Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 54
Dzisiaj w pracowni: 6
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Konwent, pt 3/3ikonka kopiowania

Autor: Fortune twarz męska

grafika opisu

rozwiń




Głęboko pod ziemią, wydrążonym przed setkami lat gardłem przemieszczała się mgła. Sunęła przed siebie gładko, z gracją niby wiatr, zgodnie ze ścieżką wytyczoną przez światło pochodni przybitych do skalnych ścian. Mimo dziesiątek tuneli odchodzących na boki w ciemność, mgła trzymała się szlaku. Zmierzała ku swojemu celowi, a dokładniej: zmierzał tam korowód widm, który skrywała pod swoim welonem. Zakapturzonych, urzekających jak wypatroszony szczur, sympatycznych jak gruźlica.
Jednak nawet one nie ryzykowały zagłębiania się w którykolwiek z ciemnych korytarzy. Ten kto zniknął tu w mroku, nigdy nie wracał, a diabły tylko wiedzą jakie potworności mógł spotkać zanim przepadł na dobre. Niegdyś legendy o skarbach albo zaginionych, krasnoludzkich miastach przyciągały w te okolice awanturników i innych poszukiwaczy przygód, ale teraz nie było już takich głupców. Głównie dzięki ich własnym usilnym staraniom.
Nagle jedno z posępnych widm zachwiało się, zatrzepotało i wypadło z szyku w bok - następnie potknęło się o kamień i wywróciło na płasko.
Owe widmo - które właśnie klęło coś pod nosem - było dużo

1




mniejsze od pozostałych. Szybko wstało i dogoniło swoją kompanię. Na powrót poczęło wzbudzać pożądaną grozę i robić diaboliczne wrażenie.

      - Pani – Kreator powitał pierwszą zjawę wyłaniającą się z mgły. Stał na końcu tunelu, tuż pod wielkimi, żelaznymi drzwiami.
Procesja zatrzymała się. Prowadząca wystąpiła o kilka kroków przed szyk, w międzyczasie zamieniając swobodne szybowanie na zgrabny, prowokujący chód o własnych, długich nogach, odzianych jedynie w kozaki na wysokim obcasie i teoretycznie skrywanych przez fałdy peleryny, które w praktyce ciągnęły się za nogami – w bezpiecznej odległości, nic nie ukrywając i podkreślając ich wdzięk.
- Panie - odpowiedziała spod kaptura ciemność. Porozumiewała się ludzkim, pociągająco kobiecym, choć chłodnym głosem.
Kreator ukłonił się nisko, a następnie otworzył ruchem ręki wrota i wprowadził mroczny pochód na salę.
Przestrzenne pomieszczenie było wydrążone w kamiennej grocie. Do wilgotnych ścian przymocowane było mnóstwo okablowania i kilka lamp jarzeniowych, rozmieszczonych w taki sposób, że znaczna część komnaty i tak pozostawała ukryta w cieniu –

2




zapewne celowo.
Przy dużym, okrągłym stole ustawionym na środku sali siedziała Dedai. Rozprawiała o czymś z towarzyszącym jej dostojnym krasnoludem, starym paladynem. Pozostałe dziewięć miejsc pozostawało wolnych. W cieniu za orczycą, niemal niedostrzegalnie, stały dwa rzędy najlepszych strażników Bractwa Wygnanych.
Prowadząca uśmiechnęła się pod nosem - dostrzegła gwardię Dedai bez najmniejszego wysiłku.
Resztka mgły rozwiała się, a wszystkie zakapturzone widma okazały się być zakapturzonymi ludźmi tudzież elfami. Łącznie było ich około dwudziestu, ale za nimi, na samym końcu, nadal w kapturach, chował się ktoś jeszcze - goblin i krasnolud.
Maruderzy mieli na sobie takie same, choć w tym wypadku zdecydowanie za długie i nieustannie nadeptywane, płaszcze.
- A ci dwaj to kto? – zapytał Kreator.
Prowadząca już otworzyła usta, ale nie zdążyła odpowiedzieć.
- Jestem jej mężem – warknął, siłując się z peleryną, Mamnon. – a ten drugi kochankiem! Nie widać?
- Czy my się przypadkiem nie spotkaliśmy? – zainteresował się białowłosy czarodziej, kucając do goblina. Wielki Król/Pirat/Czarodziej/Wybraniec Bogów

3




uspokoił się trochę.
- Mamnon? - odezwała się zza stołu Dedai. - To być ty?
- Niewiarygodne… - Kreator odwrócił się do orczycy, a jego twarz wyrażała niedowierzanie. - To naprawdę on?
- Tak. - Goblin dopiero teraz ściągnął kaptur, ujawniając swoją pomarszczoną, czerwoną twarz. - To ja. Żyję i mam się dobrze, jeśli was to interesuje.
- Wtedy, w jaskiniach... Myśleliśmy, że ty... - dukał niepewnie Kreator, ale zaraz zebrał się do kupy. - Jakim cudem przeżyłeś?
Aisel pamiętał Mamnona, pamiętał też jak dzikie gobliny wciągały go w głąb tunelu do wnętrza góry, zdrapując mu pazurami skórę. Jeszcze długo potem miał ten widok przed oczami. Nigdy za nim nie przepadał, ale żałował go tak samo jak wszystkich pozostałych członków tamtej wyprawy. – Aatos, Tytus, Mamnon… - nigdy nie zapomni ich imion. A przecież jeszcze tylu innych poległo, aby im pomóc. Już wtedy nosił tytuł Kreatora, a mimo to nie potrafił ich uratować. Gdyby był silniejszy, udałoby mu się. Gdyby tylko był silniejszy odzyskaliby Kamień Wiedzy i może nadal istniałby Atlantis, może Mike nadal miałby rękę, a Dedai nigdy nie musiałaby zajmować

4




się Czarną Kosą. Gdyby był silniejszy, jego mistrz nadal by żył. Gdyby tylko był silniejszy…
Myślał, że udało mu się z tym wszystkim pogodzić, ale teraz – w tym jednym momencie - wszystkie te myśli powróciły.
- Gobliny strasznie go poraniły, ściągnęły w głąb, ale nie zabiły - wtrąciła się przywódczyni pochodu zjaw. Również zdjęła kaptur ujawniając charakterystyczne bladoczerwone usta i ciemnopurpurowe włosy przerzucone przez jedno z ramion. Kiell… Ona też tam wtedy z nimi była... Nie przerywała – to długa historia, ale wyleczyły go, a potem, serią zbiegów okoliczności, Mamnon przejął przywództwo nad plemieniem. Przynajmniej on tak twierdzi… - spojrzała na goblina z pogardą – Ale wszystko wskazuje na to, że to prawda. Z resztą, niech sam wam opowie.
- Zbiegów okoliczności... - parsknął goblin. - Wszystko było szczegółowo i precyzyjnie zaplanowane! Od początku do końca. Darujcie sobie wszystkie fałszywe „miło mi cię widzieć”, „cieszę się, że żyjesz” i tym podobne. Jeśli moja obecność budzi w was jakiekolwiek pozytywne odczucia to tylko dlatego, że uspokaja trochę wasze nic nie warte sumienia.

5




Tfu, czarodzieje!
- To prawda – Kiell rzuciła goblinowi nieprzyjemny uśmiech.
- Nie, naprawdę się cieszę – odpowiedział zmieszany Aisel. – Ale… Kiell, po co go tak właściwie przyprowadziłaś? Bo wątpię żeby celem było spotkanie po latach. Bez urazy Mamnonie.
- Wiesz gdzie mam twoją urazę -mruknął goblin i skrzyżował ręce na piersi. Za żadnym z czarodziejów nigdy nie przepadał, ale za Kreatorem chyba najbardziej.
- Natrafiłam na niego przypadkiem gdy byłam już w drodze – Kiell bez pytania rozsiadła się przy stole. Reszta jej korowodu nawet nie drgnęła. - Poza tym, tak jak powiedziałam, jest przywódcą całego plemienia, a to oznacza, że ma za sobą całą armię swojego rodzaju. Chyba mi nie powiesz, że nie ma sposobu aby mrowie goblinów nam się nie przydało.
Kreator powoli odzyskiwał rozsądek.
- Niezorganizowane, niezdyscyplinowane i nieprzewidywalne mrowie, które w każdej chwili może się komuś rzucić do gardła? – uniósł brwi – Ależ skąd, to doskonały pomysł, aby zapoznać z nimi wszystkich, na których nam zależy. Zwłaszcza tych niemagicznych członków Bractwa, którzy na pewno nie będą mogli się w żaden

6




sposób bronić, nie sądzisz Dedai?
Orczyca milczała z nieodgadnioną miną. Stary paladyn obok podobnie.
- Potrzebujemy każdego przydatnego sojusznika – obstawała przy swoim Kiell. - Poza tym, dwa pozostałe miejsca, które miałam przydzielone niestety się zwolniły. Mieliśmy małą... Przygodę, natrafiliśmy na flotę Mechanicznego Lisza. Właśnie wkraczali do Terii. – Parsknęła z rozbawieniem. – Jestem ciekawa miny Cesarza jak się dowie, że jakiś Lisz też ma chrapkę na kawałek Puszczy. Tak czy inaczej, zaproponowałam te miejsca Mamnonowi i temu drugiemu karzełkowi. – Niedbale i od niechcenia wskazała na krasnoluda.
- Karzełkowi? - Krasnolud zdecydowanie odrzucił płaszcz.
- A ten to kto znowu? – zapytał stary paladyn, mierząc krasnoluda wzrokiem
Kiell ostentacyjnie założyła nogę na nogę, nie spiesząc się z odpowiedzią. Kreator wiedział, że zwlekała celowo, prowokowała ich. Na wszystkie diabły jak ona potrafiła go denerwować!
- To... – podjęła w końcu.
- Sam się przedstawię! - burknął krasnolud, nie pozwalając jej dokończyć i sprawiając tym samym Aiselowi niemałą satysfakcję. Nieznajomy ukłonił się

7




krasnoludowi siedzącemu przy Dedai – Wasza wysokość. - następnie samej Dedai - Wasza... Znakomitość? Potężność? W każdym razie, wyrazy szacunku. – Tamta dwójka odpowiedziała tym samym. - Nazywam się Franz Strauss. Służyłem na Nautice, mniemam, że słyszeliście o niej.
- Dezerter? - zgadywał Aisel. Znał to nazwisko bardzo dobrze, ale póki co nie dawał tego po sobie poznać.
- Uchodźca polityczny - sprostował Franz.
- Służyłeś? - odezwał się, wyraźnie rozbawiony, krasnolud „jego wysokość”. Wstał. - Ciekawie dobierasz słowa, panie „uchodźco”. Zaiste na Nauticę są ci, którzy służą i ci, którym się służy. Ci którzy wykorzystują i ci wykorzystywani. Coś mi się nie widzi jednak, że należysz do tych pierwszych. A i nazwisko się zgadza. Strauss... Jeden z czterech braci, czterech najznakomitszych cesarskich inżynierów. Jeden z czterech, którzy wiele mają na sumieniu.
- Mam nie mniej i nie więcej na sumieniu od kogokolwiek innego w tej sali – obruszył się Franz. - Owszem, wykonywałem polecenia, które mi dano. Co, mam zaprzeczyć?! Ale nigdy z satysfakcją, a zawsze starając się ocalić tylu ilu mogłem! A

8




kiedy już nie mogłem, wolałem uciec i zdać się na tułaczkę i teraz żyję, będąc ścigany Cesarskim Słowem, bo tak wybrałem! I chyba wszyscy wiemy co to za życie. Tak oto i jestem tutaj, cokolwiek sobie o mnie nie myślisz, wasza wysokość – Franz ukłonił się nisko. - Pozostałem wiernym sługą Terii! I pozostanę, do śmierci. Powiedz tylko słowo, a z radością zakończę służbę.
- Z przyj...
- Nie ma takiej potrzeby - wtrącił się szybko Kreator. – Pomimo ewentualnych antypatii, wszyscy jesteśmy obecnie po tej samej stronie. Przynajmniej mniej więcej… Tak czy inaczej, nie mamy sojuszników, z których moglibyśmy wybierać. A czasem nawet musimy podejmować dość... desperackie decyzje. - Spojrzał na Kiell, a ona dostrzegła w jego oczach nutę wątpliwości.
- „Desperackie”? – natychmiast wyłowiła słowo, jakby było paskudnym włosem w talerzu zupy, ale zaraz zmieniła temat. - Zgadzam się, nie ma sensu się kłócić i robić scen. Bądźmy szczerzy, Konwent dojdzie do skutku, nie udawajmy, że może być inaczej. Nie mamy wyjścia, czy nam się to podoba czy nie. Tak samo czy nam się podobają kandydaci, wszyscy będziemy

9




zmuszeni być swoimi sojusznikami. Nawet jeśli Jagsom nie uda się zdominować kontynentu, po nich przyjdą kolejni im podobni, o ile wszystkiego do tego czasu nie spalą smoki lub nie splugawią lisze. Możemy albo przystąpić do Konwentu albo zdać się na ich łaskę.
- Dokładnie – zawtórował zdecydowanym tonem Kreator, starając się unikać spojrzenia Kiell. Wiedział, że kobieta wróci do tych „Desperackich decyzji” później, w sytuacji kiedy będzie mogła sobie pozwolić na więcej niż teraz. Miał tylko nadzieję, że Mike zdąży wrócić do tego czasu i lepiej dla Aisela żeby Mike był cały i zdrowy.
Po sali rozszedł się zgrzyt otwieranych wrót. Weszła nimi grupka ludzi, którą prowadził Har’vi.
- Przybysze z Askerd... - zauważył Kreator i zajął miejsce przy stole, tuż obok Kiell. Nadal nie patrzył w jej stronę. – Już prawie jesteśmy w komplecie.
Dedai skinęła na kogoś w cieniu i po chwili z mroku zaczęła wyłaniać się służba, zastawiając stół winem i owocami.
- Chyba nie ma tu Mikego, prawda? – mruknęła Kiell do Kreatora. - Na pewno nie byłbyś aż tak głupi żeby go w to mieszać. To zbyt poważne sprawy jak na

10




niego.
- Cóż... - Kreator bez przekonania podrapał się po głowie. – On bardzo się zmienił, ukończył szkolenie. Jest naprawdę niezłym czarodziejem. Ale … Nie musisz się martwić. Nie ma go tu. – Przełknął z trudem ślinę.
- Cieszę się. – Kiell, uspokojona trochę, sięgnęła po puchar.
- Negocjujemy też z Grellgorem, wiesz? – Aisel sięgnął po swój.
- Doprawdy? – parsknęła cicho ludka. – Arcylisz miałby przystąpić do Konwentum Magium? Ciekawi mnie co za głupiec w ogóle odważył się wybrać na takie negocjacje!
- No… - Kreator zaśmiał się nerwowo – właśnie ciekawa sprawa, bo Mike. To ci dopiero! – Spróbował zrobić dobrą minę. Nie udało się.
- Co?! – Kiell z hukiem odstawiła puchar, nie przejmując się tym, że zwraca na siebie uwagę. Na szczęście dla Aisela, sytuację przerwał stary paladyn, nazwany wcześniej „jego wysokością”, głośno witając wprowadzonych przez Har’vi’ego gości.
- Mistrz Bartiani! Mistrz Alcuic! To zaszczyt, niemiernie nam miło, że panowie przybyli!
- Wrócimy do tego – groźba Kiell była niema, ale wyraźna mimika nie pozostawiała wątpliwości co do jej słów.
-

11




I nam również - odpowiedział mistrz Bartiani, wąsaty troll w zupełnie nie-odświętnej, luźnej todze, owinięty pstrokato-kolorowym szalikiem. - Mistrzu Gaig, wyrazy ubolewania z powodu Akademii Matki Ziemii.
„Jego wysokość” wyglądał na zdziwionego, tak samo jak wszyscy pozostali.
- O czym mistrz mówi? – wydusił z siebie w końcu. - Nie było mnie tam od dobrego roku. Co się stało?
- A więc nie wiesz... – z żalem dołączył mistrz Alcuic, wysoki elf z długimi, jasnymi włosami, gładko zaczesanymi do tyłu. Ubrany był w odświętny, niebiesko-żólty kombinezon, typowy dla Askerd.
- Może najpierw usiądźcie - zaproponował Har’vi, warlock i uprzejmie wskazał mistrzom dwa kolejne siedzenia przy stole, tuż obok „jego wysokości” mistrza Gaiga.
Har’vi ukłonił się i cofnął o kilka kroków, aby rozpłynąć się w cieniu. Świta ubrana w tradycyjne mundury Tajemnego Uniwersytetu Askerd, podobne do tego, który miał na sobie mistrz Alcuic, ustawiła się za swoimi reprezentantami. Składała się z trolli, elfów i paru orków. Aiselowi natychmiast rzuciły się w oczy ich pięknie żłobione różdżki, wepchnięte za eleganckie, szerokie

12




pasy. On rzadko korzystał z jakiegokolwiek rodzaju broni wzmacniającej, ale doskonale zdawał sobie sprawę z jej skuteczności. Taki oręż w ręce wprawnego czarodzieja stawał się po stokroć bardziej śmiertelny niż miecz, karabin i nierzadko nawet statek powietrzny. Dodatkowo w wypadku członków Askerd, każda różdżka była zmodyfikowana tak aby idealnie odpowiadać charakterowi i stylowi czarowania właściciela, co czyniło z niej jeszcze bardziej druzgocącą i nieprzewidywalną broń.
- Bardzo żałuję - wyjaśniał mistrz Bartiani, po przywitaniu się i wymianie uprzejmości ze wszystkimi - ale Akademia Ziemii została całkowicie zniszczona około 6 miesięcy temu. Nikt nie przeżył. Zajmując wschodni kraniec Terii, wojska Cesarskie wtargnęły do szkoły i dały tak nauczycielom jak i uczniom wybór. Jak się pewnie wasza wysokość spodziewa, nikt nie zdecydował się wystąpić ze szkoły. Wymordowano wszystkich, a gmach zburzono i zalano wszelkie pozostałości.
Mistrz Gaig zacisnął pięści tak, że aż pobielały.
- To dlatego nie mogliśmy się z nimi porozumieć... Kto?! Kto wydał taki rozkaz, kto tym dowodził?!
- Dowodził jakiś admirał –

13




wyjaśnił Alcuic, sięgając po gruszkę - ale rozkaz poszedł bezpośrednio od samego Cesarza.
- Nie spodziewałem się, że będzie miał czelność dopuścić się czegoś takiego - powiedział przez zaciśnięte zęby mistrz Gaig. – Nawet on.
- Nikt się nie spodziewał - wykazał zrozumienie Bartiani. - Gdybyśmy wiedzieli wcześniej...
- Przepraszam, że przerywam – głośno wtrącił się do rozmowy, pozostający z boku Har’vi. Trzymał w dłoni błyszczący kamień.
- Co być? – zapytała, milcząca do tej pory, Dedai.
- Pani, wasz przyjaciel wraca.
- Kiedy?
- Tak za... Jakieś dziesięć sekund. Ah - jęknął Har’vi i odrzucił jarzący się Okruch Czarnego Lodu w kierunku gdzie było najwięcej wolnej przestrzeni.
Kamień upadł na ziemię, odbił się parę razy i przetoczył w kąt. Bez eksplozji, bez błysków, ku zaskoczeniu wszystkich - bez zupełnie niczego. Nic się nie stało.
- Zazwyczaj trwa to właśnie tyle – tłumaczył warlock, delikatnie rozcierając oparzoną rękę. - Ale mogą zdarzyć się odstępstwa.
Nagle kamień błysnął i zalał pomieszczenie świetlistymi promieniami. Z wybuchu światła wyleciała sylwetka, wpadając na

14




stół i zgarniając z niego wszystko, poza pucharem Aisela, który ten zdążył podnieść.
Aisel ze spokojem pociągnął łyka.
- Mike?! – zdziwiła się Kiell.
- Kiell?! – zdziwił się Mike.
Rodzeństwo nie miało okazji do kontynuowania rozmowy, bo z światła wystąpił ktoś jeszcze. Ktoś wysoki, rogaty, otoczoną aurą zimna i… Aurą śmierci. Nie miał dobrych intencji.
- No proszę - nie ukrywał zdziwienia i zadowolenia Har’vi. - Kto by się spodziewał, że naprawdę go przekona.
- No... - odparł obolały Mike, nie mając aby sił się podnieść ze stołu – raczej nie ja.
W jego kierunku poszybowała ogromna, lodowa lanca. Bez problemu zmiażdżyłaby nie tylko czarodzieja, ale i cały stół, ale pocisk - będąc ledwie kilka centymetrów od celu - rozprysnął się na tysiące kropelek, ochlapując równo Mikego i wszystkich, którzy siedzieli dookoła. Prawie wszystkich, bo Kreator znajdował się już dwa kroki dalej.
Wycieńczony Mike odetchnął i spojrzał na nadal suchego i zupełnie spokojnego Aisela. Jego mistrz w ostatniej chwili przemodelował zaklęcie nieumarłego.
- Dzięki.
- Drobiazg. – Kreator pociągnął kolejnego

15




łyka.
Straże Dedai wyłoniły się z cienia, widma Kiell zarzuciły kaptury i przybrały widmowe formy, a gwardia Askerd dobyła różdżek.
Przywódcy stronnictw zdecydowanie dali znać, aby ich ludzie pozostali na miejscach i czekali. Sami byli w pełnej gotowości, ale póki co nadal pozostawali bierni. Wiedzieli, że każda najmniejsza decyzja ma teraz ogromne znaczenie, najlepiej było więc czekać i zobaczyć jak rozwinie się sytuacja.
- TY... - warczał Arcylisz, rozsiewając po pomieszczeniu coraz więcej szronu i lodu.
- Jeden moment!- głośno zainicjował Aisel, wchodząc ze swoim pucharem na stół, tuż przed Mikego. – Jeśli mogę, rozumiem, że sytu...
Lodowa kula wystrzelona w jego stronę była wyraźnym sygnałem, że nie może. W ułamku sekundy z posadzki wyrwała się kamienna ściana, która skutecznie zasłoniła go przed uderzeniem. Hukowi rozbijanego lodu towarzyszyła widowiskowa kaskada migoczących odłamków.
- Nie wszystko poszło zgodnie z planem - ostrzegł Kreatora Mike.
- Doprawdy? – upewnił się z przekąsem Kreator. Odstawił puchar i rozciągnął palce. – Dobrze, że mnie ostrzegłeś, dzięki! Tak w ogóle, na pewno miałeś

16




plan, prawda?
- No... Cóż, planem było go sprowadzić. – Wskazał rękoma na ścianę z posadzki, za którą znajdował się lisz. – Proszę! Sprowadziłem.
Aisel westchnął.
Mike zdążył się już trochę otrząsnąć, dobył rewolwer i stanął w gotowości tuż obok mistrza, czekając aż ściana z posadzki swobodnie się rozleci.
- A możecie przynajmniej zejść ze stołu? - trzeźwo zauważył Har’vi.
Problem stołu został roztrzaskany na drzazgi za pomocą kolejnej, głośnej, lodowej eksplozji. Warlock westchnął z zawodem.
Do Kreatora i Mikego - którzy zeskoczyli w bok - wojowniczo doskoczyła Kiell. Machnęła ręką, a jej włosy zaplotły się w kłos, tak żeby nie przeszkadzać podczas starcia.
Brat uśmiechnął się do niej - jej zdaniem arcygłupio. - W odpowiedzi wywróciła z zażenowaniem oczami.
Pozostali goście bynajmniej nie sposobili się do potyczki. Tak samo jak Kreator i Kiell wyczuwali, że dzieje się coś do czego nie mają prawa się wtrącać.
Wybraniec Bogów - na ogromne szczęście Arcylisza – tym razem gdzieś zniknął.
- POJEDYNEK SIĘ NIE SKOŃCZYŁ!
- Czy ty wyzwałeś go na pojedynek? - spytała ze złośliwym

17




zdziwieniem Kiell. - Nie byłbyś aż tak głupi, prawda?
- No... Nie miałem wyjścia.
- Ale nie włączyliście w to żadnej stawki, prawda? - spytał nerwowo Kreator.
- Nie, no coś ty! - zdecydowanie zaprzeczył Mike, dodając po chwili cicho - tylko moją duszę...
- Co?! - Reakcja Kiell była dokładnie taka jakiej się spodziewał.
- Spokojnie – rzucił z całkowicie nieprzekonującą pewnością Mike i wystąpił o krok do przodu. - Mam plan.
- Zabiję go - zarzekała się Kiell. – Zatłukę własnymi rękami!
Reszta Konwentu z oczekiwaniem wpatrywała się w Mikego.
- Grellgor! – zawołał Mike, wychodząc naprzeciwko nieumarłego. Odwrócił się jeszcze na chwilę w kierunku Kreatora i Kiell i wymownie uniósł kciuk w górę. Wyglądał arcygłupio.
- JESTEŚ GOTOWY NA ŚMIERĆ?
- Nie, absolutnie nie! - odparł radośnie Mike. - Poddaje się!
Wszyscy skamienieli. Niektórym z wielkich magów szczęki opadły do ziemi. Nastała cisza tak głęboka, że zapewne umożliwiłaby usłyszenie powolnego przesuwania się płyt tektonicznych.
Har’vi wymienił spojrzenia z Kreatorem, ale Aisel był w takim samym szoku jak reszta.
- PRZEPRASZAM, CHYBA NIE

18




ZROZUMIAŁEM.
- Dobrze zrozumiałeś - potwierdził z głupim uśmiechem Mike. - Poddaje się!
- OKEEEJ - odpowiedział powoli Upadły Paladyn, ewidentnie zbity z tropu. - TO... CO TERAZ?
- No nic. Koniec pojedynku! - wyjaśnił Mike. - Przegrałem. Żarty żartami, ale zgodnie z zasadami wygrałeś moją duszę.
Kiell z zażenowaniem uderzyła się w czoło.
- Zmienił się?! Dobre sobie! – wrzasnęła prosto do ucha Aisela.
Aisel, rozcierając ucho, zaczął się powoli uśmiechać. Zaczynał pojmować sytuację.
- W TAKIM RAZIE... - Grellgor zachłannie wyciągnął rękę. – TWOJA DUSZA…
- Chwilka, chwilka! - Mike odskoczył do tyłu i wyciągnął przed siebie zakazujący palec. - Nie ustaliliśmy terminu. Owszem, możesz ją sobie zabrać, ale domyślnie dopiero jak umrę. Nie spieszy mi się z tym.
- TY... TO NIEHONOROWE! NIE TRZEBA USTALAĆ ŻADNEGO TERMINU,
Kreator z niedowierzaniem kręcił głową. To przecież było zbyt głupie aby mogło zadziałać... A jednak. Arcylisz nie zdawał się kwapić do mordowania, wręcz przeciwnie, był stosunkowo spokojny. Nawet jeśli był głodnym uosobieniem Śmierci, nie był głupi. Był teraz otoczony

19




najznakomitszymi żyjącymi magami, których wcześniej od wkroczenia do akcji powstrzymywał trwający pojedynek. Ale teraz się skończył. Upadły na pewno ściągnąłby kilku z nich, ale koniec końców nawet on, nawet wielki Arcylisz by przegrał. A dusza Mikego… Przecież i tak jest już stracona. Prędzej czy później będzie mógł się o nią upomnieć, na pewno nie było sensu się za nią teraz narażać. Choć zapewne w rzeczywistości nigdy jej nie zobaczy. Poza tym zawsze pozostawała jeszcze kwestia ewentualnej zemsty za to wszystko…
Aisel spojrzał na promieniującego dumą Mikego. Sprytnie jego uczeń to wszystko rozegrał. Na prawdę sprytnie. Choć póki co miał niemało szczęścia i nawet Aisel nie był w stanie przewidzieć jak to wszystko się dalej potoczy. Jednego był pewny, będzie ciekawie.
- Niehonorowe? Ojej - odparł Mike z udawanym żalem. – Czekaj, jak to było… Pozwolę sobie zacytować z pamięci: „Wiesz gdzie mam honor? I twoją opinię o mnie?”
- MAGOWIE TAK NIE ROBIĄ!
- Wiem, nie jestem godny – przemawiał z lekceważeniem Mike, ale nie spuszczał Upadłego z oczu. Mimo, że wszystko wyglądało dobrze, wiedział, że nie

20




może się jeszcze czuć bezpiecznie. Mimo iż wyczuwał, że rozsądek i cierpliwość Grellgora dominowały już nad wściekłością Arcylisza, powoli przesuwał się w kierunku gwardii Uniwersytetu Askerd, oni wyglądali najpotężniej. Poza tym, jak komuś miałoby się coś stać to ich znał najmniej. - Można mnie już zdyskredytować jako maga – kontynuował - wykluczyć i takie tam, chwila... Tylko, że ja formalnie nie jestem magiem. Formalnie nigdy nie ukończyłem szkolenia. Nie przyjąłem jeszcze tytułu.
- Co takiego?! – Wzrok Kiell skumulował w sobie całe jej oburzenie, a teraz skierowany był na Aisela. Wielki Mag ponownie przełknął ślinę.
- TY...
- To... – Bartiani poprawił szalik i pogłaskał się po wąsach – bądźmy szczerzy panowie, to chyba byłoby na tyle. Wracamy do obradowania, dobrze rozumiem?
Upadły Paladyn warknął, wyrzucając w powietrze gigantyczną dawkę złości i gniewu.

***

      Elfka zaklęła paskudnie i jeszcze raz spojrzała na wypełniony żołędziami koszyk. Długo jej zajęło zbieranie, a druida jak nie było, tak nie ma. Szukała go po zagajniku od dobrych kilku dni, dźwigając ten nieszczęsny koszyk cały

21




czas ze sobą.
- Szukasz kogoś? – w końcu usłyszała znajomy głos. Za niedalekim dębem pojawiła się sylwetka Lun’Drae Vai.
- Ja… - zaczęła ze specyficzną manierą towarzyszącą komuś kto bardzo, ale to bardzo chciałby być niemiły, ale z jakichś powodów musi próbować brzmieć sympatycznie. Mogła przynajmniej brzmieć tak bardzo sympatycznie żeby druga osoba wiedziała jak jest naprawdę. - Chciałam przeprosić. Za nasze ostatnie spotkanie. – Wykrzywiła twarz.
Drzewa zaszumiały. Były oburzone faktem, że czerwono-włosa śmie w ogóle się tu pojawiać. Elfka wzięła głęboki wdech, próbując zachować cierpliwość
- Przyniosłam coś – oznajmiła z grymasem i wystawiła przed siebie kosz, odwracając głowę.
No bierz to w końcu, dziadu... – niecierpliwiła się w myślach.
Lun’ Drae Vai wystąpił zza pnia, a drzewa nachyliły się z ciekawością. Kiedy zobaczyły zawartość kosza okazało się, że aż tak oburzone to one jednak nie są. Uwielbiały żołędzie zebrane z ziemi!
Druid już wyciągnął ręce po kosz, kiedy coś zaszumiało w krzakach nieopodal. Po chwili wybiegł z nich mały, zielony lisek - trzymał w pyszczku

22




malutki żołądź, który z wielką ekscytacją chciał wręczyć czerwono-włosej elfce.
Elfka zaklęła szkaradnie na małą istotę, która miała czelność jej przeszkodzić. Natychmiast wyciągnęła w kierunku parszywego liska rękę, z zamiarem doszczętnego spopielenia paskudy.
Po niebie przeskoczyła głośna błyskawica.
- Na wiele mogę pozwolić jeśli chodzi o mnie – podjął niskim głosem druid. - Ale nawet nie próbuj go dotykać.
Oganj z wyraźnym niezadowoleniem opuściła dłoń.
- Tak czy inaczej, rozumiem, że przyjmujesz prezent, tak? Bierz to i jest już między nami okej, zgadza się?
- I z tego co rozumiem sama wpadłaś na ten pomysł? – Lun’Dra Vai spojrzał na nią podejrzliwie.
- Może - przytaknęła bez większej uwagi. - To jak?
- Jest - burknął druid, głaszcząc małego liska - okej.
Drzewa usilnie starały się ukryć swoje zainteresowanie koszykiem.
- Jeśli mogę zapytać – druid uniósł zielone brwi – jestem naprawdę ciekaw, to był całkowicie twój pomysł?
- No… Może nie aż tak całkowicie. A co, nie podoba ci się koszyk? – Wyciągnęła rękę w kierunku podarku. – W takim razie oddawaj!
- Koszyk

23




jest… „Okej” – odparł pospiesznie Lun’Drae Vai. – Jestem po prostu ciekaw, kto mógł cię przekonać do przeprosin.
- Nie przypominam sobie abym za cokolwiek przepraszała – zdziwiła się Oganj. – „Chciałam przeprosić”, a to jest różnica.
- No dobrze, niech ci będzie. Ale jednak ktoś nakłonił cię do przyniesienia tego kosza.
- Chodzi ci o to czy to był Bob, tak?
Druid wzruszył ramionami.
- Tak, to był jego pomysł. Mogę już iść?
- Nikt cię tu nie trzyma. –Lun’drae Vai wypuścił liska na ziemię, a ten pobiegł spowrotem w krzaki. Oganj zupełnie zignorowała zwierzaka. Druid kontynuował - wiesz, to dość ciekawe, że pradawny bożek tak do ciebie przylgnął. Ciekawe co on w tobie widzi?
- Poza wdziękiem, inteligencją i przebojowością? – udała zastanowienie. - Nie mam zielonego pojęcia.
- Masz szczęście, że go masz. Chociaż chyba nie zdajesz sobie z tego sprawy.
- Tak, chyba niezbyt. To ja lecę. – Elfka odwróciła się z zamiarem odejścia.
Druid uśmiechnął się z politowaniem.
- chcesz go zabrać ze sobą? – zapytał.
Oganj zatrzymała się.
- Nie zapominaj, że czytam w myślach – wyjaśnił

24




Lun’Drae Vai. – Wiem, że chcesz wyruszyć, aby odnaleźć tego chłopaka, młodego Kreatora. A ty wiesz, tak samo dobrze jak ja, że raczej mało prawdopodobne jest, że powstrzymasz przepowiednie. Gdyby to nie była przepowiednia poprzedniego Kreatora to może jeszcze byłaby jakaś mała szansa, ale on raczej rzadko się mylił. Poza tym…
Oganj wbiła w niego rozpalone spojrzenie.
- Poza tym co? – warknęła.
-Ten jego uczeń, on ma jeszcze inną rolę do odegrania – odparł spokojnie druid. – Żeby go powstrzymać musiałabyś go zabić, co raczej się nie stanie. Wybacz, nie tylko ty widujesz przyszłość. – Zaśmiał się cicho. – Nikt nie może zmienić przeznaczenia, nawet istota tak potężna jak ty.
- To się jeszcze okaże – wycedziła smoczyca i odeszła.

     ***

      Mike musiał się przejść. Obrady trwały już od kilku godzin i mimo licznych przerw, miał zdecydowanie dość. Co gorsza, przewidywał, że nie skończą się wcześniej niż za kilka dni – dobrze pamiętał ostatni Konwent, który odbył się jeszcze na Atlantisie, trochę ponad trzy lata temu.
Trafił tam tylko dlatego, że wędrowny czarodziej, Gideon, zabrał go ze sobą z

25




Platestone. Chłopak nawet nie marzył wtedy o czarowaniu, właściwie dopiero co dowiedział się o tym, że magia istnieje naprawdę. Tak czy inaczej, poprzedni Konwent trwał prawie dwa tygodnie i Mike miał nadzieję, że tym razem pójdzie szybciej.
O dziwo, póki co wszystko szło dobrze. Nie było większych sprzeczek, wręcz przeciwnie - wszyscy wyrażali chęć współpracy i względny rozsądek, ale i tak największym szokiem było dla niego to jak spokojnie dołączył do stołu Grellgor. Nawet się nie zająknął o tym, że teleportowano go wbrew jego woli, Arcylisz skupił się na pertraktacjach, jakby nigdy nic się nie wydarzyło. To wyglądało zbyt pięknie, aby było prawdziwe i jeszcze bardziej wzmogło ostrożność Mikego. Młody czarodziej postanowił za wszelką cenę unikać spotkania z nieumarłym poza salą obrad. Mimo wszelkich sentymentów jakimi mógł go niegdyś darzyć Upadły, Mike nie wierzył, aby tamten puścił mimochodem ostatnie wydarzenia. Przypuszczał, że Grellgor miał jakiś plan, powód, aby godzić się na taki przebieg wydarzeń i dopóki nie dowie się o co nieumarłemu tak naprawdę chodzi – będzie musiał mieć oczy dookoła

26




głowy.
Poza tym - pomimo, że Arcylisz jeszcze się o to nie upomniał - Mike nie mógł zapominać o tym, że był mu winny swoją duszę... Niby przed Arcyliszem było jeszcze trzech innych w kolejce, ale oni, w przeciwieństwie do Upadłego, nie mieli czarodzieja na wyciągnięcie ręki.
Pokręcił głową i skręcił w jeden z ciemnych, praktycznie nie-uczęszczanych korytarzy. Ten prowadził bezpośrednio na powierzchnię, mało kto o nim wiedział, nawet wśród Bractwa Wygnanych. Har’vi wspomniał Mikemu o tym tunelu podczas jednej z przerw - stary warlock zauważył jak bardzo wyczerpują go obrady. Mike najlepiej czuł się w akcji, a nie siedząc za stołem, mówiąc, a tym bardziej słuchając. Poza tym, to tajemne przejście nie tylko pozwoliło mu odetchnąć, ale jednocześnie uniknąć przypadkowego spotkania zarówno z Grellgorem jak i Kiell.
Przynajmniej Kiell wydawała się dobrze bawić. - Uśmiechnął się w duchu. - Negocjacje, subtelne naginanie innych do swojej woli, granie na emocjach po to, aby doprowadzić kogoś dokładnie do miejsca gdzie chciała go mieć… Albo po prostu dla własnej rozrywki. Ona, w przeciwieństwie do mnie, uwielbia takie

27




rzeczy – myślał. - Dodają jej energii. Może dlatego tak doskonale spisuje się jako przywódca Czarnej Cytadeli. Ale ona była do tego przygotowywana od dziecka, a mnie wysłano na to cholerne pustkowie…
Rześkie powietrze wtargnęło do korytarza, co znaczyło, że wyjście musiało być już niedaleko. I było - tunel wychodził na strome, górskie zbocze. Gęste, iglaste drzewa zasłaniały korytarz przed wzrokiem przechodniów, którzy i tak raczej się nie pojawiali w tej okolicy. Nie zasłaniały jednak wspaniałego widoku jaki się stąd rozciągał. Ostre, białe szczyty wyrastające z pofałdowanego dywanu lasów i żadnej cywilizacji na horyzoncie. Cisza i spokój.
Mike odetchnął głęboko, napełniając płuca orzeźwiającym zapachem igieł, kory i żywicy.
Z zadumy wyrwało go skrzypienie śniegu, ktoś nadchodził.
- A jednak to miejsce nie jest aż tak tajne jak myślałem – rzucił nadchodzący Aisel. – Ty tutaj? Myślałem, że nie dasz się oderwać od stołu!
- Daruj sobie – odparł Mike, z wyraźnym wyczerpaniem.
Kreator przystanął obok i spojrzał na malowniczy pejzaż.
- Nie mów mi, że cierpliwe siedzenie i dyplomatyczny dialog nie

28




są dla ciebie. W życiu w to nie uwierzę!
Mike uśmiechnął się lekko.
- Widzę, że nie ubyło ci złośliwości, mistrzu.
- Daj spokój, wiesz, że to tylko z sympatii – uśmiechnął się Biały Diabeł. – I nie zapominaj, że nie jestem już twoim mistrzem.
Po twarzy Mikego przeskoczył grymas.
- Coś nie tak? – podchwycił to Kreator.
- Sam nie wiem. Nie wydaje mi się abym był gotowy. Aby przyjąć własny tytuł, ukończyć trening. W ogóle to wszystko jest chyba jakieś takie… Nie dla mnie.
- A to niby dlaczego?
- Pamiętasz jak się rozstawaliśmy pod Mrowcem? Poleciłeś mi abym odnalazł swoje obowiązki. Bycie czarodziejem to służba dla świata, dla równowagi i te wszystkie inne… Ale ja nawet nie wiem gdzie zacząć!
- O, to ciekawe… Ale całkowicie rozumiem, też prawie mi umknęło, że dostarczyłeś Arcylisza na obrady. No i ktoś mógłby nie zauważyć tych kilku czarodziejów, których uratowałeś z Terii w ciągu ostatnich miesięcy.
- Wiem jak to wygląda, ale zrozum – spojrzał bezsilnie na Kreatora – miałem mnóstwo szczęścia. To wszystko samo się jakoś tak poukładało. Przypadkiem spotkałem tamtych magów, tutaj

29




przybyłem bo ty mi powiedziałeś, a potem ktoś musiał przecież wyruszyć do Nekropolii, trafiło na mnie. To tylko przypadki. A ja… Naprawdę nie mam pojęcia co robić.
- Chyba rozumiem… - odparł cicho Aisel.
- Tak?
- Tak. I, nie spodziewałem się, że to kiedyś powiem, ale zdecydowanie siebie nie doceniasz.
- Ale…
Kreator przerwał mu gestem ręki.
- Powiedz mi – podjął spokojnie Wielki Mag – dlaczego właściwie to zrobiłeś?
- Co takiego?
- Dlaczego spędziłeś w Terii ostatnie miesiące. A potem, dlaczego posłuchałeś mojej prośby, dlaczego tu przybyłeś? Dlaczego wyruszyłeś do Nekropolii? Na pewno wiedziałeś, że nikt nie będzie cię do tego zmuszać.
- Ja… Mistrzu… Zrobiłem to, bo wydawało mi się, że tak właśnie należało.
- A mi się wydaje – Aisel uśmiechnął się z sympatią – że to właśnie jest odpowiedź, której szukasz. To były twoje wybory, nikogo innego. Nie musiałeś tego robić, a jednak zrobiłeś. Wydaje mi się, że „robić to co należy” to całkiem dobre miejsce „gdzie zacząć” jeśli chodzi o czarodzieja. Wspominałem już, że jesteś dla siebie za surowy?
- Tak, ale zrozum…
- Mike

30




– ponownie przerwał mu Kreator – to ty zrozum: nie wszystko w życiu jest jasne, pewne, oczywiste. Wiem, że szukasz czegoś takiego, ale bardzo rzadko uda ci się to znaleźć, nawet… Zwłaszcza, w kwestii „co należy robić”. Zwykle jedyne co mamy to mglisty kierunek, nierzadko jedynie jego cień. Ty go masz. I rozumiem chęć poszukiwania tej pewnej, dobrej ścieżki, ale zapewniam cię, że niepewność, wątpliwości to całkiem normalna sprawa i towarzyszą każdemu. Do czasu aż ten ktoś ich nie zaakceptuje. – Położył Mikemu rękę na ramieniu. - Dopiero wtedy odpływają i wszystko staje się jaśniejsze.
- Taaaak… - przytaknął przeciągle Mike, nie będąc zbyt przekonanym co do słów swojego dawnego mistrza. W przeszłości nierzadko zdarzało się, że nie rozumiał tego co Aisel miał na myśli, ale ten był zwykle dość bezpośredni i nigdy nie wyrażał się tak pokrętnie jak teraz. Mike zastanawiał się czym mogło być to spowodowane… Może jakieś ostatnie wydarzenia wykrzywiły Kreatorowi umysł? Czymkolwiek jego mistrz się ostatnio zajmował, zapewne – jak zawsze - było to niesamowicie wymagające. Na pewno mogło zostawić ślady

31




na psychice Aisela. – Tak, to ma sens, naprawdę… Tak… Pewnie. – Pokiwał skwapliwie głową.
- Nie rozumiesz, prawda?
Mike rozłożył ręce.
- Cóż, nie jestem w stanie ci tego wytłumaczyć…
- No, ewidentnie nie jesteś.
- Nie, nie w ten sposób nie jestem! – warknął Kreator. – Tego po prostu nie można wyjaśnić, to trzeba poczuć. Sam to poczujesz... – złośliwie staksował Mikego wzrokiem i uniósł jedną brew – Chociaż ty może nie. Mniejsza z tym, tak w ogóle… Jak ci się podoba „nowa” Dedai?
Mike na sekundę skamieniał.
- Podoba? Dedai? – powtórzył po mistrzu.
- No wiesz, zmieniła się trochę. Musiałeś zauważyć, że trochę zbladła.
- Ja… - dukał Mike, nie wiedząc co właściwie powiedzieć. Owszem orczyca zmieniła się, chociaż jego zdaniem aspekt fizyczny był tego najmniejszą częścią. Dużo bardziej odczuł tą dziwną, okrutną obojętność i zimno, nie płonęła już dziką energią i ekscytacją jak kiedyś. Ale nadal była wcale atrakcyjna.
- To ewidentnie wpływ Czarnej Kosy – wyjaśnił Aisel, robiąc zamyślony wyraz twarzy i dając Mikemu czas aby doszedł do siebie. – Martwi mnie tylko w

32




jakim stopniu musiała się otworzyć na jej moc żeby zmiany były tak widoczne gołym okiem. Ciężko nazwać ją teraz „Dzikim Płomieniem”, raczej kamienne… Coś czarno-bladego - wybacz, nic nie przychodzi mi do głowy, te obrady są naprawdę wyczerpujące. Mąka, masło, mąka, mąka. Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
- Co, ja? Tak, tak! – Mike otrząsnął się trochę.
- Doprawdy? – Kreator uniósł jedną brew. - Mike – zaczął poważnie – to już nie ta Dedai, którą znałeś. Jej ciało powoli przejmuje bestia zamknięta w Czarnej Kosie.
- Tak... Wybacz mistrzu. -Mike ukłonił się nerwowo.
Kreator wywrócił oczami. - Mocno go trafiło – pomyślał – i nadal trzyma…
Wiedział o afekcie Mikego, ale nie spodziewał się, że ten po takim czasie nadal będzie odczuwać go w takim stopniu. Tym gorzej, bo Aisel nie sądził aby można było ufać Dedai. Otwarcie się na moc Czarnej Kosy zmieniło ją w wielu aspektach, ale tym czego obawiał się najbardziej była jej ewentualna nieprzewidywalność.
Mike ukłonił się. Wydawał się zdezorientowany. – Czy mogę już odejść?
Kreator skinął głową i nic nie odpowiedział. Odprowadził jedynie

33




Mikego wzrokiem aż ten rozmył się w ciemnościach korytarza.
- Długo już tu stoisz? – rzucił w przestrzeń młody Kreator. Już jakiś czas temu poczuł, że ktoś jeszcze postanowił nacieszyć się górskim powietrzem. Ktoś martwy.
Upadły Paladyn stał nieruchomo, opierając się o drzewo powyżej wejścia do tunelu, w którym przed momentem zniknął Mike. Wpatrywał się w dal, delektował biało-zielonym, górskim krajobrazem.
- Chwilę – odparł cmentarnym głosem Arcylisz, wypuszczając lodową mgiełkę z wnętrza rogatego hełmu. – Choć nie wiem skąd to pytanie, założę się, że od razu wyczułeś moją obecność. Twój talent w wyczuwaniu aur jest powszechnie znany, wasza ekscelencjo – dodał, ale nie było w tym przekąsu. – A moja aura jest dość wyraźna i raczej ciężko ją ukryć.
- Możemy podarować sobie tytuły? – zapytał z irytacją Aisel. – Znaliśmy się kiedyś. No chyba, że wolisz, abym również w jakiś sposób cię tytułował.
- Obejdzie się – odparł Grellgor i zeskoczył do Aisela.
Aisel, starając się z tym nie zdradzać, skoncentrował uwagę i przybrał gotowość do walki.
- „Znaliśmy”? – zdziwił

34




się Upadły i odszedł o kilka kroków, aby mieć lepszy widok na góry.
Kreator pozostał w miejscu, nie spuszczając wzroku z Upadłego Paladyna.
- Spędziliśmy trochę czasu w swoim towarzystwie – wyjaśniał, starannie kontrolując ton głosu. – Wydawało mi się, że można powiedzieć, że się „znaliśmy”.
- Ależ oczywiście – odparł Arcylisz, cały czas skupiając wzrok na przebijających się przez drzewa górach. – Wcale tego nie neguję. Zastanawiało mnie raczej skąd ten czas przeszły.
Przed kilkoma laty, podczas ostatniego Konwentu, zorganizowano wyprawę, która miała na celu odnalezienie i odzyskanie potężnego artefaktu, zwanego Kamieniem Wiedzy. Aisel dołączył do wyprawy, a podczas stawiania czoła wielu niebezpieczeństwom naturalnie zżył się z jej członkami, wliczając w to Grellgora. Co więcej, Grellgor nieraz udowodnił, że zasługuje na jego szacunek, a nawet względne zaufanie. Jednak to było dawno, a aura nieumarłego nie była wtedy aż tak mroczna jak teraz. Mimo to, Biały Diabeł postanowił zaryzykować szczerość.
- Wybacz, ale sam rozumiesz, nie wiem czego się po tobie spodziewać.
- Naturalnie. W końcu jestem

35




nieumarłym, Panem Nekropolii, Arcyliszem. Ucieleśnieniem śmierci.
- Zrodzonym podczas burzy, dzwoniącym łańcuchami i i te inne, wiem – dodał ze znudzeniem Aisel. – Myślałem, że darujemy sobie tytuły... Tak czy inaczej, sam rozumiesz, sprowadzono cię tu wbrew woli.
- Hmm... - lisz sugerująco zastanawiał się nad czymś. – „Wbrew woli”?
- Zaraz… - Kreator drgnął, dopiero teraz zrozumiał. – Przecież to od ciebie warlock musiał dostać Okruch Czarnego Lodu… Ty chciałeś się tu zjawić!
Dłonie maga rozbłysły światłem, a on sam przyjął pełną postawę do walki. Powietrze ścięła lodowa aura, w której zaroiło się od błyszczących kryształków, a w dłoni Upadłego Paladyna skrystalizował się lodowy miecz z dziesiątkami przerażająco ostrych, paskudnie powykrzywianych zębów.
- NIE MAM ZŁYCH ZAMIARÓW – uspokajał lisz głosem, który sprawiał, że zarówno dzieci jak i dorośli musieliby przez jakiś czas zasypiać przy zapalonym świetle.
- Oh, ja też nie – zaironizował Aisel i uniósł jaśniejące dłonie. Ku jego zaskoczeniu, miecz Arcylisza rozpłynął się w błyszczącą chmurę, a aura lodu zanikła.
-

36




Naprawdę – powtórzył swoim posępnym, grobowym głosem Grellgor. Zauważył, że wzrok Aisela skierował się w miejsce, w którym przed chwilą znajdowało się jego makabryczne ostrze. – Głupio wyszło, ten miecz to tylko odruch. Z resztą to ty zacząłeś.
- Cóż… – Kreator nie opuszczał rąk. Był gotowy, aby w mgnieniu oka rzucić najbardziej skomplikowane i druzgocące zaklęcia.
- Jesteś rozsądny, zastanów się. – Umarły rozłożył ręce. - Gdybym miał złe zamiary nie mógłbym pozwolić abyś powiedział reszcie o tym, że jestem tu celowo. A ty nadal możesz uciec, nie zamierzam ci przeszkadzać.
- Chyba, że blefujesz.
- Proszę cię... – odparł Grellgor z politowaniem.
- Ehh... - Kreator opuścił ręce, ale w rzeczywistości nadal pozostawał w gotowości. - Niech ci będzie. Powiedzmy, że ci wierzę. Ale po co chciałeś tu przybyć?
- To chyba oczywiste, na Konwent.
- Tylko, że warlock musiał otrzymać od ciebie okruch już jakiś czas temu, jeszcze przed jakimikolwiek planami o Konwencie. A wątpię, żeby ktokolwiek był w stanie nawiązać kontakt z twoją nieuchwytną Nekropolią. Nie mogłeś zatem wiedzieć, że Konwent jest

37




organizowany.
- Owszem - zgodził się Grellgor. – Nie dostałem żadnej informacji, poza tą dostarczoną przez Mikego. Ale mogłem się spodziewać, że Konwentum Magium prędzej czy później się odbędzie. To było nieuniknione.
- Chyba zaczynam rozumieć. – Aisel delikatnie rozluźnił skurczone, nadal gotowe do walki, mięśnie. – W perspektywie tego co się dzieje: aktywności smoków, Cesarstwa Jagsów, polowań na magów, tego jak rozbici i słabi jesteśmy, ewentualny sojusz i tak był dla czarodziejów jedyną szansą. Wiedziałeś o tym. Ale skąd pewność, że ktoś będzie na tyle szalony aby skontaktować się z tobą?
- Nie miałem jej – odparł Arcylisz. – Mogłem to jedynie zostawić przeznaczeniu. Z resztą, to bardziej szansa dla was niż dla mnie. Niewiele bym stracił gdybyście mnie tu nie ściągnęli.
No właśnie. Więc po co tu jesteś? – pomyślał Aisel, ale powstrzymał bezsensowne pytanie. Nawet jeśli Grellgor przyznałby, że ma jak najlepsze intencje, Aisel i tak nie mógł zaufać jego słowom.
- Ale przecież sam też mogłeś zaproponować Konwent, prawda? – zapytał zamiast tego. – Ja, Mike, pewnie nawet Kiell,

38




odpowiedzielibyśmy.
- Wy tak. A co z resztą?
- No tak… - zgodził się Kreator, grając dalej i starając się wybadać prawdziwy stosunek Upadłego. – Nawet gdyby Askerd i Dedai się w ogóle zjawili, dużo trudniej byłoby o zaufanie podczas Konwentu.
- Nie ważne jak wiele zyskalibyście na mojej obecności – dodał Grellgor – ziarno nieufności zostałoby zasadzone i prędzej czy później wydałoby pąki. Teraz jestem tylko jednym z wielu zaproszonych. Do tego raczej jako ostatnia deska ratunku, a nie jeden z inicjatorów. Może nie dla każdego jestem tu mile widziany, ale dużo łatwiej wybronić moją obecność. Niepokoje również będą zdecydowanie mniejsze, zwłaszcza jeśli sprowadziliście mnie „wbrew mojej woli”. A propos, naprawdę nie mieliście kogo do mnie wysłać?
- To znaczy? – Kreator skrzyżował ręce na piersi.
- Było co najmniej kilka okazji, w których powinienem go zabić, niby czemu miałbym się zgadzać na jakiś bzdurny pojedynek? Do tego cały czas dygotał ze strachu, założę się, że pół Cytadeli to wyczuło. Gdyby strażnik, którego do niego wysłałem nie zdążył, inni rozszarpaliby Mikego na strzępy.
- Ale

39




jednak cię sprowadził – odpowiedział, z przebiegłym uśmiechem, Aisel.
- Robiłem co mogłem żeby go nie zabić, ale wierz mi, czasem nawet ja tracę cierpliwość.
- Doskonale wiem o czym mówisz – skomentował pod nosem Kreator. – Ale to ty zacząłeś. To ty dałeś mu nadzieję i pomogłeś z pierwszym zaklęciem. Mimo, że wszyscy uznali go za beznadziejny przypadek. To ty wciągnąłeś go to tego świata.
- Jedno małe zaklęcie, podstawy, a pełny magiczny trening to różnica. Do tego używa czerni.
- To akurat nie moja wina – zastrzegł Aisel. – Z resztą nadal mu to odradzam.
- Niepotrzebnie. Zaskakująco dobrze sobie z nią radzi – odparł Grellgor. – Ale naprawdę pozwoliłeś wyruszyć tam własnemu uczniowi? Znasz jego możliwości. Naprawdę nie miałeś nikogo innego?
Kreator zamyślił się i skierował wzrok z powrotem na górzysty pejzaż.
- Nie wydaje mi się aby był ktokolwiek lepszy – odpowiedział. - Koniec końców, sprowadził cię. Jak sobie to wyobrażasz gdybym na przykład to ja pojawił się w Nekropolii?
Nieumarły milczał. Aisel kontynuował
- Podejrzewam, że nie mógłbyś się po prostu zgodzić, zapewne wielu

40




nieumarłych czekało tylko na okazję, aby móc podważyć twój autorytet, a co za tym idzie pozycje. Arcylisz, który sprzymierzył się z żywymi! Może miałbym cię sprowadzić siłą? Nie dość, że nie obeszłoby się bez zniszczeń, to nawet gdybym wygrał, echo po tej sytuacji zostałoby podobne. Dla dobra wszystkich lepiej żebyś sprawował pieczę nad Cytadelą. A Mike… Niemal pewne było, że nie będziesz chciał go skrzywdzić. Ten chłopak jakimś cudem wymyka się wszelkim schematom, założę się, że inni nieumarli byli niemniej zdezorientowani wydarzeniami niż ty. Przypuszczam, że twoi stronnicy będą w stanie opanować tą sytuację. A przynajmniej, są na to większe szanse niż gdyby pojawił się tam ktokolwiek inny. Nie potrafię tego lepiej wyjaśnić, ale założę się, że wiesz o czym mówię.
Upadły zastanawiał się nad czymś przez chwilę, a potem spokojnym krokiem podszedł do jednego z drzew. W miejscu gdzie pogładził korę pozostał lodowy ślad, który zaczął oplatać pień cieniutkimi, kryształowymi nitkami. To były piękne, subtelne czary - nawet Kreator, który bardzo wiele widział, był pod wrażeniem. Tym bardziej nie

41




spodziewałby się takiej magii po kimś nieumarłym.
- Jak zwykle nie sposób odmówić twojemu rozumowaniu słuszności, wasza ekscelencjo. – Tym razem Aisel wyczuł nutkę złośliwości. – Masz rację, mimo wszystkich wad Mikego, nie jestem w stanie wyobrazić sobie nikogo innego kto byłby w stanie wypełnić to zadanie i sprowadzić mnie do was. Właściwie, nadal nie do końca wiem jak on to zrobił. Co nie sprawia, że uważam takie ryzyko za dobre. Ale skoro już tu jestem, w tak doborowym towarzystwie magów, powiedz mi, naprawdę wierzysz, że uda się utrzymać ten sojusz? Że wszyscy, nawet Askerd, będą współpracować, a nie próbować ugrać coś dla siebie?
Kreator odetchnął ciężko.
- Nie – zdecydował się na szczerość. – Nie sądzę, aby wszyscy chcieli współpracować. Nawet jeśli teraz to działa, to trzeba wziąć pod uwagę, że nasze przymierze będzie się rozrastać na kolejnych magów, a może nawet kolejne krainy.
Nieumarły milczał ze zdziwienia. To nie była odpowiedź, którą spodziewał się usłyszeć.
- Sytuacja jest beznadziejna – kontynuował Aisel. – Nawet jeśli poradzimy sobie z obecnymi zagrożeniami, po nich

42




przyjdą kolejne. Świat zmienia się, idzie do przodu, jak to niektórzy mówią. Ten Strauss, ma informacje z samego serca Cesarstwa. Wspomniał mi o postępach w badaniach nad antymagią, jego brat jest częścią tego projektu. Rola czarodziejów na świecie zmniejsza się, my staliśmy się słabsi, a technika się rozwija. Ludzie potrzebują nas coraz mniej. Przemijamy. - milczał przez chwilę – A przynajmniej ludzie w to właśnie wierzą. Nie chciałem o tym wspominać przy wszystkich, ale podobne incydenty jak w Terii zaczęły zdarzać się na całym kontynencie. Pod przykrywką obwiniana nas za całe zło tego świata, polowania na magów stały się regułą.
- Dość nieoczekiwane przemyślenia jak na kogoś kto powinien być uosobieniem nadziei dla magii.
- Taka jest prawda Grellgorze, unikając jej nic nie zyskamy. Jedynie przypieczętujemy swój los. Ale to nie chodzi o nas, po prostu bez nas, bez czarodziejów, boję się o ten świat. Już nawet nie o samą równowagę magii, przecież od dawna jej nie ma. Ale są smoki, przyjdą kolejni Cesarze…
- Lisze – wtrącił się Arcylisz.
- Lisze… - Kreator uśmiechnął się blado. – Mimo techniki, obawiam

43




się, że bez czarodziejów, świat będzie zdany na ich łaskę. Nie mamy innego wyjścia niż ten sojusz, nawet jeśli jest skazany na porażkę. To ostatnie co możemy zrobić.
- Rozumiem – odparł lodowatym tonem Arcylisz. Zbliżył się o kilka kroków. – I może teraz ty lepiej rozumiesz mnie. Znam cię, nie oczekuję zaufania, ale wiem, że chciałbyś rozumieć. Po co, dlaczego tu jestem.
Kreator parsknął z rozbawieniem. Zdążył już zapomnieć o sprycie Grellgora. Nieumarły Paladyn nie tylko przewidywał rozumowanie, cele i intencje drugiej strony, ale potrafił im wychodzić naprzeciw, mimo nie ujmowania spraw wprost. Ktoś mniej spostrzegawczy nawet był nie dostrzegłby tego zabiegu, nie mówiąc o docenieniu go. Ale z drugiej strony, dzięki temu Grellgor zwykle osiągał swoje cele. Aisel miał tylko nadzieję, że lisz rzeczywiście jest po ich stronie.

     ***

      Samotne, zagubione kapnięcie po raz kolejny rozcięło wypełnioną wilgocią przestrzeń jaskini, bezlitośnie rozerwało panującą tu, absolutną ciszę.
Oganj wpatrywała się w lustrzaną taflę podziemnego jeziora, odbijającą poprzybijane po ścianach dookoła pochodnie.
- W końcu

44




wrócił… - rzuciła pod nosem. Nawet bez wyjątkowego słuchu, cisza umożliwiła jej usłyszenie kroków Boba na długo zanim ten pojawił się w pieczarze.
- Hej, hej! – wołał z entuzjazmem bożek. – Zobacz co mam!
- brawo, znalazłeś dużą puszkę – odparła bez zainteresowania elfka i naciągnęła plecak na ramiona. Jej zgrabne, zwykle roznegliżowane, ciało ukrywał długi, beżowy płaszcz.
- To nie jest tylko puszka! Zobacz!
Smoczyca przyjrzała się znalezisku trochę bliżej. Były do niego przytwierdzone dwie diody i jakiś mechanizm zębatkowy - to wszystko przypominało twarz.
- Zwyczajna głowa starego golema – oceniła chłodno.
- Zaraz… - Bob dopiero teraz zwrócił uwagę na jej ubiór i plecak. – To już dzisiaj?
- Tak.
- Oh, przepraszam, jeszcze nie zdążyłem się spakować. Ale to zajmie tylko chwilę, poczekaj! Ja…
- Nie ma takiej potrzeby – ucięła. – Ty zostajesz.
- Ale… - Wielkie, owadopodobne ślepia Boba zaszły wodą, a macki u spodu dużej owłosionej głowy zadygotały. – Ale… Jak to…
- Ty zostajesz – powtórzyła stanowczo smoczyca, przebrana za elfkę. – Zajmiesz się jaskinią.
- Ale… Ja się

45




przydam! I… Zobacz! Zobacz! – Zaczął desperacko potrząsać znalezioną głową. – No… Obudź się! Fasolka! Proszę.
- Nazwałeś go Fasolka? – Oganj parsknęła, ale już po sekundzie zdziwienie ustąpiło. Znała Boba zbyt dobrze, aby dobrze się zdziwić. Musiał po prostu kiedyś zauważyć w Puszczy kogoś kto targał ze sobą wielkie puszki właśnie z takim napisem i uznał, że to dość adekwatne imię.
- Tak. Zobaczysz – bożek nie przestawał trząść głową golema – on jest bardzo mądry! No może nie aż tak mądry jak ty… Ale jak ja na pewno! Albo bardziej!
- Daj spokój, to zwykły – urwała, bo diody będące oczami zamigotały, a po chwili głowa przemówiła zębatkowym głosem.
- Dzień dobry, gdzie ja jestem? Kim jesteś? – zwrócił się do smoczycy.
- Golemy nie mówią w ten sposób… – wymruczała Oganj. Takie maszyny miały wbudowany przewidywalny zestaw komend, upraszczający interakcje z otoczeniem, ale nigdy pytania takiego rodzaju. Do tego jakby… Z ciekawością w mechanicznym głosie.
- Przepraszam, kim jesteś? – ponowił pytanie golem.
- To Oganj. Moja… - Bob zawahał się i dodał cicho – przyjaciółka. -

46




Skulił głowę i spojrzał na smoczycę. - Bo chyba, mogę tak powiedzieć, prawda?
- Tak… Możesz – odpowiedziała, zaintrygowana dziwną puszką. - Ty, golemie, jak masz na imię?
- Jestem Fasolka – odpowiedziała głowa. – Pan Bob mnie tak nazwał. Poprzednio nazywałem się Sz.I.MK6-a., ale uległem zniszczeniu.
- A twój twórca?
- Tak samo.
- Uległ zniszczeniu? – zapytała Oganj.
- Tak. Zostaliśmy napadnięci. Jedynym co ze mnie zostało jestem ja.
- Mówi o tej głowie – dopowiedział cicho Bob, w razie gdyby Oganj nie zrozumiała. – Czasem wyraża się w taki dziwny sposób. Ale jest bardzo mądry!
- Doprawdy? – Oganj uniosła brew. – Powiedz coś mądrego, golemie.
- Hmm… - zastanowiła się maszyna. - Wszyscy mamy dwa życia. To drugie zaczyna się w chwili, gdy zdamy sobie sprawę, że mamy tylko jedno.
- Tak… - odparła przeciągle Oganj. Ku wyraźnej uciesze Boba nie wiedziała co powiedzieć. - Dość nietypowa maszyna. Przynajmniej będziesz miał kompana, bo i tak zostajesz tutaj!
- Ale…
- Koniec tematu.

***

     - Ja nigdzie nie wyruszać, dopóki wszyscy z Bractwa nie znaleźć się bezpiecznie w Atlantis – oznajmiła stanowczo

47




Dedai.
- Nazywa się Atlantyda… - wymamrotał Mike, leniwie podpierając dłonią opadającą na stół głowę i skubiąc winogrono. Siedział kilka miejsc od niej.
- Naturalnie. – Bartiani ukłonił się do orczycy. – Z tego co zrozumiałem, przygotowanie odpowiedniej ilości miejsca na wszystkich obecnych sympatyków Konwentu, przy wspólnym wysiłku powinno zająć maksymalnie około trzech miesięcy. Zgadza się, panie Mike?
- Co… A! Tak! Zgadzam się! Znaczy… Zgadza się. – Mike obudził się trochę.
- Tak naprawdę wymagana na nasze potrzeby przestrzeń i tak jest już gotowa – Aisel przejął inicjatywę - problem polega na zabezpieczeniu tego wszystkiego. Mistrz Tant poinformował mnie, że do tej pory brakowało po prostu mocy, aby utkać odpowiednio silne zaklęcia, które powstrzymywałyby wodę i ewentualne… Problematyczne zjawiska związane z tym co mogło się zachować wewnątrz gruzów Atlantisu.
- O czym pan mówi? – zainteresował się mistrz Gaig, siedzący zaraz obok Dedai.
- No… - zaczął Mike, nie mogąc dłużej powstrzymywać ziewnięcia. Kreator ponownie go wyręczył
- Atlantis przez wieki przesiąkał aurami i zaklęciami. Ruiny

48




zawierają całą jego historię, zarówno tą dobrą jak i złą. Zawierają w sobie resztki wszystkich budynków, zarówno Najwyższej Świątyni Strażnika jak i Samotnego Więzienia czy… Resztki Czarnej Wieży.
Wszyscy wzdrygnęli się na wspomnienie o tej tajemniczej, starożytnej konstrukcji - jedynej rzeczy, która powstrzymywała smoka, uwięzionego w wielkiej skale pod Atlantisem i która w końcu pękła, doprowadzając do upadku Białej Stolicy Magii. Zadrżeli wszyscy poza Największym Czarodziejem w historii świata, łaskawie zaszczycającym pozostałych uczestników Konwentu łaską swojej łaskawej obecności – Mamnonem. On miał za silne nerwy na takie drobiazgi!
- Rozumiem – odparł mistrz Gaig. – A czy już pojawiły się już takie… „Problemy”?
- Tylko kilka uciążliwych, rekurencyjnych zaklęć – szybko podjął Mike, nie chcąc, aby Kreator znowu go wyręczył. Spojrzał kątek oka na Dedai, ale nadal miała tą zimną, kamienną twarz. – Ale już się ich pozbyliśmy. Staramy się jednak zabezpieczać na wszystkie ewentualności. Jeden mały błąd może sprawić, że część Atlantydy zostanie zalana, marnując nasze dotychczasowe

49




wysiłki.
- Bractwo zrobić wszystko żeby pomóc – zadeklarowała Dedai, upominając jednocześnie – ale wy pamiętać, że kiedy pozbyć się Czarnoksiężnik z Lodu, my pozbyć się też Cesarz.
Kiell westchnęła ciężko.
- Coś nie tak? – zwrócił na to uwagę Kreator. – Wydawało mi się, że też uważasz to za najrozsądniejsze rozwiązanie.
- Tak, zgadza się – odparła bez przekonania Kiell. – Prędzej czy później będziemy musieli się zmierzyć zarówno z jednym jak i z drugim. Ale martwi mnie to co stanie się z Terią do czasu aż wrócimy i zajmiemy się Cesarzem.
- Ma pani coś konkretnego na myśli? – zapytał Mistrz Gaig.
Kiell wstała.
- Moi przyjaciele donieśli mi, że wzdłuż całego kontynentu narastają podobne nastroje wobec czarodziejów co w Terii.
No i się zaczyna – zamarudził w myślach Aisel, spoglądając na siedzącego naprzeciwko Grellgora. – To byłoby na tyle z oszczędnego dawkowania informacji.
Wokół nieumarłego unosiła się chmurka pstrokatych motylków – zaklęcie Kiell. Kobieta wcześniej jasno dała do zrozumienia, że nie zamierza znosić zapachu Upadłego, który w rzeczywistości dawał się we znaki

50




również wszystkim innym i że prostym zaklęciem jest w stanie rozwiązać ten problem. Grellgor nie protestował. Teraz, dzięki jej motylkom, rozsiewał wokół siebie słodki zapach owoców leśnych. Nie odzywał się, a Aisel nie potrafił nic wyczytać z jego rogatego hełmu, zasłaniającego całą twarz.
-Uważają, że ktoś podsyca wrogość wobec magów, że komuś na tym zależy – kontynuowała przywódczyni Czarnej Cytadeli. - To paskudne, ale sprytne zagranie, bo gdyby lokalne społeczności zajęły się polowaniem na czarodziejów, zaoszczędziłoby to mnóstwo wysiłku tym, którzy uważają nas za wrogów. Jednocześnie osłabiając ewentualny potencjał obronny większości państw na kontynencie.
- Sugeruje pani, że to Cesarz za tym stoi, tak? – zapytał Bartiani.
- Wolałabym jeszcze nic nie sugerować – odparła Kiell. Rzadko przemawiała tak skoncentrowanym tonem, pozbawionym charakterystycznej zaczepności i lekkości. Dla Aisela jasno oznaczało to, że siostra Mikego ani trochę nie przesadza. – Nie mamy wystarczająco informacji, aby cokolwiek jednoznacznie stwierdzić, ale niewątpliwe taka sytuacja jest Cesarzowi na rękę. Mimo to raczej

51




zmierzałam do tego ilu bezbronnych magów zdążą wymordować zanim wrócimy z naszej misji. I czy w ogóle zostaną jeszcze jacykolwiek magowie… Bo ofiarami nie są jedynie czarodzieje tytularni, ale każdy kto przejawia jakiekolwiek zdolności, nawet dzieci. Nawet dzieciom wydłubują dla pewności oczy, wieszają, topią lub palą na stosach. Jeśli nic z tym nie zrobimy, przyszłość magii staje pod znakiem zapytania. I nie tylko metaforycznie. Może być nas zwyczajnie za mało, aby zapewnić ciągłość sztuk magicznych.
- Świat bez czarodziejów… - wymamrotał mistrz Gaig. – Nie do wiary jakich czasów doczekaliśmy.
- Obawiam się, że to dość prawdopodobne – wtrącił się do rozmowy krasnolud przywieziony przez Kiell, Franz. Do tej pory niespecjalnie się udzielał. Kreator spojrzał na niego z zainteresowaniem i skinął głową, dając mu nieme przyzwolenie na kontynuowanie. Franz kontynuował
- Cesarz od dawna prowadzi intensywne badania nad antymagią, szuka skutecznych metod do walki przeciw czarodziejom.
- Czary antymagiczne są znane od pokoleń – zauważył Bartiani. – W bibliotece Askerd mamy wydzielone całe skrzydło na taką tematykę, nie

52




sądzę aby Cesarz, nawet przy pomocy najlepszych czarodziejów był w stanie odkryć cokolwiek o czym jeszcze nie wiemy.
- Tylko, że on nie korzysta z pomocy czarodziejów – zauważył Franz, budząc zdziwienie wokół stołu. – Korzysta z inżynierów, techników, naukowców. Najznakomitsze ośrodki opracowują stricte techniczne formy antymagii, żadnych czarów, jedynie technika, chemia i biologia.
Zapadła chwila przeciągłego milczenia.
– Wygląda na to – odezwał się w końcu mistrz Alcuic – że rzeczywiście stajemy przed zagrożeniem jakiego jeszcze nie było.
- Mogę spróbować dowiedzieć się więcej na ten temat – zadeklarowała Kiell. – Dzięki Franzowi mamy dostęp daleko w głąb Cesarstwa, może nawet do samego Serca. Myślę też, że dobrze byłoby nawiązać kontakt ze Starą Terią. Jeśli Jagsom tak bardzo zależy na eliminowaniu magów, rebeliantom powinno być na rękę aby ich chronić. Możemy sobie nawzajem pomóc.
- Stara Teria? – zdziwił się Mike.
- To ruch oporu – wyjaśnił Aisel. – Zwolennicy niepodległości, rodziny królewskiej i dawnego porządku, zwanych właśnie „Starej Terii”. Nie uznają zwierzchnictwa

53




Cesarstwa.
- Kilka tygodni temu wybrali nowego przywódcę – dodała, ku zainteresowaniu wszystkich, Kiell. – To krasnolud, podobno trudno się z nim dogadać, ale wydaje mi się, że najłatwiej będzie innemu krasnoludowi. Franz odpada, bo od razu będą go kojarzyć z Cesarstwem. – Spojrzała wymownie na mistrza Gaiga. – Wydaje mi się, że pan powinien sprawdzić się w tej roli znakomicie.
Paladyn zdecydowanie skinął głową.
- Wie pani kto to taki? – zapytał mistrz Bartiani. – Ten nowy przywódca?
- Niestety, nie udało mi się tego dokładnie ustalić – odparła Kiell, wydymając usta. – Ale słyszałam, że strasznie nienawidzi Cesarza. Podobno stracił przez niego dwójkę braci.
- Rozumiem. Poukładajmy to sobie w całość – zaproponował Bartiani. – Z tego co rozumiem, obecnie chcemy zająć się zabezpieczeniem Atlantydy. To da nam czas między innymi na skontaktowanie się ze Starą Terią, ale pojawia się problem. Nawet jeśli wyruszymy bez opóźnień, za rzeczone trzy miesiące, musimy się jeszcze dostać do Zakazanej Krainy, a potem do Lodowego Więzienia. To może nam zająć kolejny kwartał, jeśli nie więcej. W tym czasie sytuacja

54




na kontynencie niewątpliwie się pogorszy!
- I do tego musimy jeszcze pokonać Czarnoksiężnika – dodał niechętnie Kreator, spoglądając badawczo na rozkojarzonego Mikego. – A ty co myślisz? Spędziłeś w Terii ostatnie miesiące. Co powinniśmy zrobić?
- Ja? – rozbudził się Mike, zaskoczony pytaniem. – Ja… - Spojrzał na Kreatora, starając się wybadać czy powinien być szczery. – Ja… Myślę, że nie możemy tak zostawić tych ludzi. W końcu jesteśmy czarodziejami, to nasz obowiązek żeby im pomóc! Nie tylko czarodziejom.
Przedstawiciele Uniwersytetu Askerd uśmiechnęli się do siebie tajemniczo, a mistrz Gaig parsknął z rozbawieniem.
- Chłopak dobrze mówi – powiedział stary paladyn, wymachując uniesionym palcem.
- I jak zamierzasz to zrobić? – rzuciła chłodno Kiell. – Jak zamierzasz zapewnić im bezpieczeństwo?
- Moglibyśmy przenieść ich na Atlantydę – odparł spokojnie Mike.
- I jeszcze bardziej opóźnić naszą wyprawę? – zauważyła. – Bo jakoś wątpię, że wystarczy dać ogłoszenie i sami się zjawią pod naszymi drzwiami, a Cesarz oczywiście na dodatek przypadkiem tego nie zauważy!
- Nie musimy robić

55




wszystkiego od razu – odparował Mike i zaczął rzeczowo tłumaczyć. – Możemy robić to stopniowo, odnajdywać magów nawet pojedynczo, jeden po drugim. Poza tym, nie musimy robić tego osobiście. Już teraz na Atlantydzie znajduje kilku znakomitych łowców, a jeśli osiedli się tam Bractwo Wygnanych, możemy ich wyszkolić, wtedy ta liczba się zwielokrotni. Wszyscy naraz i tak nie będą mogli pracować nad zabezpieczeniem sfer, możemy kogoś oddelegować, nawet małą grupę, do zajmowania się sprawami na kontynencie. Jeśli dobrze to zorganizujemy, będziemy mogli to bezpiecznie zostawić, a sami wyruszymy do Zakazanej Krainy. – spojrzał strachliwie na zimne oblicze Dedai. - O ile oczywiście Bractwu Wygnanych odpowiada takie rozwiązanie.
Orczyca milczała, z kamiennym wyrazem twarzy.
- Bractwo… - zaczęła - zrobi wszystko co może aby pomóc.
Aisel spojrzał na Grellgora, potem na Mikego, a potem z satysfakcją sięgnął po swój puchar.
- Może jednak gobliny na coś się przydadzą – zauważył wzgardliwie mistrz Gaig.
Mamnon nadal milczał z kwaśną miną. Czarodzieje nigdy nie mieli dobrego zdania o goblinach, choć znajdowało to pewne

56




uzasadnienia. Większość goblinów spotykanych na obu kontynentach przypominała dzikie bestie. Toteż tak właśnie je traktowano, jak nieco inteligentniejsze i dużo bardziej niebezpieczne małpy, które po odpowiedniej tresurze wykonają proste polecenia, jak na przykład umycie paromobilu. Mamnon był na tym tle dość wyjątkowy - był słabszą małpą, ale taką która po zobaczeniu paromobilu zostawi właściciela przywiązanego do drzewa, nagiego i z głupią karteczką przyczepioną do czoła, patrzącego jak jego paromobil odjeżdża ku zachodzącemu słońcu. Do tego zarażał małym fragmentem swojej wyjątkowości gobliny, które spotykał.
- Może gobliny zechcą nam pomóc, Mamnonie? – powtórzył Mike, ale dużo łagodniej i bezpośrednio kierując się do Wielkiego Króla - Czarodzieja. Ten zupełnie się tego nie spodziewał. Tym bardziej nie spodziewał się tego co chłopak powiedział potem – Uważam, że gobliny same powinny o sobie stanowić. Na takich samych zasadach jak pozostali uczestnicy naszego sojuszu. Dlatego w kwestii goblinów, wszystkie ostateczne decyzję powinien podejmować ich reprezentant. W tym wypadku Mamnon.
- Ja.. – zbierał

57




się w sobie Mamnon. Nie mógł przecież dać po sobie poznać jak bardzo wzruszyły go te słowa. – Jestem „Jego Wysokość”, Mamnon! Jestem królem, nie zapominajcie, durni czarodzieje. Tfu.
- Mamnonie, daj spokoj – zaczął Mike, ale Kiell mu przerwała.
- A czy „Jego Wysokość” zrobi nam ten zaszczyt i pozwoli zwracać się do niego po imieniu? Wszak szkoda żeby nasze plugawe usta śmiały wymawiać jakikolwiek z jego wspaniałych, zasłużonych tytułów.
Mike spojrzał na Aisela, ale ten był podobnie zdezorientowany. Czekali w milczeniu na rozwój wypadków, mając nadzieję, że Kiell nie przesadziła z ironią.
- Dobrze – warknął Mamnon. – Zgadzam się. Możecie do mnie tak mówić, żałośni czarodzieje.
- Wybornie – uśmiechnęła się słodko Kiell. Mike aż się wzdrygnął, w tym uśmiechu było coś co przerażało. Kontynuowała – Podejrzewam, że jesteście specjalistami w kopaniu jaskiń. Myślę, że znakomitym pomysłem byłoby abyście mieli głęboko pod ziemią własną dzielnicę. Całą tylko dla siebie, oddzieloną od reszty Atlantydy.
Zapanowała grobowa cisza.
- Oczywiście dopiero kiedy wszystkie inne dzielnice będą

58




już gotowe – dodała ludka. - I pod warunkiem, że nam z nimi pomożecie. To jak będzie?
- Ja… - zaczął Mamnon, pierwszy raz w życiu nie mogąc znaleźć słów, ale i tak nie pozwoliłaby mu dokończyć
- Znakomicie! Skoro już urządziliśmy gobliny, możemy zacząć zastanawiać się nad bezpiecznym miejscem dla nieumarłych – spojrzała na Grellgora.
Aisel aż się zakrztusił, a na sali znowu zapanowała cisza.

***

      Oganj prowadziła łaciatego konia za uzdę. Była umówiona z wróżką dopiero na wieczór więc nie musiała się spieszyć. Zatrzymała się nagle, ściągnęła kaptur swojej długiej peleryny i wsłuchała się w szelest krzaków daleko za nią. To pewnie był ten sam zielony lisek, który śledził ją już od dwóch dni.
Jego sprawa – pomyślała z pogardą i ruszyła dalej. Może Boba by zainteresowały takie głupoty, ale nie ją – zaraz…
Ponownie się zatrzymała.
- Wychodzisz?! – krzyknęła.
Krzaki zaszeleściły, coś w nich błysnęło i z krzaków wyłoniły się wielkie, mokre, znajome ślepia.
- Ty… - mruknęła z mieszanką zaskoczenia, wściekłość i podziwu związanego z tym, że pradawnemu bożkowi udało się

59




ją przechytrzyć.
Bob trzymał w rękach głowę Fasolki.
- Ja… - zaczął niepewnie, spuszczając wzrok. – Ja przecież nie mogłem cię puścić samej. Jesteśmy przyjaciółmi, prawda? – wbił w nią wyczekujące ślepia.
Smoczyca milczała.
- Mogę za tobą iść? – zapytał Bob.
Oganj bezsilnie wypuściła powietrze.
- Jak już masz iść to chodź obok, a nie chowaj się z tyłu.
Oczy Boba zapłonęły z zachwytu, chociaż bożek robił wszystko co mógł, aby to ukryć.
- Ale będziemy musieli wymyślić coś żebyś nie rzucał się w oczy – zastrzegła groźnie Oganj.
Bob energicznie pokiwał głową.
- Ja… Zabrałem Fasolkę, wiesz? On może nam się bardzo przydać. Czy idziemy do wróżki? Tej z tą wielką krostą na nosie?
- Tak Bob, idziemy do niej. Aisel gdzieś zniknął i raczej nie odnajdziemy go bez jej pomocy. W najgorszym wypadku dobrze byłoby znaleźć przynajmniej tego drugiego.
- Drugiego?
- Tak. Widzisz, przepowiednia rzeczywiście dotyczy Aisela, tylko, że… On jest w niej mistrzem.
- To znaczy… To znaczy, że…
- Tak. Zginie z ręki swojego ucznia. A my nie chcemy do tego dopuścić.
- Ale… Jak to zrobimy? Zamierzasz

60




porozmawiać z jego uczniem, tak? Przekonać go!
- O tak, na pewno z nim porozmawiam. – Coś błysnęło w jej spojrzeniu.
- Cieszę się, uspokoiłaś mnie!

     ***

     
- I postanowily zawiązać sojusz, który miał przywrócić porządek. Najpierw zabraly się za Czarnoksiężnika z Lodu. Potem mordowaly smoky. A potem walczyly ze złym Cesarzem. Ratowaly tak magyków jak niemagyków. Zabierały ich na Atlantydę i szkolily kolejnych.
- Babciu, a się stało z Grellgorem później?!
- Tak Babciu, co się z nim stało?! Opowiedz! - Dzieci ze zgromadzonej wokół staruszki gromadki przekrzykiwały się jeden przez drugiego.
Starowinka sięgnęła drżącymi rękoma na stolik i chwyciła swoją starą tabakierę. Usypała sobie na dłoni dwie spore grudki, odpowiadające wielkością jej długiemu, goblińskiemu nosowi.
- Babciu, opow...
- Zamknyj pysk maly gnojku! - ustawiła na miejscu smarkacza i zażyła czarnej jak mak tabaki. - Ohhh... - Przetarła załzawione oczy. Po chwili była gotowa, aby kontynuować opowieść. – Grellgor zmerzyl się ze swoim odwiecznym rywalem, Mechanicznym Lyszem, ale o tym opowim wam kiedy indziyj. Natomist kiedy wrócil, tak samo jak

61




pozostaly czarodzieje zlożyl hold najpotężniejszemu z nich wszystkich, Wielkiemu Magowi Mamnonowi. Zaoferował się, że będzie na każde jego zawołanie, kiedy ten sobie tylko zażyczy. Mamnon zbesztal go natychmiast jak male dziecko i nie przyjął oferty. Wiedział, że jego przygody będą zbyt nebezpecznie, dla któregokolwiek z pozostalych magyków. Grellgor bardzo plakal, blagal go aby nie zostawial go samego, ale Mamnon wiedzial, że musi. Że ma obowiązky do wykonania. Nie bez powodu to wlaśnie na jego cześć pan Mike nazwal nasze miasto.
- Atlantyda? Niby jak?
- I co Było dalej, co Grellgorem?
- Nie, opowiedz co z Panem Mikem!
- Zara, zara... - starowinka uspokajała niecierpliwiące się goblinki. Zacisnęła zęby, wszystkie cztery, aby nie zakląć i dalej przekazywała historię.
Zgodnie z życzeniami opowiedziała dzieciom o dokonaniach Grellgora i Mikego. Opowiedziała również o Dedai, Kiell i Kreatorze, ale przede wszystkim o największym bohaterze goblinów i całego świata, Mamnonie. Goblinki słuchały jak zahipnotyzowane i cieszyły się z opowieści. Niestety, nie do końca wszystko co opowiadała babcia miało miejsce. A szkoda.
W jej

62




opowieści nikt nie był chwytany i bezlitośnie torturowany. Nikt nie zdradzał i nie odwracał się plecami w kluczowym momencie. Niczyje serca nie pękały, a oczy nie płakały – chyba, że z powodu Mamnona. Kochankowie nie byli brutalnie mordowanie na oczach drugiego. Wielka szkoda, że rzeczywistość nie ułożyła się tak jak w jej opowieściach.

     *****

63




Wyrazy: Znaki: