Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 180
Dzisiaj w pracowni: 1
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Podwójne saltoikonka kopiowania

Autor: Michalina Paula twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




Idealna. Idealny. Idealne. Idealna rodzina. Idealny dom. Idealne życie. Czemu wszyscy mi tego zazdroszczą? Wolałabym mieszkać pod mostem, jeść resztki pozostawionych przez innych ludzi posiłków, znalezione w śmietniku, nosić brudne, przepocone ubrania i... i... i... (można by tak wymieniać bez końca), niż mieszkać tu, gdzie niestety mieszkam. Nie wszystko, co na pierwszy rzut oka wydaje się „idealne”, rzeczywiście takie jest. Sama się zresztą o tym przekonałam. Nawet czasem lepiej jest być „nieidealnym”. Życie jest jak układanka. Jeśli jest „idealne”, czyli całkiem skończone, jest po prostu nudne. To, co nas napędza w życiu – chęć znalezienia tego właściwego elementu – nagle przestaje mieć dla nas znaczenie, puste miejsce zapełniamy puzzlem, który tylko powierzchownie oddaje cel, jaki chcieliśmy osiągnąć, a jakiego w gruncie rzeczy nie osiągnęliśmy. Takiemu „idealizmowi” lepiej podziękować i skupić się na szukaniu tego, co ważne. I o tym właśnie jest moja historia: o czymś ważnym, nie dla wszystkich, ale dla mnie.
Też byłam „nieidealna” i nadal jestem, i póki co będę. Nie żałuję tego, nie martwię

1




się tym, bo wiem, że w końcu nadejdzie również kolej na „idealność”. Ale w każdym razie nie byłam „idealna”, co nie pasowało do ogólnego obrazka mojej rodziny, która cieszyła się powszechną sławą (rodzina sportowców – kobiet sportowców: mama tenisistka, babcia tenisistka, prababcia i praprababcia również, i jeszcze parę pokoleń wstecz – wszystkie babki tenisistki, oprócz mnie). Wszystko się ze sobą zgadzało, wiązało się, tylko ja z nikim nie znalazłam tego wspólnego wiązania. Tak jak w chemii: byłam samotnie podróżującym atomem, którego nikt nie chciał przyjąć, aby stworzyć jakieś wiązanie. Mojej mamie bardzo to uprzykrzało życie, dlatego od najmłodszych lat robiła ze mnie kogoś, kim nie jestem, udawała, że jak ona jestem „idealna”. Jednak, kiedy odkryła, że nawet z tego nic nie wyjdzie, postanowiła już całkowicie porzucić jakiekolwiek starania i w miarę możliwości unikać mnie. Nie naciskałam na wspólny kontakt i matczyną opiekę, po pewnym czasie nawet jej nie chciałam, gdyż kojarzyła mi się z byciem tylko „na pokaz”, tylko „idealnym”. I tak w szybkim tempie stałam się dość

2




samodzielną, „nieidealną”, młodą damą. Lubiłam to słowo „dama”, od zawsze kojarzyło mi się z filmami, w których księżniczka w pięknej sukni poznaje wspaniałego księcia, zakochują się w sobie i żyją długo i szczęśliwie – to moje skojarzenia, które od razu, gdy ktoś tylko powiedział to słowo, przychodziły mi na myśl. Zawsze chciałam być taka jak one, ale mama szybko zamordowała moje marzenie, kwitując je tylko jednym zdaniem: „Aby być księżniczką, trzeba być choć odrobinę pięknym i w miarę szczupłym”. I tak marzenia umarły, szybciej niż na dobre się narodziły. Od tego czasu nie chciałam już być księżniczką, od tego czasu żyłam w świadomości, że jestem tą grubą i brzydką, aż do momentu, kiedy poznałam ją...
– Cześć, wszystkim! Mam na imię Gaja i jestem córką znanej tenisistki – powiedziałam, kiedy pierwszego września po raz kolejny przywitałam nową klasę (tekst na wstępie to kolejny z genialnych pomysłów mamy, aby jej córka nie stała się obiektem kpin, a raczej żeby ona na tym nie straciła). „Pełno osób w moim wieku, lustrują mnie, jedna osoba podchodzi... Jest nadzieja, że

3




będzie się chciała ze mną zaprzyjaźnić” – przeleciało mi przez głowę (do tej pory nie posiadałam przyjaciół). Niestety, kolejny raz to samo. Osoba pyta: „Twoja mama jest sławna?”, na co muszę odpowiedzieć oczywiście: „TAK”, bo przecież w końcu tak rzeczywiście jest. W nowej szkole szybko znalazłam przyjaciół, domniemanych przyjaciół, fałszywych przyjaciół, pseudoprzyjaciół – doprecyzowując. Tak, byli to przyjaciele, których zwykłam nazywać „chwilówkami” albo „zadaniówkami”, ponieważ chcieli ze mną przebywać tylko wtedy, kiedy czegoś potrzebowali (pojawiali się na chwilę), najczęściej chodziło o zadanie. Kolejna zmiana szkoły i kolejny raz to samo: jestem samotna, o ile w domu jeszcze jakoś sobie radziłam, bo gadałam do Frumante – przyjaciela–przytulanki, któremu zawsze mogłam się wyżalić, tak w szkole z samotnością ciężko było walczyć. Jeszcze bardziej bolało to, że wokół było tylu ludzi, a ja mimo wszystko wciąż czułam się samotna.
Mijały dni, każdy dzień budził się bardzo powoli, jakby chciał wszystkim powiedzieć, że już jest, powoli także mijał i z niezwykłą gracją

4




zasypiał. Czas dłużył się i dłużył. Ciągle to samo: dom, szkoła, dom, praca domowa, sen i kolejnego dnia ta sama sekwencja. Mama jak się do mnie nie odzywała, tak nie odzywa się nadal. Czasem powie: „to coś sprzątnij po sobie, to coś przynieś zakupy z auta”. Tak, niestety: „to coś”, byłam „tym czymś”. Wcześniej nie myślałam, że to tak bardzo będzie boleć, a jednak. Od dziecka wiedziałam, że moje imię nie podoba się mamie, w końcu po pierwsze nadał je tato, który nie istnieje już w życiu mamy, a po drugie, jak kiedyś określiła: „jest mało prestiżowe”. Być może dla kogoś, kto zmienia imię na Jessica rzeczywiście tak jest, ale mnie się podobało, głównie przez pierwszy powód. Brakuje mi taty. Może on by mnie zaakceptował? Może dla niego byłabym kimś więcej niż tylko „tym czymś”? I może on też nie jest tak jak ja „idealny”, dlatego mama wygoniła go ze swojego życia? Chciałabym kiedyś poznać odpowiedzi na te pytania...
– ...I jeszcze nie skończyłam, więc proszę siadać. Dzwonek jest dla nauczyciela, jeszcze się tego nie nauczyliście? Spokój! Praca domowa: napisać o sporcie, a jaki to

5




będzie sport, to za chwilę wylosujecie. Tylko proszę włożyć w to trochę uczucia. Chcę, żeby te prace były prawdziwe. Możecie napisać własną opinię na temat danej dyscypliny albo przeprowadzić wywiad ze szkolną drużyną, albo połączyć i to i to – wasz wybór. Uwaga! – krzyczała nauczycielka, próbując przekrzyczeć hasał w klasie, a ja miałam w głowie tylko jedno: byle nie o sporcie. Sport to dla mnie czarna magia, jestem słaba z WF–u, zdecydowanie wolę naukę z książek niż bieganie, a poza tym sport kojarzy mi się z mamą, czyli nie najlepiej. – Zadanie jest długoterminowe, na czwartek za trzy tygodnie, więc przyłóżcie się do tego. Nie ukrywam, że będę na to patrzyła pod kątem oceny końcowej – mówiła, ale już nikt z wyjątkiem mnie jej nie słuchał, bo wszyscy wybiegli na przerwę zaraz po wylosowaniu karteczki z nazwą dyscypliny, zresztą ja też się na chwilę wyłączyłam i usłyszałam tylko dwa ostatnie zdania.
Musiałam opisać gimnastykę sportową, czyli te wszystkie wygibasy na równoważni, macie czy trapezie. To nie był mój świat, bez wątpienia. Lubiłam patrzeć na takie widowiska, zazdrościłam nawet

6




tym dziewczynom i chciałam kiedyś spróbować swoich sił, ale moje chęci opadły na dno mojego serduszka, zaraz po tym, jak dowiedziałam się z ust mojej mamy, że jestem gruba i brzydka, i nigdy w żadnym zawodzie, w którym trzeba prezentować siebie, chciała przez to powiedzieć swoje ciało, nic nie osiągnę. I ja w to uwierzyłam.
– Co zrobić? Co mogę zrobić, a co powinnam zrobić? – zastanawiałam się w głośno w drodze do domu, tak byłam zaabsorbowana tym zadaniem i tak bardzo nie wiedziałam, jak się do tego zabrać, że o niczym innym nie myślałam. Szłam przed siebie, czasem tylko skręcałam i w ogóle nie patrzyłam na drogę i ludzi, na których parę razy wpadłam. Najstraszniejsze jednak było to, że przez moją nieuwagę o mały włos przejechałby mnie samochód, dopiero po tym się otrząsnęłam, zadanie odłożyłam na bok myśli i postanowiłam w końcu się skupić. Udało mi się nareszcie dojść do domu. Zajęło mi to trochę więcej czasu niż zwykle, ale i tak nikt nie zauważył mojej nieobecności. Teraz na spokojnie mogłam zająć się obmyślaniem zadania. Na początek zrobiłam to, co wydawało mi się najprostsze: po prostu

7




przeczytałam, co to w ogóle jest ta gimnastyka sportowa. Była ona o wiele ciekawsza niż się spodziewałam. Czytałam artykuł za artykułem i już nie z przymusu, ale z własnej chęci. Z końcem dnia w mojej głowie nakreślał się dość chaotyczny jeszcze plan działania, które miałam rozpocząć już kolejnego dnia.
Po lekcjach poszłam od razu do Polskiego Związku Gimnastycznego. Plan był prosty: przeprowadzić wywiad z paroma zawodniczkami, dodać coś od siebie i w zasadzie tyle, bo co mogłam innego zrobić. Ogromna sala pełna była jakichś nieznanych mi sprzętów, drążków, trampolin, równoważni. Na środku znajdowała się wielka, zajmująca dużą część pomieszczenia mata, na której, jak się domyśliłam, uprawia się te liczne harce. Przypomniały mi się te wszystkie filmiki o gimnastyczkach, które oglądałam w internecie. Zawsze piękne stroje podkreślające ich figury, upięte włosy... Wchodzą na matę i są tam tylko one, oczy wszystkich skierowane na nich... Na myśl nieoczekiwanie nasunęły mi się księżniczki, które – wypędzone z mojej głowy w dzieciństwie – powróciły, kojarząc mi się właśnie z gimnastyczkami. Ale to

8




była tylko chwila. Ktoś obudził mnie ze wspomnień i niemożliwych do zrealizowania marzeń, pytając:
– Co ty tu robisz? – odwróciłam głowę. Przede mną stała wysoka, szczupła kobieta, z miną, która wyraźnie odradza wchodzenia na jej teren bez pozwolenia. Szybko wstałam, nie chciałam na wstępie zrobić złego wrażenia.
– Dzień dobry – przywitałam się. – Nazywam się Gaja Romantowska – kobieta nie przestawała mnie lustrować.
– Dzień dobry – powiedziała kobieta nieco łagodniej, chociaż dalej widziałam na jej twarzy wypisane dużymi literami niezadowolenie. – Zaraz, zaraz – odezwała się po chwili, kiedy byłam już gotowa wypowiedzieć kolejne zdanie. – Czy ty przypadkiem nie jesteś córką tej znanej tenisistki?
– Zgadza się – przytaknęłam i przewróciłam oczami, bo w głębi duszy liczyłam, że to pytanie nigdy nie padnie. – Muszę zrobić projekt o gimnastyce sportowej – tłumaczyłam, a kobieta z każdą minutą coraz milej na mnie patrzyła, nawet parę razy się uśmiechnęła, ale podejrzewam, że było to spowodowane nie jej dobrym nastawieniem do mnie, ale możliwością poznania „słynnej tenisistki” i

9




wyciągnięcia z tego jakichś korzyści. – Myślałam, że może mogłabym tutaj przychodzić, podpatrywać pracę dziewczyn, czasem z nimi porozmawiać...
– Bardzo dobry pomysł – powiedziała, objęła mnie i zaczęła prowadzić do wyjścia. – Naturalnie możesz tutaj przychodzić, kiedy chcesz.
Stałyśmy już przy drzwiach, otworzyła je, a ja wyszłam.
– Tylko nie zapomnij wspomnieć o mnie mamie! – dobiegł mnie jeszcze jej głos.
Kolejne dni mijały mi na przychodzeniu do klubu, oglądaniu popisów gimnastyczek i spisywaniu moich spostrzeżeń. Zawsze siedziałam gdzieś z boku, aby jak najmniej osób mnie zauważyło. Jednak mimo usilnych starań wtopienia się w tło sali, nie obyło się bez uszczypliwych docinek ze strony niektórych.
– A ty co, pomyliłaś salę gimnastyczną z biblioteką? – zapytała raz jedna z dziewczyn, a inne, które stały koło niej, zaczęły się głośno śmiać. Spuściłam głowę, nie chciałam widzieć ich min.
– Dla takich jak ty nie ma już ratunku, więc możesz tylko popatrzeć, ale wierz mi – od tego nie schudniesz.
– Jedz więcej, a będziesz się toczyć jak beczka!
– Uwaga! Podłoga pęka!

10




Gimnastyczki muszą być chociaż odrobinę ładne, żeby przystąpić do jakichkolwiek ćwiczeń i diet. Nie martw się, tobie to nie grozi!
Śmiech, śmiech i jeszcze raz śmiech. Wszyscy się ze mnie śmiali. Od początku wiedziałam, że nie pasuję do tego świata, ale że tak... Rozpłakałam się i zalana łzami wybiegłam. Chyba jeszcze nigdy nikt mnie tak nie upokorzył. Nawet mama znała umiar i pomimo że byłam przyzwyczajona do uwag na temat mojego wyglądu, tym razem nie wytrzymałam. Pobiegłam od razu do swojego pokoju i rzuciłam się na łóżko. Musiała minąć długa chwila, zanim jakoś ochłonęłam.
– Czy ja naprawdę jestem taka brzydka? – żaliłam się Frumante. W jego oczach widziałam zaprzeczenie, ale co to teraz znaczyło. Jedynie przytulanka widziała we mnie kogoś więcej niż „tę brzydką i grubą”... Obracałam w ręce naszyjnik, jedyną pamiątkę po tacie, którego tak naprawdę nie znałam. Zastanawiałam się, jakby to było, gdyby on tu był. Czy też uważałby mnie za „coś gorszego”?
– „Jak pewna jesteś gwiazd na niebie, tak pewna bądź, że kocham Ciebie” – odczytałam napis na naszyjniku. Ciekawe, czy to prawda?

11




Od dziecka było to pytanie, które notorycznie zadawałam sobie w pamięci. Jedno z tych pytań, na które nie mam pojęcia, jak odpowiedzieć.
Do oddania pracy zostały mi aż dwa albo tylko dwa tygodnie. Nie mogłam już zmienić koncepcji, choć najchętniej zmieniłabym dyscyplinę albo w ogóle tego zadania nie robiła. Wiedziałam jednak, że pani się nie zgodzi. „Mus to mus” pomyślałam, choć te słowa nie dodały mi otuchy. Szłam jak na ścięcie, obmyślając, co te „gimnastyczki” mogą mi tym razem powiedzieć...
Ku mojemu zaskoczeniu sala była pusta. Dziwne... Nie drążyłam jednak tematu, w końcu lepiej dla mnie. Pierwszy raz mogłam bliżej przyjrzeć się sprzętom. Skocznia, trampolina, równoważnia, drążek gimnastyczny. Przechodziłam od przyrządu do przyrządu, lekko dotykając każdego z nich, tak aby niczego przypadkiem nie zepsuć. Nagle poczułam niedającą się wcześniej we znaki chęć bycia chociaż raz gimnastyczką. Odłożyłam wszelkie zbędne rzeczy i wskoczyłam lekko i swobodnie na równoważnię – zupełnie jakbym robiła to już kilkadziesiąt, a nawet kilkaset razy. Przeszłam parę kroków, zachwiałam się, ale nie

12




spadłam. Zrobiłam jakiś drobny skok, który podpatrzyłam na treningach. Powtórzyłam go. Potem jeszcze raz. I jeszcze raz. Później dołożyłam ruch od siebie. Byłam tak skupiona, że nie zauważyłam, jak ktoś wszedł do sali. Z gimnastycznego obłędu wyrwały mnie dopiero oklaski.
– Brawo! Brawo! – przestraszyłam się, bo myślałam, że to albo któraś z tych złośliwych dziewczyn, albo dyrektorka związku. Niepotrzebnie. Przede mną stał mężczyzna w średnim wieku ubrany w jakiś roboczy strój. W pierwszej chwili pomyślałam, że to sprzątający, ale nie powiedziałam tego głośno, żeby nie popełnić jakiejś gafy. On wciąż klaskał i krzyczał: „bis.” Aż się zaróżowiłam, nigdy wcześniej nikt mi nie bił braw.
– Dobrze ci idzie. Uczysz się tutaj? – zapytał, gdy już zeszłam z równoważni.
– Ja? – nie dowierzałam temu, co usłyszałam. – Ja? – powtórzyłam.
– Nie uczysz się? W ogóle? – był bardziej zdziwiony niż ja. – To wielka strata dla tej szkoły – stwierdził po chwili.
– Mają tu lepszych – chciałam ująć delikatnie, że w gimnastyce nie jestem nawet amatorem.
– Wróżę ci świetlaną

13




przyszłość jako gimnastyczka – zupełnie zignorował to, co przed momentem powiedziałam. – Jeszcze zobaczysz, mam nosa do takich talentów i niejeden skarb wykopałem już z ziemi. Kiedyś byłem czołowym polskim zawodnikiem w gimnastyce sportowej, ale się zestarzałem, zawiesiłem karierę i świat o mnie zapomniał. Teraz dorabiam sobie tutaj, choć i tak nikt nie liczy się z moim zdaniem – nagle posmutniał, a ja dokładnie wiedziałam, co czuje, wiedziałam, co to znaczy być „odrzutkiem”.
Nastała chwila ciszy. Każde z nas coś analizowało.
– A może mógłbym cię trenować – wypalił nagle, a na jego twarz znów wrócił uśmiech. – To byłaby szansa zarówno dla ciebie, jak i dla mnie – próbował mnie przekonać, pomimo że powiedziałam kategoryczne „nie”.
– Robert, pozamiataj, za chwilę przychodzą dziewczyny – przerwała naszą rozmowę dyrektorka i nowo poznany mężczyzna, czyli Robert, musiał wrócić do pracy. Dopiero wtedy do mnie dotarło, dlaczego tak bardzo zależy mu na treningach ze mną. Chciał po prostu powrócić do tego, co kochał, a nie być zwykłym sprzątającym.
– Zgadzam się – powiedziałam na drugi

14




dzień, kiedy spotkałam go przed wejściem do klubu. Na jego twarzy zagościł uśmiech.
– Bardzo się cieszę – tylko tyle zdołał wypowiedzieć, bo zabrakło mu słów. Miałam wrażenie, że nawet się troszeczkę wzruszył. Dla takiego obrazka naprawdę warto było się zgodzić, choć dalej nie zmieniłam zdania, że do gimnastyki w żaden sposób się nie nadaję. Z upływem dni moje złe nastawienie zaczęło się przemieniać w upartą chęć ćwiczenia. Nasze treningi utrzymane były w tajemnicy. Jedyne, co się zmieniło w moim dotychczasowym stylu życia, to pora powrotu do domu i czas przebywania poza domem. Zresztą mama i tak tego nie zauważyła.
– Wybij się! Skacz! Najpierw jedna ręka, potem druga! Więcej siły! – krzyczał nieraz pan Robert, ale to tylko w trosce o moje bezpieczeństwo. Był surowy i wymagający, lecz jak sam powiedział: „on wymaga tylko od osób, które naprawdę potrafią coś więcej”. Widział we mnie „coś więcej”, a to już zachęcało mnie do wysiłku. Nieraz chciałam zrezygnować, chciałam się poddać, ale on cierpliwie tłumaczył mi, że „nie od razu Kraków zbudowano”. I chyba miał rację. Na początku

15




myślałam, że robię to dla niego, ale z czasem zrozumiałam, że robię to także dla siebie, głównie dla siebie. Treningi zaczęły przynosić mi radość i wkrótce nie mogłam już bez nich żyć.
– Nie zrobię tego. Nie zrobię – mówiłam, będąc bliska płaczu. To był jeden z tych dni, w których przychodziło zwątpienie w swoje możliwości.
– Zrobisz – motywował mnie pan Robert. – Zrobisz. Pamiętaj, nie używaj rąk, zapomnij o nich... – mówił. Musiałam wykonać „gwiazdę”, to znaczy „przerzut bokiem”, mówiąc fachowo, tylko że bez rąk. Wystarczy dobry rozbieg, lekkie odbicie i po wszystkim. Szkoda, że w praktyce nie jest to takie proste...
– Nie dam rady – powiedziałam po raz setny i już całkiem zniechęcona usiadłam na macie. – Jak to jest, że innym to przychodzi z łatwością? – zapytałam.
– Z łatwością? – powtórzył pan Robert ze zdziwieniem. – Dziewczyno, ćwiczysz dopiero od paru tygodni i chcesz robić najtrudniejsze figury ot tak – pstryknął palcami. – To jest niemożliwe. Myślisz, że te inne dziewczyny, co tu chodzą, już wszystko potrafią? Bzdura. One chciałyby umieć tyle, co ty. Wszystkie

16




zahamowania są w twojej głowie, trzeba myśleć, ale nie przemyśleć. To klucz do sukcesu – rzeczywiście jego słowa miały sens, „wszystko jest w mojej głowie” i naprawdę tam było: uprzedzenie, strach przed upadkiem albo raczej przed wyśmianiem, brak wiary w siebie. Kumulowało się to przed każdym występem, każdą próbą pokazania czegokolwiek. Sama więziłam siebie, wiedziałam o tym, ale nie wiedziałam, jak z tym walczyć.
– Zapomnij o wszystkim. Sytuacje prywatne zostają poza salą. Wyobraź sobie: masz związane ręce, uciekasz przed kimś groźnym, coś jak w filmie akcji, i musisz przeskoczyć przeszkodę – powiedział, a ja, wierząc, że to mi pomoże, zamknęłam oczy i „wyczyściłam” głowę. Rozpędziłam się, zrobiłam lekkie odbicie i...
– Udało się!
Nie mogłam w to uwierzyć. Po raz pierwszy nie uciekłam od trudności, tylko stawiłam im czoło. To był mój szczęśliwy dzień, dzień, który rozpoczął nowy etap, tak przynajmniej to sobie tłumaczyłam.

     – Ciekawe, kiedy się domyśli – mówił do siebie pan Robert. Od paru tygodni trenował ze swoją córką, Gają. Nie wiedziała, że jest jej ojcem, a on, nie chcąc

17




psuć dobrej relacji między nimi, nie powiedział jej prawdy, choć wiele razy się zastanawiał, czy jej ukrywanie to dobra decyzja.
Zerknął na trzymane w ręce zdjęcie: on i Gaja. Zawsze miał je przy sobie. Mama Gai, jego była żona, nie pozwoliła mu na spotkania z córką. Wyrzuciła go z domu, gdy Gaja była jeszcze mała. Od tamtego czasu nie rozmawiał z Gają, ale miał wrażenie, że wie o niej więcej niż jej matka.

     Mój dobry humor zepsuła tajemnicza rozmowa mamy:
– On nie może z nią przebywać. Narobi mi tylko problemów. Czemu to głupie dziecko zawsze musi zrobić tak dużo rabanu? Masz coś z tym zrobić i nie obchodzi mnie jak. Ma to być załatwione jak najszybciej, inaczej możesz od razu się spakować i wynosić z mojego domu – mówiła do Elizy, swojej asystentki, sekretarki i służącej w jednym, która na słowo „spakować” zrobiła wielkie oczy i czym prędzej przytaknęła. – Żaden Robert nie będzie pałętał mi się po moim życiu. Wielki pan gimnastyk, a tak naprawdę zwyczajny sprzątający jak ty. Dorabia sobie w Związku Gimnastycznym i myśli, że powróci do zawodu sprzed lat – zaśmiała się. Czułam, jak krew mocno

18




pulsuje w żyłach. Skojarzyłam fakty: Robert, gimnastyk, pracuje w PZG... Pan Robert!
– Czemu mi nie powiedziałaś!
Zazwyczaj nie wtrącałam się w sprawy mamy, nawet jeśli dotyczyły mnie, ale teraz to była sprawa zbyt dużego kalibru, żeby dać spokój. Przez całe życie nie miałam ojca, a mogłam go mieć, gdyby chociaż zechciała powiedzieć mi prawdę.
– Czemu ukrywałaś go przede mną?! – krzyczałam i nie zamierzałam ściszyć głosu. Po chwili, wciąż nie uzyskując odpowiedzi, wybiegłam z domu wprost do klubu.
Robert przeciągał materace w kąt sali.
– Jesteś tchórzem – szepnęłam. – Wiedziałeś i nic mi nie powiedziałeś...
– Czyli już znasz prawdę... Moje przeczucia okazały się właściwe.
– Myślałam, że jesteś moim przyjacielem, a ty jesteś po prostu zwykłym kłamcą – mówiłam ze łzami w oczach. Po raz pierwszy znalazłam kogoś, kto akceptuje mnie taką, jaka jestem, kto widzi we mnie nie tylko „tę grubą i brzydką”, ale także wartościową dziewczynę, kto w końcu chce ze mną przebywać, nie patrząc na moją matkę i jej majątek. I ta osoba okazała się kłamcą. Bardzo się na nim zawiodłam.

19




Odeszłam, bo nie chciałam widzieć jego twarzy.
– Zapisałem cię na zawody – krzyknął za mną Robert.
Przystanęłam.
– Trochę późno ci to mówię, ale chciałbym mimo wszystko, żebyś wystąpiła. Jutro o dziesiątej. Nie rób tego dla mnie, zrób to dla siebie – powiedział, a ja, pomimo że nie miało to teraz znaczenia, zaczekałam, sama nie wiem dlaczego, ale zaczekałam.

     „Mogłem jej powiedzieć, mogłem”, obwiniał się pan Robert i tak był tym zajęty, że nie zauważył przejeżdżającego koło niego auta. Wszedł na ulicę, nawet się nie rozglądał. Auto jechało przepisowo, ale to wystarczyło, żeby pan Robert został przewieziony w ciężkim stanie do szpitala. Czekała go natychmiastowa operacja, po której najbliższe godziny miały decydować o jego życiu.

     „Jutro” nadeszło szybko. Postanowiłam, że wystąpię w tych zawodach. Stawiłam się o dziesiątej w klubie i ustawiłam się w długiej kolejce. W międzyczasie oglądałam rywalki: wszystkie były bardzo szczupłe, miały idealnie zrobione fryzury i przepiękne stroje. A ja? Wzięłam byle jakie getry, włosy związałam w kucyk, a swoją wagą dużo odstawałam od reszty,

20




choć i tak ostatnio schudłam. One też na mnie patrzyły, lustrowały mnie, wręcz zjadały wzrokiem. Wiem, co w ich głowach zapewne się kotłowało, ale wolałam o tym w tamtej chwili nie myśleć.
– Gaja Romantowska – powiedziałam do pani za stolikiem, sprawdzającej listę.
– Tak, zgadza się – powiedziała.
– A podpis rodzica? – zapytałam, bo widziałam, że również na karcie konkursowej jest taka rubryczka.
– Podpis już jest: pan Robert Gawor. To twój tata? – zapytała i, nie czekając na odpowiedź, przeszła wzrokiem na kolejną osobę z kolejki.
– Tak – powiedziałam do siebie.
Dziewczyny występowały po kolei, ja miałam numerek dwadzieścia osiem. Nie przejmowałam się oceną, wiedziałam, co chcę pokazać (myślałam nad tym całą noc) i to było najważniejsze. W końcu nadeszła moja kolej. Zamknęłam oczy i wyczyściłam głowę z rozterek i myśli z poprzedniego dnia, zostawiając problemy poza matą.
Muzyka gra. Wykonuję pierwszy ruch. Nagle coś kłuje mnie w sercu. To niedobry znak...

     W tym samym czasie stan Roberta pogorszył się. Wczorajsza operacja przebiegła pomyślnie, ale teraz walczył o życie... Na monitorze

21




stabilizującym pokazuje się cały czas tylko jedna prosta kreska oznaczająca dla każdego, czy to lekarza, czy nie, jedno – śmierć. „Migotanie komór. Resuscytacja. Strzał. Zwiększ moc.” To sformułowania, które wciąż powtarzał lekarz. I ten dźwięk, dźwięk mający w sobie taką pustkę i bezradność...

     „Coś jest nie tak”, pomyślałam. Rozpędziłam się. Odbiłam i zrobiłam salto, ale upadłam. Usłyszałam wtedy ten drażniący śmiech widowni. Wszyscy coś krzyczeli, krzyczeli coś obraźliwego. Wróciły do mnie te wszystkie przykrości, jakich doznałam w życiu: odrzucenie ze strony mamy, brak przyjaciół, brak akceptacji samej siebie i sytuacja z wczoraj. Z jednej strony była ona bolesna, z drugiej... Przecież poznałam tatę. Było to moje marzenie od zawsze. I w końcu się spełniło. Jestem tu teraz dzięki niemu, bo gdyby nie on, to nadal użalałabym się nad sobą, nie mogąc zrozumieć, dlaczego jestem taka, a nie inna... „Granice są tylko w twojej głowie”, to powiedział mi kiedyś tata. „I ja dzisiaj nie mogę tworzyć granic...”. Podniosłam się, ku zdziwieniu widowni i współzawodniczek. Muzyka wciąż grała. Tym

22




razem chciałam pokazać to, co naprawdę potrafię i to, co mam w sercu. Rozbieg. Skok. Drugi skok. Salto.

     Kolejny strzał z defibrylatora. Sytuacja się nie zmienia. Robert wciąż przegrywa najtrudniejszy pojedynek.

     Przejście w przód i w tył. Dodałam jeszcze parę ruchów od siebie. Motylek. Mostek i zejście na brzuch. Foczka. Kolejny skok. Tik-tak. Przejście w przód na jedną nogę. Rundak. I na zakończenie coś, czego w życiu nie robiłam, ale zawsze chciałam. Widziałam, jak inne dziewczyny to robią, więc postanowiłam zaryzykować... Fiflak i podwójne salto z wyskokiem. Miałam to przed oczami. Rozpędziłam się i poleciałam, nie wahając się.

     W tym samym momencie lekarze wykonują już ostatni strzał. To koniec. „Zgon 11.26” – powiedział lekarz zniechęconym głosem. „A było już tak dobrze”.

     Jestem w powietrzu. Zostały mi już tylko same salta. Przekręcam się w jednym. Podchodzę do drugiego. Zaczynam lądować.

     – Panie doktorze – mówi jedna z pielęgniarek. Doktor obraca się. Słyszy charakterystyczny dźwięk przywracającego tętna. Żyje. Robert żyje...

     Stoję już na ziemi... Niektórzy wstają i biją mi brawa,

23




niektórzy otwierają usta ze zdziwienia. „Zrobiłam to”, pomyślałam. Uśmiechałam się jak nigdy wcześniej. W końcu byłam szczęśliwa. Nie byłam „idealna” ani „piękna”, ani „wysportowana”, ale szczęśliwa, bo zrobiłam coś nareszcie dla siebie, coś na przekór przeciwnościom...
Zaraz potem dowiedziałam się o wypadku taty. Pojechałam jak najszybciej do szpitala, na szczęście najgorsze już podobno było za nim...
Po paru tygodniach wróciliśmy do domu, to znaczy on wrócił, a ja się do niego wprowadziłam. Teraz mama miała przynajmniej już „całkowicie idealny” dom, a ja mieszkałam z tatą. Nadal chodzę na treningi, startuję w zawodach. Co prawda tamtego konkursu nie wygrałam ani nie byłam na podium, ale nie to się liczy. Ważne, że w ogóle startowałam i pokonałam swoje uprzedzenia do siebie. Życie jest jednak przewrotne. Nigdy nie pomyślałabym, że może się jeszcze kiedyś ułożyć i to za sprawą sportu...

24




Wyrazy: Znaki: