Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 82
Dzisiaj w pracowni: 3
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Dies irae: Nadeszła niespodziewanie, zbierając krwawe żniwo. (2)ikonka kopiowania

Autor: Wicht twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




23 STYCZNIA 1870 MONTANA, USA

     Gniew, gdy się pojawi nic innego nie ma znaczenia.
Zemsta, idzie w parze z gniewem i kiedy trzeba podsyca go.
Śmierć, jest wynikiem gniewu i zemsty.
Kawalerzyści nadjechali ze wszystkich stron. Dakoci zostali wzięci z zaskoczenia. Nikt nie był przygotowany na walkę. Całą wioskę ogarnął chaos. Wszystko wokół płonęło.
Amandi w całym tym zamęcie zdążyła zorientować się, że kawaleria nie jest tu jedynym wrogiem. Czym prędzej pochwyciła w dłonie swój oręż i ruszyła do walki. Nie mogła uwierzyć, że ludzie posunęli się do tak bestailskiego czynu. Wypuścić na kobiety i dzieci wendigo? Z tyłu jej głowy wciąż majaczyła jednak dość oczywista myśl. Nie podjęli się tego sami, bo uważają, że dzięki tym stworzeniom nie będą mieć krwi niewinnych na rękach. Cóż za błędny tok myślenia.
Głowa pierwszej z kreatur runęła na ziemię od razu gdy kobieta ją tylko dostrzegła. Jednak ze wszystkich stron poczęły nabiegać kolejne potwory. Amandi ścisnęła w dłoni swoje ostrze gotowa wypatroszyć każdego przeciwnika.
- No dalej. - mruknęła do otaczających ją jak wilki wendigo. Starała

1




się nie spuszczać ich z oczu nawet na sekundę, ale przy takiej ilości wrogów nie było to możliwe. Wreszcie po kilku długich minutach z kręgu wyskoczyło pierwsze monstrum. Przygotowana na atak cięła potwora po jego ogromnej łapie, gdy tamten poleciał jak długi, do ataku rzuciły się następne. Nawet jeśli była gotowa do obrony odparcie szarży czterech bestii jest nie lada wyzwaniem.
Czas mijał, a ona z każdą minutą oraz z każdym machnięciem miecza opadała z sił. Jak się okazuje stała się bardziej ludzka niż myślała.
Wreszcie na polu walki została ostatnia szkarada. Stworzenie, które kiedyś było mężczyzną stanęło na tylnych nogach i ryknęło przerażliwie. Wpatrywało się w nią swoimi pustymi ślepiami, jednak nie wykonywało żadnych gwałtownych ruchów. Jedynie od czasu do czasu kręciło głową to w lewo to w prawo. Czarnowłosa zadziwiona dziwnym zachowaniem wendigo postąpiła kilka kroków w przód. Okazja idealna aby zanurzyć w potworze ostrze i już na zawsze ofiarować mu wieczny spoczynek. Nim jednak Amandi zdążyła wcielić swój plan w życie jej przeciwnik zaskrzeczał. Jego jęki zdawały się formować coś na

2




kształt słów.
- Zmuszeni. - to słowo uderzyło ją niczym grom z jasnego nieba. Mówiący wendigo? - Zbudzeni ze snu. Wszystko ludzie. - nagle rozległ się donośny odgłos rogu myśliwskiego i wszystkie stworzenia wraz z kawalerzystami zaczęły się wycofywać z powrotem do lasów. Pierwszy raz w swoim życiu usłyszała jak potwór pokroju wendigo jest w stanie coś powiedzieć.
Miecz powoli wysunął się z rąk Amandi, upadając na ziemię. Broń zanurzyła się w błocie, podobnie jak kolana czarnowłosej. Teraz gdy już było po wszystkim, po walce, mogła dostrzec to co pozostało. Dzieci klęczące przy swoich matkach, matki klęczące przy ciałach swoich dzieci i jeszcze ci nieliczni którzy nie mieli już nikogo, kto mógłby przeprowadzić ich na tamten świat. Mimo końca bitwy krzyki nie ustępowały, jedynie zmieniły swoje znaczenie. Nie mogąc złapać oddechu Amandi opuściła głowę. Nie chciała tego widzieć, nie chciała tego słyszeć.
- Przecież wszyscy jesteśmy stworzeniami bożymi czemu niesiemy ze sobą tyle zniszczenia? - jej łzy zaczęły mieszać się z błotem i krwią. Kiedy tu przybyła myślała, że będzie mogła odetchnąć, dać tym

3




ludziom nową nadzieję, nauczyć ich życia bez ciągłej walki. Czemu los ponownie z niej zadrwił?
Otarła łzy, nie była pewna ile czasu minęło ale odważyła się wreszcie podnieść wzrok. Wstała, podniosła miecz po czym odwróciła się i zamarła. Chciała się poruszyć, ale jej ciało odmówiło posłuszeństwa. Chciała coś powiedzieć, cokolwiek, ale nie mogła wydusić z siebie ani słowa.
Mały chłopiec, Kitchi, wpatrywał się w nią oczami, które nie były już tak błękitne jak jeszcze dziś rano. Amandi zawsze w żartach mówiła mu że jest zdecydowanie zbyt żywiołowy jak na takiego młokosa, wtedy on odpowiadał, że jako dobry wojownik musi mieć dużo energii. Teraz leży nieruchomy, pozbawiony życia. Obok niego spoczywa za duży łuk i strzała, która najwyraźniej była nałożona na cięciwe w momencie jego śmierci. Chciał pomóc, chciał zabić wendigo i wtedy któryś z kawalerzystów oddał strzalo prosto w jego plecy. Wykrwawiał się tuż za nią, a ona tego nie zauważyła. Przykucnęła przy nim łapiąc jego małą dłoń wysuniętą w jej stronę.
- Przepraszam - powoli opuściła jego powieki i pogładziła go po czarnych

4




włosach. - Chciałabym powiedzieć, że jeszcze się zobaczymy, ale oboje wiemy jak to działa. - uśmiechnęła się smutno. - Mortuus: semper vivens est in cordibus nostris.* - szepnęła. Ból i gorycz rozrywały ją na pół. Płacz był jedyną rzeczą na jaką miała teraz siłę. Jednak nawet łzy nie przynosiły ulgi, tego było za dużo. Już do końca życia nic nie ukoi jej bólu i dobrze zdawała sobie z tego sprawę.

     
DWA DNI PÓŹNIEJ


     Stała nad brzegiem jeziora i spoglądał na ośnieżone szczyty. Czuła jak świat jest niszczony, kawałek po kawałku. Od pierwszego dnia stworzenia zawsze powtarzano jej że dzieło bogów jest święte, idealne. Jednak jak się okazuje każdy kto tak mówił po prostu kłamał wszystkim Bękartom prosto w oczy.
- Co cię trapi córko? - usłyszała głos mimo że nikogo nie było w pobliżu. Uśmiechnęła się słysząc swojego ojca. Przed laty ludzie powiedzieli jej jak nazywać uczucie którym go darzyła. Miłość. Nie spodobało się to innym Stwórcom. Przecież ona, jej bracia i siostry powinni być pozbawieni uczuć.
- Chcą walczyć. Będą przelewać krew dopóki dopóty nie pozabijają się wszyscy. -

5




kochała ludzi tak samo jak inne boskie stworzenia. Myśli o kolejnej wojnie między nimi doprowadziły ją na skraj rozpaczy. Czemu pozbawiają się daru życia? Mówili jej że wolą zginąć niż żyć w tak niesprawiedliwym świecie. Czemu nie mogą zrozumieć, że to oni wyznaczają tę sprawiedliwość?
- Mają do tego prawo. - odparł.
Amandi postąpiła dwa kroki do przodu i jej bose stopy zanurzyły się w zimnej wodzie. Skrzywiła się na słowa swojego ojca. Oczywiście zawsze tak powtarzał, że ludzie mają prawo robić to co chcą. Ale czy to znaczy, że mogą się bezmyślnie mordować? I to w imię czego? Pieniędzy? Władzy? Nienawiści?
Na drugim brzegu Amandi dostrzegła Shile. Kobieta siedziała umorusana krwią i rozmyślała. Z tego co było jej wiadomo nie ruszyła się stamtąd od dłuższego czasu, gdy odnalazła ciało swojej matki siedziała przy nim całą noc aż nie odciągnięto jej siłą. Później przyszła tutaj.
- Rośnie w niej gniew. Będzie szukać zemsty na tych którzy zabrali jej to co kochała. - to było ostatnie zdanie jakie wypowiedział Kanati. Po tych słowach nie dało się już wyczuć jego obecności. Zniknął jak to miał w

6




zwyczaju.
- Znajdzie ją. Tak jak i ja. - Amandi mruknęła.
Tego dnia nie tylko zginęli niewinni Dakoci. Zamordowana została również wiara w lepszy świat.

     Umarli, wiecznie żywi w naszych sercach.*

7




Wyrazy: Znaki: