Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 80
Dzisiaj w pracowni: 3
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Gdyby Śmierć mogła płakaćikonka kopiowania

Autor: myszabura twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




Gdybym mogła płakać, płakałabym. Gdybym była w stanie czuć ból, wyrażałabym go, padając na kolana, podnosząc głowę ku niebu i krzycząc, krzycząc ile sił w płucach. Mój głos wzbiłby w powietrze chmary ptaków przycupniętych na gałęziach, ogołociłby drzewa z ich liści, zatrząsłby ziemią, wzburzył fale na oceanie. Trafiłby do każdego ucha i do każdego serca, wryłby się w pamięć, wbił w nią niczym sztylet, aby wszyscy wiedzieli, jak bardzo żałuję krzywd, które im wyrządzam.
Gdybym mogła umrzeć, zabiłabym się. Dołączyłabym do orszaku sinobladych postaci wyjmowanych co dzień z konopnych pętli, wyławianych z rzek. Położyłabym kres własnej bezsilności, razem z moją egzystencją skończyłby się nieskończony ciąg cierpień, które sprawiam. Ale tak nigdy się nie stanie. Bo jak można zabić samą Śmierć?
Każdego dnia przemierzam tysiące mil, skrzętnie i sumiennie zbierając żałobne żniwo. Włóczę się po lasach, by zdjąć wisielców z drzew. Odganiam zwierzęta od porzuconej padliny, by zabrać duszę z rozszarpanego na strzępy ciała. Nurkuję w odmęty jezior po topielców. Zaglądam w chaty, z ukradka obserwuję

1




rodziny zebrane wokół bliskich szykujących się na nasze wspólne spotkanie. Zgromadzeni płaczą, żegnają się z umierającym, szepczą sobie nawzajem słowa pocieszenia. Niemal zawsze się modlą, jednak nigdy do mnie.
Do takich widoków można się przyzwyczaić. Już nie pamiętam, kiedy stały się one dla mnie rutyną. Od samego początku, kiedy każdemu z nas przydzielano zadania, wiedziałam, że moja rola będzie najcięższa ze wszystkich, w porównaniu do tego, czym zajmuje się reszta rodzeństwa, moje siostry Życie, Miłość i Natura oraz brat Czas. Zebranie mojego pierwszego miliona dusz przyszło mi z trudem, a flakon, w którym je ukrywam, ciążył na szyi jak głaz. Z czasem jednak uodporniłam się na ból i żal, z którymi się stykam. Jednak do pewnych rzeczy nie da się przyzwyczaić.
Najgorsze jest sprzątanie po wojnach takich jak ta. Pobojowisko ciągnie się po sam horyzont, ziemia tonie w popiele i krwi. Słońce zdaje się zachodzić prędzej niż zwykle, jak gdyby miało dość patrzenia na pożogę tuż pod nim. Nie dziwię się; sama chciałabym już stąd odejść, uciec, odpocząć, wymazać z pamięci widok ten i miliony mu podobnych.

2





Setki ciał wala się po uklepanej ziemi, jak jesienne liście. Setki par oczu wlepionych bezmyślnie w niebo. Setki włóczni przeszywających na wylot torsy. Setki ust rozchylonych w ostatnim wydechu. Między nimi padnięte konie, porzucone chorągwie, wyszczerbione miecze. Żołnierze wrogich oddziałów leżący ramię w ramię, każdy z tym samym mglistym spojrzeniem.
Praca jest żmudna i zdaje się ciągnąć w nieskończoność. Po oczyszczeniu pola bitwy z ostatniej dogorywającej duszy, przychodzi czas na najgorszą część. Na miejsca, do których nie powinnam się jeszcze wybierać. Do wiosek jeszcze niedawno tętniących życiem, gwarnych, przepełnionych miłością.
Teraz nie ma tu śladu po tamtych czasach. Czy kiedykolwiek wrócą? Jak długo zajmie odbudowa spalonych stodół, zburzonych kaplic, zrównanych z ziemią chat? Kiedy ograbione spichlerze znowu się napełnią? Ile czasu minie, zanim zabliźnią się rany – te na skórze i te w sercu – zanim mieszkańcy będą w stanie wrócić do normalności?
Nie mam pojęcia. Jestem boginią śmierci, nie zmartwychwstania.
To już ostatnia osada dotknięta pożogą. Usłana trupami jak wszystkie inne. W

3




powietrzu wciąż unosi się metaliczny zapach krwi powoli wsiąkającej w ziemię. Wszystko przesycone jest ciszą. Ciszą absolutną, ogłuszającą, gorzko przypominającą, że nie ma nikogo, kto mógłby ją zburzyć. Tlący się tu i ówdzie żar delikatnie łaskocze mnie w bose stopy, gdy przedzieram się przez pogorzelisko, by dotrzeć do kolejnych umęczonych dusz czekających na wybawienie. Pochylam się z troską nad każdym z ciał, wdycham strach i cierpienie, którymi wciąż epatują. Muskam je lodowatą dłonią, zamykam powieki, zasłaniając przed światem ich pełne żalu, chłodne spojrzenia. Z każdym dotykiem ogarnia mnie nowa fala współczucia; przez moment wchodzę w rolę tych ludzi, czuję to co oni w swojej ostatniej minucie: ostrze wchodzące gładko pod żebra, agonię poparzonej skóry, szorstkie łapska ślizgające się po moim ciele, wbijające się w uda, zaciskające się na gardle w żelaznym uchwycie.
Podnoszę głowę znad kolejnego ciała i uderza mnie piękny, lecz dziwny zapach, jakby niepasujący do otoczenia: zapach życia. Kątem oka dostrzegam czyjś ruch, dopiero po chwili zauważam drobną sylwetkę sunącą ścieżką. W miarę jak

4




zbliża się w moją stronę, jej rysy stają się bardziej wyraźne. Wygląda na dziewczynkę, może dziesięcioletnią. Jest boso, w czymś, co kiedyś zapewne było sukienką, a teraz przypomina łachmany. Jej twarz, częściowo zakryta rozczochranymi włosami, zdradza szok i zdezorientowanie, wzrok wolno przesuwa się po leżących na ziemi trupach, jakby w niedowierzaniu tego, co się tu wydarzyło. W pewnym momencie spoczywa na ciele kobiety leżącym tuż koło mnie. Przez moment dziewczyna stoi skamieniała, jedynie jej klatka piersiowa unosi się i opada rytmicznie, a dolna warga drży, zwiastując rychły wybuch płaczu.
- Mamo! – Jej krzyk przeszywa grobową ciszę niczym pierwszy grzmot burzy. Dziewczynka rzuca się pędem do ciała, co rusz potykając się o inne. W końcu pada na ziemię, tuli głowę do zastygłej w bezruchu piersi. Przyglądam się tej scenie poruszona, nie potrafię oderwać od niej wzroku, choć widziałam już tak wiele jej podobnych. Słucham, jak rozpaczliwy płacz stopniowo przechodzi w łkanie, aż z czasem całkiem milknie.
Nagle dziewczynka podnosi głowę i kieruje wzrok w miejsce, gdzie właśnie stoję - wyczuła moją obecność.
-

5




Kto tu jest? – Dziewczyna zdaje się robić wszystko, by zamaskować drżenie głosu i brzmieć tak pewnie, jak to możliwe.
Przez moment stoję, jak stałam, wahając się, co zrobić. Ludzie rzadko się do mnie zwracają. W końcu odzywam się cicho:
- Spokojnie, to tylko ja. Nie bój się.
Na twarzy dziewczynki odmalowuje się wyraz konsternacji. Nie widzi mnie.
- Kim jesteś?
Przez moment zastanawiam się nad odpowiedzią.
- Przyjaciółką – mówię w końcu – Nie zrobię ci krzywdy.
- Gdzie jesteś? Czemu cię nie widzę?
- Nie chciałabyś mnie zobaczyć, uwierz mi.
Dziewczynka rozgląda się wokół. Odgarnia włosy z twarzy, marszczy brwi; nie ufa mi. Kto by ufał?
W końcu szybkim ruchem schyla się do ziemi, porywa z niej kamień, ledwie mieszczący się w jej smukłych, popękanych dłoniach; zapewne do niedawna część czyjegoś domu. Unosi odłamek na wysokość ucha, ściska go mocno, gotowa zamachnąć się i rzucić.
- Pokaż się! – krzyczy. Jej głos drży nieznacznie, trudno powiedzieć, czy bardziej z gniewu, czy z przerażenia i wciąż nieukojonego bólu.
W duchu chce mi się śmiać z tej niepokornej buńczuczności, z grożenia kawałkiem

6




gruzu samej Śmierci. Zatrzymuję to jednak dla siebie; nieufność dziewczynki jest przecież jak najbardziej zrozumiała. Nie powinnam się jej pokazywać. Zwykle zobaczyć mnie mogą tylko ci, na spotkanie z którymi idę. Na tę małą jeszcze czas nie nadszedł. Jednak czy ktoś mógłby mi czegokolwiek zabronić?
- Jesteś pewna? – pytam po raz ostatni.
Odpowiada mi wolne, jakby niepewne, kiwnięcie głową.
Patrzę, jak oczy dziewczynki się rozszerzają, usta lekko rozchylają, ciało mimowolnie cofa się do tyłu, z twarzy odpływają resztki koloru.
- Witaj – odzywam się łagodnie.
- To ty jesteś Śmiercią?
- Tak jest. Co, pewnie nie tak sobie mnie wyobrażałaś? Myślałaś, że będę paskudna, przegniła, na wpół zeżarta przez robactwo? Fakt, może nie jestem tak piękna jak moje siostry. – Pozwalam sobie na półuśmiech i cichy śmiech. - To przez stres.
- Nie, nie, po prostu… - Dziewczyna zwiesza głowę, rozluźnia napięte ramiona, pozwala kamieniowi upaść bezgłośnie na ziemię. W jednym momencie ulatuje z niej cała wrogość, zostaje tylko smutna rezygnacja. – Przyszłaś po nią, prawda? – pyta, zwracając wzrok z powrotem ku leżącej

7




tuż obok matki.
- Między innymi – przytakuję.
Patrzę, jak mała kładzie się koło mamy, z największą czułością i ostrożnością bierze jej rękę. Okrywa nią swoje ramię, drugie oplata wokół talii nieboszczki w ostatnim, pożegnalnym przytuleniu. Daję tej dwójce chwilę intymności, po czym podchodzę i kucam koło nich.
- Mogę…?
Na wolne, niemal niedostrzegalne skinięcie głowy przystępuję do zabrania duszy tam, gdzie jej miejsce. Biorę ją ostrożnie w blade dłonie i z pełną powagą przelewam do flakonu. Gdy jest po wszystkim, prostuję się z powrotem, by pożegnać się z dziewczynką.
- Czekaj, nie odchodź! – odzywa się ta, gdy ja jestem już gotowa do dalszej drogi – Co ze mną teraz będzie?
Topi spojrzenie swoich wielkich, błękitnych oczu w mojej twarzy, jakby miała tam odnaleźć odpowiedzi. Jakbym mogła jej jakoś pomóc.
- Nie wiem, skarbie. I obawiam się, że nie mogę ci pomóc. Jestem tylko boginią śmierci, nikim więcej.
Odwracam się i już mam odejść swoją drogą, gdy dobiega mnie przejmujący szloch dziewczynki. Zdjęta nagłym impulsem, podchodzę do niej, kładę się za nią i obejmuję. Głaszczę delikatnie po

8




skołtunionych włosach, szepcę kłamstwa otuchy. Dziewczynka powoli się uspokaja, ustają spazmy i dreszcze. I leżymy tak, skóra przy skórze, podczas gdy słońce powoli chowa się za horyzontem. Szykuje się bezgwiezdna, chłodna noc – zbyt chłodna dla drobnego ciałka, które tyle przeszło.
Kończę swoją pracę w tej wiosce, z flakonem cięższym o kolejne tuziny dusz. Odchodząc, przyglądam się jeszcze raz miejscu, w którym poznałam – i zostawiłam - tamtą dziewczynkę. Wkrótce inni niedobitkowie masakry lub mieszkańcy sąsiadujących wiosek przyjdą, by pogrzebać zmarłych. Wrzucą ich wszystkich do wspólnej mogiły, ciało na ciele. Mam więc przynajmniej pewność, że te dwie pozostaną nierozłączne. Nie mogę jednak tak stać bezczynnie przez nieskończoność; i tak spędziłam tu więcej czasu, niż powinnam była. Prędzej czy później i tak tu wrócę. Wracam pełnić posługę bogini żałoby, bogini pożegnań, bogini radzenia sobie ze stratą. Jestem w końcu boginią śmierci, ale też kimś o wiele więcej.

9




Wyrazy: Znaki: