Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 54
Dzisiaj w pracowni: 6
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Konwent, pt2 /3ikonka kopiowania

Autor: Fortune twarz męska

grafika opisu

rozwiń




„Ten, którego uczył martwy! Ten który rozmawiał ze smokiem! Ten, który zabił własnego mistrza. Ostatni czarodziej zapewni magii pokój!”

     ***

Coś błysnęło.

     Portal wyrzucił Mikego na taflę lodu - takie przynajmniej było jego pierwsze wrażenie, kiedy grzmotnął plecami o twarde podłoże.
Kiedy odzyskał wzrok okazało się, że nie leżał na lodzie, a na lodowato zimnej, kamiennej posadzce. Wiało. I śmierdziało. Strasznie. Krwią, zgnilizną i czymś jeszcze, jakby... Śmiercią. Tak… Ciężko było zapomnieć zapach nieumarłych.
Obolały wstał i rozejrzał się dookoła. Znajdował się gdzieś wysoko, na czymś w rodzaju tarasu. Daleko w dole leżało jakieś miasto – było niemal całkowicie zburzone, gdzieniegdzie coś się jeszcze tliło i kopciło. Wiatr podrywał, przerzucał i na nowo osadzał kilogramy popiołu.
W oddali słońce powoli uciekało za horyzont, ale czarodziej zauważył tam coś jeszcze. Ciężko było to dostrzec na tle czerwonego, ciemniejącego już nieba, ale… Tam na pewno unosił się jakiś kształt.
Zmrużył oczy, przyjrzał się uważniej i skamieniał ze zgrozy. Owym kształtem był smok! Oddalał się – tak

1




przynajmniej się Mikemu wydawało, ale strach, który ścisnął mu żołądek, skutecznie pozbawił go pewności. Mimo to, z każdą kolejną sekundą mały kształt rozmywał się coraz bardziej i bardziej aż w końcu całkiem zniknął pochłonięty przez malownicze tło zmierzchu.
Z paraliżu wyrwało go drganie gruntu, lekkie, ledwie zauważalnie. Młody czarodziej ponownie się rozejrzał.

      Piramidalna forteca powoli frunęła do przodu. Niepowstrzymana niby posępna, szara chmura. Niby płynąca po niebie, olbrzymia, lodowa góra. Siedziba śmierci. Nekropolia Upadłego Paladyna, Arcylisza.
Liczne tarasy przecinały piramidę na wskroś, dając wyobrażenie o tym jak wiele poziomów budynek musiał mieścić wewnątrz. Na temat jej struktury snuto jedynie domysły - nie było nikogo kto mógłby dostarczyć jakichkolwiek informacji z wnętrza Nekropolii i niewiele więcej osób, którym można by wierzyć, że naprawdę widziały ją na oczy. Wszelkie świadectwa pochodziły z wątpliwych źródeł pokroju oszalałych pustelników, wiejskich bajarzy czy też innych pomyleńców, których nie sposób było traktować poważnie.
Nic więc dziwnego, że większość

2




mieszkańców kontynentu uważała latającą fortecę nieumarłych jedynie za wymysł, starą legendę, opowiastkę, którą straszono dzieci.
- Pff… Nieuchwytna Nekropolia, która pojawia się znikąd, tam gdzie śmierć zbiera swoje największe żniwa – powiadali z lekceważeniem.
- I w mgnieniu oka, tak samo niepostrzeżenie znika, też mi coś! – dopowiadali inni.
Ale teraz, na jednym z dziesiątek tarasów Nekropolii rzeczywiście ktoś stał. Wiatr trzepotał długim, ciemnym płaszczem tego młodego, ciemnowłosego czarodzieja.

      Wokoło latały kruki, sępy i mrowie innego ptactwa, które ciężko było określić przy coraz rzadszym świetle zmierzchu. Mike przyjrzał się uważniej, bo wśród nich wyróżniło się coś jeszcze - coś większego. Coś co nie mogło być ptakiem.
Niezidentyfikowany stwór zapikował i błyskawicznym kłapnięciem szczęk pochwycił ptasią ofiarę, rozwiewając jego wątpliwości. Obserwował wiwernę – prawdziwą wiwernę! Stworzenie było podobne do smoka, ale było zdecydowanie mniejsze – mniej więcej rozmiaru dorosłego gryfa. Do tej pory Mike widział takie tylko w książkach - przecież wiwerny były od dawna uważane

3




za gatunek wymarły!
Na posadzce obok przysiadła wrona, czarodziej odskoczył jak oparzony i w mig zrozumiał sytuację.
Z rozerwanego ptasiego gardła zwisały fragmenty mięśni, z lewego oczodołu wychodziło robactwo, a kawałek wypadającego z brzucha jelita był owinięty wokoło nienaturalnie wygiętej łapki. Ptak zakrakał, przekręcił głowę i odleciał, wysypując z siebie kilka robaków.
- No tak... - wymamrotał ze zgrozą Mike i przełknął ślinę. Jeszcze raz skierował wzrok na polującą wiwernę, teraz była trochę bliżej i mógł lepiej przyjrzeć się jej poszarpanemu ciału. Musiała być wspaniała za życia.
Pojechał wzrokiem dalej, ku piramidzie wznoszącej się ponad taras na którym stał. Jej ogrom napawał go jednocześnie strachem i podziwem. Ściany były stare i popękane, przypominały ściany gigantycznej, zapomnianej, wilgotnej krypty. Wolał nie wiedzieć co chowały wewnątrz.
Lepiej będzie stąd jak najszybciej uciekać – pomyślał. – Ale jak?
- Nie, to nie moje myśli! – mruknął stanowczo i zebrał w sobie resztki odwagi. Nie bez powodu zdecydowali się wysłać akurat jego z tym zadaniem! Kreator, Dedai, Gag… Gaug… -

4




No w każdym razie ten stary krasnolud, zaufali mu. Nie mógł ich zawieść! Poza tym szczerze wierzył, że jest w stanie przekonać Arcylisza do współpracy. Choć aktualnie nie miał pojęcia jak to zrobi.
Nagle poczuł mrowienie, jakiś ruch w aurach, dopiero po sekundzie zorientował się, że dookoła zaroiło się od cieniopodobnych widm. Wiedział, że nie byłby w stanie się przed nimi obronić - postanowił więc czekać. Jak każdy bohater w takiej sytuacji - ponownie przełknął ślinę.
Zjawy podfrunęły bliżej, okrążały go, egzaminowały uważnie. Czuł chłód jaki wydzielały z siebie ich bezkształtne ciała, włoski na jego karku również to poczuły, sztywniejąc nieprzyjemnie. Czekał, czekał, a jego oddech stawał się ciężki, źrenice coraz mniejsze, a ciało napięło niemalże do paraliżu.
Cienie wirowały powoli, tuż przy jego skórze – coraz bliżej i bliżej, ale nadal go nie dotykały. Napawały się jego strachem.
- Jak ci się podoba? - odezwał się suchy, martwy głos w jego głowie.
- Cóż... To miejsce ma swój urok – odparł Mike, starając się brzmieć jak najpewniej. Spojrzał w dół na ruiny miasta. - Chociaż mam

5




mieszane uczucia w kwestii mordowania niewinnych ludzi – dodał, już po fakcie zdając sobie sprawę, że może lepiej byłoby odpuścić sobie tą uwagę.
- Niewinnych... - powtórzył pogardliwie głos i roześmiał się. - Gwarantuję ci, że żaden z nich nie był „niewinny”. Ale nie, to nie my. Sprawca tego co podziwiasz już odleciał. My tylko… Zbieramy resztki. Szkoda żeby coś się zmarnowało, nie sądzisz?
Młody czarodziej nie sądził, ale postanowił to przemilczeć. Zacisnął wargi.
- Wybacz, że trzymamy cię na mrozie. – Zjawy nie przestawały go okrążać. Sprawiały wrażenie jakby bardzo chciały go dotknąć, jakby wręcz tego pożądały, ale coś je powstrzymywało. - Rozumiemy, że może to wzbudzać pewien... Dyskomfort.
- Nie jest tak źle – odparł oschle Mike.
- To potrwa jeszcze tylko chwilę. Cytadela niestety nie jest przystosowana do przyjmowania... Hmm...
- Żywych?
- Powiedzmy – zgodził się głos. - Szukaliśmy jakiegoś mniej uderzającego słowa. Widzisz, wyobrażenie o byciu „żywym” wzbudza w nas odrazę. Właśnie przez tą niefortunną cechę musisz teraz poczekać. Wiele z naszych przyzwyczajeń mogłoby się

6




okazać dla ciebie fatalnych w skutkach. Temperatura, bakterie, pasożyty, toksyny... Nam to nie przeszkadza, do tego jest znakomitym zabezpieczeniem. Chociaż... Im dłużej na ciebie patrzymy tym bardziej mamy ochotę sprawić żeby przestało to przeszkadzać i tobie. Szybko możemy pozbawić cię wad bycia żywym...
Drzwi, których nie zauważył wcześniej otworzyły się, a zjawy pospiesznie uleciały na boki.
Z trudem nie zwymiotował - zapachy, które wydostały się z głębi Nekropolii musiały się tam fermentować tygodniami. To już nie był zwykły, wyobrażalny fetor śmierci i rozkładu, który powodował zawroty głowy. To był kolejny poziom odoru, który wydawał się nieodwracalnie wypalać wnętrze nosa i czaszki, a potem wpełzać głębiej i oblepiać sobą całe gardło.
- Witaj - odezwał się inny, męski, już fizyczny, ochrypły i przytłumiony maską głos.
Mike na ułamek sekundy zupełnie skamieniał. Głos, mimo nienaturalnej chrypy, był niespodziewanie łagodny i wyrozumiały, na moment zbiło go to z tropu. Spojrzał ku drzwiom.
Postać, która tam stała miała posturę starego, przygarbionego człowieka. Była ubrana w wyblakłą szatę z

7




zarzuconym na głowę kapturem, spod którego lśniła gładka metalowa maska. Nieznajomy był zupełnie nieporuszony tym nieludzkim smrodem dochodzącym z wnętrza tunelu.
- Muszę przyznać, że nie spodziewaliśmy się tej wizyty – powiedział starzec. Jego głos wydał się Mikemu dziwnie znajomy. – Tym bardziej nie spodziewalibyśmy się akurat ciebie, Mike.
- Znasz mnie? – zapytał czarodziej, nie mogąc skojarzyć gdzie i kiedy mógł spotkać rozmówcę.
- O, tak – potwierdził nieumarły i spokojnym krokiem wyszedł na taras. Minął Mikego i spojrzał na pociemniały horyzont – I ty również mnie znasz. Ale zostawmy tą kwestię tak jak jest, wrócimy do niej kiedy indziej. Mogę spytać co cię sprowadza?
- Ja… - Mike nadal nie mógł odnaleźć w pamięci tego głosu, w końcu przestał próbować i skupił się na swoim zadaniu. – Muszę się spotkać z Arcyliszem.
- Tego bym się spodziewał – zaironizował nieumarły. – A czy mogę zapytać dlaczego?
- Bo mam mu coś do przekazania – odparł krótko Mike. Wiedział, że zdradzając swój cel już teraz, pozbyłby się czegoś co potencjalnie utrzymywało go przy życiu.
No to chodźmy. –

8




Nieznajomy wskazał dłonią na wnętrze ciemnego tunelu. Skóra na jego wystającej z szerokiego rękawa ręce była szara, paskudnie zdeformowana, jakby stopiona.
- Ale… Tak po prostu? – zawahał się Mike.
- Mogę posłać po kogoś kto cię zaniesie, jeśli o to ci chodzi…
Czarodziej nie potrafił stwierdzić czy nieumarły żartuje.
- Nie trzeba, ale… No wiesz… Tam skąd przybywam na pewno będą czekać na odpowiedź. I w ogóle.
- Jeśli dobrze rozumiem – maska zajrzała Mikemu głęboko w oczy, a jej właściciel zbliżył się o kilka kroków. Mike raz jeszcze, bohatersko przełknął ślinę – boisz się, że już nie wrócisz, tak?
- Cóż… Może nie zaraz „boisz”… Ale przyznam, byłoby mi na rękę gdybym jednak wrócił.
Nieumarły milczał przez moment.
- Nie mogę ci tego obiecać – powiedział w końcu. – Ale mogę ci obiecać, że nikt cię nie tknie jeśli sam nie będziesz tego chciał. Czy to cię przekonuje?
Nie przekonywało go to wcale.
- Powiedzmy… - odparł bez entuzjazmu Mike, zgadując, że i tak nie może liczyć na nic więcej.

      Szli w ciszy. Zamaskowany nieumarły nie zaczynał rozmowy, Mike postanowił uczynić

9




podobnie. Całą uwagę skupiał na wąskim, ciemnym korytarzu. Było w tym miejscu coś niepokojącego. Nie chodziło o samą aurę śmierci ani nawet to, że z każdym kolejnym krokiem zagłębiał się w brzuchu Nekropolii, z którego nikt jeszcze nie powrócił. Raczej… Jakby dało się wyczuć swojego rodzaju wszechogarniającą, mroczną obecność, ale nie nieumarłych, czegoś innego. Większego, niewyobrażalnie potężniejszego. Mike czuł już kiedyś coś podobnego -wtedy stracił ramię. Mroczne, pradawne bóstwo zabrało mu je, bo po prostu miało taką ochotę. A potem nasyciło go pierwiastkiem czerni…
- To bardzo stara aura – wyjaśnił, jakby odgadując jego myśli, nieumarły przewodnik. – Magia wtedy była inna. Dzika, nieokiełznana. Bezlitosna. Istniały rzeczy, których nie sposób sobie dzisiaj wyobrazić.
- Ważne, że tobie się tu podoba – rzucił Mike próbując się uśmiechnąć, ale strach skutecznie ograniczał jego mimikę.
- Powiedzmy… - odparł nieumarły i wyjaśniał dalej – ta aura, to aura samej Nekropolii. To pradawna i tajemnicza budowla. Bardzo wiele kwestii pozostaje dla nas zagadką, ale musisz wiedzieć, że Cytadela

10




Gagr’ Adu zachowuje się jakby miała własną świadomość. I mimo, że niezbyt ją rozumiemy, już nieraz przekonała nas, że warto mieć zaufanie co do jej decyzji.
- Cieszę się, że się dogadujecie - odpowiedział Mike, niespokojnie rozglądając się dookoła.
Im dalej szli, tym więcej pojawiało się na ścianach dziwnego, poruszającego się śluzu, który stanowił źródło wątłego bladozielonego światła. Potem pojawiła się do tego skrzepła krew. Coraz więcej skrzepłej krwi… Tworzyła coś na kształt oblepiających ściany, pulsujących żył.
Śluz coraz śmielej wyciągał się jakby chciał pochwycić Mikego - od razu przypomniały mu się gałęzie w Teriańskiej Puszczy. Na szczęście, zgromiony spojrzeniem nieumarłego śluz zaraz wracał na swoje miejsce.
- Ten korytarz… Wygląda jakby żył – zauważył młody czarodziej i z obrzydzeniem odskoczył od kolejnej śluzowej macki. – W sensie, „nie żył”, ale wiesz co mam na myśli.
- Tak, chyba wiem – parsknął cicho przewodnik. - To miejsce zamieszkuje mnóstwo niezwykłych… Nazwijmy to organizmów. Te śluzy są po prostu jednymi z nich.
Coś dziwnego przejechało po ramieniu

11




Mikego, coś... Nie potrafił tego opisać - coś tragicznego. Tym jednym, krótkim, dotykiem weszło w głąb niego i wyciągnęło wszystko co miał wewnątrz, a w zamian chciało wypełnić sobą. Chciało wypełnić go nieskończoną rozpaczą.
Nieumarły gwałtownie zamachnął się ręką i odpędził „cosia”.
- Wybacz – pierwszy raz podczas tego spaceru, przewodnik wydawał się być zdenerwowany - muszę cię poprosić abyś zachował ostrożność. Jeśli wczujesz się w aury, poczujesz o czym mówię.
Mike nigdy nie był dobry w aurach… Zamknął oczy. Dopiero kiedy to zrobił, zrozumiał jak bardzo galopuje mu serce. Z całych sił spróbował się uspokoić i skupić.
- To... - wymruczał. - To są dusze. Dziesiątki, setki!
- Tak - potwierdził poważnie przewodnik. - Rzadko mają kontakt z kimś żywym, musisz uważać. Mogą próbować wejść w ciebie, a kiedy to zrobią, jakby to powiedzieć... Chyba najtrafniej będzie tak: spróbują zrobić z twoją duszą to co stado piranii robi ze smaczną rybą.
- Ja... Jak mam się bronić?
- Skoncentruj się. Po prostu nie pozwól im i tyle. Nie chciej aby weszły, wtedy nie wejdą.
- Łatwo ci mówić...

12




– wymamrotał Mike, próbując wyregulować oddech.
- Oczywiście, że tak! - odparł z rozbawieniem nieumarły. - W końcu ja nie żyję. Nie mam tego problemu!
Mikemu jakoś nie było do śmiechu, ale nie zdążył odpowiedzieć.
- Wybacz, dokończymy tę rozmowę później – uciął starzec, gdy weszli do sali zastawionej stołami.
Na stołach leżały porozrzucane zwoje, kryształy i ogromne ilości jakiejś ciemnej, obrzydliwej, oślizgłej substancji. Oddech Mikego znowu przyspieszył, nawet jeszcze bardziej niż wcześniej, bo całą salę wypełniali zajęci swoimi sprawami nieumarli.
Po ułamku sekundy dały o sobie znać jego nozdrza – już nawet zdążyły się przyzwyczaić do wszechobecnego, wielowymiarowego bukietu krwi, rozkładu i mnóstwa innych, niemożliwych do zinterpretowania zapachów, ale ta ponura, kamienna, wypełniona obrzydliwościami sala sprawiła, że znowu powrócił odruch wymiotny.
Rozejrzawszy się dookoła czarodziej zdał sobie sprawę, że w sumie niepotrzebnie się powstrzymywał, jego rzygi niespecjalnie zmieniłyby cokolwiek w wystroju i estetyce pomieszczenia. Jego wrzrok zatrzymał się na wielkmi grubasie, pozszywanym z kilku

13




różnych osób. Spod niedokładnych szwów i spod powiek wyciekała mu paskudna, lepka wydzielina. Siedział przy stole, kreśląc coś na zwoju i tłumacząc grupie pozostałych nieumarłych. Większość z nich stanowiły standardowe, dołączane w pakiecie do każdej nekropolii, obrośnięte kawałkami zgniłego mięsa, szkielety. Resztę stanowiły… Coś na kształt zombie - ożywione zwłoki, które po prostu potraciły i pogubiły, teraz najwyraźniej już nie aż tak istotne, kończyny lub organy, ale już wśród tych osobników zdarzały się ciekawsze przypadki. Jednym z nich był mato’uk, egzotyczny, kotopodobny, humanoidalny gatunek. Wyróźniał się z grupy, bo nie miał tyle szczęścia co pozostali ożywieńcy - temu kto go zszywał najwyraźniej zabrakło elementów chociażby zbliżonych do tego gatunku. Walory wizualne związane z pokracznie krótką ręką czy niedobrze dopasowanym tułowiem nie wydawały się być aż tak wielkim problemem jak to, że implanty ewidentnie się nie przyjęły. Pomimo zawiłej, technomagicznej maszynerii nieustannie wtłaczającej płyny w martwe ciało kotoludzia, to było w zdecydowanie gorszym stanie od pozostałych –

14




gniło szybciej, do tego w jakiś dziwny, jeszcze obrzydliwszy sposób.
- Idziemy – szepnął ukradkiem przewodnik i pociągnął Mikego za sobą, ku drugiemu końcowi sali.
W kolejnym, już dużo zimniejszym korytarzu wpadli na gnoma, którego nie trudno było pomylić z golemem. Chyba nawet bliższe prawdy będzie powiedzieć, że wpadli na maszynę, której doczepiono trochę z gnoma, to znaczy kawałek szczęki, jedną rękę i może wsadzono kilka organów wewnątrz. Za plecami przetworzonej postaci turkotał silnik z dwoma wypełnionymi zieloną cieczą zbiornikami i kolejną parą długich mechanicznych rąk.
- O, to jednak prawda! - rzucił zmechanizowanym głosem gnom, zatrzymując ich.
- Mike – odezwał się starzec - poznaj naszego największego mistrza-inżyniera.
- To zaszczyt. – Mike niepewnie skinął głową.
- Ależ skąd! - uprzejmie zaprzeczył gnom. - Honory po mojej stronie! Wiele o Panu słyszałem. Czy jest szansa, że mógłbym je zobaczyć?
Czarodziej wzdrygnął się - doskonale wiedział o co chodziło, oczywiście o jego mechaniczne ramię. Spojrzał pytająco na przewodnika.
- Niestety, mistrzu, bardzo się spieszymy – odpowiedział

15




pospiesznie starzec.
- Ehh... Szkoda, szkoda. - Karzełek oparł mechaniczne ręce na ziemi, a te wydłużyły się, unosząc go w górę i zbliżając schowaną za parową maską twarz do twarzy Mikego. Przemówił zimno, złowrogo - Daiur, bardzo chętnie przyjrzałbym się temu człowiekowi. Przeprowadził badania. Najprostsze, tylko najprostsze! Na prawdę nie da rady?
- Mistrzu, niestety. Zależy nam na czasie. – Przewodnik wzruszył bezsilnie ramionami, dodając enigmatyczne – może później.

     ***

      - Aż dziwne, że tylko tylu czarodziejów w historii podjęło próby Liczowskiej przemiany. Chociaż... Jak teraz o tym myślę, ich umysły pragną potęgi, ale słabe są i leniwe. Zazwyczaj niezdolne do większych wysiłków. Właśnie stąd pewnie zawsze brało się ich zainteresowanie magią. Słabe osobniki nie potrafiły radzić sobie w społeczeństwie więc chwytały się czegokolwiek, aby poprawić swoją sytuację, nawet tych najpaskudniejszych rzeczy! Ale rytuał Liczów… Oj to wcale nie jest taka prosta sprawa. Absolutna większość z nich byłaby po prostu niezdolna do takiego procederu.
- No dobrze, panie profesorze, przejdźmy do kolejnej kwestii. Z

16




tego co zrozumiałam, mówił pan, że nie do końca jesteśmy w stanie wyjaśnić jak taka przemiana następuje.
- W żadnym wypadku pani redaktor, nic takiego nie mówiłem.
- Jak to? Ale...
- Powiedziałem jedynie, że nie mogę udzielić opinii publicznej informacji na ten temat.
- Oczywiście, rozumiem... A może mógłby pan w takim razie opowiedzieć, co utrzymuje takiego Licza przy życiu? Albo raczej istnieniu. Na pewno zainteresuje to naszych czytelników.
- Z przyjemnością. Otóż taki Licz, jako byt nieumarły, potrzebuje ciągłego źródła podtrzymującego jego bytowanie. W dawnych czasach Licze zwykły wysysać życie z innych form życia tudzież karmić się ich modłami. Dzisiaj natomiast są w stanie przedłużać swoją egzystencję za pomocą skomplikowanej teknologii.
- Panie profesorze, to naprawdę interesujące, ale z drugiej strony przerażające! Rozumiem, że obywatele mogą się czuć bezpiecznie, tak? Jesteśmy w stanie pokonać takiego Licza... Prawda?
- Naturalnie, że tak, pani redaktor. To oczywiście tylko hipotetyczny przypadek, ale gdyby się taki pojawił, nasze Cesarstwo jest w stanie poradzić sobie z nim bez najmniejszego trudu.
-

17




Ufff, ulżyło mi, naprawdę. Bardzo dobrze to słyszeć. A czy może pan zdradzić czytelnikom chociaż malutki fragment sposobów na obronę przed Liczem albo chociaż ogólnie, nieumarłymi?
- No... Yyy... Na przykład... Nie mogę. Niestety. To tajemnica państwowa.

     Cesarstwo Na Miarę Naszych Czasów,
Wywiad-rzeka z G.D.S.Z. prof. Augiuszem Von Karftem,
poprowadzony przez red. Gejnik

     ***

     Masywny tron z czarnego kamienia górował nad resztą eliptycznej sali. Stał na wysokim podeście, tak samo jak dwa rzędy foteli, które odchodziły od tronu niby ramiona, otaczając po obwodzie całe pomieszczenie. Wszystkie były obsadzone przez nieumarłych. Tron pozostawał pusty.
Mike, zgodnie z poleceniem przewodnika, stanął na samym środku sali, w samym centrum uwagi. Starzec bez słowa skierował się ku ciężkim, żelaznym drzwiom, które z pieczołowitością zatrzasnął wychodząc.
Teraz został już tylko on. Samotny mag. Otoczony nieumarłymi. Zamknięty w ich latającej twierdzy. Co mogło pójść nie tak?
Przejechał wzrokiem po zajętych fotelach. Nawet on wyczuwał bijącą od tych nieumarłych aurę potęgi, od dziecka musieli być szkoleni na magów, do tego

18




musieli być niewiarygodnie utalentowani. Westchnął smutno – takie beztalencie jak on, do tego podejmujące naukę tak późno, nie miało co marzyć o zbliżonej potędze.
Zaczął zastanawiać się czy może przypadkiem kogoś nie rozpoznaje, czy nie czytał o kimś z tu obecnych, bo jeśli za życia władali podobną mocą co teraz, ten fakt nie mógł pozostać bez echa. Może nawet mogliby się równać z Kreatorem!
Nikogo nie rozpoznał, ale było kilka osób, które szczególnie rzuciły mu się w oczy.
Pierwszy był zakapturzony osobnik z długą, dziobatą maską. Zapewne jakiś doktor plagi. Taka profesja wymagała znajomości nietypowych magii, trucizn, klątw i chorób, a takie połączenie zwykle ocierało się o czarnoksięstwo. Ze swoją tajemniczą i posępną aurą wydawał się doskonale pasować do panującej w tym miejscu atmosfery.
Zaraz obok siedział jedyny obecny krasnolud. A przynajmniej Mike przypuszczał, że niegdyś był to krasnolud - wskazywał na to chociażby rozmiar ciężkiej, dobrze zachowanej zbroi i kości wewnątrz, bo wewnątrz pozostały jedynie kości, choć zaskakująco dokładnie oczyszczone. Tak samo jak zbroja, goła czaszka

19




była wypolerowana na błysk.
Krasnolud skierował puste oczodoły w jego stronę i z klekotem opuścił dolną szczękę. Mike przełknął ślinę i powędrował wzrokiem dalej…
Prosto na postać najbardziej przykuwającą jego uwagę. kobietę w zwiewnej, prostej, ale przepięknej sukni. Miała królewsko niebieskie włosy i siedziała zaraz po prawicy tronu. Patrzyła na niego swoimi łagodnymi, pełnymi zrozumienia, szarymi oczami. Nie miała żadnych oznak umarłości. Owszem może była nieco blada, ale gdyby się uprzeć można byłoby to zrzucić na brak słońca - na pewno nie było go za wiele w Nekropolii. Nie miał pojęcia dlaczego, ale to ona przerażała go najbardziej.
Wszyscy nieumarli, wliczając w to trzy paskudne i do tej pory rozgadane wiedźmy, ucichli. Atmosfera spoważniała, rozległo się powolne dudnienie - odgłos ciężkich jak płyta nagrobkowa kroków.
Już i tak nieprzyjemną aurę na sali wypełniło zimno, rozpacz i... Śmierć – a przynajmniej jeszcze więcej śmierci. – Mike ponownie poczuł to co wcześniej, umęczone dusze unoszące się w powietrzu. Teraz jednak nie szukały już miejsca do zamieszkania, zamiast tego desperacko

20




poszukiwały drogi ucieczki.
Dudnienie ustało. Tron i posadzkę ściął szron, a salę wypełniła zgniła, ciemnofioletowa mgła. Przez moment zupełnie nic nie widział, ale kiedy mgła się rozwiała, tron nie był już pusty. Ktoś na nim siedział. ktoś wysoki, postawny, w potężnej, czarnej zbroi, która wyglądała jak wyrwana z gardła ciemności i przekuta tak, aby celowo wzbudzać przerażenie. Ktokolwiek ją wykuł, spisał się na medal, bo owa zbroja w jakiś niezrozumiały sposób znakomicie odzwierciedlała upiorną aurę i osobowość właściciela.
Umarła widownia milczała, a przerażone dusze kłębiły się przy ścianach. Mike wpatrywał się w postać na tronie. Wpatrywał się w Upadłego Paladyna, w Arcylisza.
Zza rogatego hełmu, skutecznie zasłaniającego całą twarz, wydobył się głośny, lodowaty oddech.
- HMM... - mruknął Upadły Paladyn niskim, martwym, surowym jak tysiąc krasnoludzkich nauczycieli głosem.
Czarodziej nie zareagował.
- NIEZRĘCZNA CISZA - skomentował niespodziewanie lisz. - CO, MAM SIĘ PRZYWITAĆ? PRZYTULIĆ? NIE SPODZIEWAM SIĘ, ŻE BLIŻSZY KONTAKT SPRAWIŁBY CI PRZYJEMNOŚĆ.
Mike parsknął. Co jak co, ale nie

21




oczekiwał takiego powitania.
- ZMIENIŁEŚ SIĘ... - ciągnął umarły. - MNÓSTWO CZASU MINĘŁO, DOROSŁEŚ. W KOŃCU...
Mike wzruszył ramionami i nie wiedząc co zrobić, ukłonił się.
- CO CIĘ SPROWADZA?
- Też się zmieniłeś. W sensie, na lepsze… Tak myślę… Wiesz, własna nekropolia i te sprawy... Ale ciężko mi oceniać. – Zaśmiał się nerwowo. - Cieszę się ze spotkania, ale prawda jest taka, że jestem tu, bo mam ci do przekazania coś ważnego.
- NIE MÓW -zaironizował lisz. - NIE WPADŁEŚ ŻEBY MNIE PO PROSTU ODWIEDZIĆ? CO ZA ROZCZAROWANIE...
- Szczerze mówiąc chętnie pogadałbym o dawnych czasach i takie tam, ale jestem tu nie tylko w moim imieniu. Przede wszystkim... możesz zmienić ten głos? Tak chociaż odrobinę? Jest przytłaczający, ciężko się skupić.
- PRZEPRAszam. Teraz lepiej? - Głos nadal był zimny, martwy i surowy, ale nie przygniatał już aż tak bardzo. - Przyzwyczajenie. No więc w czyim imieniu przybyłeś?
- Tak, dzięki. Co by tradycji stało się zadość... Przybyłem w imieniu wszystkich czarodziejów świata. - Mike wywrócił oczami. Strasznie nie lubił podobnych, górnolotnych i jego zdaniem próżnych

22




zwrotów. - Zostaje zwołany Konwentum Magium, a ty dostąpiłeś zaszczytu bycia na niego wezwanym! Wybacz... musiałem, żeby nikt się później nie przyczepił. Tak czy inaczej, naprawdę cię potrzebujemy.
- DOPRAWDY?
Mike odchrząknął głośno.
- A TAK, PRZEpraszam... Doprawdy? Magowie są tak zdesperowani, że muszą prosić o pomoc nieumarłego? „Przeklętego”? „Tego, który szerzy rozkład, plagę i zniszczenie”? I tak właściwie, niby dlaczego miałbym odpowiedzieć? Bądźmy szczerzy Mike, ci twoi „wszyscy czarodzieje świata” gardzą takimi jak ja. Jedni ze strachu, inni z obrzydzenia, jeszcze inni nieważne dlaczego. To co istotne to to, że „wszyscy czarodzieje świata”, a przynajmniej zdecydowana większość, nie chcą aby tacy jak ja byli jego częścią. A ja teraz mam ruszyć im na pomoc. Poza tym, już na poważnie, powiedz mi cóż to za magowie organizują ów konwent? Bo z tego co wiem, magów już nie ma.
- No... Jestem ja. No i ty. – Mike uśmiechnął się z desperacją. - To już dwóch. A jak patrzę po chociażby tej sali to znajdzie się tu kilku kolejnych. – Przejechał wzrokiem po wypełnionych fotelach, uważając, aby nie

23




zatrzymać spojrzenia na dłużej. Nikt nie zareagował, widocznie nikt nie czuł się w obowiązku do wypełniania czarodziejskiej służby.
- Nie kpij. Wieży Kreatora już nie ma. Podobnie zresztą Krasnoludzkiej Akademii Ziemi. O Czarnej Cytadeli, Czerwonych Kapturach i Askerd też się nie słyszy, zapewne poszły po rozum do głowy i same się rozwiązały. Jedyne co jest to jakieś durne plotki o Atlantisie. Ale przecież sam wiesz co się z nim stało.
- No właśnie... – zaczął Mike, zyskując trochę pewności - nie do końca masz rację.
- Niby gdzie?
- Prawie wszędzie. A przynajmniej w części. Udało nam się przesłać wiadomość do Askerd. Z tego co wiem Czarna Cytadela również wyraża zainteresowanie współpracą – głos zadrżał mu lekko, ale kontynuował. - Na dodatek mamy Kreatora.
- Tak, pamiętam go... To ciekawe co mówisz. Ale nawet jeśli Cytadela i Askerd się zjawią, to co dalej zamierzasz? Na co liczysz?
- To jeszcze nie wszystko.
- Doprawdy?
- Tak! Co do Atlantisu... Owe plotki to prawda. – Wzruszył ramionami i westchnął. – W sensie, to tajemnica... Odbudowujemy go. Głęboko pod wodą. Udało się nam ustabilizować portal w

24




tym co zostało ze stolicy. Obecnie stabilizujemy sfery tak żeby miasto było bezpieczne. A jak to zrobimy, nie będzie bezpieczniejszego miejsca niż Atlantis! Chociaż przemianowaliśmy go na Atlantydę. Poza tym... Jest jeszcze coś. - Zrobił pauzę, aby dodać nieco dramaturgii i rozejrzał się po sali. – Udało nam się odnaleźć Dziki Płomień.
Umarła rada wzdrygnęła się, a sala zaszła szeptami. Mike uśmiechnął się lekko, bo właśnie na taką reakcję liczył.
- Dedai - powtórzył lisz. - Aż trudno uwierzyć, że jeszcze żyje.
- Wiem - odparł z satysfakcją i pewnością Mike. - Cała piątka. Kreator, Kiell, Dedai, Ja... No i ty.
- Nasza wyprawa poszła tak dobrze, że została nas tylko piątka – zauważył cierpko Paladyn.
Czarodziej milczał.
- Myślałem, że dorosłeś – ciągnął lisz i rozsiadł się wygodniej w fotelu - ale ty nadal jesteś głupi i naiwny. Przychodzisz tu, zdradzasz nam informacje, które lepiej dla was żeby pozostały tajemnicą, do tego łudzisz się, że uda ci się zbudować jakiekolwiek porozumienie między czarodziejami. – zaniósł się śmiechem i dodał z ironią – Zapewne przyświeca temu jakiś wielki

25




cel, hmm? Szalenie mnie ciekawi, co to może być. Tak jak ostatnio, ratowanie świata? Popatrz, nie udało się nam odzyskać Kamienia Wiedzy, a mimo to świat jakoś istnieje! I będzie istniał, nie potrzebuje do tego niczyjej interwencji!
- Coś w tym stylu… - Mike nie był już taki pewny swego, ale wiedział, że okazanie tego w żaden sposób mu nie pomoże. Tak czy inaczej, zadeklarował, że sprowadzi lisza i nie zamierzał odstąpić. Postanowił zignorować jego uwagi i kontynuować, w nadziei, że nikt nie przejrzy jego pozornej nonszalancji, którą kiedyś podchwycił od Kreatora. Był zaskoczony kiedy po raz pierwszy zorientował się jak wygodna potrafiła być, głównie dlatego, że pozwalała rozmówcy prześlizgiwać się po niewygodnych drobiazgach. To co można było uznać za owe drobiazgi zależało tylko od tego jak bardzo pewny siebie był taki „nonszalancki rozmówca”. Kreator opanował to do perfekcji, o czym Mike nieraz przekonywał się na własnej skórze. Na początku szalenie go to irytowało, ale dzięki temu teraz on mógł wykorzystać sztuczki swojego mistrza. A przynajmniej spróbować. Kontynuował, jakby uwagi Lisza tylko po nim

26




spłynęły i zaczął się luźno przechadzać po sali – Czarnoksiężnik zakuty w lodzie ma jakiś związek z wybudzaniem smoków. Musimy go powstrzymać. A potem opanować sytuację na kontynencie, Jagsowie podbijają kolejne królestwa i polują na magów.
- I ty wierzysz, że wam się uda, tak? – zadrwił Upadły Paladyn.
- No… Tak – odparł szczerze, choć lekko niepewnie Mike.
- Dzieciaku, proszę cię. – Arcylisz z rozczarowaniem pokręcił głową. - Tylu magów w jednym miejscu nie może skończyć się niczym dobrym. Nawet gdy istniała stolica magii, nawet gdy żył Bolos, który wspólnie ze starym Kreatorem jednoczył większość magów wokół siebie, nie udawało się zapobiec konfliktom. A Bolosa już nie ma, Atlantisu tak samo. Nowy Kreator jest młody i niedoświadczony, a magowie… Magowie są tylko cieniem przeszłości. Naczytałeś się o obowiązkach, służbie, miałeś szczęście spotkać najznakomitszych magów, ale to były tylko wyjątki. Świat nie wygląda w ten sposób. Czy Gideon niczego cię nie nauczył? Gdyby nie on, nadal miałbyś ramię. Gdyby nas nie zdradził, wielu z naszych przyjaciół nadal by żyło. Ale zdradził, bo

27




pragnął potęgi. Większość czarodziejów myśli właśnie ten sposób, większość czarodziejów myśli tylko o własnych interesach, nawet jeśli twierdzą inaczej. Nie ufają sobie nawzajem, bo wypełnia ich zawiść i zazdrość i doskonale wiedzą, że należy tego samego spodziewać się po pozostałych. Naprawdę łudzisz się, że uda wam się utrzymać porozumienie? Ale czekaj – Upadły Paladyn zaśmiał się - nawet gdyby wam się udało, nawet Wielka Piątka nie potrafiła zniszczyć Czarnoksieżnika zakutego w lodzie, myślisz, że naszej „Żałosnej Piątce” się to uda? A potem zaprowadzimy pokój na świecie, tak? I nie zapominajmy o zniszczeniu nieumarłych!
- Może obejdzie się bez niszczenia nieumarłych… – Mike kontynuował wolną przechadzkę po sali, starając się zamaskować zarówno drżenie głosu jak i kolan – Wiem jak to wygląda. I nawet gdyby nasza sytuacja była tak beznadziejna jak mówisz, a nie jest! – podkreślił. – To i tak bez znaczenia.
- A to niby czemu? – zdziwił się lisz.
Mike uśmiechnął się przebiegle.
- Bo jesteś mi winny przysługę – rzucił dumnie.
Rada znieruchomiała, dusze również. Ci z nich,

28




którzy mieli sprawne płuca wstrzymali ze zdumienia oddech.
Chwilę ciężkiego, grobowego milczenia przerwał długi, narastający, przerażający i lodowato zimny śmiech.
- TY! MYŚLISZ, ŻE WEZMĘ UDZIAŁ W TWOICH NIEREALNYCH PLANACH DLATEGO, ŻE KIEDYŚ BYŁEM CI WINNY PRZYSŁUGĘ? – Lisz zaniósł się jeszcze głośniejszym, drwiącym śmiechem. – POWIEDZ MI, NAPRAWDĘ MYŚLAŁEŚ, ŻE TO WSZYSTKO MOGŁOBY SIĘ UDAĆ?
Mike westchnął ciężko.
- Może. Może nie. Sam nie wiem – powiedział w końcu. – Widzisz, spotkałem kiedyś pewnego paladyna, bardzo oddanego zasadom, w które wierzył…
- DO RZECZY… - popędził go Arcylisz.
- Uważano go za najzacniejszego czarodzieja w historii jego zakonu – kontynuował Mike, próbując nie przejmować się tym jak bardzo łamał mu się głos - Ale pewnego dnia trafił na wiedźmę, która wciągnęła go w pułapkę, przeklęła i zamieniła w nieumarłego. Wiedziała, że nie może być dla niego gorszej kary, przecież jako paladyn oddawał się tępieniu wszelkiego plugastwa, w tym nieumarłych! Z całym szacunkiem – dodał szybko, przypadkiem napotykając wzrokiem czaszkę, która była krasnoludem.

29




Natychmiast pojechał spojrzeniem gdzieś dalej i kontynuował - Mimo to, on się nie złamał. Dalej dzielnie wypełniał służbę.
- ZABAWNA HISTORIA – wycedził lodowato lisz – O GŁUPCU. PRAWIE TAKIM JAK TY.
- Kiedy go spotkałem, nikt nie wierzył w to, że będę w stanie cokolwiek wyczarować – Mike nie przerywał i uśmiechnął się pod nosem na to wspomnienie. Uniósł brwi – W końcu nawet ja przestałem w to wierzyć. Ale on wierzył, pomógł mi, dzięki niemu wyczarowałem swoją pierwszą powietrzną kulę! Żałosną – zaśmiał się – ale jednak. Do dziś pamiętam co mi wtedy powiedział: Czasem cały świat w nas wątpi, czasem nawet cały układa się przeciwko nam – wbił spojrzenie w rogaty hełm nieumarłego – ale to jeszcze nie jest powód żeby się poddawać. Od wtedy… - młody mag bezsilnie wydął usta - Nawet gdybym chciał, nie potrafię inaczej. Nie wiem czy „to wszystko mogłoby się udać”, ale to bez znaczenia, bo wiem, że to jest właśnie to co powinienem zrobić. I nie poddam się, nawet jeśli inni już to zrobili.
- ŻAŁOSNE – mruknął z dezaprobatą Lisz. – SPODZIEWAŁEM SIĘ, ŻE DOROSŁEŚ, A TY JESTEŚ

30




JESZCZE BARDZIEJ NAIWNYM DURNIEM NIŻ WCZEŚNIEJ.
- Chyba masz rację, jestem naiwnym durniem, ale z drugiej strony… – Mike westchnął, teatralnie, ale tak żeby z tym nie przesadzić i ponownie przejechał wzrokiem po okupowanych fotelach. Pozwolił, aby dotknęła go aura potęgi bijąca od wszystkich tu obecnych - Jakby się zastanowić to wszyscy, których najbardziej szanowałem mieli taką „naiwność”. – Przełknął ślinę i spokojnym krokiem, drżących jak galareta nóg, podszedł do tronu. – I jeśli ja również ją mam, to chyba jedna z moich wad, z której jestem dumny. I za nic nie chciałbym się jej pozbywać.
Rany, szkoda, że nikt tego nie widział – pomyślał. Nie był pewny jak mu poszło w oczach nieumarłych i nie spodziewał się jakiegokolwiek efektu, ale i tak był dumny z przedstawienia, które zrobił. Brakowało tu tylko Kreatora. Albo jeszcze lepiej, Dedai! Podejrzewał, że byliby w stanie zrobić to lepiej, ale tak czy inaczej, na pewno byliby w szoku.
Rogaty hełm parsknął z pogardą.
- Nie przekonam cię? – upewnił się czarodziej, z wyraźnym rozczarowaniem.
- NIE.
Najwyraźniej przedstawienie się jeszcze nie

31




skończyło, szkoda tylko, że Mike nie miał już pomysłów. Zawędrował z powrotem na środek sali. Tylko jedna rzecz, ostatnia, przyszła mu do głowy.
- W takim razie będę musiał tu poczekać aż zmienisz zdanie. Lub mnie wyrzucisz.
- JAK SOBIE ŻYCZYSZ. WIEDZ, ŻE W PRZECIĄGU GODZINY PRZYWRÓCIMY NEKROPOLIĘ DO NORMALNEGO FUNKCJONOWANIA, MASZ JESZCZE CZAS GDYBYŚ ZMIENIŁ ZDANIE. – Arcylisz wstał. Reszta nieumarłych zaczęła ciche rozmowy i powoli opuszczała swoje siedziska. Upadły podjął nagle, z niespodziewaną nutą zawodu – SZKODA, ŻE TAK SIĘ TO KOŃCZY. CHOCIAŻ Z DRUGIEJ STRONY – wskazał ręką na nieumarłych dookoła – JAK WIDZISZ, MAMY SPECJALISTÓW W NAJRÓŻNIEJSZYCH RODZAJACH MAGII, ALE ELEMENT CZYSTEJ CZERNI… TO PRAWDZIWA RZADKOŚĆ. PO TWOJEJ ŚMIERCI WYDOBĘDZIEMY GO Z CIEBIE I NA PEWNO ZNAJDZIEMY DLA NIEGO JAKIEŚ ZASTOSOWANIE, A TWOJĄ SKÓRĘ… JEŚLI POCZUJESZ SIĘ DZIĘKI TEMU LEPIEJ, WIEDZ, ŻE MOŻE POWIESZĘ JĄ NA ŚCIANIE JAKO PAMIĄTKĘ. – Zaczął już odchodzić, ale zatrzymał się w pół kroku i rzucił jeszcze – masz jeszcze czas żeby odejść, dzieciaku.
- W porządku, nie ma sprawy – odpowiedział

32




zadziornie Mike. Czuł jakby serce miało mu zaraz wybić dziurę w piersi. - Mam tylko nadzieję, że masz w sobie jeszcze tyle honoru żeby samemu mnie zabić! – Krzyknął za odchodzącym Arcyliszem.
- CO TAKIEGO? – Nieumarły zatrzymał się i wbił spojrzenie w czarodzieja.
Sala ponownie znieruchomiała i zamilkła.
- Wiesz, nie spodziewam się tego – Mike wzruszył ramionami, zbierając w sobie resztki zimnej krwi i starając się zachować jakiekolwiek pozory lekkiego ducha – ale może jednak zostało w tobie coś z cnotliwego Paladyna, związanego obowiązkami i… – Mike zachichotał, sztucznie, ale miał nadzieję, że nikt tego nie dostrzegł - „Honorem”.
- BREDZISZ, CHŁOPCZE – wycedził nieumarły, zbierając się do odejścia, ale jednak pozostał w miejscu.
- Gdyby jednak zostało… – nie przerywał Mike. - Wyzywam cię na pojedynek magów. Na zasadach otwartych.
Arcylisz rozgrzmiał śmiechem i zrobił kilka kroków w kierunku czarodzieja. Po Mikem przeskoczył dreszcz.
- NIE ROZŚMIESZAJ MNIE. W MOJEJ PRZEGNIŁEJ RZYCI MAM HONOR, A TYM BARDZIEJ TWOJĄ OPINIĘ O MNIE. NIE MAM CZASU NA TAKIE DROBIAZGI. POJEDYNEK? CÓŻ TO ZA DURNY POMYSŁ! I

33




NIBY CZEMU MIAŁBYM SIĘ ZGODZIĆ?
- Bo – Mike zadarł brodę - jesteś mi winny przysługę. I masz okazję mieć to z głowy, na całą resztę swojego „nieżycia”. Za pomocą takiego „drobiazgu” możesz się z niej wywiązać. Przecież – zaśmiał się cicho, niepewnie, ale miał nadzieję, że dało się w tym wyczuć drwinę. Podniósł głos tak żeby na pewno usłyszała go cała sala – Najpotężniejszy z liszów, Pan Nekropolii czy jakkolwiek, w każdym razie zmierzam do tego, że… Chyba się nie boisz?

     ***

      Mamnon stał przed lustrem przyglądając się uważnie ciemnemu płaszczowi, który dopiero co przywdział. Po chwili spokojnej obserwacji założył kaptur i zaczął ćwiczyć przeróżne złowrogie pozy. Najbardziej podobały mu się te, w których zasłaniał płaszczem część twarzy i spoglądał diabolicznie.
Zatrzepotał peleryną, która wydzieliła trochę więcej ciemnej mgły.
- Na boginię nocy, to nie jest zabawka! – warknęła zakapturzona postać, podpierająca ścianę kajuty.
Goblin nie przejął się i dalej skupiał całą uwagę na swoim nowym wizerunku. Ale brakowało mu czegoś jeszcze, może czegoś dodającego

34




tajemniczości… Jakiejś maski! Smoka... nie, nie smoka. Nietoperza. Tak, nietoperza! Ależ znakomicie by wyglądał! Gdzie tam znakomicie, epicko!
- Macie być spokojni i się nie odzywać – poleciła tamta osoba w kapturze, mająca za za zadanie Mamnona pilnować. Kontynuowała - Zarówno ty jak i ten krasnolud. A jeśli te twoje gobliny będą coś kombinować, ja nie będę mieć tyle skrupułów co pani Kiell. Jasne?
Krasnolud obok, który dopiero przywdziewał ciemny płaszcz, potwierdził skinieniem głowy.
Pochłonięty własnymi myślami Mamnon, Wielki Czarodziej, Straszliwy Pirat, Wybraniec Bogów, tak jak należało - nie okazał zainteresowania.

     ***

      - I nie używaj czarnego lodu! – zastrzegł Mike.
- Dobrze, jak sobie życzysz – przystał na to Arcylisz. - Jeszcze jakieś życzenia?
- Tak! To pojedynek magów na zasadach otwartych, więc pamiętaj, że nie możesz mnie zabić, roztrzaskasz duszy i takie tam! I złośliwie okaleczyć też nie!
- Oczywiście, bez złośliwości. – Grellgor ukłonił się i dodał ciszej – przynajmniej nie podczas pojedynku… Ale ty też nie zrób mi krzywdy – zakpił.
- Postaram się. – Tą uwagą Mike wyraźnie

35




rozbawił nieumarłego, bo zabrzmiała jakby chłopak naprawdę wierzył, że jest w stanie mu cokolwiek zrobić.
Sala była duża, na środku pusta. Przypominała kryptę, ale wysoką na tyle, aby mogła pomieścić w sobie parę gigantów. Zaskakująco czystą kryptę… Ewidentnie ktoś ją wyczyścił, bo na podłodze nie było nawet kropelki krwi, a w nekropolii nie ma możliwości, aby było to normą. Tu się coś komuś urwie, tam odpadnie, gdzie indziej wycieknie. Owszem, czasem znajdzie się ktoś kto zabierze sobie taki użyteczny kawałek i zapewni mu drugie życie... Albo trzecie i tak dalej, ale zawsze coś zbędnego zostaje i leży aż samo nie odmaszeruje.
Z konserwacją powierzchni płaskich byłoby zapewne jeszcze gorzej, gdyby nie to, że w Nekropolii Upadłego Paladyna są tacy, którzy znajdą zastosowanie dla każdego znaleziska. Ambitni „naukowcy” i „wynalazcy”…
Nader często strach przed śmiercią nie był jedyną barierą, którą likwidowała śmierć. Nie rzadko pozbawiała również barier moralnych, a to w połączeniu z chorymi ambicjami potrafiło doprowadzić do prawdziwie upiornych rezultatów. Wystarczy sobie wyobrazić jakie monstrum

36




taki niezrozumiany za życia geniusz byłby w stanie stworzyć, znalazłszy na przykład taką rozkładającą się spokojnie wątrobę. Animowanie jej to dopiero początek i wcale nie jest to żart ani przesada - na pewnej wsi przez dwa tygodnie nie mogli się zorientować co zagryzało ich bydło. Mike wolał nie myśleć co tacy „naukowcy” zrobią z nim jeśli przegra, ale wiedział, że bez bolesnych prób wydobycia z niego Czerni się nie obędzie.
Ławy i stoły były podsunięte pod ściany - w pełni obsadzili je umarli. Spod sufitu zwisały haki i łańcuchy, na które ponabijane były dziesiątki czaszek, kości oraz innych resztek, które nie mogłyby się odnaleźć jako część wystroju jakiegokolwiek innego pomieszczenia niż Hala Bólu, Strachu czy jakkolwiek to miejsce się nie nazywało. Tu pasowały idealnie. Podkreślały cmentarnie-szare ściany z nutką zapleśniałej zieleni, oświetlone enigmatycznym, mrocznym malachitem nieznanego pochodzenia oraz spełniały swój nadrzędny cel: Wzbudzały grozę.
Mike próbował ignorować zarówno widownie jak i posępne otoczenie, skupił spojrzenie na przeciwniku.
Każdy ruch Upadłego naznaczał powietrze

37




lodowymi kryształkami.
- Pokaż czego się... - Zaczął Arcylisz, ale nie zdążył dokończyć. Pocisk wystrzelony z rewolweru Mikego odbił się od jego rogatego hełmu, zostawiając po sobie małe wgniecenie.
- A więc nadal wzmacniasz pancerz zaklęciami - ocenił nagłos Mike.
- Oczywiście, że tak. – Upadły Paladyn rozłożył ręce. - Nie chcemy przecież żeby ktoś mnie przypadkiem zabił.
Mike ładował brakującą kulę. Zwykle przyspieszał swoje ruchy przy pomocy magii, ale teraz wcale się nie spieszył.
- I nadal masz to samo poczucie humoru. No trudno. Pójdziesz ze mną jak wygram?
- ŻARTUJESZ SOBIE? Przecież wiesz, że nie masz szans na wygraną.
- Tak tylko pytam. – Zatrzasnął rewolwer.
- Dobrze, pójdę – ku zaskoczeniu Mikego, paladyn się zgodził. - Ale jeśli ja wygram...
- No?
- ODDASZ MI SWOJĄ DUSZĘ.
- Żarty żartami, ale mogłeś wymyślić coś oryginalniejszego. Poza tym – czarodziej poruszył dłonią, ta rozbłysła niebieskim światłem - musiałbyś się ustawić w kolejce.
Oddał serię strzałów. Widownia jęknęła ze zdziwienia, bo zaraz po wystrzale pociski zawisły w powietrzu - czekały.
Mike nie czekał,

38




zmaterializował się na drugim końcu sali, tuż przy miejscu gdzie naznaczony jego krwią, a odbity wcześniej od hełmu umarłego, pocisk wbił się w ścianę. Będąc tam, błyskawicznym ruchem dobył sztylet i cisnął w Arcylisza.
Nieumarły odwrócił się, aby obronić się przed nożem - dokładnie w tym momencie zawieszone wcześniej pociski ruszyły. Odbiły się od zbroi na jego plecach, ale ten nawet się nie obejrzał - bez najmniejszego wysiłku przechwycił nóż ciężką, opancerzoną rękawicą.
Mike pojawił się tuż za plecami Upadłego i oparł dłoń na lodowato zimnej zbroi. Próbował rzucić jakąś klątwę albo pieczęć, ale nie zdążył - widmowa ręka wyrastająca z pleców lisza chwyciła maga za gardło. Poczuł zimno, które wnikało coraz głębiej… Poczuł jak słabnie... Potem czuł jak leci do tyłu i odpływa w sen... A potem robudziło go uderzenie o posadzkę.
Umarły niedbałym ruchem odrzucił nóż w kierunku właściciela.
- Nieźle – ocenił niskim, lodowatym tonem. - Ogromnie się rozwinąłeś. Kiedy pierwszy raz pomagałem ci czarować, w życiu... Nieżyciu nie uwierzyłbym, że dojdziesz aż tutaj. Ale „tutaj” leży

39




granica, której nie przekroczysz. Pokazałeś już swoje możliwości, wzbudziłeś mój podziw, a teraz oszczędź mi czasu. PODDAJ SIĘ, MIKE.
- Niestety. - Mike otrząsnął się i podniósł. - Nie mogę. Jestem naiwnym durniem, pamiętasz? A teraz... Wybacz mi to co zrobię.
Czarodziej – błyskawicznie - wypalił po raz kolejny, tym razem kula poszybowała w kierunku paladyna bez zwłoki.
Grellgor pozostawał niewzruszony. Wiedział, że ów pocisk nie stanowi dla niego żadnego zagrożenia, stał nieruchomo czekając na uderzenie, pocisk jednak nie zachował się tak jak przewidywał Arcylisz. Na centymetry przed jego hełmem kula skręciła i zamiast odbić się od pancerza, wbiła mu się tuż pod osłonę twarzy.
Zza hełmu dobiegło krótkie lodowate charczenie, a potem rozwcieczony ryk.
- TY!
- Ej, ej, ej, tylko spokojnie! - natychmiast zareagował Mike. - Pamiętaj, obiecałeś nie zrobić mi krzywdy!
- TY! - Aura Grellgora rozbłysła, ścinając lodem ściany i posadzkę. W dłoni umarłego skrystalizował się miecz, drugą wyciągnął przed siebie.
Mike przetoczył się w bok i w ostatniej chwili uniknął efektownej eksplozji i lodowych odłamków. W

40




odpowiedzi oddał kilka błyskawicznych strzałów. Tym razem celował po ścianach, miał plan. Niespecjalnie wierzył w jego sukces, ale miał plan!
Pół mrugnięcie później zmaterializował się przy jednej z wbitych w ściany kul i oddał następny strzał, tym razem zawieszony. Potem pojawił się gdzie indziej i oddał kolejny, potem znów to samo, ale w zupełnie innym miejscu! Pojawiał się i znikał, błyski, huki i dym wystrzałów rozchodziły się po całej sali aż w końcu oczekujące pociski wypełniły cały jej obwód.
- I CO TERAZ?! CHCESZ MI JAK NAJBARDZIEJ DOKUCZYĆ?
- Nie. - Czarodziej uśmiechnął się przebiegle. Poszukał w kieszeni kamienia, który wręczył mu warlock i wyjaśnił cicho - chcę cię zabrać ze sobą.
Pociski wybudzały się jeden po drugim i wypalały w kierunku Arcylisza. Tory ich lotu wiły się i zakręcały – były absolutnie nieprzewidywalne! Mimo to Grellgor jakimś cudem był w stanie je odbijać - to mieczem, to zaklęciami.
Ku zdziwieniu nieumarłego, zupełnie znikąd, Mike zmaterializował się tuż przy nim, tuż przy jego plecach, na których młody mag zostawił wcześniej trochę krwi z rozciętego

41




kciuka.
Arcylisz zorientował się, że wcześniej Mike wcale nie próbował nałożyć pieczęci, celowo naznaczył go krwią, przygotował go sobie!
Mikrosekunda owego zaskoczenia wystarczyła, aby jedna z kul znowu wleciała mu pod pancerz. Zacharczał, wydarł się, a ściany sali zadrżały pod ciężarem wyemitowanej przez niego złości.
- TY!
Mike nie zwracał uwagi ani na krzyki, ani na kolejne widmowe łapska, które próbowały go chwycić. W końcu nawet fizyczne ręce Grellgora się za to zabrały, ale i one były bezskuteczne. Czarodziej materializował się pod nimi, nad nimi, obok, skutecznie ich unikał nie tracąc jednak kontaktu ze zbroją rycerza. Nie mógł sobie pozwolić nawet na ułamek sekundy, w którym by jej nie dotykał – musiał zabrać Upadłego ze sobą.
Rozkruszył w palcach okruch lodu i... Nic się nie stało.
Bogowie, ile to jest „trochę potrwać”! - zamarudził w myślach, lawirując między kolejnymi atakami.
Zdawał sobie sprawę, że wcześniej Grellgor się ograniczał tak żeby nie zrobić mu krzywdy, ale czuł, że cierpliwość i wola nieumarłego się wyczerpują. Instynkty powoli przejmowały kontrolę nad Upadłym

42




Paladynem, a Mike powoli przestawał walczyć z Grellgorem i zaczynał walczyć z nienasyconym uosobieniem śmierci, Arcyliszem. Wiedział, że z tym drugim nie pożyje dłużej niż parę sekund.
Nieustannie wybudzał kolejne pociski, starał się odwracać uwagę przeciwnika jak tylko mógł, ale okruch nadal ich nie przenosił! Powoli kończyła mu się amunicja, tak samo jak kończyły mu się opcje. I nagle zamarł, poczuł że czara się przelała - cierpliwość Grellgora pękła. Przegrał… Upadły machnął ręką, a zawieszone pociski rozpękły się na kawałeczki. Wszystko ucichło. A potem zniknęło.

     *****

43




Wyrazy: Znaki: