Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 83
Dzisiaj w pracowni: 3
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Dies irae: Black and White (1)ikonka kopiowania

Autor: Wicht twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




ROK 2012 WARSZAWA, POLSKA

     Pętla zacisnęła się lekko na szyi Michała. Przygotowywał wszystko od miesięcy. Teraz przyszedł czas na ostateczny krok.
Nie napisał żadnego listu i tak nikt by go nie przeczytał. Nie chciał się usprawiedliwiać, zwyczajnie chciał już to wszystko skończyć.
Tydzień temu zwolnił się z pracy. Jakież to było odejście! Zwyzywanie szefa oraz wylanie kawy na znienawidzonego współpracownika zdecydowanie zapadnie w pamięć reszcie biura.
Nie zadzwonił do ojca.
Nie napisał do byłej dziewczyny.
Zniknąć. To jest jego celem, a przecież kiedy ktoś znika to nie powiadamia o tym nikogo.
Westchnął, ostatni raz spoglądając przez okno. Pogoda dopisywała. Słońce prażyło twarze wszystkich przechodniów, a ciepły, lekki wietrzyk tylko dodawał temu wszytskiemu beztroski. Idealny dzień żeby pożegnać się z tym niesprawiedliwym światem.
Wziął głęboki wdech, zamknął oczy. Był gotowy. Wystarczyło już tylko pchnąć krzesło.
- Wstyd rezygnować z takiego daru. - w pokoju rozbrzmiał zachrypnięty, zmęczony głos. Michał zaskoczony odwrócił się. Na kanapie przed kominkiem siedziała kobieta. Wlewała właśnie do

1




dwóch szklanek jego ulubiony burbon. Czarne włosy opadały na jej twarz. Jednak mimo to udało mu się dojrzeć piwne oczy oraz kpiący pół uśmiech. Ne był pewien co tak mogło ją rozbawić. Czyżby jego brak chęci do życia? W końcu nawet zdaniem młodego mężczyzny jest to pewien rodzaj chorego żartu z którego sam mógłby się śmiać, gdyby nie ogarniająca go rozpacz.
- Jak pani tu weszła?! - krzyknął, gdy po paru minutach udało mu się odzyskać wreszcie głos.
- Przez drzwi. - odpowiedziała zamykając butelkę z alkoholem. Była spokojna. Za spokojna. - Pijesz? - zapytała podnosząc szklankę w stronę Michała. Ten pokręcił tylko głową.
- Nie. Proszę stąd natychmiast wyjść! To jest włamanie! Zaraz zadzwonię po policję!
Zignorowała całkowicie jego ostrzeżenie. Szybko wypiła zawartość dwóch szklanek po czym rozsiadła się wygodniej na kanapie. Wzrok przeniosła na opasłą biblioteczkę.
-Boska Komedia…- westchnęła. - Wierzysz w wizję piekła Dantego?
-Ja… nigdy się nad tym nie zastanawiałem. - zdziwił się. Co tu się działo do cholery? Czy on już umarł? Czego ona chce?
-Chcesz się zabić. - oznajmiła jakby to wcale

2




nie było oczywiste.- To znaczy, że przez wieki będziesz zagrzewać miejsce gdzieś w siódmym kręgu. Nie tak daleko od Lucyfera.
Łzy zaczęły spływać po policzkach Michała. Musiał dać upust swoim emocjom. Żal i niepewność wypełniały go od stóp aż po sam czubek głowy. Z każdą sekundą wszystko coraz bardziej mieszało mu się w głowie. Nie był pewien czy to tylko sen na jawie, a może tak wygląda śmierć.
- Czy ty jesteś... Moim aniołem? - wyszlochał. Nie powstrzymywał już płaczu Zbyt długo trzymał to wszystko w sobie. W końcu jest tylko człowiekiem i też ma swoje granice. Jego najwyraźniej zostały przekroczone.
Kobieta spoważniała. Podniosła się z beżowej kanapy. Poprawiła białą marynarkę i podeszła do mężczyzny. Teraz mógł on dostrzec ją w całej okazałości. Nie była ani za niska, ani za wysoka. Ubrana na biało. Na dłoniach dostrzegł wiele małych tatuaży. Gdy przyjrzał się dobrze okazało się że dłonie to tylko początek. Nawet na jej szyi można było dopatrzeć się jakiś dziwnych znaków. Jej rysy twarzy po każdym mrugnięciu wydawały się zmieniać. Raz ostre, za drugim bardziej delikatne. Czarne jak smoła

3




włosy ścięte do ramion w promieniach wpadającego przez okno słońca miejscami jakby brązowiały. Wyraz twarzy miała poważny jednak w piwnych oczach widział iskierki rozbawienia . Wszystko to sprawiało, że Michał nie mógł jej jednoznacznie określić. W ciele jednej kobiety widział wiele innych. Oczy… tylko oczy cały czas były takie same. Jedyny element dzięki któremu młody mężczyzna wiedział, że wciąż rozmawia z tą samą osobą.
- Nie, nie jestem. - odparła. - Nazywam się White. - uśmiech który posłała w stronę mężczyzny był ciepły. Przywodził mu na myśl jego matkę. Często w dzieciństwie uśmiechała się tak do niego gdy nie był w stanie czegoś pojąć. To była także ostatnia rzecz jaką zdążyła zrobić przed śmiercią, posłać swojemu synowi uśmiech.
- Czym ty jesteś...- wydusił z siebie. Drżał ze smutku i strachu.
- Tam po drugiej stronie... - ujęła jego twarz w swoje dłonie. Były zimne, a paznokcie wbijały się w jego policzki. Zmusiła go aby spojrzał jej w oczy. Po melancholijnym wspomnieniu nie było już śladu. W jej oczach widział wszystko co najgorsze. W głowie słyszał jęki rozpaczy, wołanie o pomoc

4




 - Nie jest dobrze. Zostań. - mruknęła. Mógłby przysiąc, że kilka sekund po tych słowach przed nim nie było już tajemniczej kobiety.
Zobaczył płonące miasto. Niewidzialna siła pchała go do przodu. Nie mając wyboru powoli zaczął iść przed siebie. Szczury przebiegały między jego nogami, kilka razy potknął się o ludzkie kości. Nie chciał dopuszczać tej myśli do siebie, ale ona wkradła się do jego podświadomości aby już na zawsze w niej pozostać i co noc spędzać sen z jego powiek.
Wreszcie zatrzymał się przed wielkim kraterem. Pchająca go siła odpuściła. Koniec drogi.
POMÓŻ NAM!
PRZYJDŹ DO NAS!
Zawodzenia wypełniły dotąd panującą ciszę. Michał dobrze wiedział skąd dochodzą. Spojrzał w dół.
Swąd nadgniłych i spalonych ciał uderzył jego nozdrza. Ludzie wili się w masowym grobie. Wszyscy pół żywi. Wołali go, chcieli żeby do nich dołączył. Wyciągali w jego stronę chude ręce, nie zważali, że tracą przy tym ostatnie kawałki skóry. W głowie ponownie zabrzmiały mu słowa nieznajomej. To co mówiła o piekle Dantego. Siódmy krąg… Nie to było coś znacznie gorszego. Ci ludzie nie odbywali swojej kary

5




szarpani przez harpie czy zmuszani do pływania w rzece krwi. Oni trwali, niezdolni do ucieczki, przekonani, że ich ciała ostatecznie się rozłożą a dusza opuści ten piekielny padół. Michał dobrze jednak wiedział, że taki dzień nigdy nie nadejdzie.
Z osłupienia wyrwał go ścisk, który poczuł na ramieniu. Obok niego stała kobieta, White. Z obrzydzeniem spoglądała na tych wszystkich ludzi.
- Oni wszyscy zakończyli swoje życie zbyt wcześnie.- oznajmiła. Wtedy mężczyzna poczuł jak traci grunt pod nogami. Wepchnęła go prosto do krateru, a on nic z tym nie mógł zrobić. Na jego twarzy przerażenie mieszało się ze zdziwieniem. Uderzył z impetem. Gruchot kości dałoby się usłyszeć z daleka. Nie miał nawet czasu sprawdzić co sobie złamał, bo setki zębów oraz dłoni  zaczęły zatapiać się w jego ciele. Krzyczał, błagał o ratunek. W górze dostrzegł uśmiechającą się White. Zanim kościste ręce zdążyły wyłupić mu oczy dotarło do niego jedno: Tutaj nikt mu nie pomoże.
Obudził się z największym bólem głowy jaki widział ten świat. Z mroczkami przed oczami powoli podniósł się z podłogi. Rozglądając się po salonie

6




doszedł do wniosku, że nic się nie zmieniło. Poza tym, że na stoliku do kawy leżała jakaś notatka, przyciśnięta szklanką z burbonem. Michał ostrożnie, tak aby ponownie nie wylądować na zimnych panelach, zbliżył się do stołu. Drżącymi rękami podniósł kartkę.

     To co widziałeś nie było snem drogi Michale. Bogowie mają dla ciebie inny plan więc aby ich nie zdenerwować nie próbuj tego ponownie. Ciesz się życiem póki możesz, nie wszyscy dostają drugą okazję.                                                                            
                                                                                                                      Mrs. White


     Krzywy uśmiech wpełzł na jego twarz, kiedy kolejny raz czytał krótką notatkę. Czy uwierzył w to co zobaczył? W pierwszej chwili pomyślał, że postradał zmysły. Dopiero, gdy spojrzał przez okno i dostrzegł kobietę

7




w bieli, machającą mu z drugiej strony ulicy dotarło do niego, że nie oszalał. Zalał go zimny pot. Zasłonił więc żaluzję po czym opadł ciężko na podłogę. Zimna ściana o którą oparł głowę dawała mu odrobinę ukojenia, którego potrzebował jak nigdy. Uwierzył.

     

     

     -Dobra robota. - głos archanioła zawsze przyprawiał kobietę o dreszcze. Tym razem ubrany był w granatowy garnitur z idealnie wypastowanymi, czarnymi butami. Blond włosy równo zaczesane do tyłu oraz iście demoniczny uśmiech. Cały Mika'el, wygląd zawsze na pierwszym miejscu. To zapewne jedna z wielu jego cech, które skutecznie odtrącały White od polubienia go. - To dobrze, że jeszcze się do czegoś przydajecie.
- Zawsze byliśmy bardziej przydatni niż wy. - odparła poważnie.
- Gdzie twój partner? Nie widujemy się ostatnio zbyt często. - dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że kobieta nie lubiła wspominać o swoim przyjacielu.
- Nie wpadłeś na to, że Black może nie chce cię widywać? - zapytała złośliwie, jednak ta uwaga wywołała u archanioła tylko głośny, przeszyty lodem śmiech.
- Ciebie najwyraźniej też nie chce widywać. - te słowa była dla niej jak

8




sztylet w serce. Zapewne dla tego, że były prawdziwe. Nic nie boli bardziej niż nieprzyjemna prawda rzucona prosto w twoją twarz przez niewartościowego, ordynarnego archanioła któremu Bóg poskąpił nie tylko anielskich cech, ale i również kompasu moralnego.
Niestety White nie zdążyła się już zrewanżować, ponieważ Mika'el zniknął zostawiając po sobie jedynie zapłatę oraz nieprzyjemne myśli.

     
TEGO SAMEGO DNIA W STAVANGER, NORWEGIA

     Black przysiadł obok swojej żony. Krawędź klifu nie jest najbezpieczniejszym miejscem do przesiadywania, jednak oboje postanowili zignorować ten fakt. On dlatego, że nie może zginąć, a ona dlatego że jej życie i tak dobiega już powoli końca. Zimny północny wiatr rozdmuchiwał jej siwe włosy na wszystkie strony. Wyglądała żywo, ale rozmyślała o śmierci.
- Powinniśmy wracać do domu. - ciszę przerwał mężczyzna. Wpatrywał się w jej profil z fascynacją. Tyle lat minęło, a on dalej nie mógł nacieszyć oczu jej widokiem.
- Po co? Żebym znowu musiała słuchać twojego jęczenia? Nie przemęczaj się. Powinnaś odpoczywać. Mam już tego dość.
- Jesteś-
-Mam już swoje lata i nic tego

9




nie zmieni do cholery! Nie ważne czy będę odpoczywać czy pracować i tak umrę! - wykrzyczała prosto w jego twarz. Nie rozumiała ile można powtarzać mu ciągle jedno i to samo.
-Przestań. - złapał ją za ramię po czym przyciągają do siebie, zamykając w szczelnym uścisku. Zaczął gładzić ją lekko po głowie. Nie była już wzburzona. Uspokoiła się.
Poprosiła go aby zaśpiewał jej piosenkę. Black nigdy nie był uzdolniony wokalne, ale Astrid to nie przeszkadzało. Chciała po prostu posłuchać jego głosu, bo za miesiąc ucichnie on na zawsze.
- Kiedy już odejdę, proszę cię o jedno. Odnajdź White. - Black mruknął tylko jakąś niezrozumiałą odpowiedź i kontynuował śpiew. W tym momencie nie chciał myśleć o nikim innym niż jego żona. Dzień w którym się poznali nie był właściwie aż tak wyjątkowy, jeśli przyjrzeć się temu z boku. Po prostu wpadli na siebie, kiedy on próbował wytropić naprzykszającego się ludziom Warga. Może byłoby to całkiem romantyczne gdyby nie fakt, że ogromny wilk zaatakował ich zanim zdążyli się sobie przedstawić. Wnętrzności magicznej istoty, które postanowiły nieelegancko opuścić jej ciało

10




gdy Black przeciął ją w pół, zdecydowanie odebrały temu wszystkiemu iskry. Może jednak ich pierwsze spotkanie było wyjątkowe?
W każdym razie jakby go nie określać najważniejsze było to, że się poznali. Te kilka chwil wystarczyło żeby oboje po paru dniach spotkali się ponownie, a po trzech latach wyznali sobie uczucia. Astrid dobrze wiedziała, że Black nie jest człowiekiem i kiedyś będzie musiała opuścić go już na zawsze. Przygotowywała się na to od pierwszego dnia ich znajomości. Jednak mimo upływu wielu lat nie udało jej się. Wszyscy ludzie wiedzą, że kiedyś nadejdzie ten dzień, dzień w którym będą musieli zejść z areny życia. Nikt o tym oczywiście nie myśli. Dopiero, gdy człowiek poczuje zimny oddech śmierci na swoim karku zrozumie, że nie chce opuszczać tego okrutnego świata. Problem w tym, że chcieć nie zawsze znaczy móc.

11




Wyrazy: Znaki: