Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Trojaikonka kopiowania

Autor: Killjoy twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




Miał wyjątkowe oczy. Pielęgniarki, które się nim zajmowały, słynęły z wzajemnej antypatii, ale mimo to – rozmawiały między sobą, by odwrócić od nich uwagę i dodać sobie otuchy. Z precyzją zegarmistrza wykonywały toaletę, zmieniały opatrunki, podawały jedzenie. Obie nosiły obowiązujące białe skafandry oddzielające je od skażonego ciała chorego. Mężczyzna był uległy, mimo rosłej postawy przypominał lalkę, którą można dowolnie uginać. Od momentu, gdy został znaleziony nieprzytomny w strefie X, nie wypowiedział ani jednego słowa. Czasami wydawał z siebie cichutkie rzężenie, które zdiagnozowano jako początkowe stadium choroby nowotworowej płuc. Nigdy nie sprawiał problemów i to właśnie sprawiało, że czekano na nie jak na uderzenie pioruna. Bezwładne, okaleczone ciało informowało o tym, że dusza je zasiedlająca – żyje, poprzez nieustanny ruch gałek ocznych, którymi mężczyzna wodził za pielęgniarkami. Nie były to bynajmniej oczy osoby pogrążonej w głębokiej depresji, przypominające dwa ciemne tunele. Spojrzenie nie odznaczało się też niepokojącym błyskiem charakterystycznym dla szaleńców. Oczy mężczyzny

1




zastygły w wyrazie przerażenia – niewyobrażalnym dla zwykłego człowieka. Jego ciało było kalekie. Noga została amputowana tuż nad kolanem po tym, jak w ranę wdała się gangrena. Od momentu wybudzenia ze śpiączki trwał w stuporze, który czynił go podobnym do rośliny. Nie było czasu, by sprowadzać ekspertów ani roztaczać nad Jurjim (jak zaczęto go nazywać) szczególnej opieki, gdyż świat wstrzymał oddech, a za oknami chmura radioaktywnego pyłu – jak ponure widmo – roztoczyła się po całej Europie. Minął miesiąc od katastrofy reaktora.

     Parę miesięcy wcześniej Piotr Vasilowicz Sewczenko jechał służbowym samochodem wzdłuż lasów, gdzie pracował jako leśniczy. Kochał zapach jesieni zapowiadający sezon łowiecki i związane z nim nowe obowiązki. Mgła, która ciężko osiadła nad okolicą, nie była w stanie popsuć mu wyśmienitego nastroju. Cieszył się, że kierownictwo zaproponowało mu posadę leśniczego akurat w tej okolicy, bo dzięki temu mógł łatwiej dostarczać swoją córkę, Anję, do miejscowej szkoły. Nucił pod nosem skoczną piosenkę, podczas gdy dziewczynka niespokojnie wierciła się w fotelu. Była mała,

2




drobna i piegowata. Kiedy samochód trafiał na wyboje i podskakiwał – robiły to też jej warkoczyki. Uderzyła białym bucikiem w deskę rozdzielczą.

     – Nie chcę wracać do szkoły!

     – Uspokój się, Anju, bo cię tu zostawię – odrzekł mężczyzna. Mgła zrobiła się gęstsza, gdy przejeżdżali obok niewielkiego stawu.

     – I dobrze! – krzyknęła dziewczynka, zawiązując ręce na płaskiej piersi. – Pójdę sobie do lasu i zamieszkam z lisami!

     – Długo byś tu nie pomieszkała… Niedługo przyjadą myśliwi i zacznie się od... –Mężczyzna w porę ugryzł się w język. Nie lubił rozmawiać z córką o polowaniach.

     – Co się zacznie? – zapytała Anja, przekrzywiając zabawnie główkę.

     – Nieważne. Mówiłaś mi ostatnio, że tęsknisz za Olesią – powiedział Piotr, wygrzebując z pamięci wizerunek koleżanki córki z klasy.

     –Tak… ale… ale…– dziewczynka zaczęła się jąkać.

     – Ale?

     – Ale bardziej wolę chodzić z tatkiem do lasu, bawić się w chowanego i szukać zwierzątek, niż siedzieć w szkole. Pani Jevefow tak strasznie krzyczy… i ma wielką purchawkę na nosie!

     Mężczyzna stłumił parsknięcie

3




śmiechu i spojrzał na córkę z rozrzewnieniem. Po śmierci żony stała się jego oczkiem w głowie. Często słyszał od współpracowników, że daje jej zbyt dużo swobody, za bardzo rozpieszcza, ale nie umiał nic na to poradzić. Wystarczyło, by dziewczynka zrobiła smutną minę i od razu trzymała go w garści. On sam chętnie przystawał na tę dziecięcą niewolę, choć przed nikim by się do tego nie przyznał.

     – Co za paskudna mgła – odpowiedział, próbując odwrócić uwagę córki. – Nawet nie zauważymy, gdy wpadniemy w jakąś dziurę.

     Miał oczy skupione na drodze. Światła samochodu ledwo przebijały się przez tuman otaczającej szarości. Nie miał więc prawa widzieć tego, co dzieje się ze strony, z której przyszło uderzenie. Po lewej stronie drogi był wysoki pagórek. Sarny zbiegały nim wprost na ulicę, by dostać się do dalszej części lasu. Huk gniecionej blachy pomieszany z histerycznym piskiem córki wypełnił kabinę wozu. Sarna uderzyła w bok auta, przekoziołkowała nad jego maską i legła po drugiej stronie wozu. Mężczyzna zaklął i zatrzymał pojazd. Czuł, że do twarzy uderza mu krew. Spojrzał na córkę. Na

4




szczęście jej nic się nie stało, ale widać było, że jest w szoku.

     – Zaczekaj tutaj – powiedział twardo i wyszedł na zewnątrz. Zimno powitało go, wdzierając mu się pod kurtkę, gdy opuścił przytulną kabinę. Podszedł do zwierzęcia i spojrzał na nie ze smutkiem. Nie żyło. Przednie nogi na skutek zderzenia wygięły się w stawach do wewnątrz. Czarne, mądre oczy były wytrzeszczone, a z otwartego pyska ciekła jucha.

     – Takie piękne zwierzę, szkoda – szepnął do siebie, patrząc, jak wietrzyk podnosi rdzawoczerwoną sierść zwierzęcia. Następnie delikatnie obrócił je na plecy. Znalazł obrzmiałe grzęzy. To było coś, czego się obawiał. Koza miała młode, które teraz błąka się gdzieś po okolicy.

     – Muszę je odnaleźć, inaczej padnie z głodu – pomyślał, zatrzaskując drzwi samochodu.

     – Hej, wygląda na to, że jednak na pójdziesz dziś do szkoły – powiedział wesoło do córki.

     Wbrew jego oczekiwaniom dziewczynka zaczęła spazmatycznie płakać. Przyciskała drobne dłonie do oczu, by zasłonić sobie obraz krwi, która była rozlana na przedniej szybie. Piotr, przytulając ją, zaczął żałować, że w tej

5




chwili nie ma przy nim żony.

     Po odtransportowaniu Anji do domu, pożyczeniu samochodu od innego myśliwego i zdaniu raportu przywiózł dużą, drucianą klatkę, na której dnie leżał koc. Następnie udał się na poszukiwania koźlęcia. Tak jak przypuszczał – znalazł je schowane w wysokiej trawie niedaleko miejsca potracenia matki. Młoda sarenka miała białe cętki na bokach. Oznaczało to, że nie może mieć więcej niż cztery miesiące. Zwierzątko nie opierało się, gdy wziął je na ręce – było wyczerpane i głodne. Wydawało z siebie tylko żałosne beczenie, którym młode przywołują matki.

     – Przepraszam – powiedział do niego, gdy zatrzaskiwał drzwi samochodu. I rzeczywiście było mu przykro.

     Sarenka po przewiezieniu do domu Piotra szybko została pełnoprawnym członkiem jego rodziny. Szczególnie upodobała sobie Anję, której nie odstępowała na krok. Dziewczynka ochoczo pomagała w karmieniu sarenki butelką, dopóki ta nie nauczyła się samodzielnie jeść. Nadano jej na imię „Trojanda”, które dosyć szybko zaczęto skracać do „Troi”. Sewczenko, widząc, jak bardzo zwierzę zżyło się z jego córką i obserwując ich

6




wspólne zabawy, zrezygnował z pierwotnego planu zwrócenia sarny naturze.

     – Toć toto samo wepchnie się pod lufę – myślał.

     Stworzył dla niej wybieg i uprzątnął małą szopę, która stała obok leśniczówki. Nie zmieniało to jednak faktu, że sarna dużą część czasu przebywała w domu i ku rozpaczy leśniczego – nauczyła się otwierać spiżarnię. Kiedy siedział na krześle w kuchni, często wpychała mu swój trójkątny łeb pod rękę – domagając się pieszczot. Niektórzy myśliwi przychodzili do Piotra, by popatrzeć na ten niecodzienny widok.

     – Niby koza, a jak pies – mówili, patrząc na Troję, gdy przybiegała na zawołanie Anji i kładła się obok niej na ziemi.

     Wieczorami, gdy mężczyzna nie miał już nic do roboty, wystawiał bujany fotel na werandę domu – pykał fajkę i przyglądał się, jak słońce znika za horyzontem lasu. W tym czasie Anja odrabiała lekcje w kuchni, a Troja szczypała trawę na tyłach leśniczówki. Miał pracę, która dawała mu szczęście, dobrą i zdolną córkę, dach nad głową. Piotr nie należał do osób religijnych, ale w takich momentach zaczynał wierzyć w istnienie siły wyższej.

7




Sławutycz był jego prywatnym rajem na ziemi.

     Dzień, w którym nastąpiła awaria reaktora, nie różnił się niczym od innych. Piotr wstał wcześnie, włączył radio i zaczął przygotowania do pracy. Jego córka jeszcze spała. Zrobił śniadanie i już miał wychodzić, by wypuścić Trojandę na wybieg, gdy w progu zatrzymały go właśnie podawane wiadomości. Męski głos z odbiornika informował:

     Z ostatniej chwili. Nasi informatorzy z elektrowni jądrowej potwierdzają, że o godzinie 4.30 czasu miejscowego nastąpiła awaria głównego reaktora. Do atmosfery przedostały się nieznaczne ilości substancji promieniotwórczych. Zgodnie z zaleceniami obecnej władzy podjęto prace mające na celu oczyszczenie skażonych odcinków terenów przyległych do elektrowni. Do wykonania tego zadania przeznaczono oddziały specjalne, wyposażone w niezbędne urządzenia techniczne i skafandry. Warto więc zauważyć, że nie ma powodów do paniki. W ramach profilaktyki uprasza się ludność wiejską o niekarmienie bydła...

     Piotr wsłuchiwał się w monotonną relację spikera. Nagle zrozumiał, że poza nią jego uszy rejestrują coś jeszcze. Ktoś właśnie wjeżdżał

8




na żwirową drogę przed domem. Odchylił firankę, by spojrzeć przez okno. Czerwona obrzmiała twarz, nieproporcjonalne długie i chude nogi oraz imponującej wielkości brzuch – stary kawaler Sasha Pawluk – jego przyjaciel z sąsiedniego okręgu, właśnie wysiadał z samochodu. Wyglądał jednak inaczej niż zwykle. Miał krzywo zapiętą koszulę leśniczego, włosy przylizane tylko z jednej strony i kształt poduszki odciśnięty na policzku. Widać było, że właśnie zerwano go z łóżka, co obudziło w Piotrze niepokój. Pamiętał o przymusowym urlopie, na który wysłano Pawluka już jakiś czas temu. Mężczyzna oficjalnie miał „problemy z nerkami” i właśnie miał dochodzić do siebie w ośrodku zdrowotnym.

     – Sasha, co się dzieje?! – zamiast przywitania zapytał Sewczenko, gdy jego przyjaciel wpadł do mieszkania jak burza.

     – Słyszałeś wiadomości? – odpowiedział pytaniem, wyciągając chustkę z kieszeni. Otarł nią pot, który perlił mu się na czole. – Musicie się ewakuować – natychmiast. Centrala wezwała mnie, by zabrać ciebie i twoją córkę. Nie wiadomo, ile to potrwa. Zabierz najpotrzebniejsze rzeczy. Dziewczynę

9




odstawimy do szkoły. Przerabiają ją w tej chwili na schron. Tam będzie bezpieczna. To odgórne postanowienie. Tak mają zrobić wszyscy. Nie wiem, czy to prawda, ale podobno przenoszą wszystkich mieszkańców miasta, którzy mieszają niedaleko elektrowni… Ty i ja mamy się stawić w kwaterze. Otrzymamy rozkazy, co dalej. Ruszaj się, na miłość boską! – skończył i upadł na najbliżej stojące krzesło.

     – Ale… Boże mój… – Piotr czuł, jak jego plecy oblewają się zimnym potem. – To chyba niemożliwe, by…

     – Możliwe, niestety, ale możliwe – odparł Sasha. – Od początku wiedziałem, że tak będzie. Że budowa tego ustrojstwa przyniesie tylko nieszczęście, ale czy ktoś mnie słuchał? Nieee… Głupi Pawluk nie widzi postępu, bo mu rozumowanie przesłania butelka… Myślisz, że nie wiem, co ludzie o mnie mówią? I kto wyszedł na swoje? Ja czy oni?!

     Piotr nie słuchał już wywodu kolegi, który zamienił się w mamrotanie, okraszone sporą ilością rosyjskich przekleństw. Kiedy odwrócił głowę, zauważył, że ich rozmowie uważnie przysłuchuje się Anja. Musiał ją zbudzić hałas, który spowodował pijący właśnie z

10




piersiówki Sasha.

     – Tato, czy my umrzemy? – zapytała niespodziewanie dziewczynka. Stojąc boso w białej koszuli nocnej przypominała wodną rusałkę lub dziecięcą zjawę. Jej nogi drżały.

     – Nie gadaj głupstw. To tylko na moment. No już, zbieraj się. Pomożesz mi się pakować.

     Piotr niósł córkę na jednej ręce, a drugą taszczył bagaż. Właśnie mówił Sashy, że będzie kierowcą samochodu, gdy ciszę rozdarł głuchy łomot pochodzący z domowej przybudówki.

     – Troja!!! – krzyknęła dziewczynka, zaczynając wyrywać się z rąk mężczyzny. – Musimy ją zabrać ze sobą!

     – Na litość Boga...– sapnął Pawluk, po raz kolejny pociągając z piersiówki.
– Spokojnie, zabiorę ją jak tylko się to wszystko uspokoi. Obiecuje. – odparł Piotr, próbując odzyskać kontolę nad córką. Anja nie chciała mu wierzyć i zaczęła spazmatycznie płakać. Z trudem zaciągnął ją do samochodu.

     – Nic jej nie będzie, naprawdę – odrzekł, gdy wszystkie drzwi pojazdu się zamknęły i ruszyli z podjazdu. – Musisz być teraz bardzo dzielną dziewczynką. Im szybciej uporamy się z tą sprawą, tym szybciej wrócimy do domu. Troja

11




ma zapas siana i wodę. Da sobie radę. To mądra łania. Dorośli mają nad wszystkim kontrolę.

     – Yhym, na pewno – odparł kąśliwie Sasha. Na dnie jego piersiówki nie została już ani jedna kropla.

     W kwaterze głównej nadleśnictwa trwała wrzawa. Na stosunkowo małej powierzchni stłoczono okolicznych myśliwych, leśniczych i służby porządkowe. Atmosfera przypominała gorący piec, który właśnie oblano wodą. Nikt nie był w pełni poinformowany o tym, co właściwie się wydarzyło. Piotr słyszał tylko powtarzające się słowa „skażenie”, „wybuch”, „ewakuacja”. Mężczyźni nerwowo przebierali nogami, niektórym drżały ręce. Jeszcze inni stali spokojnie i czekali na instrukcje, nerwowo przełykając ślinę.

     Po przemówieniu łysego mężczyzny w kwaterze nastąpiła cisza. Nikt nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. Piotr poczuł, jak olbrzymia gula staje mu w gardle.

     – Ale jak to… wybić?!

     – Niestety, ale takie są procedury. Zwierzęta mogą roznieść skażenie na pobliskie tereny, a wtedy… Niech Bóg nas trzyma w swojej opiece. Wszystkie zgromadzone tu osoby, które nie mieszkają na bezpośrednim terenie skażenia

12




– mają godzinę na zebranie z domu najpotrzebniejszych rzeczy. Tylko dokumenty i pieniądze. Potem rozpocznie się akcja P3. Ruszajcie!

     Piotr nie mógł nie słyszeć o reaktorze atomowym zapewniającym energię pobliskim miejscowościom. Był prostym człowiekiem – wierzył przełożonym, którzy twierdzili, że nie stanowi on żadnego zagrożenia. Zajmował się swoją pracą, wykonywał ją najlepiej jak mógł, a to, co robili „jajogłowi” w tych dziwnych białych budynkach, nie stanowiło jego osobistego problemu. Poza tym elektrownia dawała też stabilne zatrudnienie wielu ludziom z pobliskich biedniejszych miasteczek. Czemu miałby więc uznawać ją za z góry złą? Teraz mężczyzna czuł, że ogarnia go strach. Nikt nie wiedział, jakie będą skutki awarii.

     Akcja P3 polegała na roznieceniu pożaru od strony wschodniej, zachodniej i południowej lasu, którą objęło skażenie. Nazwano ją „strefą X”. Wypłoszona zwierzyna miała uciekać stroną północą, gdzie przygotowany sznur „pracowników sprzątających” – jak zaczęto ich nazywać, a co budziło w Piotrze wstręt – rozpoczynał eksterminację. Polecenie było proste – wytrzebić

13




wszystkie zwierzęta, a ich truchła spalić lub zakopać na przeznaczonym do tego terenie. Mężczyźni przegrupowali się na kilka pododdziałów. Każdy miał pełne ręce roboty. Szalejące płomienie, zapach dymu i spalonych łusek, widok przerażonych zwierząt. Piotr czuł, że znajduje się w samym środku piekła. Podczas akcji wpadł w rodzaj transu – strzał, huk, przeładowanie, strzał, huk, przeładowanie… Upiorna melodia uderzająca o wnętrze czaszki. Słyszał ją również w nocy, gdy próbował zasnąć, a co przychodziło mu z trudem. Sen przychodził o trzeciej nad ranem, a o ósmej musiał już zapinać na sobie pas z przytroczoną bronią.

     Problemem w krótkim czasie stało się zaopatrzenie. Grupa Piotra liczyła około dwudziestu zdrowych mężczyzn, a przez ogólny chaos i brak organizacji służb pod koniec akcji – zostali bez jedzenia. Kiedy ustały ostatnie strzały, oddział ledwo trzymał się na nogach. Na miejsce przyjechało kilka terenowych samochodów, które miały zabrać mężczyzn do miejscowości, gdzie mieli spotkać się ze swoimi rodzinami. Piotr przejechał drogę w dziwnym półśnie, który wykrzywiał twarze jego

14




współtowarzyszy w groteskowe, diabelskie kształty. Czuł, jak przechodzą go dreszcze, chciał wymiotować, choć od dawna nie miał czym. Kiedy znaleźli się na miejscu, opuściły go wszystkie siły – zemdlał, a jego ciało zostało przeniesione przez kolegów do schronu.

     – Mamy krople trzeźwiące? Do cholery, czy w tym baraku są jakieś krople trzeźwiące?!

     – Panie Pawluk, proszę się opanować. Na zewnątrz są dzieci…

     – W dupie mam dzieci!! I nie ukrywajcie, że wy nie! Kurwa, jak mogliście pozwolić, by dziewczyna zniknęła? Miałyście tylko jeden obowiązek – pilnować bachorów! Nawet tego nie potraficie zrobić dobrze, głupie klępy!

     – Ty stary pijaczyno, wiesz co tu się dzieje?! Budynek jest przepełniony, mamy rannych… To…

     Piotrowi powoli wracała świadomość. Rozpoznał głos Sashy i dwóch kobiet, którzy kłócili się tuż nad jego głową. Z potoku słów docierały do niego pojedyncze słowa, ale nawet te sprawiły, że jego serce zaczęło bić szybciej. Poruszył delikatnie nogą – leżał na cienkim materacu. Stary materiał niezbyt dobrze izolował go od ziemi. Otworzył oczy.

     – Sasha, spójrz! Obudził się!

15




– krzyknęła kobieta, która stała najbliżej niego.

     – Na litość Boga, wynoście się stąd! Tu nie ma nic do oglądania! Dajcie mu oddychać, bo znowu zemdleje! – wykrzykiwał Pawluk, próbując rozgonić zaciekawiony tłum. Wkrótce został już tylko on i jego blado wyglądający towarzysz, który podniósł się już do pozycji siedzącej.

     – Gdzie jest Anja? Gdzie jest moja córka? – zapytał.

     – Ona… uciekła. Trzy dni temu. Znaleźli dziewczynkę, która widziała, jak zabiera rower z szopy. Góra zabroniła, by cię informować. Zabroniono nawet o tym mówić. Oficjalnie nigdy żadna Anja nie była tutaj przewieziona. Tak strasznie mi przykro. Próbowałem, próbowałem, nie miałem pojęcia, że… dopiero teraz… ja…

     Piotr miał wrażenie, że wokół niego świat stał się nagle dziwnie oddalony. Największe pomieszczenie szkoły – olbrzymia hala gimnastyczna, w kącie której wróciła mu świadomość, była wypełniona po brzegi ludźmi. Część siedziała lub leżała na prowizorycznych łóżkach zamontowanych wzdłuż ścian pomieszczenia. Wokół walały się rzeczy, które ludzie zdążyli zabrać ze swoich domów – ubrania,

16




garnki, podróżne apteczki. Przebywały tu głównie kobiety z dziećmi oraz nauczyciele oddelegowani do kontroli nad tłumem. Wprawne oko mogło też dotrzeć kilka uwijających się postaci w białych kitlach. Piotr miał wrażenie, że ogląda rzeczywistość zza szklanej szyby. Postacie wokół niego poruszały się wolniej. Znikł dźwięk. Kompletna pustka napierała coraz mocniej i mocniej, aż do momentu, w którym mężczyzna poczuł, że jeżeli czegoś nie zrobi – wybuchnie i zniszczy wszystko, co stanie mu na drodze. Ślepy gniew wypełnił każdą komórkę jego ciała. Oczy, które z początku zaszły mu mgłą – rozszerzyły się. Spojrzał na przyjaciela.

     – Gdzie. Ona. Jest? – wyartykułował, kładąc nacisk na każde słowo. Sasha drżał. Nigdy nie widział swojego kolegi w takim stanie.

     – Przecież mówiłem… uciekła. Nikt nie wie, co…

     – Nie Anja!!! – krzyknął Piotr, zrywając się na równe nogi. Jego potężny głos zwrócił uwagę wszystkich głów, które były w hali. – Gdzie dziewczyna, która ją widziała?! GDZIE?!! Gdzie ona jest?!

     – Proszę, uspokój się. Powinna być z tyłu, za szkołą, ja…

     Mężczyzna nie

17




czekał nawet, co odpowie jego kolega, tylko ruszył ku tylnemu wyjściu. Rozpychając się łokciami i depcząc dobytek innych ludzi, torował sobie drogę. Nikt nie protestował. Piotr nie poszedł jednak najpierw na plac zabaw, lecz do terenówki, która ich tu przywiozła. Nie miał kluczy, więc wybił tylną szybę i wdarł się do środka. W tym miejscu leżała skrzynia z bronią oraz amunicja. Piotr wyciągnął z pudła dwa krótkie pistolety. Kiedy szedł szukać dziewczyny, sterczały mu z kieszeni. Pawluk ze zgrozą przyglądał się poczynaniom swojego kolegi.

     – Boże mój, on nas wszystkich zabije! Odbiło mu! – myślał gorączkowo. Bał się jednak zatrzymać Piotra. Stary alkoholik miał co prawda nędzne, ale stabilne życie – i dziś akurat nie chciał go stracić. Z drugiej jednak strony nie mógłby żyć dalej ze spokojnym sumieniem, gdyby chociaż nie spróbował.

     – Piotr, przestań. Po co ci broń? Co ty chcesz zrobić?! – krzyknął, podbiegając do Piotra i próbując wyrwać mu pistolet.

     – Nie bądź kretynem większym niż jesteś – syknął Sewczenko. – Nie chcę nikogo zabić, ale też już nikomu nie ufam. Obiecaliście mi, że

18




moja córka będzie tu bezpieczna… Pokaż, która dziewczyna widziała ją ostatnia!

     – Dobrze, ale schowaj je – odrzekł Pawluk, wskazując palcem na pistolety w kieszeni kolegi. – Z nimi nie dopuszczą cię do dzieci. Na litość Boga, sami cię zabiją, jeżeli stwierdzą, że zwariowałeś! Ja nigdy nie miałem córki, ale też kochałem Anję! Rozumiem twój ból, rozumiem twój strach, ale martwy nikomu nie pomożesz! Proszę, daj sobie pomóc! Proszę…

     Piotr spojrzał na twarz przyjaciela. Był praktycznie pewien, że tchórzliwy z natury Pawluk właśnie narobił w spodnie. A jednak stał przed nim i próbował go powstrzymać. Ten akt męstwa ze strony przyjaciela sprawił, że odrobinę otrzeźwiał. Wziął głęboki wdech, schował broń pod kurtką.

     – Prowadź – rzekł cicho.

     Dziewczynka miała na imię Jula i była dużo młodsza od jego córki. Kiedy usłyszała od innych dzieci, że ojciec Anji jej szuka, schowała się w gabinecie nauczycielskim. Pawluk odnalazł ją zasmarkaną pod stołem.

     – Czy Anja powiedziała ci, gdzie ma zamiar uciec? – zapytał Sewczenko, kucając obok dziewczyny i starając się nadać swojemu głosowi przyjazny

19




ton.

     – Ona… mówiła… że… że musi wrócić do domu. Po Troję… Zabroniła mi mówić o tym. Powiedziała, że odda mi swój deser z obiadu, jak nic nie powiem. Ja… ja przepraszam, ja nie wiedziałam… Powiedziała, że zaraz wróci. Że tata jej powiedział, że to tylko na moment… Przepraszam – odpowiedziała dziewczyna i zaczęła spazmatycznie płakać.

     – Chryste – westchnął Pawluk, który podczas całej rozmowy obserwował widok za oknem. Kiedy się odwrócił, jego przyjaciela nie było już w pokoju.

     Ostatnią osobą, której Piotr by oczekiwał, gdy wyszedł na zewnątrz budynku, był nadleśniczy Otwocki. Ten sam niski, grubawy człowiek wydał im rozkaz wytrzebienia całej leśnej zwierzyny tydzień temu. Sewczenko wydawało się, że od tam tamtego czasu minęły lata. Mężczyzna patrzył na niego wnikliwie i w zadumie palił papierosa.

     – Słyszałem, że siejesz zamęt. Ludzie się ciebie boją, towarzyszu – odrzekł zamiast przywitania.

     – Pan się dziwi? Anja zniknęła i nikt nie wie, co się z nią stało, choć obiecano mi, że będzie tu bezpieczna. To moje jedyne dziecko, jedyna osoba, którą kocham!

     – Dla twojego

20




dobra będzie lepiej, gdy zapomnisz, że kiedykolwiek miałeś córkę – stwierdził Otwocki i zgasił papierosa o ścianę budynku.

     – Co takiego?! Jak ty…

     – Posłuchaj mnie i choć raz się przymknij. To, co tu się wydarzyło, nie może wyjść na jaw. Nie chodzi tu tylko o twoją córkę – tylko o ten cały pieprzony kraj! Obca propaganda zje nas na śniadanie… Wiemy już, że będą tysiące ofiar – Anja jest tylko jedną z nich. Nie możesz opuścić bezpiecznej strefy. Nikt nie wie, co tak naprawdę tam się dzieje i jakie będą skutki promieniowania. Chcę powiedzieć, że to niemożliwe, by dziewczyna przeżyła. Nie powiększaj puli nieboszczyków!

     – Muszę ją odnaleźć, nie zmienię zdania! Zejdź mi z drogi.

     – Tego właśnie się obawiałem – odpowiedział mężczyzna i wyciągnął mały pistolet z kieszeni spodni. Sewczenko z przerażeniem przypomniał sobie, że Pawluk w pewnym momencie zabrał mu broń, gdy szukali Juli. Był całkowicie bezbronny.

     – Postaram się to zrobić tak, by nie bolało. Tak strasznie mi przykro – odrzekł mężczyzna i wymierzył w twarz byłego podwładnego.

     Właśnie wtedy ktoś zaszedł Otwockiego

21




od tyłu i wymierzył mu potężny cios krzesłem w lewą skroń, który powalił go na ziemię. Mężczyzna stracił przytomność. Z głowy ciekła mu teraz potężna struga krwi. Pawluk odrzucił od siebie resztki krzesła i spojrzał na przyjaciela. To właśnie on wybawił go z opresji. Kiedy był jeszcze w budynku, zauważył przez okno Otwockiego, który szedł z bronią na tyły gmachu. Podskórnie wiedział, że coś się święci, więc wyszedł innym wyjściem i czekał przyczajony, obserwując rozwój sytuacji.

     Kiedy przywiązywali obezwładnionego nadleśniczego do krzesła w piwnicy – sznur znaleźli wśród walających się szpargałów – Pawluk zaczął wyłuszczać swój plan.

     – Szewczuk zostawił kluczyk w stacyjce swojego motocykla. Ja dopilnuję, by chłopak był w innym miejscu, więc niczego się nie obawiaj. Bierz go i wiej. Masz to – odrzekł, podając mu pistolety, które wcześniej skonfiskował. Oby nie były ci potrzebne.

     – Nie wiem, co…– odparł Sewczenko, chowając broń do kieszeni.

     – Powiem wprost… ani ty, ani Anja – o ile żyje – nie macie już tu powrotu. Rozstrzelają każdego, kto mógł być w strefie skażenia.

22




Niestety, wiem też, że jedyne, co mogłoby cię powstrzymać, to rozwalenie twojego łba. A na to… to ja nie mam sumienia. Kochałem cię jak brata. Ciebie i tę twoją smarkulę, w sensie nie ją jak brata… Dobra, dosyć – zbieraj dupę w troki, bo ten tutaj – odpowiedział, wskazując na związanego mężczyznę – coś czuję, że szybko się ocknie. Jedź już – zanim wróci mi rozsądek!

     Maszyna, którą przyszło mu prowadzić, była ciężka, ale cicha i wydajna. Nauczył się jeździć na motocyklu w wieku nastoletnim, gdy każdy młody mężczyzna z jego otoczenia musiał posiąść tę umiejętność. Zgodnie z wcześniejszymi instrukcjami Pawluka omijał główne drogi i wybierał mało uczęszczane, piaszczyste leśne ścieżki. Miał szczęście. Żaden patrol go nie zauważył, ale przez te środki ostrożności podróż znacznie się wydłużyła. W końcu mężczyzna zatrzymał jednoślad i spojrzał na zegarek. Nie mógł w to uwierzyć. Według czasomierza była godzina 22.00, czyli słońce powinno już dawno zajść o tej porze roku. W strefie jednak wciąż trwał zmierzch i fioletowa aura wypełniała całą okolicę. Najgorsze jednak miało

23




dopiero nadejść. Po przejechaniu dwudziestu kilometrów Piotr uświadomił sobie, że mocne i zielone drzewa iglaste zmieniły swój kolor na biały i straciły igliwie. Uderzająca stała się też cisza – mężczyzna mógł usłyszeć, jak krew pulsuje mu w żyłach. Żaden ptak, ba – żaden podmuch wiatru – nie mógł zmącić tego posępnego spokoju. Do głowy Piotra od razu przyszło skojarzenie z grobowcem, ale natychmiast przegnał tę myśl. Znajdował się teraz na bezpośrednim terenie skażenia.

     – Odnajdę ją, choćby nie wiem co... – powiedział do siebie, gdy ponownie odpalił maszynę. Wkrótce stanął przed żwirową drogą do swojego domu.

     – Anja, jesteś tu?! To ja – tata! – krzyczał, gdy robił obchód mieszkania. Zajrzał do kuchni, do pokoju córki i swojego. Mieszkanie Sewczenki miało mały metraż, więc możliwości ukrycia się nie było zbyt wiele. Czuł, jak narasta w nim rozpacz. Adrenalina przestała krążyć po ciele. Strefa dosłownie wyssała z niego energię. Ciężko upadł kolanami na twarde klepisko w kuchni, a następnie przylgnął do niego całym ciałem. Był głodny i zmęczony. Nie wiedział, ile tak przeleżał,

24




gdy usłyszał na zewnątrz dziwny dźwięk. Przypominało wycie rannego zwierza.

     – Troja! – zabłysnęło mu w głowie.

     Wstał na równe nogi i skierował się w kierunku wybiegu sarenki. Po przybudówce nie było śladu – została tylko kupa desek, z których groźnie sterczały gwoździe. Zupełnie jakby coś wybuchło w środku. Metalowy haczyk, którym zamykał szopę, znajdował się kilka metrów dalej i wystawał wbity w ziemię. Nigdzie nie było śladu po Troi. Sewczenko podejrzewał, że jej truchło znajduje się pod rumowiskiem.

     – Boże mój, co tu się stało…– spytał sam siebie i spróbował podnieść kawałek drewna, który miał najbliżej, ale natychmiast wypuścił go z ręki. Parzył.

     Następnie dostrzegł, że w miejscu, w którym ogrodzenie domu stykało się z lasem, leży coś dziwnego. Piotr miał złe przeczucia. Z każdym kolejnym krokiem rozpoznawał coraz więcej szczegółów. Czuł też wzbierające torsje. Czerwone wstążki, fragmenty białej sukienki. To wszystko skontrastowane z najobrzydliwszą makabrą, jaką przyszło mu zobaczyć. Kiedy stanął na zwłokami Anji, długą chwilę zajęło mu zrozumienie, na co tak

25




właściwie patrzy. Do jego nozdrzy dotarł zapach gnijącego mięsa. To, co zostało z jego córki, miało kształt kadłuba, z którego wystawał biały kręgosłup oblepiony resztkami czerwonej tkanki. Coś dosłownie zjadło jego córkę. Twarz dziewczynki była jednak cała i wyglądała zaskakująco spokojnie. Piotr dostrzegł to, gdy trzęsącymi się rękami obrócił jej ciało. Mężczyzna dopiero wtedy zrozumiał, że jego córka naprawdę nie żyje. Do ostatniej chwili łudził się, miał nadzieję. Łzy Sewczenki powoli zaczęły spadać – jedna za drugą – na powieki jego jedynego dziecka. W końcu było ich tak wiele, że Anja również wyglądała, jakby płakała. Wszystko zostało zniszczone. Piotr nie miał już miejsca, do którego mógłby wrócić. Nie miał przed sobą przyszłości. Jedyne, czego chciał, to ponownie połączyć się z córką. Ta myśl przyświecała mu, gdy przystawiał sobie lufę do skroni.

     – Bardzo cierpiałaś. Wstyd mi, że ja odejdę tak prędko – powiedział, patrząc ostatni raz na córkę. Zaczął odliczać w myślach do dziesięciu. Po tej liczbie miał pociągnąć za spust. Doszedł do siedmiu, gdy niespodziewanie

26




usłyszał odgłos, który przypominał warknięcie. Dochodził ze strony lasu. Odruchowo skierował broń w tamtą stronę.

     – Kto tu jest?! – krzyknął.

     Odpowiedział mu dziwny dźwięk. Piotr mógłby go opisać jako skamlenie połączone z rechotem hieny. Mężczyzna przeskoczył płot i zaczął biec przez las, by znaleźć źródło odgłosów.

     – To coś musiało zabić Anję. To coś zabiło Anję! – myślał gorączkowo. – Muszę to zabić, zabiję to!

     Po przebiegnięciu kilku metrów lasu, który składał się teraz głównie z suchej ściółki i kikutów drzew, zwolnił i zaczął nasłuchiwać. Był w końcu leśniczym, do cholery! Powinien już coś dostrzec, cokolwiek usłyszeć, ale to zwierzę poruszało się jak cień. Wyczuwało jego strach. Otaczało z każdej strony. W przypływie wściekłości mężczyzna załadował pistolet. Odgłosy wystrzałów zaczęły odbijać się echem po lesie. Piotr strzelał na oślep i w każdym kierunku.

      – Chodź tutaj! Gdzie jesteś? Czekam na ciebie! Chodź do mnie, ty bestio! – wrzeszczał.

     Opamiętanie przyszło dopiero, gdy zrozumiał, że amunicja w pistolecie się skończyła. Ostateczne

27




pociągnięcia za cyngiel i głuche kliknięcia upewniły go w tym przekonaniu. Właśnie wtedy usłyszał warknięcie za swoimi plecami. Obrócił się.

     Życie nigdy go nie oszczędzało. Dwa lata temu dzik poharatał mu nogę na tyle poważnie, że uszkodził tętnicę udową. Gdyby nie interwencja myśliwego, który przypadkowo był wtedy w okolicy, mógł samotnie wykrwawić się w środku lasu. Tego dnia ktoś nad nim czuwał. Strach dopadł go również, gdy zmarła mu żona. Nie miał pojęcia, czy podoła roli samotnego rodzica. Kiedy był nastolatkiem, przyjął zakład, że przespaceruje się na krawędzi dachu szkoły. Do dziś pamiętał bicie swojego serca i zastrzyk adrenaliny podczas tamtego wyczynu. Jako mały chłopczyk nienawidził zastrzyków. Rodzice musieli przytrzymać go siłą, by dał się zaszczepić.

     Piotr nie był jednak w stanie porównać żadnego uczucia strachu do tego, które czuł w tej chwili. Przed nim stała Troja, ale tak potwornie zniekształcona, że mężczyzna z trudem ją rozpoznał. Sarna miała dwie głowy, przy czym jedna z nich była skarłowaciała i poruszała się wolniej niż ta właściwa. Część boku sarny i szyja

28




odsłaniały bielejące kości. Najgorsze jednak było to, że obie głowy sączyły pianę, a ich zęby przypominały wilcze. Zanim Piotr zdążył krzyknąć, Troja powaliła go na ziemię. Uderzył głową w drzewo i chwilowo stracił przytomność. Obudził go tępy ból promieniujący z okolicy lewej nogi. Zwierzę chciało mu ją odgryźć i szarpało głową na wszystkie strony. Krew była wszędzie. Piotr próbował się bronić i uderzał z całej siły pięścią w pysk zwierzęcia. Wiedział jednak, że to nie ma sensu. Troja była nieprawdopodobnie silna i zaciekła w walce. Nagle zwierzę wypuściło nogę, upadło i zaczęło przeraźliwie wyć. Piotr, zaskoczony reakcją Troi, wypełznął z jej zasięgu. Nie był jednak w stanie stanąć o własnych siłach, więc tylko rozpaczliwie czekał na rozwój sytuacji. Sarna albo raczej to, co z niej zostało, dosłownie dzieliła się na jego oczach. Mała zniekształcona głowa zaczęła wypełzać z ciała Troi, a za nią kopyta i tyłów. Wszystko w akompaniamencie pisków i skomlenia sarny–matki. Piotr nie pamiętał, co działo się dalej, bo ilość krwi, którą stracił, spowodowała, że padł bez czucia na

29




ziemię.

     

     EPILOG

     

      – Hej, spójrz... Chyba chce coś powiedzieć.

     – Przestań, to roślina.

     – Nie, naprawdę...spójrz. Porusza ustami.

     Młodsza z pielęgniarek nachyliła ucho do ust Piotra.

     – Co powiedział? – spytała starsza z ciekawością.

     – Jakieś głupoty. Powiedział: to się rozmnaża.

30




Wyrazy: Znaki: