Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 60
Dzisiaj w pracowni: 4
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

IV. Rzym- Pokaz siły- Prolog i Rozdział Iikonka kopiowania

Autor: Apostoł twarz męska

grafika opisu

rozwiń




Prolog
Nowokrasnojarsk to piękne miasto chlubiące się swoim statusem „naj”. Zawsze było „naj” pod każdym względem. Najbogatsza stolica z najbiedniejszymi mieszkańcami. Najbardziej eleganckie ulice z najbardziej zepsutą elitą. Najlepsze zakłady najcięższego przemysłu. Największe slumsy pełne najszybciej rozwijającego się ścierwa. Z tego powodu wszyscy nazywali je „najmiasto”. Najpotężniejsze, marmurowe pomniki przedstawiające niestrudzonych robotników i ich władców stojących ramię w ramię, od niepamiętnych czasów były brudne z sadzy. Stanowiły piękne odzwierciedlenie mieszkańców i ich dusz. Niegdyś czyści i biali, a teraz znikli pod powłoką brudu swojej codzienności. Tak jak posągi zawsze wpatrzeni na północ, w stronę gór, w stronę swojej „świetlanej” przyszłości. Nieraz upadali pod ciężarem trudu i swoich własnych czynów. Lecz zawsze wstawali i parli dalej do przodu. Nigdy nie patrzyli się za siebie, nie zwracali uwagi, dlaczego się przewrócili, a im większy był upadek, tym szybciej wstawali i ruszali do przodu bojąc się przeszłości. Nie chcieli wiedzieć co poszło nie tak. Trzeba by było zmienić kurs,

1




skręcić pod górkę, a wtedy droga była by cięższa do przebycia. I tak z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, z roku na rok, z dekady na dekadę. Monotonna wędrówka pokoleń zamieniła się w szarą codzienność. W ten sposób ludzie z dołu piramidy społecznej zapomnieli o towarzyszących im ideałach. Zapomnienie wspinało się do góry, aż w końcu znalazło się u samego szczytu. Dumni władcy miasta traktowali swój kurs jako niepodważalny, pozbawiony sensu obowiązek. Tak samo jak dzieci zmuszone przez swoich rodziców do mycia rąk przed jedzeniem. Ich głównym zajęciem była jednak krwawa polityka, która wpadła im w rutynę.
Należał do nich między innymi Erik Tunnen. Człowiek nowokrasnojarskich slumsów. Młody chłopak z szansą na świetną przyszłość. Zawsze wiedział czego chcę i jak to osiągnąć. Pochodził z wielodzietnej rodziny z Zilu 1. W tamtych stronach głównym ludzkim zmartwieniem było przetrwanie do końca tygodnia. Budowa jego rodziny nie różniła się niczym od większości zamieszkującej biedną dzielnicę. Ojciec był niekwestionowaną głową rodziny, ponieważ utrzymywała ich jego pensja. Przynajmniej w teorii. Ten

2




stereotyp znikł ze świata jeszcze na długo przed budową tej wielkiej metropolii. Mężczyznę co tydzień, po wybraniu należącej mu się wypłaty, do domu przynosili koledzy. Zawsze ten sam żałosny widok. Zalany w trupa, bez grosza przy duszy. Tak więc matka utrzymywała dzieci z tego co zarobiła jako pomoc domowa w willi przy ulicy Nowobelgradzkiej, na skraju Zilu 3. Przez to cały dzień nie było jej w domu, a gromadką ośmiorga dzieci zajmowali się najstarszy brat i siostra. Erik był czwarty z kolei, dlatego też niedługo później sam zaczął pomagać. Miał jeszcze dwójkę młodszych braci, którzy w przeciwieństwie do niego traktowali swoich rodziców właściwie jak obcych. Całkowity udział w ich wychowaniu brało starsze rodzeństwo, które stało się dla nich mamą i tatą. Mimo, że byli to bracia i siostry podzielili się na warstwy. Najstarsza dwójka, była już całkiem zatopiona w obowiązkach codzienności. Erik i jego starsza siostra Marta myśleli tylko jak uniknąć losu poprzedzającej ich dwójki. Kolejni byli trzej bracia, którzy urodzili się kilka lat po Eriku. Między każdym z nich był rok różnicy. Przez pewien czas starszy brat

3




traktował ich, jak najlepszych przyjaciół, ponieważ bawili się razem. Erik jako najstarszy z nich dowodził resztą podczas codziennych zabaw. Było tak, aż do czasy, gdy zaczął razem z bratem wypełniać rozmaite obowiązki mieszkańca ich dzielnicy, jak remont starych magazynów i placów, czy czasochłonne mycie korytarzy z naściennych grafiti. Wtedy też zrozumiał, dlaczego tak surowo karano za dewastowanie pomieszczeń na Zilu. Po wielu godzinach męczącego szorowania sam chciał wymierzyć wyrok na wandalu. I w końcu nadarzyła się okazja. Pewnego dnia zauważył, jak jego młodsi bracia z radością na ustach piszą coś na ścianie. Poprosili go, aby nikomu o tym nie powiedział. Zgodził się ze względu na to, że byli jego rodzeństwem. Po tym jednak pomazał czarną farbą jeszcze parę metrów kwadratowych ściany i kazał im wszystko wyczyścić. Od tamtej pory traktował młodsze rodzeństwo, jak przybrane. Ostatnia była mała Anna, ale co do niej Erik nie miał pewności, czy jest jej bratem, czy może już wujkiem. Wracając do niego i Marty. Ten duet dogadywała się jak nikt inny. Mieli wspólne plany na przyszłość związane z polityką.

4




Zamierzali stworzyć ruch praw człowieka i polepszyć sytuacje takich rodzin jak ich własna. Za to co sami zrobili kupowali dodatkowe materiały do nauki. Nie mogli liczyć na darmową edukację, ponieważ obowiązkowa szkoła podstawowa stała się jedną wielką ściemą wypuszczającą tysiące analfabetów. Co prawda rodzice Erika dostawali pieniądze od państwa na następne etapy szkolnictwa, ale szybko znikały na inne potrzeby. W końcu udało się chłopakowi przekonać rodziców i starsze rodzeństwo, aby odkładać pieniądze w Miejskim Banku Inwestycji Społecznej. Swojego czasu trafiały tam pieniądze dla piątki dzieci. Były chwile, kiedy Rodzice chcieli wybrać pieniądze, ale synowi udało się ich ubłagać by zostawili je w spokoju. Nagrodą za ich wytrwałość miał być nagły wzrost oprocentowania. Dumny Erik poszedł z ojcem do banku, aby dowiedzieć się czegoś na temat ich finansów. Okazało się, że pieniędzy starczyło by na przeprowadzkę z Zilu 1 do Sibru 3, a może nawet do Rasio. Po powrocie do domu obwieścili z ojcem dobrą nowinę. Chłopak od dawna nie widział tak spokojnej i wesołej atmosfery w domu. Pierwszy raz od dawna ojciec

5




przyniósł wypłatę do domu. W związku z tym zrobili większe zakupy i przygotowali uroczystą kolację. Małe, ciemne i brudne mieszkano opanowała iście świąteczna atmosfera. Na stole posłanym obrusem znalazły się odświętne potrawy. Wszyscy byli jacyś inni, radośni i sympatyczni. Znów każdy był na swoim miejscu jak w normlanej rodzinie. Taka sytuacja w mieszkaniu Tunnenów stanowiła wyjątek. Wiedział, że teraz wszystko się zmieni.



















Rozdział I
Mądrzy i pazerni
Następnego dnia wstał rano. Zadowolony zjadła śniadanie i poszedł poćwiczyć w pobliskim ośrodku sportowym, a raczej tym co po nim pozostało. Tuż po wyjściu na powierzchnię ruszył truchtem wzdłuż ciągnących się w nieskończoność kamienic. Daleko im było od pięknych budynków z ulic europejskich stolic, ale budowniczowie biednej dzielnicy postarali się o przyzwoite wykończenie. W pełni wykorzystali swój zmysł artystyczny oraz poczucie misji. Każda klatka schodowa, każdy magazyn, każdy szyb wentylacyjny. We wszystko włożono bardzo dużo pracy, by spełniało swoją funkcję, chociaż w nieco przyzwoity sposób. Trudno zresztą się

6




dziwić, gdyż Zil zbudowali jego właśni mieszkańcy. Zarówno bez przymusu, jak i bez pomocy władz. Sami musieli zdobyć materiały oraz potrzebne zgody z urzędów. Motywacja, była jednak mocniejsza niż wszystkie przeszkody. W przeciwieństwie do dzielnic, zalanych przyprawiającym o mdłości betonem, tam owoc ich pracy przesiąkł potem i krwią strudzonych budowniczych. Lecz o tym, kiedy indziej. Historia tej strefy nieraz skręca w bok, tak jak droga, którą podążał właśnie Erik.
Dotarł do końca Karmazynowej, gdzie zaczynała się Nowoirkucka, a wraz z nią niewielka, jednodzielnicowa strefa nazywana potocznie Synaj. Wszystko przez jej nietypowy, trójkątny kształt, wyznaczony przez linie brzegową Jeniseju. Od tamtej strony zawsze dało się usłyszeć bas dudniący w głośnikach mieszkających tam Gruzinów. Rytmiczny huk nigdy nie ustawał, cały czas próbując wydostać się poza tłumiące go mury. Najeżone zbitym szkłem, już dawno straciły kolor hermetycznej szarości. Każdy fragment ściany był wypełniony gruzińskimi krzyżami oraz oblegami pod adresem sąsiadów. Ta niegościnna granica razem z wydobywającymi się zza niej uderzeniami,

7




podobnymi do pieśni wojennej, przyprawiała młodego chłopaka o dreszcze. Tym bardziej wystraszył się myśląc, iż Synaj był jedynie bramą do prawdziwego piekła. Wystarczyło dziesięć minut biegu, aby dotrzeć do Tibiliskiej Wieży, skąd, niczym skrzydła rozpościerały się mosty na drugi brzeg. Krótszy prowadził na dalszą część sektora Baku, zwanego też sektorem „stanów zjednoczonych”. Roiło się tam od Czeczenów, Uzbeków, Kirgizów, czy też Azerów. Z kolei za dłuższym mostem razem z wielkimi alejami Odeskimi zaczynał się Zor i sektor Kozakia. To wszystko razem wchodziło w skład V okręgu, znanego też jako „szkoła tańca”. Rzeczywiście większość znajomych Erika tak nazywała niebezpieczny rejon, choć największym zagrożeniem nie byli mieszkańcy, a pokusa, jaką odczuwał każdy, kto wszedł za tamte mury. Już po kilku chwilach umysł topił się w ostrej muzyce, wymagającym wiele siły tańcu, wybornym gruzińskim winie oraz w mrocznych tunelach, jakie widzieli przed sobą nieszczęśnicy, którzy przedawkowali kwasa. O tak! Ten narkotyk o nietuzinkowym działaniu przypominał mieszkańcom azylu z zniszczonego świata, wielkie

8




dzieła Dimitrija Głuchowskiego. Niejeden nastolatek z Zilu na zawsze znikł za granicą Synaju.
Można by dłużej opowiadać o niewiarygodnych historiach, jakie wydarzyły się w tym zapomnianym przez boga miejscu, ale wróćmy do Erika. Chłopak w końcu wreszcie zatrzymał się i zmęczony oparł ręce o kolana. Mógłby zostać w tej pozie na parę minut, jednak dłonie bez ustanku ślizgały się po zużytym dresie. Prostując się, wziął głęboki oddech oraz podniósł głowę. Przed oczami miał wejście do dzielnicowej hali sportowej. Dumny napis nad wejściem dawno stracił jaskrawy kolor i kilka liter. Tuż nad nim przez zbite okna było widać zarwany dach i wlatujące do przez wielką dziurę ptaki. Szybkim krokiem wszedł do wąskiego holu. Tuż obok wejścia, o ścianę oparte były wyciągnięte niegdyś z zawiasów drzwi. Nie zatrzymując się, ominął je zwinnym ruchem i ruszył bocznym korytarzem. Gdy już dotarł do końca wyskoczył przez zbite okno na dach szatni. Następnie obrócił się i z ulgą, że nie musiał dłużej przebywać w ponuro wyglądającym budynku, pewnym machnięciem zrzucił okruchy tynku z gęstych czarnych włosów. Później

9




ostrożnie zeskoczył z daszku, prosto na zniszczone, korkowe podłoże boiska do koszykówki.
-No no! Ładny skok. -rozbrzmiał młody, nieco znudzony głos. Erik obrócił się i zauważył swojego przyjaciela Fortena. Niewysoki, chudy chłopaczek rzeczywiście wyglądał na znudzonego. Siedział oparty o metalową siatkę, ale na widok kolegi wstał na równe nogi. Z jego błękitnych oczu nagle wyłoniła się radość. Złożył wąskie usta w dzióbek i gwizdnął, po czym rzucił piłką do przyjaciela. Erik pewnie ją złapał, jednak od razu się zdziwił. To nie byłą ta sama szmacianka, której używali do gry od dobrych paru lat. Odruchowo poodbijał nią o ziemię, a następnie zaczął nią obracać. Miał w rękach najprawdziwszą piłkę do koszykówki. Zadowolony zamknął oczy i przejechał palcem po liniach łączenia, ułożonych w charakterystyczny sposób.
-Ej! Grasz czy udajesz niewidomego? -ponaglił znajomy, drapiąc się po ogolonej głowię.
-Daj się nacieszyć. -odparł, podnosząc powieki. Jeszcze raz spojrzał na przedmiot w rękach. Jego uwagę zwróciła odpadająca naklejka z wytartymi literami NBA.
-No dawaj! -Erik słysząc to rzucił z

10




daleka do kosza. Piłka głucho odbiła się od krawędzi zarysowanej tablicy i poleciał rykoszetem gdzieś w bok. -No brawo! Naprawdę, mógłbyś się bardzie…
-Skąd ją masz?
-No co? Ma się te kontakty. -rzekł dumnie Forten, nie przejmując się podejrzliwym spojrzeniem przyjaciela. Później dogonił toczącą się piłkę i kilka razy podrzucił ją w rękach. -Załatwiłem u Czarszwila.
-Masz ją od Czarszwila? -przez chłopaka przeszedł dreszcz, zarówno jak usłyszał ten pseudonim, jak i sam go wypowiedział.
-Był moim dłużnikiem od naszej ostatniej wyprawy na Synaj, no i właśnie tego chciałem w zamian.
-Jaka wyprawa na Synaj? Kiedy? Tylko nie próbuj mnie zbyć!
-No dobra już. Opowiem ci wszystko. -chłopak uspokoił Erika oraz rzucił mu piłkę. – Jakiś tydzień temu razem z chłopakami pojechaliśmy na Synaj. Posiedzieliśmy trochę w Krasnej Winnicy. Wiesz gdzie to? Zresztą nieważne. Siedzieliśmy w tym klubie, a uwierz mi jest to dość duży klub. I wszystkiego tam pod dostatkiem. Parkiet jak marzenie, świeci i w ogóle, DJ pierwsza klasa, schłodzone, swojskie wino i czysta z Herbibazaru. Nawet kwasa i panienki łatwo zdobyć…

11





-Mógłbyś przejść do konkretów.
-No jasne. Ty się tak nie denerwuj. Tobie też kilka wieczorów w szkole tańca, by się przydało. No co? Popatrz na siebie. Co z tego, że się uczysz i masz wiedzę, jak nie możesz zdobyć kontaktów. Patrz, co można zdobyć posiadając znajomości… Ha! Za trzy punkty!
-Spokojnie. Jak wybierzemy zainwestowane pieniądze to będzie mnie stać na pięć takich, tyle że nowych. -kończąc, Erik niedbale rzucił do kosza, lecz piłka tylko odbiła się od poręczy. Tuż po tym Forten kontynuował nie zwracając uwagi na kolegę, wpatrującego się z nienawiścią w metalową obręcz.
-Ja bym specjalnie nie wierzył w obiecania banków miejskich. Oni nigdy nie mówią prawdy. Przypomnij sobie, jak było z Motoparkiem. Nagle zabrakło prądu. Awaria miął trwać co najwyżej dwie doby, no ale później zrobił się tydzień, potem miesiąc. No i co? Były petycje? Były. Były przysięgi, że niezwłocznie się tym zajmą? Były. Jednak miesiące mijały, a na niegdyś potężnej dzielnicy trwało ciągłe zaciemnienie. Ile wytrzymali ci najbardziej wytrwali? Pół roku? Później coraz więcej ludzi zaczęło znikać w mrocznych

12




zakamarkach na poziomach od G w dół i ogromne osiedle całkowicie opustoszało. To samo było z Eurodarem.
-Z czym?
-No właśnie! Ja ci mówię. Zamiast polegać na tych z góry weź życie w swoje ręce. Nawet jeżeli nie, chcesz wyjeżdżać z naszej strefy, to zacznij działać w konspiracji.
-Ha! Super pomysł. Nawet nikogo tam nie znam.
-No choćby Czarszwil. Załatwia zaopatrzenie dla naszego podziemia. Wkręciłbym cię w znajomość z nim, a później to jego koledzy. W tym Wiktor Wansen, Otis Hanson i wielu innych znanych ludzi. No wtedy, to ja też pozazdrościłbym ci kolegów.
-Bardzo śmieszne. Lepiej dokończ swoją historię, jak to oddałeś słynnemu Igorowi Czarszwiliemu przysługę. -odezwał się przesadnie uroczyście.
-No to wracając… jakoś o trzeciej, może czwartej mieliśmy się zbierać, ale Vigo poznał jakąś tam dziewczynę i nie mógł zejść z parkietu. Musieliśmy na niego zaczekać, żeby nie wracał sam. Wiesz zresztą, jakie to niebezpieczne. Zostaliśmy, lecz ja wyszedłem się przejść. Krasna Winnica znajduje się przy Kaukaskiej, a to jedna z głównych ulic. W każdym razie ruszyłem w stronę Tybiliskiej. Skręciłem

13




później w jakieś podwórze, ponieważ dochodziły stamtąd dźwięki muzyki. Dwóch staruszków grało jakiś skoczny kawałek. Jeden na nieco zniszczonym pianinie, a drugi na rozstrojonej gitarze. Wokół nich ludzi tańczyli pod gołym niebem. Wszystko oświetlały lampiony zawieszone na luźno wiszących sznurkach od okna do okna. Wszystkie razem tworzyły świetlistą pajęczynę. W pewnej chwili ktoś wybiegł znów na ulicę, wołając do sąsiadów w oknach, że coś się dzieje przy bramie. Zaciekawiony ruszyłem za nim, ale grubo przesadzał, gdyż przy samej Tybiliskiej było spokojnie. Ktoś tam co prawda coś krzyczał, ale myślałem, że to jeden z imprezowiczów, który już swoje tej nocy przebalował. Następnie ruszyłem na promenadę. Tam to było cicho. Za mną dudniła muzyka z głośników w klubach, niczym bicie serca tej wiecznie żywej dzielnicy. Przed sobą miałem panoramę na zachodnią stronę miasta. Światła oświetlające budynki odbijały się w wodzie, migotając przy tym pięknie. Wtedy właśnie usłyszałem, że coś się dzieje w bramie. Podszedłem bliżej i zobaczyłem, jak Czarszwil kłuci się z miejskimi. Był już mocno pod wpływem

14




kwasa, więc ciężko nazwać to co tam się działo kłótnią. Najpierw chciałem obrócić się na pięcie i zapomnieć o wszystkim co zobaczyłem, ale coś w środku nie pozwoliło mi tego zrobić. W końcu to coś zawładnęło całą moją świadomością i ruszyłem do strażników. Męczyłem się z nimi piętnaście minut, ale w końcu mi się udało. Pomagając Czarszwilowi stawiać kolejne kroki ruszyłem w drogę powrotną. Na szczęście ocknął się nim wróciliśmy i obiecał, że załatwi, co tylko będę chciał. No i mam. -kończąc historię minionej wyprawy Forten rzucił z satysfakcją w oczach do kosza. Piłka precyzyjnie pofrunęła w stronę tablicy, odbiła się od niej i wpadła do obręczy.
-Czasami naprawdę dziwią mnie te twoje poetyckie wywody. -powiedział z szacunkiem w głosie Erik, na co znajomy jedynie wzruszył rękami. -Jednej rzeczy nie rozumiem. Mogłeś poprosić o tak wiele, a wybrałeś zwykłą piłkę?
-Zwykłą piłkę?! Dla wielu to jest niedoścignione marzenie.
-Dobrze, ale mogłeś poprosić o wiele więcej.
-No niby tak, jednak to mi wystarczy. -chłopak znowu niedbale wzruszył ramionami wpatrując się gdzieś w pustkę.

15




-Uwierz mi, iż kiedy ruszyłem pomóc nowemu koledze nie myślałem, że do stanę cokolwiek. Przecież wiesz jaki jest Czarszwili. A ta piłka… ot przynosi radość w tej szarej codzienności. Pamiątka po dobrym uczynku, których powinno być w naszym życiu o wiele więcej. Pomyśl o tym.
-Czemu akurat ja?
-Nieraz wiedzę, jak wpatrujesz się w nicość rozmarzony. Dobrze wiem, jak to jest. No sam w końcu to przechodziłem. Widzisz siebie jako wielkiego bosa, trzęsącego całą dzielnicą, a nie dostrzegasz ludzi dookoła. -w tamtym momencie Erik zaśmiał się, lekceważąc tym samym słowa kolegi. -myśl sobie o tym co chcesz, ale ostrzegam cię. Albo zmienisz coś w swoim życiu, albo całkowicie wpadniesz pułapkę własnego umysłu, marząc godzinami o wielkiej przyszłości. Oczywiście, że w końcu to minię, lecz wtedy będzie już za późno na jakąkolwiek zmianę. -kiedy chłopak przestał mówić, złapał piłkę i ruszył w stronę wyjścia. Wychodząc zamienili jeszcze kilak zdań, a gdy znaleźli się przed zrujnowaną halą pożegnali się i każdy ruszył w swoją stronę.
Wracając Erik zauważył tłum ludzi stojących przy ekranie centrali

16




informacyjnej. Ludzie byli mocno zaniepokojeni, co tylko zaciekawiło chłopaka. Podszedł bliżej i zauważył swojego sąsiada.
-Panie Santen, co się dzieje? -wyraźnie niespokojnym głosem zapytał, wiedząc, że coś wisi w powietrzu.
-Piszą, że bank siadł. -odpowiedział starszy, niski mężczyzna.
-Co? Jak to? To niemożliwe! -nie mogąc uwierzyć w to co usłyszał, przepchał się przez tłum, aby ujrzeć najnowsze wiadomości na własne oczy.
-Niestety możliwe. -powiedział staruszek wzdychając, po czym odszedł w kierunku metra.
Chłopak nie zwracając uwagi na zniknięcie sąsiada, całą uwagę poświęcił przekazowi informacji z dużego ekranu. Rzeczywiście, cały czas mówili tylko o upadku banku. Gdy wreszcie zrozumiał co się stało, poczuł się słabo, a nogi ugięły mu się w kolanach. Usiadła na starej zniszczonej ławce czując, że nie może ani nie chce dalej iść. Parę metrów dalej znajdowało się zejście na dół, a stamtąd już rzut kamieniem do domu. Wiedział, iż jeżeli serwis informacyjny mówił prawdę, a najczęściej mówił, choć zdarzają się wyjątki (szczególnie, gdy zbliżają się wybory), nie ma już czego szukać

17




w domu. Odruchowo zaczął się cofać, lecz kiedy pokonał rzekę ludzi oraz znalazł się drugiej stronie deptaka, jeszcze raz spojrzał błagalnie na wielkie schody, których widok nikł w zgromadzonym tłumię. Potem znów obrócił głowę i spojrzał w dal wąskiej Lutowej. Z nadzieją w oczach zrobił jeszcze jeden krok myśląc „Wcale nie muszę wracać. Tylu nas w małym mieszkanku,że nawet nie zauważą, jak znikłem.”. Tuż po tym jednak znieruchomiał. Nie był w stanie iść dalej. Jeszcze wpadłoby im do łowy, iż brak pieniędzy, to jego wina. Nie mógłby znieść miana złodzieja i bękarta. Wyobraził sobie, jak zła reputacja rozlewa się na całą dzielnicę, w tym wszystkich jego znajomych. Zamknął na chwilę powieki, obrócił się w drugą stronę i pewnym krokiem ruszył do małego mieszkanka państwa Tunnen, siłą torując sobie drogę. Nie zwracał uwagi na stojących na jego drodze ludzi. Pchał ich rękami, patrząc się prosto przed siebie. Był głuchy na wulgarne wrzaski straganiarek z pobliskiego placu Norweskiego. Ludzie dookoła mogli go wyzywać prostackim językiem i ojciec mógł pobić. Nie robiło mu to większej różnicy. Ot rutyna

18




dnia codziennego. Lecz nie wytrzymałby, gdyby ci otaczający go na co dzień idioci, zamieszkujący tą biedną i brudną dzielnicę nazwali go złodziejem.
Odcinek od wielkich schodów na stacje metra, aż do domu znajdującego się tuż za placem Norweskim pokonał bardzo szybko. Stanął w progu i po lekkim zawahaniu otworzył drzwi. Zmiana planów i tak by już nic nie dała. Tam już czekał na niego rodzic, jednak nie wyglądał jakby zaraz miał pobić syna. Stał przy szafie wbudowanej w ścianę. Dwa metry kwadratowe podłogi położone najbliżej wysuwanych półek dumnie nazywano przedsionkiem, choć chłopak nie rozumiał po co bawić się w nazywanie w różny sposób nieoddzielonej od siebie niczym przestrzeni. Kuchnia, salon, jadalnia, czy choćby ten nieszczęsny przedsionek. Relikty XX i początku XXI wieku, a dla Erika o wiele lepiej pasowało w przypadku małych mieszkanek starodawne określenie „izba”, które znikło gdzieś ze słownika na przestrzeni wieków.
-Ruszaj się! Zaraz jedziemy po pieniądze. -mężczyzna powiedział szorstko i znikł za wysuwającymi się z szafy ubraniami. Erik jak najszybciej przebrał się i sam wyciągnął rząd

19




wieszaków ze ściany. Zastanawiałby się cały kwadrans, ale nagle kółka z zamontowaną prowadnicą zaskrzypiały i garderoba schowała się w odmętach szafy. Za miast nich przed Erikiem stanął ojciec. Zastukał o tarczę zegarka, ponaglając syna. Następnie razem ruszyli w stronę przystanku przedzierając się dobrze im znany labirynt korytarzy. Tym razem trwało to o wiele dłużej. Wreszcie dostali się do nieco szerszego deptaka. Na jego końcu majaczyło światło wdzierające się do mrocznych zakamarków. Wydostawało się ono z placu Norweskiego. Tam jak zwykle było dość spokojnie. Kilka straganiarzy z braku pracy po raz kolejny przecierali swoje szyldy z pyłu. To ktoś rozmawiał o wzrostach cen, to ktoś zakasłał, wypluwając prawie przy tym płuca. Ataki duszącego kaszlu przestały już dawno przyciągać uwagę w metropolii pełnej chorych na pylicę. Wiadomo, lata mijały, a ona była coraz bardziej powszechna, aż w końcu odebrała otyłości ponure miano choroby cywilizacyjnej.
Względną ciszę co jakiś czas przerywał łoskot kół pociągu, ślizgającego się na szynach przez tunel nad głową chłopaka. Wtedy też łoskot zaczął ustawać.

20




Potem gwałtowny pisk i wielka maszyna stawała w miejscu. Erik usłyszał w głowię głos aktorki Alice Ross, mówiącej „Stacja plac Norweski”. Dziesięć sekund później machina ruszała z hukiem do przodu, by popędzić na następny przystanek oraz, jak tylko się da, zmniejszyć opóźnienie, którego i tak już nie da się odrobić. Tuż obok tunelu rozciągało się szerokie przejście wypełnione robotnikami z pobliskich zakładów. Piętro wyżej znajdowało się takie samo przejście przeciągnięto prostopadle do tego pierwszego. Dwie krzyżujące się rzeki ludzi nie miały końca, co nieco zniechęciło chłopaka do dalszej drogi. Po wjeździe o te trzy piętra w górę musiał przeciskać się przez masę robotników. Od razu przecisnął się na lewą stronę szerokiego deptaka, które pełnił również funkcje peronu. Słysząc nadjeżdżający pociąg odsunął się trochę od krawędzi i spojrzał w górę. Na głęboki plac wdzierały się wypłowiałe promienie słońca. Przeciskały się przez jakieś siatki z zawieszonymi lampami, rozciągające się pomiędzy masywnymi, metalowymi zasuwami, wystającymi ze ścian placu. Nie pojmował sensu tych

21




zastygłych w jednej czwartej odcinka pokryw. Podobno kwestia bezpieczeństwa. Nie zastanawiając się specjalnie nad tym, wziął głęboki wdech, licząc, że wreszcie odczuje jak świeżość wnikającą przez płuca do całego ciała, poprawiając mu humor. Zamiast tego w trzewia wciągnął otaczające go, stęchłe powietrze i zakasłał. Pył.
Spojrzał jeszcze w prawą stronę. Na samym końcu tunelu, w którego się wpatrywał, znajdowały się stare i niedziałające ruchome schody, przed którymi zawsze powstawały kolejki. Ucieszył się, że nie będzie musiał w niej stać. Zamiast tego, od razu po otwarciu drzwi do wnętrza wagonu, wślizgnął się zwinnie i zajął dość przestronne miejsce stojące między wagonami. Było stamtąd daleko do drzwi i panującego przy nich zgiełku. Pociąg sunął lekko w górę, przeskakując na kolejne piętra. Nagle wyskoczył z ciemnego tunelu na powierzchnie i jechał tuż obok Nowonarwickiej. Gdzieś w głębi Erik miał wciąż nadzieje, iż przywita go wielobarwna panorama eleganckiego miasta. Tak naprawdę dookoła wszystko było szare i proste. Odwrócił wzrok od okna i skupił się na innych pasażerów. Duża

22




część z nich jechała, trzymając w rękach papiery bankowe, pewnie w tym samym celu, co on z ojcem.
Niedługo później metalowy wąż, wijący się niepowstrzymanie między niewysokimi budynkami, skręcił z Nowonarwickiej na Bałtycką. Przecięła chodnik przy przepaści. Ten Idealnie prosty wąwóz na granicy dwóch dzielnic był właściwie ów ulica Bałtycką. Pociąg sunął po torach przy krawędzi, a po drugiej stronie z o wiele większą prędkością latały smukłe wehikuły. W tych okolicach mało kto mógł sobie pozwolić na kupno takiego następcy samochodu, dlatego też większość stanowiły radiowozy, pojazdy należące do władz i karetki. Jedna nawet leciała na sygnale w kierunku rzeki. Chłopak powiódł za nią wzrokiem, lecz ta szybko znikła w oddali, a on skupił się na tamie, znajdującej się półtora kilometra dalej. Wszystkie te szczeliny, będące głównymi drogami tranzytowymi na granicach wykopano dość głęboka. Co prawda nie sięgały do poziomu H, ale wystarczyło, że dno znajdowało się gdzieś w środku poziomu G. Licząc, że każdy poziom to osiem nachodzących na siebie pięter, z czego każde dwa miały sześć metrów

23




wysokości. Jako że bierzemy pod uwagę cały poziom F i połowę G w dół oraz połowę E w górę (w połowie poziomu E zaczynała się powierzchnia), wynik wyszedłby dość pokaźny. Na całej tej wysokości musiała zostać ustawiona tama, na którą napierają z ogromną ilością hektolitry wody. Cholera wie, co by się stało, gdyby potężna, żelbetonowa konstrukcja pękła.
Po 30 minutach dotarli do Bagru. Tak mówiono na małą dzielnicę banków i sklepów znajdującą się na pograniczu Stref Zil i Sibr. Przy skrzyżowaniu Ałtajskiej i Nowosztokholmskiej(ta z kolei oddzieląła Zil1 od Zilu2), Bałtycka przechodziła w Nowobelgrdazką, która ciągnęła się przez sam środek centralnej dzielnicy tego sektora. Przy niej znajdowała się najbliższa placówka MBIS-u. Na najspokojniejszej ulicy w okolicy panowało duże poruszenie. W miarę zbliżania się do banku było coraz większe. Sam gmach był epicentrum niepokoju. Przy wejściu tłoczyli się ludzie z dokumentami, a tuż obok przy ścianie siedzieli, ci którym już udało się wyjść. Większość z nich płakała lub ze wściekłością darła papiery, których skrawki latały wszędzie dookoła. Czy w

24




całości, czy rozszarpane, nie miały już żadnej wartości. Dlaczego?
Okazało się, iż w nocy z 23. Na 24. Listopada 2051 roku miała miejsce nagła likwidacja instytucji. Miejski bank inwestycji społecznej istniał od dwunastu lat i w ciągu całej jego historii nie było takiego skoku stóp procentowych na lokatach jak 13. Listopada. O dużych podwyżkach zrobił się huk w mediach. W związku z tym ogół społeczeństwa mający małą wiedzę na temat działania gospodarki i rynku nie analizowali sytuacji, tylko skuszeni wizją zysku rzucili się zakładać lokaty. Oczywiście cała farsa nie była kwestią ani przypadku, ani zmiany sytuacji w gospodarce. Wszystko było zaplanowane jako próba pozyskania pieniędzy przez władze. Tak więc tej listopadowej nocy bez niczyjej wiedzy doszło do oskarżenia kierownictwa MBIS-u o malwersacje i okradanie społeczeństwa jak i miasta. Szybko uruchomiono odpowiednie organy i tak do godziny trzeciej bank został rozwiązany, a chwile wcześniej znacjonalizowano środki, które od tamtego momentu należały do miasta. Były to jedyne pieniądze, które został wypłacone, ponieważ fundusze wpłacone przez ludzi znikły bez

25




śladu. Sprawa była zamknięta o godzinie siódmej Wtedy oskarżenie pod adresem prezesa MBIS-u zostało oddalone, a jedynym winnym został jakiś drugorzędny urzędnik. Cała sytuacja tylko pokazała jak bardzo nieudolnie władze próbują zdobywać pieniądze. Taki sposób na okradanie ciemnego ludu był dobry, ale 250 lat wcześniej. Wielu ludzi przerodziło bezradność w złość.
W gruncie rzeczy zarówno Sibr jak i Zil to strefy spokojne, mimo panującej tam biedy. Ich mieszkańcy akceptowali wszelkie podwyżki cen czy konfiskaty, a niezadowolenie dławili w sobie. Bardziej liczyło się dla nich jutrzejszy dzień. Grunt, że mieli zapewnioną pracę i jedzenie na najbliższa przyszłość. Dodając do tego drobne rozrywki nie zamierzali solidaryzować się z krzykaczami z bardziej niespokojnych dzielnic jak Rasio czy Turij. Tamtejsi byli przyzwyczajeni do dawnych czasów, kiedy ich mieszkania były stawiana dla wyższej klasy średniej, więc protestowali o byle co. Mimo wszelkich starań zawsze efekt był identyczny- ludzi w miarę pokojowo rozpędzono do domów za pomocą kompromisu będącego pełną akceptacją na ustalenia senatu miejskiego. Z tego powodu władze

26




raczej nie bały się protestów na Turiju tylko na Sibrze. W rodzinnej strefie Erika ciężko było wzburzyć lud, ale kiedy do tego doszło już nikt nie protestował. Tak też 24. Listopada 2051 roku nie było protestów. Jedyny incydent z tego dnia to właśnie dewastacja placówki MBIS-u na Nowobelgradzkiej. Erik wraz ze swoim ojcem był świadkiem tej sytuacji.
Podczas prewencyjnej interwencji straży miejskiej, która próbowała rozpędzić tłum przed bankiem pewien mężczyzna wyszedł ze środka budynku. Zarówno strażnicy jak i ludzie dookoła myśleli, że to pracownik banku. Ubrany był w garnitur, w ręce trzymał teczkę i ze spokojną miną szedł w stronę najbliższego przystanku. Gdy znalazł się w odległości 3 metrów od bocznej witryny placówki schylił się po kawałek ukruszonej płyty chodnikowej. W tamtym momencie z całego tłumu tylko młody Erik zwrócił na niego uwagę. Tamten mężczyzna wyprostował się, podrzucił sobie kawałek kamienia w ręce oraz obrócił głowę w kierunku szyby, za którą stał kierownik placówki. W następnej sekundzie wziął zamach i z impetem rzucił znalezionym na ziemi przedmiotem przed siebie tłukąc szkło

27




na drobne kawałki. Wszyscy wokół nagle zamarli. Nikt nie wiedział co się dzieje. Pierwsza zareagowała straż rzucając się na mężczyznę, na którą z kolei chwilę później rzuciła się reszta tłumu.
Minęło 15 minut, a szarpanina przerodziła się w bójkę. Strażnicy wezwali posiłki z Zilu 2. Personel banku został ewakuowany od strony zaplecza, a wzburzony tłum zaczął wdzierać się przez zbitą szybę i drzwi do środka. Na koniec kilku młodych chłopaków po przeszukaniu całej palcówki wyciągnęło schowaną flaszkę z benzyną. Jeden z nich zapalił wystającą, nasączoną szmatę i rzucił ją w odmęty zdewastowanego wnętrza gmachu. Nie potrzeba było wiele czasu, żeby całe pomieszczenie główne zajęło się ogniem, a za nim zaplecze. Powstało duże zamieszanie, podczas którego ludzie szybko zaczęli się rozchodzić. Jednym z pierwszych był Erik z ojcem. Udało im się opuścić Bagr zanim straż ruszyła w poszukiwaniu sprawców. Tak więc ludzie się rozeszli, za nimi podążyli strażnicy, zamiast których na miejscu zdarzenia znalazła się straż pożarna. W przeciwieństwie do policji udało im się spełnić powierzone zadanie, czyli

28




ugasić pożar. Tak zakończyła się cała akcja, która była tylko zwiastunem poważniejszych wydarzeń jakie miał miejsce następnych dni we wzburzonym sektorze.
Kiedy chłopak razem z ojcem wrócili do domu czekał na nich skromny obiad. Podczas posiłku nikt nic nie mówił. Wszyscy byli pogrążeni w zadumie i smutku. Jedynie Adela i Ole (tak bowiem nazywali się najstarszy brat i siostra Erika) krzątali się po małej kuchni dyskutując ze sobą. Zastanawiali się czy jest jakiś sposób, aby odzyskać pieniądze. Tak naprawdę nic nie dało się już zrobić. Całe fundusze przepadły na zawsze, a rodzina mogła zapomnieć o szansie na poprawę warunków życia. Najstarsi z rodzeństwa nie mogli się jednak z tym pogodzić. I tak w małym mieszkanku trwała grobowa cisza. Mama Erika siedziała na krześle i cicho szlochała. Adela i Ole zajęli się rozmyślaniem, a Erik wraz z Martą czytali książki. Tuż obok na fotelu odpoczywał ich ojciec. Reszta dzieci poszła bawić się z kolegami w starej części wielkiego tunelu. W ten sposób rodzina Tunnen spędziła całe popołudnie w milczeniu. Chłopak wiedział, że spełnił się najgorszy scenariusz, lecz

29




pocieszał się myślą, iż lepiej, kiedy wszyscy razem milczą, niż kiedy ojciec bije, a reszta krzyczy lub nieudolnie próbuje mu przeszkodzić. Właściwie to nie wszyscy. Dopiero po godzinie dwudziestej, gdy dzieci wróciły do domu, ojciec wstał z fotela i ruszył w stronę wyjścia.
-Tato, gdzie idziesz? - odezwał się Ole z niepokojem w głosie. Nie usłyszał jednak odpowiedzi. Po chwili mężczyzna znikł za stalowymi drzwiami. Z pewnością udał się do najbliższego baru, znajdującego się na 6. piętrze (właściwie to powinno być -6., ale do tego jeszcze dojdziemy).
Jeszcze kwadrans trwała cisza. Zakłóciły ją dopiero narzekające na głód dzieci. Gromadka otoczyła Adele zalewając ją pytaniami o kolacje. Dziewczyna spojrzała błagalnym wzrokiem w stronę matki. Ta jednak była jakby nieobecna. Wpatrywała się w ekran telewizora, a w ręce trzymała papierosa. Nie przejęła się dziećmi, które zostały tylko na głowie córki. W końcu rozdrażniona sytuacją dziewczyna zabrała się za szykowanie jedzenia dla rodzeństwa. Ole zastanawiał się co zrobi, kiedy pijany ojciec wróci z baru, a Erik z tajemniczym spojrzeniem wpatrywał się w stojący

30




w rogu fotel. Ci kandydaci na “głowę rodziny” w trudnych sytuacjach potrafili tylko siąść w fotelu i myśleć o przyszłości. Natomiast codzienność i wszystkie jej męczące obowiązki zostawili kobietą. Tak samo osamotnionej przy pracy Adeli na pomoc przyszła tylko siostra Marta. Razem trzymały dom w kupię. Różnica między nimi była taka, że Marta w przeciwieństwie do siostry rozumiała Erika. To ona stanęła po jego stronie, kiedy 20 minut później Ole przechodząc koło zamyślonego brata powiedział co myśli o jego inwestycjach.
-Przez ciebie wszystko poszło w cholerę- zaczął stanowczo, ale spokojnie. Erik nawet nie spojrzał na brata, który był coraz bardziej rozdrażniony. -Ej!
-Zostaw go! To nie jego wina, że z dnia na dzień znikł cały bank, nikt nie mógł tego przewidzieć. -dziewczyna powiedziała stanowczo
-Już dawno mówiliśmy z rodzicami, żeby wypłacać pieniądze, ale wy jak zwykle byliście zbyt pazerni. Tak to jest jak się za dużo czyta. -Chłopak wystrzelił ze swoimi wywodami, a z każdym słowem coraz bardziej podnosił głos.
-Na pewno. Wy i ta wasza logika. Mądrych nazywacie pazernymi, ponieważ zdobywają więcej od

31




was. Zarówno nasza rodzina, jak i wiele innych z okolicy mogłaby osiągnąć wiele więcej, no ale po co kusić los, co nie? -zapytała szyderczo na koniec.
-Za to wam wydaje się, że wszystkie rozumy pozjadaliście, a teraz co? Ten nie umie słowa wykrztusić, ponieważ coś nie zgodziło się z jego planem. - Ole zaczął krzyczeć, wskazując ręką na milczącego Erika.
-My przynajmniej próbujemy coś zmienić. Nie chcemy do końca życia siedzieć w tej ciemnej budzie gdzieś na samym dnie miasta. - Marta nagle przerwała, ponieważ jej uwagę zwróciła Adela. Starsza siostra zapłakana siedziała na ziemi. Obok niej leżał zbity talerz. Podeszła do niej, aby pomóc jej się pozbierać. Wtedy Ole podszedł do brata.
-Widzisz, wszystko przez ciebie. Ojciec znowu pije w barze, Adela płacze, a mama nawet nie zauważyła naszej kłótni. Zawsze tak jest, jak coś kombinujesz. Myślisz, że jesteś najmądrzejszy, a jak wszystko się sypie to nawet słowem się nie odezwiesz. Śmiejesz się ze takich jak ja czy tata, ale bez nas nie przeżył byś dwóch dni. - powiedział patrząc się na Erika z pogardą, a następnie obrócił się i zaczął odchodzić. Kiedy stał

32




już przy siostrach, chłopak wstał z fotela.
-Może masz rację, że nie przeżył bym tutaj ani dnia bez ciebie, taty czy Adeli, ale tylko dlatego, że to jest wasz świat- mały, ciasny i niezmienny. Od lat trwacie w tym bagnie, które nazywacie życiem. Moglibyście coś zmienić, ale nie umiecie. Jesteście zbyt krótko wzroczni. Dlatego mówisz mi, że wiecznie mi za mało, a ja po prostu widzę szanse jakie się przed nami otwierają, a przynajmniej przede mną. Ta inwestycja była świetną szansą na zmianę dla całej naszej rodziny, co mogłeś zauważyć wczoraj. Nie udało, ponieważ nie przewidziałem, że władze w tak głupi sposób odbiorą te pieniądze. Mimo to dalej będę szukał kolejnych szans. Wiesz, dlaczego? - w tym momencie Erik zatrzymał się na chwile by dać, zakłopotanemu całą tą wypowiedzią bratu, trochę czasu do namysłu. Nie czekał jednak na jego odpowiedź tylko kontynuował. -Ponieważ nie zamierzam skończyć tak jak ty, i wolę zginąć młodo w walce o zmiany, niż dożyć starczego wieku i zorientować się, iż w moim nędznym życiu nie zrobiłem nic ani dla siebie, ani dla moich dzieci, ani dla nikogo innego.
-Tylko tobie się

33




wydaje, że tak jest. - Ole niepewnie skomentował wypowiedź, po czym dodał z ironią w głosie. -I zanim powiesz cokolwiek o swoich dzieciach, najpierw znajdź sobie dziewczynę.
-Nie bądź taki mądry. -Erik wystrzelił, a następnie zamilkł na parę sekund -Spójrz choćby na tatę, na starego Pana Santena, na tego żebraka siedzącego koło schodów, czy choćby na mamę. -coraz głośniej rzucał przykłady. Tym razem nie usłyszał odpowiedzi od brata, który nie zdążył niczego powiedzieć.
-Erik, tak wygląda życie u podstaw. - odezwała się matka chłopaka. Kiedy mówiła wszyscy zamilkli. Nawet Erik trochę się zawstydził i opuścił głowę. To jednak nie trwało długo.
-Już to słyszałem, życie u podstaw... praca u podstaw... -odezwał się ponuro. -Pokolenie naszych dziadków ożywiło tą idee mając nadzieje, że młodzi ją przejmą. Udało im się to, więc była jakaś nadzieja dla stojącej na skraju upadku ludzkości. Jednak patrząc na otaczającą nas rzeczywistość to nie jest szansa tylko wydłużona agonia. -ponownie zatrzymał się na chwilę i spojrzał na rodzinę. Wszyscy patrzyli się na niego: mama, Marta, Adela, Ole, a nawet gromada

34




dzieci, które też przejęły się poważnymi słowami brata. Następnie obrócił się w stronę wiszącego na ścianie plakatu, ukazująco słynny pomnik stojący na placu głównym w centralnej dzielnicy Vaza, i mówił dalej. -To nie jest życie, to wegetacja. Wszyscy wegetujemy, żeby tym z góry piramidy żyło się lepiej. Zarówno tej społecznej, jak i fizycznej, choć tak naprawdę jedna wynika z drugiej.
Erik znów zwrócił głowę w kierunku rodziny. Nikt już jednak nie wpatrywał się na niego, tylko w ziemie. Poruszeni słowami chłopaka stali dłuższą. Tak się zajęli tą rozmową, że nawet nie zauważyli, iż ktoś się na nich patrzy.
-W tym co mówisz... jest sporo racji. - od strony drzwi dobiegł męski głos wyrażający aprobatę dla chłopaka. Obrócił się i ku swojemu zdziwieniu zobaczył stojącego w wejściu do mieszkania ojca. Rodzina na ten widok oniemiała. Pierwszy raz widzieli, aby ojciec wrócił z baru na trzeźwo (na pierwszy rzut oka nie wyglądał na pijanego). Z niedowierzeniem przelatywali ojca wzrokiem od góry do dołu i tak w kółko. Nie przestali nawet, gdy przechodząc przez główne pomieszczenie wziął jedno z dzieci na

35




ramię, drugie za rękę i poszedł z nimi do części kuchennej, gdzie zaczął rozkładać talerze i kubki. Wyrwało to z osłupienia Adele, która nieśmiało zaczęła mu pomagać. Po chwili dołączyła do nich Marta, a mama usiadła na starej wersalce i ze stoickim spokojem oraz przygnębieniem na twarzy starała się pomyśleć o czymś innym. Tak więc kiedy wszyscy wrócili do codziennych czynności (przynajmniej w pewnym sensie) Erik i Ole cały czas stali na środku mieszkania nie mogąc uwierzyć w to co widzą. Niby ten sam człowiek, ale całkiem inny. Zachowywał się tak jak podczas wczorajszej kolacji, z pewną różnicą, którą zauważyła pierwsza Marta. Na twarzy ojca było widać smutek i cierpienie.
Po kolacji pomógł posprzątać, jednak nie zamienił przy tym ani słowa z dziećmi. Mimo prób zagajenia jakiejkolwiek rozmowy odpowiadał tylko gestami i krótkimi odpowiedziami. Rodzina nie chciał też na niego naciskać, ponieważ bała się, że wyprowadzi go z tego stanu spokoju i równowagi. Kiedy skończyli sprzątać w kuchni i położyli dzieci spać mężczyzna usiadł na swoim fotelu i oddał się zadumie. Następnie po kolei wszyscy poszli

36




spać. Tylko głowa rodziny wciąż siedział w swoim fotelu oraz Erik na krześle udając, że czyta jedną ze swoich książek naukowych. Tak naprawdę cały czas wpatrywał się w ojca. Trwali tak w ciszy, a kolejne minuty mijał. W końcu chłopaka znużył sen i zaczął przysypiać.
-Zastanawiałem się nad tym co powiedziałeś... - nagłe słowa ojca postawiły Erika na nogi. -… i stwierdziłem, że masz rację.
-Nie rozumiem. - powiedział się chłopak.
-Mam już 51 lat na karku, a moje istnienie można by podsumować jednym zdaniem- Oprócz picia nie miał życia. Teraz jest ostatni moment by coś zmienić.
-Czyżbyś rozmawiał z Fortenem? -Erik zaśmiał się i zapytał o kolegę, gdyż słowa ojca mocno przypominały stwierdzenia niespełnionego poety. Wszystko co przepowiedział było prawdą. Przekonany co do słuszności jego rad chłopak postanowił, że nie będzie więcej uciekać do świata swojej wyobraźni. Tak przynajmniej mu się zdawało.
-Z kim?
-Nie ważne… W każdym razie to świetna myśl. - odpowiedział żywo chłopak, po czym dodał- Możemy się w coś razem zaangażować.
-Mam pewien pomysł. - odrzekł ojciec.
-Jestem otwarty na

37




propozycje.
-To ciebie nie dotyczy. Za młody jesteś.
-Skończyłem 17 lat, więc mogę iść z tobą nawet na wojnę. - wystrzelił chłopak z ironią w głosie. Spojrzał na ojca i zobaczył w jego oczach śmiertelną powagę. Wtedy zrozumiał, że trafił w samo sedno. Nabrał powagi i uroczyście powiedział “Jestem gotów.” Ojciec jednak w ogóle nie zareagował na jego słowa. Po prostu oparł głowę o miękki, obity starą, czerwoną skórą fotel i oddał się dalszym, tajemniczym przemyśleniom. Chłopak nawet nie próbował kontynuować rozmowy, która była z góry skazana na porażkę. Po chwili milczenia wstał ze skrzypiącego krzesła i udał się do pokoju, gdzie już spali jego bracia. Panowała tam całkowita ciemność, ale Erik nie zamierzał zapalać jarzeniówki, aby nie obudzić innych. Wyczuwając stopą grunt przeszedł do jednego z trójpoziomowych łóżek. Następnie po omacku wdrapywał się na górę, starając się wyczuć nogą każdy kolejny szczebelek. Na odpowiedniej wysokości chłopak wyciągał rękę przed siebie, aby wyczuć czy dany poziom jest zajęty. I tak na “parterze” wyczuł Olego, a na “pierwszym piętrze” spał jeden

38




z młodszych braci Erika- Olaf. Na samej górze chłopak nikogo nie wyczuł, więc ostrożnie przeszedł z drabinki na materac. Jego ostrożność miała na celu rozłożyć się wygodnie, ale zapomniał, że powinien także zwrócić uwagę na nisko położony sufit. Erik lekko podniósł głowę, aby sprawdzić czy nikogo nie obudził i wtedy huknął głową. Głuche uderzenie rozległo się po pokoju (na szczęście nikogo nie obudziło), a chłopaka poraził ból, który zwalił go z nóg. Krótką chwilę leżał nieprzytomny na łóżku. Gdy doszedł do siebie i wreszcie zamknął oczy, żeby zasnąć coś go tknęło, aby lepiej tego nie robić. Może chodziło o podejrzane zachowanie ojca, a może odezwał się zdrowy rozsądek Erika, który podpowiadał chłopakowi przebranie się w piżamę i umycie zębów zanim ten ruszył w stronę łóżka. Chłopak postawił na to pierwsze. Tak więc równie cicho jak wchodził, tak też zaczął schodzić no podłogę. Następnie podszedł do szafy, skąd wyciągnął duży, stary placek, który Ole dostał na trzynaste urodziny spakował jakieś dwie koszulki, spodnie na zmianę i bieliznę. Wyciągnął także swoją starą

39




bluzę, a następnie ruszył po cichu w stronę kuchni. Przechodząc tam spojrzał na ojca, który cały czas siedział w swoim fotelu, ale nie spał. Tymczasem chłopak wślizgnął się do kuchni, gdzie wziął zajął się pakowaniem tak zwanego “suchego prowiantu”. Kiedy już to zrobił wrócił do pokoju i stamtąd oddał się obserwacji ojca. Mimo, że noc wcześniej także zarwał nie czuł zmęczenia. Wpatrując się w głowę rodziny ani na chwilę nie zmrużył oka.

40




Wyrazy: Znaki: