Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 80
Dzisiaj w pracowni: 3
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Puszcza Odnalezionychikonka kopiowania

Autor: myszabura twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




- Jak się dziś czujesz?
- Tak samo beznadziejnie jak ostatnio.
Patrzę się ślepo w okno, jakby w mgle wijącej się za szybą ukrywały się odpowiedzi na moje pytania. Zauważam, że miarowe bębnienie kropel deszczu uspokaja bardziej, niż by się mogło wydawać.
- Chcesz rozmawiać?
Chwila ciszy. Chcieć a potrzebować, by nie zwariować, to dwie oddzielne kwestie. Waham się sekundę, dwie, pięć… Znów odpływam myślami, na ziemię sprowadza mnie na wpół zaniepokojone, na wpół znudzone spojrzenie mojej psycholożki. Biorę głęboki wdech.
- Chcę.
***
Czy okłamywała pani kiedyś siebie samą co do swoich własnych uczuć? Negowała, że jest zakochana, bo wiedziała pani, że nie powinna być? Nie w tej osobie? Czuła lęk przed tym, do czego to może doprowadzić? A czy mimo usilnych starań i tak przyłapywała się pani na patrzeniu na tę osobę ukradkiem, a czasem na bezczelnym gapieniu, gdy odpłynęła pani myślami? Na szukaniu sposobności do bycia tak blisko niej, jak tylko możliwe, na odczuwaniu błogiej euforii za każdym razem, gdy jej dłoń przypadkiem musnęła pani skórę? Nie? No widzi pani. Dla mnie tak właśnie wyglądała

1




rzeczywistość przez prawie dwa lata. Dwa lata, rozumie pani? Dwa lata, podczas których nie było dnia bez tej dziwnej tęsknoty, nocy bez fantazji, tygodnia bez przeklinania losu, że to dopadło właśnie mnie. Jak jakaś choroba, zżerająca od środka, wykańczająca. Zabrzmi to może patetycznie, ale to uczucie naprawdę było na tyle silne, by bez trudu wpędzić mnie do grobu.
A potem…
***
Spuszczam wzrok. Oblewam się gorącym rumieńcem i uśmiecham się. Po raz pierwszy od… ilu? Ach, tak. Dokładnie siedemnastu dni. Siedemnaście dni od… od jej…
Ona tak często mi mówiła, że mam uroczy uśmiech…
***
A potem… A potem wszystko się zmieniło.
Wbrew pozorom to Ona zrobiła pierwszy krok. Właściwie to samo jakoś wyszło, ale Ona pierwsza powiedziała głośno to, co od dawna chodziło po naszych głowach. Ona też znalazła dla nas idealne miejsce na spotkania: niewielki zagajnik z płynącą przez niego błotnistą strugą, drzewami rosnącymi na tyle gęsto, by ochraniały nas przed niepożądanymi spojrzeniami, ściółką tak grubą, że zdradzała każdy krok potencjalnego intruza. Zresztą zapewniała, że intruzów raczej nie będzie: wokół

2




rozpościerały się głównie łąki i jakieś pola, mało kto się tam kręcił. Szczególnie lubiła jedno miejsce, tuż przy wodzie. Mech był tam tak gęsty i miękki że przypominał olbrzymi, szmaragdowozielony dywan. Uwielbiała się na nim kłaść, zamykać oczy i wsłuchiwać się w szum rzeki. Kazała mi robić to samo, ale mnie szkoda było zamykać oczy, jak obok leżała Ona, z włosami rozrzuconymi na wszystkie strony i szczęściem wypisanym na jasnej twarzy.
Kiedyś nazywała to miejsce Puszczą Zagubionych, ale w dniu, kiedy mnie do niej wprowadziła, przemianowała je na Puszczę Odnalezionych. Na pytanie o powód tej zmiany odpowiedziała: „Bo cię odnalazłam. Nie czuję się już zagubiona”. Z jej ust brzmiało to tak niewinnie, tak pięknie. Mówiła to z wymalowanym na ustach najpiękniejszym z jej uśmiechów.
Nie nazywała naszych spotkań w Puszczy randkami. Uznawała to słowo za banalne i obdzierające z wyjątkowości. Wolała określenie „schadzki”. Wydawało jej się bardziej romantyczne, a romantyczką była z krwi i kości. Podczas gdy wokół panowała moda na „Igrzyska Śmierci” czy „Dary Anioła”, Ona zaczytywała się w

3




Goethem, balladach i dziewiętnastowiecznych powieściach grozy. Zna pani inną szesnastolatkę, która z własnej woli sięgałaby po takie rzeczy? Nie? No właśnie. Tylko Ona taka była.
Także Ona pierwsza mnie pocałowała. Wyszło trochę niezręcznie, bo nikt do końca nie wiedział, co robić. Ale wie pani co? I tak było cudownie. Jej usta smakowały malinami; być może to zasługa jej pomadki, a może po prostu zadziałała moja wyobraźnia? Nie, to na pewno pomadka. Uwielbiała wszelkie pomadki, balsamy i szminki, szczególnie te owocowe. Z kolei jej włosy pachniały wiecznie cytryną, którą je sobie skraplała przy każdym myciu. Podobno je rozjaśnia i działa jak odżywka. Wyczytała tak w internecie. Czy działa? Nie mam pojęcia, chyba tak, bo jej włosy były cudownie miękkie. Łaskotały za każdym przytuleniem.
Wie pani, jakim cudownym połączeniem jest smak malin i zapach cytryny…?
***
Odchylam głowę, opierając ją o miękkie oparcie fotela i gapię się w sufit. Po prostu gapię. Nawet nie myślę o niczym; wspomnienia męczą. Coś mi jednak podpowiada, żeby ciągnąć to dalej. Żeby przywołać jeszcze kilka wspomnień, także tych najgorszych,

4




skrytych głęboko w pamięci, zakopanych żywcem w najczarniejszych zakamarkach świadomości. Jakaś część mnie wie, że wypuszczenie ich może przynieść ulgę. Ale czy jestem w stanie to zrobić?
Prostuję się i kieruję wzrok z powrotem na psycholożkę. Ta właśnie kończy coś notować, teraz patrzy na mnie pytająco, zachęcając do mówienia. Raz kozie śmierć. Do psychologa się idzie właśnie po to, by dać upust negatywnym emocjom, prawda?
Kolejny głęboki wdech.
- A potem…
***
A potem nasz mały raj runął. Nie wiem jak. Nie mam pojęcia. Ktoś się dowiedział. Powiedział komuś innemu. Ta osoba powtórzyła kolejnej. Ta następnej, potem następnej i w ten sposób wieść, że ze sobą chodzimy rozeszła się po całej klasie, potem szkole i poza nią. We wsi plotki szybko się roznoszą. Niezłym wynikiem było utrzymanie związku w tajemnicy przez pięć miesięcy. Zbliżała się nasza półrocznica, na którą Ona bardzo się cieszyła. Wiem, że szykowała dla mnie coś specjalnego z tej okazji. Nigdy nie dane mi było dowiedzieć się co.
Zaczęło się wytykanie palcami. Szepty i chichoty. Durne dowcipy. Potem doszły obsceniczne gesty, sprośne

5




aluzje, wulgarne wyzwiska. Raz ktoś w nas czymś rzucił – chyba gumką do ścierania czy długopisem. Następnie były groźby. Pojmuje to pani? Groźby. Głównie gwałtu. Jedna z nich pojawiła się nawet na jej szafce, nabazgrana czarnym markerem. Gdzieby się nie pojawić, tam nienawiść. Do kogo by się nie zwrócić, tam pogarda. Nawet ci, którzy nie brali w tym wszystkim udziału, nic nie robili, ani razu nie stanęli w naszej obronie, cicho przyzwalali na to piekło. Uprzedzając pytania, tak, nauczyciele wiedzieli. Na ich pomoc nie było jednak co liczyć. I z ich ust dało się usłyszeć kąśliwe komentarze, a z oczu odczytać wstręt.
„Spokojnie” – mówiła Ona, gdy we mnie gotowało się ze wściekłości – „Zaraz im się znudzi”. Oczywiste jednak było, że i jej ciężko jest to wszystko ot tak ignorować. I podczas gdy we mnie buchała furia, podsycana przez poczucie całkowitej bezsilności, Ona czuła przede wszystkim smutek. Nigdy nie potrafiła ukrywać emocji. Widać było, z jakim wysiłkiem powstrzymuje łzy, jak zagryza swoje malinowe wargi, aż pojawiała się na nich krew, jak ciężko oddycha, jak cała drży. Inni też to

6




zauważali, lecz zamiast wzbudzać poczucia winy, wywoływało to jedynie kolejne fale śmiechu mknące przez korytarze jak tsunami. Ona zdawała się w nich tonąć, zanikał jej piękny uśmiech, iskierki w oczach gasły, bezradność przykrywała całunem cały jej optymizm i energię, którymi dotąd codziennie mnie zarażała.
W końcu dowiedzieli się też jej rodzice. I myślę, że to właśnie przelało czarę goryczy. Nie byli zadowoleni, jak łatwo zgadnąć. Ba. Byli wściekli. Zakazali jej się ze mną widywać. Było to trudne, skoro chodziła ze mną do klasy, więc zaczęli formalności związane z przenoszeniem do innej szkoły, chociaż najbliższa znajdowała się godzinę drogi dalej. Ona zaczęła się buntować, chyba pierwszy raz w życiu. Dostała szlaban. Zabrali jej telefon i odcięli internet, by nie mogła się ze mną kontaktować. Odebrali mi jakąkolwiek możliwość zobaczenia jej, porozmawiania, przytulenia, pocałowania, zapewnienia, że wszystko będzie dobrze, powiedzenia po raz ostatni, jak bardzo ją kocham i jak bardzo mi na niej zależy…
***
- Znaleźli ją dwa dni później, w rzeczce płynącej przez Puszczę Odnalezionych – mówię w

7




końcu. Głos mi drży, łamie się, jakby buntował się przed słowami, które musi wymówić. Po raz kolejny tego dnia spuszczam głowę i wlepiam wzrok w podłogę. Ku własnemu zaskoczeniu, nie płaczę. Oczekuję w napięciu na łzy mające przynieść mi ulgę, katharsis, ale te jak na złość nie nadchodzą. Skończyły się.
***
Zagajnik pachnie deszczem. I smutkiem, o ile smutek może jakkolwiek pachnieć. Wszystko wydaje się tu teraz obce. Mech nie przypomina już miękkiego dywanu, a drzewa wydają się rosnąć gęściej, jakby za swymi pniami ukrywały przede mną jakiś mroczny sekret. Nawet wiatr świszcze jakoś inaczej, bardziej złowrogo. Może to dlatego czuję się jak intruz. To już nie jest Puszcza Odnalezionych, ta piękna, sekretna, witająca mnie z otwartymi ramionami. Nie bez Niej.
Przychodzę tu po raz pierwszy od jej śmierci. Po co? Nawet nie wiem. Może żeby się pożegnać. Może żeby powspominać. A może…
Staję tuż nad wodą, wędrującą niespiesznie wytyczonym dawno szlakiem. Przynajmniej ona wydaje się spokojna. Koryto w tym miejscu jest stosunkowo głębokie. Dzieli mnie od niego parę centymetrów. Mały kroczek. Na dnie leżą

8




kamienie, jeszcze nie wszystkie prąd zdążył wypolerować i wygładzić. Widzę też parę ostrzejszych. Wystarczyłby kroczek…
Cholera, o czym ja myślę? Czy Ona też tak myślała? Co właściwie myślała? Co czuła, rzucając się w wodę i rujnując mój świat?
Cofam się i opadam na wilgotną ściółkę. Chowam twarz w dłonie i wybucham płaczem. I płaczę. I płaczę. Nareszcie.
W końcu się opanowuję. Biorę kilka głębszych wdechów, ocieram zapewne czerwone już oczy i sięgam do kieszeni kurtki. Tak, cały czas tam jest.
Elegancka papeteria, czarny atrament i równe, okrągłe litery, zupełnie nie jak pisane w pośpiechu ręką zrozpaczonej desperatki.
Wygładzam dłonią kartkę i po raz kolejny czytam list. Właściwie to nawet nie czytam, znam go już na pamięć. Zamiast tego skaczę wzrokiem po linijkach.
Przepraszam.
Nie wytrzymam tak.
…ale nie miej mi tego za złe.
Masz w sobie znacznie więcej siły ode mnie. Wiem, że dasz radę.
Niebo jest dziś tak pięknie przepełnione gwiazdami… Może wkrótce wzbogaci się o kolejną…?
Kocham Cię

Z namaszczeniem składam papier i chowam z powrotem.
- Ja cię też – szepcę w stronę

9




nieba.
Powoli się przejaśnia. Kto wie, może zaraz pojawi się tęcza?
Wstaję i powoli udaję się w stronę domu. Po drodze rozmyślam. Co siedzi w człowieku, by doprowadzić kogoś innego do samobójstwa? I to wcale nie obcego. Swoją sąsiadkę, dziewczynę, którą codziennie mijało się na korytarzu, którą spotykało się w sklepie, której głosu się słuchało, gdy występowała w kościelnym chórze? By zwyzywać, poniżyć, odizolować, okrzyczeć? I dlaczego? Bo co?
Bo przecież kobieta nie może kochać drugiej kobiety. Nie w ten sposób. A więc i my nie mogłyśmy.

10




Wyrazy: Znaki: