Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 65
Dzisiaj w pracowni: 1
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Nowy wspaniały świat (całość)ikonka kopiowania

Autor: Fortune twarz męska

grafika opisu

rozwiń




Tak, to będzie działać – pomyślał Hendrik i z satysfakcją zamknął metalowy brzuch małego, golemicznego gołębia. Odsunął maszynę i wytarł ręce o szmatę.
Stary, w przeliczeniu na ludzkie około 85-letni, krasnolud męczył się nad tym ptakiem od kilku dni, parowe golemy robione jeszcze przed Teriańskim zaborem były prawie nie do zdarcia, ale naprawa takich wymagała nie lada wysiłku i umiejętności. Stosowano w nich niespotykane już mechanizmy i rzadko kto był w stanie wykazać się kreatywnością wystarczającą do ich naprawy, nie wspominając o dostępie do odpowiednich części. Ale Hendrik nie należał do tych, którzy odbierają trzaśniecie drzwiami tuż przed nosem jako koniec rozmowy. Nie potrafiłby zostawić problemu nierozwiązanego, choćby i miał owe drzwi wywarzyć, a całe domostwo puścić z dymem - Hendrik musiał powiedzieć ostatnie słowo. Owszem, czasem zajmowało to miesiąc - raz nawet wpadł na rozwiązanie po roku – ale dopóki sprawa pozostawała niezałatwiona, myśl o owym problemie chowała się gdzieś w zakamarkach jego umysłu. Czekała, bezpiecznie zahibernowana aż w końcu - zwykle dzięki gwałtownemu przebłyskowi

1




- krasnolud mógł do niej wrócić i rozprawić się z nią na dobre.
Przeciągnął się na krześle i ostre światło jarzeniówki oślepiło go na moment. Żarówka była trzymana na kablu, trochę ponad stołem przez stojącego obok, humanoidalnego golema. Tak jasne światło nie było już potrzebne staremu Hendrikowi, skończył na dziś pracę i dał sygnał, aby mechaniczny sługa odszedł w kąt. Maszyna bez słowa, zgrzytając stawami, odsunęła się,zajmując miejsce obok wygaszonego pieca. Krasnolud spokojnie odchylił głowę do tyłu i zamknął oczy. Dopiero teraz poczuł jak bardzo były zmęczone.
Właśnie takie momenty sprawiały, że to wszystko miało jeszcze jakiś sens. Prawdziwe wyzwania, po których przychodziła realna satysfakcja. Całe szczęście, że jeszcze się zdarzały. Hendrik rzygał tymi wszystkimi powtarzalnymi zleceniami, które dostawał co dzień. Z czym do niego przylezą jutro? W najlepszym wypadku z jakimś nowszym silnikiem, może maszyną różnicową, ale wszystko to były drobiazgi, sprzęt, który można naprawić w dzień, a jeszcze szybciej oszacować co się zepsuło! Tak właśnie to wszystko było dzisiaj robione, tak aby

2




się psuło i zaraz można było – oczywiście na zasadach producenta – uszkodzoną część wymienić. Ciągle te same usterki, Hendrik znał je na pamięć! Nic ciekawego. Nie to co kiedyś…
Nowa era. Nowy, wspaniały świat – pomyślał z pogardą. Nie podobał mu się ten „nowy” świat, tak samo jak nie podobali mu się dzisiejsi ludzie. Dlatego przeniósł swój warsztat z miasta tuż pod samą Puszczę. Między innymi dlatego.
Od myśli oderwało go pukanie.
- Wejść – polecił, a w jego zmęczonym, chrapliwym głosie dało się wyczuć echo czasu, bezwzględnie odliczającego kolejne dekady, klepsydrą podpisaną jego imieniem. Zrzucił fartuch i potargał spłowiałą, siwą brodę.
Przez drzwi przeszedł zgarbiony gnom z rozedrganymi starością dłońmi. Miał na sobie stary, wyblakły garnitur. Hendrik uśmiechnął się mimowolnie. Ludzie w tych czasach nie przywiązywali wartości do takich rzeczy jak elegancja. Całe szczęście jego stary dozorca, tak samo jak on, gwizdał na obecne czasy. Widok zadbanego, mimo podeszłego wieku, Kawrla zawsze poprawiał krasnoludowi humor.
- Interesant – przemówił starzec. Ten starszy ze starców.
-

3




Dziękuję. – Hendrik ukłonił się. – Może wejść.
Dozorca również odpowiedział ukłonem i zniknął za drzwiami. Po krótkiej chwili rozległo się kolejne pukanie. Przybysz miał na sobie długą, przemoczoną pelerynę z kapturem. Był człowiekiem, z twarzy ciężko było ocenić wiek, mógł mieć równie dobrze czterdziestkę jak i dwudziestkę, ale przepracowaną w kopalni, hucie czy jakimś innym miejscu, do którego zwykle posyłano rodzimą Teriańską ludność niższej klasy. Hendrik skłaniał się bardziej ku tej drugiej opcji, ale obcy nie przypominał byle Terrańczyka. Jego skóra nie była szaroblada od dymu, pyłu i wiecznych chmur, a jego ruchy kiedy wchodził do pokoju nie były upośledzone morderczą pracą ani żadnym rodzajem nerwicy, czy nawet zwykłą, typową dla tych czasów nieufnością.
- W czym mogę pomóc? – rzucił rzeczowo krasnolud, nie dając po sobie poznać oznak zainteresowania nieznajomym.
- Powiem wprost, panie Strauss – wypalił przybysz, a Hendrika przeskoczył dreszcz. Od dawna nikt go nie nazywał tym nazwiskiem i miał nadzieję, że już nigdy nikt go tak nie nazwie. Mięśnie na jego karku spięły się, a on

4




wpatrzył się w dziwnego jegomościa jeszcze uważniej. Ten kontynuował – Chciałbym aby pan kogoś dla mnie odnalazł.
Hendrik podrapał się pod szczęką.
- Doprawdy? – zapytał, powoli wychodząc z szoku.
- Tak. Proszę się nie martwić, nie pracuję dla Cesarstwa. To prywatna sprawa.
- A… – zaczął krasnolud, pozornie uprzejmym tonem. Wstał i odgarniając rupiecie z podłogi, pokuśtykał ku starej szafie. – skoro nie jest pan wysłannikiem Cesarstwa, jeśli mogę spytać, kim pan właściwie jest?
- Jestem zwyczajnym, małym przedsiębiorcą – przybysz rozłożył ręce - Przybywam z Serca i w interesach zmierzam do Mrowca. Pana warsztat był akurat po drodze i pozwoliłem sobie o niego zahaczyć. Wiele o panu słyszałem.
- Doprawdy interesujące... Serce? – zdziwił się Hendrik, wracając z dwoma szklankami i butelką koniaku. Pytająco uniósł butelkę, gość skinął z aprobatą i obaj usiedli przy zagraconym stole. Krasnolud ciągnął, nalewając trunek – Samo Serce! Perła naszego wspaniałego kraju! Na pewno nie to, co musi pan znosić tutaj, w Terii. A właśnie, moje najszczersze kondolencje z powodu pana Van Hidebarguma. To

5




nieodżałowana strata dla narodu. Cała stolica musiała być w nie lada żałobie!
- Tak, zgadza się – potwierdził nieznajomy po krótkim, niemal niezauważalnym, zawahaniu i pociągnął łyka, wykrzywiając twarz. Hendrik wpatrywał się w niego uważnie. – Będzie nam go brakować – dodał człowiek, wznosząc szklankę do toastu.
- Niewątpliwie – odpowiedział lodowatym tonem krasnolud. – Proszę się przyznać, panie „mały przedsiębiorco”, nie ma pan pojęcia o kim mowa, prawda?
- Słucham? – zdziwił się przybysz.
- Nie pochodzi pan z Serca Cesarstwa, bo tam Van Hidebarguma uznaje się za bohatera. Każdy mieszkaniec jeśli go nie wielbi, to przynajmniej zna. – Krótkie kliknięcie oznajmiło o odbezpieczanej broni, którą Hendrik mierzył w nieznajomego pod stołem. – I nie musi pan rozpaczać, bo tak się składa, że jego ekscelencji nic nie jest, będzie nawet gościł w naszym mieście za kilka dni. A teraz, panie „mały przedsiębiorco” powie mi pan kim pan naprawdę jest i czego chce.
Nieznajomy powoli uniósł ręce, ale ku zaskoczeniu Hendrika w jego ruchach nie było najmniejszych oznak nerwowości. Zaniepokoiło to krasnoluda

6




jeszcze bardziej.
- Złapał mnie pan – powiedział z uśmiechem przybysz i sugerująco spojrzał na szklankę. Krasnolud pozwolił mu po nią sięgnąć, ale nie spuszczał jego dłoni z oczu nawet na ułamek sekundy. – Plotki o panu nie były ani odrobinę przesadzone. Nazywam się Tom.
- To pana prawdziwe imię? – natychmiast zapytał Hendrik, nie dając czasu na pauzę.
Nieznajomy wzruszył ramionami i pokręcił głową - tak jak Hendrik się spodziewał, ale nie zamierzał drążyć tematu. Jedynym co mógłby dostać zamiast względnej szczerości było bezwzględne kłamstwo, zadowolił się więc tym pierwszy.
- Niech będzie, panie Tom. A teraz, jeśli łaska, proszę mi powiedzieć czego pan chce. Naprawdę.
- Chciałbym żeby pan kogoś dla mnie odnalazł.
Krasnolud sapnął ciężko.
- Już się tym nie zajmuję. Ale proszę się nie martwić, w mieście znajdzie pan masę specjalistów od „odnajdywania”. – Zniżył ton – Tylko, że pan przecież już to wie... Dlaczego więc fatygował się pan aż do mnie?
- Bo ci „specjaliści” nie zajmowali się tym czym pan. Nie polowali ani na czarodziejów, ani tym bardziej na magiczne istoty.

7





Hendrik przełknął ślinę. Powróciły wspomnienia, te wszystkie osoby, czasem ledwie podejrzane o konszachty z magią, nierzadko dzieci... Pierwszym co robiono z takimi na wszelki wypadek było wydłubywanie oczu, czasem trzeba było łamać palce… Wzdrygnął się.
Nieznajomy chyba się lekko uśmiechnął, na ułamek sekundy, ale Hendrik nie był pewny.
- Już się tym nie zajmuję – wycedził ponownie krasnolud. – Ale skoro byłeś w stanie mnie odnaleźć, to musisz o tym wiedzieć.
Przybysz skinął głową.
- I jak podejrzewam – ciągnął Hendrik, chowając broń i kładąc obie ręce na stole tak aby obcy je widział – przedstawisz mi teraz jakąś propozycję nie do odrzucenia?
- Nie. Nie zamierzam pana do niczego zmuszać.
- W takim razie możesz wyjść. Nie ma takiej rzeczy, za którą bym to zrobił.
- Rozumiem. – Nieznajomy wzruszył ramionami i wstał. – Przynajmniej ja jej nie mam. Ale nasz wspólny znajomy polecając mi pana kazał wspomnieć, że jeśli pan się zgodzi, da panu o cokolwiek pan poprosi. Zdziwiła mnie ta hojność, ale wydawał się być całkiem poważny. Dodał też, że jest mu pan to winny. Do widzenia, panie

8




Strauss.
Obcy skłonił się i ruszył ku drzwiom.
- Wspólny znajomy? – zatrzymał go krasnolud.
- Zapewne ma pan wielu dawnych przyjaciół. Ja mówię o tym, który ma pod żebrami paskudną bliznę od miny łańcuchowej, państwa wspólnej konstrukcji. Użyliście wtedy pyłu zrobionego z Okruchu Powietrza.
Nieznajomy najwyraźniej nie chciał wymówić imienia Tiga, zapewne na wypadek podsłuchów, a to sugerowało, że może rzeczywiście nie był z Cesarstwa. Ale gdyby tak było – to niby kim on do diabła był? Poza tym informacja, którą przedstawił musiała pochodzić od samego Tiga, jego przyjaciela z czasów kiedy obaj byli Czerwonymi Kapturami. Żaden z nich nie opowiadałby nikomu o wpadce, która miała wtedy miejsce, zwłaszcza, że wtedy jeszcze regularnie korzystali z pomocy czarodziejów i magii. Tigo uratował mu życie, co prawda jakiś czas później niemal się nie pozabijali podczas rozstania, ale długi między najbliższymi krasnoludami należało spłacać.
- Mam rozumieć, że mi pan pomoże? – spytał Tom, reagując na przeciągłe milczenie.
- Rozważam to – warknął Hendrik, wypijając dużego łyka. Tak naprawdę już podjął

9




decyzję, nie było w tej kwestii miejsca na dyskusję. Jeśli rzeczywiście mógł po tylu latach spłacić dług wdzięczności zaciągnięty u Tiga, musiał to zrobić. – I mówisz, że będziemy kwita, ja i ten nasz wspólny znajomy?
- Tak.
- Tak… - Hendrik zastanowił się i zapytał wprost, mierząc nieznajomego spojrzeniem - mówisz prawdę?
Plamy na pelerynie – tak stare, że zlewały się z jej kolorem - odciski na ubraniu od pasa na broń - najpewniej na rewolwer - i cała masa innych drobiazgów jasno dały Hendrikowi do zrozumienia, że przybysz nie jest zwykłym „małym przedsiębiorcom” od razu kiedy tylko pojawił się w drzwiach. Nieznajomy prowadził raczej awanturniczy tryb życia, co doskonale pokrywało się z jego sposobem poruszania się. Hendrik nie miał pojęcia jak innym mogą umykać te wszystkie oczywistości, ale on od zawsze je widział. Jeszcze więcej był w stanie wyczytać z gestów i mimiki. Odkrywszy w sobie ten talent, świadomie doskonalił go przez lata i teraz – choć nie spodziewał się, że Tom udzieli mu prawdziwej odpowiedział, nie ulegało wątpliwości, że on i tak będzie wiedział czy obcy skłamał.
-Mówię prawdę.

10




Będziecie kwita.
Przybysz nie kłamał. Krasnolud westchnął ciężko.
- Nasz wspólny znajomy… Czy on jeszcze żyje?
- Może tak. Może nie. – Obcy wydął bezsilnie usta i wzruszył ramionami, po czym sięgnął po swoją szklankę.
- Rozumiem… - odparł Tigo, świadom, że ma miejsce jeden z tych nielicznych momentów, w których nie pozna odpowiedzi na swoje pytanie. Przynajmniej nie teraz. - I niby w czym miałbym ci pomóc?
- Muszę odnaleźć pewną rusałkę.
- Rusałkę. – Krasnolud uniósł krzaczastę brwi. – Tylko jedną? A nie wolisz od razu Goplany? Po co się ograniczać, wszak i tak prawie wszystkie zostały wybite więc będzie tak samo łatwo!
- Nie, wystarczy mi jedna rusałka – odparł Tom, zachowując zupełny spokój.
- Jakaś konkretna? Może szukasz o konkretnym kolorze oczu albo wzroście!
- Tak, jest jedna konkretna.
- Zrobię to – burknął Hendrik, podkreślając wypowiedź groźnie uniesionym palcem. – Znajdę ci ją i nic więcej! Ale wiedz, chłopcze, że szczerze odradzam ci ten pomysł. – Wystawił lewą nogę i podciągnął nogawkę ukazując golemiczną protezę. – Puszcza jest teraz niebezpieczniejszym miejscem niż

11




kiedykolwiek. Poza tym będę potrzebować więcej informacji.
- Mam informacje. – Tom uniósł szklankę w toaście. - I proszę się nie martwić, wcale nie musimy wybierać się do Puszczy.

     ***

      - Plotki nie przesadzały – przyznał Tom, naciągając kaptur i chroniąc się przed pierwszymi kroplami deszczu. - Rzeczywiście znasz się na rzeczy, dowiedzieć się tyle w ledwie trzy dni! Ale czym właściwie jest ten Błękitny Księżyc?
Jedna kropelka spadła na ramię Hendrika, znacząc jego stary, dobry garnitur. Krasnolud spojrzał nienawistnie na ślad.
- Na twoim miejscu nie mówiłbym o tym tak głośno – warknął, w międzyczasie przesuwając kolejne dźwignie. Wielki silnik pojazdu umiejscowiony za nimi przyspieszył na chwilę obroty, a nad krasnoludem i jego pasażerem pojawiły się dwie parasolki trzymane przez golemiczne ręce. Ich paromobil przypominał turkoczący, otwarty dyliżans z kilkoma małymi kominami po bokach i największym w tylnej części konstrukcji. I dwiema mechanicznymi parasolkami. – W ogóle najlepiej nie pytaj nikogo o tę nazwę!
- Naturalnie.
Pojazd wypuścił kolejny kłąb dymu i skręcił w uliczkę wchodzącą między

12




rzędy wysokich, szarych kamienic. Ta była zdecydowanie węższa i ciemniejsza od głównej, ale przynajmniej nie była zakorkowana gęstym rzędem paromobili i bardziej golemicznych środków transportu, naśladujących konie czy inne, mniej konwencjonalne zwierzęta.
- Błękitny Księżyc zajmuje się odnajdywaniem artefaktów z czasów przed Nową Terią. – Hendrik ściszył głos. - Jeszcze z czasów przed polowaniami na czarodziejów. Przed zaborem. Magicznych artefaktów.
- I Cesarstwo pozwala na to?
- No właśnie tu leży pies pogrzebany. Oficjalnie, Błękitny Księżyc zajmuje się najzwyklejszym handlem. Najpewniej muszą mieć jakiś układ z Cesarzem, przypuszczam, że są częścią Szarej Armii.
- Szarej Armii?
Hendrik rozejrzał się konspiracyjnie.
- Szarą Armią nazywa się organizacje, które wykonują… Pewne czynności dla Cesarza. Takie, których Cesarz nie może podjąć oficjalnie.
- Brudną robotę – rzucił pogardliwie Tom.
- Nikomu nie wolno mówić głośno o tych sprawach, ani tym bardziej zadawać pytań. Nie jeden już za to przepadł. Cesarz słyszy wiele. Są tacy, którzy twierdzą, że wszystko,
Paromobil podskoczył lekko kiedy

13




wjechali na kolejną, nieco szerszą uliczkę.
- Nie wydawałeś się być jego fanatykiem – obcy parsknął - naprawdę wierzysz w te jego boskie umiejętności?
- Wierzę, że wszystko ma swoje wytłumaczenie – odparł rzeczowo krasnolud i przestawił kilka dźwigni. – Ale w kwestii Cesarza są rzeczy, które nie do końca potrafię wyjaśnić.
- Na przykład katastrofa Nautici?
- Nie – Hendrik machnął ręką – to najpewniej był jakiś sabotaż od wewnątrz. Ale wielu twierdzi, że Cesarz samym spojrzeniem jest w stanie nakłaniać innych do swojej woli.
- Może jest bardzo przekonującym retorem? – Tom wzruszył ramionami. – Albo może po prostu czarodziejem? Pozbyć się wszystkich czarodziejów tak żeby zostać ostatnim, jestem w stanie w to uwierzyć. To by pasowało do czarodzieja!
- Nie sądzę. W całej Terii są rozstawione magiczne czujniki – wskazał ręką na system anten umieszczony na dachu jednego z budynków – system działa naprawdę dobrze. Wielu ludzi natychmiast wykryłoby czary Cesarza. Jeśli rzeczywiście miałby jakieś specjalne zdolności, musiałby być czymś zupełnie innym.
- Bogiem? – wtrącił Tom. – To chciałeś

14




powiedzieć.
- Niektórzy w to wierzą.
- A ty?
- Ja? – zdziwił się Hendrik. „Bogowie nie muszą prosić innych o mordowanie za nich. Z resztą, Bóg nie musiałby zaspokajać swoich kompleksów powiększaniem władzy i potęgi”, pomyślał, ale nic nie powiedział.
- Wiesz, niegdyś w Puszczy były masy Pradawnych Bóstw i innych takich – ciągnął Tom. - Może jest jednym z nich.
Hendrik zaśmiał się głośno.
- Po pierwsze, żadne z nich bóstwa – wyjaśnił. – Zwyczajny magiczny gatunek. No dobrze, może nie taki zwyczajny, ale ktoś po prostu był pod wrażeniem i omylnie nazwał ich bóstwami, a reszta baranów to podchwyciła! Po drugie, pradawnych bożków już nie ma, tak samo jak czarodziejów i tak jak nie będzie niebawem rodowitych Terrańczyków. – Wskazał palcem na żelazną bramę, którą właśnie mijali. Po obu jej stronach rozciągał się wysoki, kamienny mur. Stało pod nią dwóch strażników ze strzelbami w dłoniach. Za nią wyrastała jakaś dzielnica, wyjątkowo obdarta i brudna.
- Getto… - wymruczał Tom i zamilkł na chwilę. – Naprawdę myślisz, że nie ma już czarodziejów?
- Słuchaj – Hendrik pierwszy raz od

15




jakiegoś czasu odwrócił spojrzenie z drogi i wbił je w Toma – zapewne jacyś czarodzieje jeszcze żyją, tak jak magiczne istoty, ot choćby rusałka, do której jedziemy. Może gdzieś żyją jeszcze biesy, skrzaty, a może nawet dobrzy ludzie, ale oni wszyscy ukrywają się, bo większość tych, których tu widzisz dookoła jest albo głupia, albo paskudna z natury i boją się tego co inne. Boją się tak bardzo, że nie zafundują im getta, ale od razu powieszą lub spalą. Przepraszam, może nie od razu, wcześniej pomęczą je trochę. Wiesz, że czarodziejom z miejsca wydłubuje się oczy? To pierwsza rzecz jaką należy zrobić, bo oczy zapewniają połączenie między mocą czarodzieja, a światem. Ich brak ogranicza magikowi jego magiczny potencjał. Gorzej jak się później okaże, że taki czarodziej wcale nie był czarodziejem, ale ta myśl niespecjalnie kogoś powstrzymuje, jeśli o czary podejrzewa się Terrańczyka.
- Tak, słyszałem o tym. Musiałeś to robić wiele razy – odparł cierpko Tom, a Hendrik skamieniał na moment. Przybysz dodał zaraz – Ja… Przepraszam, nie powinienem tego mówić.
- Nie… Powiedziałeś prawdę. Musiałem wybrać

16




stronę i wybrałem – odparł dumnie Hendrik. - Nie widzę powodu, aby się tego wypierać.
Nastała przeciągła chwila milczenia, przerywana stukotem kiedy ich paromobil pokonywał kolejne nierówności na drodze. Gdzieś daleko zagrzmiało, od dawna zwyczajową barwą Teriańskiego nieba była pospępna szarość. Znakomicie imitowała tutejsze obdarte, okopcone kamienice. Niemal nikt nie pamiętał już czasów kiedy przestrzeń ponad Teriańskimi miastami wypełniał błękit i biel, wydawały się tak odległe, że niemal nierealne. Jakby niebo od zawsze było spowite dymem z niezliczonych fabryk i tartaków, które łapczywie pochłaniały to co zostało z Pradawnej Puszczy.
Ciężko byłoby uwierzyć jak kolorowe i głośne od rozmów były kiedyś te ulice, wypełnione przedstawicielami właściwie wszystkich ras. Teraz szary tłum, złożony prawie tylko z ludzi i krasnoludów, wolał się nie odzywać, bo wszechobecni gwardziści szukali byle pretekstu, aby móc przeprowadzić kontrolę i niewiele rzadziej kogoś spałować. Ciężkie, zapylone powietrze wypełniał ryk silników - pojazdy należały prawie wyłącznie do osiedlonych tu Jagsończyków, przysłanych z

17




rdzennych części Cesarstwa. Reszta mieszkańców ledwie wiązała koniec z końcem i nie mogła nawet marzyć o luksusie paromobilu czy transportowego golema. Z resztą wątpliwe żeby chcieliby używać nowoczesnej, krasnoludzkiej technologii – Teriańskie przezwyczajenia i tradycje były skierowane ku naturze i sceptyczne wobec zgrzytających zębatek, żelaza i ciężkiego smogu. Tym szybciej należało ową naturę zniszczyć, bo z nią, z tradycjami i kulturą umierała dawna Teriańska tożsamość.
Wystarczyło ledwie kilka lat, aby skutki takiej polityki były zauważalne. Skutki powodowane przez takich ludzi jak Hendrik… Wiedział o tym, czasem wspomnienia jego celów niepostrzeżenie i bez pytania wślizgiwały się do jego głowy. Chyba tak naprawdę bardziej niż Terrańczyków, którzy sami sprowadzili na siebie swój los, żałował tych wszystkich magicznych istot. Gatunków, które już nigdy nie powrócą, które musiały być wyeliminowane, mimo że tak naprawdę nic złego nie zrobiły. Z czasem nauczył się, że z tych myśli nie ma pożytku - najlepiej nie zwracać na nie uwagi i pozwolić im odpłynąć, zostawiając przeszłość za sobą.

18




Zapominając o tak znanym niegdyś nazwisku – Strauss - kojarzonym z czterema najwspanialszymi Cesarskimi inżynierami.
- Mogę cię o coś zapytać? – przerwał milczenie Tom.
- Przecież już to zrobiłeś – burknął krasnolud.
- Pewnie i tak niebawem się rozstaniemy i już nie zobaczymy, więc to jedyna okazja. Ale nie musisz odpowiadać i nie musimy rozmawiać o tych sprawach.
- No… - odparł ze znudzeniem Hendrik, spodziewając się do jakich tematów będzie odnosić się obcy. Skręcili w kolejną ulicę, krasnolud zaklął w duchu, bo znowu utknęli w korku. Zaklął ponownie, tym razem nagłos, spoglądając w górę, kiedy przemykał nad nimi pojazd przypominający dużego, golemicznego pająka, precyzyjnie stawiającego kończyny między pozostałymi wehikułami.
- Podobno byłeś jednym z najskuteczniejszych Cesarskich myśliwych. Byłem ciekaw czy było jakieś zadanie, które wspominasz jako najtrudniejsze ze wszystkich.
„Staram się nie wspominać żadnego, chłopcze” – pomyślał Hendrik – „ale tak, jest takie jedno.”
- Hmm? – mruknął obcy.
- Powiem ci, ale ty też odpowiesz później na moje pytanie, zgoda?
Obcy wahał się, ale

19




w końcu, niechętnie – choć Hendrikowi wydawało się, że szczerze – przytaknął
- Zgoda! Ale ty zaczynasz.
- Niech będzie. Był jeden czarodziej, diabeł mi świadkiem myślałem, że już po mnie.
- Czarodziej? – Tom westchnął z rozczarowaniem. – Liczyłem na coś ciekawszego, jakieś niespotykane stworzenie, może nawet Leszego. Może chociaż czarnoksiężnik?
- Nie, tylko czarodziej – parsknął z rozbawieniem krasnolud. – A opowieści o czarnoksiężnikach wsadź sobie między bajki. Zwykle to gruba przesada.
- Przesada? – zaciekawił się obcy. – Niby dlaczego?
- Czarnoksiężnicy oddają się elementowi, który nie pochodzi z naszego świata. „Czerń” nie ma związku z podstawowymi żywiołami, które wszystko budują, dlatego powoli trawi ciało takiego maga, który z czasem przypomina potwora z horroru. Wykrzywia jego umysł, wprowadzając w obłęd. Ktoś taki, mimo swojego szaleństwa, jest bardzo przewidywalny, jest jak zwierzę, zwykła bestia. Nie ma co go porównywać do tytularnych czarodziejów, ci byli jak artyści! A czarnoksiężnicy to zwykli, obłędni, bezsilni wariaci lub dzikusy z odległych krain.
- Ciekawe. To co z tym

20




czarodziejem, o którym wspomniałeś?
- To były czasy kiedy antymagia nie była jeszcze tak powszechnie stosowana jak dzisiaj. Ja również z niej nie korzystałem.
- Okej, robi się coraz ciekawiej! – przyznał Tom i dodał cicho – chociaż nadal wolałbym Leszego, na pewno musiałeś jakiegoś spotkać. Albo biesa czy chociaż demona… Lykantropa?
- Ten czarodziej był druidem – kontynuował Hendrik, ignorując komentarze. – To rodzaj maga, który jest silnie związany z naturą. Miał chatkę w lesie, udzielał schronienia młodym magikom i prawdopodobnie wspierał też Starą Terię - To znaczy, rebeliantów. - Kiedy mnie zobaczył, napuścił na mnie drzewa, wilki i niedźwiedzia.
- Ale poradziłeś sobie!
- Tak, choć spłonął przy tym niemały kawał lasu. Bałagan, którego narobiłem zwrócił uwagę samej Rady Cesarskiej. Podczas tej walki musiałem się posłużyć wieloma z moich wynalazków i kiedy rada dowiedziała się o nich, postanowili, że lepiej przysłużę się Cesarstwu jako naukowiec, a nie pies gończy,
- I tak zostałeś najwyższym inżynierem.
- Nie. – Hendrik zaśmiał się. – To nie było takie proste! Ale to na pewno był

21




pierwszy krok ku temu. O, jesteśmy na miejscu – oznajmił nagle.
Ich paromobil zatrzymał się naprzeciwko jedynej kamienicy, która wyróżniała się ze smętnego szeregu. Nie trzeba było się przyglądać, aby dostrzec dużo porządniejsze okna i drzwi, czy też to, że cała musiała być niedawno odmalowana. Obaj siedzieli chwilę w milczeniu, aż ponownie odezwał się Tom.
- Powiedz mi, tak szczerze, nie żałujesz? Nie wstydzisz się? Nie chodzi mi o samych czarodziejów, ani nawet o tych, których tylko podejrzewaliście. Ale dzieci?
- Chłopcze, cokolwiek ci nie powiem, nie zmieni to mojej przeszłości. Słowa, nawet jeśli ktoś poczuje się lepiej, nie wnoszą nic realnego. Są jedynie pustymi pozorami. Zaspokajaniem próżności, ulgą dla sumienia. – Zaśmiał się, zmieniając ton na dużo lżejszy – Poza tym nie widzę powodu aby wylewać żale przed tobą! Więc nie, nie żałuję! Tymczasem, spójrz tam.
- Zwykła witryna sklepowa – odpowiedział Tom, wpatrując się w jedną z szyb na parterze wypielęgnowanego budynku.
- Przyjrzyj się uważniej – powtórzył Hendrik, wskazując palcem na dziwaczny graf, przedstawiający jakieś niezrozumiałe

22




kształty, na pierwszy rzut oka przypominały splątane zwierzęta. – Tam, wewnątrz tego… Czegoś.
Obcy wpatrywał się przed dłuższą chwilę, aż w końcu odezwał się, z przesadnym zrozumieniem
- Aaa… Rozumiem. Jakiś ukryty symbol, tak? A może mapa? Niech zgadnę, mapa prowadząca do legendarnego Atlantisu! Na bogów, ale trafiliśmy!
Hendrik z zażenowaniem pokręcił głową. Nagle, na jego twarzy zagościł wątły cień uśmiechu, który szybko ukrył. Takie niepoważne zachowanie, sama osoba obcego, przypominała mu kogoś dużo bardziej niż wcześniej zdołał to zauważyć. W jakiś sposób skojarzył go z Tigiem, pozornie zimnym, wyrachowanym sukinsynem, a wewnątrz ciekawskim lekkoduchem, ale w jak najlepszym znaczeniu tego słowa. A może tylko chciał go tak skojarzyć, może sam sobie to wmówił… Mniejsza z tym, nie ma sensu rozgrzebywać przeszłości. – Spójrz tam – wskazał palcem dokładniej – na to koło, bez tego kawałka.
- To… Księżyc – w końcu zrozumiał Tom. – Zapewne Błękitny Księżyc, tak?
- Tak, to ich symbol. Niby nie mają w tym miejscu swojego biura, ale rusałka, której szukasz prowadzi mały zakład krawiecki

23




na pierwszym piętrze.
- No to chodźmy!
- Nie, chłopcze – Hendrik ostudził jego zapał. – Zgodnie z umową, znalazłem ci ją. To wszystko. I nic więcej. Nie chcę wiedzieć jaki masz plan, ani co z nią zrobisz, jeśli w ogóle ci się to uda. – Przestawił dźwignię, a ręka z parasolką nad Tomem zgrzytnęła i zawinęła się do wnętrza pojazdu. - Uważaj na siebie.
- Hmm… - Tom zastanawiał się nad czymś przez chwilę, po czym naciągnął kaptur. – No nic. Jakoś sobie poradzę! – rzucił z czymś, co wydało się Hendrikowi durną, wręcz idiotyczną, brawurą. Bardzo znajomą brawurą.
- Czy ty w ogóle rozumiesz o czym ja mówię? – zapytał krasnolud, stukając swoją metalową protezą.
- Tak, zapewne! Mogę tam stracić nogę.
- Dlatego lepiej jeśli…
- Przepraszam – rozmowę przerwał im nadchodzący gwardzista, trzymał w dłoniach mały, przemoknięty notatnik. Za nim szło dwóch kolejnych, z wyciągniętymi pałkami i strzelbami na plecach. Wszyscy trzej byli ludźmi. – Dokumenty proszę.
- Panowie – zaczął Hendrik, ale przerwał, bo ten z notatnikiem również zaczął sięgać po swoją pałkę. Wszyscy strażnicy byli

24




młodzi i wydawali się mało doświadczeni dlatego krasnolud zaryzykował zmianę tonu na bardziej stanowczy – nazywam się Hendrik Kaugf, a ten pan to… Olaf… Van Hiderbagum. Rozumiem, że dbacie panowie o bezpieczeństwo, ale mogę spytać dlaczego na miłość boską zawracacie głowę Jagsończykom? Mało tu Teriańskich karaluchów do pilnowania?
- To pewnie dlatego się zatrzymali i coś sobie pokazywali – odezwał się jeden z gwardzistów, chwaląc się swoją niebywałą przenikliwością.
- Ale to podejrzane żeby tak sobie po prostu siedzieli – dodał drugi. – Na wszelki wypadek musimy ich sprawdzić.
- Van Hiderbagum… - powtórzył cicho ten z notatnikiem i przyjrzał się uważniej Tomowi. – Gdzieś już słyszałem to nazwisko.
- Naturalnie, że tak! – wrzasnął z oburzeniem Hendrik. – Toż to znany…
- Aktor – dopowiedział Tom.
- Aktor! – kontynuował Hendrik. – Znany w całym Sercu. Pan Hiderbagum jest moich gościem i właśnie pokazywałem mu nasze miasto. I pierwszym co nas spotkało jest taka bezpardonowa kontrola. Kpina! Przepraszam najmocniej, panie Van Hiderbagum!
Tom zrobił urażoną minę godną najwyższego szlachcica, a

25




może nawet starej sąsiadki, obok której ktoś ma akurat czelność oddychać.
- Nic się nie stało – odparł, niemniej urażonym głosem. – Założę się, że panowie po prostu chcą wykonywać swoją pracę najlepiej jak mogą. – Spojrzał na strażników z pogardą. Ci byli całkowicie zmieszani. – Zapewne stąd ta gorliwość. Choć przyznaje, nie tego się spodziewałem, panie Kag… - zawahał się.
- Kaugf – mruknął Hendrik, pokasłując.
- Kaugf – dokończył Tom.
- My… - zaczął niepewnie strażnik, ale zebrał się w sobie i dokończył z pewnością – przepraszamy. Pokażcie panowie tylko dokumenty i już wam nie będziemy przeszkadzać.
Tom przełknął głośno ślinę.
- Dokumenty – zaśmiał się głośno Hendrik – ależ naturalnie. Nie ma sprawy. Gdzieś tutaj je miałem, o proszę!
- Rzeczywiście. – Gwardzista od notatek wziął niewielką książeczkę od krasnoluda i pokazał pozostałym strażnikom. – Olaf Kaugf, zgadza się. – Wertował kolejne kartki. - Przepraszam najmocniej. Widzę, że służyliście podczas wojny. Hmm… I nie woleliście zostać w Burgvunii?
- A no, Osiedliłem się tu, a potem niezbyt mi się

26




chciało już przenosić. W moim wieku ogólnie niewiele się już chce zwłaszcza – postukał metalową nogą o paromobil – jeśli doda się do tego inne rzeczy.
- Rozumiem – przytaknął gwardzista i spojrzał na Toma. – A pańskie dokumenty?
- Ja… Przepraszam, ale chyba zostawiłem je na biurku.
Strażnik spojrzał na swoich towarzyszy, potem na Hendrika, potem na Toma, a potem znowu na swoich towarzyszy. Oni wzruszyli ramionami.
- Dobrze, i tak już panów niepokoiliśmy wystarczająco długo. Jeszcze raz przepraszam za fatygę. – Gwardzista ukłonił się. – Ale proszę mieć dokumenty przy sobie! Proszę pamiętać, to nie jest Cesarstwo jakie pan zna, panie Van Hiderbagum. To Teria, niemal wroga kraina. Do tego nadal zamieszkana przez Teriańskie robactwo.
- Rozumiem i dziękuję! – skwapliwie przytaknął Tom. – Będę pamiętać. Całe szczęście, że są jeszcze tacy gwardziści na służbie, od razu czuję się bezpieczniej. Zapewne nic nie ujdzie panów uwadze!
- Robimy co możemy. – Strażnik zasalutował niedbale. – To żegnam i życzę miłego dnia.
- Miłego dnia, miłego dnia! – odpowiedział Tom i opadł na fotel, ciężko

27




wypuszczając powietrze.
- Aktorem!? – Warknął Hendrik.
- To było pierwsze co mi przyszło do głowy. Van Hiderbagum?! – odgryzł się Tom – A gdyby go znali?!
- Zawsze można powiedzieć, że to zbieżność nazwisk, a potrzebowałem jakiegoś Jagsońskiego nazwiska. Jagsończyków raczej się nie sprawdza. Takie przyszło mi pierwsze na myśl. Jakoś tak mi się wydaje, że „Tom” nie jest zbyt przekonujące – dodał z ironią .
- A to twoje Knaf… Knag… Jak to się w ogóle wymawia?
- Kaugf! Trochę archaiczne, ale bardzo Jagsońskie. – Uniósł demonstracyjnie swoje dokumenty. – Pamiątka z dawnych czasów, często działałem pod przykryciem. Zawsze mam je przy sobie, bo nigdy nie wiesz co się może przydać.
- A ty lubisz być przygotowany na wszystko, co?
- A żebyś wiedział, panie Van Hiderbagum. Swoją drogą, my tu sobie gadu gadu, a tam czeka na ciebie ta twoja rusałka.
Tom skrzywił się.
- Na pewno nie pójdziesz ze mną?
- Nie ma mowy, chłopcze. Wykonałem swoją część umowy.
- No dobra. Ale przynajmniej zaczekaj aż wyjdę, dobrze? To może być kwestia życia i śmierci.
Hendrik wzruszył ramionami i nic nie odpowiedział.

28




Potem patrzył jak nieznajomy wysiada i zmierza ku kamienicy, a potem w niej znika. Przestawił kilka dźwigni, aby rozpalić silnik i w każdej chwili być gotowym do odjazdu. Zapewne siedząc w paromobilu prędzej czy później zwróci czyjąś uwagę, tak jak tamtych strażników, ale krótką chwilę mógł przecież zaczekać. Był ciekaw co się dalej wydarzy - obcy niewątpliwie ukrywał przed nim wiele ze swoich talentów i Hendrik nie wykluczał, że może mu się udać przeżyć spotkanie z Błękitnym Księżycem. Może nawet rzeczywiście uda mu się dostać tą rusałkę. Z drugiej strony, Tom był na pewno bardziej przenikliwy niż na to wyglądał, ale krasnolud wątpił aby domyślił się, że Błękitny Księżyc może świadomie zatrudniać rusałkę. Nie sądził, aby Tom przewidział, że owa istota może nie ukrywać swojej tożsamości przed organizacją, a sam Księżyc może świadomie zatrudniać nie tylko ją, ale i więcej magicznych istot. Z takiego spotkania nawet Hendrik nie wyszedł by cało, nawet kiedy był młodszy i silniejszy. No i ciekawe jaki Tigo ma w tym wszystkim udział, w ogóle ciekawe co się z nim dzieje. Kiedy występowali z

29




Czerwonych Kapturów obaj dostali możliwość wstąpienia w szeregi Cesarstwa, ale Tigo wolał zbiec, uznał, że tak się nie godzi. Ukochany uczeń Hendrika nie rozumiał, że to jedyny rozsądny wybór. Strasznie się wtedy pokłócili, ile to już będzie, siedem… Osiem lat?
Zagrzmiało, nie… To nie był grzmot, to był wybuch. Ale dochodził z przeciwnej strony niż kamienica Błękitnego Księżyca. Hendrik nadstawił uszu - po chwili nastąpiły kolejne eksplozje i zewsząd zaczęli zbiegać strażnicy, kierowali się w stronę zamieszania, a nad budynkami pojawił się gęsty, czarny dym. Na dachach zaroiło się od mechanicznych zwierząt, głównie ptaków, ale znalazło się też kilka wiewiórek i żbików przeskakujących pomiędzy budynkami. Przekazywały pilne wiadomości.
- Hej, strażniku, co to takiego? – zaczepił jednego z gwardzistów Hendrik. Gdyby nie złapał go za ramię, strażnik nawet by go nie zauważył.
- Panie, zabieraj się stąd! To z getta, Terrańczycy próbują przejąć miasto! – wykrzyczał strażnik, odbiegając.
- Powstanie… - wymruczał krasnolud, zaklął i spojrzał na budynek Błękitnego Księżyca. – Akurat dzisiaj, do

30




diabła cóż za wspaniały dzień na powstanie…
Strażnicy coraz gwałtowniej nakazywali mu odjechać, kolejno wyciągali broń. Gdyby przedostali się tu ewentualni powstańcy, sytuacja byłaby jeszcze gorsza - w końcu jego pojazd to pewna oznaka Jagsońskiego pochodzenia. Nie miał wyjścia.
„Szkoda, że tak to się kończy” – pomyślał i ruszył.

     
***

      Hendrik siedział rozwalony przy biurku i powoli sączył koniak. To była wyjątkowa butelka, dostał ją od samego Cesarza i trzymał na wyjątkową okazję. Wiedział że nie będzie już lepszej. Wiedział, że jeśli obcy przeżył, przyjdzie. Musiał przyjść. Krasnolud miał tylko nadzieję, że zrobi to jeszcze tej nocy, a nie, że każe na siebie czekać w niepewności. Oczywiście roztropniej byłoby dla obcego nie zjawiać się od razu, przyjść niespodziewanie, zaskoczyć Hendrika, ale ten człowiek również wydawał się być kimś kto woli mieć sprawy załatwione od razu.
Krasnolud powąchał zawartość szklanki, miała słodką, bardzo ostrą woń. Pociągnął łyka i wykrzywił twarz, a następnie przysunął do siebie dziwne urządzenie, nad którym pracował wcześniej tego wieczora. To był

31




ledwie prototyp, ale o dziwo wszystko wydawało się działać. Odetchnął głęboko ciężkim, zapylonym powietrzem - zwykle nie pozwalałby na taką ilość zanieczyszczeń w powietrzu pracowni, ale teraz… Teraz było wszystko jedno.

      W końcu, z lekkiej drzemki, wyrwało go pukanie.
- Kawrl? – zareagował krasnolud, ale nikt nie odpowiedział. - „Ciekawe czy jeszcze żyje… „ – pomyślał.
Drzwi uchyliły się, ukazując zakapturzoną postać.
– Zechcesz usiąść? – zapytał Hendrik tonem zimnym i niewzruszonym jak skała.
- Wiesz po co tu jestem? – odpowiedział pytaniem Tom.
- Tak, myślę, że wiem. Chyba wiedziałem od kiedy pierwszy raz cię zobaczyłem.
Obcy zamknął drzwi, a następnie usiadł naprzeciwko Hendrika, pusta szklanka już na niego czekała. Krasnolud ją wypełnił. Tom powąchał podejrzliwie zawartość i odstawił naczynie.
- Nie martw się, nic tam nie dodawałem – powiedział Hendrik. – Używanie trucizn jest poniżej mojej godności, masz moje słowo.
Obcy niepewnie podniósł szklankę, jeszcze raz powąchał i wypił zawartość.
- Nie byle jaki trunek – skomentował, parskając od goryczki.
- Zgadza się, prosto z

32




Serca, panie Van Hinderbagum. Pańskie zdrowie – Hendrik uniósł swoją szklankę w toaście.
- Skoro wiedziałeś od początku… Wiesz też, że wcale nie musiało się tak kończyć.
- Podejrzewam. Ale naprawdę nie mogłem na ciebie zaczekać. Wybuchły zamieszki w getcie. Tym idiotom zachciało się przeprowadzać powstanie, pewnie już ich wybili co do nogi.
- Nie o tym mówię.
Krasnolud uniósł szklankę i poruszając nią lekko, przyjrzał się zawartości.
– Mogłem okazać skruchę. Żałować. Może nawet przeprosić, za wszystko co zrobiłem.
Obcy milczał i słuchał z uwagą.
- Chłopcze, widziałem jak czarodzieje spalili całą wioskę, zaganiając do niej uciekających mieszkańców. Widziałem jak napadali, rabowali i gwałcili, wykorzystując przewagę jaką dawały im czary. Nikt nie mógł się bronić. Strona, którą wybrałem nie jest bez wad, ale musiałem dokonać jakiegoś wyboru. I nie będę udawać, że tego nie zrobiłem ani unikać odpowiedzialności. Wystarczająco wielu ludzi, którymi gardzę, robi to dookoła.
- Wolałeś stanąć przeciwko Terrańczykom? Twoim rodakom?
Hendrik zaśmiał się.
- Rodakom? Bo tak się sami nazwali?

33




Gówno ich obchodziła Teria i nadal nawet nie myślą co reprezentuje słowo „Terrańczyk”, po prostu szastają nim na lewo i prawo. Używają go jak jest wygodnie. Przed Cesarzem, w Terii Panował król Krawluss, młody syn Jargła, słyszałeś o nich?
- Coś słyszałem – obcy skrzyżował ręce na piersi. – Ale chętnie posłucham co masz do powiedzenia. Jeśli oczywiście mamy czas.
- Mamy. Nikt nie będzie nam przeszkadzał. Od Terrańczyków usłyszysz, że Jargło był dobrym władcą, że bardzo kochał ludzi. Ta druga część to prawda.
- A pierwsza? Nie rządził dobrze?
- Był naiwny. A jego miłość do ludu zgubiła nie tylko go, ale i cały kraj. Wierzył, że najsprawiedliwiej będzie oddać władanie nad krajem jego mieszkańcom, że nikt lepiej od nich nie zna ich potrzeb. Podzielił kraj na województwa, powołał wojewodów, ci stworzyli własne organy władzy, a nawet zróżnicowane prawa.
- Decentralizacja jest koncepcją znaną od bardzo dawna. To co mówisz brzmi dość dobrze, ale założę się, że coś poszło nie tak.
- A i owszem, pewnie, że poszło! Jargło spodziewał się, że lud, to bydło, a wojewodowie już w ogóle, są podobni

34




do niego. Że interes państwa i tych za których są odpowiedzialni przełożą ponad swój.
Tom parsknął.
- Oczywiście tak się nie stało -kontynuował krasnolud. – Województwa coraz bardziej separowały się od reszty królestwa, aby móc wywierać na siebie nawzajem większe naciski. Większość wojewodów przekładała swoje własne interesy nad wszystko inne, a jeśli nawet nie… Szybko znikali. Byli ludzie, którzy chcieli mieć na tym stanowisku kogoś kim łatwo manipulować albo ewentualnie przekupić. Teria stała się rozbita i słaba.
- I wtedy nastąpiła inwazja…
- Cesarz miał ją zjednoczyć. Ludzie witali Jagseńską armie z otwartymi ramionami, oczywiście nie zdradzając się przed Jargłem i Krawlussem, dopóki wojska nie były już pod samym Kamieniodębem! Tak im się odwdzięczyli… Właśnie tacy są Teriańczycy. – splunął. -Egoistyczni, dwulicowi, a przede wszystkim ograniczeni i głupi.
- A ty tak samo jak oni uwierzyłeś w dobre intencje Cesarza.
- Nie, w żadnym razie! Ale jeśli nie Cesarz, na Terie zaraz napadłby ktoś inny. Państwo i tak się rozpadało i nie można było go uratować. Liczyłem, że Cesarz przynajmniej

35




zjednoczy nasz kraj. Albo, że w najgorszym wypadku ludzie sami zaczną się jednoczyć, ale Terrańczycy najwyraźniej wolą się skupiać na skakaniu sobie nawzajem do gardeł. No przepraszam, jak skończy im się bimber, na chwilę zjednoczą się w jakimś idiotycznym i niezorganizowanym zrywie, jak na przykład to dzisiejsze powstanie. Ale wtedy zwykle wystarczyłoby po prostu dostarczyć więcej gorzały i sprawa załatwiona. Chłopcze… Wszystko co robiłem, robiłem dla mojego kraju.
- To okaż skruchę do jasnej cholery! – wrzasnął Tom. Hendrik przypuszczał, że człowiek trzymał do tej pory nerwy na wodzy i że jedynie starał się przybrać jak najbardziej niewzruszoną maskę, ale aż tak gwałtownej reakcji się po nim nie spodziewał. - Nie za Terrańczyków, ale za wszystkie kobiety i dzieci, które były twoimi ofiariami! Zrób to dla swojegu kraju i walcz o jego przyszłość.
Hendrik westchnął smutno.
- Nie. Już nie… Poza tym… Ja naprawdę nie żałuję. Owszem, wolałbym nie musieć robić żadnej z tych rzeczy, wolałbym aby nikomu nic się nie stało, ale wybierałem najlepsze rozwiązania i nie mogę tego żałować. To były moje decyzje i

36




każdą z nich podjąłbym tak samo.
- Czyli to koniec?
Krasnolud wzruszył ramionami.
- Powiedz mi jeszcze – odezwał się – udało ci się znaleźć tą rusałkę?
Tom skinął głową.
- Możesz jeszcze odstąpić – dodał z uśmiechem Hendrik, ale obcy szybkim ruchem wyciągnął spod peleryny rewolwer i wymierzył w krasnoluda,
- Hendriku Strauss, za wszystkie twoje zbrodnie przeciw Starej Terii skazuję cię na śmierć.
Hendrik ponownie westchnął, a Tom pociągnął za spust. Huk wystrzału rozniósł się po pomieszczeniu, ale z rewolweru nie wydobyło się nic poza wąską strużką dymu.
- Interesujące… - mruknął krasnolud, a człowiek wpatrywał się w swój rewolwer ze zdziwieniem. – Eksplozja powinna rozerwać tą broń na strzępy i poważnie cię poranić. Nie ma materiału, który by to przetrwał… Rewolwer obłożony zaklęciami to prawdziwa rzadkość, co to takiego, runy? Mogę go zobaczyć?
Tom uniósł prze siebie drugą rękę jakby chciał z niej coś wypuścić, ale tym razem również nic się nie stało. Spojrzał na wnętrze dłoni z niedowierzaniem. Dopiero teraz zwrócił uwagę na wilgotne powietrze i unoszący się w nim

37




pył. Pokręcił głową z rozbawieniem.
– Nie łatwo było wytworzyć odpowiednio silną dawkę a tym bardziej utrzymać stałe nasycenie – powiedział Hendrik i spojrzał na ogień we wnętrzu pieca. Miał lekko fioletowy kolor i to z niego wydobywał się pył wypełniający całe pomieszczenie. Ponownie spojrzał na rewolwer obcego – Mogę go zobaczyć? – Postukał ręką o dziwne urządzenie na biurku. – To jedynie prototyp, ale reaguje na silne wyładowania energii, na przykład wybuchy czy choćby wystrzały, zamyka je w bańce, neutralizując, a jednocześnie zwracając całą energię przeciw źródło. Czysta krystalomancja, zero czarów.
Obcy zrobił pistoletem młynka i wyciągnął go kolbą ku Hendrikowi. Krasnolud odebrał broń, studiując z uwagą.
- A więc runy… Znakomita robota. Dzieło krasnoludzkich zaklinaczy z Akademii Matki Ziemii, wiedziałeś, że powstało tylko kilka egzemplarzy takiej broni? Zaczarowanie ruchomych przedmiotów wcale nie jest proste, zwłaszcza jeśli działają na nie takie siły jak na broń palną! – wyciągnął broń, aby oddać ją właścicielowi.
- Możesz go zatrzymać.
- Naprawdę? – odparł z

38




rozczarowaniem krasnolud, sięgając po szklankę. Drugą ręką wcisnął rewolwer za pas. – Tak to się kończy? Nie masz przygotowanej żadnej sztuczki, żadnego triku? Spodziewałem się więcej po kimś komu zaufał Tigo. Jestem rozczarowany.
Tom uniósł jedną brew.
- Nie to nie. – Krasnolud wyzerował naczynie i odstawił je na stół. – W takim razie moja kolej! – Gwałtownym ruchem wydobył swój własny pistolet, który miał przymocowany przy bucie, jednocześnie wywracając całe biurko i roztrzaskując dziwaczny prototyp.
Obcy przetoczył się do tyłu, o centymetry unikając strzału. Pobiegł w kierunku drzwi, ale te eksplodowały, odrzucając go do tyłu i powalając na ziemię. Mina pułapka, przygotowana przez Hendrika wcześniej, zadziałała dokładnie tak jak powinna. W miejscu gdzie przed chwilą było wyjście znajdowała się teraz wielka, płonąca dziura. Gdyby Tom znalazł się o kilka kroków bliżej, byłoby po nim.
Krasnolud stanął nad obcym, mierząc do niego z pistoletu. Jego broń nie była tak elegancka jak runiczny rewolwer Toma - miała wiele widocznych, ruchomych części i kilka niedużych zaworów – ale Hendrik sam ją

39




skonstruował i wiedział, że go nie zawiedzie.
- Ten pył… - obcy zakasłał obitymi płucami – Co to takiego?
Krasnolud spojrzał na dopalający się w piecu ładunek, a potem na dziurę, przez którą ulatywała unosząca się w powietrzu mieszanka To nic, zdąży załatwić sprawę zanim pył ulotni się do reszty.
- Mieszanka glinu, chromu, tungstenu i kilku niepopularnych ziół, potocznie zwana…
- Łańcuchem.
- Tak. Całkowicie hamuje wasze naturalne możliwości rozbijania czterech podstawowych elementów - innymi słowy, nie poczarujesz sobie. Choć spodziewałem się, że coś zauważysz… Muszę przyznać, że jestem trochę rozczarowany.
Nieznajomy zaśmiał się.
- Nie… - jego lewa dłoń zapłonęła czernią, która przypominała dymiący, unoszący się cień. – to ja jestem rozczarowany.
Czarny ogień wystrzelił z jego ręki strużką po podłodze, okrążył krasnoluda, a następnie eksplodował w górę gorejącymi językami. Hendrik w ostatniej chwili uskoczył w bok i oddał w locie strzał. Znowu chybił.
Obcy wstał i otrzepał się. Jego dłoń cały czas płonęła, a krasnolud dopiero teraz dostrzegł podkreślone przez ognistą

40




czerń, łagodnie pulsujące na ubiorze nieznajomego runy. Czarował mimo jego antymagicznego pyłu...
Hendrik pokręcił głową. Co prawda jeszcze nikt nie znalazł sposobu, aby w pełni zneutralizować czarną magię, ale kilka lat temu zapewne przygotowałby się również na tak nieprawdopodobną ewentualność jak to, że obcy może nią władać. Tym razem jednak nie włączył jej do swojego równania, jeśli przegra, to tylko na własne życzenie i przez własną głupotę. Z drugiej strony, pojedynek, który miał być taki łatwy stał się właśnie dużo ciekawszy. Prawdziwy czarnoksiężnik…
„Coś szybko zniknęły te ognie” – pomyślał Hendrik, spoglądając na jeszcze dymiącą podłogę. Zastanawiał się czy czarne płomienie kieruje się własnymi prawami, czy może gorzej: obcy sprawuje nad nimi jakiś rodzaj kontroli. Póki co, lepiej będzie założyć to gorsze. - „Pieprzony czarnoksiężnik. Nie może mnie pokonać. Nie mogę przegrać w ten sposób!” – warknął w myślach.
Jeszcze kilka lat temu byłby całkiem spokojny o wynik tej walki, ale teraz… Jego oczy były wolniejsze, a reszta ciała dużo słabsza. Pięć, dziesięć lat temu na

41




pewno załatwiłby go jednym z dwóch chybionych strzałów. Co gorsza, nie znał możliwości obcego, a był pewny, że chowa jeszcze jakieś sztuczki w rękawie.
Płomienie okalające dłoń Toma nagle wygasły, a on sięgnął do kieszeni. Potem zamachnął się, rozsypując po pomieszczeniu kilka niewielkich, dobrze zawiązanych woreczków.
„Pięć” – szybko policzył Hendrik, śledząc dokładnie tor każdego z nich.
– A to co za diabelska pułapka! Co to za sztuczka? – ryknął.
Nieznajomy wykrzywił usta w przebiegłym uśmiechu.
- Moja najlepsza – odpowiedział i… Zniknął, rozpłynął się w ciemnej chmurze. – Dla ciebie też? – zapytał zza pleców Hendrika, wyciągając z szafy butelkę wina. – Trochę tu tego masz! – rzucił z aprobatą. – Ale wybacz, nie przepadam za koniakiem.
- „Na wszystkie diabły! On potrafi się teleportować” - pomyślał z trwogą krasnolud i przełknął ślinę. Zastanawiał się czy ma to jakiś związek z tymi woreczkami – pewnie tak, bo jeden z nich znajdował się tuż przy szafie, właśnie tam gdzie pojawił się obcy.
- Jak widzisz – zaczął Tom, wypalając dwoma palcami korek i nalewając

42




ciemne wino do kieliszka. - Nie wygrasz. Oboje to wiemy. Może…
Przerwał mu huk. Hendrik był dumny z tego z jaką prędkością dobył swojej broni i jak celny strzał oddał. Kula rozbiła trzymany przez obcego kieliszek – szkło poraniło rękę czarnoksiężnika, zatrzymując na odłamkach kilka kropelek krwi - ale kiedy miała się wbić w jego ciało, tego tam nie było! Tom znalazł się w drugim końcu pokoju, tuż obok pieca. Hendrik nie czekając, oddał strzał w każdy z rozrzuconych wcześniej woreczków. Jego celność, mimo wieku i ku jego lekkiemu zaskoczeniu, była bezbłędna.
- Nieźle… - mruknął obcy, ale krasnolud nie pozwolił mu dokończyć. Machnął ręką, a zza Toma, z zakamarka przy piecu, wyskoczył potężny, zgrzytający kształt i pochwycił go w miażdżącym uścisku. Golem strzelił parą ze wszystkich stawów, z zamiarem ugotowania swojej nieszczęsnej ofiary, ale ofiary znowu tam nie było.
Tom podniósł fragment zbitego kieliszka z podłogi. Szkło było naznaczone jego krwią.
- Magia krwi… - zrozumiał Hendrik. - W tych woreczkach była twoja krew. Możesz się do niej teleportować. Niebywałe...
- Dziękuję – odparł

43




obcy, ze smutkiem patrząc na rozbitą butelkę. – Doceniam podziw, ale szkoda tak dobrego rocznika, ta butelka pochodziła jeszcze z królewskiej winiarni.
- Przyznaję, ta sztuczka była niezła – powiedział Hendrik, biorąc Toma na muszkę. Tym razem nie zamierzał pozwolić, aby obcy zdążył sięgnąć po swoje woreczki czy po cokolwiek innego. Chyba, że miał zamiar zrobić to z dziurą w głowie. – Ale już nie masz gdzie się pojawić, chłopcze. To chyba oczywiste, że to raczej ty nie wygrasz.
„Na wszystkie diabły, powinienem go zastrzelić. Czemu jeszcze tego nie zrobiłem” – usilnie zastanawiał się Hendrik. Przypuszczał, że tak naprawdę już jednym z poprzednich strzałów mógł zabić obcego, ale… Czy Tom przypominał mu Tiga aż tak bardzo? Swoją brawurą, nieustępliwością? A może tym, że ktoś pierwszy raz od dawna potrafił go zaskoczyć. „Nie, to bez sensu, bez sensu!” – warknął w myślach i pociągnął za spust.
Pocisk wbił się w chmurę czarnego dymu, a nieznajomy pojawił przy parowym golemie. Krasnolud dostrzegł krwawy odcisk dłoni na maszynie – „ Zupełnie jak Tigo” – pomyślał, powstrzymując dziwną

44




radość.
Zanim maszyna zdążyła zareagować, Tom efektownym młynkiem wyciągnął spod płaszcza czarny jak noc sztylet i wbił w brzuch mechanicznego sługi, pociągając i rozpruwając golema aż pod samą szyje. Niewątpliwie, to też musiały być czary bo nóż przechodził przez maszynę jak przez masło. Iskrzący, rozdarty na dwa golem upadł na podłogę, a sztylet Toma naznaczył powietrze łagodną smugą runów, które go pokrywały.
- Proszę – odezwał się zupełnie innym tonem obcy. Miał w sobie zamaskowaną nutę prośby, może nawet błagania. – Wiesz, że nie chcę tego robić. Wystarczająco porządnych krasnoludów zginęło na moich oczach.
„Zupełnie jak Tigo” – pomyślał Hendrik. – „Wahał się, nie potrafił mnie wykończyć. Tylko, że on zginie przez tą naiwność.”
- Nie masz już gdzie uciec, chłopcze. Ty wybrałeś swoją stronę, a ja swoją – odrzekł krasnolud i błyskawicznie uniósł broń, ale nie zdążył wystrzelić. Obcego już tam nie było.
Broń wyślizgnęła się z bezsilnych palców Hendrika, zakasłał krwią. Nie zdążył się nawet odwrócić, kiedy nieznajomy pojawił się za nim i wbił mu sztylet

45




pod żebra. Musiał znać się na rzeczy, bo mógł wbić nóż na dziesiątki sposobów, za każdym razem zadając inny rodzaj bólu, ale zrobił to tak, że krasnolud prawie nic nie poczuł.
Sięgnął pod ramieniem Hendrika do jego pasa i zabrał swój runiczny rewolwer. Krasnolud zachwiał się i niemal nie upadł, ale obcy podtrzymał go i delikatnie położył na ziemi.
- Rewolwer – wymamrotał Hendrik. – „On też jest naznaczony krwią. Od początku to planował. Drań mnie przechytrzył. Zupełnie jak Tigo” -pomyślał, a jego twarz zastygła w uśmiechu.

     ***

      - Długo cię nie było – rzuciła kobieta, czekająca na skraju lasu. W nocnej ciemności jej kształt był nie do odróżnienia od czarnego otoczenia, ale jej długie włosy i wąskie oczy połyskiwały delikatną zielenią. – Wy się tam zabawiacie, a ja stoję tu i moknę! Do tego pada coraz bardziej!
- Myślałem, że odpowiada ci taka pogoda. Jako rusałka chyba powinnaś lubić wodę – odparł nadchodzący Tom, bez większego zainteresowania. Przystając obok kobiety, chroniącej się od deszczu pod rosłym drzewem, ściągnął przemoczony kaptur.
- Durny człowieku, jesteś taki sam jak

46




reszta. Nie odróżniacie pani wody od pani księżyca, czy nawet trawy. Wszystko dla was to jedne i te same rusałki!
- A ja się zastanawiałem czemu niektórzy nazywają was „paniami”, a inni zwykłymi „babami”… - odparował Tom i zmienił wątek – Ruszamy?
Kobieta odburknęła coś w niezrozumiałym języku i zniknęła w głębi ciemnej Puszczy. Czarnoksiężnik podążył za nią.

     *****

47




Wyrazy: Znaki: