Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Spaczona Żądza Roz. I, IIikonka kopiowania

Autor: Adam Gabrysz twarz męska

grafika opisu

rozwiń




Rozdział I

     
W myślach Adama wizja podróży do Quebec była co najmniej zniechęcająca. Prowincja Kanady, w której onegdaj żyły rdzenne ludy Ameryki - Indianie, konkretnie Algonkinowie, sama w sobie napawała go odrazą. Nie lubił podróżować. Lubił zaś zatapiać się z nosem w książce w wyimaginowane światy, ucieleśniać się z bohaterami, przeżywać ich dole i niedole. Ale Klaudia się uparła. Kochał ją, więc dla niej był w stanie oderwać się od swoich rutyny, które tak go satysfakcjonowały.
Gdy był w Temerii, tuż obok wiedźmina Geralta, potężne i nieustępliwe macki porwały go i wywlokły znów do szarej jak zachmurzone niebo rzeczywistości. To była Klaudia, która nawiedziwszy go oznajmiła fakt dokonany. "Jedziemy do Kanady" - powiedziała nie ukrywając ekscytacji.
Początkowo uznał to za żart, mało zabawny jak sam stwierdził. Jednak Klaudia nie żartowała, bynajmniej! Mówiła tonem, który zawsze używała gdy nie uznawała, ani nawet nie dostrzegała możliwości sprzeciwu. Zakomunikowała, że wszystko jest już załatwione; wizy, transport, pożywienie i inne w jej mniemaniu niezbędne przedmioty.
Znużenie i narastająca

1




chęć zabarykadowania się w swoim pokoju z zapasem książek i jedzenia bulgotała w trzewiach Adama coraz to wyraźniej. Ustąpił, co oczywiste. Wiedział, że odmowa mogłaby ją zranić, A szczęście jego wybranki było najważniejsze. Klaudia od najmłodszych lat przejawiała fascynację podróżami, wycieczkami - samotnymi, bądź z towarzystwem - nie grało to specjalnej roli. Uwielbiała wychodzić z domu, z plecakiem na ramieniu o wczesnych godzinach i wracać późnym wieczorem. Wprost proporcjonalnie do jej wieku wycieczki przeobraziły się, niczym łatwa w motyla, w wyprawy; dwu-trzy, czasem czterodniowe. Nierzadko wracała pokaleczona, gdzieniegdzie poobdzierana i brudna jak świnia w chlewie. Lecz zawsze wracała szczęśliwa. Pewnego razu nie było jej dwa tygodnie!
W normalnych warunkach Adam zaczął się o nią martwić, lecz zakomunikowała mu, że idzie w góry. Pieszo.
W normalnych warunkach uznały to za żart, ale po pięciu latach związku nie zdziwiło go to wcale. Czym była piesza wycieczka, bez towarzystwa, gdzie trasa w jedną stronę wynosiła bez mała pięćdziesiąt kilometrów?
Lecz warunki nie były całkowicie normalne, albowiem Klaudia nie

2




była CAŁKOWICIE normalna.
Adam kochał ją za to. Za jej inność, bycie wręcz jego odbiciem w krzywym zwierciadle - niby podobna, a jednak całkowicie odrębna, w pewnych aspektach wręcz osobliwa.
On lubił podróżować po świecie wymyślonym, ona lubiła to samo, tyle że po rzeczywistym. Zaprawdę dziwnym był fakt, że wyrusza niemal co tydzień do miejsc, gdzie potencjalnie może zginąć, bez niego. Jednakowoż wyjaśnienie tego zjawiska było prozaiczne.
Kiedyś udało się jej wybłagać go na towarzyszenie w jednej z jej, jak się później okazało nie tak prostej wycieczce w dolnośląskie lasy. Tamtego dnia Adam o mało nie połamał sobie nóg, starając się uciec przed CZYMŚ, co zobaczył piętnaście metrów przed nimi.
Cień ogromnej bestii, piekielnego monstrum o aparycji niewielkiego samochodu, całej pokrytej kolcami ostrymi jak brzytwa, czerwonymi punktami w pustych oczodołach czaszki i parą przerażających, ohydnych i bestialskich kłów, zaledwie przez ułamek sekundy objawił się jego oczom, lecz wystarczyło to, aby oblać Adama wiadrem pełnym lepkiej i cuchnącej zgrozy.
Klaudia przez dłużący się niemiłosiernie kwadrans próbowała go

3




dogonić, krzycząc, że to tylko dzik, przecież są w lesie!
Ale Adam wiedział lepiej, a jedynie czysty przypadek, a w gwoli ścisłości nie tak czysta gałąź, o którą potknął się, wywijając soczystego orła sprawiła, że przestał uciekać w szaleńczym amoku.
Od tamtego momentu nigdy więcej nie pokusił się wyjść z narzeczoną na żadną wycieczkę. Gdy tylko ujrzał, że ubiera plecak, od razu chował się w książce.
Tamtego dnia było inaczej, mimo niechęci do opuszczania zaciszu domowego, postanowił się zgodzić, przecież nie mógł puścić jej samej. Wyjazd do Kanady był zgoła innym zdarzeniem, aniżeli wycieczka do okolicznego lasu. Klaudia nie była zachwycona perspektywą taszczenia kilku opsałych tomiszczy narzeczonego, lecz wiedziała, że bez nich Adam nigdzie się nie ruszy.
On sam odkąd sięgał pamięcią uwielbiał czytać, począwszy na Koziołku Matołku, na Panie Tadeuszu kończąc. Niestety książki były jednym z kilku powodów, przez które nie był lubiany w szkole. Postawa beczki o wiecznie przetłuszczonych włosach i krasnych policzkach nie pomagały. Od podstawówki do gimnazjum w sumie pięć razy ćwiczył na zajęciach

4




wychowania fizycznego. Nienawidził sportu - w każdym tego słowa znaczeniu.
Bieganie za piłką i kopanie się po kostkach uważał za pretensjonalne, a oglądanie jak ktoś to robi jeszcze bardziej. Jednak bezkompromisowo największym powodem był on sam. Był odludkiem, unikał dziecięcych zabaw, które były dla niego zbyt prymitywne. Jakikolwiek kontakt, werbalny, czy też niewerbalny z rówieśnikami zastępowały mu książki i rodzice. Gimnazjum skończyło się wielką zmianą, gdzie znaczną część czasu poświęcanego na książki, zastąpił spotkaniami że znajomymi. Wtedy poznał Mikołaja, który w lwiej części podzielał jego zainteresowania. Od tamtego momentu przyjaźnili się. Razem z rewolucją mentalności czasu liceum upłynęły wyjątkowo dobrze.

     A teraz we trójkę mieli wybrać się do prowincji Kanady, gdzie jak Klaudia i Mikołaj wspominali, żyli kiedyś Algonkinowie.
Żadne z nich nawet nie przypuszcało, że ta bajkowa podróż zamieni się w piekielny koszmar.

     Adam jako jedyny czuł się dziwnie, jakby coś złapało go i ściskało z taką siłą, że żołądek podjeżdżał do samego gardła. Tym czymś był strach. Strach przed

5




nieznanym, a jak pisał Lovecraft: "Największym i najstarszym rodzajem strachu, jest strach przed nieznanym".
Lecz to nie podróż sama w sobie napawała go lękiem, powodując uporczywe drżenie kolan. Nawet fakt, że ich dom, który wzięli na kredyt hipoteczny z horendalnym oprocentowaniem pozostanie pusty - co w oczywisty sposób mogłoby skutkować włamaniem.
To było coś innego, lęk urodził się w głębi jego duszy, że stanu spaczonego płodu, przechodząc w istną anomalię, obrzydliwą w swym jestestwie abrrecję. W COŚ o twarzy bardziej zwierzęcej, niż ludzkiej, o wydłużonym pysku, szeregach kłów jak zęby piły łańcuchowej. Przerażenie wrzało i kipiało w jego ciele przez następne dni, które mijały zdecydowanie zbyt wolno. Rutyna dnia codziennego, istny rytuał nie sprawiały mu żadnej przyjemności, słowa książek uciekały mu sprzed oczu, jakby w obawie przed kimś, lub czymś... zalewając się zlepek nic nieznaczącego bełkotu. Atmosfera grozy udzieliła się Klaudii, która choć nigdy nie zapytała go, czego się boi, czuła się równie dziwnie jak on. Nie rozumiała istoty jego lęku. Adam z charyzmatycznego

6




dwudziestopięciolatka zamienił się w zamkniętego w sobie chłopaka o ciągle podkrążonych oczach.

      *

     Aż nadszedł dzień ostateczny, w którym zatrąbiły trąby apokalipsy, zwiastując nadejście jej jeźdźców. Miarowe, rytmiczne uderzenia kopyt o podłoże puslowały i piekły żywym bólem w skroniach. Każdy z nich ostrzegał, lecz jego praca była daremna, bowiem było już za późno.

     "Nie ufaj tańczącemu płomieniowi; ani żywemu, ani martwemu..." - szeptali, a ryk odbierający do uszu rozdzierał czaszkę.

     Tedy nastało pierwsze biada, gdzie trzecia część rzek i trzecia część mórz zostały skazane piołunem, zamieniając się w bezdenną toń słodkiej, kuszącej mrokiem krwi.
Jeden z jeźdźców podszedł, była to postać z mieczem obosiecznym - ostrym. Postać dnia ostatecznego.

     "Ten, który był, który jest i który przybywa..."
(Po krew)

     I nastał drugie biada...

     "A imię jego - Abaddon"
(Przeklęta dusza)

     "Biada, biada mieszkańcom ziemi" - śpiewał latający, czarny kruk...

     "Biada tobie i jej, i jemu, bo tańczący płomień zwodzi, kłamię...
Usłysz rady

7




piszczącego w trawie...
Bo inaczej śmierć nastanie...
Unikaj go, bo ogień cię zabiję...
Co umiera, szybko gnije..."

     Zbudził go głos jego ukochanej, która podirytowana, lecz również zaniepokojona jego drzemką w środku dnia, szarpała go za ramię, na tyle mocno, że książka, z którą zasnął wyśliznęła mu się z rąk i z głuchym trzaskiem runęła na ziemię. Zapytała, czy wszystko w porządku, ale niedoczekawszy się odpowiedzi jedynie zakomunikowała, że muszą się zbierać, bo samolot im odleci. Na odchodnym rzuciła tylko: " Za dwadzieścia minut wymarsz, Miki będzie na nas czekał na lotnisku!"
Dwadzieścia minut było aż nadto, została mu chwila na część jednego z dziennych rytuałów. Otworzył leżącą na stole paczkę swoich ulubionych, czerwonych Lucky Strike'ów, wyciągnął jedną sztukę i wsadził sobie koniec z filtrem do ust. Ręce mechanicznie odnalazły kolejną paczuszkę, zagnieżdżoną w kieszeni jego spodni - tym razem była o wiele mniejsza.
Pudełko było wykonane z ekologicznej tektury, zawartość gruchotała radośnie malutkimi kawałkami drewna z siarką.
Jedno pociągnięcie. Błysk i syk, który znał tak

8




dobrze, idealnie wymierzony czas oczekiwania, aż siarka się wypali i już jedynie rozpaloną żagwią zapalił papierosa. Zaciągnął się powoli, smakując kłębiący się, szarawy, smolisty dym. Wypuścił nosem. Pogrążył się w zadumie.

     Starał się przez moment przypomnieć sobie sen, lecz jedynym, co był w stanie odczytać z mglistych scen, był śpiew czarnego ptaka, jednak słowa łączyły się, tworząc nic nie znaczącą na kakofonię. Porzucił więc starania przypomnienia sobie snu.

     (...Bowiem było już za późno...)

     Gdy ten zaczął nieznacznie parzyć palce, Adam cisnął niedopałek w stronę murowanego kominka, postawionego przy wschodniej ścianie gościnnego pokoju. Ruch nadgarstkiem, pstryknięcie i tor lotu śmierdzącego tytoniem meteoru, za którym wiła się smużka dymu były mistrzowskie. Praktyka czyni mistrza, a Adam powtarzając tę czynność setki, jak nie tysiące razy, osiągnął w tym względzie mistrzostwo.
Nieliczne, szare płatki popiołu z niedopałka osiadły gładko ma wyłożonej panelami podłodzę. Dym, jakby pamięć o czymś dawnym, zapomnianym, unosił się, kłębił i zataczał kręgi przy suficie. Adam spojrzał na

9




okno, pozbawione zasłon, jedynie z fikuśnymi warkoczyki nitek, błyszczącym jak rtęć. Cały pokój był urządzony tak, jak się dało najschludniej, ale przytulnie.
Adam jako malarz bardzo dbał o szczegóły wystroju, chciał uniknąć, jak sam to zazwyczaj określał, szpitalności i perfidniej sterylności, jaka panowała w mieszkaniach jego znajomych.
Skórzane, monolityczne fotele przywodziły mu na myśl minione nieubłaganie czasy dzieciństwa, którego co prawda nigdy nie zaznał w pełniej okrasie zabaw; wolności, beztroski. Kamienny stół emanował chłodem, był kontrastem dla ciepłego wystroju wnętrza. Adam spojrzał na łóżko, uśmiechając się do swoich wspomnień związanych z zakupem tego mebla. Klaudia nigdy nie była wymagająca, według niej równie dobrze śpi się na hamaku, jak na atłasowym łóżku z baldachimem i miliardem poduszek w zanadrzu. Ale w głębi swej traperskiej duszy, była Adamowi wdzięczna, że zadbał o porządne, monumentalne i co najważniejsze miękkie łóżko, z którego często korzystali nieco odbiegając od typowych założeń producenta, co do użytkowania mebla.
Wtem usłyszał głos Klaudii, która już lekko

10




podirytowana oświadczyła, że powinni już wychodzić.
Niemrawym głosem, wciąż krążąc myślami w korytarzach labiryntu pełnego luster, usiłując rozszyfrować enigmatyczny kod, jakim wydawał mu się być śpiew ptaka, odkrzyknął że już idzie.

     Klaudia stała przy samochodzie - sporym, kanciastym Jeep'ie w oliwkowej barwie. To właśnie ona go wybrała i nie pozwalała nikomu zasiąść za kółkiem. Do tej grupki potępionych oczywiście zaliczał się również Adam.

     Przekluczając drzwi, które zamknęły się z metalicznym brzękiem mechanizmu, Adam odwrócił się w stronę narzeczonej i ruszył ku niej.
Nie wiedział, że każdego kroku, od zamknięcia wrót bezpiecznego domostwa, do trzasku blaszanych drzwi samochodu, będzie żałował po stokroć.

     
Rozdział II

     Port lotniczy we Wrocławiu w oczach Adama sprawiał wrażenie niepokojącego. Monumentalny budynek, za którym świszczały i ryczały silnikami odrzutowymi olbrzymie maszyny, jak ptaki wznoszące się do lotu, urósł do rozmiarów strachu najczystszej próby. Mimo realnych starań architektów, falisty i biały jak papier dach konstrukcji wydawał się być zbyt ciężki dla delikatnych,

11




szklanych ścian.
Adama napełniał lęk, że gdy tylko przejdą przez piekielne wrota lotniska, te że straszliwym zgrzytem zamkną się na dobre, a szyby pękną kaskadą ostrych jak rzeźnicki nóż szklanych odłamków, jakby stworzonych ze zwyrodniałą myślą, by ranić, dźgać - na śmierć.

     Jednak zamiast morderczego szkła, jedynym co ich powitało, to istna ludzka nawałnica. Setki, o ile nie tysiące istnień. Wokół panował nieznośny gwar, każdy pędził, choć Adam mógłby oddać rękę do obcięcia, że żaden z nich nie wiedział dokąd zmierza.
Adam ujrzał parę, która trzymając się za ręce, starała się nie zgubić. Mężczyzna był wysoki i szczupły, ubrany w szykowny i elegancki garnitur...

     (...Jak do trumny...)

     Adam zaklął z cicha, po czym zawstydzony odpędził od siebie tę myśl. Kobieta miała na sobie ciemnozieloną sukienkę po kolana, z krótkimi rękawami zwieńczonymi lekkim i dystyngowanym motywem kwiatowym. Poniżej szyi rozciągał się skromny, lecz wyrazisty dekolt. Jej szpilki stukały najgłośniej że wszystkich, szarpany i pozbawiony rytmu stuk zdawał się przebijać bańkę z bezładnych i obrzydliwie monotonnych odgłosów

12




lotniska. Kręcone, rude włosy niczym erupcja wulkanu rozpływały się po jej filigranowej i bladej twarzy. Piegi, tak jak centki geparda dodawały jej nutki drapieżności.

     Niestety Adam nie mógł zbyt długo napawać się urodą ziemskiej Afrodyty, gdyż ta zniknęła w zgiełku, pozostawiając po sobie jedynie ulotne, lecz przyjemne uczucie.

     Trzymając za rękę Klaudię, ubraną w jej ulubione rzeczy, czyli wojskowe, ciężkie buty za kostkę, spodnie w kamuflażu i obcisłą szarą koszulkę. Przy eleganckim ubiorze Adama wyglądała jak modelka taniej agencji, która słynęła z dziewczyn z karabinami na okładce.
Lot miał się odbyć za pół godziny, a Mikołaja nie było. Oboje byli tym zaniepokojeni, bowiem Miki był punktualny (jak to zwykł mawiać Adam, jak sama śmierć). Tego wszak wymagał jego zawód nauczyciela. Postanowili przysiąść w najbardziej widocznym miejscu i zaczekać. Siedzenia były czarne i kojąco chłodne. Ekoskóra przyjemnie skrzypiała przy dotyku. Przez panujący tutaj zaduch i fakt, że wentylatory już nie wyrabiały, marynarka Adama sprawiała wrażenie zimowego futra. Pot na jego czole pojawiał się malutkimi kropelkami, które z

13




upływem czasu łączyły się ze sobą. Stając się zbyt ciężkie, zaczęły skapywać na kołnierz jego granatowej koszuli. Jako jedyni na całym lotnisku nie odzywali się do siebie, jedynymi dźwiękami jakie wydawali, były niespokojnie i chciwe wdechy i wydechy. Adam lubił ciszę, a Klaudia to szanowała. W ich głowach myśli przechodziły istną ewolucję. Od myśli, że być może taksówka się spóźniła, albo stoją w korku, po wizję wypadku samochodowego. Ta ostatnia myśl spowodowała eksplozję wewnętrznego gorąca, leniwie płynącego spod żołądka po koniuszki palców. Krople znów zrosiły ich czoła. Adam widział już oczyma wyobraźni nogę ich przyjaciela, która znalazłszy się w strefie zgniotu, przypominała jedynie tłoczony kotlet.
Nagle zadzwonił telefon.

     (CDN)

14




Wyrazy: Znaki: