższością.
- Pewnie mnie obleciał. - rzucił lekceważąco.
To rozgniewało orczycę jeszcze bardziej. Niestety, nic w tym momencie nie mogła z tym zrobić. Desperacko poszukiwała w głowie rozwiązań.
Elf ponownie odwrócił się w stronę wioski i gór. Jego postawa sugerowała spokój i pewność. Nie… Nie sugerowała. Jego postawa była ucieleśnieniem spokoju i pewności.
Wakta'Da postanowiła wykorzystać szansę, teraz albo nigdy!
Błyskawicznym ruchem dobyła strzałę i wypuściła w kierunku nieznajomego. Ledwie

26




strzała zdążyła wzbić się w powietrze, orczyca odrzuciła łuk i sięgnęła ręką do pasa. Pochwyciła w garść jakiś proszek i cisnęła nim prosto pod swoje nogi.
W powietrze wzbił się kłąb dymu, materializując się po chwili w błyszczącego jak szkło, zielonego kota. Gdy tylko kocur opadł na przygniatany przez orczycę drut, ta wyskoczyła do góry, robiąc salto. Jej rumak już nadbiegał!
Wszystko to działo się niewiarygodnie szybko. Strzała dopiero co zdążyła minąć młodego elfa, który, nadal się nie odwracając, jakimś cudem zrobił unik.
Przeleciawszy kolejne trzy metry, strzała również wybuchła dymem, materializując się w zielonego, szkłopodobnego golema.
Golemiczny wojownik zamachnął się ogromną pięścią, ale elfa już nie było. Siedział sobie spokojnie na gałęzi jednego z drzew, dobre kilka metrów ponad golemem.
Wakta'Da w locie dosiadła konia. Przycisnęła się do jego szyi i pędziła przed siebie na złamanie karku.
Coś huknęło.
Orczyca straciła oddech. Poczuła wstrząs. Następnym co poczuła była twarda ziemia, uderzenie. Szum w uszach.
Zwierzę, nie zwracając na nią uwagi, popędziło dalej. Kurczyło

27




się na tle miasteczka, w miarę tego jak się oddalało.
Powrócił jej słuch. Właściwie wszystko stało się jakieś nadzwyczaj głośne. Usłyszała kroki. Dudniły niczym dzwony.
Dopiero po chwili poczuła ból. Prawdopodobnie złamała nogę, ale... coś było nie tak z jej brzuchem. Pomacała po nim ręką, był mokry, lepki. W końcu natrafiła na dziurę wielkości śliwki. Zobaczyła krew.
Powoli, wszystko ciemniało. Ostatni raz spojrzała na rozciągające się w oddali Zapomniane i zamknęła oczy.
Pomyślała o Dedai. Poczuła zimno.
Znowu huknęło.

     ***

      - Chowamy zwłoki? - rozbrzmiał niski, krasnoludzki głos.
- Nie, raczej nie - odparł zakapturzony elf, kiedy mijali ciało orczycy. Szli pieszo, powoli, spokojnie. Jakby się przechadzali. - Podejrzewam, że i tak nie obejdzie się bez zamieszania. Myślisz, że jej koń dobiegnie do wioski?
Krasnolud zrzucił ciemno-szkarłatny kaptur i podrapał się po krótko przystrzyżonej brodzie.
- Niewykluczone. Rozpoznają go?
- Mogą rozpoznać – ocenił niezachwycony elf. – Mogliśmy to rozegrać dużo lepiej.
- Doprawdy? – krasnolud prychnął. – „ Daruj sobie te pułapki, przecież nikt nas

28




nie podejdzie”. Łajno! Ta kocica podeszła cię jak dzieciaka.
- Cóż – elf uśmiechnął się lekko – nie można ci odmówić racji. Ale wydaje mi się, że były lepsze możliwości niż po prostu ją zastrzelić. Mam wrażenie, że chciałeś po prostu sprawdzić czy jeszcze trafisz w tym wieku, co?
- Może! – odwarknął krasnolud. – Ale gdyby nie ja, już by cię nie było. A gdyby nie ty, to ona nie przedostałaby się za las. „Tylko sobie popatrzę”… Tfu!
Elf westchnął ciężko. Tak naprawdę nie miał do kompana pretensji, nie mógł mieć. Miał dziesiątki okazji, aby wyeliminować tą „kocicę”, ale chciał zobaczyć jak krasnolud sobie z nią poradzi. Oczywiście nie zamierzał mu tego powiedzieć.
Zatrzymali się.
- Nie zwlekajmy – oznajmił, spokojniejszym już tonem, krasnolud. Kucnął, pogrzebał chwilę w trawie i żwawym ruchem ściągnął maskującą płachtę, przykrywającą coś mechanicznego.
Zabrali się do składania sprzętu i po kilku minutach mieli na sobie dwa plecaki z wystającymi w górę tyczkami, zakończonymi okrągłymi śmigłami.
- Chyba najlepiej będzie się rozdzielić - zaproponował krasnolud.
- Też tak

29




myślę - przytaknął elf. - Ja polecę tam.
- A ja tam. Znak, że już po wszystkim to trzy wystrzały, tak?
- A nie bijemy w dzwony, jak zwykle?
- A zauważyłeś tu jakiś kościół? Nawet jeśli jest, to wszystkie chaty wyglądają podobnie.
- Fakt.
- Obawiam się, że tym razem nie obejdzie się bez zamieszania...

     ***

      Dedai obudziła się nagle. Jakby coś chwyciło ją za ramiona i wyrwało ze snu.
Za oknem statku zagrzmiało. Niby miała kiedyś lęk przed lataniem, ogromny, ale teraz... Nie, to nie było to. To musiało być coś innego. Z resztą od dawna lata statkami bez najmniejszego problemu. Coś musiało się stać. Tylko co?

     ***

      Nie zdążył krzyknąć, nie zdążył nawet jęknąć. Osunął się jedynie na podłogę, zostawiając po sobie krwawą smugę na ścianie.
Elf zdmuchnął świecę, a w izbie zapanowała ciemność, dokładnie taka sama jak na zachmurzonym dworze.
Wyjrzał przez okno.
Pogoda tutaj potrafiła się zmienić w mgnieniu oka. Mimo, że jeszcze godzinę temu na niebie nie było żadnych chmur, teraz zaczynało już padać.
To dobrze – pomyślał. Deszcz działał na jego korzyść, ciężej będzie go usłyszeć. I nikt

30




raczej nie będzie w taką pogodę, tym bardziej w środku nocy, zapuszczać się na zewnątrz bez powodu.
Tak, taka pogoda zdecydowanie mu sprzyjała.
Teraz musiał już tylko zlokalizować swój cel.

     ***

      Krasnolud powolutku, delikatnie, uchylił drzwi. Tak jak się spodziewał, w pomieszczeniu nie było nikogo - wślizgnął się do środka.
Już z daleka dostrzegł nietypową budowlę, kompleks chałup połączonych ze sobą drewnianymi korytarzami.
Zgadywał, że najlepiej będzie właśnie tutaj rozpocząć poszukiwania swojej ofiary. Może trafi na jakąś wskazówkę.
Oparł swój muszkiet o ścianę. W tak ciasnej przestrzeni broń ta i tak niespecjalnie znajdowała zastosowanie, a z pewnością narobiłaby wiele zbędnego hałasu.
Zaskoczył go odgłos kroków dochodzący z jednego z korytarzy. Po chwili dotarły do niego niewyraźne głoski, będące częścią jakiejś rozmowy.
Przystawił ucho do drzwi - kroki powoli, ale wyraźnie się zbliżały.
Zwinnym ruchem wyciągnął zza pasa coś co przypominało niewielką słomkę. Sprawnie powyginał narzędzie w kilku miejscach i wsadził w dziurę na klucz. Słomka okazała się być czymś na podobieństwo

31




peryskopu.
Po drugiej stronie drzwi, wolnym krokiem, zbliżało się dwóch ludzi, obaj dzierżyli miecze. Musieli być jakimiś wartownikami.
Szlag - zaklął w duchu krasnolud. – Cóż, przynajmniej później nie będą przeszkadzać - szybko zdecydował i zaczął majstrować przy drzwiach.
Po kilku sekundach odskoczył od nich jak poparzony i schował się za pierwszym lepszym meblem, w tym wypadku niedużym kredensem.
Wartownicy byli już pod samymi drzwiami i nagle zatrzymali się.
Krasnolud starał się uciszać swój galopujący oddech, każda kolejna sekunda tylko potęgowała stres.
Zagrzmiało. Na zewnątrz rozpadało się na dobre.
Niecierpliwił się. Serce waliło mu jak młot, jak połączone ze sobą dziesięć krasnoludzkich młotów, a oni nadal tam stali i nadal nie wchodzili. Nadal rozmawiali. Pogłos niezrozumiałej rozmowy stawał się nie do zniesienia.
Deszcz dudnił odbijając się od drewnianego dachu.
Na brodę mojej matki zaraz sam do was pójdę - klął w myślach, zagryzając zęby.
Ktoś w końcu nacisnął na klamkę.
Nieskończoną sekundę później drzwi otworzyły się.
Usłyszał ciche puknięcie i świst wyrzucanego przez

32




ładunek drutu. Coś upadło na podłogę. Właściwie kilka rzeczy, fragmentów, dwójki bezlitośnie pociętych osób.
To była paskudna pułapka, ale jedyna, która działała tak cicho i niezawodnie. Po wyzwoleniu mechanizmu ładunek wyrzucał w powietrze nici cieniutkiego, specjalnie zaklętego drutu, który brutalnie przecinał wszystko dookoła. Zazwyczaj pozostawiał po ofierze jedynie krwawą miazgę porozrzucanego dookoła mięsa.
Tak było i tym razem. Krasnolud wstał zza ochlapanego krwią i wnętrznościami kredensu. Pierwszy raz zamontował mechanizm bezpośrednio na drzwiach. Efekt nie był aż tak przerażająco makabryczny jak się spodziewał, jednak bez wątpienia śmiertelny.
Będzie trzeba to puścić z dymem – pomyślał. Zdawał sobie jednak sprawę, że noc się jeszcze nie skończyła i szczerze chciał, aby właśnie te ślady były najtrudniejszymi do zatarcia.
Spodziewał się, że będzie inaczej.
Pokręcił głową z niezadowoleniem. Cokolwiek sobie w tym momencie nie pomyślał, miał zadanie do wykonania.

     ***

      Elf sprawdził już sporą część wioski i w końcu przedostał się pod kompleks połączonych korytarzami chat. Szło mu dobrze,

33




po drodze uśpił jedynie dwie osoby, poza tym obeszło się bez ofiar.
Rozległy kompleks był na tyle nietypową budowlą, że elf przewidywał iż to właśnie gdzieś w tym miejscu powinien znajdować Strażnik.
Zdawał sobie sprawę, że jego towarzysz mógł pomyśleć podobnie, ale z drugiej strony, krasnolud mógł też założyć, że elf sprawdzi to miejsce i koniec końców kompleks pozostałby niesprawdzony.
Musiał go zbadać, musiał się dostać do środka.
Zgrabnie wskoczył na spoczywający przy chacie stos drewna, a następnie na dach. Było ślisko, diabelnie.
Przy tak zacinającym deszczu raczej ciężko będzie go dostrzec, a jeśli będzie uważać, dodatkowo nikt nie powinien go usłyszeć.
Kompleks połączonych chat tworzył trzy pierścienie. W samym centrum znajdowało się coś na podobieństwo niezadaszonego ogrodu. Intuicja podpowiedziała elfowi, że właśnie tam powinien się udać. Nie zastanawiał się dlaczego, ufał jej.
Zwinnie przeskakiwał po kolejnych chałupach. W końcu przeskoczył na drzewo i ześlizgnął się po nim prosto w kwieciste krzaki.
Rozejrzał się uważnie po ogrodzie. Nie było tam zbyt wielu miejsc, które mogłyby

34




stanowić dla niego skuteczną zasłonę.
Nagle dostrzegł ruch w środku jednej z chat. Ktoś się tam skradał. Chyba nawet wiedział kto.
Uśmiechnął się i wypuścił z ulgą powietrze.
Moment później ponownie zmrużył oczy. Za tym kimś skradał się ktoś jeszcze.

     ***

      Nie bez wysiłku, udało mu się przedostać do wewnętrznego pierścienia kompleksu. Zakładał, że to właśnie gdzieś tutaj powinna się znajdować kwatera Strażnika. Rozczochrał swoją krótką brodę.
Coś świsnęło w powietrzu, a krasnolud natychmiastowo, instynktownie, rzucił się na ziemię. Zrobił przewrót i rozejrzał się po izbie. W obu dłoniach trzymał gotowe do użycia granaty.
W pomieszczeniu był ktoś jeszcze, wartownik, ale upadł na podłogę trafiony sztyletem jednocześnie w gardło i kręgosłup.
Krasnolud nie miał pojęcia jakim cudem go nie dostrzegł. Potrząsnął głową, to i tak było już bez znaczenia, było minęło.
Sięgnął do kieszeni po mechaniczny monokl. Urządzenie sprawiało, że podczas nocy wszystko stawało się wyraźniejsze. Ostrożnie wychylił się za okno i rozejrzał się po ogrodzie. Dostrzegł kucającego pod drzewem, machającego,

35




elfa.
Kilkoma krótkimi gestami porozumieli się co do dalszych poszukiwań. Jeden miał iść w jedną stronę, drugi w drugą.

     ***

      Stary ork nie spał. Medytował. Siedział na klęczkach w specjalnie przygotowanej do tego izbie. Wokoło płonęły świece i kadzidła, a tuż przed nim, rozciągnięty na całej ścianie widniał wizerunek podstarzałego, uśmiechniętego elfa. Pierwszego Mistrza, pierwszego Strażnika Zapomnianego.
- A więc jesteście w końcu - przemówił obecny Strażnik, nie otwierając oczu. Wypuścił powoli powietrze.
Krasnolud, zupełnie bezszelestnie, zamknął za sobą drzwi. Milczał. Wyciągnął krótki, prostokątny nóż.
- Przyszliście tylko po mnie? - zapytał mistrz. Otworzył oczy.
- Wybacz - wymamrotał cicho krasnolud. - Tajemnica służbowa.
- Rozumiem. - Ork wstał. Nie odwracał się. - Nie będę stawiać oporu. Jeżeli jesteście tu tylko dla mnie, bardzo proszę nie zabijajcie już nikogo innego.
- Chciałbym, ale nie mogę ci tego obiecać.
Peleryna krasnoluda sprawiała wrażenie czarnej, ale światło świec ujawniało, że tak naprawdę miała nieco inny kolor. Owszem, bardzo ciemny, ale był to raczej szalenie ciemny

36




odcień czerwieni, złowróżbnie mroczne bordo. W niektórych krainach nazywany też ciemnym buraczkowym.
Zapewne to ostatnie określenie nie spodobałoby się żadnemu czerwonemu kapturowi, dla którego owa peleryna była bardzo ważnym symbolem. Symbolem ich cechu.
Krasnolud zrobił krok, ale zanim postawił stopę, jedna ze ścian eksplodowała.
Nie zdążył nawet zrobić uniku i nim się zorientował - coś diabelnie ciężkiego przycisnęło go do ściany.
Dopiero po sekundzie zorientował się, że jakaś potężna, porównywalna do ogrzej, sylwetka wpadła przed chwilą do pomieszczenia, wyrywając przy tym ogromną dziurę w ścianie. To właśnie ta sylwetka trzymała go teraz w żelaznym uścisku.
Olbrzym okazał się być wielkim, parowym golemem. Ale... to przecież było niemożliwe! Nikt nie byłby w stanie zbudować tak skomplikowanej maszyny, nie takich rozmiarów!
Bolesny, mechaniczny uścisk skutecznie przekonywał krasnoluda o realności maszyny.
Wypluł grudę krwi zmieszaną z kilkoma zębami.
Zza pleców golema wyłoniła się nieduża, gnomia sylwetka.
Krasnolud pokręcił głową z rozczarowaniem. Rozczarował sam siebie. Może rzeczywiście

37




robił się na to za stary. Zastanawiał się czy mógł zrobić coś więcej, czy był w stanie wykonać unik zanim dał się pochwycić…
Nie potrafił sobie na to pytanie odpowiedzieć.
Spojrzał na Strażnika i wykrzywił zakrwawione wargi w uśmiech.
- Wybacz – podjął ze smutną satysfakcją – Ale każde zlecenie musi być zrealizowane.
Szybkim ruchem sięgnął do pasa i odpiął od niego dwie metalowe kule. Granaty opadły swobodnie, a następnie potoczyły się po podłodze.
W międzyczasie krasnolud zamachnął się ramieniem, a peleryna odsłoniła kamizelkę zbudowaną z niewielkich paczuszek.
- Ładunek wybuchowy! - wrzasnął z trwogą gnom.
Strażnik miał ułamek sekundy na reakcję. Musiał wybierać.

     ***

      Gdzieś po drugiej stronie kompleksu nastąpiły dwa wybuchy. Po chwili nastąpił kolejny, zdecydowanie większy i głośniejszy.
Rozpędzona fala uderzeniowa przedzierała się przez korytarze, wyrywając drzwi. W końcu dotarła do elfa i już osłabiona zatrzepotała jego płaszczem.
Trzy wystrzały – pomyślał i pokręcił głową.
Podszedł do okna, złapał się wystającej na zewnątrz, tuż nad oknem, belki i podciągnął do góry,

38




chwilę później był już na dachu.
Chałupy w oddali płonęły. Szalejący ogień rozpoczął swoje zmagania z deszczem. Wygrywał. Łapczywie sięgał jęzorami po kolejne chaty i rozprzestrzeniał się, wyrzucając w powietrze gęste kominy dymu i iskier.
- Hej! Tam! - wrzasnął ktoś.
Światło płomieni, nawet z tak daleko, sprawiło, że elf nie był już tak niewidoczny jak wcześniej.
Natychmiast poszukał wzrokiem źródła okrzyku. Przed chatą stał niski, łysy krasnolud, nie miał brody. Zbiegali się ku niemu kolejni mieszkańcy. Cała wioska wydawała się być już na nogach. Zewsząd dochodziły okrzyki i nawoływania.

     ***

      Wybuchy zwróciły uwagę kogoś jeszcze. Właściwie nie tyle wybuchy, co zaburzenie panującej od wieków harmonii. Ktoś bardzo wyraźnie to poczuł. Ktoś bardzo zły, rozwcieczony. Zwęszył to co się stało podobnie jak rekin zwęszyłby kropelkę krwi w oceanie. I podobnie jak rekin miał nieodpartą potrzebę podążyć za tą kropelką.

     ***

      Z dłoni łysego krasnoluda wystrzelił świetlisty łańcuch. W odpowiedzi w powietrzu błysnęła zielona smuga, to elf odbił zaklęcie mieczem. Odskoczył do tyłu i zniknął

39




gdzieś po drugiej stronie chaty.
Kiedy mieszkańcy zdążyli okrążyli budynek, po zakapturzonym nieznajomym nie było nawet najmniejszego śladu.

     ***

      Nito wygrzebywał się z pod resztek zezłomowanego golema. Rozejrzał się dookoła, otaczał go ogień. Wszystko płonęło. Wszystko poza niewielką przestrzenią, na której znajdował się gnom.
Pociągnął nosem i zdał sobie sprawę z tego co zaszło. Strażnik wiedząc, że zdąży rzucić zaklęcie na tylko jedną osobę ochronił go. Uratował. W zamian, poświęcając siebie.
Płomienie zasyczały, a Nito poczuł na twarzy uderzenie gorącej pary. Mieszkańcy, głównie przy pomocy wodnych czarów, opanowywali pożar.
Gnom skrzywił się z bólem i gwałtownie zakrył uszy. Całą halę, wszystkie pobliskie góry przeszył monstrualny, nienawistny grom. Nie… to nie był grom. To był ryk.
Prawdziwa tragedia Zapomnianego miała się dopiero zacząć.

     ***

      Minęły dwa lata od kiedy opuściła to miejsce. Wyruszyła wtedy, aby rozliczyć się z przeszłością. Rozumiała, że tylko w ten sposób może pójść do przodu.
Była wtedy inną Dedai. Zapewne to co spotkała u celu swojej podróży nie pozostało

40




na to bez wpływu, zmieniło ją. Choć czasem zastanawiała się, czy nie wolałaby żyć w nieświadomości. Nadal pozostać malutką, naiwną Dedai, nieświadomą tego co się stało.
Ale jej historia, jej wioska, jej plemię było już tylko przeszłością. Teraz nie miała już wyjścia.
Na całe szczęście nadal miała Strażnika. I Wakta'De! I Nito! I wszystkich innych! Całe Zapomniane. Swój prawdziwy dom, którego tak naprawdę nigdy wcześniej nie miała, a który tak bardzo chciała odnaleźć. Teraz to rozumiała. Teraz odnalazła spokój.
Jej wierzchowiec, majestatyczny, lśniący, biały tygrys warknął niespokojnie.
Wyjechała z lasu i zamarła.
Serce zatrzymało się jej na sekundę, źrenice zmniejszyły się do mikroskopijnych rozmiarów, a mózg doznał szoku.
Nie było już zielonej hali. Nie było już wioski. Jedyne co było to wypalona ziemia, popiół i resztki budynków, żałośnie majaczące w oddali.
Popędziła tygrysa i desperacko ruszyła do przodu.
Zeskoczyła z niego tuż przy głównej bramie, a raczej tuż przy miejscu, w którym ta się kiedyś znajdowała. Teraz był tam jedynie szary proch.
Jej oddech stał się szybki, płytki i

41




nieregularny. Przejechała rozhisteryzowanym wzrokiem dookoła. Przez grubą warstwę pyłu, niczym pierwsze kwiaty przez śnieg, przebijały się pozostałości chałup. Tylko niektóre z nich zachowały się na tyle, aby chociaż przypominać kształt minionych budynków.
Padła na kolana i zatopiła dłonie w popiele. Wspaniały, wielki, biały tygrys podszedł bliżej.
Pierwsze łzy opadły na pył, naznaczając go wilgocią. Rozpaczą.
Orczyca krzyknęła, wydarła się tak rozpaczliwie, jak potrafi tylko człowiek, który wszystko stracił. Nie... Taki któremu wszystko zostało odebrane!
Dzień mijał, a ona w końcu przestała płakać. Łzy nie chciały już więcej lecieć. Coś się w niej złamało. Coś pękło. Bezsilne, puste ciało zwaliło się w poduszkę popiołu.
Nagle wzdrygnęła się, usłyszawszy jakiś hałas, jakiś ruch. Błyskawicznie podniosła się do pozycji półleżącej i zaczęła nasłuchiwać.
Dźwięk dochodził z jedynej chałupy, która prawie w całości zachowała swój kształt. Dedai podskoczyła na pełne nogi.
Czy to możliwe, że ktoś tu jeszcze jest - łudziła się orczyca. Postanowiła sprawdzić i skierowała się ku

42




źródłu hałasów. Nie ustawały.
To był dźwięk kroków. Ciężkich. Metalowych.
Tuż za chatą zobaczyła kogoś - szybko schyliła się aby jej nie zauważył.
To był golem, prawdziwy parowy golem, wysokości trolla. Wszedł do wnętrza sfatygowanego budynku.
Dedai próbowała się skupić. Z całych sił próbowała się przebić przez żal i smutek, które tak bardzo zdominowały jej umysł. Próbowała zebrać myśli. Próbowała rzucić zaklęcie.
Tuż przy jej skórze zaczął się materializować łagodny, bezwonny, czarny dym. Powoli zaczął ulatywać ku górze. Zawirował w powietrzu i skierował się ku dłoni orczycy, a następnie przybrał podłużny kształt.
Po dwóch sekundach Dedai dzierżyła w ręcę swoją węglowo-czarną, niewymownie przerażającą kosę. Nie było wątpliwości, to narzędzie nie mogło mieć żadnego rolniczego przeznaczenia.
Z czarnego drzewca, tuż pod czarnym ostrzem, zwisały indiańskie ozdoby, cztery nieduże talizmany zawieszone na czarnych sznureczkach owiniętych wokół broni.
Dedai wstała - nie zamierzała się ukrywać, nie miała już po co. Pewnie chwyciła kosę - trzymała ją prawą ręką, ostrzem

43




skierowanym w dół.
Ruszyła na spotkanie z golemem.
Spalona chałupa była wzmocniona w miarę świeżymi deskami. Wypalone i powyrywane dziury były zabite, tak samo jak miejsca, w których kiedyś znajdowały się okna. Ktoś niezbyt wybredny mógłby tu nawet zamieszkać.
Z wewnątrz dochodziły odgłosy świadczące o poruszaniu się golema, ale był tam ktoś jeszcze.
Orczyca bez zawahania otworzyła zabite dechami drzwi.
Golem przestał się poruszać. Wpatrywał się w nią dwoma żółtymi, świecącymi żarówkami. Poza tym niewielkim źródłem światła i otwartymi drzwiami w izbie było całkowicie ciemno.
- Kto tu jest?! - zachrypiał jakiś zmarnowany, wysuszony głos.
Dedai uniosła wolną dłoń do góry, a nad nią pojawiła się niewielka, ognista kula. Wypełniła wnętrze chaty ciepłym, migoczącym światłem.
W kącie, na starym fotelu siedziała niewysoka postać. Twarz miała pomarszczoną bliznami, oczy smutne, wyblakłe, ślepe.
- Kto tu jest?! - powtórzył, bardziej nerwowo, gospodarz.
Golem zabuczał, ale nie poruszył się.
Dedai kojarzyła ten głos... Znała tą sylwetkę.
- Nito?! - nie dowierzała – To być ty?
- Dedai? - Usta

44




pomarszczonego ślepca wykrzywiły się w zdziwieniu, a głos załamał się. - To na prawdę ty?
Orczyca nie zapłakała, nie poczuła nawet takiej chęci. Na początku trochę ją to zdziwiło. Wiedziała, że tak właśnie normalnie by się stało. Ale teraz... Teraz już nie było normalnie.
Nito również to wyczuł. Cieszył się z przyjazdu swojej przyjaciółki, ale... Była teraz inna, jakby była zupełnie inną osobą. Nie miał śmiałości się do niej odezwać, milczał.
A orczyca… Rzeczywiście była inna. Nie było w niej już smutku, rozpaczy, żalu. Nie było na nie miejsca. Wypełniał ją gniew. Dziki i nieokiełznany. Spotęgowany i połączony z pradawnym gniewem od stuleci uwięzionym w czarnej kosie.
Po jej policzku spłynęła łza, tylko jedna. Ostatnia. Była czarna.
- Nito – zwróciła się do przyjaciela przerażająco beznamiętnym, zwielokrotnionym głosem.
Gnom zadrżał, ale nie ze strachu. Czuł, że nie powinien się bać i z jakiegoś niewiadomego powodu rzeczywiście się nie bał.
Przestrzeń w chacie wypełniła gwałtowna i straszliwie zła aura, a niebo zaszło chmurami. Rozszalał się wiatr, który rozwiewał popiół na

45




wszystkie strony, wwiewając go przy okazji do chaty.
- Nito – powtórzyła, zbliżając się do ślepca. - Ja być ci winna prezent... - Położyła dłoń na jego głowie.
Gnom poczuł jakby eksplodowała mu czaszka. Poczuł jakby ktoś chwycił jego mózg, ścisnął i wykręcał się na wszystkie strony. Jego głowę rozsadzała energia. Po chwili energia boleśnie rozprzestrzeniła się na całe ciało.
W końcu… Poczuł ją w oczach.
Rozejrzał się – znowu widział! Ale wszystko było jakieś inne. Wszystko było ciemne i jakby... Dymiło.
Wstał z fotela, podszedł do targanych wiatrem drzwi i zamknął je. W jakiś sposób widział hulający za nimi wiatr. Widział ziemię, widział góry. Widział widmo wydarzeń jakie tutaj zaszły.
Odwrócił się w kierunku orczycy. Jeśli wcześniej powinien był się przerazić, to teraz powinien umrzeć ze strachu. Mimo to, czuł się spokojny.
Za orczycą stała bestia, wyglądała jak utkana z czystego mroku. Była olbrzymia, większa od góry!
Gnom nie zastanawiał się nawet jakim cudem potwór zmieścił się w niewielkiej chałupie - nie musiał, powoli zaczynał rozumieć: Widział więcej niż kiedykolwiek.

46




Widział magię.
Bestia uchyliła delikatnie pysk na kształt czegoś, co Nito zinterpretował jako przebiegły uśmiech. Z wnętrza pyska wystawał komplet ostrzejszych niż najwspanialsze włócznie zębów.
Doktor podniósł wzrok wyżej, ponad pysk, potem ponad falujące nozdrza. Spodziewał się spotkać tam oczy, ale zastał jedynie jeszcze głębszą ciemność.
- A teraz – odezwały się jednocześnie bestia i Dedai - ty powiedzieć co tu się stać.
A on powiedział. Powiedział o zabójcach nasłanych na Strażnika. I o tym, co się stało potem. O przeraźliwym ryku nasyconym złem. O morzu ognia, które zatopiło pod sobą całe Zapomniane. O wybuchach, bólu, ciemności. O przenikliwych, długo niemilknących krzykach. O zapachu palonej ziemii, drewna, skóry i krwi. A w końcu o tym jak stracił przytomność. Rano znalazł go Wektor, jedyny z jego golemów który ocalał. Wygrzebał go spod stosu gruzu i trupów i zajął się nim.
- A Wakta'Da? - rzuciła Dedai, tonem pozbawionym emocji.
- Z tego co wiem nie przeżył nikt poza mną. – Gnom pokręcił smutno głową. Po chwili dodał - co zamierzasz?
Orczyca spojrzała na swoją kosę, zmarszczyła

47




brwi.
- Znaleźć winnych.
- To znaczy kogo?
- Smoki, królów... – brzmiała jakby wyliczała nic nieznaczące drobiazgi – Wszystkich. Ale ty nie musieć iść ze mną. To prezent, być bezinteresowny. Poza tym, ja być ci go winna.
- Żartujesz?! - parsknął gnom. - Nie ma mowy, że cię teraz zostawię! Poza tym... Mam kilka pomysłów, które siedziały mi w głowie od dawna, a z tym nowym wzrokiem… Muszę je wypróbować!

     ***

      Grube kolumny podtrzymywały wysokie, kamienne sklepienie. Po obu stronach potężnego tronu stali galowo ubrani gwardziści. Na tronie siedział krasnolud.
Ciągnąca się za kurtyną ciemności sala musiała być ogromna, bo zbliżające się kroki rozbijały się echem od dobrych kilku minut.
W końcu gość pojawił się na horyzoncie, albo raczej wyłonił się z otaczającego oświetlony tron mroku.
- Wasza wysokość - zaczął przybysz.
Cesarz miał na sobie złotą szatę. Zarówno spod szaty jak i zza pleców krasnoluda wychodziło multum kabli, które chowały się później gdzieś za tronem. Jego szara broda była spięta złotą klamrą.
Jego wysokość, wspaniały Cesarz Jags III podniósł swoje podkrążone oczy i

48




skierował je na gościa.
- Co się stało – odezwał się w końcu, nie przestając głośno sapać – że przychodzisz do mnie i mi przerywasz, marszałku?
- Ja... najmocniej przepraszam, wasza wspaniałość – tłumaczył się pokornie marszałek – ale dostaliśmy raport z Terii.
- I co jest w nim takiego, co wymaga mojej natychmiastowej uwagi?
- Wasza wysokość, zwierzchnik Minorii został zamordowany... - Marszałek przerwał zachowawczo. Zaobserwowaszy, że Cesarz spochmurniał, odetchnął z ulgą: Najwyraźniej zakłócenie spokoju okazało się być uzasadnione.
- Jak to się stało? - rzucił ciężkim, wycieńczonym głosem Cesarz.
- Wasza wysokość, napadnięto na ratusz...
- Czekaj... - przerwał marszałkowi inny krasnolud, do tej pory stojący w mroku za tronem. Ubrany był w ciężką, galową, jednak przestarzałą zbroję. Jego wyłysiała głowa i broda również wydawały się być z lekka przestarzałe. Marszałek rozpoznał w nim jednego z najbliższych cesarskich doradców. Nie był pewny jego imienia, chyba… Ostryg, jakoś tak. Ten kontynuował - Czy nie wydano Słowa, aby absolutnie każdy namiestnik województwa zakwaterował się w

49




odpowiednio strzeżonej twierdzy?
- Tak, wasza wysokość – marszałek nawet nie spojrzał na doradcę i odpowiadał w kierunku Cesarza. - Szanowny pan Valf an Darvu osiedlił się w zamku rodu Wolsungów, najpotężniejszej twierdzy w całej Minorii, a może nawet całej Terii. Podobno nawet podczas wojen...
- Czy ty – znowu wtrącił się doradca – chcesz mi powiedzieć, że pomimo tego, ktoś zdołał zabić człowieka, który odpowiadał za całą Minorię? Jak to się stało? Rozumiem, że pan Valf an Darvu nie trzymał się procedur bezpieczeństwa, tak?
- Nie, panie. – Tym razem marszałek spojrzał już kątem oka na Ostryga, ale nadal zwracał się do Cesarza - Możemy wykluczyć zaburzenie jakichkolwiek procedur... Wysłaliśmy komisję, aby zbadała tę sprawę. Otrzymaliśmy już nawet pierwsze raporty. Podobno całe wschodnie skrzydło zamku zostało zniszczone.
- A więc szturm? – z trudem wysapał Cesarz.
- Tak, panie. W pewnym sensie.
- Hmm... Co mówią ocalali? – zapytał doradca.
- Panie... – marszałek zrobił niepewną pauzę – Nie ma ocalałych.
- Co takiego?! – krasnolud aż podniósł się z tronu. Marszałek padł na klęczki i

50




przycisnął głowę do kolan. Cesarz kontynuował – chcesz mi powiedzieć, że ktoś oblegał naszą najpotężniejszą twierdzę w Terii i nikt tego nie przeżył? Nikt nie wyruszył z żadną wiadomością? Nikt nawet nie uciekł? Sprzątaczki, kucharze, ktokolwiek! Przestań mi tu bredzić i zacznij mówić prawdę…
Marszałek nie podnosił głowy.
- Wasza wysokość, mówię prawdę – zapierał się, dygocząc. - Ona zabiła wszystkich. Nawet więźniów.
- Ona?!
- Tak, wasza wysokość, orczyca. Część więźniów się do niej przyłączyła, pozostałych, tych którzy nie chcieli, zabiła.
- Ta „ona”… – Cesarz z wyraźną pogardą zmarszczył się jeszcze bardziej - To jakiś dowódca? A może jakaś księżniczka?! Jaką armią dysponuje, że zdobyła taką twierdzę?
- Wasza wysokość... Podobno było ich dwoje.

     *****

51




Wyrazy: Znaki: